Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Henryk Sołtysiak "Maniek"
Henryk Sołtysiak
pseudonim
"Maniek"
stopień
Zawiszak
formacja
Szare Szeregi
dzielnica
Bródno

  • Co pan robił przed 1 września 1939 roku?

Chodziłem do Szkoły Podstawowej (czyli powszechnej dawniejszej) imienia Mikołaja Kopernika numer 150 na Bródnie, przy ulicy Białołęckiej.

  • Czy z tego okresu ma pan jakieś szczególne wspomnienia?

Byłem już w harcerstwie – zaczynałem od zuchów, później byłem ministrantem – obok szkoły był kościół, który liczył nawet stu ministrantów. Tam był prefekt, nazywał się Woźniak, który kierował nami do czasów okupacji.

  • Czy w czasach przedwojennych był pan tylko zuchem, czy zdążył pan już być harcerzem?

Byłem tylko zuchem, bo jak się wojna zaczęła, miałem jedenaście lat, ale właściwie to były już początki harcerstwa.

  • Jak pan zapamiętał wybuch wojny i ten pierwszy okres kampanii wrześniowej?

Nie bardzo ciekawie, bo to było oblężenie Warszawy. Ojciec wtedy był oddelegowany do lewobrzeżnej Warszawy, a my z mamą na pieszo, tak jak tysiące ludzi, uciekaliśmy poza Warszawę. Ciekawe było, że szliśmy sześć dni, a z powrotem wracaliśmy tylko pół dnia, niby szliśmy w jednym kierunku. A potem, już na samo oblężenie, wróciliśmy z powrotem do Warszawy. Normalne było to, że się stało pod strzałami pod piekarniami za chlebem, bo był duży głód.

  • Dokąd państwo dotarli podczas ucieczki w kampanii wrześniowej?

Do Mińska Mazowieckiego. Przesiedzieliśmy na wsi u nieznajomych ludzi, którzy nas przygarnęli tak jak wielu innych. Później wróciliśmy z powrotem do Warszawy na całe oblężenie.

  • Czym pan się zajmował już po wkroczeniu Niemców do Warszawy?

Niemcy zajęli budynki [szkoły] pod swoją siedzibę. Tam był rząd pięciu szkół, pięć murowanych budynków, zaczynających się od ulicy Białołęckiej. Tam chodziłem do szkoły numer 150 imienia Kopernika. Stamtąd nas wyrzucili na inną ulicę, Kiejstuta, do jednego budynku, gdzie te wszystkie pięć szkół miały tylko język polski i niemiecki, natomiast innych przedmiotów, jak historia, geografia, uczyliśmy się na kompletach prywatnie, po domach. Skończyłem powszechną szkołę, siódmą klasę. To wszystko.

  • Czym pan się zajmował, oprócz tego, że kończył pan szkołę?

Byłem przy rodzicach. Ojciec pracował dalej na kolei, w parowozowni Warszawa–Praga i tam był woźnym. Miał kontakty z dyrekcją kolejową na Pradze, przy pomniku. Był naszym jedynym żywicielem. Byłem jedynakiem. Ojciec potajemnie robił Ausweisy kolejowe do spółki z jednym panem, czyli był w jakiejś organizacji. Tam trudniłem się tym, że czasami jeździłem do tego pana, który mieszkał w Warszawie na Ogrodowej, czyli tramwajem trzeba było jechać kawał drogi przez most mad gettem, oczywiście, z tymi Ausweisami w kieszeni, ale jakoś się udawało. Później, 29 stycznia 1944 roku ojca aresztowali, bo coś się wydało. Był na Pawiaku i zginął, właściwie zaginął czy był rozstrzelany, czy wywieziony do obozu. I już utrzymanie siebie i matki to był mój obowiązek. Po aresztowaniu ojca jako piętnastoletni chłopak pracowałem w prywatnej firmie budowlanej. Jednocześnie w harcerstwie byłem w „Zawiszakach”, ale jako chłopcy mieliśmy przed Powstaniem na przykład takie cele, [jak] rozpoznawanie numerów samochodów, które wyjeżdżały z Warszawy. Poza tym na Pradze był 36. Pułk Piechoty, do nas należała też obserwacja. Jeszcze roznoszenie prasy i tak dalej.

  • Czyli działając przed wojną harcerstwie, niejako przeszedł pan do harcerstwa konspiracyjnego?

Nie, to było oddzielne. Przyjęcie do harcerstwa w czasie okupacji było tajne, na przykład musieliśmy się przechadzać ulicą, ktoś nas obserwował i po prostu wciągał nas do harcerstwa.

  • Jak wyglądało życie takich tajnych harcerzy?

Tak jak tu wspomniałem poprzednio, zajmował się nami prefekt, ksiądz Woźniak, bo dość liczna była grupa ministrantów. Jednocześnie była duża grupa harcerzy. Jeździliśmy [w kierunku] jak jest Choszczówka, Płudy, tam są lasy i tam były jakieś ćwiczenia półwojskowe, harcerskie.

  • Na czym polegało takie półwojskowe ćwiczenie?

Żeby mieć jakąś sprawność do naszych celów, na przykład przed Powstaniem spisywaliśmy numery, to było w rowie, tam niby się ganialiśmy, jechał samochód, trzeba było zanotować... Po prostu [ćwiczenia] sprawności.

  • Czy tylko w okresie przed Powstaniem, czy na przykład przez cały czas okupacji, szczególnie może nawet jak Niemcy zaatakowali Związek Radziecki?

Cały czas. Jak trzymać karabin, jak trzymać te atrapy, bo [karabiny] nie były prawdziwe, przecież to była młodzież, dzieci właściwie. [...]

  • Jak wyglądał już sam wybuch Powstania w tej części Warszawy, na Pradze?

U nas to było inaczej, W szkołach, o których opowiadałem, też była organizacja. Zgłosiło się coś dwa czy dwa i pół tysiąca ludzi, a broni było tylko na tysiąc. [...] Przyszedł rozkaz, żeby robić barykady i zaczęliśmy [je] budować między ulicami Pobożańską a Zagraniczną. Entuzjazm ludzi z tego budowania był tak duży, że w przeciągu krótkiego czasu powstała barykada... miała [materiały] wybuchowe i za dwie godziny przyszedł rozkaz rozebrania tej barykady, po prostu nie było sensu, bo to była [barykada] przeciwczołgowa, miała być na ulicy Wysokiego, i nie ma sensu, bo ta dzielnica się po prostu nie nadaje...
Część młodych ludzi zaczęła się przedostawać do lewobrzeżnej Warszawy, a część tak się jakoś porozchodziła i to było aż do pewnego czasu, ale już daty nie pamiętam. Samoloty, tak zwane kukuruźniki, latały i rzucały bomby, jak było coś blachą pokryte, coś niskiego, to oni już myśleli, że to samochody niemieckie. Rano budzimy się, a tu już stoją czołgi sowieckie, zamiast polskich oddziałów. I na tym to koniec, jakoś nie przedostawali się na lewobrzeżną Warszawę, tylko właśnie w kierunku na Płudy, Choszczówkę.


  • Jak pan pamięta z tego okresu Niemców jako okupantów czy też jako wojsko? Jaki był stosunek żołnierzy do ludności cywilnej?

Dużo rzeczy pamiętam. Były i samochody niemieckie... Nie wiem, czy ci Niemcy się bawili, że stanął na przykład samochód ciężarowy, Niemiec wygląda... A dzieci się nauczyły mówić [niezrozumiałe], to znaczy, żeby cukierki... No i oni robili zdjęcia. Czy na przykład chleb prosiły. No i oni się tak tym zabawiali. Były na przykład wojska mongolskie w niemieckich mundurach i też stały gdzieś tak niedaleko i pamiętam, [jak] koło nas maszerowali nieraz, nawet te melodie takie ich Jase, jase, germanija, jase, jase, mongolija... tak śpiewali. Ale to na usługach. To były różne wojska – i mongolskie, i nawet rosyjskie, białogwardziści, tak że nie sympatyzowaliśmy z nimi. Po rozebraniu tej barykady Niemcy okrążyli Bródno, nowe Bródno (bo tam było i stare też, ale stare to była wioska dalej) i megafony jeździły po ulicach, że mężczyźni od lat czternastu do sześćdziesięciu mają wyjść w kierunku Pelcowizny i na Pelcowiźnie się zgromadzić, bo jeżeli po tym będziemy sprawdzać (to była jednocześnie nawet i granatowa policja nasza), jak zastaniemy mężczyznę w tym wieku, to rozstrzelamy na oczach rodziny. Okazuje się, to była taka jak gdyby zemsta za to, że się szykowaliśmy do obrony. Poszliśmy tam na tą Pelcowiznę (już nie pamiętam ulicy) i właściwie całe Bródno mężczyzn tam poszło, postawili nas w ósemki i prowadzili tutaj, do ulicy Jagiellońskiej, Jagiellońską na Wschodni Dworzec i ze Wschodniego Dworca do Pruszkowa, bo tam były te obozy. I ja z kolegą (już nie pamiętam nawet jego imienia, ale z sąsiadem) byliśmy jako szesnastoletni chłopcy, ale [były i] dzieci. Jakieś kobiety tam chodziły, roznosiły wodę w wiadrze i częstowały nas i był postój, ale [co] jakieś osiem–dziesięć metrów były bramy tych domów na Pelcowiźnie. No i jedna kobieta podchodzi do nas (a my tak staliśmy obok siebie) i mówi tak (a Niemcy z psami i z rozpylaczami co ileś tam metrów stali): „Ja zagadam jednego Niemca, a wy uważajcie, jak ten drugi się odwróci w drugą stronę, to [uciekajcie] do bramy”. No i myśmy skorzystali z tej sytuacji we dwóch. Pewien kolejarz, pamiętam jego nazwisko nawet, nazywał się Płatek, zobaczył nas i za nami. Wtedy Niemcy go zauważyli i serię puścili. Wtedy jakby człowiek mógł brać udział w jakiejś olimpiadzie, to pobiłby rekordy, płot nie płot człowiek skakał, oczywiście z tego strachu, może i z emocji. Był taki wypadek, nawet porównać – jedna kobieta nas wyprowadziła, pomogła w ucieczce, wpadliśmy do domu na pierwsze piętro (taki drewniany dom), a druga wyleciała i mówi: „Uciekajcie, bo ja mam dzieci, jeszcze nieszczęście mi [sprowadzicie]”. No i my z powrotem wróciliśmy i położyliśmy się w jakimś ogrodzie, bo to była jesień, było jakieś zielsko i w tym zielsku przesiedzieliśmy. Jaka to jest zbieżność – jedna nas ratuje, a druga nas wygania. Ale uratowaliśmy się, bo Niemcy już te szeregi odprowadzili, zrobiło się pusto, odczekaliśmy jakieś dwie godziny i wróciliśmy do domu. No i tym sposobem się uratowaliśmy. A dużo osób wtedy nie wróciło w ogóle. Nie wiadomo, gdzie ich zabrali, czy do obozu, czy gdzieś do kopania rowów.

  • Czy uciekając z tego transportu, nawiązał pan kontakt ze swoją organizacją, z tajnym harcerstwem?

Nie, w ogóle mężczyzn było mało, tylko na ulicach można było [spotkać] albo jakiegoś inwalidę, albo starszego człowiek, w ogóle kontakty się pozrywały.

  • Jak zapamiętał pan wkroczenie Armii Czerwonej i Wojska Polskiego do tej części Warszawy?

Był taki wypadek, że jeden kolega został przypadkowo ranny w swoim domu. Ja mieszkałem pod numerem dwunastym, a on mieszkał pod czternastym, w takiej kamienicy. Gdzieś uderzył jakiś pocisk, szyba pękła i trafiła go w nogę tak nieszczęśliwie, w ścięgno, zdaje się, że na całe życie... Z jego mamą go odprowadzałem na drugą stronę ulicy Wysokiego do lekarza. Dlatego to mówię, bo [to było] dzień przedtem... Wróciliśmy do domu i przespaliśmy się, a rano, godzina czwarta, piąta, już czołgi radzieckie stały. Oczywiście, entuzjazm ludzi, bo każdy już zadowolony, że wreszcie się pozbyliśmy Niemców. Widziałem już takie wypadki, że sowieccy żołnierze prowadzili Niemców–wojskowych. Radość była wielka, ci Sowieci zaraz [pytali], czy ktoś ma wódkę, jak ktoś miał, to bardzo ładnie przechylali. Polskich żołnierzy w tej pierwszej grupie, jak weszły czołgi, nie było, przyszli dopiero za jakieś pół dnia, to już była w ogóle radość. To trwało jeden dzień i później poszli dalej.
  • Co działo się na Pradze w okresie, kiedy Wojsko Polskie i Armia Czerwona odeszły dalej? Czy powstawał jakiś samorząd?

Tak, ludzie stworzyli taką milicję niby ludową, kto tam był odpowiednio na tym... Właściwie była potrzebna do pilnowania porządku i tak dalej. Później to tak jakoś każdy myślał... Bo tak: dom nam się spalił, to trzeba było gdzieś [mieszkać]... Myśmy z mamą poszli do Falenicy, do takiej dalszej rodziny, [u niej] żeśmy się zatrzymali. A później wyjechaliśmy do Chełma Lubelskiego. [...] Miałem kolegę, nazywał się Dolinda-Dolindowski, który został aresztowany za działalność, dlatego że był w AK. Siedział nawet, tu, na rogu Okrzei, bo tutaj była komenda wojewódzka. Tak że przykre to było.

  • Co się działo z panem w okresie już po zakończeniu walk? Jak wyglądała sytuacja, gdy już przyszło tutaj Wojsko Polskie, Armia Czerwona, a po drugiej stronie jeszcze walczyła Warszawa?

To [wtedy] właśnie najpierw żeśmy wyjechali do Falenicy, a później do Chełma Lubelskiego.

  • Co pan robił w okresie od zakończenia Powstania Warszawskiego do końca wojny, do maja 1945 roku?

Już raczej nic, biernie jakoś tak...

  • Wtedy przebywał pan już w Chełmie?

Tak, a później z Lublina pojechaliśmy do Łodzi, bo tam mieszkała mamy siostra i tam żeśmy mieszkali. To już był 1945 rok. Uczyłem się przez cztery lata poligrafii i już człowiek był zajęty tą nauką, żeby skończyć, zdobyć jakiś zawód i po prostu zarobić na kawałek chleba, bo już zostałem sam.

  • Czy w związku z działalnością w harcerstwie w czasie wojny spotkały pana później jakieś represje ze strony władz ludowych?

Raczej nie, przenosiłem się już na sport i sportem się zajmowałem, to tak jakoś nic nie czepiali się, tylko tyle, że miałem zakaz wyjazdu na Zachód. Miałem nawet takie dwa wypadki, że składałem [o paszport] turystycznie nawet i dostawałem odmowy. A tak specjalnie nie siedziałem nigdzie, nie „zaopiekowali” się mną.

  • Co pan robił po wojnie?

Nauczyłem się zawodu i pracowałem w poligrafii, Pierwsza moja [praca], jak przyjechałem z Łodzi tutaj w Warszawie była w Domu Słowa Polskiego, a później, tak po kolei, w „Życiu Warszawy”, później skończyłem kurs redaktorów i pracowałem w „Kurierze Polskim”, tam byłem redaktorem technicznym. To była bardzo przyjemna gazeta. I tak człowiek już się zajął pracą. Później ożeniłem się, córka studia skończyła. No i tak to życie przeszło.

  • Czy ma pan jakieś szczególne wspomnienie z okresu okupacji, które chciałby pan nam przekazać? Jakąś niewiarygodną historię?

Poza tym, co tu opowiedziałem, że nas prowadzili ci Niemcy, to nie miałem.

  • Jakie wiązały się niebezpieczeństwa związane z pana służbą w „Szarych Szeregach”?

Różne. Na przykład [przy] spisywaniu numerów [samochodów na miejscu] czy nawet jak dwadzieścia kilometrów od Warszawy stały wojska radzieckie, to nas wysyłano, żeby rozejrzeć się w te miejsca, czy oni [są] jeszcze daleko, bo słychać było tylko te strzały armatnie, czy się zbliżają, czy... Wpływu żadnego nie mieliśmy, żeby oni przyspieszyli i [stanęli] w obronie Warszawy. Tego to nie było. I takie niebezpieczne te tereny, trzeba było iść i tak podpatrywać.

  • Czy może pan coś powiedzieć o tajnych kompletach, w których pan uczestniczył?

W szkole za okupacji był tylko język polski i matematyka, a z innych [przedmiotów] musieliśmy dokształcać się właśnie na tych kompletach. Zbieraliśmy się, oczywiście pod przewodnictwem nauczycieli po mieszkaniach i w ten sposób się dokształcaliśmy. Ale to była jeszcze powszechna szkoła, która się tak nazywała. A później zawodu się uczyłem, skończyłem średnią szkołę przemysłu poligraficznego, później technikum poligraficzne i to wszystko, na tym zakończyłem. To już było po okupacji.

  • Czy w czasie okupacji miał pan kontakt z prasą podziemną, z jakimiś wydawnictwami wydawanymi nielegalnie?

Nie. Jeszcze nie byłem drukarzem.

  • Czym jeszcze pan się zajmował, poza kontrolowaniem niejako przejazdów niemieckich, będąc Zawiszakiem?

Nie mieliśmy jakichś konspiracyjnych [zadań]... Byliśmy za młodzi jeszcze. Najwyżej [były] jakieś czy rozkazy pisemne, czy [trzeba było] dostarczyć jakąś prasę...

  • Jak wyglądał przewóz prasy?

To [było] raczej tylko przenoszenie. [I] to, co mówiłem, że z legitymacjami, tzw. Ausweisami kolejowymi musiałem jechać, które w kieszeni się miało [albo] gdzieś tam za koszulą. Gdyby człowiek trafił na jakąś rewizję, to by na pewno znaleźli, ale nie było takich sytuacji, tak że jakoś się udało. I tak jakoś od łapanki też człowiek się uchronił, do kina się nie chodziło, bo w kinach były łapanki przecież. Kolegę jednego, nawet o takim ładnym nazwisku Łokietek. (on był starszy ode mnie o dwa lata) wyciągnęli z kina i później papiery jego znalazłem w Łodzi w muzeum, że zginął w obozie.

  • Czy w czasie okupacji miał pan kontakt, poza okupantem czy Niemcami, z innymi narodowościami, na przykład z Żydami czy innymi społecznościami?

Nie, w czasie okupacji to nie.

  • A wcześniej?

Wiem, że jeszcze ojciec, pracując na [kolei], kiedyś przyszedł do domu, patrzę – ktoś stoi w przedpokoju. Okazało się, że to Żyd, z transportu uciekł, bo Bródno było przecież blisko przy kolei. I zaraz, za jakieś trzy, cztery godziny i jego odtransportowali gdzieś dalej, uciekł z pociągu, jak przewozili ich. Każdy jak mógł, to ratował człowiek człowieka. Nie dlatego że Żyd, ale dlatego że człowiek. Ja to nie, już więcej ojciec, ojciec był w jakiejś organizacji, ale nie lewicowej, bo nie lubił nawet tych gazetek, tylko akowskiej. Ale mi [tego] nie zdradzał, każdy [wtedy] miał jakąś swoją tajemnicę. To właściwie wszystko. Człowiek pewne rzeczy pamięta, pewne nie pamięta.
Nie brałem udziału w walkach, tym nie mogę się pochwalić, jakoś tak się ułożyło. Mój wujek na przykład nie wrócił... Taki też [był] kolegi ojciec, on był nawet moim drużynowym – Kabat Mirosław, jego ojciec też nie wrócił. Jak zabrali, to brali gdzieś do kopania okopów czy coś, część pędzili do obozu. Zresztą w Pruszkowie był bardzo duży punkt zborny tych ludzi. Udało się dlatego, że człowiek był dzieckiem jeszcze, może nie za dużego wzrostu, to się udało.

  • Jakie były wówczas działania księży w sensie wspomożenia społeczeństwa w walce z okupantem?

No właśnie, szczególnie tego jednego księdza, [który] nazywał się Woźniak, zresztą znany prefekt. Chodził w takim kardynalskim kapeluszu, kończył studia gdzieś tam w Rzymie. On jeździł nawet z nami na tereny Choszczówki, bo tam były nasze tereny leśne i z Bródna było najbliżej. To były takie jak gdyby obozy młodzieży, myśmy [tam] sobie robili jednocześnie ćwiczenia wojskowe, które były nam jakoś potrzebne do sprawności. Zresztą to była grupa ministrantów w różnym wieku – dzieci piętnaście, szesnaście lat, nawet do dwudziestu – dwudziestu jeden [lat]. To było bardzo dobre, bo było zorganizowane i ta młodzież jakoś wyrabiała w sobie patriotyzm.

  • Jaki był stosunek społeczeństwa Pragi do tego, co działo się za Wisłą? Wspomniał pan o wielkim entuzjazmie, który towarzyszył budowaniu barykad.

Tak, był wielki, bo [było] przecież po prostu współczucie, jak właściwie pomóc. Nie było takiej możliwości, przecież mostów nie było, były wysadzone. No i każdy miał jakąś rodzinę na lewej stronie. Myśmy też mieli. Mój brat cioteczny zginął jako powstaniec, był studentem, mieszkali na Chmielnej. Każdy miał jakieś tam powiązania.

  • Jak dzisiaj, z perspektywy wielu lat ocenia pan Powstanie?

Człowiek już nie chce się denerwować na starsze lata, bo są ludzie, którzy jeszcze pytają: po co to Powstanie było? To już człowiek nie może wytrzymać. Jak ktoś w tym czasie był może w kołysce jeszcze albo się nie urodził, nie zna czasów okupacji, to można go zrozumieć, ale ktoś mu powinien to powtarzać, co to było, dlaczego to Powstanie było? Niestety, są tacy ludzie. Nawet można powiedzieć: to trzeba było obejrzeć nawet ten powojenny film „Zakazane piosenki”, który już coś mówił, co to [znaczyło] żyć w tym czasie, wszędzie człowiekowi groziło niebezpieczeństwo.
Ja zostałem sierotą, bo ojca aresztowali [zginął] i na to nie ma rady. Ale też spotkałem się z takim pojęcie „bo na to widocznie zasłużył”... Takie jest pojęcie ludzkie, że „zasłużył” na to, że coś [widocznie] musiał zrobić. To znaczy, co? W obronie Niemców [mieliśmy stawać]? Myśmy napadli na Niemców czy oni na nas?
Warszawa, 4 grudnia 2004 roku
Rozmowę prowadził Michał Pacut

Zobacz także


strzelec, łącznik

Andrzej Wąsowicz „Pająk”

Andrzej Wąsowicz. Urodzony 22 marca 1924  w Warszawie, strzelec w plutonie łączności Obwodu I...

więcej
strzelec

Kazimierz Wilczyński „Orlik”

Kazimierz Wilczyński, pseudonim „Orlik”. W tej chwili mam siedemdziesiąt sześć lat, urodzony 11 sierpnia...

więcej
harcerz, listonosz

Tadeusz Zaliwski „Tadek Granat”

Tadeusz Zaliwski, urodzony 27 października 1929 roku, pseudonim „Tadek Granat”, Poczta Polowa Armii...

więcej
sanitariuszka

Henryka Guzowska „Baśka”

Guzowska Henryka, urodzona 11 lutego 1926 roku. Pseudonim „Baśka”. Co pani robiła przed 1...

więcej