Jan Walicki

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Jan Walicki, urodzony w 1931 roku.

  • Gdzie pan był w czasie Powstania?


Tam, gdzie mieszkałem, na Woli, na ulicy Płockiej 25.

  • Co pana skłoniło, żeby przyjść do nas i podzielić się swoją historią?


Kupiłem książkę, która się ostatnio ukazała, „Rzeź Woli” Piotra Gursztyna. Ponieważ tam jest w tej książce na stronie sto dziesiątej fragment trochę opisany o Płockiej 23 i tam taka maleńka wzmianka, że „tylko jest mi wiadomo”, jak autor pisze, no to byłem zainspirowany tym, żeby przyjść i powiedzieć więcej o tym, ponieważ ja jestem z Płockiej 25 i tam nas rozstrzeliwali obok, na Płockiej 27, w budynku. No i chciałem ewentualnie podzielić się tymi wiadomościami, jakie posiadam.

  • Jak pan wspomina swoje dzieciństwo jeszcze przed wojną? Jak wyglądało miejsce, gdzie pan mieszkał?


Urodziłem się i cały czas mieszkałem na Woli, na Płockiej. Tata mój pracował w Ursusie na Skierniewickiej. Tam również pracował mój dziadek i mieszkał tam. Stamtąd również wywodzi się moja mama. A ponieważ dziadek tam mieszkał, no to ojciec uczył się, praktykował i później pracował cały czas w Ursusie.

  • Chodził pan do szkoły przed wojną?


Tak. Poszedłem do szkoły, mając sześć lat, w trzydziestym siódmym roku, na ulicę Żelazną, tam gdzie teraz jest Urząd Dzielnicy Wola. No i skończyłem dwie klasy szkoły powszechnej przed wojną.

  • Jak pan zapamiętał wybuch wojny? Czy to był jakiś znaczący dzień?


Niewiele pamiętam, dlatego że wyjechaliśmy, jak zwykle wyjeżdżaliśmy zawsze na dwa miesiące na wakacje, do takiej dalszej rodziny, za Mińsk Mazowiecki. I w tym roku trzydziestym dziewiątym też wyjechaliśmy. Ponieważ wojna się zaczęła, to już nie wróciliśmy do Warszawy. Wróciliśmy dopiero gdzieś koło 9 czy 10 września.

  • Ale tutaj był pana ojciec, tak, w Warszawie?


Tak, tu był ojciec, no i dziadek, prawda.

  • Jakieś informacje mieliście, co się tu dzieje, co się z ojcem dzieje?


No tak. Nie no, informacji to praktycznie nie było żadnych. Tata później przyjechał tam do nas na wieś i wynajął furmankę i furmanką przyjechaliśmy wszyscy. Komunikacji jeszcze tam takiej [typowej] widocznie wtedy nie było. Wróciliśmy do Warszawy z powrotem.

  • A jak ta wojna wyglądała z perspektywy wsi, w której pan był? Czy tam coś się działo, czy widział pan jakichś żołnierzy?


Tak. To było o tyle kłopotliwe, że to było niedaleko Wielgolasu i Latowicza, pamiętam. W Latowiczu był kościół. Tam jeździliśmy w niedziele na msze, w poniedziałki na jarmarki. I tam ten Latowicz był bardzo zbombardowany przez Niemców. Ponieważ tam przed kościołem gromadziło się dużo uciekinierów z Warszawy, samoloty tam bombardowały i strzelały do tych [ludzi]. A my wykopaliśmy sobie, [właściwie] wujek wykopał taki schron obok w gospodarstwie, obok chałupy, zaraz w ogródku. I jak samoloty leciały, słyszeliśmy warkoty tylko, to od razu do tej ziemianki uciekaliśmy. Tak jakoś to przeszło szczęśliwie. Później Niemcy przechodzili przez tę wieś – to była wieś Kamionka – przechodzili przez tę wieś, to weszli do obory wujka, zabrali mu konia. No i tyle widziałem. A później wróciłem, przyjechaliśmy do Warszawy. I się zaczęło.

  • Czy w okolicy, gdzie pan mieszkał, były jakieś zniszczenia z tego okresu?


Tak. U nas na klatkę schodową wpadł pocisk artyleryjski. Na drugim piętrze, na półpiętro jakoś tak wpadł i wyrwany był kawał ściany. A tak to budynek stał niezniszczony. Przed budynkiem tylko był okop taki wykopany, w poprzek ulicy Płockiej, tam woda się zgromadziła, było pełno wody, kłopoty były z wejściem do bramy. No ale później to szybko zostało zasypane.

Zacząłem chodzić do szkoły. Tata podjął pracę. Musiał podjąć pracę, dlatego że gestapo chodziło i wyłapywali pracowników byłego Ursusa. I musiał się zgłosić do pracy. A ja poszedłem do szkoły, właśnie tutaj, na Żelazną, i tak się toczyło życie. Inna rzecz, że ta szkoła… Długo nie chodziliśmy tam do tej [szkoły], bo chyba rok czy… To znaczy [chodziliśmy] do wojny, teraz po wojnie to chyba tylko z rok, bo później przerzucili nas na Młynarską do szkoły, a z tej [poprzedniej] szkoły zrobiony został szpital dla wojska niemieckiego. To chodziłem na Młynarską, tam do „tramwajarzy”, bo tak nazywała się ta szkoła. Później również stamtąd przerzucili nas, chodziliśmy na Młynarską i na Karolkową. Aż później wreszcie, w czterdziestym czwartym roku, siódmą klasę skończyłem też na Żelaznej. Tylko po drugiej stronie Żelaznej i Leszna był taki duży budynek, tam była przed wojną szkoła jakaś kupiecka, kolegium i w tym kolegium skończyłem siódmą klasę, w czerwcu. A później Powstanie.

  • Czy szkoła przenosiła się razem z nauczycielami?


Tak, mieliśmy swoich nauczycieli, z nauczycielami. My w zasadzie praktycznie wszędzie chodziliśmy na drugą zmianę, gdzieś tak na pierwszą godzinę, na pierwszą, drugą.

 

  • Czy taki materialny status rodziny zmienił się podczas wojny, czy wyglądało to podobnie?


Było bardzo źle, dlatego że płace były dosyć niskie w tych państwowych fabrykach prowadzonych przez Niemców, szczególnie w Ursusie. Zwolnić się nie można było, dlatego że jak się ktoś zwolnił, to zaraz szukali i siłą przyprowadzali do [fabryki].

  • A tam traktory w dalszym ciągu produkowano w tym Ursusie?


Nie, tam traktory to były budowane dopiero później, już jak Ursus został przeniesiony poza Warszawę. Ta wieś Czechowice się nazywała i do Czechowic przeniesiono. Państwowe Zakłady Inżynierii inaczej się nazywały, Państwowe Zakłady Inżynierii Ursus. Tam robiono silniki diesla przed wojną, pierwsze takie silniki. Ponieważ tam dziadek był portierem i mieszkał w tej fabryce, no to ja tam często przebywałem. Szczególnie w niedzielę to się tam…

  • W czasie wojny też mógł tam pan chodzić?


W czasie wojny, tak. Ja tam w niedziele uczyłem się jeździć na rowerze między halami. Tam były wybetonowane te drogi. Tak że tam bardzo często chodziliśmy. Zresztą jak babcia była chora, to mama tam często chodziła pomagać babci. Natomiast jak później babcia umarła w czterdziestym trzecim roku, no to już mama często chodziła tam do dziadka, już mu tam gotowała, robiła, sprzątała. Tak że byłem bardzo zżyty z tym miejscem. Zwłaszcza jak Powstanie… dziadek później przyszedł do nas…

  • Czy pan widział jakieś rozstrzeliwania, jakieś takie akcje represyjne?

 

Tak, to bardzo często zresztą. Tutaj, gdzie szkoła nasza była, w tym kolegium, już później, w czterdziestym czwartym roku, to widzieliśmy tych dwudziestu siedmiu powieszonych na balkonach, naprzeciwko Sądów na Lesznie. Powieszono chyba dwudziestu siedmiu młodych ludzi wtedy. I my na dużej przerwie wybiegliśmy ze szkoły, pamiętam, po tych schodach, przed Sądami szliśmy wzdłuż i obserwowaliśmy, jak oni wisieli na tych balkonach. A później jak wychodziliśmy ze szkoły, to nas nie chcieli wypuścić żołnierze, dlatego że w bramie stał karabin maszynowy i obstawiona była cała ulica Leszno, bo zdejmowali z tych balkonów tych wisielców. Wtedy też to widzieliśmy. Później, jak oni zabrali ich, to wtedy my mogliśmy ze szkoły swobodnie wyjść.
Poza tym widziałem na Górczewskiej, jak rozstrzeliwali. Przy Płockiej, na rogu Płockiej i Górczewskiej. Ja wtedy byłem u znajomych na Górczewskiej, na piątym piętrze. Nie ma już tego budynku. Na piątym piętrze okna wychodziły tak w stronę Płockiej. I wtedy była egzekucja na Płockiej. Nie pamiętam, nie wiem, ile wtedy rozstrzeliwali, ale to były trzy takie zmiany tych ludzi, mężczyzn. Podprowadzali pod taki budynek i strzelali, a my patrzyliśmy, z dużej odległości zresztą. Patrzyliśmy, jak to wyglądało. No, później, jak oni odjechali, to pobiegliśmy w tamto miejsce. Bardzo dużo ludzi tam przychodziło zaraz, rzucali kwiaty w to miejsce.

  • Żołnierze niemieccy już nie pilnowali tego miejsca?


Nie. To właśnie dopiero bardziej po godzinie czy po dwóch przyjechali na motocyklach i rozpędzili ludzi.

 

  • Czy pan zapamiętał, czy podczas tej egzekucji spędzali ludzi, żeby ludzie to oglądali?


Nie, nie było nikogo. Była obstawiona Górczewska i Płocka, nikomu nie wolno było wejść. Tak samo jak była taka sytuacja na Młynarskiej, rozstrzeliwali, jak chcieliśmy do szkoły. To był chyba czterdziesty trzeci rok. Ciepło już było wtedy, kukurydza rosła. Szliśmy chyba na drugą zmianę do szkoły, bo gdzieś tak po południu. Ja kolegę miałem na Staszica, zawsze jak szedłem do szkoły, to po niego wszedłem i szliśmy razem na Młynarską. I wtedy też nas zatrzymali przy Wolskiej, nie puścili, dlatego że na Młynarskiej, zaraz niedaleko Wolskiej, na płocie tego ogrodu Hosera, opierali, dopychali ludzi do tej siatki i rozstrzeliwali. Dopiero jak rozstrzelali, skończyli egzekucję, to puścili nas i my mogliśmy wtedy w Młynarską wejść i iść do szkoły. Pamiętam, kolega wziął zza siatki, ponieważ tam rosła kukurydza, taki liść kukurydzy, na której krew była, i zanieśliśmy do szkoły.

  • Jakie uczucia to budziło? Czy pan się bał wtedy? Co pan myślał o tym?


Bo ja wiem. Trudno powiedzieć. Teraz to mi trudno powiedzieć, ale chyba nie, dlatego że byliśmy przyzwyczajeni do tego, że na każdym kroku byliśmy zatrzymywani przez Niemców. Chodziliśmy na Miedzianą do szkoły. To z Miedzianej szliśmy do domu z kolegami przez plac Witkowskiego, nazywał się „witkościak”. Skracaliśmy sobie drogę przez Towarową. I pamiętam, wtedy była łapanka na placu Witkowskiego, otoczone wszystko było tam i my żeśmy się znaleźli w tym „kotle”. No ale ponieważ mieliśmy legitymacje szkolne, to pokazaliśmy żandarmowi, że my tu ze szkoły idziemy. Zobaczył te szkolne legitymacje i puścili nas. Na każdym kroku byliśmy przyzwyczajani do tego, że może zatrzymać żołnierz.

  • Czy rodzice albo nauczyciele dawali jakieś wskazówki, jak się zachowywać w stosunku do Niemców?


Chyba nie, tam to już każdy… to już kilka lat przecież trwało, okres okupacji. Wszyscy byli do tego przyzwyczajeni. Wszyscy żyli pod strachem. Jak ktoś się spóźnił do domu pół godziny czy coś, to już się martwili, że może został złapany i wywieziony. Przecież to była wielka niepewność. Człowiek wychodził z domu i… Ja nie mówię o dzieciakach, ale dorośli wychodzili, nie wiedzieli, czy wróci do domu, czy nie, czy jego złapią na mieście z łapanki, czy nie złapią.

  • Czy ktoś z pana bliskich osób został złapany albo wsadzony do więzienia?


Tak. Mojej mamy takiej dalszej kuzynki córka została złapana i wywieziona, takiej cioci Anieli córka. I ona chodziła później, dowiadywała się, gdzie, co, nie miała żadnych informacji o tym. A tak to nie. Dopiero w Powstaniu wszystkich nas prawie wykosili, całą rodzinę.

  • Czy pan, będąc jeszcze wtedy dzieckiem, wiedział, że jest jakieś podziemie, widział pan jakieś napisy czasami antyniemieckie?


No tak. Przecież to to było, oczywiście że tak. Przecież i na murach, i wszędzie była ta „Polska Walcząca”, i „żółw” był malowany, tak? Kazik, mój brat cioteczny, należał do organizacji jakiejś, nie wiem, bo nie mówił, jakiej, ale wiedzieliśmy, że należał. Później poszedł do Powstania i zginął, nie ma go. No ale jego rodzina prawie cała, poza jedną siostrą, też zostali zamordowani na Woli.

  • Jak ten Kazik się nazywał?


Pietrzak.

  • Pan mieszkał z rodzicami. Miał pan rodzeństwo?


Tak. Miałem starszą o trzy lata siostrę Henrykę. Mieszkaliśmy na Płockiej 25, na czwartym piętrze. Razem z nami mieszkała babcia, mamy mama. Siostra też chodziła do szkoły. Później zaczęła chodzić do tajnego gimnazjum. Mieściło się na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. Tam był taki duży, wielki budynek, tam, gdzie stoi teraz ten hotel. Tam był taki duży budynek, tam trzecie i czwarte piętro zajmowało to gimnazjum tajne. Ale oficjalnie to była szkoła modystek. I ona już robiła kapelusze nawet. I tam był też taki przypadek, że jednego dnia przyszła i opowiadała, jak u nich pod tym domem była egzekucja, rozstrzeliwali Niemcy mężczyzn. Bali się, żeby tam do nich do domu jakaś rewizja nie weszła, no ale chowali podręczniki i wszystkie te książki…

  • Jak pan zapamiętał dzień wybuchu Powstania?


Wszyscy akurat byliśmy w domu. Tata wrócił z pracy i byliśmy w domu, siedzieliśmy po obiedzie. No, ciepło było, pogoda. A my na Płockiej tutaj, z tyłu za Ursusem, mieliśmy działkę, bo tam dalej na Płockiej, w stronę ulicy Dworskiej, od Płockiej, to puste pole było i tam było zagospodarowane na działki pracownicze.

  • Kto przydzielał te działki?


W fabryce. W Ursusie, w fabryce przydzielali. Mieliśmy na działkę iść akurat po obiedzie. No i słychać było strzały. Jak słychać strzały, to tata mówi: „O, zaczęło się Powstanie”.

  • Czyli tata wiedział, że wybuchnie Powstanie?


Tak, tak. Tata wiedział, bo jakiegoś kuzyna spotkał wcześniej i tak opowiadał. Kuzyna jakiegoś dalszego spotkał i on mówi mu, żeby nie chodził już do pracy, znaczy dzień wcześniej, żeby nie chodził już do pracy, bo będzie Powstanie. I tak się stało. No ale tata był w pracy tego dnia i wrócił.

  • Niemcy pod koniec lipca zarządzili kopanie rowów, kazali się mężczyznom zgłaszać. Rosjanie nadlatywali. Czy pan to wszystko jakoś zapamiętał?


Sytuacja była tego rodzaju, że my byliśmy cały czas w domu, to znaczy w tym sensie, że kontaktowaliśmy się z dziadkiem w fabryce. I jak ja poszedłem jakieś dwa dni przed wybuchem Powstania, to przecież Niemców już prawie [nie było], niewielu było w Warszawie.

  • Widział pan, jak oni uciekali?


Tak, wyjeżdżali. A dużo wcześniej to te tabory przez Wolską jechały, furmanki Rumunów, Węgrów, na Zachód. To my staliśmy na rogu Wolskiej i Płockiej z kolegami, z chłopakami, przyglądaliśmy się, jak oni jechali. A później przed samym Powstaniem to pamiętam, na Skierniewickiej był taki duży budynek, tam był przed wojną budynek ubezpieczalni społecznej czy coś takiego. Tam później Niemcy zajmowali i oni ten budynek całkowicie opuścili, pusto było, to my tam z dzieciakami, z kolegami, biegaliśmy po tym budynku, po tych pokojach opuszczonych, patrzyliśmy, co jak. Były jakieś takie wąskie taśmy papierowe, prawdopodobnie od dalekopisów. To tam nabraliśmy tych taśm, to na latarniach czytaliśmy te taśmy sobie. Zabawialiśmy się już wtedy na Skierniewickiej. Już Niemców nie było, już było pusto.

  • Wyglądało, że to już koniec wojny?


Tak, że koniec wojny. W fabryce tylko byli ci Werkschutze, którzy pilnowali fabryki. Tam było kilku tych żołnierzy, a tak to też już nie było nikogo. Tak że wszyscy byli przygotowani na to, że Powstanie wybuchnie i nie będzie długo trwało. My przecież jak siedzieliśmy też tam w tej piwnicy, to też liczyliśmy tylko dni, kiedy się skończy. A jeszcze mówili, właśnie, tam u dziadka chyba jakoś była rozmowa na ten temat, że już czołgi rosyjskie są na Pradze, prawda, że już są tego, to już po prostu niedługo się skończy. Znaczy byliśmy przygotowani.

  • Widział pan jakichś Powstańców w ten pierwszy dzień czy w następne dni?

 

Nie, powstańców nie widziałem. Nie widziałem, dlatego że my po wybuchu Powstania, pierwszego, siedzieliśmy… Znieśliśmy z góry wszystko, co było możliwe, dokumenty, jakieś bardziej wartościowe rzeczy, nawet ubrania, to co przedstawiało jakąś wartość, znieśliśmy do piwnicy. Zresztą wszyscy lokatorzy tak robili. Znieśliśmy do piwnicy i sami poszliśmy do piwnicy. Siedzieliśmy w piwnicy. Drugiego w dzień czołg rozwalił naszą bramę i Niemcy weszli na podwórko. Bo my mieszkaliśmy w oficynie, prawej. Lewa oficyna była niska, taka parterowa, a my mieszkaliśmy w prawej oficynie na czwartym piętrze. Weszli żołnierze na podwórko i zaczęli krzyczeć, żeby wychodzili ludzie z piwnic, bo inaczej to będą rzucali granaty przez okienka do piwnic. No i my wyszliśmy. Wyszliśmy wszyscy: tata, babcia, siostra, mama, no i dużo ludzi, którzy tam byli w tej piwnicy. I jak wychodziliśmy, to wychodziliśmy przez bramę na ulicę. To od razu mężczyzn na prawą stronę, a kobiety i dzieci na lewą stronę. I mężczyzn pognali gdzieś tam, to jeszcze widziałem, Wolską i skręcili w stronę Młynarskiej. Później, jak tata opowiadał, to tam na Młynarskiej kazali im barykadę rozbierać. A my, kobiety z dziećmi, zostaliśmy zapędzeni z powrotem na Wolską i do kościoła Świętego Wojciecha. To było drugiego przed południem czy nawet w samo południe może, jakoś tak. I kazali nam wejść do kościoła, tego dolnego. Weszliśmy tam do tego dolnego kościoła, tam w tym kościele na dole jeszcze ławki stały, takie szkolne ławki, i tam przenocowaliśmy.

  • Dużo ludzi było?


Było sporo. Trudno mi powiedzieć teraz, ale było kilkadziesiąt osób tam było. Na drugi dzień rano, to było trzeciego, babcia mówi, że chce iść z powrotem do naszego domu, zobaczyć, co tam się dzieje. Mama nie chciała babci puścić. Ale tam jeszcze jakieś dwie panie chciały iść, zapytały Niemca, czy mogą iść. On powiedział: „Chcecie, to idźcie”. No i one poszły. I za jakieś dwie, trzy godziny babcia wróciła do nas z powrotem. Przyniosła herbaty trochę w termosie i mówi, że dom stoi, wszystko jest w porządku i żebyśmy wracali. Mama zdecydowała, że wrócimy. I z nami wróciło jeszcze kilka osób. Znów się pytali tych Niemców, którzy nas tam w tym kościele pilnowali, czy nas wypuszczą. Oni powiedzieli: „Tak. Jak chcecie, to możecie iść, ale my za was nie odpowiadamy, dlatego że po drodze tam strasznie strzelają. Możecie zginąć”. No ale zdecydowaliśmy się, poszliśmy i wróciliśmy z powrotem, trzeciego, do naszego domu.

  • Rzeczywiście strzelali po drodze?


Tak, było słychać strzały, ale jakoś… szczęśliwie. I wróciliśmy trzeciego. Zaraz mama z babcią zaczęły tam robić jakieś jedzenie, coś, przespaliśmy się normalnie… Czwartego, w piątek, przyszedł do nas dziadek ze Skierniewickiej. Przyniósł nam bochenek chleba i paczkę margaryny. Powiedział, że Niemcy są w fabryce, że chyba będą fabrykę ewakuowali, wywozili maszyny z fabryki.

  • Ale ojca tam nie było już?


Nie, nie. Już byliśmy tylko sami. A tata był tam gdzieś… Później chcieli ich rozstrzeliwać na Sokołowskiej, na tym, ale później zabrali ich do obozu przejściowego, kopali rowy tam. I po tym, jak dziadek poszedł do siebie z powrotem, no to my też zostaliśmy… Wróciliśmy do domu i siedzieliśmy, znaczy wróciliśmy do mieszkania i zeszliśmy. Później siedzieliśmy na klatce schodowej, bo baliśmy się, dlatego że strasznie strzelali, strasznie te pociski leciały i nie chcieliśmy na górze, tam w domu, siedzieć. Dużo ludzi było, prawie wszyscy siedzieliśmy na klatce schodowej, na pierwszym piętrze.

I piątego rano właśnie poszliśmy tam na tę klatę schodową, zeszliśmy na klatkę, siedzieliśmy – znów przyszli Niemcy na podwórko. Weszli na podwórko, zaczęli krzyczeć. Podpalili przy wejściu frontowe drzwi, frontową klatkę. Bo frontowe mieszkania miały klatkę schodową z bramy na lewo i tam podłożyli jakieś łatwopalne materiały. Jak wychodziliśmy z bramy, to widziałem, jak ta klatka się tam paliła już dobrze. Po lewej stronie w oficynie też na klatkę schodową podłożyli ogień, tylko na tę naszą klatkę nie. I zaczęli krzyczeć, żeby wychodzić. No to wyszliśmy na podwórko. Wyszliśmy na podwórko, ale oni już nas wtedy wypychają z powrotem, przez bramę, na Wolską. Myśleliśmy, że nas popędzą z powrotem do kościoła, na prawo, a oni nie, tylko żebyśmy poszli na lewo, w stronę Górczewskiej. Pod dwudziesty siódmy, tam na następną posesję, obok. Było nas tam kilkadziesiąt osób, kobiety z dziećmi.

  • Same kobiety z dziećmi.


Tak. I stanęliśmy w tym… A oni nie, tylko żeby wejść tam do środka. Tam był taki [teren] odgrodzony takim parkanem, ta posesja, to podwórko. I tutaj za tę bramę, za ten parkan, no to mówimy, że pewnie nic, tylko będą strzelać, jak tam, prawda, w tym tutaj. Kobiety zaczęły tam prosić, klękać, płakać, tego… Nie – pchają wszystkich tam na ten… I jeden jakiś tam po polsku krzyczy: „Paczki tu!”. Bo każdy miał ze sobą jakieś tobołki, z jedzeniem, z tym… No to: „Paczki tu!”, krzyczy. I pod mur tego naszego budynku, pod plecy tego naszego budynku dwadzieścia pięć, tam kazali nam te paczki zostawić i tam zostawiliśmy te paczki. Tam tata później znalazł kawałek nadpalonej kenkarty mamy, to pewnie torebki były otwierane czy coś rozrzucane przez kogoś, przez nich, przez Niemców. No i rzucić paczki i iść dalej i dalej, w tę głębię tego podwórka. Ale tam nie było daleko, bo był mur na końcu tego podwórka, bo była odgrodzona fabryka makaronów. Tam była „makaronowa”, [jak ją] nazywaliśmy. Fabryka makaronów była zaraz i pod ten mur wszystkich tam pchali. Ja się obejrzałem do tyłu, patrzę, stawiają karabin maszynowy na ziemi i dużo tych żołnierzy staje z karabinami tak dookoła, tak że nas spychają i te karabiny stoją. I mówię do mamy: „Mamo, karabin maszynowy stawiają, chyba będą nas rozstrzeliwać”. – „Chodźcie, wola Boska. Co będzie, to będzie”. I wzięła mnie tak pod lewą rękę, siostrę tu i szliśmy. A babcia z boku tak szła. Najpierw zaczęli strzelać z tych pojedynczych karabinów i któryś z nich strzelił i trafił mamę tutaj, w tył głowy. Jak upadła, tak nas pociągnęła ze sobą. I ja też upadłem, i siostra upadła. Zobaczyłem, jak mama zaczęła tak rzęzić. Podniosłem się, patrzę, a tam taka duża dziura w głowie i tak pulsuje na [zewnątrz]. Mówię: „Henia, patrz, mamusia zabita”. I ona krzyknęła. Ten Niemiec stał, niedaleko stał ten żołnierz – strzelił, zabił. I ja wtedy powiedziałem do niego, żeby mnie też zastrzelił.

  • Po polsku, tak?


Tak. Mówię: „Panie, zabij mnie pan”. A on tak machnął ręką i widziałem tylko, jak karabin tak, prawda, [nastawia]. I strzelił. A ja się tak wcisnąłem pod mamę i nie wiem, czy zabity jestem, czy nie. Jak to się człowiek czuje, jak jest zabity? Nie wiem, czy idę do nieba, czy coś się ze mną dzieje, co jest. I takiego strachu dostałem, że już nie drgnąłem nawet. Jak później oni chodzili, Niemcy chodzili i kopali, i dobijali niektórych, to siostrę kopnął, ale się nie ruszyła, była zabita widocznie. A mamę i mnie [ominął], kroka takiego dał dużego, przeszedł i poszli, i dalej. I ja tak zostałem. Później, no jakoś leżę tak i słyszę, że kobieta jakaś się odzywa.

  • Oni się wycofali, ci Niemcy, tak?


Tak, tak. Policzyli nas, liczyli. Słyszałem to, słyszałem, że liczyli. I wyszli. Ja też poszedłem po dwudziestej trzeciej z powrotem, bo jak my wyszliśmy z naszego podwórka, z bramy, to pod dwudziestym trzecim tam było dużo więcej tych żołnierzy. Dołączyli do tych, co byli na naszym podwórku, i zaczęli się śmiać, tam coś mówić do siebie, śmiać się. Pokazywali, że tu my w tych piwnicach jeszcze siedzieliśmy. Tak że oni później prawdopodobnie też tam poszli pod dwudziesty trzeci, jak nas tutaj tak zabili.

  • Bo tam była większa…


Grupa tych żołnierzy.

  • Czy pan pamięta, jakie to były jednostki? Czy to byli Niemcy, Wehrmacht, SS czy jacyś inni?


Nie pamiętam.

  • A czy zachowywali się brutalnie, czy popychali was, jeszcze zanim ustawili was?


No tak, bo… brutalnie. No nie bili, nie kopali, nie sprawdzałem tego, ale pchali tymi karabinami, pchali te wszystkie kobiety. Kobiety tam klękały, prosiły, tego… Nie, dalej wpychali nas w to podwórko, tam właśnie pod ten mur. Nie wiem. Nie będę mówił, bo nie wiem.

  • Potem słyszał pan głos kobiety, tak?


I podnoszę się, patrzę, a tam taka pani Włodarczykowa, na drugim piętrze mieszkała u nas, na naszej klatce. Ja mówię: „Niech pani nie krzyczy, bo Niemcy usłyszą”. A ona mówi: „O, Jasiu, to ty żyjesz. Chodź – mówi – chodź, uciekamy”. I podniosła się jeszcze jedna pani, pani Zyzkowska. Ona mieszkała w tej klatce frontowej właśnie. Miała syna w moim wieku, starszy ode mnie chyba rok. Ona go do Babic, do swojej mamy tam wywiozła i on nie był [w Warszawie]… Ona zawsze go tam na wakacje wywoziła, bo Babice przed wojną to już była wieś. I taka pani Ciszewska się podniosła, na trzecim piętrze mieszkała w naszej klatce. Ta pani Ciszewska miała dziecko na ręku, takie maleńkie, miało chyba ze trzy miesiące. Ona pracowała jako pielęgniarka w szpitalu i do szpitala przywieźli kobietę, która była skazana przez Niemców na karę śmierci, była w konspiracji. Ale była w ciąży i pozwolili jej urodzić dziecko i ona prosiła tę panią Ciszewską, żeby wzięła to dziecko. I ona wzięła to dziecko. To była dziewczynka. Ona miała to tak zabite… takie… przecięli – mówi, że przecięli to dziecko z karabinu maszynowego. Ona miała rękę tylko przeciętą, tak jej na skórze wisiała ta część ręki, tak tę rękę trzymała. I ona nie została zabita. Heniek Woźniak, na parterze mieszkali w naszej klatce. Jego mama też miała dziecko na ręku małe, takie roczne, jego brata, i jeszcze [drugi] jego brat, chyba trzyletni czy coś takiego, to zostali zabici tam na tym podwórku. Ten Heniek się podniósł, to miał tak rękę przestrzeloną. Palec kazał mi włożyć, to mu włożyłem tak, połowę palca w łokieć tutaj. Miał przestrzelony łokieć. I Tadek Wypych. Taki chłopak, on miał wtedy chyba z sześć, siedem lat, na parterze mieszkał. I pani Włodarczykowej córka, nie pamiętam jej imienia. Ona niedawno za mąż wyszła, tam miesiąc czy dwa [wcześniej]. Taka młoda mężatka była. To podniosło nas się tam jakieś siedem osób, tak? Ósma to była taka Wiesia Nyc, która, jak poszliśmy…

A w tym domu, w tym [Płocka] 27, to w suterenie była piekarnia. Ponieważ to była piekarnia nielegalna, bo nie wolno było takich piekarni mieć w czasie okupacji, to okna od sutereny były zabite deskami i przysypane ziemią.

  • Ale wyście wiedzieli, że tam jest ta piekarnia?


Tak, tak. Bo my tam bułki nieraz chodziliśmy wieczorem kupować. I my z tego podwórka uciekliśmy tam do tej piekarni. Tam po lewej stronie to była piekarnia z takim piecem, a tu, po prawej stronie, to było mieszkanie prywatne. Taki duży pokój, wielki. Wolski się nazywał, tam chłopak taki mieszkał z mamą swoją. I jak my już byliśmy na dole, to słychać, ktoś tam krzyczy. A to była taka Wiesia Nyc. Ona miała siostrę Irenę, one zostały z matką zabite, a ona miała nogi przestrzelone i nie mogła wstać. Ta pani Włodarczyk powiedziała: „Jasiu, to chodź ze mną, przyniesiemy ją”. No i wyskoczyliśmy na to podwórko z powrotem. Wzięliśmy ją i przynieśliśmy do tej… ja to nazywam piwnicą… no do tej piekarni na dole. To było takie, że jak się wchodziło na dół, to na lewo był korytarz, prosto, to na tę salę, gdzie była piekarnia. Tam piec taki duży stał, a na lewo był taki pokój, ci właściciele tam mieszkali, i my do tego pokoju wszyscy weszliśmy. Tam jak się wchodziło, po prawej stronie było łóżko, na środku stał stół. Później, w rogu tak, przy oknie, przy tym oknie tamtym, stała szafa. A tutaj przy wejściu po lewej stronie była taka ławka duża i dwa wiadra wody stały.

  • Ale ludzi nie było?


Nie było. I widocznie szybko oni musieli wychodzić i coś, jakoś że pod stołem stały dwie takie torby i było jedzenie w tych torbach. Chleb, kiełbasa. Ja tak usiadłem na krześle przy tym stole i zacząłem się ocierać. Wziąłem czapkę, zdjąłem z głowy, śliniłem i ocierałem krew na tego… I usnąłem. Później mnie ktoś budzi, a to ta pani Zyzkowska mnie budzi i mówi: „Jasiu, masz tutaj, pewnie jesteś głodny”. Dała mi kawałek chleba i kiełbasy. Ja mówię: „Skąd?”. – „A tu, tu”. Mówi, że z tego… I tak siedzieliśmy. To było tak, że chyba następnego dnia… Aha, jeszcze w nocy przyjechali i zbierali trupy. I to chyba Polacy, znaczy na pewno [Polacy] zabierali. Bo tam pod tym murem było składowisko desek. Jedne na drugim, tam deski były na tym. I ludzie widocznie gdzieś w te deski wchodzili, chowali się za te deski, bo ktoś tam krzyczał: „O, tato! Zobacz! Jeszcze tu jest! Jeszcze tu jest! Za tą deską, za tą deską!”. Rozmawiali po polsku. No to słyszeliśmy, że zbierają, zabierają te trupy i tak dalej w nocy, tego samego dnia, tej samej nocy.
No i później siedzieliśmy tylko i czekaliśmy na koniec Powstania. Liczyliśmy, że szybko… Jak czołgi jeździły, warczały tu, na Płockiej, to już myśleliśmy, że to już Rosjanie czołgami przyjechali.

  • Proszę pana, taka naprawdę niezwykła sytuacja. Jakie uczucie przeważało: żal, że zginęli najbliżsi czy radość, że pan przeżył?


Trudno sobie to wyobrazić. Nic. Nic. Nic nie czułem. Ja dopiero później, jak byłem w obozie… W obozie to ja krótko zresztą byłem. Ale jak byłem tam u tych państwa, u których byłem. To jak opowiadałem, to wtedy dopiero mnie to… A tak to… Nie wiem, nic nie czułem. Kiedyś jak się tam z chłopakami nieraz rozmawiało, o tym, że jak rodziców stracą czy coś. Bo to przecież łapanki, nie przychodzili do domu, nie… „Ja jakbym stracił mamę albo ojca, to bym z okna wyskoczył”. A tu nic. Nie, nie. Zupełnie taka drętwota jakaś opanowała nas.

  • Wśród was byli ranni.


Tak. I było tak, że chyba następnego [dnia] czy za dwa dni przyszli Niemcy i popatrzyli na nas, zaświecił latarkami.

  • Zobaczył was, tak?


Tak. Tak. Takich wizyt niemieckich to było chyba ze trzy czy cztery. Zobaczył, że leżą trupy. Bo myśmy byli. Myśmy się pokładli na podłodze, porozbieraliśmy się. Na boso chodziliśmy, żeby nie… Bo tam jeszcze na górze przychodzili Niemcy, w dzień byli Niemcy. W nocy wychodzili, a w dzień to chyba tam jakąś radiostację mieli, coś takiego, bo słychać było, tak jak gdyby połączenia jakieś robili między sobą. I udawaliśmy trupów. Zaświecił latarką, że nie ma, że nikt się nie rusza. Wyszli. Raptem strzały, jakaś seria poleciała – on tak poleciał z tego automatu po nas.

  • Na wszelki wypadek.


Tak. Ale tylko temu Heńkowi przeciął nogi, obydwie. On był w rękę ranny, a potem dwie nogi mu przestrzelono. I on się dopiero odezwał, jak słyszał, że oni już są na podwórku. Bo tam były kamienne schody. Jak oni szli po schodach, wychodzili na podwórko, to było słychać. Jak tam byli, to on dopiero zaczął jęczeć, że ma nogi przestrzelone. No i tamta pani Włodarczykowa wstała, szmaty takie były w tej szafie jakieś, to wzięła, owinęła mu trochę te nogi i go położyła wyżej, na łóżku. Bo na tym łóżku to leżała ta jej siostra, ta Wiesia Włodarczyk, która miała też nogi przestrzelone. A pani Ciszewska to leżała tak pod oknem, na podłodze. I ten chłopak dopiero mówi, że ma te przestrzelone nogi. No i nic. I dalej tak leżeliśmy.

  • Nikt nie wyjmował tych kul z ciała, nic, tylko…


Nie, no skąd. Nie było na to ani możliwości, ani warunków, ani nic. Później było tak, że tam pani Ciszewska… już zaczęła jej się psuć ta ręka, bo już czuć było nawet. Ona dostała jakiejś gorączki, krzyczała, żeby… „Puśćcie mnie do niego, on mi odda – tam wymieniała imię tego dziecka – on mi ją odda, on mi ją odda”. No to te panie ją tam uspakajały, bo Niemcy usłyszą, tak. Później przyszli jeszcze raz. Zobaczyli, że my leżymy wszyscy, zabrali się i wyszli. I już chcieliśmy się podnosić i raptem ktoś szybko ucieka, jakiś Niemiec. A jeden został, rzucił granat i ucieka.

  • W tę waszą…


Tak. Ale rzucił granat tak jakoś widocznie, że nie w nas tutaj, tylko na korytarzu ten granat wybuchł i nam się nic nie stało, tyle tylko że szyby wypadły z tego… Nad drzwiami było takie okno, z tego szyby wypadły, kurzu pełno było i nic. I oni poszli i spokój dalej.
Była jeszcze taka historia, że minęło już kilka dni i nie było wody do picia, to ta Włodarczykowa dawała nam te suchary… A, były suchary jeszcze, taki worek sucharów stał pod ścianą, z tej piekarni, to ona moczyła te suchary w wodzie i każdy dostawał taką garść sucharów. Głodni wszyscy byli. Tak my siły nie mieliśmy. Jeszcze zanim ten Heniek miał nogi przestrzelone, to wychodziliśmy z nim do tej piekarni na korytarz. Tam stała taka beczka z wodą… Jak oni ten chlebek maczali widocznie w tej wodzie, to ta woda już była taka zielona prawie, jak to kwiatki nieraz stoją w wazonie długo i śmierdzą. Tę wodę piliśmy, przecedzaliśmy sobie przez chusteczkę, piliśmy. Bo one nie dawały nam pić wody, bo oszczędzały wodę, bo nie wiedzieliśmy, jak na długo było [tam będziemy, [więc] wypiliśmy trochę tej wody i wracaliśmy z powrotem. Za swoją potrzebą chodziliśmy i wszyscy chodzili do tej piekarni, tam na ten… Któregoś dnia wieczorem przyszedł jakiś mężczyzna. Nie wiem jeszcze, kto to był. Był jakiś pan, który przyszedł, zobaczył, że my… Jak one zobaczyły, bo bliżej były tego przejścia te dwie panie, Zyzkowska i Włodarczyk, zobaczyły, że mężczyzna, Polak, cywil, no się do niego odezwały. I on: „To wy żyjecie, tego…”. – „Tak”. No i pyta się: co, jak. To zaczęły mu szybko opowiadać, że wody nie mamy. A na strychu stała beczka z wodą. On widocznie ten budynek znał.

  • To był budynek mieszkalny?


Stoi ten domek, tak, budynek mieszkalny. Tam ludzie mieszkali. On wziął wiadra i on nam… A był przepis, że na strychach musi być woda z beczki.

  • Do gaszenia pożarów?


Tak, do gaszenia. I on nam przynosił, przyniósł. On dwa razy tam chodził. Dzień czy dwa później znów przyszedł i chodził i tej wody nam przynosił. Wtedy mieliśmy już tej wody trochę więcej. A on spał, znaczy siedział tam i spał, ukrywał się na piecu. Taki piec był, taki jakiś duży, wielki, kwadratowy, wielki piec z takim paleniskiem. Tam taka odległość była od sufitu niewielka i on się tam wślizgiwał i tam leżał na tym. Czy on później…

  • I dopiero po kilku dniach wyszliście?


Kiedy on tam stamtąd wyszedł, to nie wiem. Chyba przed nami, przede mną, bo… No tak, chyba przede mną musiał wyjść.

Teraz chciałem powiedzieć o tym, jak jeszcze raz przyszli i ten granat wrzucili. To już ostatni raz. Jak przyszli, to zaczęli od podwórka rozbijać to okienko.

  • To zabite deskami?


Tak. Oj, to żeśmy wtedy… tragedia, dlatego że jak tylko dziurę zrobią w okienku, rzucą granat i nas tutaj wszystkich zabiją. Ale tam było tak solidnie to jakoś zrobione, że dali spokój i zeszli z powrotem na dół. Z tego mieszkania obok, co było, co mówię, co ten Wolski mieszkał z mamą. Po zejściu na dół to oni po prawej [mieli] to mieszkanie, a po lewej to była piekarnia i ten pokój, gdzie my byliśmy. [Niemcy] wzięli siennik z łóżka i ten siennik położyli tak w drzwiach, w progu, w drzwiach, podpalili, zabrali się i wyszli. No to się zaczął ten [siennik] ta słoma, ten dym – zaczął się palić, zaczęliśmy kasłać. No to wszyscy, jeden drugiego uciszał, żeby nie kasłać, bo usłyszą, wrócą i pozabijają nas. Ale jakoś ten siennik dobrze się zaczął palić, to ta pani Zyzkowska podbiegła i wzięła tam jakąś szmatę czy coś i wypchnęła ten siennik na korytarz, żeby ten ogień tutaj się nie roznosił do nas na ten. I na korytarzu, na podłodze on się tam spalił, wypaliła się taka duża dziura w deskach i te deski się tliły. To już był wieczór. I ona mówi: „Trzeba by to zalać wodą, zgasić, bo jak się zapali, to i tu też może być jakoś [pożar]. Nie wiem, w nocy, to się spalimy. Wody było szkoda, to każdy tak po kolei sikał w nocnik, ona dawała nocnik i z tego nocnika ona polewała to i gasiła. I usłyszała, że Niemcy już po podwórku idą, tam chodnik był i schodzą po schodach. Coś ze sobą rozmawiają i schodzą po schodach. Okazuje się, że oni obserwowali widocznie z ulicy to, że to się nie zapaliło. Zeszli na dół, patrzy, siennik oni położyli w drzwiach, a spalił się na korytarzu. No to od razu zaczęli kopać te panie pierwsze, co leżały przy wejściu. One zaczęły zaraz płakać i krzyczeć, i każde mówić, że my jesteśmy chorzy, żeby nam darowali życie. A oni nic, tylko wychodzić. Raus! I wychodzić, i wychodzić, na ten… No to niektórzy nie mogą. Ciszewska to już była prawie wpół przytomna z tą ręką, Wieśka miała nogi przestrzelone. Ja się przykryłem taką jakąś szmatą na głowę, że niby to… Ściąga ze mnie ktoś tutaj to, bierze mnie za kołnierz, podnosi, latarką świeci mi w oczy i krzyczy: Raus! I wepchnął mnie tu, do wyjścia. Ja stanąłem przy drzwiach i krzyczę, mówię: „Heniek, chodź ze mną.” A on mówi: „Przecież nie mogę, bo mam nogi rozstrzelane”. To mówię: „Tadek, chodź ty”, tam do tego. A on mi zaczął płakać: „Ja nie chcę, ja się boję”. Ten słyszy, że ja z nimi rozmawiam, doszedł do mnie i wypchnął mnie znów tam na korytarz dalej. Tam na korytarzu stał jeden Niemiec i tak mi pokazuje, że muszę iść na górę. Na schodach stał i na podwórku stał. Tam na podwórku taki już starszy pan jakiś, nie z automatem, bo oni z automatami byli wszyscy, a tamten to z karabinem taki stał. Kazał mi podnieść ręce do góry i tak stałem. A oni tam zaczęli krzyczeć, żeby wychodzić, wychodzić. No, tam płakali wszyscy z przerażenia, no to zaczęli strzelać. I za każdym strzałem coraz ciszej, coraz ciszej, coraz ciszej i tam prawdopodobnie wszystkich zabili.

  • Tylko pan wyszedł.


Tak. I wyszli później wszyscy stamtąd, z tego i do mnie. Ja mówię: „No tak, teraz jestem ja jeden, to mnie zostawią, strzelą i zostawią mnie”. Ale ten oficer, co mnie wypędził, coś mówi do niego po niemiecku i mówi, że na Fort Wola. „A, Fort Wola, no to – mówię – no to gdzieś to już…” A tu okazuje się, że on mnie do kościoła kazał zaprowadzić. I ten mi kazał już ręce opuścić, a oni poszli… W tym murze już była taka dziura duża wybita i oni przez tę dziurę poszli na tamtą stronę, na tę fabrykę makaronów, w tamtą stronę. A on ze mną do Płockiej i Płocką poszliśmy do Wolskiej. Tam, na Płockiej Niemcy rozkopywali jakieś… Tam ogród taki był niedaleko. W tym ogrodzie kopali coś tam. Podobno broń kiedyś była, coś takiego. Wyszli i pytali się, gdzie on mnie tu znalazł, takiego tam. A ja tak: bez czapki, boso, bez ubrania. Tak to wszyscy byliśmy poubierani w palta, w buty zimowe, wszystko. I on pokazuje, że tutaj byłem w tym domu. No, pogadali trochę ze sobą. On wziął mnie i żebym z nim szedł. I szliśmy. Zaprowadził mnie do kościoła z powrotem.

 

  • Do Świętego Wojciecha?


Tak.

  • Jak wyglądała ulica, jaką pan szedł?


No to w ogóle przecież jak zobaczyłem nasz dom. Jak ja wychodziłem z naszego domu, to dom stał jeszcze na tego. A już później, jak nas wyprowadzali, jak mnie wyprowadzali, to już domu nie było, już tylko jedna ściana była, ta jedna ściana frontowa oddzielająca ten dwudziesty siódmy od dwudziestego piątego. Tak że to już były gruzy. Szliśmy tutaj Wolską, to szliśmy środkiem, jezdnią, bo tu pełno było gruzów wszędzie. Domy były, szkło nawet – ja boso szedłem przecież – szkła pełno na ulicach. Przecież przyprowadził mnie do kościoła, do tego dolnego, z powrotem. Już kościół był zamknięty, tam zamykali na noc. Już ciemno było, zamykali na noc. No to ten wartownik otworzył i on mi tam kazał wejść. Wszedłem, patrzę, a tam sami mężczyźni, pełno mężczyzn. O, to się ucieszyłem, że ojca może spotkam. Pytam tego, gdzie, a oni mówią: „Nie. A skąd ty jesteś?”. Ja mówię: „Z Płockiej”. – „Gdzieś ty… Do tej pory siedziałeś na Płockiej?” A ja mówię: „No tak”. A oni tam już ze Śródmieścia prawie, już zza Żelaznej Bramy, już tam stamtąd, już z Alej byli.

  • Czy pan pamięta, który to był dzień sierpnia?


To było chyba gdzieś koło 20 sierpnia co najmniej. Dwudziesty, dwudziesty drugi, zdaje się, jakoś tak. I poderwał się taki starszy pan i mówi: „A co, ty sam jesteś?”. A ja mówię: „No tak”. I zaczynam mu opowiadać to całe zdarzenie. „No to dobrze. To ty się nas trzymaj, my tu jesteśmy we dwóch”. Taki starszy pan i od niego taki… młody, taki, ja wiem, miał ze dwadzieścia pięć, trzydzieści lat ten drugi. I mówią: „To jesteśmy razem. To ty się nas musisz pilnować. Będziesz z nami, to tu transportami – mówi – wywożą poza Warszawę do obozu, do Pruszkowa – mówi – to my tylko, wiesz, jak będzie transport, to łatwiej uciekać. Bo tu w Warszawie, to nie ma – mówi – mowy, żeby stąd uciekać, a z pociągu to się prędzej ucieknie”. No i od razu mi dali jeść, trochę zupy.

  • Kto tam miał jedzenie? Oni mieli swoje?


Mieli, tak. Oni mieli swoje. No, w tobołkach każdy tam sobie nosił. Dali mi chleba ze smalcem. Najadłem się tego chleba ze smalcem, na ten wygłodzony żołądek, popiłem zimną wodą… Bo jak tylko wszedłem do tego kościoła, zamknął za mną, to tam stały dwa takie wielki kotły, w jednym była woda, a w drugim odchody, i jak się do tej wody dobrałem, to piłem i piłem. Bo przecież pić mi się chce. Jak zjadłem tego chleba ze smalcem, to dostałem boleści i mówię do tego, a on: „Idź, tam stoi taki kocioł”. Ja mówię: „No jak, w kościele?”. A on mówi: „No tak, no”. Poszedłem, wróciłem. On mówi: „Dobrze?”. – „Dobrze”. – „No to dobrze, to teraz się pilnuj nas”. Żeby buty sobie znaleźć, to powiedział mi, żebym poszedł tam pod mur, pod ścianę, bo tam te ubrania, buty, to wszystko to było tak zmiatane pod ścianę, pełno tego leżało pod ścianą.

  • To ludzie zostawiali tam?


Tak, tak. I tam wybrałem sobie buty, większe ode mnie, takie pantofle, ale założyłem i już byłem w butach. Zdaje się, że tam jeszcze jakąś czapkę wziąłem czy coś takiego. Wróciłem do niego, a on mówi: „No dobra, to teraz…”. Dali mi tam trochę kostek cukru, bo oni u Dobrolina poprzedniego dnia pracowali. Bo Niemcy ich wykorzystywali do takich prac właśnie porządkowych i u Dobrolina oni jakoś zdobyli trochę cukru, dał mi cukru parę kostek.

  • Bo w Dobrolinie to pasta do butów?


Tak, tak. I mówi: „No dobrze. No to teraz musimy ci tu jakieś spanie zrobić”. A tam było tak gęsto ludzi, że tam nawet nie było się gdzie położyć. Wszyscy siedzieli, tak dookoła obsiedli też ten ołtarz. On mówi: „O, tu będziesz spał, na ołtarzu”. Ja mówię: „No jak, na ołtarzu? A przecież ja…”. Nasza rodzina była bardzo religijna, zawsze z dzieciakami chodziliśmy na majowe. Te majowe się odbywały w dolnym kościele, te nabożeństwa majowe.

  • I właśnie do tego kościoła Świętego Wojciecha pan chodził?


Tak, tak. Bo to był nasz kościół, nasza parafia. Tam co niedziela normalnie chodziliśmy do kościoła. Ale to o tym… I mówię: „To jak to? Na ołtarzu?”. – „No a gdzie będziesz spał? Tam już nie ma ołtarza – mówi – tam już nie ma”. Faktycznie, było pusto. Położyli mi tam jakieś łachy na to i tam spałem. Na drugi dzień.

  • Ile dni tam pan był?


No właśnie. Następnego dnia rano wszystkich wypędzają na górę, ustawiają czwórkami i do pracy na ten. Oni mnie trzymają koło siebie. Tam Niemiec jakiś pyta, co ja [tu robię], a ten mówi, że to familia. „Aha, no to dobrze”. I zaprowadzili nas na ulicę Chłodną, między Żelazną a Wronią. Na Chłodnej był taki olbrzymi dół czy lej, taki od bomby zrobiony, i wypełniony wodą, bo bomba przerwała widocznie wodociąg. I ta jezdnia była nieprzejezdna, to jak czołgi jeździły w tamtą stronę na Wolę, to musiały po gruzach jechać, po prawej stronie i tak jechał, że mało się nie przewalił, nie wpadł do tego dołu. I nas spędzili wszystkich do tego, ustawili w kilka takich rzędów i my z tych gruzów cegły przerzucaliśmy do tego dołu. Do wieczora zasypaliśmy go. Wyrównany był ten dół. Tak że już wszystko było na ten… No, tam w międzyczasie był taki incydent, że tam na koniach „kozacy” jechali. Zrobili sobie taką „przygodę”, że tych wszystkich dookoła, co stali z tym, to przejeżdżał po nich i bili po tych tam… Pojechali później.

  • Dawali jakieś jedzenie?


Nic, absolutnie nie. Nie. I właśnie ten pan Stefan taki mówi: „Słuchaj, ty już chyba jesteś głodny?” Ja mówię: „No tak”. – „To idź tam…” Aha, bo przedtem tutaj sprawdzali nam, przy Wroniej tam ten budynek stoi taki duży, wielki, kazali nam zostawić paczki. Jakieś tam było…

  • Bo się zabierało wszystko, co się miało ze sobą, tak?


Tak, każdy ze sobą nosił. I tam było ze sto metrów do tego leja, to on mówi: „Idź do Niemca, powiedz, że jesteś głodny, to on ci pozwoli iść tam na ten…” I faktycznie, poszedłem do niego, powiedziałem i on mówi: „Odszukaj tylko tam ten nasz… tę paczkę, no i…”. Poszedłem, wziąłem tam kawałek chleba, zjadłem, wróciłem. I wieczorem z powrotem nas [zaprowadzili] do tego kościoła. I powtórzyła się sytuacja, ja też spałem na tym ołtarzu.

  • A czy ktoś był w górnym kościele?


Tak, w kościele górnym były kobiety i dzieci. Rano znów wypędzają nas do pracy. Ustawiamy się w ten… Przyszedł jakiś oficer, dobrze zbudowany, taki grubas i mówi do mnie, żebym uciekał stąd, że ja kleine, za mały jestem, i… No to ja mówię… trzymam się za rękę Stefana i on mówi, że my tu razem, rodzina, tego… Nie ma mowy, że tam… Poszedł, zabrał mnie tam, wypędził, żebym do tego kościoła poszedł. Jeszcze ten Stefan mówi: „No to idź tam – mówi – i staraj się tylko, żebyś… Pierwszym transportem staraj się wyjechać, tam już sobie jakoś poradzisz” – mówi. No i dobrze. Poszedłem do kościoła. Usiadłem przed tym konfesjonałem, bo my zawsze w niedzielę koło konfesjonału w jednym miejscu stawaliśmy. Usiadłem na tym konfesjonale i płaczę. Słyszę, że ktoś [mówi]: „Jasiu, co ty tu robisz?”. A to była sąsiadka z pierwszego piętra.

  • Z tego domu, co pan mieszkał?


Tak, od nas. Ona była u koleżanki na Karolkowej i tam ją zastało Powstanie, i z tą koleżanką i jej córką były w kościele. Jak jej powiedziałem, co się stało, no to znów płacz, prawda.

  • Czy to był pierwszy raz, kiedy pan płakał od momentu śmierci mamy?


Chyba tak, chyba tak. Tak, bo przy tym Stefanie, przy tym, to też nic nie płakałem. I ona mówi: „No to teraz trzymaj się nas – mówi – już teraz z nami będziesz”. Też dały mi tam coś jeść, też miały jakiś chleb, coś tam… No i tego samego dnia też nas już wywieźli do Pruszkowa. To znaczy wypędzili nas pieszo na Dworzec Zachodni. Szliśmy piechotą na Dworzec Zachodni, tam wsiedliśmy w pociąg i do Pruszkowa do obozu nas wywieźli.

  • Czy pan się spotkał z czymś takim, bo są takie relacje, że Niemcy, ci konwojujący żołnierze, kradli, gwałcili kobiety?


Kobiety to tak. To widziałem, jak dziewczynę… przychodził i… Wtedy jak byłem w tym górnym kościele, to widziałem, jak tam przychodził… Jeden przyszedł i takiej młodej dziewczynie, ja wiem, ona była w wieku siostry mojej chyba. Wziął ją tam, ona zaczęła płakać, to wziął ją jeszcze za rękę i tam ciągnął do zakrystii. Później po jakimś czasie przyszła ta dziewczyna. Wtedy to nie wiedziałem nawet, po co oni ją tam biorą, prawda, ale później się już raczej dowiedziałem, że to wybierali. A takich więcej jakichś takich z ich strony nie było, nic. Tam w Pruszkowie też czy na dworcu.

  • Jak ten Pruszków pan zapamiętał?


Ja w Pruszkowie nie byłem w samym obozie, bo jak wysiedliśmy z pociągu, to nas zapędzili na taki plac, blisko torów. Duży taki plac, porośnięty trawą, ogrodzony siatką i drutem kolczastym. I tam ja byłem chyba ze dwie godziny. Przyszła służba Czerwonego Krzyża. Zaczęli badać ludzi, wybierać chorych i ta Zosia mówi: „Jasiu, ty się zgłoś do nich. Powiedz, że jesteś sierotą, powiedz, że masz krwawą dyzenterię i że jesteś chory, nie możesz iść do obozu”. I ja doszedłem do takiej siostry z Czerwonego Krzyża i mówię jej. To ona: „Tak? Tak? Sam jesteś?”. – „Tak”. – „Dobrze”. I oni listę robili. Robili listę ludzi, tę listę poświadczał ten komendant i oni wyprowadzali z tego obozu niby to do szpitala, do Skierniewic. Zrobili tę listę, wyczytali te nazwiska. W porządku, odeszliśmy na bok. Później okazuje się, że ta lista już jest nieważna. Drugą robią. Doszedłem drugi raz do tej siostry, mówię, że jestem… „Już ty jesteś zapisany – mówi – już nie martw się, już dobrze będzie”. Zrobili tę listę. Za jakiś czas wywołują nas wszystkich i wyprowadzili nas za to ogrodzenie, pod wagony takie kolejowe, towarowe. No i zaczęli się tam witać między sobą ci lekarze niektórzy z tymi ludźmi

  • Lekarze Polacy z tymi wydzielonymi.


Tak, tak. Prawdopodobnie mieli swoich znajomych czy coś, ale również tych chorych pewnie też, no. Doszło do tego, że ja nie mam gdzie iść. I ja mówię: „No to ja wracam tam z powrotem”. A zakonnica taka… Nie, właściwie to ten mężczyzna taki jeden mówi: „Co ty się wygłupiasz? Gdzie ty będziesz szedł z powrotem? Ja też nie mam gdzie iść. Chodź, ja pójdę na wieś i ty ze mną pójdziesz. Ja będę drzewo rąbał, ty będziesz krowy pasł i przeżyjemy – mówi – nie martw się”. I taka zakonnica doszła do mnie też i mówi: „A jak chcesz, to chodź ze mną. Ja tam cię gdzieś znajdę, utkniemy cię gdzieś i przetrzymasz do końca wojny”. Ja mówię: „No dobrze”. Ten mówi: „No to ze mną idziesz czy z siostrą?” A ta siostra mi dała jeszcze torbę cukierków. Ja mówię: „Nie, to idę z siostrą”. Ona mówi: „Dobrze. To idź do RGO. Jak wyjdziesz, idź do RGO. Zjesz tam obiad i czekaj tam na mnie, ja po ciebie przyjdę. Skończę tu pracę i wieczorem przyjdę po ciebie”.
No i tak się stało. Przyszła. Pojechaliśmy do Grodziska Mazowieckiego. Tam w Grodzisku Mazowieckim przespałem się w RGO też przez noc na stole takim w dużej sali, a rano przyszła i tam mnie zaprowadziła do takich państwa. On był krawcem. I tam u nich przeczekałem do końca wojny. To znaczy „przeczekałem” – chodziłem, Niemcy wyznaczali ludzi do pracy, do kopania rowów przeciwczołgowych dookoła Grodziska, że każdy musiał iść tam na ten… I on dostał, ten właściciel dostał wezwanie takie. No ale tam nieważne było kto, ważne było, jak wyczytali nazwisko, żeby się zgłosić. No i mnie tam posłali i chodziłem kopać rowy. Do końca…

  • Tam już panu nie mówili, że pan jest za młody?


Nie, nie. Tam jeszcze zapoznałem takich trzech kolegów, też młodych chłopaków, to taką brygadę zrobiliśmy. My kopaliśmy… Oni mnie tam na górze zostawiali zawsze, że co oni z dołu wysypią, żebym tam odrzucał daleko, tam na ten… Żeśmy kopali. I tak do wyzwolenia, do zimy, przez zimę. Nawet poszedłem rano, normalnie, na siódmą do pracy, wtedy w styczniu. Patrzymy, a już tam ten urząd, gdzie ta organizacja Todt była, już okna pootwierane, już firanki fruwają, już nie ma Niemców, nie ma nikogo. Ludzie się zbierają do pracy na ten… Mówią: „Ej, nie ma nikogo, to co to, Niemcy już uciekli widocznie”… Tak że do końca wojny te okopy tam kopałem.

  • Przez tyle miesięcy cały czas się kopało jakieś rowy?


Tak, tak. I to duże, takie rowy przeciwczołgowe.

  • Jak pana traktowała ta rodzina, u której pan był?


Nie wiem, no dobrze, dobrze.

  • Czy pan wiedział, że Powstanie upadło?


Tak, tak. No wiedzieliśmy, bo tam w Grodzisku było bardzo dużo ludzi z Powstania.

  • Pan opowiada o takiej niesamowitej solidarności. Ludzie się ostatnią kromką chleba prawie dzielili.

 

Tak. Ze mną tak. Miałem akurat taką sytuację szczęśliwą. Bo i ten Stefan…

  • Jaka atmosfera była w tej piwnicy?


Atmosfera bojaźni. Każdy liczył, że przyjdą i nas zastrzelą. My tam tak po prostu siedzieliśmy, że każdy bał się oddychać. Tam się tak nauczyliśmy, że jak spaliśmy, to każdy po cichutku nawet… ani sapnął, ani się odezwał, ani nic. Jak tam zakwiliła ta Ciszewska, bo ją ręka bolała czy coś, to one od razu szybko dochodziły do niej i tam uciszały ją, tego…

  • Modliliście się?


O, jeszcze jak. Oczywiście. Oczywiście, że się modliliśmy. Tak, modliliśmy się bardzo.

 

  • Czy pan szukał ojca, jak pan wyszedł z Warszawy?


Nie. Nie, dlatego że ojciec mnie znalazł.

  • Kiedy?


Ojciec spotkał tę Zosię na gruzowisku domu i ona powiedziała, że jestem w Grodzisku.

  • Ale spotkał ją już po wyzwoleniu Warszawy?


Po wyzwoleniu, tak… Że jestem w Grodzisku, no, gdzieś u krawca. I ojciec do Grodziska pojechał. Wyszedł z dworca i do fryzjera. Zaczął się pytać, czy gdzieś nie ma tu takiego chłopaka małego z Warszawy. Tam zaczął określać, a on mówi, że jest tu i tam. Podali mu adres, poszedł, no i historia, prawda. Zobaczył mnie… No, co reszta, no to powiedziałem. No to znów płacz, krzyk nawet. A ojciec z takim starym…

  • Pana babcia również została tam wtedy zabita?


Babcia razem z nami, tak. A dziadek został zabity w Ursusie, w fabryce, podobno jak ewakuowali tę fabrykę, to opowiadali ci ludzie z sąsiedniego domu, z Franaszka, tam ze Skierniewickiej…

  • Z fabryki.


Tak, tak. Oni tam pracowali też w tej fabryce. [Jak ewakuowali fabrykę], dziadek się tam upomniał o jakiegoś człowieka. Niemcy ich zaczęli szarpać, tam bić czy coś takiego i dziadek się tam do niego upomniał o kogoś tam. To ten wyjął pistolet i zastrzelił go od razu. W ten sposób zginął.

  • Zostało was tylko dwóch: ojciec i pan.


Tak.

  • Co się dalej z wami działo?


No i ojciec… Brat ojca mieszkał na placu… tutaj od Górczewskiej […] na placu Opolskim, tu przy Górczewskiej. Ten dom jego nie został spalony, to ojciec się tam chwilowo zatrzymał. Zapisał się na zaciąg, na koleje – to właśnie ten jego brat i jeszcze grupa kilku – na Ziemie Odzyskane. I do Ostródy, do pracy na kolei. Oni wszyscy wyjechali i tam ojciec też mnie zabrał. Tam zacząłem chodzić do szkoły, do gimnazjum.

  • W Grodzisku pan nie chodził do szkoły?


Nie, nie chodziłem.

  • To było przed zakończeniem wojny, przed 8 maja czy po?


Po zakończeniu wojny… Nie, chyba po 8 maja. Tak, po 8 maja.

  • A do 8 maja gdzie pan był?


No właśnie tam jeszcze byłem w Grodzisku.

  • Był pan w Warszawie w międzyczasie?


Nie, nie byłem, bo nie miałem warunków, nie miałem jak stąd się wydostać.

  • Czyli od razu z Grodziska pojechał pan do Ostródy. Nie widział pan Warszawy po wojnie?


A nie, no byłem częściowo u tego wujka, u stryjka konkretnie, przed wyjazdem. Później wyjechaliśmy do Ostródy. Chyba dwa lata żyliśmy sami. Po dwóch latach ojciec ożenił się ponownie. No i byłem w Ostródzie do pięćdziesiątego drugiego roku. Skończyłem tam technikum mechaniczne, przyjechałem do Warszawy. Wcześniej nie mogliśmy przyjechać do Warszawy. Znaczy chciałem, ale nie mogliśmy, bo kolej była zmilitaryzowana, nie można było się z kolei zwolnić. Bo jak się zwolnił gdzieś, to prokurator poszukiwał.

  • Dlaczego do Warszawy znowu pan chciał przyjechać?


No, a jak? Nie było mowy, żeby mogło być inaczej.

  • Czyli ta Ostróda, te Ziemie Odzyskane, to były tylko przejściowo, tak?


Tak, tak.

  • Jakie wrażenie na panu zrobiła Warszawa, jak pan pierwszy raz po Powstaniu wrócił do Warszawy? Czy pan pamięta, czy zrobiło to na panu wrażenie?


No straszne, oczywiście że tak. Przecież ile było… Wszędzie były gruzy, wszędzie było… Ulice jeszcze były nie poprzecierane przecież. Tak że straszne. Zacząłem szukać jakiegoś grobu mamy czy coś takiego. Znalazłem tam na Woli, tam są te zbiorowe mogiły i tam w jednej takiej zbiorowej mogile wisiała kartka, że tu są pochowani z Płockiej 25. I tam były nazwiska właśnie tych Woźniaków. Cały czas podejrzewam, że to chyba ten Woźniak się też uratował i on…

  • Ten, który wam pomagał tam, tak?


Nie, nie. Ojciec tego Heńka, tego, co miał te nogi przestrzelone. Że on prawdopodobnie, bo on tam napisał nazwiska wszystkich, całej rodziny tego Heńka. Tego Heńka nie było tam z matką, dlatego że on był ze mną w tym [budynku] i tam został zabity w tej swojej… Byłem tam też w tej piwnicy. Tam jeszcze ten dom był otwarty wtedy, jak ja tam poszedłem. Zaszedłem tam do tej piwnicy, ale to już wszystko było wypalone, już tam nic nie było.

  • Żadnych śladów?


Nie było żadnych, tak. Nic nie było.

  • Proszę pana, teraz po latach jak pan ocenia tę decyzję o wywołaniu Powstania?


No cóż, uważam… No właśnie, są różnego rodzaju opinie na ten temat. Ja uważam, że powinno wybuchnąć. W społeczeństwie już narosła taka nienawiść do Niemców i taka chęć wyzwolenia się, żeby nawet nie wiem, jak to… Dlatego każdy chętnie szedł i każdy chętnie pomagał, prawda.

  • Chodził pan na Żelazną do szkoły. Czy pan ma jakieś wspomnienia związane z gettem?


Nie, nie, nic takiego. No nie, właściwie to nie. Chodził ze mną do jednej klasy tylko taki Galiński. Chłopak, który na Kaczej mieszkał, Kacza 10. Tam był mur przez podwórko u nich, przechodził przez ich podwórko w domu, tam było getto. Ale tak to nic takiego specjalnego, nie. Widziałem, jak likwidowali getto w czterdziestym trzecim roku, jak palili, jak tego… Podchodziliśmy bliżej, widzieliśmy, jak to wszystko płonie. A tak to niespecjalnie.

  • Czy Powstanie miało w dalszym pana życiu jakieś echo?


No, trudno powiedzieć. Cały czas o tym myślę. Bardzo często mi się śnią fragmenty jakieś różne, prawda, i dlatego nie można tego tak całkowicie wyodrębnić.

  • Który z obrazów najbardziej do pana wraca w snach?


Wszystkie po kolei. Mógłbym… Ale w snach egzekucji mamy nie widzę. Wszystkie inne tak, ale tego nie. To tylko tak przypominam sobie, jak to było.

Warszawa, 23 marca 2015 roku

Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek

Jan Walicki Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter