Jadwiga Teresa Ziemiańczyk „Lena”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Jadwiga Ziemiańczyk, z domu Pawłowska, w czasie Powstania używająca tego nazwiska.

  • Pani pseudonim?

Pseudonim mój „Lena”, przynależność „Szare Szeregi”.

  • Co robiła pani przed 1 września 1939 roku?

Urodziłam się 9 października 1926 roku. Urodziłam się w Warszawie, w dzielnicy Praga. Tak naprzeciwko moich okien widać było cerkiew, tak że to było samo śródmieście Pragi. Chodziłam do szkoły podstawowej na ulicy Szerokiej, od pierwszej do piątej klasy. W 1938 roku rodzice przenieśli się na dzielnicę Marymont, wtedy się tak nazywała, zresztą teraz chyba też. Ulica Pelplińska 13 wtedy. Tam poszłam do szkoły podstawowej, numeru już teraz nie pamiętam, na ulicy Krechowieckiej, do klasy szóstej. Ten jeden ostatni rok trzydzieści osiem-trzydzieści dziewięć, ten rocznik, chodziłam właśnie tam do szkoły, do wybuchu wojny.

  • Czym zajmowali się pani rodzice?

Moi rodzice mieli sklep spożywczy właśnie tam, na Pradze, w pobliżu cerkwi.

  • Jak mieli na imię?

Moja mama miała takie rzadko występujące imię – Scholastyka, a ojciec był Stanisław Kazimierz. Używał drugiego imienia.

  • Miała pani rodzeństwo?

Tak. Ja byłam najstarsza w rodzinie, potem była moja siostra Barbara, która też brała później udział w Powstaniu Warszawskim. Była ode mnie młodsza niewiele, rok z miesiącami. I najmłodszy w rodzinie był brat Ignacy Janusz, który urodził się w 1930 roku, czyli w czasie Powstania miał dziesięć lat, skończone już.

  • Jaki wpływ na pani wychowanie mieli rodzice i szkoła?

Mój ojciec w okresie przed wojną był w Legionach Piłsudskiego. Właściwie to może nie były to Legiony, ale ta wyprawa na Wilno, która była. Brał w tym udział. Szczęśliwie wrócił cało i zdrowo. Dom był zawsze bardzo religijny, mama była taką żarliwą katoliczką, prowadzała nas zawsze do kościoła. Gdy kończyliśmy siedem lat, woziła nas do Częstochowy, pod opiekę Matki Boskiej, każde z dzieci zawsze było zawiezione.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Wybuch wojny? Byłam wtedy jeszcze dzieckiem. Przecież dla mnie to było coś nowego, że może będą jakieś nowe wrażenia. Nie miałam zielonego pojęcia, co to jest wojna. Co prawda dosyć szybko, chyba w pierwszym tygodniu wojny, spadł bardzo duży pocisk obok naszego domu, dosłownie parę metrów – [powstał] olbrzymi lej. Wszyscy wtedy zeszli do piwnicy. Wtedy już wiedziałam, że to na pewno będzie coś strasznego.

  • Czym się państwo zajmowaliście w czasie okupacji? Czy też utrzymywaliście się ze sklepu?

Właściwie sklep to były, że tak powiem, przydziały, były kartki w czasie okupacji. Rodzice prowadzili taki sklep, w którym był rozdział żywności na kartki. To było właściwie źródło utrzymania. Ewentualnie sprzedaż jakiś rzeczy sprzed wojny?

  • A co pani robiła? Chodziła pani do szkoły?

Właśnie jak tylko się skończyły działania wojenne, to trzeba się było obejrzeć, gdzie się dalej uczyć, bo skończyłam tę szóstą klasę i zdałam do gimnazjum. Pamiętam, to było Gimnazjum imienia Księcia Poniatowskiego na placu Inwalidów, na Żoliborzu. Potem się dowiedziałam, że w zakonie sióstr zmartwychwstanek zorganizowane będzie tajne nauczanie. Ponieważ Niemcy nie pozwalali na żadną szkołę średnią, taką ogólnokształcącą, w takim pojęciu, w jakim ja bym się chciała uczyć. Pozwolili natomiast jeszcze na szkołę podstawową, tak że ta szkoła podstawowa, po ich pozwoleniu miała siedem klas. W związku z tym zakonnice, czyli siostry zmartwychwstanki, uruchomiły tę szkołę podstawową i równocześnie ta ostatnia klasa też była uruchomiona, tak że pierwszy rok spędziłam tam, na nauce w tej klasie siódmej. Naturalnie tam był wprowadzany już program szkoły średniej. Następnie, ponieważ to się już skończyło, należało przejść na inny stopień nauki, dozwolony. Więc była zorganizowana szkoła krawiecka i ta szkoła krawiecka właśnie była dobrą przykrywką do nauki z zakresu szkoły średniej. Następne lata chodziłam do tej szkoły krawieckiej u sióstr zmartwychwstanek.

  • Kiedy zetknęła się pani po raz pierwszy z konspiracją?

Do „Szarych Szeregów” wciągnęła mnie […] moja koleżanka, która już w tych „Szarych Szeregach” była. Jak ona tam nabyła te możliwości i te znajomości? Izabela Sianko, pseudonim „Dewajtis”. Ona mnie tam wprowadziła, do tego tajnego harcerstwa. Należałam do hufca żoliborskiego, do drużyny „Nieznanego Żołnierza”. Drużynową tam była Janina Chełmińska pseudonim „Inka”, a zastępową – Weronika Gołębiowska pseudonim „Wiera”. Czyli po prostu właśnie tam zaczął się mój kontakt.

  • To była koleżanka ze szkoły, czy może…

To już była koleżanka z tej szóstej klasy, tak zwanej.

  • Czym się pani zajmowała, jak już pani trafiła do „Szarych Szeregów”? Co pani robiła?

No to były prowadzone szkolenia, naturalnie. Te szkolenia obejmowały: kurs pielęgniarki, kurs pierwszej pomocy, bandażownictwa, kurs sanitarny, kurs sanitariatu polowego, musztry wojskowej też, terenoznawstwa, bo to wchodziło w zakres przygotowania do tego bycia sanitariuszką, i równocześnie harcerskie szkolenie. Więc do tego harcerskiego to się właśnie zaliczało: sanitariat polowy, musztra wojskowa, terenoznawstwo na poziomie oficerskim. Szkolenia te prowadziła drużynowa Janina Chełmińska i druga, właśnie ta o pseudonimie „Wiera”, która była dyplomowaną pielęgniarką, ona nas uczyła tych zagadnień sanitarnych. Poza tym były też zajęcia w szpitalu Ujazdowskim. Po prostu z tego zakresu byłyśmy uczone.

  • A skąd pomysł na pseudonim?

Wie pani, w tej chwili nie powiem, bo jakoś nie mogę sobie uświadomić, dlaczego właśnie tak.

  • Gdzie zastał panią wybuch Powstania?

Wybuch Powstania? Była zbiórka, na pewno wszystkie drużyny miały oznaczony dzień – godzina „W”, 1 sierpnia – i godziny, w których mieli się stawić do dyspozycji.

  • Czy zbieraliście się też wcześniej?

Wcześniej te wszystkie zajęcia, szkolenia, to wszystko to odbywało się w tak zwanym naszym domu. To był taki zakład, sierociniec, można powiedzieć, w Warszawie, na Bielanach. To był... Chciałam powiedzieć dokładnie… To był Zakład Wychowawczy imienia Aleksandry Piłsudskiej, Bielany, plac Konfederacji 42. Tam odbywały się te nasze spotkania, szkolenia. Poza tym szkolenia odbywały się też w lesie, które bardzo mile wspominam, bo to były szkolenia i harcerskie, i wojskowe. Zbierałyśmy się naturalnie w porze letniej, kiedy było ciepło, robiło się szkolenia harcerskie, pieśni harcerskie przy ogniskach, takich, które z trudem czasem się udało rozpalić, żeby nie zwracać uwagi. W każdym razie, bardzo przyjemnie, mimo wojny, wspominam ten okres.

  • Harcerstwa?

Harcerstwa.

  • Jak zapamiętała pani 1 sierpnia?

Pierwszego sierpnia miałam takie zalecenie, jak była ta nasza zbiórka, w tym właśnie naszym domu, na placu Konfederacji. Ja dostałam właśnie zadanie, z taką już bardziej doświadczoną osobą, żeby pojechać na Powązki, nazwa ulicy teraz mi wyleciała. W każdym razie, tam była umówiona kartka sanitarna, zakonspirowana, i myśmy ją miały przywieźć. Miałyśmy ze sobą opaski i te wszystkie potrzebne rzeczy. I ten szofer nas przywiózł, jakoś udało się ominąć kontrole. I przywiózł nas właśnie do szpitala na Żoliborzu, tam gdzie był już organizowany szpital powstańczy. I tam ta karetka była na potrzeby. Ja w pierwszych tych dniach, niestety krótka była moja działalność powstańcza z powodu właśnie tego zranienia, tą karetką jeździłam.

  • A pamięta pani, jaki był pseudonim albo jak się nazywała ta koleżanka, która z panią pojechała?

Nie pamiętam jej pseudonimu. Wie pani, to jest sześćdziesiąt parę lat.

  • Może się zatrzeć.

Tak, tak. Wie pani, ja jej wtedy po prostu nie znałam, ona przyszła, była starsza wiekiem, więc ja byłam, że tak powiem jej asystentką [śmiech]. Ale jakoś nie mogę sobie uświadomić.

  • To nic, może później się przypomni.

Tak, może później się przypomni.

  • A gdzie znajdował się ten szpital powstańczy?

No w tym klasztorze sióstr zmartwychwstanek. To było na Krasickiego, róg obecnej Stołecznej. Nie wiem, jak się to nazywało, taki bardzo duży budynek. I to był właśnie klasztor, gdzie ja chodziłam całą okupację, bo tam była ta szkoła krawiecka. Początkowo ta szósta klasa, a potem szkoła krawiecka, która była właśnie takim kamuflażem do szkoły średniej. Tam były przedmioty nie tylko ściśle dotyczące krawiectwa, ale cały program szkoły średniej. Byli nauczyciele, nawet akademiccy. Profesor Piątkiewicz – polonista. Jak były jakieś święta narodowe, które naturalnie nie były obchodzone, to on przynosił odpowiednią poezję, była czytana. Nie odczuwało się na tych lekcjach, że to jest wojna i że to są Niemcy. Zresztą to było wszystko bardzo dobrze zakonspirowane, bo klasztor był duży, miał kilka pięter. Były siostry zmartwychwstanki, które znały dobrze niemiecki i tam zawsze były warty przy furcie, która była tam, gdzie chodzili na kontrolę, to się też zdarzało. Były dzwonki odpowiednio naciskane w razie jakiegoś czy niebezpieczeństwa, czy czegoś. A siostry dobrze znające niemiecki zagadywały tych Niemców, żeby zdążyło się pochować pewne rzeczy, bo trudno prowadzić naukę, nie mając możliwości jakiegoś pisania czy sprawdzenia, odrobienia zadań domowych. Naturalnie na kartkach, nie było żadnych zeszytów, bo nie można było z tym iść, bo to było wszystko zakazane. Tak że siostry przychodziły, jak był taki sygnał – że idzie jakaś kontrola niemiecka – z koszami i zabierały wszystko to, co nie należy i chowały w klauzurze. Wie pani, co to jest klauzura w tym klasztorze? Myślę, że pani wie. Klauzura w zakonie to są miejsca, gdzie nie mogą wchodzić obce osoby. W początkowym okresie Niemcy to uwzględniali, więc tam można było pewne rzeczy schować.

  • A często przychodzili na takie kontrole?

Bywały, kilka razy były.

  • Była pani świadkiem takich kontroli?

Tak, no wchodzili...

  • Jak to wyglądało?

Wchodzili, patrzyli, co jest, jaka lekcja – akurat to były rozwieszone jakieś tam wzory do krojenia, materiały na stole leżały czy włóczki do robienia na drutach, zależy, jaka lekcja była w dzienniku.

  • A pamięta pani jeszcze jakiś nauczycieli, takich jak, na przykład, ten profesor polonista?

Przede wszystkim bardzo dobrze pamiętam moją wychowawczynię, siostrę Marię Bogusławę – taką malutką, drobniutką, która uczyła nas niemieckiego, bo ona pochodziła ze Śląska. Jej ojciec miał jakąś funkcję, nie wiem, w rządzie nie, ale w magistracie obecnym wtedy. Maria Bogusława się nazywała. Uczyła nas historii i niemieckiego. Były inne nauczycielki też – fizyki, chemii... Zaciera się.
  • No dobrze. Wróćmy już do Powstania. Pamięta pani, jakie warunki panowały w klasztorze? Jak to wyglądało w tych pierwszych dniach?

W pierwszych dniach to było organizowanie szpitala na poziomie piwnic czy właśnie takich wysokich parterów. Po prostu łóżka, całe wyposażenie – materace, bielizny. Wszystko. No i lekarze! Lekarze, którzy tam byli już przygotowani do tego.

  • Dużo było lekarzy?

Chyba było trzech, to co ja pamiętam. Doktór Węgielski, on mnie potem operował.

  • A was ile było? Ile było tam sanitariuszek?

Nas było chyba cztery. Potem niewątpliwie było więcej, bo ja przestałam wypełniać swoje funkcje z powodu postrzału.

  • Jakie było wyposażenie szpitala? Co panie miałyście?

No to właśnie najwięcej – dwie ręce. Dwie ręce i każda miała jakąś tak zwaną torbę sanitarną, jak się szło w teren, to były opatrunki, coś do usztywniania kończyn. Nie było tego wiele.

  • Chodziła pani już wtedy gdzieś w teren? Czy po prostu miała swoją placówkę w klasztorze?

No jedno i drugie, co było potrzebne. To był początek, wtedy na Żoliborzu nie było jeszcze dużych działań. Do apteki jeździłyśmy tą sanitarką, przewoziłyśmy z miejscowej apteki lekarstwa, jodynę. Pamiętam, jak wiozłyśmy tam, żeby to do wyposażenia dodać, co było w tej aptece możliwe do zabrania.

  • Kiedy została pani ranna? W jaki sposób?

4 sierpnia. Już 4 sierpnia! A tyle sobie człowiek nawyobrażał, ile tam będzie, ile uda się wykorzystać swoje wyuczone możliwości pomocy.

  • Jak to się stało?

Po prostu szłam, miałam przejść do pewnego domu, dać jakąś wiadomość. I postrzał. Nagle. Tu jest wlot, tu nawet jest z tego blizna. W ogóle nie czułam tego wlotu. Czułam natomiast wylot, który był tutaj. Od razu straciłam przytomność, zdążyłam zadzwonić do drzwi, do których szłam, a potem już... Wiem, że znaleźli jakieś nosze i zanieśli mnie do tego mojego szpitala. To zresztą było całkiem niedaleko, na Żoliborzu. Pamiętam, że leżałam na tych noszach i tak półświadomie widziałam, jak się przesuwają jakieś zielone drzewa czy coś, bo Żoliborz to była bardzo zielona dzielnica.

  • Do kogo pani wtedy szła i co to była za wiadomość? Od kogo?

Tego pani nie powiem. Być może, że to było zakonspirowane. Zresztą, jeżeli miałam rozkaz zanieść, to zanieść. Adres był, ale kto to był, jak...

  • A często pełniła pani funkcję łączniczki?

Wie pani, to było przy okazji. Nie tylko była ta jedna funkcja – główna była sanitariuszka. A takie inne rzeczy, jeszcze w czasie samej okupacji, to: kolportaż, potem przenoszenie pism, jakiś potrzebnych materiałów. Ale wtedy to po prostu...

  • Czy nawet w czasie okupacji pamięta pani, z kim się kontaktowała, czy jakie to były pisma?

Z pism to był ten „Biuletyn Informacyjny”, który do teraz wychodzi. Takie tak zwane gazetki też były.

  • Jakieś tytuły? [śmiech]

Nie. Tak to się nazywało. Było kilka różnych wydawnictw.

  • I z kim się pani kontaktowała? Kto pani przekazywał te materiały?

Wie pani, były te spotkania na Żoliborzu, na placu Konfederacji. Tam wydawali nam rozkazy – co mamy robić, gdzie mamy iść, jakie szkolenia, wszystko to było tam, ta całą nasza baza i nasze instruktorki.

  • To wróćmy do 4 sierpnia.

Tak.

  • Co się z panią dalej działo? Zanieśli panią do szpitala...

Tak. Zanieśli mnie i byłam operowana. Znaczy musieli to wszystko zeszyć, bo tu było przestrzelone płuco, jak lekarze się potem wyrazili, jeden centymetr od aorty przeszła kula, tak że niewiele owało, żebym została tam na miejscu. Co prawda tego wlotu nie czułam, absolutnie, tylko ból był, kiedy ta kula sobie poszła, uszkadzając splot barkowy i wywołując niedowład ręki, który został zresztą do tej pory, bo tylko tak podnoszę, na taką wysokość. Po tym postrzale leżałam w szpitalu. Mój pobyt jest opisany w książce siostry Emilii Radziszewskiej. W książce pod tytułem „Dziennik pielęgniarki z Powstania Warszawskiego”. Byłam bardzo ciężko ranna i trzy dni, tak jak pamiętam, miałam wykreślone z życiorysu, trzech dni w ogóle nie pamiętam. Tutaj byłam już traktowana jako osoba, że tak powiem, która nie przeżyje. „Biedne, przestrzelone płuca Jadzi muszą być bardzo poszarpane. Siostry czuwają przy dziewczynce, zmieniając się. Czekamy końca. Wychudzone paluszki robią się zupełnie białe, paznokcie przybierają barwę ciemnofioletową. Ranna zapada w sen, odrętwienie. Lekarze nie ukrywają, że to już ostatnie chwile”. No i tak.

  • Kiedy zaczęła pani dochodzić do siebie? Kiedy zorientowali się, że to jednak nie są ostatnie chwile?

Tutaj zaraz jest tak powiedziane: „Jadzia nam umrze w tym śnie. Ale Jadzia nie umarła, bo stało się coś przedziwnego. Konająca Jadzia spała długo. Nad wieczorem otworzyła oczy. Były czyste, bez śladu mgły, która je cięgle powlekała. Jadzia jest zupełnie przytomna i o dziwo – głodna”. Tak tu zacytowałam, bo pyta się mnie pani, jak to przeżyłam. Byłam w szpitalu do czasu, kiedy szpital został ewakuowany, ponieważ budynek sióstr zmartwychwstanek to była taka wielka bryła i ona stała zupełnie bez... Nic się jeszcze nie budowało, [wokoło] zupełne pola były. Naprzeciwko był właśnie dworzec Gdański, na którym stał pociąg pancerny, który stale strzelał. Wreszcie, jak to już się tak nasiliło, że dużo było zbombardowanych pięter i wreszcie wybuchł ogień, pożar wybuchł, to wszyscy ranni byli w piwnicach pochowani. Walka się toczyła, tak że nie raz było widać, jak się nogi przesuwały tych walczących, jak przesuwają działka czy coś. A ja leżałam zupełnie bez... Nie miałam absolutnie siły. Jak było takie bombardowanie czy coś, to siostry nas odsuwały, ile było można, od tych okien i nakrywały jeszcze czymś. No, ale nie dało się tego tak bardzo długo już utrzymywać, bo po prostu mogło się wszystko zawalić. Przez ulicę Krasickiego, która łączyła ten klasztor z dalszą częścią Żoliborza – więcej w Śródmieściu – był nocami kopany rów. Rów, można nazwać, komunikacyjny, którym można było się wydostać, unikając nieco tego obstrzału. To była taka dosyć szeroka ulica – zresztą jest, bo ona istnieje do tej pory. I jak ktoś tak szedł bez ochrony, to był narażony, że go zabiją. Tak że był wykopany ten duży rów, ludzie odważni kopali go naturalnie po nocach. Tym rowem był ewakuowany cały szpital. Nie wiem, który to był dokładnie, musiałabym tę książkę przejrzeć.

  • Jak pani to wspomina, ewakuację?

No właśnie, po prostu mnie nieśli. Byłam już wtedy świadoma i wiedziałam, że ci ludzie się męczą, że mnie niosą. Nie miałam dużej wagi, ale mimo wszystko. Tak że pierwszej nocy przenieśli nas do prywatnego mieszkania, stosunkowo blisko klasztoru, ile się dało donieść na tych noszach. I tam byliśmy chyba ze dwa dni, w tym prywatnym mieszkaniu, i stamtąd była już potem ewakuacja do właściwego, drugiego szpitala, który był w dawnym budynku Feniks. Na placu Wilsona, tam jest obecnie kino. Tam był zorganizowany szpital. No i ja w tym szpitalu leżałam... Ile to było dni? W każdym razie, było potem coraz lepiej, bo jako osiemnastolatka, mimo że całą okupację się trochę niedojadało, bo to były bardzo trudne czasy, o których pewnie wspomnimy w dalszym wywiadzie, to jednak przezwyciężyłam to wszystko i dałam sobie radę trochę zdrowieć dalej. Po pobycie w tym szpitalu, po jakimś może tygodniu, uznali, że już nie muszę koniecznie być w szpitalu, bo było dużo innych rannych. Zmartwychwstanki miały jeszcze w pobliżu szpitala takie budynki, za takim... Bo tam już dalej była ulica Mickiewicza, gdzie to właśnie na skrzyżowaniu Mickiewicza z placem, obecnym placem Wilsona, były te budynki i takie też nieduże domy, gdzie mieszkali cywile i mieszkały też zakonnice. Okazało się, że jednym z tych cywili jest jakaś moja nauczycielka czy katechetka chyba jeszcze sprzed wojny i właśnie u niej mnie siostry umieściły. [Miałam] sobie tam dochodzić, tę rehabilitację odbywać, a ona mnie tam będzie gościć, a siostry będą do mnie przychodzić, odwiedzać mnie. Ale szczęście nie trwało długo, bo pewnej nocy, czy to może był wieczór, był atak „krów” albo „szaf”. Nie wiem, może pani już się spotkała z tym pojęciem, mając wywiady?

  • Tak.

To były takie właśnie, jak to można nazwać, armaty? No armaty, nie wiem, które przy wystrzeliwaniu dawały straszliwy zgrzyt. Zgrzyt takiej olbrzymiej szafy, która się nie chciała otworzyć. To było straszne, bo to było burzące. Ja będąc w tym domu, u tej pani katechetki przeżyłam ten atak, ale nic mi się nie stało. Część akurat tego budynku, gdzie ja leżałam, nie zawaliła się na mnie. Tak że jak wyszłyśmy z tego budynku, to byli tam naturalnie i ludzie, i zwłoki, nawet też poszarpane, bo to były bardzo okropnie niszczące pociski. Ponieważ nie miałam już domu, nie było się gdzie podziać, to na ulicy Mickiewicza był tak zwany szklany dom. Przed wojną to był duży budynek i właśnie było tam bardzo dużo okien, takich dużych. [Wtedy] to nie wszystkie budowle miały okna takie wymiarowe, na całą powierzchnie okna szkło. W podziemiach tego budynku były duże piwnice i tam się właśnie ludzie chowali, którzy nie mieli się gdzie podziać, bo ich mieszkanie było zrujnowane. Między innymi tam mnie umieścili i tam spędziłam noc, jedną czy dwie nawet. Jacyś ludzie się mną zaopiekowali. Wiem, że posadzili mnie na jakimś tobole z bielizną, więc miałam dosyć miękko. Naturalnie, miałam jeszcze wszystko pobandażowane, to się nie zagoiło, ręka była jeszcze na temblaku. W każdym razie żyłam. Żyłam, bo do tej pory udało mi się przeżyć. Moja mama mieszkała na Marymoncie… Naturalnie jeszcze jak był szpital sióstr, to ona tam docierała. Docierała, bo po prostu w tych dzielnicach jeszcze wtedy nie było takiego obstrzału, a wszystkie przejścia, ogródki, parkany, wszystko to było rozwalone, żeby był łatwy dostęp wszędzie. Przychodziła do mnie, przynosiła jakieś rzeczy do jedzenia nawet, które były. Pamiętam, że żelatynę przynosiła, która podobno bardzo dobrze działała przy zranieniach – z tego coś robili, z tej żelatyny. Tak że wtedy moja mama też po prostu postanowiła przyjść do mnie, do tego budynku, gdzie ja byłam u tej katechetki. Jak przyszła, zobaczyła, że ten budynek jest rozwalony, to w takim razie poszła się pytać, gdzie są ludzie, którzy tam mieszkali? Czy nie żyją? Czy gdzieś może poszli się schować? No i powiedzieli, że ja tam jestem, w tej piwnicy tego olbrzymiego domu. Tam było w tej piwnicy – no jak to w piwnicach bywa – ciemno. Jakieś niewielkie świeczki. I ja tam sobie siedziałam, czekając na dalszy ciąg wypadków. No i wypadki się szybko zdarzyły, ponieważ moja mama weszła do tej piwnicy i postanowiła mnie szukać. No i tak słyszę jej głos: „Czy jest tu Pawłowska Jadwiga? Czy jest tu Pawłowska Jadwiga?”, no i Pawłowska Jadwiga się znalazła. A pani, która się mną tam wtedy opiekowała, te dwa dni, co byłam, miała małe dziecko, takie bardzo spragnione. Moja mama przywiozła mleko, bo na Marymoncie jakieś osoby miały jeszcze krowy i można było takie mleko zdobyć. Przywiozła to mleko, ewentualnie dla mnie, i dała tej pani, która była bardzo, bardzo wdzięczna za to. Takie opowiadam rzeczy, może to nie interesuje już nikogo...
  • Nie, właśnie bardzo...

To jest takie realistyczne. To są wspomnienia. Tak że poszłyśmy tymi ogródkami, tymi różnymi zagrodami, dotarłam do mojego domu.

  • Czy to już było we wrześniu?

Nie, nie. To był koniec sierpnia, 28 chyba czy 27 sierpnia. Przyszłam do domu. W domu byłam krótko, ponieważ to była dzielnica zajęta już przez Niemców i też działali tam „własowcy”. Pani wie, kto to? Będąc w Powstaniu Warszawskim, to się wiedziało. To były osoby szczególnie okrutne, które właśnie przychodziły, rabowały, nie mówiąc już o gwałtach, gdy nie dało się jakoś schować. Już potem ich działalność w Powstaniu też była znana z tego.

  • Właśnie! Była pani bezpośrednim świadkiem tej zbrodniczej działalności albo słyszała pani jakieś relacje?

Nie, tego typu nie. [Świadkiem] kradzieży, tak. Obdzieranie z biżuterii, z zegarków, to było, naturalnie, na porządku dziennym. Przychodzili, rabowali z domu. To było. Tak że byłam w tym domu, leżałam w piwnicy – taka duża piwnica była pod domem, bo rodzice mieli również tam sklep, nie tylko na Pradze, ale i na tym Marymoncie. Można było wstawić nawet łóżko i ja sobie tam leżałam, bo była po prostu strzelanina. Nie miałam nic więcej do ubrania, tylko miałam łóżko do leżenia. Ale to wszystko, ta radość trwała krótko, bo po trzech dniach, proszę pani, przyszli Niemcy i zarządzili natychmiastowe raus. Raus, nie wolno nigdzie pójść, nawet na piętro, żeby sobie wziąć coś ze sobą, tylko to, co masz na sobie, raus. Nie miałam wiele rzeczy, bo leżałam w tym łóżku, nie miałam butów, takie miałam tylko jakieś letnie, na słoninie. Były wtedy takie buty na słoninie, letnie po prostu, takie sandałki. I tutaj niewiele miałam do ubrania, jakieś...

  • Byliście wtedy całą rodziną?

Bluzkę, pamiętam, spódnicę, którą jeszcze szyłam w tej szkole krawieckiej. Nie opowiedziałam jeszcze wszystkiego, co się stało właśnie... Nie będę już do tego wracać. W każdym razie miałam niewiele do ubrania, płaszczyk miałam jeszcze, taką torbę sanitarną, w której były nieliczne lekarstwa, jeszcze z okresu pracy na początku Powstania. Była z nami jeszcze moja mama, ojciec, brat, który miał wtedy dziesięć lat i nasza pomoc domowa, ukochana przez wszystkich Józia, która się nami zajmowała, jak byliśmy dziećmi.

  • A pani siostra?
Nie. Moja siostra była w innym oddziale. Ona przeszła całą kampanię, że tak powiem, powstaniową.

  • Gdzie była?

Ona była w Śródmieściu i potem zresztą trafiła do obozu, między innymi była w Oberlangen. Nie mieliśmy z nią kontaktu, bo ona była zupełnie inna dzielnica. Każdy konspirował osobno. Jak to było: konspiracja, niech jeden o drugim nie wie. Tak jak się potem dowiedziałam, moja mama była w Wojskowej [Służbie] Kobiet. No właśnie, też się potem o tym dowiedziałam. To wszystko było konspiracja.

  • A co to za historia, którą chciała pani opowiedzieć? Coś chyba związanego ze szkołą krawiecką. Coś się tam wydarzyło?

A, ze szkołą krawiecką. Tak, szkoła krawiecka była tym naszym kamuflażem szkoły średniej, dopóki mogła być tą szkołą. Jak się skończył program szkoły krawieckiej, to potem zdawałam egzamin czeladniczy, tak że mam nawet świadectwo, po polsku i niemiecku, legitymację Schneiderin – szwaczka, z fotografią. To jeszcze mi się zachowało do tej pory, nie wiem, w jaki sposób. Jak my zdałyśmy już ten egzamin – że tak powiem – czeladniczy, to pewnego dnia przyjechała taka „buda” niemiecka i te wszystkie świeżo upieczone szwaczki, które zdały, zabrały dyplom i zawiozły do Śródmieścia, gdzie było tak zwane małe getto. To był rok, początek czterdziestego czwartego roku, tak że już było po powstaniu w getcie i niewielka liczba Niemców została jeszcze w tak zwanym małym getcie, gdzie było getto robocze i tam było właśnie szycie mundurów. I ja tam trafiłam, bo podjechali Niemcy jak zdałyśmy ten egzamin, załadowali nas – nie wiedziałyśmy, gdzie – i zawieźli nas do tego tak zwanego małego getta, bo duże już było... Nie było dużego getta, tylko małe było – robocze, gdzie zatrudnieni byli Niemcy, jako pilnujący nas, a Żydzi tam pracowali jako prowadzący prace przy szyciu mundurów. Tak że ja tam musiałam pracować przy szyciu mundurów niemieckich. Byłam na tak zwanej wykańczalni, to znaczy wykańczalni mundurów. Przyszywałam haftki, „adlery” na piersiach.

  • Długo pani tam pracowała?

Pracowałam do czasu likwidacji tego getta. Wtedy, jak pracowałam, to było krótko. Nie wiem, może dwa miesiące? Wtedy miałam bardzo dobry ausweis, bo to była praca na potrzeby niemieckie, tak że w razie łapanek można się było tym wylegitymować. Ale to nie trwało tak długo, ponieważ chcieli zakończyć już sprawę żydowską i to getto – tak zwane robocze – zostało po prostu zlikwidowane i przy nas było wysiedlanie tych resztek Żydów. To byli sami krawcy, którzy prowadzili prace z szyciem mundurów. Przy nas ich wysiedlali. Po prostu wyprowadzili i skończyła się wtedy moja praca, która mnie chroniła od jakiejś łapaki, żeby można było się uwolnić, wylegitymować właśnie czymś, co jest potrzebne dla Niemców. Od tej pory, ponieważ rok szkolny jeszcze trwał, bo ten egzamin czeladniczy, który ja zdawałam w szkole krawieckiej, to już się zakończył, to myśmy, jak jeszcze pracowałam w tej szwalni niemieckiej, po tych zajęciach przyjeżdżałyśmy na teren szkoły czy do sióstr zmartwychwstanek i jeszcze były dwie lekcje. A tak, jak już się zakończyła ta praca w szwalni niemieckiej, to Żydzi zostali – że tak powiem – wyprowadzeni i wywiezieni w wiadomym kierunku, nie było żadnej przykrywki na to. […] Po prostu tak się chodziło na ryzyko już do zmartwychwstanek, żeby zakończyć rok szkolny.

  • A co się z państwem działo po tym, jak Niemcy przyszli i powiedzieli, że macie opuścić dom? Co pani robiła we wrześniu czterdziestego czwartego roku?

We wrześniu 1944 roku po prostu dzielnica została już uznana za [niemiecką], że tam już wkraczają Niemcy i nie ma być już żadnych Polaków. Ja byłam wtedy właśnie po przyjściu ze szpitala, byłam w piwnicy. Tam miałam łóżko i tam po prostu leżałam z obawy, bo tam była ciągle strzelanina. Te tereny były już zajęte te przez Niemców i była walka, była wojna, tak że... Dwudziestego ósmego [sierpnia zostałam] zabrana przez mamę właśnie z tego szpitala powstańczego i potem z tej piwnicy, w której się znalazłam po zburzeniu tego domu, gdzie byłam, u tej katechetki. Do tej piwnicy właśnie wkroczyli Niemcy [z informacją], że ewakuują cały dom i że się mamy wynosić, raus. Wyszłam z rodzicami z niewielką ilością jakiegoś bagażu, że tak powiem. Miałam niewielką torbę sanitarną, w której prawie już nic nie było. Mama miała chyba swój płaszcz, ojciec miał kożuch i jeden koc mieliśmy. Natomiast nie mieliśmy żadnych naczyń do jedzenia, niczego. No i tak wyszliśmy z naszego domu, szliśmy ulicą sąsiednią, czyli... Ja mieszkałam na ulicy Pelplińskiej, na Marymoncie, szliśmy ulicą Łomiańską, której już wtedy jedna strona została zapalona. Przy wychodzeniu z naszego domu został podpalony parter, czyli wrzucone były zapalające ładunki z benzyną czy naftą, tak że już jedno mieszkanie na parterze zaczęło się palić. Myśmy wtedy już wyszli, szliśmy ulicą Łomiańską, potem do góry, do ulicy Marymonckiej i stamtąd – po takim dosyć długim okrążeniu Warszawy, bo to wszędzie już były działania, naturalnie wszystko się już paliło i były bombardowania i strzelanina – okrężną drogą doszliśmy do kościoła na Woli. W tym kościele na Woli to była niezapomniana noc! Bo tam – przed kościołem na Woli – rozdzielali kobiety z dziećmi i mężczyzn zupełnie osobno. W tym kościele przetrwaliśmy do rana. Nie zapomnę tego, bo to był kościół wypełniony matkami z dziećmi, nie wolno było wyjść, było tych ludzi... Nabity kościół.

  • Co to był za kościół?

Na Woli.

  • Pamięta pani, pod jakim wezwaniem, czy...?

Wie pani, jakoś mi to umknęło. Powinnam może pamiętać, ale to było tyle lat temu.

  • I co było dalej, jak już przetrwaliście tę noc?

Tę noc na Woli, tak? Po nocy na Woli to był potem obóz w Pruszkowie. Obóz, gdzie była ta segregacja, już jak do tego obozu dojechaliśmy pociągiem takim elektrycznym. I do Pruszkowa. I tam było... Pruszków to było miejsce, gdzie był cały rozdział tych wszystkich ludzi ewakuowanych, można powiedzieć, wyrzucanych z Warszawy.

  • Jakie tam panowały warunki?

Warunki były takie, że główna ta sala... Hala! To była hala, gdzie były pociągi reperowane, więc były takie kanały, gdzie pociągi wjeżdżały w ziemi, no i naturalnie miejsce na około tego wszystkiego. I tam wszyscy się dostaliśmy. Stamtąd wiadomo było, że jest droga na obozy koncentracyjne. Ponieważ ja byłam bardzo chora, bo miałam rękę na temblaku, słaba byłam, szłam cały dzień przecież z tego mojego miejsca przez całą Warszawę na około do kościoła na Woli. Ledwie żywa byłam, ale może jeszcze chciałam się trochę ratować, tak że po prostu moja mama... Wszyscy w ogóle byli zdezorientowani, to było coś strasznego. Znaleźliśmy się w takich warunkach, jeszcze zupełnie bez potrzebnych rzeczy i nie wiedząc, jaka jest nasza dalsza przyszłość. Po prostu, była tam komisja lekarska i udało mi się. Tam była pomoc sanitarna, były sanitariuszki, które właśnie opiekowały się osobami. Ja byłam jeszcze poważnie ranna i taka no... ledwie chodząca przy pomocy jakiś innych osób. Udało mi się trafić na taką inną halę, numer chyba dwa, gdzie była tak zwana komisja lekarska. To się udało też mojej mamie, ponieważ mama miała żylaki, miała nogi obandażowane, brat miał tylko czternaście lat wtedy. Po prostu udało nam się, że nas przyprowadzili na halę, gdzie była komisja lekarska, na którą zresztą chyba czekaliśmy jeden dzień. I tam były nawet na podłodze jakieś maty, na tej komisji lekarskiej. Stamtąd, byłam na tej komisji, tam naturalnie żadnego badania wielkiego nikt nie robił, ale widział, że tu są rany, tu jest opatrunek, tu jest temblak, tu jest... No a mama miała żylaki, miała nogi obandażowane, brat miał czternaście lat. Tak że nas po prostu przepuścili na wyjazd na wolność, to znaczy na Generalną Gubernię. Cała Warszawa była ewakuowana, kto się nie nadawał do ewakuacji, jeśli uznali, że nie musi iść na ten barak, gdzie wywożą do obozów koncentracyjnych, to przechodził na tę komisję lekarską. Tak że ja byłam na tej komisji zwolniona, mama razem ze mną, brat i chyba...

  • A co się w tym czasie działo z pani tatą?

Proszę?

  • Pani tata gdzie był w tym czasie?

Mój tata był... W kościele na Woli, gdzie spędziliśmy noc, to oddzielali wtedy mężczyzn od kobiet. I on został w Warszawie, wzięli go do jakiś robót rozbiórkowych na terenie chyba getta nawet, które zresztą było zupełnie zburzone. Coś tam w każdym razie mieli zadane, jakieś roboty, ta grupa, która przyjechała z moim ojcem.

  • Jak długo byliście w Pruszkowie?

W Pruszkowie byliśmy chyba ze trzy dni czy cztery.

  • I co się działo z wami do zakończenia wojny?

Do końca wojny... Zaraz powiem. Z tego właśnie Pruszkowa, po uwolnieniu nas z tego baraku, z którego szło się już od razu do obozów koncentracyjnych, to wieźli nas – że tak powiem – do chłopa na przetrwanie do końca wojny. Wieźli nas otwartymi węglarkami, takimi wagonami po węglu. Dosyć to długo trwało, bo może te inne tory [były] zajęte, pociągi wojskowe przejeżdżały. W każdym razie po drodze ludzie stali, dawali jedzenie. Cóż z tego, jak myśmy nie mieli łyżki, żeby coś zjeść? Dawali nam, przypuścimy jakąś zupę czy coś, ale nie było w co wlać ani czym jeść, bo po prostu łyżek nie było. No, ale jakoś przecież z głodu nie umarliśmy. Dojechaliśmy do stacji Gorzkowice. W tych Gorzkowicach wyrzucili nas z pociągu i po długim oczekiwaniu zawieźli nas furmankami na wieś. To była właśnie wieś Gorzkowice. Przywieźli nas do takiego chłopa, na zasiedlenie, że tutaj mamy przetrwać do końca wojny. Zaprowadzili nas do takiego pokoju, do izby, w której w jednym kącie leżała słoma na ziemi, a w drugim był warsztat stolarski. To zapamiętałam. Więcej nic tam w tej izbie nie było, no i my. Mieliśmy jeden koc, jedną małą poduszkę i to, co na sobie. Nie było, prawda, dużo z Warszawy nie wywieźliśmy, ponieważ nam z tej piwnicy nie pozwolili nic zabrać, jak wychodziliśmy z Warszawy. Tam dosyć długo nie pobyliśmy, ponieważ ja się bardzo źle czułam i postanowiliśmy iść do lekarza. Ze mną mama postanowiła. W dosyć dużej odległości był taki lekarz, który przyjmował właśnie tych wysiedlonych, bo naturalnie nie tylko my tam byliśmy – było bardzo dużo innych osób, które się tam znalazły. Mama postanowiła, że pójdzie ze mną do lekarza, żeby coś ewentualnie zaradzić. Zostawiła mojego brata, w tym naszym pomieszczeniu, z tym siennikiem i tym warsztatem stolarskim... W międzyczasie chyba, przez jeden czy dwa dni, zdążyła mama coś wyprać, bo byliśmy bez żadnego innego ubrania do zmiany. To się jakoś zdążyło wysuszyć i jeszcze można było to włożyć. Poszłyśmy do lekarza, a brat tam został i te nasze skromne węzełki... Lekarz, który mnie zbadał, powiedział, że w tej chwili narasta zapalenie opłucnej. Płyn w opłucnej, który jak się potem okazało, sięgał prawie dotąd, tak że nie nadawałam się do spędzania dalszej części wojny na tej słomie. [Mama] postanowiła, że pojedziemy do Częstochowy, gdzie miała znajome panie, ponieważ mama bardzo była religijna i jeździła do Częstochowy. I dzieci, które miały siedem lat, zawsze zawoziła tam, żeby przestawić je Matce Boskiej. Tak że były to znajome osoby i postanowiłyśmy, że tam do nich po prostu dotrzemy. Ale po tym badaniu u lekarza to mi się trochę nudziło, bo ja dotarłam do lekarza i lekarz mi powiedział, że ja nie mogę na tę wieś wrócić, tylko że muszę pojechać do takich warunków, gdzie będę miała łóżko, jakąś pomoc lekarską. Siedziałam tam i czekałam, bo mama wróciła [na wieś] i mnie tam zostawiła. Wróciła do tych Gorzkowic, na tę wieś, żeby zabrać brata i żeby po prostu razem dalej gdzieś jechać. A ja w międzyczasie, ponieważ się trochę znudziłam, wyszłam przed dom i patrzyłam, kto idzie. Pierwszą osobą, którą zobaczyłam, był mój ojciec, który dowiedziawszy się w Pruszkowie, w jakie okolice transport z tego dnia przyjechał (ojcu też się udało zwolnić jako choremu, że mógł na tę komisję lekarską się dostać), wydostał się już z tego Pruszkowa i po prostu chciał nas szukać. A trudno było może znaleźć, bo po różnych wsiach byli ci ludzie rozwiezieni. Ale jak tylko wyszedł, pierwszą osobą, którą zobaczył, byłam ja, która sobie wyszłam przed dom – bo mogłam nie wyjść z tego sklepiku, gdzie czekałam, tylko akurat wyszłam, bo mi się już znudziło i było słońce. I pierwszą osobą, którą spotkałam, był mój ojciec. Zupełnie jak w kinie, no naprawdę! To była wielka radość. Umówiłyśmy się z mamą w takim sklepiku, że ja tam będę czekać. Więc ja tam czekałam, a ojciec mój się schował gdzieś w dalszej części sklepu. No i potem, jak mama po mnie przyszła, to się wszyscy spotkali. Strasznie była wielka radość. Mama przyszła, to znaczy przyprowadziła brata, który czekał na wsi. Jak mama poszła ze mną do lekarza, to jego tam zostawiła i nasz marny dobytek, węzełek. Będąc już wolnymi... Wolnymi w pewnym sensie, postanowiliśmy jechać do Częstochowy...

  • Jakie jest pani najgorsze wspomnienie z Powstania?

Ja wiem? Chyba ten postrzał i ten pobyt potem trzy dni bez przytomności.

  • A jest coś, co pani miło wspomina?

Nie no, pani pyta o najlepsze czy o najgorsze?

  • Teraz najlepsze, bo rozumiem, że najgorsze to był ten postrzał?

Tak. Najlepsze to może było to, że się z tą rodziną spotkałam. Tak. Z matką i bratem. I ojcem, który się od nas oddzielił, a przecież łatwo się było zgubić w takiej ilości... Przez Pruszków – nie wiem, ile tych tysięcy, osiemset może, czy ile przeszło. Ewakuacja całej Warszawy przeszła przez obóz w Pruszkowie. Tak że można się było zagubić zupełnie.

  • A jak po latach ocenia pani Powstanie Warszawskie i decyzję o jego wybuchu?

Proszę pani, to było nieuniknione. To było nieuniknione, dlatego że tak straszny był terror. Może w innych częściach Polski tego tak ludzie nie odczuwali, ale w Warszawie to było coś strasznego. Na każdym kroku były tak zwane łapanki, potem egzekucje. Pamiętam publiczne egzekucje w postaci wieszania publicznego rzędem na odstraszenie konspiratorów.

  • Widziała pani? Była pani świadkiem bezpośrednim?

Widziałam! Widziałam te wiszące osoby, że tak powiem. Poza tym były nawoływania zza Wisły, żeby się przyłączyć, żeby walczyć. Przecież widać było, jak się Niemcy... Jak uciekali już, jak to już wszystko było takie, że opuszczali tę Warszawę. A jednak byli ciągle […], mimo wszystko…

Dąbrowa Górnicza, 18 kwietnia 2013 roku
Rozmowę prowadziła Agata Czarniak
Jadwiga Teresa Ziemiańczyk Pseudonim: „Lena” Stopień: strzelec, sanitariuszka Formacja: Obwód II „Żywiciel” Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter