Janina Chodorska-Łukawska „Niusia”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Janina Łukawska, z domu Chodorska. Urodziłam się 20 października 1926 roku. Przydział w Powstaniu to był Pułk „Baszta”, kompania „O 2” Misiewicza.

  • Zacznijmy od początku. Jak pani pamięta okres przed wojną? Pani chodziła wtedy do szkoły powszechnej, prawda?

Tak.

  • Jakby pani mogła w paru słowach opowiedzieć ostatnie wakacje przed wojną, jak to wyglądało, jak wyglądało życie młodzieży przed wojną, to nas interesuje.

Chodziło się do szkoły. Dom rodzinny, mieszkałam na Koszykowej 30 z rodzicami. Ostatnie wakacje spędzałam w Kobyłce pod Warszawą, tam moi dziadkowie mieli domek i wybuch wojny tam mnie zastał.

  • Skąd nastawienie patriotyczne ówczesnej młodzieży? Czy chodziliście na święta państwowe, na defilady wojskowe?

Tak, oczywiście, na defiladę zawsze 3 maja i 11 listopada. To pamiętam, w Alejach Ujazdowskich zawsze defilada była, miałam niedaleko i zawsze byłam na tych uroczystościach. Ja wiem? Tak samo jakoś przychodziło, specjalnie nikt nas tego nie uczył, ale wiedziało się trochę ze szkoły, z domu też, tak że było. Potem, jak już wojna wybuchła, to działo się strasznie…

  • Jak pani pamięta 1 września?

1 września byłam pod Warszawą w Kobyłce. Rodziców moich nie było, tylko dziadkowie, to było straszne, dlatego że już zaczęły latać samoloty dziwne, nie wiadomo było czy to samoloty są nasze, czy to są niemieckie. To chyba były niemieckie, miały kółka wymalowane. Oni strzelali, powiedzmy, w Kobyłce bomb nie rzucali, ale już było wiadomo, że Warszawę bombardują. Była niewielka odległość, wobec tego nawet dymy było widać i w nocy łuny, to też było widać z daleka. Oczywiście, było straszne zdenerwowanie, wszyscy się bali. Nawet tam przelatywały samoloty i też trochę postrzeliwali z samolotów, ale jeszcze nie było tak dużo. Potem, jak już ucichło, jak już Warszawa została zdobyta, to mój ojciec przyjechał do Kobyłki. Nawet pamiętam, że od kogoś pożyczyliśmy rowery, bo nie wiem, jak ojciec przyjechał, czy może na piechotę przyszedł, nie wiem, już komunikacji nie było, dosyć na tym, że na rowerach wróciliśmy do Warszawy. I zaczęło się normalne życie.

  • Jak to normalne życie wyglądało?

Wszyscy byli przestraszeni, chodzili Niemcy, nie było wiadomo… Już zaczęły się w okolicy Bożego Narodzenia pierwsze łapanki i rozstrzeliwania nawet. Mój dom graniczył z domem na Pięknej, ulica nazywała się wtedy Piusa, tam była chyba pierwsza egzekucja. To było straszne przeżycie, bo od razu wszystko wiedzieliśmy, wszystko słyszeliśmy, to wszyscy się strasznie tego bali. Potem zaczęło się chodzić do szkoły. Wtedy zaczęłam chodzić do gimnazjum Królowej Jadwigi i nawet początkowo to się odbywało w gmachu… Gimnazjum Królowej Jadwigi było na Placu Trzech Krzyży, to jest między Alejami Ujazdowskimi, Wiejską narożny dom. Ten dom stoi, kawałek, nie cały stoi, przed nim stoi teraz pomnik Witosa. Tam chodziło się jakiś czas, nie pamiętam jak długo, ale chyba parę miesięcy, kiedy szkoły zostały zamknięte. Średnie szkoły zostały zamknięte i wtedy zaczęły się komplety. W mieszkaniach uczennic [odbywały się spotkania], to było żeńskie gimnazjum, bo wtedy wszystkie były żeńskie i męskie oddzielnie i chodziło się do szkoły. Warszawa... nigdy nie było wiadomo czy się wróci, czy się nie wróci, bo były już łapanki na ulicy, wywozili, były egzekucje na ulicach, więc był bez przerwy strach.

  • Proszę powiedzieć, komplety organizowali nauczyciele z gimnazjum?

Nauczyciele z gimnazjum. Czyli każda szkoła jakby do prywatnych mieszkań. U niektórych nauczycieli, u koleżanek także się odbywało. Już nie wiem dlaczego tam chodziłam tylko do pierwszej klasy, a potem… Było jeszcze dobre gimnazjum przedwojenne Słowackiego, ono miało nie komplety, tylko na ulicy Smolnej było w wynajętym lokalu i to już była oficjalna informacja, że to jest szkoła krawiecka. Do tej szkoły zostałam przeniesiona, już nie pamiętam właściwie dlaczego, może że bezpieczniej, bo już się miało legitymację. [...] Oprócz tego w tym czasie, to był już rok 1942 [...] [zaproponowano] czy byśmy chciały pracować w konspiracji? Oczywiście wszystkie ochoczo chciałyśmy. Naszą szefową była niejaka pani Irena Bruger, która się nami zajmowała. Właściwie nie wiem, jaką miała funkcję, bo konspiracja była, to się nie wiedziało. Zaczęło się szkolenie nas, więc kursy sanitarne, kursy wojskowe. To się też w mieszkaniach [odbywało], to u mnie, to u którejś z koleżanek, to w jakimś lokalu. Na przykład była śmieszna historia, bo były zbiórki, nawet były ćwiczenia z bronią w budynku YMCA na Placu Trzech Krzyży. To tak było śmiesznie, bo na parterze się odbywało. Nie wiem, chyba właścicielem tego mieszkania był pracownik YMCA, nie wiem, czy on był dozorcą, czy kimś, dosyć na tym, że w mieszkaniu. Siedziałyśmy w pokoju, nas szkolono, a pod oknem maszerował żołnierz, wartownik, z karabinem, więc bardzo nam się to podobało, bo było dosyć zabawne.

  • Pod latarnią najciemniej.

Tak. Szkolenie sanitarne – przychodził do nas podchorąży sanitarny, student medycyny, i nas szkolił. Nazywał się Kazimierz Urbański. To pamiętam, nawet znałam jego nazwisko. Nawet on nam zorganizował praktyki w Szpitalu Ujazdowskim. To jest tu, gdzie teraz jest ambasada francuska, było wejście za Parkiem Ujazdowskim, aż do Trasy Łazienkowskiej to były tereny Szpitala Ujazdowskiego. To był zawsze szpital wojskowy przed wojną. Tam [było] pierwsze nasze spotkanie z chorymi, to było ciekawe. Z wielkim zapałem chodziłyśmy. Przyznam się, że nawet trochę szkołę zaniedbywałam, bo to mi się bardziej podobało. Moje koleżanki były pilniejsze, one bardziej uczęszczały, a ja może mniej, ale w każdym razie tak było. Potem nawet skończyłam kurs jeszcze starszy, dla bardziej wyszkolonych sanitariuszek, nawet miałam tytuł instruktorki sanitarnej i chodziłam na praktyki do szpitala Dzieciątka Jezus na chirurgię. Tam chodziłam z wielkim zapałem i najgorzej było, bo jak wróciłam, to pachniałam szpitalem i mama od razu wiedziała, że nie bardzo byłam w szkole, tylko byłam w szpitalu.

  • Co na to rodzice?

Sama jestem zdumiona, zezwalali na to. Zresztą sami pracowali w konspiracji. W moim mieszkaniu na Koszykowej to czasem się odbywały dwie różne odprawy: moja, szkolenie, czy coś, w drugim pomieszczeniu było ojca. Tak było, wszyscy wiedzieli, że tak być musi.

  • Nie mieli rodzice specjalnych pretensji, że pani będąc młodą w końcu dziewczyną…

Tego nie mogę zrozumieć, bo sama mam dwóch synów i sobie nie wyobrażam, żeby [się narażali]… Jeszcze dalej opowiem. Głównie było szkolenie, mało tego, coś trzeba było zanieść. Nie wiem, co nosiłam, gdzie… Potem, jak już był okres późniejszy, już 1944 rok się zbliżał, to było wiadomo, że szykujemy się do Powstania. Nie wspomniałam jeszcze, że byłam, to był WSOP, organizacja, to była Wojskowa Służba Ochrony Powstania. To były normalne ćwiczenia. Już były przydziały do konkretnej kompanii, ale to nie było tak, żeby się duże ilości spotykały, bo to ciągle była konspiracja.

  • Czy przez okres konspiracji wyście wiedziały, że jest to przygotowanie do Powstania, do walki zbrojnej?

Tak. Z tym że jak zaczęłyśmy w tym uczestniczyć, to jeszcze nawet nie było AK, to się nazywało Związek Walki Zbrojnej. Dopiero, ale już nie pamiętam w jakim czasie, że to zostało, że to jest AK i jeszcze oddział WSOP. Oczywiście gromadziło się, miałam w pokoju pod łóżkiem przeogromne ilości środków opatrunkowych, lekarstw. Nawet nie wiem, skąd to się dostawało. Wiem, że od apteki, ktoś, skądś to było, w każdym razie było u mnie. Głównie polegało na szkoleniu. Potem, kiedy już było coraz bardziej wiadomo, że już jest blisko Powstanie, to już był przydział. Dostałyśmy w Porcie Czerniakowskim. Pamiętam, był dom, w mieszkaniu u państwa Cybulskich. Nawet na kilka dni przed Powstaniem było już wstępne zgrupowanie. Tam wszystkie się stawiłyśmy, byłyśmy, nocowałyśmy tam, ale potem, ku naszemu niezadowoleniu, zostało, że wróciłyśmy z powrotem do domu. Chyba torbę sanitarną, przeogromną zostawiłam tam. To był chyba 27 czy któryś lipca. Potem, już 1 sierpnia, dostałam wiadomość, nie wiem, czy to było telefonicznie, czy ktoś, była ustalona siatka, kto kogo zawiadamia, jak, gdzie, żeby było wszystko. I rzeczywiście tak było. Nie pamiętam, kto mnie zawiadomił, w każdym razie, że już jest i na piątą trzeba być na swoim punkcie. Moja mama mnie odprowadzała. Nie mogę tego pojąć, jak ona w ogóle mogła.

  • Jak rodzice wysyłali dzieci…?

Wysyłali. Byłam jedynym dzieckiem, jedynaczką. Szłam z torbą jakąś jednak i mama szła ze mną, szłyśmy z Koszykowej Kruczą, potem Hożą i do Placu Trzech Krzyży, żeby potem Górnośląską na dół. Mama mnie do Placu Trzech Krzyży odprowadziła, tam się pożegnałyśmy.

  • Pamięta pani, co matka mówiła wtedy?

Nie, nie pamiętam. Na pewno nie obyło się bez płaczu ze strony mamy, bo ja byłam zbyt zaaferowana całą historią. Potem schodziłam na dół na Czerniaków… Na Hożej mieliśmy krewnych i mama tam poszła i nie mogła wrócić do domu, przez parę dni w ogóle nie wróciła do domu na Koszykową. Schodziłam na dół i na rogu Rozbrat było strzelanie już do Niemców, widziałam kogoś z opaską z bramy z karabinem. Zachwycona byłam oczywiście. Doszłam na swój punkt, natomiast moje koleżanki, Zosia i Jola, one nie dostały zawiadomienia na czas i zostały na Poznańskiej. Doszłam, a tam już się działo. Właściwie nikt nie bardzo wiedział, co się dzieje, ale już dookoła strzelali. Wreszcie ktoś był ranny, jakaś dziewczyna, poszła plotka, że to ja jestem ranna, moje koleżanki były tym bardzo zmartwione, ale to nie ja byłam, za to mi wywróżono, że będę długo żyła, bo jak na samym początku… Wieczorem, może nawet koło północy, przyszedł rozkaz, że cała grupa, kompania, mamy wyruszyć na południe do Lasu Kabackiego. To idziemy. Idziemy… Deszcz wtedy padał. Padał deszcz, już były bombardowania, rakiety, brzegiem Wisły się szło po kolei, jeden za drugim. Na wysokości Siekierek nagle zaczęli do nas strzelać. Zboże rosło i my…, nie wiem dlaczego, że z samego brzegu, przecież Niemcy, wyszliśmy na zboże. Wiem, że leżałam w zbożu z głową [schowaną], bo pamiętałam z nauk sanitarnych, że trzeba chronić głowę, więc skulona leżałam. Ale to długo nie trwało. Koło mnie piasek się rozpryskiwał od kulek. Nie było to miłe. Za jakiś czas otoczyli całą grupę Niemcy i zaprowadzili nas do stodoły. Po drodze chłopców paru, których nie znałam zresztą, ale z grupy, która z nami szła, zastrzelili.

  • Czy oni mieli broń, bo wy nie mieliście broni?

Chłopcy mieli, znaczy co któryś miał. W każdym razie chyba [kilku] nie doszło, już tego nie wiem, zresztą człowiek był dosyć przestraszony.

  • Czy mieliście opaski na rękach?

Nie, wtedy jeszcze nie było opasek. Opaskę dopiero na Mokotowie dostałam.

  • To też mogło uratować pani życie…

Nie było żadnych opasek. W każdym razie zaprowadzili nas do stodoły, tam się nocowało na słomie, a następnego dnia od rana zaczęli nas do ich szefa, który mówił po polsku, na przesłuchanie. Bo my mówiłyśmy, że w Warszawie jest jakieś zamieszanie, strzelają i uciekamy, bo mamy tam rodzinę. Nie wiem, czy oni nam uwierzyli, czy nie uwierzyli, dosyć na tym, że pozwolili nam odejść. Po prostu pozwolili odejść. Ponieważ jedna z naszych koleżanek, Marysia Jakoft, dostała kolbą w głowę i miała głowę rozciętą, w każdym razie była ranna, z nią postanowiłam pójść na Mokotów do szpitala Elżbietanek. Dwie koleżanki (bo szłyśmy wtedy we cztery) poszły Czerniakowską, cofnęły się na Czerniaków. Z nimi straciłyśmy kontakt. Z Marysią weszłyśmy pod górę po skarpie do szpitala. W szpitalu, ponieważ już wrzało, bo to już był drugi dzień Powstania, już przynosili rannych, w pewnym momencie przyszła moja koleżanka, starsza ode mnie, była szefową moją z konspiracji, często u mnie siedziała, przychodziła do mnie często i mówi: „Wiesz, tutaj jest nasz dowódca drużyny i ja też się u niego zaczepiłam, może przyjdziesz, bo tam są potrzebne jeszcze jakieś osoby, dziewczyny.” Poszłam. Oni byli na Czeczota. Zostałam z nimi. Pamiętam, kanapki szykowałam, nosiłam na linię, ale to było krótko. Za dwa, czy trzy dni cała kompania, jeszcze nawet nie wiedziałam, ani jak ta kompania się nazywa, ani co to jest, przeniosła się w Aleje Niepodległości. Zajęła dużo domów i punkt sanitarny, który tam powstał, zorganizowała, dosyć sławna osoba, „Mewa” Matuszewska, ona była jeszcze studentką medycyny wtedy, jeszcze pielęgniarki i tam już zaczęło się nasze powstaniowe życie. Co raz to był ktoś ranny, to się chodziło na patrole, przynosiło się rannych, opatrywało.

  • Pamięta pani pierwszego swojego rannego? Jak pierwszy raz pani pomagała?

Pierwsza rzecz to nawet nie chłopaka, nie tyle jego, tylko pamiętam zakrwawione nosze. On chyba zginął nawet wtedy. Pamiętam, że myłam te strasznie zakrwawione nosze. Tego rzeczywiście nie zapomnę. Pierwszy raz zapach krwi, to jest specyficzny, tego nie znałam. Niby chodziłam do szpitala, ale to jest co innego. I właśnie pamiętam i zapach krwi, mycia noszy. Potem, ponieważ byliśmy właściwie już na samej linii, to znaczy punkt był na Szustra pod 49, a swoje miejsce, gdzie mieszkałam, to było Aleja Niepodległości 117 i potem już były pola, jeszcze były ogródki działkowe Ukraińca, Hajdziona, pamiętam, że się tak nazywał, i tam już byli Niemcy stale. Co raz to podjeżdżał czołg, który strzelał, obstrzeliwał nas. Życie było nerwowe, ale to było piękne wszystko. [...] Myślę, że to nawet było może nie tyle [piękne, tylko świadomość, że] wolność była. Mokotów był o tyle szczęśliwy, że w Śródmieściu co drugi dom był, tu Niemcy, tu powstańcy, a Mokotów był cały wolny, znaczy dookoła byli Niemcy, ale środek był wolny. To się czuło wolność, już Niemców nie ma, rzeczywiście czołgi ciągle przyjeżdżały i przyjeżdżały.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądał normalny dzień na Mokotowie wtedy. Jak wyglądały posiłki?

To się wszystko organizowało, dlatego że była kuchnia zorganizowana i tam dziewczyny, bo dużo nas potem było i część dziewczyn w kuchni urzędowała i gotowały obiady. Jedzenie było straszne. Głównie jedliśmy soczewicę. Nie wiem, skądś mieli soczewicę. To było podobne do grochu zielonego, to było ohydne. Albo [jedliśmy] kaszę. Gotowali zupę z kaszy i ze mnie się śmieli, bo wybierałam robaki, które kładłam na brzegu talerza, bo to kasza, która pewnie parę lat w magazynie [leżała]. Było takie jedzenie. Chleb był, to przynosili na punkt, bo kompania to nie byli wszyscy razem, to w wielu domach. W każdym razie było donoszone.A mięso?

  • Ale niebezpieczne były takie wyprawy.

Strasznie niebezpieczne. Ale chodzili, w nocy właśnie. To było dosyć zorganizowane wszystko.

  • Czyli nie głodowaliście?

Nie, nie, nie głodowaliśmy.

  • Bo w innych dzielnicach było ciężko…

Tak, w mieście… A tam dzięki… Zresztą w ogóle na Mokotowie ogródki były, to też ludzie, w czasie wojny w ogóle było trudno, to zamiast róż i innych kwiatów, sadzili pewnie kartofle, pomidory i różne takie. Mało tego, powstała szwalnia również u nas. Szyły kombinezony. Znaczy dziewczyny nie miały kombinezonów, ale chłopcy mieli kombinezony i furażerki.

  • Podobno kombinezony były niewygodne...

Nie wiem, one były szare. Nie nosiłam.

  • …nie było jak za potrzebą.

To na pewno było niewygodne. Ja tego nie nosiłam i żadna z nas nie nosiła kombinezonów. W każdym razie była szwalnia.

  • Proszę powiedzieć o ludności cywilnej, jakie były reakcje?

Bardzo różne. Jedni byli bardzo przychylni, pomagali, nas może nie, ale chłopców zapraszali na obiady. A inni wyklinali, co tu robimy. Było bardzo różnie.

  • To podczas trwania Powstania się zmieniał stosunek.

Zmieniał się stosunek, ale na ogół był dosyć przychylny.

  • Czy wyście pomagali ludności cywilnej zdobyć lekarstwa?

Naturalnie. Niektórzy jeszcze wstępowali, co młodsi, to się włączali do grupy. Kiedyś na przykład miałam z koleżanką, poszłyśmy patrol, ale w stronę Niemców, bo nie wiem, czy ktoś doniósł, że tam są ranni. Poszłyśmy tam, to już było bardzo pod obstrzałem, bo z Okęcia strzelali i czołgi ciągle podjeżdżały. Niestety stała samotna willa i tam było chyba cztery czy pięć osób, niestety zabitych, każdy strzałem w głowę. To były młode osoby. Kiedyś też poszłyśmy i też była starsza osoba, miała rękę ranną i cała ręka była w robakach. Ale to jest wielkie szczęście, robaki oczywiście są obrzydliwe, że trudno na to patrzyć nawet, ale one zjadają martwą tkankę. Może nie powinnam tego mówić nawet, ale tak było. Potem ją zaprowadziłyśmy do szpitala. Bo jeszcze były oprócz naszego punktu szpitale, już oprócz szpitala Elżbietanek były na Misyjnej, to był dom zakonnic i tam też powstał szpital. Ja i nie tylko ja chodziłyśmy tam jeszcze na dyżury. Tam znosili rannych, bo u nas był punkt, ale nie wszędzie były punkty.

  • Czy szpital Elżbietanek był oznakowany, bo on został zaatakowany przez Niemców, zbombardowany?

Był oznakowany na pewno. Pewno na dachu był czerwony krzyż. Nie wiem, tego nie widziałam, ale na pewno był. To był duży szpital.

  • Mokotowskie szpitale były bombardowane.

Były bombardowane, tak. Pamiętam, że na Misyjną chodziłam na dyżur. Znaczy nie tylko ja, inne, może u nas nie było specjalnie dużo roboty, żeby siedzieć, wiec jak był, to się chodziło na Misyjną. Tam były też straszne warunki w szpitalu, bo wody już nie było. Początkowo była woda, a później nosiło się wodę w naczyniach ze studni, bo w niektórych ogródkach były studnie.

  • Proszę powiedzieć, czy przychodził do was kapelan, były odprawiane msze?

Tak, u nas w holu w domu codziennie była msza odprawiana. Był kapelan.

  • Z okazji 15 sierpnia…?

Było święto. Był stół zastawiony w lokalu, nie pamiętam, co było na stole, ale w każdym razie była duża uroczystość. Pamiętam, że koleżanka wyszła i w tymże budynku została ranna, bo strzelali Niemcy, w ramię została ranna. Potem był koniec Powstania.

  • Do końca jeszcze przejdziemy. Czy mieliście kontakt z prasą, czy wam dostarczano informacje? Czy wiedzieliście, czytaliście, co się dzieje, Biuletyn Informacyjny?

Były informacje, gazetki, nie wiem skąd były, ale były. Poza tym było radio. Bezpośrednio może nie miałam, ale był dostęp. Poza tym z nami mieszkała koleżanka Ewa, łączniczka, ona właściwie nie była z naszego oddziału, ale się do nas przykleiła i cały czas była i chodziła kanałami do Śródmieścia. Nawet chodziła do moich rodziców. Nie wiem, co nosiła, w każdym razie wiem, że chodziła, bo u nas nawet było blisko wejście do kanału i często chodziła.

  • Miała pani w okresie Powstania kontakt z rodziną?

Tylko jak Ewa poszła i potem wróciła. Ona była w domu u moich rodziców, a tak to nie miałam zupełnie. Nie było.

  • Proszę powiedzieć, czy wierzyliście, że Rosjanie przyjdą i wyzwolą Warszawę?

Na początku wierzyliśmy i się słuchało, „strzelają bliżej, oj jak bliżej”, a potem nagle zaczęli dalej strzelać. Mało tego, przylatywały samoloty, zrzucały worki z kaszą, które się oczywiście rozsypywały. Ale to już nasi, nie wiem, kto zrzucał worki. Kukuruźniki latały, dwupłatowce. Albo „maszyna do szycia” mówiło się, bo taki miały dźwięk. Kiedyś też był duży zrzut. Radość, zrzucają, zrzucają, broń zrzucają. Trochę broni może było, było bardzo mało, ale coś było. Najbardziej to kaszę pamiętam. Nie wiem, czy to była ta z robakami, może?

  • 18 września przyleciały amerykańskie samoloty, które zrzucały broń z dużej wysokości. Pamięta pani ten dzień? Oni w południe przylecieli.

Pamiętam to. Może nie pamiętałam, że to było 18 września, bo dzień za dniem schodziło...

  • Jak wyglądały relacje między dziewczynami a chłopakami w Powstaniu? Na pewno były sympatie…

Były, nawet męża mam z Powstania. Znaczy, miałam później.

  • Proszę opowiedzieć.

Byłam na dyżurze, bo się miło dyżury, w budynku, który się nazywał „Westerplatte”. U nas były różne, „Pudełko”, „Westerplatte”, „Bił bał”. Tam się siedziało i było chłopaków, oni zagadywali do nas i był jeden, który strasznie mi się nie podobał. Ale on był miły, elokwentny, gadał, gadał i był i nic. Potem nawet było trochę, on częściej przychodził… Były sympatie. U nas z tego chyba dwa czy trzy małżeństwa były nawet.

  • W czasie Powstania zawarte?

Nie, nie, dużo później. Tak samo ja, dużo później, dopiero w 1950 roku. To długo trwało. My właściwie nie byliśmy razem, byliśmy raczej oddzielnie, tylko tyle, że spotykało się czasem.

  • Proszę powiedzieć o bombardowaniach i nalotach na Mokotowie, szczególnie pod koniec Powstania.

To było straszne. Nawet budynek, w którym mieszkałam, też został zbombardowany. Mnie wtedy nie było, bo chyba byłam na Misyjnej na dyżurze. Nawet dużo osób zginęło w tym budynku. Były bombardowania, były. Sztukasy latały, niziutko latały, to było przerażające. Jeszcze do niedawna sny miałam, samoloty lecące nisko.

  • Proszę powiedzieć, czy można było w miarę swobodnie chodzić po ulicach?

Można było, tak. Opaski też na początku się dostawało. Nawet miałam opaskę i miałam furażerkę, zresztą nie moją, ale znalezioną. […]

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała najbardziej radosny dzień z Powstania.

Wydaje mi się, że wszystkie były radosne. Chyba bombardowanie, jak było, to było mniej, to było nieprzyjemnie…

  • Ale najprzyjemniejszy. Wydarzenie…

Nie wiem.

  • Najtragiczniejszy dzień, może pani pamięta?

Najtragiczniejszy to będzie koniec już. Zresztą byłam ranna.W ogóle w Powstaniu… Znaczy nie wtedy, on (mój przyszły mąż) był dowódcą drużyny, a jego brat, Bogdan Łukawski, był dowódcą plutonu. Oni, jeszcze koleżanki dwie, właśnie Ewa, trzymaliśmy się razem. To było 25, już bardzo Niemcy nacierali na Mokotów i brat Bogdan na Rogu Racławickiej i Alei Niepodległości został ciężko ranny. Ktoś go przyniósł na punkt i go opatrywałam. Był w brzuch ranny i na moich rękach zmarł. To było bardzo dla mnie przykre. Mało tego, w ogóle już wtedy strasznie dużo chłopców zginęło. Wiem, że byłam tak zmęczona, ktoś leżał, umarł na łóżku, a ja na brzegu koło niego, bo już po prostu padałam. To było straszne. Następnego dnia… W domu naszym 117, który był częściowo zniszczony, ale tylko częściowo, „Mewa”, która była komendantką naszego punktu sanitarnego, tam poszła, że tam są ranni, a ja, dali mi kawę w termosie, żebym im zaniosła. Zaniosłam. To się przechodziło przez Aleję Niepodległości, pod barykadą, a to straszny był ostrzał. Zaniosłam i tam było kilku rannych. Strasznie oblegali, Niemcy strzelali, opatrywałam któremuś kolano, wyciągałam kulki, coś strasznego. Była „Mewa”, sanitariuszka i jeszcze jedna z naszych koleżanek ze mną poszła. Byliśmy ranni… To nawet jest mi trudno mówić. [...] Nagle „Mewa” mówi: „Nie ma co. Zostanę, a wy przez okienko wychodźcie i biegnijcie pod 131, bo tam też są ranni.” Ja i Hanka – „Kropka” miała pseudonim – wyszłyśmy przez okienko i rowem łącznikowym, to był kawałek, pobiegłyśmy. Weszłam tam, było parę osób, ale już nawet nie wiem, bo nie zdążyłam, stałam przed domem w Alei Niepodległości 131 i nagle się znalazłam na ziemi. Po prostu zostałam ranna. Miałam przestrzelone udo, nogę. Ale już nawet nie… Ktoś mnie wciągnął na schody i posadził na schodach. Nie wiem, czy traciłam przytomność, czy coś koło mnie się robiło czerwono i myślę sobie: „Tak, za chwilę umrę na pewno, bo jestem ranna.” Trzeba było przejść przez Aleje Niepodległości, żeby się dostać w stronę Mokotowa bardziej, bo byliśmy w wysuniętym domu. Ale kto wyszedł, to od razu „klap”, zostawał, bo nie wiem, czy z czołgu strzelali od Rakowieckiej, w każdym razie nikt nie mógł przejść. Potem pojawił się mój przyszły mąż i jeszcze kolega „Krzyż” i oni mnie wzięli pod ręce i proszę sobie wyobrazić, że my w ostrzale przeszliśmy przez Aleję Niepodległości. Oni mnie zanieśli… To było na rogu Kwiatowej chyba, po drugiej stronie była Kwiatowa, oni mnie zanieśli w jakimś holu. Tam byli ludzie cywilni, że ranna i oni mnie nie chcieli przyjąć, bo strasznie się bali, że jest ranna, z opaską i jeszcze czymś, chcieli mnie w ogóle wyrzucić. Ale oni… Nie wiem, gdzie oni poszli, dosyć na tym… Zawiadomili punkt sanitarny, że jestem ranna. Leżałam tam, ani nie opatrzona, ani nic, chyba traciłam przytomność, nie wiem nawet, nie pamiętam, jak to było. Po jakimś czasie przyszły koleżanki z noszami i mnie stamtąd zabrały. W głąb na Szustra był prowizoryczny [szpital], w piwnicy leżałam, tam było dużo rannych. Nie wiem, tego niewiele pamiętam. Zanim mnie zabrały, to mnie opatrzyły. Nie wiem, jak tam długo leżałam, było okropnie. Nawet była sławna sanitariuszka „Małgorzata”, z piosenki znana. Pamiętam, że była niemiła dla nas. Nie wiem czy długo, dzień czy dwa, i potem zostałam przeniesiona na Bałuckiego, do innego domu, pomieszczenia. Na piętro mnie wnieśli i tam był lekarz i on mi zrobił pierwszy opatrunek przyzwoitszy. Ale to było chyba na drugi czy na trzeci dzień. Leżałam w szpitalu, ale też tego prawie nie pamiętam. Potem [pamiętam], że jest ewakuacja wszystkich rannych. Przyjeżdżały wozy konne i nas ładowali na wozy i wywozili na Wyścigi. To mało pamiętam, bo miałam jeszcze wtedy straszna gorączkę, w ogóle było bardzo ze mną kiepsko. To już jest inna sprawa... Dlaczego nie lubię [tych wspomnień]… Dotychczas mam wyrzuty sumienia, że uciekłam z 117, dlatego że jak myśmy z „Kropką” wybiegły, to za chwilę weszli Niemcy i wszystkich zastrzelili, z „Mewą” sanitariuszką włącznie. To jest dla mnie wspomnienie straszne. W ogóle mam dotychczas wyrzuty sumienia, że powinnam też tam zostać, że jak mogłam w ogóle uciec, że jak mogłam się wynieść stamtąd.

  • Dzięki temu pani żyje.

Tak, ale to jest dla mnie paskudne wspomnienie. Jak nas wywieźli na Okęcie, leżeliśmy, ale pokotem, nie wiem ile, wszystkich z Mokotowa rannych tam zwozili i w stajniach chyba, bo to duże hale, na sianie czy słomie. Tam leżałam, leżałam. Wiem, że miałam coś z uchem, że miałam straszną gorączkę, w ogóle było fatalnie. Potem, nie wiem po ilu dniach, powiedzieli, że nas ewakuują. Już byłam chyba trochę przytomniejsza. Dzielili, oczywiście chciałam jechać z powstańcami, powiedzieli, że wywożą nas do Skierniewic, tam jest obóz dla rannych, albo że wywożą do Milanówka. Co pamiętam, przyszedł stary Niemiec z Wehrmachtu i przyniósł zupę pomidorową. Chyba nigdy w życiu mi żadna zupa pomidorowa tak nie smakowała, jak wtedy właśnie. Oczywiście chciałam koniecznie, żeby mnie zabrali z powstańcami do Skierniewic, a on mówi, po polsku mówił, może Ślązak, w każdym razie mówił po polsku, „Nie, jedź tutaj, bo – pamiętam jego słowa – nie zawsze Wehrmacht was będzie bronił.” Tak powiedział. Zresztą nie miałam wyboru, dosyć na tym, że mnie załadowali do pociągu, to był towarowy, wagony otwarte, teraz już chyba nikt nie widział takich, ale to były otwarte wagony. Tam mnie załadowali. Kiepsko było. Myśmy jechali trzy dni. Nie wiem gdzie, pociąg stał, dosyć na tym, że na tym wagonie trzy dni chyba. Dopiero długo po Powstaniu się dowiedziałam, że pociąg jechał przez Poznań, tylko nigdzie nas nie chcieli przyjąć. Wylądował w Milanówku na stacji. Tam nas zaczęli znosić. Przy stacji tuż było kino, nie pamiętam, czy się nazywało „Mewa”, w każdym razie nieważne, było kino i tam nas układali, nie wiem, chyba kilkaset osób na sali kinowej leżało. Też tam leżałam oczywiście. Tam już były opatrunki, bo już byli lekarze, nawet spotkałam Kazika, który nas uczył, podchorążego sanitarnego, robili opatrunki. Tam były straszne warunki, nie pamiętam ani co się jadło, ani co…, pamiętam tylko jak leżałam i ludzie chodzili, patrzyli, czy kogoś znajomego. Szedł ksiądz z kimś, już nie wiem z kim i popatrzył na mnie i powiedział: „O, z tej to już nic nie będzie.” Tak mnie pocieszył. Były straszne wszy. W ogóle nie bardzo się mogłam ruszać, ale pamiętam, że co niektórzy i chodzili, to było wielkie bicie wszy. To było straszne. Tam leżałam, nie wiem ile tygodni, dłuższy czas i przyszli panowie, znajomi z konspiracji. Pamiętam, że do niego chodziłam, miał księgarnię w Alejach Jerozolimskich, coś zanosiłam, znajomy pan. Przychodził, coś mi przynosił do jedzenia. Mało tego, przyszedł kiedyś doktor Ostrowski, u którego chodziłam na praktyki do szpitala. On mnie rozpoznał, że leżę, mówi: „Wiesz, tu są takie warunki, a tu jest szpital Dzieciątka Jezus ewakuowany, tam są łóżka, jak chcesz, to mogę ciebie tam przenieść.” Ale jak przenieść? Jakoś panowie, o których wspominałam, księgarz z jakimś drugim, nie wiem, skąd mieli nosze, przyszli i mnie zabrali na nosze i zanieśli na drugi koniec Milanówka. Rzeczywiście już tam były warunki luksusowe, dlatego że to było w jakiejś willi, były łóżka, pościel, zakonnice się opiekowały, byli lekarze. Nic nie miałam wiadomości ani o moich rodzicach, ani oni o mnie. Tam leżałam drugi miesiąc, zaprzyjaźniłam się z panią Bojarską. Wtedy leżałyśmy łóżko przy łóżku z jej matką, która też była ranna. Oczywiście o tejże pani, o której mówię, to jej jeszcze nie było długo na świecie. Myśmy się bardzo zaprzyjaźniły. Mało tego, zgadałyśmy się, że mieszkałyśmy blisko siebie jeszcze przed wojną, bo mieszkałam na Koszykowej, ona na Pięknej, nie znałyśmy się, że nasi rodzice, znaczy mój ojciec i jej rodzice pochodzą z podobnych, właściwie z bliskich stron, to jest koło Nowego Miasta nad Pilicą. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Wiedziałam, że mam rodzinę, znaczy wujka, który mieszka w Gołkowie. Kiedyś przyszli ludzie z Gołkowa, zupełnie obcy i mówili, że kogoś szukali, dosyć na tym, że przyszli do szpitala. Mówię, że mam tam rodzinę, na wakacjach chyba byli w Gołkowie. Napisałam kartkę, czy by oni nie mogli tego zanieść, może bym rodzinę, wujka znalazła, może coś będę wiedziała. Trzeba trafu, że moi rodzice, których w międzyczasie wywieźli do Niemiec hen, ale zaraz wrócili i też przyszli do Gołkowa i jak pani przyszła z kartką ode mnie, to akurat moi rodzice tam przyszli. Kiedyś radość, bo tu nagle, ni stad ni zowąd rodzice moi się zjawiają w szpitalu. Szczęśliwie, że oni też u rodziny ojca i Teresa, ona się wtedy Sułowska nazywała, Bojarska… Tak że nawet stamtąd, bo moja rodzina nie była zamożna, ale jej rodzina to dwór, to przyjechał powóz elegancki i nas zabrał blisko. I tak się skończyło. Potem to już byłam z rodzicami. W zasadzie tak to się skończyło.

  • Proszę powiedzieć, jak dalej toczyła się rekonwalescencja i jak to wszystko przebiegało.

Ze szpitala z Milanówka wyszłam dopiero przy końcu listopada. To jednak długo trwało. Nic, marnie się chodziło, ale już zaczęłam chodzić trochę. Właściwie w szpitalu jeszcze nie zaczęłam chodzić, więc do szpitala mnie zawieziono i wywieziono. Była długa rekonwalescencja. Potem wróciliśmy do Warszawy.

  • Kiedy pani wróciła? Jak Warszawa wyglądała? Gdzie mieszkaliście?

Mój dom na Koszykowej został spalony doszczętnie ze wszystkim. Ale ten dom był mojej rodziny, mojej babki ciotecznej i myśmy tutaj…, babka, mojej mamy ciotka, przygarnęła nas tutaj i mieszkam tu dotychczas.

  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?

Wróciłam, zamieszkałam 15 kwietnia.

  • Jak Warszawa wyglądała?

Strasznie. Chodziło się na wysokości piętra któregoś, bo to było zniszczone wszystko. Właściwie ruiny same były. Rzadko gdzie dom ocalał. Zresztą może były dzielnice, gdzie… Wszystko było zniszczone. Ludzie się szukali. Też na murach domu, znaczy on nie został zbombardowany, tylko po prostu wypalony, bo chodzili i palili wszystko, mury stały, to kartki się przylepiało, że kto gdzie mieszka, kto żyje, kto gdzie jest.

  • Proszę powiedzieć, kiedy pani spotkała swoich towarzyszy z oddziału. Kiedy wyście się zebrali ponownie?

Nie pamiętam kiedy, ale się nawet niedługo spotkaliśmy. Ktoś kogoś spotkał, ktoś… Ale pewnie po roku. Zaczęliśmy się spotykać zbierać. Najpierw na Dolnym Mokotowie, potem nasz punkt…, zresztą dotychczas jest na Tureckiej, to jest przy Belwederskiej, niedaleko Chełmskiej i tam dotychczas są spotkania. Już rzadko chodzę, zresztą wszyscy już mniej, bo wszyscy są już leciwi, to już jest trudno. Ale utrzymujemy kontakty, już luźniejsze.

  • Proszę powiedzieć, o mężu. Jak to z mężem było?

W czasie Powstania… wydawał mi się szlachetny. Potem rozstaliśmy się, nic o sobie, ani on nie wiedział, gdzie mieszkam, ani nie wiedziałam, gdzie on. On był w niewoli w Sandbostel. Ich było, to w ogóle była rodzina liczna, tam się spotkało trzech braci Łukawskich, to dwóch wróciło, jeden zginął, ten o którym wspominałam, drugi też spotkał się, a trzeci nie wrócił razem z nimi i gdzieś przepadł, nigdy się nie znalazł. Były ogłoszenia i przez Czerwony Krzyż, ale nigdy nie został znaleziony. Mąż wrócił też do swojej matki, bo w międzyczasie jego ojciec zmarł. Kiedyś poszłam z koleżanką na Pragę zresztą po coś i na ulicy ni stąd ni zowąd idzie dwóch, jeszcze w mundurach, nie wiem, amerykańskie chyba… spotkaliśmy się. Radość wielka. Podałam, gdzie mieszkam. Chwilę rozmawialiśmy i on chyba na drugi, czy na trzeci dzień przyszedł. Nawet mnie nie zastał, nie wiem, które z rodziców było. Potem znowuż przyszedł. Tak zaczął przychodzić, przychodzić. To bardzo długo trwało, bo od 1946 roku, a pobraliśmy się w 1950 roku.

  • Mówiła pani, że zakochała się pani…

Tak, jak jego nie było, to pamiętałam, a ponieważ w ogóle Powstanie to dla mnie było coś wspaniałego, nadzwyczajnego i byłam zachwycona, to w myślach zaczęło mi się robić tęskno do „Łackiego”. On miał pseudonim „Łacki”. Ciągle o nim myślałam, ale nie było żadnych, nawet nie wiedziałam… Nie, ktoś mi mówił, że jest w Sandbostel, ale nie miałam z nim żadnych kontaktów. Tak że to znajomość z Powstania, ale w czasie Powstania to tylko towarzysko, a później tak już zostało.

  • Proszę powiedzieć, pani koledzy, czy pani może mieliście nieprzyjemności w czasach wczesnego PRL-u ze strony władz za to, że byliście członkami Armii Krajowej?

Osobiście nie miałam. Studiowałam, skończyłam medycynę. Wszędzie napisałam, że brałam udział w Powstaniu, że byłam ranna. Nawet mi chyba pomogło trochę znajomości z praktyki, gdzie chodziłam, bo to była klinika, to tam poznałam, profesor Zaorski i jeszcze ktoś, oni mnie pamiętali, bo pilnie uczęszczałam. Zazwyczaj nie były jakieś ułatwienia, ale przychylność, przyjemniej było, jak ktoś mnie rozpoznał. Ale nie, osobiście nie miałam specjalnych [nieprzyjemności]…

  • Ktoś z oddziału może miał kłopoty?

Z oddziału może niektórzy mieli, ale nawet jak ktoś, to nie opowiadał o tym. Miałam, ale nie z mojego oddziału, to nawet mojej koleżanki, też z mojej grupy, jej mąż pięć lat siedział, był aresztowany, siedział we Wronkach. Marysi Jakoft, co mówiłam, że była ranna, jej mąż też z Powstania, to też pięć lat siedział. Nawet książki napisał, kilka książek z już powojennych lat.

  • Czy odszukała pani po wojnie dziewczyny, z którymi była pani w Powstaniu?

Tak, mam z nimi wszystkimi [kontakt]. Dwie już nie żyją. Ze wszystkimi miałam kontakt i mam właściwie. Nawet z tą z Kanady, która też przyjeżdża, od czasu do czasu zawsze się spotykamy.

  • Niech pani na koniec jeszcze powie, co chciałaby pani dodać, o co nie zapytałem.

Nie wiem, już mi się w głowie wszystko [miesza]… I pamięć nie ta.

  • Jak noga? Jak potem pani się żyło, bo to jednak była ciężka rana?

Ciężka rana była. Jakoś, jakoś… Jestem inwalidą wojennym, należę do Związku Inwalidów Wojennych.

  • Nie zachowała się kula?

Nie, ona przeleciała na wylot. Jakby trochę wyżej [trafiła], to by było gorzej.

  • To z ciężkiej broni musiał być pocisk.

To była albo tak zwana kula dum dum i to nawet chyba na pewno, stępiona, bo miałam wlot dosyć mały, nieduży, ale wylot był bardzo wyszarpany, pół uda wyrwane jest w zasadzie.
Warszawa, 15 marca 2007 roku
Rozmowę prowadził Robert Markiewicz
Janina Chodorska-Łukawska Pseudonim: „Niusia” Stopień: sanitariuszka Formacja: Pułk „Baszta” kompania O2 Misiewicza Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter