Henryk Skalski „Mirek”

Archiwum Historii Mówionej



  • Co pan robił przed wojną, przed 1 września?

Urodziłem się w 1930 roku, czyli miałem dziewięć lat. Pamiętam wkroczenie Niemców do Warszawy. Co mi najbardziej utkwiło? Na Powiślu, na Wybrzeżu Kościuszkowskim zobaczyłem różną broń, działa ustawione przez polskich żołnierzy. Wtenczas był przemarsz, był chyba Hitler na placu Trzech Krzyży, więc to było bardzo deprymujące. Ale przedtem jeszcze przeżyłem bombardowania. Na szczęście dom, w którym mieszkałem ocalał. Zaczął się okres okupacji. Chodziłem do szkoły powszechnej na ulicy Zagórnej, to była Szkoła Powszechna numer 29. Kierownikiem szkoły był pan Wójcik, a nauczycielką, która prowadziła tę klasę, pani Wojciechowska. Potem w trakcie okupacji na ulicy Czerniakowskiej, gdzie mieszkałem, zrobiono dzielnicę niemiecką. W związku z tym przeniesiono nas ze szkoły na Zagórnej do szkoły powszechnej na ulicy Wilanowskiej. Od 1943 roku, mając legitymację szkoły powszechnej, zapisałem się do szkoły na ulicy Piusa. To była szkoła powszechna, ale właściwie to był oddział przedwojennego Gimnazjum „Przyszłość”, gdzie profesorowie zorganizowali tajne komplety i przerabialiśmy klasy gimnazjalne. Tak że do 1944 roku ukończyłem dwie klasy gimnazjalne. W tym czasie w 1943 roku dzięki moim kolegom, właściwie dzięki Tadeuszowi Zaliwskiemu, skierowano mnie do „Szarych Szeregów”. Zresztą było to dosyć charakterystyczne: „Czy ty chcesz?”. Zgodziłem się, więc od razu mówi: „Przyjdziesz na tą ulicę, o tej godzinie i już w tym czasie będzie…”. Tam spotkałem zastępowego, kolegę Wojciecha Królikowskiego i od tej pory byliśmy w zastępie. To była 13. Drużyna Małkowskiego, Hufiec „Bałtyk”, drużynowym był „Kostek”. To właściwie było wszystko, myśmy się stykali. Jeśli chodzi o działalność, to była dosyć charakterystyczna. Na przykład uczyliśmy się wyskakiwać z tramwaju, ale nie przodem, tylko tyłem. Naszą akcją też było penetrowanie domów przechodnich, tak żeby zlokalizować, że w razie jakichś akcji człowiek wchodził do bramy i mógł wyjść na drugą ulicę. Jeszcze tak zwany mały sabotaż, który polegał na malowaniu kotwic, biciu szyb w sklepach Meinla. Na przykład w czasie okupacji na rogu Trzech Krzyży i Książęcej był duży sklep Meinla. Akurat w tym czasie Książęcą chodziły tramwaje – „dwójka”. W tym czasie jak on zjeżdżał z Nowego Światu był potworny łoskot. Tak że myśmy mieli grube nakrętki i się rzucało w tą szybę. Nieraz się udało, nieraz nie. Poza tym było normalne szkolenie harcerskie. Zbiórki, nawet konspiracyjne spotkania w parku, a nawet mieliśmy chyba dwa obozy harcerskie w lasach koło Józefowa i Świdra. Normalnie harcerskie ognisko. Tam się zdobywało stopnie harcerskie, najpierw młodzik i wywiadowca. To był okres aż do Powstania. Pamiętam też, że w czasie zamachu na Kutscherę mieliśmy alarm, byliśmy rozstawieni na Książęcej w punktach. Nie wiedzieliśmy co [ma się wydarzyć], ale był rozkaz, żeby tam być. Chyba w tym celu, żeby przechować. Tym bardziej że znaliśmy różne dzielnice, tak żeby można było ewentualnie kolegę, który brał udział w jakiej akcji, przechować czy przenieść w bezpieczne miejsce. Taka działalność. Oczywiście byliśmy też obserwatorami rozstrzeliwań publicznych. Tak że nieraz było polecenie, żeby [zanieść] kwiaty, żeby zmyć [krew]. Pamiętam, że pierwsze takie rozstrzeliwanie było w alei Niepodległości, potem na Piusa. Okupacja, łapanki… Jeśli chodzi o uczenie się, to komplety były u poszczególnych kolegów, nawet u profesorów. Było tak zrobione, że zwykle było nas pięć, sześć osób i był przygotowany patefon, że w razie czego obchodzimy imieniny. Po prostu ktoś logicznie [wymyślił]. Tak samo jak przychodziliśmy pojedynczo, była konspiracja, czyli mieliśmy to już we krwi. Książki się nosiło za pazuchą. Pamiętam książkę „Mówią wieki” do języka polskiego, normalne szkolenie było. Organizatorem był profesor Paruszewski, znany bardzo wychowawca. Szkoła, która była na Śniadeckich, Gimnazjum „Przyszłość”, przejęli Niemcy i przeniosła się ta szkoła na ulicę Piusa. Ale to właściwie było zakamuflowane. Po prostu tak dotrwaliśmy z kolegami do wybuchu Powstania Warszawskiego. To była naprawdę więź, że to szkolenie przeniosłem potem na swoje życie. Słowo kolegi, punktualność.

  • Czy pamięta pan samą obronę Warszawy?

W zasadzie samoobrona na Czerniakowie to było tylko przesiadywanie w piwnicach, bo bez przerwy był obstrzał, bombardowanie. Pamiętam, że tylko się domy chwiały. Właściwie było dosyć ciężko. Alarm i bezpośrednio do piwnicy. […]Jeszcze kilka dni przed wybuchem wojny myśmy byli na kolonii (jak to się dzisiaj mówi: letnisko) w Urlach. Mama jechała po nas pociągiem. Pamiętam na Dworcu Gdańskim wielki płacz, dużo wojska, po prostu widać było, że wojna i było duże poruszenie. Potem już po wkroczeniu Niemców odczuliśmy to, że różne były historie. Widać było żołnierzy polskich, którzy byli transportowani do obozów. Zaczęło się życie na ulicy i ta piosenka w pociągach: „Siekiera, szklanka”. To było charakterystyczne, że Warszawa żyła, że mimo tej tragedii był i humor, był i szmugiel, właściwie w Warszawie można było dostać niemal wszystko. Pamiętam takie historie, że na przykład jeśli chodzi o Dworzec Południowy, to przychodziła kolejka podmiejska z Grójca. Z początku zwykle żandarmi byli na tych stacjach i odbierali całe zaopatrzenie, bo szmugiel był zakazany. Potem zrobiono parkan od stacji, tak że jak pociąg zwalniał, to nie było możliwości ucieczki. Ale na przykład nasi szmuglerzy mieli sposób. Raz pamiętam, to była historia dość słynna, że wzięli kilka kotów, a że żandarmeria była z psami, więc wypuścili kilka kotów, to już w ogóle te psy [oszalały]… Tak że humor był niesamowity, opowiadało się różne historie i łapanki; byle co to łapanka, wszyscy uciekali. Byliśmy też świadkami różnych akcji. Pamiętam, że na ulicy Kruczej był osaczony zamachowiec z akcji. Niemcy, żandarmi [ustawili się] na dachach, żeby go osaczyć i popełnił samobójstwo. Tak że w Warszawie coś się zawsze działo… Ale żyło się. Handel złotem, w ogóle wszystko można było kupić, sprzedać i wbrew pozorowi było bardzo ciężko, ale jakoś [żyliśmy]… Kawiarnie były, tak że niemal [było] normalne życie. Tak że warszawiacy, mimo że to było tragiczne, byli znani z humoru i z różnych historii. Pojawiały się napisy, była akcja małego sabotażu, tablicę zdjęto z pomnika Kopernika. Był też napis, kotwica na placu Unii, gdzie był pomnik Lotnika, a było gestapo na Szucha. Czytaliśmy też w czasie okupacji na przykład „Dywizjon 303”, „Kamienie na szaniec”. Oczywiście gazetki, „Biuletyn Informacyjny” przechodził z rąk do rąk. Żeśmy wiedzieli na kogo wydano wyrok. Żeśmy się bardzo intensywnie uczyli mimo tego. Tak że jak przyszedł jakiś sprawdzian, to profesor nie miał dziennika tylko malutki notesik i wszyscy byli przygotowani. Naprawdę traktowaliśmy wszystko bardzo poważnie. Zacząłem handlować, sprzedawałem pineski. Był sposób, że człowiek się już przygotował, mimo młodych lat byliśmy bardzo poważni, po prostu sytuacja tego wymagała.

  • Jak wyglądało pana życie rodzinne?

Mój ojciec prowadził sklep kolonialny, mama pracowała w sklepie. Miałem rodzeństwo, to znaczy dwóch braci (jeden zmarł w czasie okupacji) i trzy siostry. Jeśli chodzi o przeżycie, to rodzice przeżyli, brat i siostry, po różnych przejściach, po obozie przeżyli. Spotkaliśmy się po Powstaniu.

  • Czy w domu były jakieś tradycje?

Tradycje były, dlatego że mój ojciec brał udział w obronie w 1920 roku. W wojnie bolszewickiej dostał odznaczenia. Właściwie gdyby nie było tych tradycji, to bym się nie związał z tym ruchem. Zresztą to było bardzo podkreślane. Jeszcze pamiętam tradycje powstania styczniowego. To właśnie było tym tematem i po prostu ta tradycja była. Tutaj nie było jakichś zahamowań, żeby poświęcić się dla sprawy. To było bardzo podkreślone. Zresztą byliśmy takimi kolegami, że jeden znał drugiego, tak że jak ktoś był niepewny, bo w tych sytuacjach absolutnie musiało być pełne zaufanie, bo akcje… Nawet zresztą składaliśmy przysięgę – się nie wyda. Tak że tutaj to było dosyć na poważnie. Pamiętam, że przysięga harcerska była gdzieś na Woli, nie wiem, w którym domu. Był krzyż i pistolet, tak że to było wszystko bardzo poważne. Jak wywożono ludzi do obozów koncentracyjnych, to zdarzało się, że ci więźniowie wyrzucali różne kartki z adresami. Dostaliśmy też porcję takich kartek, żeby dostarczyć pod adres. Też było związane z pewnym ryzykiem, ale to było sumienne i trzeba było dostarczyć. Byliśmy właściwie na każde zlecenie, zbiórka czy alarm i wykonać to czy to. Powiem jedną rzecz, która była nieciekawa, że na przykład między innymi spotkaliśmy się z tym, że jak będziemy w okolicach Grobu Nieznanego Żołnierza, żeby ludzie przechodzili i [zwracać uwagę, by] zdejmowali czapki. Tak się też zdarzyło, że akurat jeden z kolegów trafił na folksdojcza i ledwo uciekł. Potem akcja została odwołana. Właściwie niby miało cel, ale bardzo ryzykowne. Tak że były takie różne historie.

  • Może pan jeszcze coś opowie, jak było w „Szarych Szeregach” jeszcze przed samym Powstaniem?

Przed samym Powstaniem był pierwszy alarm, spotkanie, ale odwołano. Tak że to było też dla nas zaskoczeniem. W zasadzie myśmy nie mieli konkretnego zadania, co będziemy robić. Teraz już przejdę do momentu wybuchu Powstania. Dostaliśmy przed 1 sierpnia polecenie, że rano mamy się stawić na ulicy Fałata na Mokotowie. Mieszkałem na Czerniakowie, a po drodze wstąpiłem po kolegę Tadeusza Zaliwskiego, który mieszkał na Wspólnej i [rano] obaj zgłosiliśmy się na ulicę Fałata. Tam już był nasz drużynowy „Kostek” i mówi: „Słuchajcie, już jest dekonspiracja, wyjmujemy opaski”. Ale mówi do mnie: „Słuchaj, ale my nie mamy jedzenia, a wiem, że twój tata prowadził sklep. Zwalniam cię, idź po jakiś produkt, przynieś coś do jedzenia”. Zwolnił mnie, a w tym czasie było już dość ciężko z tramwajami. Dotarłem do swojego domu na ulicę Czerniakowską 208, ale zaczęła się strzelanina. Właściwie już mowy nie było [żeby wrócić], dlatego że tutaj była dzielnica niemiecka, więc czołgi, patrole niemieckie. Przeczekałem ten moment, zanim zgłosiłem się do porucznika „Siekiery”, bo poczuwałem się do pełnienia funkcji. Właściwie na Czerniakowie Powstanie przebiegało w dosyć dziwny sposób, dlatego że to był teren otwarty. Ulica Czerniakowska, Wilanowska, park Frascati, Rozbrat to była dzielnica niemiecka. Jak wiedziałem potem, żołnierze Armii Krajowej, którzy w tym czasie byli w tym okręgu, byli bardzo słabo uzbrojeni i właściwie nie mieli żadnych szans. Jak Czerniakowską przejeżdżały czołgi, pięć czołgów i na każdym czołgu siedziało co najmniej piętnastu żołnierzy, więc żadnej szansy nie było, żeby ich [atakować]… Tak że pierwsze dni Powstania na Czerniakowie przebiegały bez jakichś akcji, dlatego że ani nie było flag, nie było budowania barykad. Ludność cywilna tylko się przemykała i po prostu Niemcy ostrzeliwali. Szczególnie ostrzeliwali rejon ulicy Książęcej, Rozbrat, Ludnej, bo tu właściwie było jedyne połączenie ze Śródmieściem. Na wiadukcie mostu Poniatowskiego stały reflektory przeciwlotnicze, karabiny maszynowe, działa, czołgi i właściwie nie można się było ruszyć. Po kilku dniach po prostu zgłosiłem się na Okrąg 2 do porucznika „Siekiery”. On mnie zaprzysiągł i przydzielił do oddziału BIP-u, w którym było dwóch poruczników: porucznik „Malina” i porucznik „Batoli”. Mówią: „Czy ty znasz ten rejon?”. – „Oczywiście”. – „Musisz z meldunkiem przejść do Śródmieścia. Pamiętaj, że to jest teren ziemi niczyjej”. Konkretnie mieszkałem na Czerniakowskiej 208 i ten dom stał się głównym punktem, że po prostu przez bramę mojego domu prowadziło przejście na drugą stronę ulicy i wzdłuż Czerniakowskiej do ZUS-u, następnie przeskok przez Rozbrat do Książęcej 1 i górą ulicą Książęcą. Tam była siatka, bo po jednej stronie był park Frascati, a po drugiej był mur szpitala Świętego Łazarza. Trzeba było przejść tą ulicą pod obstrzałem, dlatego że nie było żadnej osłony. W tym czasie tam trafiło się kilku cywilów, próbowali przejść, ale polegli i nie można było ich ściągnąć, dlatego że był obstrzał. Tak że nieraz musiałem się czołgać między tymi zwłokami. Tak było chyba do 10 sierpnia. Potem wykopano rów łącznikowy wzdłuż parkanu Książęca, na terenie parku Frascati, do Książęcej 7 gdzie był budynek, ale słabo obsadzony. Nieraz spotykałem jakiś patrol Armii Krajowej, a nieraz nie, dlatego że oni byli ze Śródmieścia. Bardzo przestrzegali, bo w tym czasie Niemcy przechodzili z muzeum, ze szpitala Świętego Łazarza do sejmu. Tak że teren był bardzo zagrożony. Potem docierałem do placu Trzech Krzyży, następnie przechodziłem do ulicy Brackiej, tam była apteka. Z apteki był zrobiony podkop pod ulicą Bracką i piwnicami dochodziłem do Alei Jerozolimskich, gdzie była barykada i przeskakiwało się na drugą stronę. Potem przechodziłem do „Adrii” na Moniuszki, do generała „Montera” z meldunkiem. Przekazywałem, dostawałem drugi. W początkowym okresie tylko meldunki, a potem już prasę powstańczą. Tak że kazano mi wziąć plecak i w plecaku przenosiłem prasę powstańczą, którą dostarczałem do poszczególnych oddziałów. Mój teren działania rozciągał się aż do ulicy Łazienkowskiej. Cały sierpień, mówiąc szczerze, był bardzo spokojny. Praktycznie oprócz obstrzału „krowami” (to były miotacze min i granatników) właściwie nie było żadnych akcji za wyjątkiem jednej. Zdobycie budynku, to była szkoła dziennikarska, tam w tej chwili znajduje się SLD. To był magazyn dla armii Rómmla, tak że był sprzęt bardzo egzotyczny, hełmy, buty różne. Było podejście raz, nie udało się, potem drugi, ale bez ofiar, bo Niemcy uciekli. A tak specjalnie w okresie sierpnia było zupełnie spokojnie. Na przykład na Okrąg była świetlica, gdzie było dowództwo i odbywały się koncerty, przychodzili aktorzy. Na Okrąg jest dziedziniec, msza też była i właściwie nie odczuwało się takich historii, że coś jest. Jeszcze kilka razy brałem ze sobą listy od kolegów powstańców. Na przykład była taka prośba, żebym wpadł na ulicę Kruczą i przyniósł gęsty grzebień dla jednej, bo chciała włosy czesać. Poczty harcerskiej jako takiej na Czerniakowie nie było właśnie dlatego, że był bardzo ciężki dostęp. Potem już pod koniec sierpnia zaczęła się akcja przenoszenia zapasów żywności. Myśmy mieli dobrą sytuację żywnościową, dlatego że na ulicy Wilanowskiej było „Społem”. Były na przykład całe torby cukierków, makarony, marmolada. Potem już ze Śródmieścia były brygady, które przechodziły nocą, bo w dalszym ciągu było bardzo niebezpiecznie, przenosiły żywność do Śródmieścia. Poza tym również uruchomiono drukarnię. Naprzeciwko mojego domu [była] drukarnia Gebethnera i Wolfa. Na przykład tam odbierałem druki legitymacji akowskich, różnych przepustek. Do napędu tych maszyn używano folksdojczów, którzy byli internowani. Ale mnie troszkę to zbulwersowało, że były tam też i dzieci. Dzieci wygłodzone kręciły te maszyny, nie było mężczyzn tylko kobiety. Folksdojcze, ale jednak nie byłem tym zachwycony. Sytuacja się pogorszyła na początku września. Kiedy Starówka padła i przyszło zgrupowanie „Radosława” po kilku odpoczynkach. Oni obsadzili Książęcą 1 i ZUS. Wtenczas się zaczęła już prawdziwa bitwa. Nawet jak już wracałem ze Śródmieścia, to spotykałem żołnierzy „Radosława”, musiałem podać hasło, czyli czułem, że tu już są… A tak w sierpniu w ogóle żadnych akcji akowców nie było, tylko się spotykało cywili.

  • Jakie były pana wrażenia, ponieważ „Radosław” wiadomo, ciężki szlak…

Oni nas przede wszystkim zdumiewali możliwością [posiadania] broni. Pamiętam, jak przyszli, to w ogóle broń leżała na stopniach, na oknach. To tak trwało do 13 września. 13 września już sytuacja się pogorszyła, dlatego że było bardzo silne natarcie na Książęcą 1 i musieli się wycofać na teren ulicy Okrąg. Zostało przerwane połączenie ze Śródmieściem i praktycznie była nieciekawa sytuacja. Byłem świadkiem z odległości, bo widziałem 15 września na Czerniakowskiej, jak mój dom się palił. Czyli byłem przekonany, że już tam są Niemcy, bo już powstańcy opuścili [te tereny], a była ludność cywilna, moi rodzice, czyli po prostu już Niemcy musieli ewakuować czy zabrać tych cywili, bo dom płonął. Na Okrąg już się zgromadzili obrońcy, zgrupowanie „Kryski”. Nie wiem, jak było, bo w tym czasie dowódcą był kapitan „Kryska”, w tym czasie go nie pamiętam, nie wiem, co się działo. Podobno był ranny i przetransportowany na drugą stronę Wisły, ale tego już nie widziałem. Najbardziej tragiczny moment był chyba 18 września, tak przypuszczam. Atak poprzedzony był atakiem „goliatów”. „Goliat” wpadł na Okrąg 2, czyli rozwalił cały [budynek]… i zaczęło się straszne zamieszanie, bo Niemcy wpadli do piwnic, zaczęła się strzelanina i paniczna ewakuacja, raczej ucieczka w kierunku Wilanowskiej. To była Wilanowska 18. Potem spotkaliśmy się z berlingowcami. Mnie to zastanawiało, że nie widziałem jakichś dowódców, żeby się kontaktowali, jakieś narady z tymi berlingowcami. Czyli oni byli właściwie zdani na siebie i byli bardzo nieobeznani z walką uliczną. Masowo ginęli, bo mieli broń, ale ani się nie schylili, tylko masowo ginęli. Po prostu chodziło sie po nich – na ulicy Wilanowskiej – jak po poduszkach. Już sytuacja była taka, że w tym momencie przeniosłem się na ulicę Wilanowską 5 i ta Wilanowska była broniona. Z łącznika przemieniłem się w strzelca, bo akurat były karabiny berlingowców. Nawet mnie berlingowiec uczył strzelać i strzelałem. Ale to już była beznadziejna walka, bo już byliśmy tak zmęczeni, że w ogóle nie byliśmy w stanie utrzymać się na posterunkach, bo już było dużo rannych i podjęto ewakuację. 22 września podobno miały przyjść pontony i mieliśmy być przetransportowani na drugą stronę. 22 września nocą przedostaliśmy się nad brzeg Wisły w okolice statku „Bajka”, który był zacumowany koło WTW, blisko mostu Poniatowskiego. Tutaj ktoś podaje, że on stał w porcie Czerniakowskim, co absolutnie jest nieprawdą. Ten statek był [gdzie indziej], zresztą dużo trupów było, no i czekaliśmy, żeby pontony przyszły. W tym czasie był atak granatników, dużo rannych. Nawet pamiętam, byli uciekinierzy Gęsiówki, to byli Żydzi, którzy panicznie… Pamiętam taki moment, że z krzesłem skakał do Wisły, żeby przepłynąć. Byliśmy tak wyczerpani, że o przepłynięciu nie było mowy. Niektórzy próbowali, ale był bardzo silny ostrzał i w tym momencie zaatakowali nas Niemcy. Ktoś krzyknął: Nicht schiessen!. Pamiętam jak dziś. Po prostu wzięli nas do niewoli. Ustawili w szeregu, żołnierze zaczęli ściągać kosztowności z szyi i poprowadzili w kolumnie w kierunku Domu Nauczyciela, a stamtąd do kościoła na Woli. To było bardzo niebezpieczne. Co chwilę z tyłu kolumny brali tych, którzy szli i rozstrzeliwali w murach. Tak że każdy jak zobaczył, że już za plecami nie ma nikogo, to starał się lecieć do przodu. Pierwszy raz szedłem, śpiąc, po prostu byłem tak wyczerpany, bo nie było ani jedzenia, ani wody. Doprowadzili nas do kościoła na Woli i wprowadzili do podziemia kościoła w nocy. Rano wypędzili nas wszystkich, ustawili w szeregu. W tym momencie jak stoimy, nagle widzę, że idzie gestapowiec z jakimś cywilem wzdłuż naszego szeregu. Nagle ten cywil zatrzymuje się przede mną i pokazuje mnie palcem. Jako łącznik byłem znany. W tym czasie dalej chyba stał porucznik „Batory” i pamiętam jak dzisiaj, położył palec na usta – BIP – właściwie gdyby był ujawniony. Gestapo, oczywiście poturbowany, pobity. „Łącznik?!” – „Tak”. – „ Kanały! Jakie przejście kanałem?!”. No i tłuką. Akurat w ogóle nie miałem pojęcia, że z Czerniakowa przeprawiono się na Mokotów, bo to było dosyć konspiracyjnie. Nikt nie wiedział, że „Radosław” odszedł na Mokotów kanałami. No i pod ścianę – karabiny stoją i nagle przeleciały jakieś samoloty, nie wiem, czy kukuruźniki. Zrobiło się cholerne zamieszanie i w tym zamieszaniu się wszyscy rozbiegli, gestapowcy uciekli. Ale potem jednak jakoś się [przedostałem] w tłum takich, którzy nie byli do rozstrzelania. Załadowano nas na samochody ciężarowe, chyba nas Wehrmacht transportował. Pamiętam, że podchodził z tyłu samochodu Niemiec z karabinem i: „No, jak któryś tu będzie próbował [uciekać], to będę strzelał”. Powieźli nas w kierunku Szymanowa, tam zakonnicy nam rzucili chleb, i stamtąd do Skierniewic. Był tam obóz przejściowy, ziemianki, nawet byli jeńcy rosyjscy, którzy sprzedawali złoto, to był mosiądz właściwie. Ale co było ciekawe? Że tam właściwie pierwszy raz od momentu Powstania jadłem gotowane kartofle z cebulą. W tym czasie jak powstańcy mieli zdobytą Wytwórnię Papierów Wartościowych, to niektórzy pobrali arkusze banknotów i pozawijali sobie na ręce. Tak było to ukryte. Te banknoty pocięliśmy i przez płot, bo nie było ostrego pilnowania, pod siatkę mogli podchodzić cywile i rzucaliśmy im pieniądze, a oni nam rzucali kartofle. Pamiętam, że dla mnie największym przysmakiem były gotowane kartofle z cebulą i był kawałek chleba. Byłem w szpitalu, bo się źle poczułem. Nagle któregoś dnia wypędzają mnie z tego szpitala i widzę grupę pięćdziesięciu powstańców, tak że widzę nawet ze zgrupowania. Prowadzą nas na stację do Skierniewic i pakują do wagonu. Byliśmy przekonani, że nas wywożą do obozu. Ale patrzymy przez zakratowane okienka, że się zbliżamy do Warszawy Zachodniej, więc w ogóle konsternacja. Co będzie z nami? Ale nic, siedzimy w wagonach. Nagle zwekslowali i jedziemy linią w kierunku Warki. Minęliśmy Piaseczno (można było zobaczyć) i nagle pociąg się zatrzymał. Wyrzucili nas z wagonów i popędzili do majątku, gdzie były puste obory i tam żeśmy nocowali. Już żywienie było lepsze, bo gotowali. Na przykład był taki moment, to chyba była celowa akcja Niemców, bo nagle mówią: „Słuchajcie, kto ukradł mięso?! Bo tu był przydział i uje mięsa!”. Przecież nikt z powstańców. Kto z nas mógłby ukraść surowe mięso? Ale już można było jakoś siły zebrać. Rano o godzinie szóstej pędzili nas do pociągu, który stał na szynach i jechaliśmy pod front, pod Warkę. Tam budowaliśmy bocznicę kolejową. Oczywiście dźwiganie podkładów, szyn, bardzo ciężka praca. Byliśmy traktowani nie tak ostro, bo to był Wehrmacht. Ale muszę powiedzieć, że byłem jednym z najmłodszych. Po kilku takich jazdach, spałem przy ścianie i nagle widzę, że ktoś podaje mi kubek mleka. Nie wiem, kto to był, ale w każdym razie wypiłem, jasne to było. Po kilku dniach idziemy już do pociągu, który miał nas wieźć pod front do dalszych robót, nagle podoficer Wehrmachtu, nie pamiętam jakiego stopnia, ale chyba miał dwa lampasy, chyba feldfebel… Dał mi kartkę i mówi: Nach Hause. Było ciekawe, potem zauważyłem, że na stacji porucznik „Batory”, który się nie ujawniał, rozmawiał z tym Niemcem. Nie wiem, czy to była akcja porucznika „Batory”, że go nie ujawniłem, czy to był odruch normalnego Niemca, który widocznie widział chłopca i mnie w ten sposób zwolnił. To było bardzo nieoczekiwane i idąc pieszo, dotarłem do Piaseczna, a w Piasecznie była rodzina mojej matki. Tam się zatrzymałem. Potem powiadomili moich rodziców, którzy uciekli w jakiś sposób z obozu w Pruszkowie. W Konstancinie mieszkała moja babcia, mieli kawał ziemi, były zabudowania i tam się spotkaliśmy. Byłem bardzo wyczerpany, a w tym czasie w Konstancinie był szpital, gdzie teraz jest centrum rehabilitacji. Pamiętam, że dostawałem wzmacniające zastrzyki z [niezrozumiałe]. Dotrwałem do wyzwolenia. 17 stycznia nagle widzimy czołgi. Ojciec pochodził z Łodzi, więc mówi: „W Warszawie – co? Wszystko spalone”. Po prostu z ojcem poszedłem piechotą do Łodzi. W Łodzi zacząłem się uczyć zawodu zegarmistrza. Ojciec mówi: „Słuchaj, te dwie gimnazjalne…”. Po prostu uczyłem się jako zegarmistrz. Ale chciałem się dalej kształcić. Mój majster mówi: „Po co ci szkoła, kiedy masz wspaniały zawód?”. Mimo wszystko zrezygnowałem z tego, zacząłem pracować w fabryce zegarów na Żwirki i Wigury i skończyłem gimnazjum mechaniczne i w 1949 roku zdobyłem tytuł technika mechanika. Przeniosłem się do Warszawy i byłem zaangażowany przy budowie osiedli robotniczych PPB „BOR” na Muranowie i budowaliśmy domy, które były budowane na gruzach. Zajmowałem się sprzętem jako technik mechanik.

  • Wróćmy jeszcze do samego Powstania. Czy pamięta pan może to lądowanie berlingowców, widział pan, jak to wyglądało?

To właściwie było nieoczekiwane. Oni przyszli, ale nie widziałem, żeby były jakieś kontakty naszych dowódców. Było charakterystyczne, że w tym czasie główny dowódca, który przejął obronę tego odcinka, nagle przeniósł się kanałami. Mówiąc szczerze, to była improwizacja w jakimś sensie, bo ci żołnierze by strzelali, ale nie wiedzieli, co robić. Uzbrojenie naszych żołnierzy zgrupowania „Kryski” było bardzo słabe, byliśmy wyczerpani tą walką i odszedł trzon „Radosława”, który stanowił bardzo silne [wsparcie]. Nagle przeszedł na Mokotów. Tylko pamiętam, że leżeli pokotem i chodziło się po nich jak po poduszkach. Nie było żadnej akcji, nie wiem, jak to wytłumaczyć. To, że ten major rosyjski, który przy radiostacji siedział i wołał o jakąś pomoc… Tak że dla mnie, jak teraz patrzę z perspektywy czasu, jakoś nie było… Przecież jak berlingowcy przypłynęli, to stanowili olbrzymią siłę i byli bardzo dobrze uzbrojeni. A w tym czasie „Radosław” się zdecydował przejść na Mokotów. To tak zrobione było, że nikt nie wiedział. Nagle patrzę, Wilanowska 5, gdzieśmy bronili, to było kilu kolegów z „Kryski” i było kilku berlingowców. Myśmy byli tak wyczerpani, że dosłownie nikt nie był w stanie utrzymać się na stanowisku i schodził do piwnicy. Ciągnęło się go i tak dalej. Uważam, że był chaos i tego nie mogę dalej zrozumieć, dlaczego właśnie „Radosław” przeszedł na Mokotów, kiedy miał tutaj pod komendą bardzo silny oddział. Obojętnie jak, ale przecież można było [walczyć]. Nie wiem, ja tego nie bardzo rozumiem.

  • Jeszcze może coś o biurze propagandy…

Miałem bardzo duże kontakty, bo chodziłem po całym terenie oprócz tego, że chodziłem do Śródmieścia. Pamiętam taki fragment, gdy poszedłem do Łazienkowskiej. To był sierpień, kiedy myśmy mieli Przemysłową, port Czerniakowski do Rozbrat, Fabryczna, Mączna. To wszystko było obsadzone przez żołnierzy „Kryski”. Właściwie podszedłem i ten akurat na stanowisku z erkaemem mówi: „Słuchaj, pokażę ci szkołę na Czerniakowskiej 139, gdzie są Niemcy”. On ten erkaem włożył do toalety i żeśmy wyszli na balkon. W tym momencie strzał! Widocznie [Niemiec] nas obserwował, taki odcinek, celował i właściwie wielkie szczęście, bo bym zginął. Poza tym były takie momenty, że na przykład na Przemysłowej była wytwórnia wódek, więc to też było… Były też dyskusje nawet, tak że to nie wszystko przechodziło… Były nawet jakieś w pewnym sensie niesubordynacje żołnierzy. Akurat jak przychodziłem do dowództwa (zwykle byłem doprowadzany) w tym samym czasie na przykład przyszło państwo, skarżą się, że żołnierze wycierają tyłki ich bielizną pościelową. To jest fakt, ale mówi: „Jak mogą!”. Byłem też świadkiem, że tacy przygodni ściągali pierścionki ze zwłok. To był element różny, najgorsze to było, żeby ściągać pierścionki ze zwłok. Bardzo często miałem niesamowitą sytuację, bo przychodziłem na posterunek, a nikogo nie było. Tak że nieraz ryzykowałem, bo miałem dotrzeć, a już posterunku czy naszych nie było, a mogli być Niemcy. Naprawdę miałem wielkie szczęście, że mnie po prostu nie trafiło. Na przykład był taki moment, że jest ZUS, to znaczy szpital na rogu Ludnej, Rozbrat i Czerniakowskiej, jest duża brama. Proszę sobie wyobrazić, że czołg, który stał na wiadukcie, wstrzelił się w tą bramę. Szedłem kilka sekund po tym wystrzale – jaka masakra była w tym holu. Bo żeby przejść na drugą stronę… Najpierw jak się przeskakiwało ulicę Rozbrat, to trzeba było przelatywać pod ciągłym obstrzałem. Potem wykopano podkop, ale żeby dojść do tego podkopu, trzeba było przejść przez główną bramę i przejść do przekopu. Nazwano tą bramę bramą śmierci, oni wielokrotnie się tam wstrzelali. Tak że [niebezpieczne] sytuacje były, jak teraz patrzę z perspektywy, nieraz opuszczone stanowiska, barykada pusta w ogóle, bez historii. Ale tak już musiało być chyba. Łączność to były na przykład radiostacje, była telefonia, tak że myśmy wiedzieli dokładnie, co się dzieje na świecie. Szczególnie BIP rozpropagował, że było Powstanie w Wilnie, że weszli Rosjanie i wszystkich potem wywieźli na Sybir. No i prasa. Potem przyszło więcej pracowników BIP-u, którzy prowadzili reportaże. Ale pamiętam, że jedna z nich zginęła. Tak że to była taka działalność.

  • Pamięta pan może Żydów z Gęsiówki?

Żydów z Gęsiówki pamiętam w momencie… nie wiem, jak oni się dostali na Czerniaków. Ale chyba przyszli z „Radosławem”. To mi utkwiło, bo nagle Wisła i oni się strasznie przejęli. Pamiętam, że jeden wskoczył do Wisły, trzymając krzesło, może żeby zasugerować. To był jeden moment, który widziałem, że on: „Ojej! Co to będzie?! Aj waj!”. Bo przecież Niemcy… Nie wiem, co się z nim stało. To było nocą, ludzie starali się [przedostawać], niektórzy przepływali. Chodziło o to, żeby przepłynąć tą głębinę, bo dalej był już piach.

  • Pamięta pan jakieś inne nacje, które brały udział w Powstaniu.

Był pluton Słowaków i był też oddział Gwardii Ludowej na Czerniakowie. Ale oni w zasadzie jakby sami działali. Na Czerniakowie był rozdźwięk. Jako łącznik byłem świadkiem, że po prostu jak przychodziłem, to docierałem do dowództwa i w tym czasie były różne historie. Tam nie było zupełnie takiej akcji, nie wiem, czy te oddziały same podejmowały [decyzje]. W każdym razie tam coś było, tak że nie grało to wszystko.

  • Pamięta pan może, jak był pan już w Konstancinie, jak docierały wieści z Warszawy, jak ludzie reagowali?

Właściwie oni nic nie wiedzieli, tylko że płonie Warszawa i właściwie to że był wielki problem, żeby się zarejestrować. Przebywała tam moja rodzina i mieli znajomego księdza, bo chodziło o metryki i tak dalej. Dostałem arkusz, że tam mogę być. W Konstancinie nie było dużo powstańców w tym czasie, bo w tej dzielnicy w zasadzie byli Niemcy. Niemcy powysiedlali wszystkich właścicieli i tam kwaterowali. Ale co mi utkwiło… W tym czasie zauważyłem, że zwerbowali Polaków, z których stworzyli oddział w samych mundurach i ćwiczyli ich. Chyba byłem zwolniony w końcu listopada, to jeszcze był grudzień i styczeń. Byłem oburzony, że Polacy w mundurach niemieckich i niby ich ćwiczyli. Chciałem jeszcze powiedzieć, że utkwiło mi [w pamięci], że w Skierniewicach wchodzili oficerowie niby Armii Krajowej, z opaskami, ale na opasce był stempel gestapo. Też były akcje werbunkowe. Spojrzałem i mówię: „Jak to, AK i stempel gestapo?”. Tak że były próby werbunku. W tym czasie jak byłem, to widziałem jak jechały transporty kolejowe z Mokotowa, bo przelatywały w otwartych wagonach.

  • Czy w czasie samego Powstania nie myślał pan o tym, że może pan zginąć?

Właściwie najbardziej niebezpieczny okres to była pierwsza dekada sierpnia. Szedłem nieświadomy w ogóle. Wiedziałem co, ale byłem ostrzeżony, że to teren ziemi niczyjej. Bez przerwy strzelanie i na przykład w nocy – reflektory przeciwlotnicze. Pamiętam, jak jeszcze nie było przekopu, idę i nagle reflektor rzuca smugę. Przylgnąłem do siatki. Nie wiem, czy mnie nie zauważył i dalej [świecił]. Przemykałem się po prostu między tymi błyskami. Tam ofiary były tylko z cywili, bo ludzie mieszkali, więc mimo woli… Do tego stopnia [było niebezpiecznie], że nie można było ściągnąć zwłok. Nikt tego nie robił, bo jeśli cywil się nie odważył… A ja musiałem przejść. Tak że dla mnie tutaj pojęcie strachu, że mogę zginąć… Zresztą muszę powiedzieć, że na przykład przede mną padł… Miałem specjalną przepustkę, tak że poza kolejnością. Na barykadach w Śródmieściu nie można było poruszać się swobodnie, a jak był obstrzał, to poza kolejnością. Na przykład jak raz przeskakiwałem Aleje Jerozolimskie, to się potknąłem. Tam chodziło o to, że z tej barykady trzeba było wziąć maksymalny rozbieg, nie można było zejść z barykady (bo przecież był beton i tunel) i maksymalnie przelecieć na drugą stronę. Potknąłem się, zapaliła mi się latarka i w tym momencie lament, bo [zaczęli strzelać] pociskami świetlnymi. Poderwałem się i o dziwo przeżyłem. Ale muszę powiedzieć, że był moment bardzo komiczny, nie wiem, czy to mogę powiedzieć. Raz przychodzę z meldunkiem do porucznika „Maliny”. Pukam, otwiera mi pani, naga i mówi: „Bardzo przepraszam, pan porucznik jest zajęty. Przyjdź później”. Autentycznie takie rzeczy się zdarzały. Miał prawo, ale fakt, że przyszedłem z meldunkiem po nocy, po tych wszystkich przejściach. Ale jak na przykład docierałem do dowództwa, bo miałem polecenie nie do mojego porucznika „Maliny”, tylko bezpośrednio. Tam był porucznik „Bachus”, „Tum”, to od razu: „Łącznik! Nakarmić!”. Siedziałem i nawet nieraz byłem świadkiem rozmów, bo przychodzili ludzie, chociażby [skarżyli], że używają do podcierania prześcieradła, bielizny, bo papieru jako takiego nie było. To są fakty. Poza tym też były rozstrzeliwania. Nie wiem, podobno KBW prowadziło. Na przykład nie wolno było wyglądać przez okna, to znaczy nie patrzeć. Ale kto to robił, dlaczego, kogo? Wiadomo, działy się różne rzeczy.

  • Może pan coś od siebie jeszcze powie ciekawego, może coś śmiesznego, takiego, co nie jest znane, może coś co panu utkwiło w pamięci i chciałby się pan podzielić tym.

W pamięci mi utkwiło jak raz szedłem, było nabożeństwo w kapliczkach i wpadł granatnik. W tym momencie, dosłownie kilka sekund, miałem wyjątkowe szczęście, że przeżyłem.

  • Jak by pan wyszedł wcześniej…

Po prostu szedłem, bo to były przejścia, przechodziło się piwnicami, ale nieraz trzeba było przez podwórko. Gdybym wcześniej wszedł w tą grupę, to granatnik [by mnie zabił], bo Niemcy strzelali z granatników… Jeszcze było to, że na przykład nas nie bombardowały sztukasy na Czerniakowie. Nie pamiętam, żeby sztukas nurkował, co na przykład moi koledzy na Mokotowie opowiadali. Tak że był obstrzał z „krów”, z granatników. Widziałem, jak szedłem nocą Książęcą (to był teren nieoświetlony), to przelatywały wielkie pociski. On sunął charakterystycznie i nagle gdzieś słychać było… Oczywiście nie wszystkie wybuchały, nie wiem dlaczego. Na przykład w Śródmieściu był entuzjazm, były flagi. Były tak zwane peżetki, że jako łącznik mogłem się ostrzyc, zjeść. Właściwie była atmosfera Śródmieścia zupełnie nie ta jak na Czerniakowie. Tam właściwie nie było obiektów, które należało zdobyć, tylko jedyna szkoła dziennikarska.

  • Pan jako łącznik miał dużą styczność z ludnością cywilną. Jak oni reagowali?

Ludność cywilna była oburzona, że mam przepustkę, skarżyli się, że stoją na barykadzie bez broni i tak dalej. Raz porucznik „Malina” dał mi pistolet – piątkę. Jak dzisiaj wspominam, to co bym zrobił z piątką? Nie użyłem jej co prawda, ale [jeden cywil] mówi: „Taki smarkacz ma broń, a my tu stoimy na barykadzie”. […] Było na przykład prowadzone szkolenie, przychodzę do „Adrii”, a w tym budynku prowadzą musztrę. Stoi chyba dwudziestu młodych ludzi na baczność, spocznij. Wyszedł ten co prowadził, wraca: „Co?! Jak wy stoicie?!”. Myślę sobie: „W takiej sytuacji musztrę prowadzić?”. Takie moje spostrzeżenia.
Warszawa, 4 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła
Henryk Skalski Pseudonim: „Mirek” Stopień: łącznik Formacja: Zgrupowanie „Kryska” Dzielnica: Czerniaków Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter