Janusz Waldemar Wilczyński „Bocian”

Archiwum Historii Mówionej
  • W momencie wybuchu wojny miał pan dziewięć lat. Czy pan zapamiętał 1 września 1939 roku?

Faktycznie, urodziłem się w 1930 roku i wtedy miałem dziewięć lat. 1 września 1939 roku zapamiętałem strachem, pewnym niepokojem mojej matki, bo ojca wtedy w domu nie było, ponieważ był oficerem marynarki i po wyjściu z wojska pracował w warszawskim „Telekomie”, w tak zwanym CBO. To było Centralne Biuro Operacyjne. Co tam robili – nie wiem. Wiem, że do tego pomieszczenia na ostatnim piętrze na Nowogrodzkiej nie można było wejść, bo siedział strażnik z karabinem. Jak wszystkie ważne instytucje, na rozkaz naszego generała zostali ewakuowani na wschód i ojca nie było w domu. Byłem tylko ja, siostra i matka. Zaczęło się bombardowanie, zaczęły się huki, strzały i tak dalej. Mieszkaliśmy na ulicy Drewnianej przy elektrowni, w pobliżu trzech mostów. Most Poniatowskiego, kolejowy i Kierbedzia. Matka doszła do wniosku, że tam może być niebezpiecznie, ubrała nas i [pomaszerowaliśmy] pieszo na Mokotów, do babci na ulicę Narbutta. Tam [wszyscy troje] pierwsze dni [i] tygodnie [mieszkaliśmy] u babci na Mokotowie. Tak pamiętam pierwszy dzień września 1939 roku.

  • Proszę powiedzieć, jaki wpływ na pana późniejszą patriotyczną postawę miało wychowanie w domu, w szkole?

To ja może powiem coś na temat przedszkola. Chodziłem przed szkołą do przedszkola [na ulicy Zajęczej 7] i właśnie tam spotkały mnie pierwsze momenty patriotyzmu. 11 listopada – wielkie święto narodowe przedwojenne. W naszym przedszkolu była postawiona flaga w rogu pokoju, biało-czerwona, ładnie zwisała. Wszyscy byli w miarę odświętnie ubrani, a pani puszczała płyty z melodiami wojskowymi. Tak pamiętam sprawy patriotyczne w przedszkolu. W szkole już tego nie było. W młodszych klasach nie przypominam sobie tego elementu. W 1939 roku zaczęła się wojna i to była trzecia klasa, do której miałem chodzić. Zaczęła się okupacja, byli Niemcy...

  • A w domu?

Ponieważ ojciec był oficerem marynarki, 11 listopada był w domu wielkim świętem. Ojciec kupił taką olbrzymią książkę: „Dwudziestolecie Polski niepodległej”. Tam były piękne zdjęcia życia gospodarczego kraju – budowa Gdańska, Gdyni, różne inne budowle w kraju. To była piękna książka z dużymi zdjęciami i myśmy we troje, a później i matka z nami, te zdjęcia oglądali. To był wyjątkowo piękny dzień.

  • Jak wyglądało pana życie codzienne podczas okupacji?

Okupacja zaczęła się w 1939 roku. Po ustaniu nalotów i bombardowań wróciliśmy do domu na Powiśle, tam gdzie mieszkaliśmy. Nie pamiętam dokładnie, w którym okresie września czy października została otwarta nasza szkoła na Drewnianej i zacząłem do niej uczęszczać.

  • Czy ojciec wrócił?

Ojciec, jak wszyscy inni wojskowi, odmaszerował na wschód. Wrócił bardzo późno, bo gdzieś pod koniec listopada. Naturalnie wielka była radość matki i nasza, że ojciec wrócił. Wrócił w stanie okropnym – człowiek brudny, zarośnięty, z kijem do podpierania się. Co się okazało? Marsz na wschód był dosyć długi i trudny. Wreszcie ojciec z dwoma kolegami zorientował się, że dalej nie ma po co iść, bo już się zaczyna granica Rosji sowieckiej. Przed granicą wrócił mimo rozkazu, że musi iść dalej. Dzięki temu żył i nie dostał się do obozu na wschodzie. Wrócił ojciec, ucieszyliśmy się, że żyje, że jest z nami. Jak wrócił, to został aresztowany przez Niemców. Nie chciał wiele mówić, ale był przesłuchiwany na temat tego Centralnego Biura Operacyjnego, które było w „Telekomie”. O co ojca pytali, tego nie mówił, to była sprawa tajna. W każdym razie po kilku dniach został zwolniony i wrócił do domu.

  • Z czego rodzina się utrzymywała?

Właściwie trudno powiedzieć. Ojciec nie pracował, matka nie pracowała. Ponieważ w pracy swojej ojciec nie mógł pracować, zaciągnął się do pracy u swojej ciotki, która mieszkała w Śródmieściu, na ulicy Górskiego. Ciotka miała z wujkiem duży salon filatelistyczny i tam się zaciągnął. Ponieważ w czasie wojny i okupacji filatelistyka to jest rzecz ostatnia w życiu ludzi, wielkiego ruchu nie było i ojciec zarabiał niecałe 100 złotych miesięcznie. Tak że to była kwota, która wystarczyła tylko, żeby nie umrzeć z głodu. To były straszne warunki.

  • Czy pan odczuł różnicę w życiu codziennym przed wojną i w czasie wojny?

Naturalnie, że [odczułem]. To była różnica bardzo znaczna. Ojciec, o ile pamiętam dobrze, przed samą wojną zarabiał około 600 złotych miesięcznie. To była kwota dobra – nasza czwórka rodziny żyła sobie dostatnio i dobrze. Przed wojną wyjeżdżaliśmy na ferie do Płocka, na różne inne imprezy letnie, tak że żyło nam się naprawdę bardzo dobrze.

  • Jak pan zapamiętał życie codzienne? Czy widział pan jakieś łapanki?

Naturalnie, [sam uczestniczyłem w jednej z nich]. W 1943 roku w szkole na Drewnianej jeden z kolegów spytał się, czy chciałbym należeć do organizacji. Ja mówię: „Warto by – jako warszawiak, jako Polak”. On skontaktował mnie z komendantem ogniska tak zwanej RGO – Rady Głównej Opiekuńczej, pod której płaszczykiem była nasza drużyna, na ulicy Lipowej i księdza Siemca. Jak tam zostałem zaprzysiężony, zostałem przyjęty, to wtedy życie codzienne dzieliło się między szkołą, między spotkaniami w „Szarych Szeregach” i między tak zwanym kombinowaniem życia.
Co do mnie należało? Przy przygotowywaniu jakiegoś pożywienia pod kuchnią trzeba czymś palić. Nie było węgla, nie było niczego, więc do mnie należało chodzenie po miejscach zbombardowanych i ściąganie jakichś desek, jakichś kawałków okien, drzwi, w ogóle drewna do palenia, bo nie było czym palić. I to było moim obowiązkiem. Poza tym, jak było trochę wolnego czasu, po szkole, po „Szarych Szeregach”, szło [się z chłopakami] nad Wisłę i łapało ryby. Ryb było niewiele, natomiast wędkarzy cała masa. Jeden stał przy drugim, tym kijkiem zarzucał, żeby coś złapać, żeby było coś do zjedzenia. Głód był, na przykład w naszej rodzinie, niesamowity. Myśmy nie mieli na wsi żadnej rodziny, nie było skąd przeszmuglować [jakiegoś jedzenia], nie było od kogo dostać. Bieda była niesamowita. Ja również te ryby łapałem i przez to, że stało się po kolana parę godzin w wodzie, nabawiłem się ciężkiej choroby [zapalenia stawów kolanowych i choroby] serca, co później odbiło mi się w straszny sposób. Jak wyglądało zaopatrzenie? Były kartki. Na te kartki było trochę chleba, trochę margaryny, trochę jakiegoś dżemu z buraków czy marchwi – zresztą dla mnie bardzo smaczne to było. Były jakieś przydziały kapusty i ziemniaków. Ziemniaki były przydzielane gdzieś pod koniec listopada czy grudnia, mróz był już. Samochód przed sklepem warzywniczym wysypał – tak się wyrażę nieładnie – kupę tych ziemniaków, twardych jak kamienie, zmarzniętych i każdy, kto miał na kartce tyle i tyle tych ziemniaków, przyjeżdżał sankami czy innym jakiś pojazdem, wózkiem, i sklepikarz szpadlem tych kamieni sypał do worka. Zanosiło się do domu, naturalnie na balkon stawiało, żeby cały czas były zmarznięte, bo jak się roztopiły, to [były] nie do jedzenia. Brało się te ziemniaki, twarde się oskrobywało i tarło na placki, bo z tego można było tylko zrobić placki. Dlaczego? Bo ziemniak zmarznięty jest słodki. Poza tym na ulicy Solec na Powiślu stało mnóstwo przekupek, które miały jakąś wędlinę, jakąś kiełbasę, jakieś mięso, białe pieczywo, bułki, to, tamto i owo. Ale to było piekielnie drogie, tak że, o ile pamiętam, to na niedzielę matka kupowała kawałek chleba razowego, takiego ciężkiego, jakby ulepionego z gliny, żeby po kawałku więcej na niedzielę było tego chleba. O ile pamiętam, to ćwiartka kilogramowego chleba [kartkowego] była na dwa dni, a człowiek jak był piekielnie głodny, to zjadł na raz to wszystko. Był również cukier na kartki. Matka jak przyniosła ten cukier w woreczku, to każdy miał swój woreczek i mu tam odmierzała ten swój przydział. Ja usiadłem i zjadłem ten cukier od razu. Herbatę to się piło z sacharyną. Jeszcze gorsza była dulcyna – to były kryształki kwadratowe, przejrzyste. To była straszna trucizna, ale tak się piło.

  • A w świetlicach RGO co się robiło?

Myśmy mieli spotkania „Szarych Szeregów” w tej RGO, bo przecież nie można było powiedzieć, że to jest jakieś harcerstwo. Na ulicy księdza Siemca był zakład sióstr – chyba szarytki – i one nam gotowały jedzenie, dyżurni w takim dużym garnku przenosili to jedzenie przez jezdnię do budynku księży, którzy prowadzili taką ochronkę dla sierot-chłopców. W tym budynku mieliśmy dwie sale, w których były i szkolenia, i coś do zjedzenia. Jedzenie było straszne. Dlaczego? Ponieważ te biedne siostry też niewiele miały. Dzieliły się tym, co miały. Najbardziej zapamiętałem kapuśniak gotowany z czerwonej kapusty. Jak to wszystko wyglądało? Zupa, [a właściwie] woda wyglądała, jakby ktoś do niej wlał atramentu. Sama kapusta była biała, bo ten kolor się wygotował. Dla mnie to było na początku szokujące. Jak to? Zupa z atramentem? Ale później, ponieważ człowiek był głodny jak diabeł, to jadło się wszystko. Poza tym brukiew rozgotowana na taką pacię – też siostry nam dawały. Zupa inna była – na wodę nasypana żytnia mąka, z tego był taki szaro-brązowy klej. To się też jadło, bo człowiek był piekielnie głodny. Czasami jeszcze po kawałku chleba było. Takie właśnie były dania, które nam siostry dawały. Niestety, prawdopodobnie nie było więcej możliwości, skoro takie rzeczy pamiętam.

  • Jak wyglądały zbiórki? Ile było chłopców w drużynie?

Chłopców było... Tego to już nie wiem. Wiem, że z początku byli sami chłopcy, ale później został utworzony zastęp żeński. Ja wstąpiłem w 1943 roku w marcu albo lutym. W wakacje tego roku wyjechaliśmy na obóz do miejscowości Skórzec [koło Siedlec]. To była miejscowość na wschodzie. Teraz chcę powiedzieć o bardzo ciekawej rzeczy. To była szkoła. Pusta, bo były wakacje. Tam nas zakwaterowano. Łóżka, sienniki. Drużyna była podzielona na zastępy. Służba – codziennie kto inny i tak dalej. W mieście oddalonym od tej miejscowości Skórzec była mleczarnia, więc dostawaliśmy od nich serwatkę do picia. Dyżurni z dużym garnkiem chodzili do miasta po płyn do picia. Tam również [w szkole] było gotowane na miejscu pożywienie. Codziennie było szkolenie w terenie naszych poszczególnych zastępów. Były również i zawody sportowe – na sprawność i na orientację, bardzo było przyjemnie. Z nami był również zastęp dziewczynek. Chciałbym powiedzieć o jednej bardzo ważnej rzeczy. Obok tej szkoły był zagajnik – nieduży, ale dosyć gęsty. Któregoś razu wieczorem nasz komendant mówi: „Zrobimy sobie ognisko”. Naściągało się gałęzi, taka mała polanka była przed tym zagajnikiem, ułożone zostały [tam] patyki, podpalone i ładnie się to wszystko paliło. Każdy wziął ze sobą koc, bo to wieczór i był chłód. Usiedliśmy dookoła tego ogniska. Były opowieści i śpiewanie piosenek. W pewnym momencie usłyszeliśmy nad głową brzęczenie samolotu. To było brzęczenie tak delikatne jakby bąk leciał. Raz przeleciał nad nami, brzęcząc. Przeleciał drugi raz. Poleciał sobie i ucichło. Myśmy na to nie zwracali uwagi, bo okupacja, Niemcy i samoloty mogą latać. Ta szkoła stała w pewnej odległości od szosy, która biegła na Lublin. Tam było w miarę cicho, bo ruch był nieduży. Za pół godziny słyszymy warczenie samochodów, rozmowy, krzyki. Ponieważ był wieczór, nie bardzo było widać, co tam się dzieje. W pewnym momencie usłyszeliśmy okropne strzały. Strzały z karabinów maszynowych. Szczęście, że myśmy siedzieli nisko, bo gałęzie z tego zagajniczka fruwały na wszystkie strony. Jak się okazało później Niemcy przyjechali na szosę i zaczęli rąbać z karabinów maszynowych, bo ten samolocik, który brzęczał, to był tak zwany niemiecki samolot zwiadowczy Storch – taki jak rosyjski kukuruźnik, takie byle co. I on zobaczył, że w lesie ognisko się pali i siedzą jakieś osoby. Myśleli, że to są partyzanci. Niemcy o tym prawdopodobnie nie wiedzieli, przyjechali, wyrżnęli połowę tego zagajnika. Przede wszystkim był rozkaz „padnij”. Kto [siedział]bliżej – koc na to ognisko, zadusić je. I rozkaz: „Czołgać się kolejno do szkoły”. My wystraszeni, bo nie wiadomo, co się dzieje. Czekamy dnia. Po dwóch czy trzech godzinach przyjeżdża kierownik tej szkoły z jakimś Niemcem i pyta się, co się dzieje. Okazało się, że oni nas wzięli za partyzantów. Zostało wszystko wyjaśnione, że nie partyzanci, tylko my – miejsce, gdzie, co i jak – ale więcej już takich ognisk nie można było palić.

  • Czego uczyliście się na tych zbiórkach?

Musztra. Orientacja w terenie. Poza tym uczyliśmy się sygnalizacji alfabetem Morse’a, żeby można było się jakoś porozumieć. Później biegi na orientację, na czas – po tym zagajniku, po tym lesie. Było co robić.

  • A w Warszawie?

Tak, też były szkolenia różnego rodzaju.

  • Czy mówili, po co was szkolą w tych zajęciach paramilitarnych?

Przyznam się, że rozmów ścisłych na ten temat nie przypominam sobie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że kiedy się ta wojna skończy, harcerstwo znowu powstanie takie jak przed wojną. Byliśmy harcerzami ukrytymi pod nazwą RGO. Poza tym uczyliśmy się piosenek harcerskich. Bardzo znany harcmistrz „Henryk” Dargiel przychodził do nas na naukę różnych harcerskich piosenek.

  • To były harcerskie sprawności, ale to było również zagrożone karami.

Gdyby Niemcy to wykryli, to byłyby na pewno kłopoty.
  • Czy wy, chłopcy trzynastoletni, zdawaliście sobie sprawę, że ryzykujecie?

Raczej tak. Tak jak powiedziałem – gdyby Niemcy to wykryli, byłoby na pewno niewesoło. Naturalnie był wyznaczony plan alarmowy. Jak jeden z kolegów dostał informację i miał ją wszystkim przekazać, to mówił do najbliższego kolegi, gdzie mieszkał. To była taka ustalona [procedura]: drugi do następnego, trzeci do następnego i tak dalej – „Trzeba się zgłosić szybko na zbiórkę o godzinie tej i tej”. To był taki plan alarmowy, żeby można było wszystkich kolegów ściągnąć na miejsce postoju, do szkoły.

  • Czy pan miał poczucie, że to coś jest przeciwko Niemcom? Czy była satysfakcja, że robicie coś tajnego?

Nie było rozkazu, żeby przeciwko Niemcom coś robić, ale każdy wewnętrznie czuł, że trzeba Niemcom dać w kość. W 1942 rok ̶ do 1943 roku Niemcy nam szkołę na Drewnianej zabrali na koszary. Co można było tym Niemcom zrobić? Ponieważ [ta] szkoła, miała pełno pięknych, dużych okien. A chłopaki na Powiślu to co? Prawie każdy miał procę. Szło się nad Wisłę, nazbierało się kamieni do kieszeni i z jakiegoś parkanu czy dziury strzelało się Niemcom w szyby i te szyby się tłukło. Oni starali się nam to utrudnić, ale człowiek raz, drugi, trzeci strzelił i w nogi. Niemcy też nie byli ludźmi głupimi. Przyjechało gestapo do kierownika [szkoły], zabrało go na Szucha i powiedzieli: „Jak pan nie przerwie bicia szyb u nas w szkole, to pojedzie pan do Oświęcimia”. Biedny kierownik klasy siódme zebrał i mówi: „Chłopcy, rozumiem wasz patriotyzm i niechęć do Niemców, ale przestańcie, kochani, bo jeżeli nie, to mnie zabiorą do Oświęcimia”. No i myśmy przestali, bo trudno pozwolić, żeby naszego kochanego kierownika szkoły Niemcy zabrali. To były takie akcje.
Później malowanie PW na różnych gładkich miejscach na Powiślu. Później brałem [udział] w jeszcze jednej bardzo ważnej akcji. Niemcy zaopatrywali się – to było widać – w pieczywo ze szpitala na Solcu. Tam była piekarnia chyba, bo stamtąd wozem dwukonnym na kołach metalowych, po kocich łbach ulicy Dobrej, wolniutko wozili ten chleb do siebie do szkoły. Ponieważ – jak już mówiłem – głód był duży, zebraliśmy się w kilku i radziliśmy, jak tu Niemców z chleba ograbić. Teraz tego miejsca na Powiślu już nie ma. Teraz jest Powiśle inne, zasypane jest to miejsce piaskiem. Kiedyś, mniej więcej sto metrów przed szkołą, między ulicą Zajęczą a Drewnianą, w połowie tej odległości było wgłębienie w chodniku. Z początku było płasko, potem wgłębienie i schody aż do ulicy Drewnianej. Skąd się wzięło to wgłębienie? Wzięło się stąd, że ulica Drewniana 5 to był budynek, który miał sutereny. Myśmy na to mówili „suteryny” – tak nam się bardziej podobało. Chodnik był poniżej jezdni, żeby ci ludzie mieli trochę światła, żeby było miejsce na okna. Jezdnia była wyżej. [...] Myśmy doszli do wspólnego pomysłu, że jak Niemcy będą jechali z chlebem, to schowamy się przy ulicy w tym zagłębieniu i napadniemy na nich. Jeden powoził końmi, drugi miał karabin, więc mieliśmy obawy, że może będzie strzelał. Dalej na Powiślu, przy ulicy Lipowej była wytwórnia filmowa „Falanga”. Tam na śmietniku walała się cała masa klisz filmowych. Wpadliśmy na pomysł – jak tę kliszę się ucięło, skręciło w rolkę, zawinęło papierem i jak się zapaliło i przydusiło nogą, to z tego powstawał gryzący, duży dym. Obłok dymu był duży. To się nazywało kopeć. Pomyśleliśmy, że zrobimy kopcia. I zrobiliśmy. Klisze skręcone w papier. Niemcy podjechali, kolega podpalił, przydusił, dym się zaczął wydobywać i rzucił na górę. Ale przez [ten] rzut klisze się zapaliły i przed końmi upadł kawał ognia. Jak wiadomo konie się bardzo ognia boją, stanęły dęba i gazu przed siebie! Niemiec szarpie cuglami, a konie gnają do przodu! Tego chleba było sporo na tym wozie otwartym, bochenki leciały w lewo i w prawo. Kto żyw, a przede wszystkim my [wyskoczyliśmy] z tego dołu na jezdnię, po dwa, trzy bochenki, co się dało, i w nogi! Ci ludzie, co przechodzili, to też każdy złapał chleb i w nogi. Niemiec dopiero kawałek za szkołą – to było z pięćdziesiąt metrów – te konie wreszcie zatrzymał, ale tego chleba sporo spadło. Każdy, kto był bliżej, ten chleb porwał, ukradł i uciekał. Myśmy ten chleb naturalnie zanieśli do naszego miejsca postoju, na ulicę Lipową, do komendanta. Dostaliśmy trochę po uszach. Powiedział, że bez rozkazu takich rzeczy robić nie wolno, ale jak przynieśliśmy parę bochenków chleba, to był zadowolony, bo wszyscy zjedli. A nam za tą akcję dał po bochenku do domu. To jest fragment historii Powiśla.

  • Jednym słowem – chciał pan walczyć z Niemcami.

W miarę swoich możliwości, naturalnie.

  • Jak pan zapamiętał wybuch Powstania?

Wybuch Powstania zastał mnie na ulicy Górskiego, u mojej ciotki – tam gdzie pracował ojciec. Ja, chcąc zarobić na rower, poprosiłem ciotkę o jakąś pracę. Ponieważ to był salon filatelistyczny, przychodziła cała masa korespondencji z Europy i ze świata i na kopertach były znaczki. Trzeba je było z tej koperty obciąć, wkładało się je do miski z wodą i po jakimś czasie znaczki się odklejały. Wtedy każdy znaczek delikatnie brało się pęsetą i kładło na bibułę, żeby wysechł. To była moja praca. Tam pracowałem mniej więcej przez cały lipiec. W pobliżu sierpnia czuło się, że coś się stanie. Ja poprosiłem ciotkę, żeby nie pierwszego mi wypłaciła, tylko kilka dni wcześniej. Nie wiem, ile wtedy dostałem – może dwadzieścia złotych. Wiedziałem, że za tę kwotę roweru wielkiego nie kupię. Więc gdzie poszedłem? Poszedłem na Kercelak, na bazar, na Wolę. Tam kupiłem rower, ale na tak zwanych kapciach. To znaczy, że opony miały przebite dętki i były płaskie. Mimo wszystko byłem ucieszony. Zdawałem sobie sprawę, że tę dętkę można skleić i napompować. Byłem z dwoma kolegami, sąsiadami z Powiśla. Ja, jeżeli mogłem, to trochę na tych kapciach jechałem, a oni biegli koło mnie. Byliśmy wszyscy zadowoleni, że ten rower mam. Niewiele z niego skorzystałem, bo jak przyjechałem do domu, to za dwa dni było już Powstanie. Później się spalił...
Pierwszy sierpnia zastał mnie u tej ciotki na ulicy Górskiego [1]. Vis-à-vis ciotki było piękne, przedwojenne, wielkie, czteropiętrowe gimnazjum imienia Górskiego. To było prywatne gimnazjum, bardzo drogie, charakteryzowało się tym, że chłopcy nosili czapki dziwnego kroju. Trudno jest mi teraz określić [wygląd], to była czapka z daszkiem, a na tej czapce były jeszcze jakieś dwa przyklejone kółka. To był jakiś dziwny, chyba francuski, wzór. Szkołę zajęli Niemcy. Przed szkołą, w takim sporym półkolu stały tak zwane kozły, czyli drewniane krzyżaki owiązane dookoła drutem kolczastym. Przed godziną siedemnastą, powiedzmy około szesnastej, słychać było z daleka jakieś strzały pojedyncze, niezbyt głośne i tak dalej. Wiadomo, okupacja była i nieraz Niemcy strzelali w takiej czy innej sprawie. Właściwie nic nikomu z nas to nie mówiło, bo nie wiedzieliśmy [co się dzieje], ale jak się zaczęły przybliżać, być bardziej głośne, to [zrozumieliśmy, że] coś się dzieje – strzelają mocno, słychać strzały. W pewnym momencie te strzały posypały się wzdłuż ulicy Górskiego, od strony ulicy Szpitalnej – ostre, mocne strzały z broni maszynowej. Niemcy wyskoczyli ze szkoły, ciągnąc te krzyżaki bliżej wejścia, żeby jakoś zablokować wejście do tego gimnazjum. Po tych strzałach – jak później wyjrzałem przez okno – wyskoczyło chyba z pięciu czy sześciu Niemców, żeby te krzyżaki (dosyć ciężkie) jakoś ścisnąć przed wejściem. Dwóch Niemców leżało zabitych przed budynkiem. Takie było pierwsze moje spojrzenie wybuchu Powstania, w miejscu gdzie mnie Powstanie zastało – na ulicy Górskiego.

  • Jakie uczucia pan miał? Strach? Radość?

Wtedy to właściwie raczej zmieszanie, bo nie wiadomo, o co chodziło. Czy to była jakaś akcja poważna? Czy odbicie tego gimnazjum? Nie bardzo było wiadomo, o co chodzi.

  • Kiedy się pan dowiedział i skąd, że to jest Powstanie?

Dowiedziałem się na drugi dzień, gdy wyszedłem porankiem z budynku zobaczyć, co się dzieje, bo całą noc były strzały, więc wszyscy zeszli do piwnicy, do jakichś dalszych pomieszczeń. Zobaczyłem na gimnazjum biało-czerwone flagi, no i mnóstwo młodych ludzi z różną bronią biegnących do środka, na zewnątrz – ruch niesamowity. Zorientowałem się, że coś się stało. Skoro już jest polska flaga biało-czerwona, to znaczy, że chyba Polska wraca do życia. Stojąc i patrząc, co się dzieje, podszedłem bliżej do gimnazjum Górskiego i wartownik, który stał przed budynkiem, pyta się mnie w ten sposób: „Chłopak, chcesz walczyć w Powstaniu?”. Ja mówię: „No chcę” – co miałem powiedzieć. To mówi: „Wchodź do środka. Tam stoi komendant, ten wysoki, zameldujesz się jemu”. Faktycznie, poszedłem tam, zameldowałem się, kto ja jestem, że chcę walczyć. „No dobrze – mówi – na razie broni dla ciebie nie mamy, ale masz trochę siły?”. Ja mówię: „No mam”. „To nam pomożesz tutaj w innej sprawie”. I po jakimś czasie dołączył mnie do grupy kolegów i tam z boku stały skrzynki drewniane podzielone w takie krzyżaki, jak to się kiedyś nosiło piwo. W tych skrzynkach były butelki... Jak się później dowiedziałem, były [to] butelki z jakimś płynem zapalającym. Natomiast na wierzchu były takie kulki z materiału białego, takie zawiniątka przywiązane do szyjek butelek. Butelki dlatego stały w krzyżakach, bo, broń Boże, one się nie mogły przy transporcie przewrócić. Bo później co się okazało? Że przy połączeniu płynu zapalającego z tym proszkiem następował wybuch ognia. Te butelki, jak się później dowiedziałem, były przydatne do zwalczania czołgów – rzucania po prostu butelek na czołgi. I myśmy parę tych skrzynek na ulicę Nowego Światu, na pierwsze piętro w pobliżu budynku „Bliklego” zanieśli, naturalnie przez przebity już otwór w parkanie ogrodu „Bliklego” i dojścia do Nowego Światu. I tam, po zaniesieniu tych skrzynek, komendant powiedział do mnie: „Teraz idź, zamelduj się matce, że tutaj jesteś”. Ja mówię, że matki nie mam, tylko ciotkę. „Idź, zamelduj się i przyjdziesz jutro”. I tak tam przychodziłem przez dwa albo trzy dni. Tak że ja nie byłem tam na stałe, tylko byłem takim chłopakiem do pomocy.

  • Było więcej takich chłopaków jak pan?

W tej szkole było dużo młodzieży, ale to byli prawdopodobnie już akowcy zaprzysiężeni, żołnierze, powiedzmy. Bo ja byłem ochotnikiem. Tam było dużo młodych chłopców i dziewczyn. Pamiętam, [że] biegali...

  • Nie wie pan, jaki to był oddział?

Oddział? Wiem – to był oddział „Kilińskiego”, ale dowiedziałem się już po fakcie. „Kiliński” miał miejsce postoju w tej szkole na Górskiego.

  • Jak dalej pana losy się potoczyły?

Ciotka naturalnie załamała ręce, że: „Jezus Maria, nie wolno ci chodzić!” – tam tego, owego. Wie pani, to nie matka, tylko ciotka – była za mnie odpowiedzialna w pewnym sensie. Ale po kilku dniach zorientowałem się, że na Powiśle można się jakoś dostać. To pod ścianą, dużymi dziurami przebitymi, otworami w budynkach, Tamką w dół dotarłem w dół na Powiśle, na ulicę Drewnianą, gdzie mieszkałem, do rodziców.

  • Czy pan pamięta obstrzał? Jak to wyglądało?

Wtedy to było cicho. Na Powiślu było cicho. Obstrzał po wybuchu Powstania ustał. Bokami jakoś tak można było przejść całkiem spokojnie na Powiśle. Doszedłem tam. Rodzice się ucieszyli, siostra też, że żyję. Powiedziałem, co i jak, gdzie byłem, co robiłem. Ojciec też na mnie trochę wsiadł, że gówniarze niech się nie biorą do walki – jako były oficer – ale jakoś tam to wszystko przeszło.

  • Co dalej?

Po kilku dniach, chcąc dalej walczyć, jak już zacząłem na Górskiego, poszedłem do bramy wejściowej przy ulicy Elektrycznej, do elektrowni. Jako że mieszkałem po drugiej stronie, więc ta elektrownia była mi bardzo bliska. Szczególnie że brat matki był kierownikiem zmiany w elektrowni i też musiał być w jakiejś organizacji, bo czasami przychodził do nas w czapce elektrowni i pod tą skórką w środku – odwijał ją i miał tak zwane gazetki z tamtych czasów zwinięte w taki kwadracik. Chował to, podnosił, czapkę zamykał i z ojcem czytali te różne tajne gazetki – co tam się dzieje i tak dalej. Stąd wiem, że musiał być w jakiejś organizacji. Poszedłem właśnie do niego i mówię, że ja bym na ochotnika, że z „Szarych Szeregów”, że chciałbym też walczyć w elektrowni.

  • Widać było, że ta elektrownia też jest opanowana przez Powstańców?

Tak. Była opanowana już. Tak. To był 4 albo 5 sierpnia – opanowana była, tak. Zresztą jako jedno z niewielu miejsc na Powiślu została opanowana całkowicie. Były też straszne boje, bo tam było dużo Niemców, „ukraińców”, różnych esesmanów, tam były walki – to było widać później, co się tam działo. No i ktoś mnie skierował do jakiegoś komendanta, poszedłem tam i komendant patrzy na mnie i mówi: „A ty skąd jesteś?”. Ja mówię: „Tu jestem, z Drewnianej”. – „Co chcesz?”. – „No chciałbym walczyć w Powstaniu”. – „Ile masz lat?”. – „Czternaście”. To mówi: „Wynoś się, dzieci nie bierzemy do wojska”. Ja mówię: „Ale ja już byłem w wojsku”. – „Co tam byłeś, wynoś się!”. Trudno – wyszedłem zniesmaczony, bo myślałem, że mnie przyjmą. Ale myślę sobie: „Nie ma głupich, trzeba jakoś użyć fortelu”. Poszedłem dalej do drugiego wejścia do elektrowni, od ulicy Leszczyńskiej, i znowu to samo mówię, że melduję się, że z „Szarych Szeregów”, że mieszkam na Drewnianej i tak dalej. I ten komendant mówi: „A ile masz lat?”. Ja mówię: „Szesnaście”. A że byłem cienki, chudy, ale w miarę wysoki, uznał, że mam lat szesnaście, i mówi: „Dobrze, chodź, to ja cię tutaj zaraz zamelduję i przydzielę do plutonu”. Nie pamiętam pseudonimu, ale chyba to był pluton Janka Chądzyńskiego – takie było nazwisko tego, powiedzmy, chłopaka czy tego mężczyzny.

  • Czy pan był zaprzysiężony? Nie składał pan przysięgi?

Nie. Niestety właśnie nie. Z początku nie wiedziałem o tym, ale nie byłem [zaprzysiężony]. Może dlatego, że byłem ochotnikiem. Może dlatego, że byłem nadprogramowy. Może nie miałem szkolenia okupacyjnego, szkolenia akowskiego. Może dlatego, a może po prostu nie było na to czasu.

  • Co pan robił w elektrowni?

Byłem tam, można powiedzieć ogólnie, łącznikiem. Ja tam robiłem wszystko, co dostawałem rozkazem od naszego komendanta, od naszego plutonowego. To znaczy nosiłem różne informacje, prawdopodobnie rozkazy, po Powiślu – na ulicę Smolikowskiego, do III Zgrupowania „Krybara”.

  • Bo to był „Krybar”?

Tak, bo na Powiślu było Zgrupowanie „Krybar”, które składało się z III Zgrupowania, VIII Zgrupowania, z Wojskowej Służby Ochrony Powstania z elektrowni i z poczty polowej. To były takie cztery jakby działy „Krybara”. Ja, ponieważ mieszkałem przy elektrowni, to do tej elektrowni się zgłosiłem i tu zostałem. I tu byłem właśnie takim łącznikiem, powiedzmy, do wszystkiego. Robiłem, co mi rozkazem polecono, roznosiłem te różne informacje. Raz niosłem informacje, ale to już było trochę ze strachem, bo chyba na ulicę Kopernika. Tam na górze był szpital i tam raz zanosiłem jakąś informację, ale od strony gdzieś Uniwersytetu były jakieś ostrzały. Miałem tam wtedy trochę kłopotu, ale przeszedłem, oddałem to, co miałem oddać, i wróciłem.
Poza tym co? Z kolegą z takim dużym koszem wiklinowym chodziliśmy do sióstr na Tamkę, do tego zakładu sióstr, który do tej pory jeszcze istnieje, a który dla Powstania był bardzo ważny, ale o tym troszeczkę później. [Siostry] miały duży ogród, dużo warzyw i czasami trochę tych warzyw do gotowania jakiejś zupy nam dawały i myśmy to nosili. Poza tym, jak został już w późniejszym terminie zbombardowany, jak to powiedzieć... Przewrotnik wagonów. Bo w elektrowni, jak była opalana (jak wiadomo, węglem), wjeżdżał wagon na takie miejsce, został umocowywany i taka maszyna przewracała go dołem do góry i do takiej wielkiej kraty węgiel się wsypywał. Jak później zostało to zbombardowane i [było] nieczynne, wagony, które były tam po kolei ściągane do tego miejsca – Niemcy czy „ukraińcy” łopatami wysypywali ten węgiel na ziemię.

  • A skąd tam Niemcy albo „ukraińcy”?

Tam była duża załoga niemiecka w elektrowni, naturalnie. To byli miejscowi Niemcy i „ukraińcy”, te „kałmuki” z policzkami wystającymi – tam zostali złapani. Część zginęła, część została jako jeńcy i oni tam ten węgiel wysypywali na stertę, na ziemię. Inni znowu z tej sterty [przerzucali] na ciągniki, które wciągały węgiel do elektrowni, na palenisko.

  • Elektrownia pewnie cały czas działała.

Tak, cały czas działała i właśnie elektrownia była jedną z ważniejszych instytucji w Warszawie, bo jednak prąd potrzebny był wszędzie – i w szpitalach, i do oświetlenia, i do produkcji czy naprawy broni, granatów. Wszędzie, gdziekolwiek, to jednak był ten prąd potrzebny.
  • Pana zadaniem było pilnowanie tych jeńców?

To znaczy tak – raz dostałem takiego przedwojennego mausera. Karabin piękny, ale bez naboi. Tak tylko dla imitacji – na ramię, pod pachą – i tych Niemców pilnowałem. Z drugiej strony [pilnował] kolega, żeby oni węgiel sypali na taśmociąg, który szedł do paleniska, do elektrowni. Poza tym, jak pamiętam, miałem taki rozkaz, że na budynku transformatorów musiałem wejść na dach, który stał tam jak jest Wisła, przy nabrzeżu wiślanym. Widać było całe nabrzeże wiślane. Tam jeździły niemieckie samochody. Musiałem liczyć, ile ich jeździ i jakie w jedną stronę i w drugą stronę. Chodziło o ruch Niemców, który jednak otaczał Powiśle. [Trzeba było wiedzieć,] co się dzieje, żeby podjąć jakieś kroki czy działania.

  • Stacjonował już pan przez cały czas na terenie elektrowni czy wracał pan do domu?

Stacjonowałem na terenie elektrowni, ale jak miałem jakiś wolny moment, to odmeldowywałem się u plutonowego i szedłem do domu pokazać się, że żyję, bo jednak były ataki, bombardowania elektrowni, strzały armatnie i tak dalej. No więc po prostu – że żyję. I tak trwało to cały sierpień.

  • Jakie nastroje były wśród Powstańców w elektrowni i wśród ludności cywilnej?

Nastroje były świetne, szczególnie że elektrownia została zdobyta – no, sporo zginęło Powstańców – [natomiast elektrowania] nieuszkodzona, pracowała. Zdawali sobie sprawę pracownicy elektrowni, cała komenda, że to jest jednak bardzo ważny obiekt, który zasila całą Warszawę.

  • A nastroje ludności cywilnej? Jak pan szedł do domu...

Nastroje były świetne, bo, proszę pamiętać, to był początek Powstania. Nastroje się zepsuły gdzieś na początku października, w końcu października.

  • Września czy sierpnia? Pan mówi o październiku.

Tak, września, bo w październiku był już koniec Powstania. Na początku wszyscy byli w euforii – mamy wolną Polskę. Kto miał jakieś radio gdzieś zakopane, bo jak wiadomo radia trzeba było wszystkie oddać, udało się coś posłuchać, że zachód nam pomoże, że będą [inne] wojska tutaj działały. Wszyscy liczyli na wojska sowieckie, ale później się okazało, że wojska sowieckie, jak wiemy, z początku, jeszcze przed Powstaniem namawiały nasze władze podziemne, wojskowe, żeby zrobić Powstanie, żeby w Warszawie wybuchło Powstanie – wtedy się im ułatwi przejście przez Wisłę, bo brzeg Wisły będzie zajęty przez Powstańców i będzie im łatwiej, [co się później okazało wierutnym kłamstwem].

  • Pan widział ulotki, które samoloty radzieckie rzucały pod koniec lipca?

Nie. Nie. Natomiast była cała masa gazetek typu „Barykada Powiśla” i pełno innych. Z PPS-u, jakieś inne odłamy, i to, i tamto, tych ulotek było strasznie dużo. Myśmy mieli „Barykadę Powiśla”, gazetkę miejscową.

  • Czytał pan?

Tak. Naturalnie, że tak.

  • Czy w elektrowni wiedzieliście, co się dzieje z oddziałami „Krybara” na górze? O atakach na uniwersytet, o zdobyciu samochodu pancernego?

Były naturalnie połączenia, wiadomości, ale ja osobiście niewiele o tym wiedziałem, bo do mnie to trochę nie docierało. Ale były wiadomości na temat walk, na temat nieudanych ataków na uniwersytet.

  • A o Starówce? Jak rozchodziły się informacje o tym, co dzieje się w innych dzielnicach Warszawy? Czy tam docierało?

Prawdopodobnie były połączenia przez łączników i łączniczki z innych terenów w ramach jakichś komend z góry, że tak się wyrażę. Żeby dać znać, co się dzieje tam czy tam. Żeby się jakoś zabezpieczyć przed jakimś ewentualnym atakiem czy jakimiś posunięciami Niemców.

  • Ale do szeregowych to raczej nie docierało.

Tak, ja byłem tak nisko, że cieszyłem się z tego, co mam, i starałem się za wszelką cenę wykonać [swoje zadania] idealnie przez to, że znałem Powiśle jak własną kieszeń.

  • Jak wyglądał pana dzień powszedni? Gdzie pan spał? Czy były możliwości utrzymywania higieny? Co było do jedzenia?

Spało się w kilku miejscach – albo na sienniku, albo czasami na łóżku, różnie, [zależy] gdzie kto trafił i co miał przedtem do zrobienia. Była jakaś akcja, to wiadomo, że wszyscy byli wtedy postawieni na nogi. A jak było troszkę luźniej, to człowiek się w różnych miejscach, że się tak wyrażę, melinował i tam starał się odpocząć.

  • Co pan jadł?

Z jedzenia to były przede wszystkim zupy i pajda chleba, którą się do tego dostawało. Czasami udało mi się wyskoczyć do domu, to tam jeszcze w domu trochę podjadałem, żeby mieć ciut więcej.

  • Czy nawiązywały się jakieś przyjaźnie pomiędzy Powstańcami? Czy pan znalazł tam jakiegoś przyjaciela?

Ja nie wiem, ale jeśli o mnie chodzi, to nie było trochę na to czasu. Przede wszystkim byłem, jak mówię, chłopakiem młodym, nie miałem broni, nie chodziłem na akcje na zewnątrz. Tak że byłem tylko na miejscu i nie miałem takich kontaktów, że razem gdzieś jakieś akcje były robione. Nie, tego nie było. Każdy miał swój obowiązek i robił to, co dostał w rozkazie.

  • Czy pan czuł zagrożenie? Czy czuł pan, że śmierć czyha za progiem?

Naturalnie. Jak Niemcy przyszli na Powiśle, zaczęło się bombardowanie i ostrzeliwanie elektrowni, to przecież wtedy w każdym momencie można było dostać odłamkiem, cegłą, czymkolwiek w głowę i bywało tak.

  • Jak pan zapamiętał te chwile ataku Niemców na elektrownię?

Przede wszystkim pamiętam ataki bombardowań niemieckich, bo jednak Niemcy zdawali sobie sprawę, że elektrownia to jest bardzo ważna instytucja dla całości miasta, dla różnych instytucji, bo, jak wiadomo, wszystkie maszyny, wszystkie urządzenia, wszystkie sprawy w szpitalach były oparte na prądzie.

  • A często były bombardowania?

Często były, tak. Im bliżej końca sierpnia, tym były coraz częstsze.

  • I te dni na początku września, kiedy elektrownia broni się już...

Pamiętam, że chyba 1 września, to była niedziela, Niemcy zaczęli bardzo silnie bombardować teren elektrowni, ulicę Leszczyńską, Drewnianą, Zajęczą i nawet część Tamki. Wiem, że wtedy byłem na chwilę w domu. Nasz balkon był skierowany na ulicę Tamkę i tam był wysoki budynek – taka bursa studentów była. Widziałem, jak sztukas leciał i rzucił bombę na ten budynek – [budynek] wybuchł, wszystko się rozsypało i później szybko wróciłem do siebie na oddział. Od tego właściwie zaczęła się codzienna kanonada.

  • A pan w dalszym ciągu biegał wtedy z meldunkami?

Jak był rozkaz, to naturalnie. Trzeba było dać znać na Smulikowskiego, na Tamkę czy na Kopernika do góry – to, co było polecone.

  • Proszę mi opowiedzieć o ostatnich dniach elektrowni?

Tak jak mówię, to były ogromne bombardowania, staraliśmy się jakoś bronić. Wszyscy już wtedy musieli się bronić, bo Niemcy byli tak blisko, że był bezpośredni atak. Następowała ewakuacja niektórych oddziałów Tamką do góry. Bombardowanie chyba 3 albo 4 września już było tak ogromne, że nasz budynek – ja widziałem z terenu elektrowni – został trafiony bombą.

  • Dom?

Nasz dom mieszkalny, to był budynek, kamienica i dwie oficyny. Prawa oficyna została trafiona bombą. To był budynek wysoki, pięciopiętrowy. Widać było wybuch, rozsypanie się cegieł. Nie wiedziałem, co się dzieje, odmeldowałem się u Janka i zapytałem go, czy mógłbym zobaczyć, czy rodzice żyją.
Przybiegłem do domu. Na górze nie było nikogo, wszyscy byli w piwnicy, na pierwszym piętrze piwnicy – to był duży dom i miał piwnicę o dwóch piętrach. Tam był ojciec, matka, siostra, ciotka i dziadek – których Niemcy z Płocka wyrzucili, bo tam był przecież Reich i oni, nie mając gdzie [mieszkać], przyszli do nas i całą okupację – o czym nie mówiłem – byli u nas, mieszkali z nami, więc wszyscy razem się tam znaleźliśmy. Jeszcze chciałem powiedzieć coś na temat ojca. Ojciec, jako dawny oficer, żołnierz, wiedział, co to znaczy bombardowanie, co to znaczy zasypanie, kupa gruzu, co trzeba robić i tak dalej. W domu przy drzwiach wyjściowych całą okupację leżały dwa półmetrowe przecinaki. To [były kawały] grubego metalu – z jednej strony zaostrzony, a z drugiej strony rozklepany do uderzania młotkiem. I młot, nie wiem, trzy kilo czy pięć kilo, leżał przy nich przy drzwiach. To była święta rzecz, tego nikt nie mógł ruszać. Jak w czasie okupacji były alarmy, bombardowania alianckie czy sowieckie, to wszystko uciekało do piwnicy. Matka nas [zabierała], ciotka, dziadek [uciekali] na dół, a ojciec ostatni – [chwytał] za [te przecinaki i młotek] i za nami. Jak się zaczęło bombardowanie, powiedzmy, 3 września, ja znalazłem rodziców tam na dole – że żyją, ranni ludzie po drugiej stronie, starają się niektórzy odgrzebać tamtych i tak dalej. Padła bomba w tą oficynę drugą po lewej stronie, tam gdzie moi rodzice i cała rodzina stała. Naturalnie, jak ta bomba padła, to dom się zsypał nam na głowy. Wrażenie było takie, jakby dom się uniósł i usiadł na ziemię po tej bombie. Huk gruzu, kurz, krzyk, pył, ciemno, jakieś [płaczą] dzieci. Co się dzieje? Po pewnym czasie wszystko ucichło, bo jak się ten gruz usypał, to został i była cisza. No i teraz – co się dzieje? Ludzie w krzyk. Bomba padła pośrodku oficyny, więc tutaj, gdzie było zejście klatki schodowej, to tutaj była wolna nisza i tutaj między innymi stała moja rodzina i część ludzi. „Co? Jak? Niestety, Jezus Maria, zasypało nas!”. Ale właśnie dzięki ojcu i dzięki tym przecinakom i młotkowi ojciec i [inni] mężczyźni, którzy byli cali, nieranni i niezabici, zaczęli kuć mniej więcej w kierunku wyjścia na podwórze jakiś otwór, żeby się wydostać. Jak było [to] bombardowanie, to była godzina, powiedzmy, czternasta. Kucia do otwarcia tego otworu, tej dziury, tego wyjścia… to była chyba gdzieś siedemnasta, osiemnasta. Tak że słońce się już troszeczkę jakby pochyliło. Wreszcie się jakoś dobili, dokopali, delikatnie, niewielkim otworem, żeby kupy tego gruzu nie poruszać, bo się znowu usypie. [Delikatnie] otworem, kto żyw, wyszedł. Kto wyszedł, kto był ranny, kto zabity – wtedy nie było czasu ani patrzeć, ani pytać, ani oglądać się na innych, bo nie było możliwości. Wydostaliśmy się przez tę dziurę i poprzez otwory poszczególnych budynków dotarliśmy do ulicy Tamka. Przy Tamce każdy się troszeczkę otrząsnął z kurzu, z pyłu. Ojciec mówi do matki: „Otrzep sobie głowę, bo masz strasznie włosy zasypane”. Matka nachyliła się, zaczęła trzepać włosy ręką, a ojciec mówi: „Otrzep się mocniej, bo te włosy są białe”. Co się okazało? Okazało się, że matka w czasie tego zasypania z czarnych włosów osiwiała po prostu... Ze strachu, z obawy o nas, o wszystkich, osiwiała... No i taka siwa została już cały czas...

  • To miejsce, gdzie państwo mieszkali, zawaliło się?

Nie. Zawaliła się oficyna lewa, myśmy mieszkali w tak zwanej kamienicy, w budynku głównym, a oficyny [były] boczne.

  • I rodzice wrócili kiedyś z powrotem do tego domu?

Nie, wszyscy, jak [staliśmy], uciekliśmy. Gdzie? Do ciotki na Śródmieście, [na ulicę Górskiego].

  • Pan już nie wrócił do elektrowni.

Nie. Matka mówi... Ja chciałem wrócić. „Daj spokój, wszystko zniszczone, uciekajmy czym prędzej”. Nie wróciłem, nie pozwolili mi. Ja byłem też oszołomiony, wystraszony. Wszyscy gdzie? Do ciotki, na Śródmieście, na ulicę Górskiego. Przebiliśmy się do ulicy Tamka przy Elektrycznej i potem Tamką do góry. Ale przy Dobrej [róg Tamki] była barykada. Barykada, która osłaniała komunikację [z] Solcem, przed mostem kolejowym, bo tam stał pociąg pancerny i strzelał wzdłuż ulicy Dobrej, szczególnie właśnie w tą barykadę, przy której ludzie i cywilni, i wojskowi się wycofywali. Wiem, że też taki był straszny przypadek, że myśmy jakoś schyleni w pół czy na kolanach przeszli, ale mój dziadek, człowiek starszy, po prostu jak ukląkł, to się przewrócił. Wtedy padł strzał w barykadę i jakiś kamień czy cegła na niego spadła i go uderzyła czy zraniła. On się nie mógł ruszyć. Żołnierze po drugiej stronie krzyczą: „Prędzej! Prędzej!”. Ci z tyłu ludzie, cała masa, prędzej popychają, a ten biedak leży. Więc ja skoczyłem z ojcem na brzuchach i myśmy go za ręce, za marynarkę, za co się dało, przeciągnęli go pod tym gruzowiskiem barykady. No i już potem dalej ludzie przechodzili. I później Tamką do góry.
Tamką do góry nie można było dojść dalej jak do ulicy Cichej. Vis-à-vis Cichej jest wejście do sióstr, które mają do tej pory ten swój zakład. Trzeba było skręcić do sióstr, a nie pójść prosto, bo tam był ostrzał już ze skarpy górnej Powiśla, z ulicy Kopernika. Był straszny ostrzał i nie można się było przesunąć, tylko trzeba było przejść na teren ogrodu tych sióstr. Wspominałem wcześniej, że ten teren sióstr jest bardzo pamiętny w czasie Powstania. Tym ogrodem, po tej ziemi, jak to się mówi, po piesku, bo to była taka duża skarpa ziemna, człowiek na czworakach, opierając się o jakieś tam patyki, wydostał się na górę tej posesji sióstr i dalej [szedł] na ulicę Czackiego. Wyszliśmy do Nowego Światu na wprost ulicy Chmielnej i tu znowuż barykada, znowuż straszny ostrzał z BGK, z budynku Banku Gospodarstwa Krajowego – olbrzymiego, wysokiego. Niemcy rąbali w tą barykadę niesamowicie po to, żeby utrudnić ludziom przejście do Śródmieścia, na ulicę Chmielną. Z trudem myśmy się znowuż na brzuchach jakoś przetransportowali pod tą barykadą na ulicę Chmielną i z ulicy Chmielnej ulicą Szpitalną do ciotki na Górskiego.

  • Jak wyglądało Śródmieście?

W Śródmieściu było wszystko w porządku, nawet w niektórych oknach były szyby, bo Niemcy koncentrowali się na poszczególnych dzielnicach.

  • Był pan zszokowany widokiem takiej Warszawy?

Naturalnie, bo tam u nas to były tylko gruzy, dziury, doły, a tutaj ulica gładka, czysta, właściwie nic się nie dzieje. Trochę Niemcy strzelali z BGK, ale to były strzały raczej z broni maszynowej. No i tak właśnie zaczął się wrzesień powstańczy dla mnie – u ciotki na ulicy Górskiego.
  • Mówił pan, że wraz z postępem Powstania zmieniały się nastroje ludności. Czy pan sam zaobserwował taką zmianę?

Ale to już na ulicy Górskiego, bo tam później, jak już Powiśle padło, to Niemcy wzięli się za Śródmieście. Stopniowo coraz większe bombardowania, coraz większe ostrzały i tak dalej. Jeżeli ktoś chciał się trochę komunikować, to tylko przez piwnice, przez dziury w budynkach. Piwnicami się przechodziło do następnej ulicy czy do następnego domu. Wtedy słyszało się różne ostre słowa czy przekleństwa na Powstańców, na to, na tamto – że po co to robili, że wszyscy zginiemy. Przyznam się, że trochę ludzie mieli rację. Mój Boże – wszystko stracone, wszystko zniszczone, postępów aliantów nie ma, pomocy nie ma. Przecież wiadomo, że Stalin to był bandyta wyjątkowej maści, ale jednak on nie był głupim człowiekiem. Po co kazał zrobić Powstanie? Po to, żeby ono wybuchło, że oni pomogą, a potem oni stanęli, kłamiąc, że nie mogą ściągnąć wojska [i czekać aż Niemcy nas wykończą].

  • Ale co pan robił? Trafił pan na Górskiego. Jak wyglądało tam życie?

Na Górskiego już po prostu rodzice nie pozwolili mi znowuż pójść [do gimnazjum], zameldować się jako ochotnik. Już ojciec trzymał mnie mocną ręką, nie dał mi. Tam było biedne życie. Przede wszystkim kombinowanie za biżuterię, za złoto czegoś do jedzenia. Matka gdzieś zdobyła – czy ciotka, bo to kobiety przeważnie – jakiegoś zboża. Nie wiem, co to było – pszenica czy żyto. I to trzeba było przemielić na mąkę. Człowiek nie miał maszynki do mielenia. Dowiedzieliśmy się, że na ulicy Złotej, za Marszałkowską, gdzieś tam jest taka maszynka. Ja z ciotką, z woreczkiem tego zboża, dotarłem do Marszałkowskiej. Tam znowuż były barykady, tam znowuż były ostrzały, tam znowuż było bardzo ciężko. Przeszliśmy przez Marszałkowską na ulicę Złotą i trafiliśmy do miejsca, gdzie stała długa kolejka. W jednej z piwnic był przykręcony młynek, taki metalowy z rączką. Tu się sypało zboże, tu się kręciło i to coś takiego leciało – ja wiem – mąka z plewami, z tym wszystkim. Śmieci leciały. Trzeba było odstać parę godzin, bo każdy miał coś do przekręcenia. Pamiętam, że poszedłem z ciotką. Potem jak wróciliśmy znowuż, to znowuż pod strachem Boga przez tą Marszałkowską, bo tam był ostrzał barykad. Potem trzeba było przez jakąś szmatkę czy sitko te śmieci przesiać, żeby to było możliwe do zjedzenia. Z tego znowuż matka zrobiła jakieś polewki czy coś – woda z mąką – żeby człowiek coś zjadł, bo przecież nic nie było do zjedzenia.

  • Takie bytowe codzienne sprawy zajmowały cały dzień?

Tak jest. To jest przede wszystkim... Tam to już była walka o wyżywienie, bo to, co człowiek [...] miał, zostało na Powiślu. Tutaj obcy ludzie, nikogo się nie zna, nikogo się nie widzi. Gdzie, co i jak? To była straszna walka. Powstańcy strzelali do gołębi. Podobno strzelali do psów, kotów. Nie wiem tego. Tego nie widziałem, ale do gołębi strzelali – to widziałem.

  • Czy miał pan podczas Powstania osobisty kontakt z Niemcami?

To tylko to, co było w elektrowni.

  • Jak oni się zachowywali?

Oni się zachowywali... Z początku byli mocno wystraszeni, bo jednak wybuch tej petardy, którą pan porucznik zrobił... Byli mocno przestraszeni i bardzo, bardzo łagodni. Ale później trochę im rogi odrastały, bo liczyli, że jednak Powstanie upadnie, że Niemcy tu wejdą. Czuli się mocniej, że jak Niemcy przyjdą, a Powstańcy będą ich męczyć, tłuc czy jak, to wtedy Niemcy się odwzajemnią Powstańcom. Więc oni się czuli trochę pewniej, niemniej nie widziałem, nie słyszałem, żeby były jakieś rozstrzeliwania ich czy mordowania bądź bicia. Nie, oni byli jeńcami i koniec.

  • Byli tylko wykorzystywani do pracy?

Tak, do pracy i do różnych cięższych spraw.

  • I z innymi Niemcami nie miał pan już do czynienia?

Nie. Cały wrzesień byliśmy u ciotki. Śródmieście było taką oazą spokoju, gdzie Niemcy nie weszli.

  • Ale spało się na górze czy cały czas w piwnicy? Gdzie pan spał?

Spaliśmy u ciotki.

  • Na górze w mieszkaniu?

Ciotka mieszkała na parterze, ale jak się zaczęło bombardowanie, to [schodziliśmy do piwnicy]... Ponieważ dom ciotki był przedwojenny, stary, chyba o budowie drewnianej, to znaczy stropy były drewniane – zresztą, jak później powiem, [tak] jak stropy gimnazjum Górskiego. To były drewniane [stropy], więc jak by bomba padła czy jakiś dobry pocisk czy bomba zapalająca, to by się wszystko spaliło. Jak zaczęło się bombardowanie, to myśmy uciekali na Górskiego 3 – następny budynek. To był budynek wybudowany chyba przed wojną, wysoki – chyba z sześć pięter – i murowany – potężny budynek. Jak się zaczynało bombardowanie, to myśmy pod tę trójkę uciekali. Jak bomby padały, to miało się wrażenie, że ten dom się kiwa. Ale był mocny i nie spadła na niego bomba – po prostu nie zawalił się. I tam myśmy tak [siedzieli] – albo tu, albo tu, w zależności od tego, jaka była sytuacja.

  • I wreszcie przychodzi dzień kapitulacji.

Tak, ale może, jeżeli pani pozwoli, to jeszcze sprawa gimnazjum Górskiego. Tam było, jak powiedziałem, miejsce postoju „Kilińskiego”, a w piwnicy, w tym najniższym [pomieszczeniu] był wielki szpital. Jak się zaczęło bombardowanie, już pod koniec września, Śródmieścia – bo tam też później było trochę bombardowania – bomby spadły na budynek gimnazjum. On był też wybudowany z drewna, czyli wszystkie stropy to były belki drewniane. Ściany, sufity były okładane słomą wiązaną drutem, żeby się tynk chciał przykleić. Tak że to było wszystko łatwopalne. Więc najpierw Niemcy to wszystko zbombardowali. To się wszystko zawaliło – tysiące desek sterczały w niebo. Wszyscy ludzie, kto żyw, rzucili się do odgrzebywania, szczególnie tego szpitala na dole.

  • Wiadomo było, że tam jest szpital?

Tak, naturalnie. To był bardzo duży szpital. Niemcy latali tuż nad dachami, zobaczyli i rzucili bomby zapalające. Zapaliło to się w tak straszny sposób, że nie można było – nie wiem na ile metrów – podejść, bo to był jeden olbrzymi słup ognia. Z tego drewna, z tych belek, z tej trzciny, z tego wszystkiego był straszny słup ognia. Z początku było słychać z dołu pukania tych biednych rannych, kto był jeszcze żywy i cały. Pukania, stukania, ludzie starali się [wzywać pomocy], ale jak można było podejść, kiedy to był tak straszny żar jak z pieca jakiegoś. Niestety – wszystko się spaliło i skończyło.

  • Na pana oczach. Pan to widział.

Naturalnie. Starałem się też pomagać, ale cóż można było zrobić, mój Boże? Teraz przeraża mnie to, że na tym miejscu stoją domy mieszkalne, ludzie tam mieszkają. Chyba była jakaś ekshumacja, [tak] przypuszczam.

  • Na pewno była.

Ale na tym jednym domu, który stoi na miejscu gimnazjum Górskiego jest tablica, że to było gimnazjum Górskiego, że [było tam] miejsce postoju „Kilińskiego”. Tablica – ładna, ale dojście zaniedbane, brudne – liście, jakieś zeschłe kwiaty z 1 sierpnia. Ja nie wiem, czy ten „Kiliński”, [czy] już naprawdę nikt [z nich] nie żyje. Albo ci ludzie, mieszkający w tym budynku, nie dbali o to miejsce. Byłem tam kiedyś z żoną, to naprawdę... Pokazałem żonie, gdzie mieszkałem, gdzie byłem w czasie Powstania [...].

  • Drugi października albo te dni dookoła kapitulacji – czy pan był świadomy, że to był już koniec Powstania?

Tak. Jak 2 października była już ogłoszona kapitulacja, to wszyscy ludzie, którzy siedzieli po piwnicach, po dziurach, po jakichś tam innych schowkach, wylegli na ulice, zobaczyć w ogóle, co się dzieje, jak Warszawa wygląda. Czy w ogóle żyjemy, czy nie. Wtedy już Niemcy też chodzili z bronią po ulicach między ludźmi. Jak ja wyszedłem z ulicy Górskiego, poszedłem w lewo na Bracką, tam przy Chmielnej spotkałem już Niemców. Ale nic nie robili, nie aresztowali. Oni też chodzili – patrzyli, co się dzieje.

  • A skąd było wiadomo, że jest zawieszenie broni?

To było wiadomo przede wszystkim z prasy podziemnej, z tych gazetek, ale poza tym pocztą pantoflową to szło, z ust do ust, że nareszcie koniec wojny. I teraz pytanie – co dalej? To było najważniejsze – co dalej?

  • Pan od razu poszedł zobaczyć, co się dzieje?

Tak, zobaczyć, co dookoła się dzieje, jak to wygląda wszystko. I to pytanie – co dalej? I między nami – rodziną, między znajomymi, między ludźmi na ulicy. Co dalej? Nikt nie przypuszczał, że Niemcy nas z Warszawy wyrzucą. Będziemy mieszkali w gruzach, które są, i trudno, co ich to obchodzi. Różne były kombinacje – co dalej, co dalej, co dalej.

  • Ale w czasie tego krótkiego zawieszenia broni nie udało się panu dojść do domu, tam na Tamkę?

Nie. Tylko tu [byliśmy] na ulicy Górskiego, u ciotki.

  • Co dalej?

Wreszcie gruchnęła wiadomość, że wojsko się wycofuje, [wychodzi do niewoli] – to wiadomo było, że wojsko się wycofywało. Ale cywile?

  • Widział pan wymaszerowujące oddziały?

Tak. Widziałem na ulicy chyba... Pobiegłem na Świętokrzyską i tam były jakieś oddziały. Świętokrzyską w kierunku Marszałkowskiej – tam szły oddziały jakieś.

  • Jakie uczucia pan miał wtedy?

Tragiczne – że ten ogromny, wielki wysiłek żołnierzy i ludzi, i narodu, i, powiedzmy, domów, ulic, że to poszło na marne... Aha, bo jeszcze przepraszam najmocniej, ale [zapomniałem]... Przepraszam, że dygresja – raz, pod koniec chyba września, był nalot samolotów alianckich [i były zrzuty. Niestety duzo dostało się w ręce Niemców].

  • Osiemnastego września.

I były zrzuty.

  • Pan to widział?

Widziałem. Euforia niesamowita. Krzyk, że jest desant żołnierzy na Warszawę. Jak lecieli wysoko – jakieś pigułeczki leciały na spadochronie – to nie wiadomo, czy żołnierz, czy zasobnik z karabinami czy amunicją. Mamy desant! No niestety, desantu nie było i duża część tego zaopatrzenia spadła do Niemców, część tutaj. Ale to już też było trochę radości, że pamiętają o nas.

  • I potem ta decyzja, że ludność musi opuścić Warszawę.

Przepraszam, ja bym chciał jeszcze zrobić drugą dygresję – odnośnie wojsk sowieckich, w ogóle Stalina i dowództwa sowieckiego. Kłamali bezczelnie, że szli szybko za Niemcami na Pragę, w te okolice, że pierwszy front przyszedł, a nie mogli ściągnąć posiłków i forsowanie Wisły tym pierwszym frontem, dla małej liczby wojska, jest po prostu niemożliwe. Zgodziłbym się z tym, ale to było kłamstwo, które wyszło później na jaw, że nasi lotnicy, którzy startowali z Włoch do Warszawy ze zrzutami, chcąc zabrać więcej tych zrzutów, zabieraliby mniej paliwa i chcieli lądować po zrzutach w Warszawie na lotnisku koło Lublina, tam zatankować i wrócić do siebie [do Włoch]. I Sowieci nie pozwolili. Czyli wiadomo było, że stanęli po to, żeby Niemcy nas wyrżnęli, a oni sobie przyjdą do pustego kraju, do pustego miasta.

  • Czy pan wiedział wtedy, że 10 września ruszyła na Pragę ofensywa radziecka i że Rosjanie są na drugim brzegu?

Tak, przecież było słychać armaty, że idą, idą. Nasłuchiwał każdy, przecież grzmoty były.

  • Nadzieja?

Tak, że jednak...

  • I znowu rozczarowanie.

Chociaż przyznam się, że... Moi rodzice urodzili się dawno, jeszcze za czasu zaboru rosyjskiego. Znali ruskich i powiedzieli, że na nich nie ma co liczyć. To są dranie spod ciemnej gwiazdy i żadnej pomocy nie dadzą.

  • Ale wróćmy do momentu, w którym trzeba było wyjść z Warszawy.

Wszyscy ludzie liczyli, z rozmów, z zachowań, że Niemcy jednak cofną to. Podobno były jakieś pertraktacje, żeby ludzi cywilnych zostawić w Warszawie, że jednak cofną to zarządzenie, że jednak nie trzeba będzie wyjść, i dlatego wszyscy na ostatni dzień starali się czekać tego momentu, że Niemcy powiedzą, że to jest nieaktualne. Niestety, chyba 6 albo 7 października był dniem ostatecznym wyjścia z Warszawy i myśmy z Warszawy wyszli.

  • Gdzie?

Przed siebie. Myśmy nie mieli na wsi żadnej rodziny. Czy na wsi, czy w jakimś innym małym mieście.

  • Ale nie szedł pan do Pruszkowa?

Jak wyszliśmy? Wiadomo, trzeba było wziąć ze sobą [dużo] – idzie zima – jakieś swetry, jakieś buty, jakieś palto, bo myśmy wyszli w sierpniu, jak był upał, dosłownie w koszuli, w spodniach, w [cienkich] butach. Ciotka nam dała jakieś tam palta, spodnie, kurtki. Niekiedy za długie, to się przycięło. W takich szmatach jak cudaki szliśmy. Poza tym każdy miał worek, taki jak to „towarzysze radzieccy”, żołnierze, nosili. Worek, zawiązana taka sypka, dwa sznurki od rogu przez ramię – jako plecak, bo w czymś to trzeba było nieść. Jakieś ubranie, jakiś sweter, a co najważniejsze – to wszystko jest sprawa ojca – jakąś blaszankę, jakiś pojemnik. Ja nie byłem w Pruszkowie, ale [była] moja żona, która mieszkała na ulicy Tamka. Jej brat też był u „Krybara”.

  • Nie było w czym jeść.

I on [brat żony] wyszedł ze Smulikowskiego do domu na chwilę, do rodziców i w tym momencie na Tamkę weszło kilku żołnierzy i mówią, że – to było też chyba pod koniec września – tutaj będzie ostrzał, bo słychać jakieś czołgi od ulicy Oboźnej: „Niech się państwo przeniosą na ulicę Zajęczą – to jest następna od Tamki – a my tu się będziemy bronić”. Ludzie wszyscy wyszli na tą ulicę Zajęczą, a tam już byli Niemcy. Jak już wyszli, to wszystkich zagarnęli, Dobrą w kierunku mostu Kierbedzia, a chłopaków młodych złapali – wtedy jeszcze nie było tej ustawy kombatanckiej, Powstańcy to byli bandyci – i brata mojej żony Niemcy zabrali do Dachau – w Dachau siedział. Na szczęście wrócił, ale to już był strzęp człowieka.
  • Czyli pan już przez Pruszków nie szedł.

Nie. Wyszliśmy i całą masą ludzi szliśmy Marszałkowską, później Alejami do ulicy Grójeckiej i [na placu] Narutowicza – tam był taki duży budynek, on do tej pory stoi, to był budynek studencki – tam byli Niemcy.

  • A po drodze Marszałkowską już Niemców nie było? Nie widział pan Niemców?

Przyznam się, że tego to nie pamiętam. Wiem, że szli Niemcy co pewien odcinek po jednej i po drugiej stronie i prowadzili tą olbrzymią kolumnę ludzi. Prowadzili jako tacy, powiedzmy, strażnicy. Natomiast przy tym budynku za kościołem, [na placu] Narutowicza, w tym budynku była cała gromada Niemców [i na placu] stała. Ludzi może nie tyle rewidowali, [tylko] jak widzieli coś cennego – powiedzmy, jak jakaś pani miała lisa na szyi, żeby było ciepło – to te rzeczy zabierali, zrywali, niekiedy jakieś zegarki zobaczyli czy biżuterię na palcu, to takie rzeczy odbierali. [Rewidowali] w tym miejscu właśnie, gdzie jest budynek studencki. Szliśmy dalej. Szliśmy przed siebie, bo nie bardzo było wiadomo gdzie. Tam dalej jest miejscowość, za Okęciem, Janki chyba... Tam się już zaczęły przedmieścia Warszawy, czyli domki ludzkie. Nie wille, ale domki – taki domek, taki, siaki, ogrodzone. Jak myśmy szli, to był już dobry wieczór, było już dobrze szaro. Szliśmy i patrzymy, że jest dom wybudowany, nowy. Taki domek – otwory w oknach, bez drzwi, dach, tylko domek z czerwonej cegły. W oknach jakieś zielsko, jakieś krzaki. Ojciec idzie i mówi: „Słuchajcie – spojrzał, że tych Niemców wkoło nie ma – wskakujemy do tego domu”. Faktycznie, wszyscy myśmy do tego domu wskoczyli. Bez dziadka – przepraszam, znowu dygresja mała – dziadek w Powstaniu zachorował na krwawą dyzenterię i [oddaliśmy] go do szpitala, i tam przeżył. Myśmy wskoczyli do tego domu, zrobił się straszny szelest, bo co się okazało? Tam był zgromadzony groch w łupinach. Po prostu normalny groch suchy i złożony do wyschnięcia. Jak myśmy wskoczyli w tą grochowinę, zrobił się straszny szum. Myśmy się wystraszyli, że ktoś usłyszy, ale siedzimy cichutko i nasłuchujemy, czy coś słychać. Nic nie było słychać. Słyszymy, że ludzie idą, różne krzyki Niemców, to, tamto – my siedzimy po cichutku tam. I czekamy następnego dnia. Jak to było? Nieopodal tego budynku, w drugim budynku, stało wojsko węgierskie. Nasłuchujemy w nocy – język jakiś dziwny, nie niemiecki. Słuchamy, kto to jest. Jak się okazało, że Węgrzy, to ojciec odgrzebał trochę tego zielska i wytknął głowę. Jak Węgrzy zobaczyli, to ojcu rękę podał, ale pokazywał, żeby być cicho. Cicho, to cicho. Poszedł, przyniósł nam kawałek jakiś chleba czy konserwy nadjedzonej jakieś pół puszki. Przyniósł i mówi, że cicho, i tą grochowinę zasłonił. I tak [doczekaliśmy] do dnia następnego. Dzień następny – już potoku tych ludzi nie ma, ulica pusta. Niemców nie ma, bo to pobrzeże Warszawy, gdzie Niemców nie ma do pilnowania – poszli z ludźmi.
Myśmy wyszli no i – znowuż – gdzie tu iść, w którą stronę? Idziemy kawałek przed siebie i z tych domów mieszkańcy wynosili chleb do sprzedania. Jakieś tam parę złotych rodzice mieli, kupiło się bochenek chleba i teraz trzeba go gdzieś zjeść. Patrzymy – jest dom z takim większym podwórkiem. [Usiedliśmy tam] na jakichś cegłach, w rogu i każdy kawałek chleba rwie i je. Wyszła ta gospodyni: „O, warszawiacy – to, tamto – macie w czym ugotować? Bo ja mam warzywa, to wam mogę dać”. Dzięki temu, że ojciec, jako mężczyzna, największy, najstarszy, miał tą blaszankę największą i w tym myśmy na czterech cegłach rozpalili ognisko. [Kobieta] dała nam jakichś warzyw, w tej wodzie zaczęło się to gotować. Trochę dalej stali Niemcy. Grupą stali tam Niemcy, samochodem z jakąś tam armatką. W pewnym momencie ten jeden Niemiec idzie do nas. Ojciec mówi: „Jezus Maria, albo nas wyrzucą, albo będzie bieda”. Ponieważ matka moja znała perfekt niemiecki, a ten Niemiec przyszedł, to się zaczęło z nim rozmawiać. Proszę sobie wyobrazić, że ten Niemiec znowu przyniósł nam konserwę, ale tak pół puszki było odjedzone. Powiedział, żeby do tego gotowania, bo to była woda. To były takie spotkania.
I co dalej? Znowuż – co dalej? Moja siostra chodziła już w czasie okupacji do gimnazjum, bo była cztery lata starsza ode mnie. Do tego gimnazjum, do Królowej Jadwigi na placu Trzech Krzyży chodziła też jakaś dziewczyna. Jak się później okazało, ona mieszkała we wsi Łazy koło Raszyna – tam gdzie stoi radiostacja warszawska. Siostra przypomniała sobie, że kiedyś, w czasie okupacji – [bo] ponieważ uczyła się dobrze, a ta druga słabo, dawała jej korepetycje, pomagała jej po prostu w nauce – ta dziewczyna zaprosiła siostrę do siebie, na miesiąc czasu, na wieś, żeby [dobrze] zjadła czy [coś takiego]. Siostra przypomniała sobie [o tym i powiedziała], że może tam pójdziemy, bo nie znamy nikogo. I faktycznie, stamtąd, pytając się ludzi, dotarliśmy do tej wsi Łazy, do tych ludzi. Przyjęli nas niezbyt radośnie, ale rodzice mieli trochę złota i biżuterii. Dali nam za to jeden pokoik z podłogą ziemną, bez desek. Myśmy się jakoś tam w te pięć osób gnieździli.

  • Pytali się może, jak to w Warszawie było w sierpniu?

Oni może nie, ale inni ludzie z tej wsi odnosili się niezbyt przychylnie do warszawiaków. Słyszałem nawet takie słowo, że: „Niemcy piekło rozbili i diabły się po okolicy porozchodziły”. Takie było właśnie przywitanie warszawiaków. Nie wiem, czy ludzie [doznali] jakichś złych rzeczy od warszawiaków czy jak. Myśmy, kupując od nich różne warzywa, jakoś tam biedowali, dopóki była biżuteria i złoto. Poza tym ojciec miał trochę [rzeczy] – jakąś brzytwę, jakieś coś. Chodziłem z ojcem do Piaseczna – to był kawał drogi stamtąd na piechotę – żeby te rzeczy na bazarze sprzedać. Matka miała jakąś lokówkę – takie rzeczy się sprzedawało, żeby było parę złotych na kupno żywności.
Poszedłem kiedyś tam z ojcem, ojciec sprzedał brzytwę na rynku i raptem krzyk, ruch, rumor. Co się dzieje? Jest łapanka! Ten rynek [ma] cztery wjazdy – Niemcy tu i tu wjeżdżali. Łapali warszawiaków, więc rumor się straszny zrobił, gwałt, ludzie biegają, chcą się chować. Myśmy zauważyli, że w jednym z domów jest otwarte wejście – furtka, bramka. Myśmy w tą bramkę wpadli. Na szczęście była otwarta druga strona, [która prowadziła] w pole i z ojcem polem uciekliśmy. Tak że udało nam się Niemcom uciec. Poza tym jak mieszkaliśmy w tej wsi… Wieś była w układzie półokrągłym, więc jak Niemcy przyjeżdżali po warszawiaków z szosy, od radiostacji, to myśmy to widzieli. Parę razy uciekaliśmy przez stodołę w pole, w krzaki.

  • Były takie polowania na warszawiaków.

Pewnie, że tak. Natomiast matka z ciotką powiedziała: „Dwie stare kobiety – matka nie była stara, ale te przeżycia i siwe włosy – nie boją się”. Raz, drugi nie bały się. Ale trzeci raz jak Niemcy przyszli – ciotka była starsza, a matka była młodsza mimo siwych włosów – [to zapytali o] kenkartę. Zobaczył na kenkartę, datę urodzenia [i] że matkę – Raus. Matka po niemiecku mówi przecież dobrze: „Słuchajcie, ja tu jestem z chorą siostrą” – że siostra jest krank, chora. „Nieprawda, won!”. Ciotka, będąc młodą osobą, złamała rękę, przed wojną jeszcze. Ta ręka była złożona i potem gips na ręce, i lekarz po prostu nie dopatrzył tego, że gips za długo na ręce był, i gips spalił prawie mięsień ręki od łokcia do ramienia. Ciotka nosiła dłuższe rękawy, nie pokazywała tego, bo to był widok naprawdę nieprzyjemny. Wreszcie moja matka w ostatnim momencie mówi: „Moja siostra jest krank” – podniosła jej ten rękaw i pokazała. Jak Niemiec to zobaczył, to machnął ręką z obrzydzeniem i wyszedł. Matka [i ciotka] została w tym domu, niezabrana przez Niemców, niewywieziona.

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy?

Ci ludzie byli w miarę sympatyczni, nie można powiedzieć, ale szczególnie pani gospodyni była [wstrętna]... Ona rządziła całym domem, rządziła wszystkim i była [bardzo] nieprzyjemna. Dopóki było dużo tej biżuterii, rodzice płacili odpowiednio, to nas trzymali. Jak potem już coraz mniej tego było, to powiedzieli, że – to był chyba koniec listopada czy początek grudnia. Chyba początek grudnia, bo to było już dobrze zimno. Kazali nam się wynieść. „Nie macie [pieniędzy] – to do widzenia. Wynoście się gdzie indziej”. Na szczęście matka i ciotka znowuż w jakiejś sprawie poszły do Piaseczna i tam [znalazły] znajomą panią, która – również warszawianka – mieszka za Warszawą, gdzie jest to sanatorium...

  • W Konstancinie?

W Konstancinie. Że tam jest duża willa Żyda, bankiera przedwojennego, i tam mieszka cała masa warszawiaków, w Konstancinie. „Przyjdźcie tam, jakoś się pomieścimy”. Przychodzimy. Było tych pokoi piętro, dwa – wszystkie zajęte. My się pytamy: „A my gdzie?”. Rada w radę z tą panią i z innymi ludźmi rodzice zdobyli parę sienników, skądś tam zdobyli słomy, napchali sienniki. Sienniki były w dzień ułożone w olbrzymiej łazience na wannie – siennik na sienniku. Natomiast obok łazienki była olbrzymia kuchnia, w której wszyscy ludzie gotowali sobie jakieś dania. Myśmy też tam gotowali. Natomiast na noc ludzie szli do swoich [pokoi], to myśmy te sienniki wyciągali z łazienki, kładli na ziemi w kuchni i spali. Jak przychodzili ludzie rano do gotowania, to myśmy te sienniki szybko musieli złożyć na kupę i wynieść do łazienki, i tam to wszystko leżało. Myśmy gdzie się dało siadali – to trochę tu, to trochę tam, po dworze się chodziło, do tych znajomych – takie było tam życie. Ja to miałem z ojcem trochę zajęcia, bo [trzeba] gotować – ale żeby gotować, znowu trzeba mieć drewno. Drzewa, które rosły w pięknym ogrodzie, to ci miejscowi ludzie pościnali, a zostały tak zwane... Jak to się nazywa? Odziomki czy coś takiego. Pierwszy raz poznałem drewno, które ma własności gumy. Taki odziomek, którego się odkopało trochę – z wielkim trudem, bo przecież te korzenie są w lewo, w prawo, do góry, do dołu... Odkopałem z ojcem i potem dostaliśmy siekierę, żeby to wyrąbać. Po uderzeniu w taki pień siekiera odskakiwała jak od gumy. To trzeba było w jedno miejsce bić kilka razy, żeby trochę to nadciąć. Od różnych okolicznych ludzi, znajomych, którzy wcześniej to robili, ojciec pożyczył takie kliny dębowe. Jak się nadcięło, trzeba było wbić klin dębowy i mocno siekierą bić w ten klin, żeby to rozerwać. Przeciąć siekierą nie można było, bo ta część jest strasznie powiązana.

  • Zajęcie na cały dzień.

Ech, na cały dzień – na kilka dni. I taki jeden odziom myśmy z ojcem odbijali i tym się paliło w kuchni, żeby jakoś tej strawy ugotować. I tam myśmy doczekali do tak zwanego wyzwolenia. Jak to się okazało? Niemcy tam byli, nawet mieszkali, w niektórych domach mieli kwatery. W pewnym momencie, któregoś dnia – taki ruch. Wychodzimy – Niemcy uciekają! No dobrze, ale dlaczego uciekają? Nikt nic nie wie. W nocy jakoś tak cicho, głucho, nikt nie wyszedł. Rano wstajemy, patrzymy przez okno – wojsko. Nasze – patrzę – czy Rosjanie? Nasze wojsko. Wpadają – kilku cywili, z pistoletem, naturalnie, w ręku. I mówi: „Kto, warszawiacy? Co tu macie w tych workach?”. – „Dobytek”. – „Otworzyć! Broń macie?”. – „Skąd broń?”. – „Bo jak znajdziemy broń, to kula w łeb”. Każdy musiał woreczek odwiązać, grzebali, patrzyli – nie ma nic. Polecieli dalej. Takie było przywitanie władzy ludowej z nami.
Znowuż koniec wojny i wszyscy wracamy do Warszawy. Ale podobno jej nie ma, podobno zniszczona. Najpierw rodzice pierwsi, 18 stycznia chyba; zaraz po wyzwoleniu, po siedemnastym ojciec z matką poszli do Warszawy na piechotę zobaczyć, co tam jest, czy dom stoi. Poszli, mieli zaraz wrócić – cisza. Dzień nie ma, drugi nie ma, trzeci nie ma. Wreszcie mówię do siostry: „Jezus Maria, idziemy my zobaczyć, co się dzieje”. Ciotka w płacz: „Jezus Maria, nie idźcie, bo może coś się stało, a ja zostanę tutaj sama”. „Nie, ciociu. Tak czy siak wrócimy”. Szliśmy kawał drogi, wchodzimy na Powiśle. Jedna oficyna zbombardowana, druga oficyna bardziej zbombardowana, bo wpadła bomba w środek, wycięła taki rów. Nasza kamienica stoi, ale niektóre mieszkania są wypalone. Niestety, nasze mieszkanie zostało spalone. Wchodzimy delikatnie po schodach, wchodzimy do mieszkania – spalone, brudne, tynk opadł, nie ma nic, kupa gruzów... Co się okazało? Że w dużym pokoju był okrągły stół i Niemcy musieli podłożyć pod [niego] jakieś... Wyglądało to, jakby biały ser był – w takiej blaszce do pieczenia ciasta pod stołem było. I to musiał być jakiś materiał palny, że to wstawili i podpalili. Natomiast mieszkanie sąsiednie, od strony elektrowni, od ulicy, nie było spalone. Jak mieszkanie spalone – to nie ma co. Niektórzy sąsiedzi już w jednym [mieszkaniu] byli: „O, Wilczyńscy są! Chodźcie tu, napijecie się herbaty. Co słychać?”. – „Gdzie rodzice?”. Mówią, że byli tu rodzice i poszli na Mokotów, bo tam mieszkała babcia ze stryjkiem [bratem naszego ojca]. No to wobec tego – biegniemy na ten Mokotów z Powiśla. Przychodzimy – faktycznie, babcia jest, stryjek jest, cieszymy się, że wszyscy żyją – matka i ojciec. Przenocowaliśmy... Stryj był pracownikiem szkoły podstawowej na ulicy Narbutta, która stała i do tej pory stoi, bo tam Niemcy mieli koszary, nie było nic zniszczone. Po drugiej stronie były domy zajęte przez Niemców – niezrujnowane, niespalone, już zapieczętowane przez nasze władze. Tam mieszkał podobno znajomy stryja i powiedział, że ma jakieś pomieszczenie, [mówi]: „Ja przenocuję te wasze dzieci”, a rano wracamy do Konstancina. I tak zrobiliśmy. Ciotka się uradowała, rodzice mówią: „Bądźcie tu jeszcze kilka dni, my się zorientujemy co i jak, jak się pomieścić i wszyscy razem wrócimy tutaj, do Warszawy”.
Faktycznie wróciliśmy, ale gdzie mieszkać? Na Narbutta, tak na skos [szkoły], kilka domów było zbombardowanych. Jeden miał zbombardowany dach, ale dach opadł tak pod kątem nad powierzchnią tego domu, tak że pewne przykrycie dawał. Myśmy na początku nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić. Na dole była pralnia. I myśmy się w tej suterynie, do tej pralni po prostu wprowadzili. Zdobyło się gdzieś na gruzach piecyk, tak zwany koksiak, taki żelazny. Tym się paliło, tym się grzało i tym się gotowało jakieś pożywienie. Kilka budynków dalej był piękny, wysoki, przedwojenny nowy dom z centralnym ogrzewaniem i tam był koks. Ja miałem za zadanie wejść przez dziurę w podłodze, bo tam była wybita [przez bombę]. I ten koks zbierałem do kubełka, przynosiłem i to się paliło.

  • Czyli znaleźliście jakieś lokum w Warszawie. Kiedy zaczął pan chodzić do szkoły?

Mieszkałem [...] przy elektrowni. Mój wujek, matki brat, pracował w elektrowni. Czyli elektrownia, ten prąd jakby we mnie siedział. I na ulicy Sandomierskiej powstała szkoła męska imienia Konarskiego o kierunku elektrycznym. To była szkoła elektryczna, zawodowa. Tam mniej więcej w kwietniu 1945 zaczęła się nauka. Nauka była tragiczna, bo wiadomo – zimno, nie było szyb, nie było ołówków, nie było papieru – nic nie było, żeby można było się uczyć. Ale mimo wszystko ta szkoła powstała. Gdzie kto mógł, to na jakichś tam wysypiskach, na jakichś gruzach, jakieś stare książki, papiery, rysunki starał się zrobić, żeby można było pisać. Ten pierwszy rok był od kwietnia do lipca, sierpień był przerwą wakacyjną. I później od września następny rok i tak dalej. I tam te cztery lata w gimnazjum Konarskiego przechodziłem. Z tym że pod sam koniec [nauki] szkoła imienia Konarskiego była [przenoszone] do różnych innych [budynków] w Warszawie. A już dyplom otrzymałem na ulicy Okopowej, tam gdzie przed wojną był budynek [szkoły imienia] Konarskiego – w niezbyt zburzonej sali gimnastycznej. Był tam jakiś dach i tam urządzono pożegnanie nas z dyplomem. Później, jako że niby jestem elektrykiem, dowiedziałem się, że Polskie Radio otworzyło szkołę techniczną radiową. A że ojciec mój był oficerem marynarki, przed wojną był radiowcem – oficer-radio, jak to nazywało się przed wojną – ja jakoś tak po ojcu też chciałem być radiowcem. Zdałem egzamin do trzyletniej Szkoły Polskiego Radia na ulicy Hożej. To było na zasadach liceum zawodowego. Tam otrzymałem dyplom technika, pracując między innymi w Polskim Radiu, w różnych działach Polskiego Radia.
Po skończeniu tego technikum otrzymaliśmy [nakaz pracy]. Wtedy nastała moda na tak zwane nakazy pracy. Nakaz pracy to była konieczność odpracowania tej szkoły. To była przymusowa praca, na którą byli uczniowie kierowani: „Wy tu. Ty tu”. Nie było żadnego wyboru, tylko tam, gdzie kto chciał się dostać. Przy pewnym stoliku siedziało takich dwóch panów smutnych. Wzięli listy i [mówią]: „Proszę panów, my teraz wyczytamy listę i proszę tych panów do nas”. Wyczytują, wyczytują, ja jestem [na] „W”, to na końcu – mnie wyczytali. Byłem zdziwiony, ale podchodzimy do tych panów i oni mówią, że są z zarządu radiostacji i oni nas zabierają do siebie. Wtedy nie bardzo wiedziałem, co to znaczy zarząd radiostacji. Co się okazało? Nogi mi się ugięły ze strachu. To jest bezpieka, która uruchomiła radiostacje zagłuszające. Nie wiem, czy państwo wiedzą, co to jest?

  • Tak, tak.

Jak „Londyn” – bum, bum, bum... Potem „Deutsche Welle”, [„Radio Paris”] i tak dalej, to wszystko było zagłuszane. I nas tam zabrali. Ale dlaczego wybranych ludzi? Z początku, jak żeśmy się spotkali w pracy, to każdy wystraszony – miejsce pracy, sytuacja – usta zamykał. Później po dwóch latach to się znajomości nabierało. Co się okazało? Że przeważnie to byli akowcy. Dlaczego? Dlatego, że myśmy pracowali na radiostacji, a oni w nasłuchu. Oni mieli nas w ręku przez cały czas. Wiedzieli gdzie, kto, co i tak dalej. Ja miałem numer służbowy, jak przychodziłem do pracy, dzwoniłem do nich, meldowałem się. Ja miałem numer... Nie pamiętam [jaki]. To taka mała dygresja – jak zacząłem później pracować w Instytucie Badań Atomowych, to miałem kolegę wesołka, który wiedział, że tam pracowałem, to mnie nazwał: „A ty miałeś numer J-23”. To taka dygresja. Ponieważ już się ożeniłem – dwadzieścia trzy lata i już byłem żonaty, więc mnie dano zmianę damską. Co to za zmiana? To było osiem młodych, naprawdę młodych, dziewczyn po lat szesnaście, przywiezionych z Gdańska, z jakiegoś kursu radiowego, do pracy na tych nadajnikach przy zagłuszaniu stacji zachodnich. Miałem z tymi dziewczynami krzyż pański, bo to – a to tej się nie podobała ta, a to źle usiadła, a to ta powiedziała to, a to siamto i wszystko później w pracy spadało na mnie i na mojego zastępcę. Mieliśmy krzyż pański z tymi dziewczynami.
  • Ale przyznawał się pan, że pan walczył w Powstaniu?

A skąd – mowy nie było. Później dopiero, pod sam koniec pracy z niektórymi kolegami dawaliśmy sobie znak. Jeżeli nie udało się... Aparatura pracowała przez dwadzieścia godzin na dobę – cztery godziny przerwy i znowu chodziła. To się musiało psuć. To były różne nadajniki: wojskowe, lotnicze, z łodzi podwodnych, diabli wiedzą skąd, byleby tylko to chodziło – nie chcę użyć brzydkiego słowa – po to tylko, żeby dmuchało w eter. Nieważny był nadajnik, mógł być troszkę uszkodzony, byleby tylko tą siłą dawał hałas na stację. Bezpieka dawała w odpowiedniej godzinie w słuchawce, powiedzmy, Londyn: „Bum, bum, bum”. Ja na jego fale musiałem, dostrajając się na jego nadajnik, pokryć tą falę. Jak się pokrył, to on dawał ten hałas i był koniec rozmowy, koniec słuchania tamtej audycji – tak wyglądała nasza praca. Praca była piekielnie nerwowa, bo każde uszkodzenie najmniejsze podchodziło pod sabotaż. Przychodził do nas taki pan oficer... Jak on się nazywał? Takie miał dziwne nazwisko – nazywał się chyba Masajada, porucznik Masajada. Naturalnie był w granatowym otoku, bo to była bezpieka. On przychodził na wizyty, na kontrole, na to, na tamto.

  • Jak wyglądały kolejne rocznice 1 sierpnia? Jak pan do tego podchodził? Przypominał pan to, co się działo?

Różnie bywało, bo czasem wyjeżdżałem na jakiś urlop i nie zawsze byłem w Warszawie. Ale jeżeli byłem, to – wtedy jeszcze nie było pomnika „Krybara” na Tamce – raz przyniosłem kwiaty pod pomnik „Kilińskiego”. To znaczy pomnik nie był tam, gdzie [było] przedtem gimnazjum, tylko płyta z napisem – taka troszkę ogrodzona – była na rogu Szpitalnej i Górskiego, tu gdzie jest sklep „Wedla”. To był pomniczek zrobiony i on sobie tam stał. Kiedyś kupiłem takie kwiaty – trzy piękne, długie, pomarańczowe i przyszedłem pod ten pomnik po prostu położyć kwiaty. Pomnik był przy ulicy – brzydki i zakurzony. Miałem gazetę, trochę ten kurz chciałem gazetą odsunąć, żeby położyć kwiaty. Odsunąłem kurz, położyłem kwiaty i stanąłem w zadumie przed tym pomnikiem. W pewnym momencie zrobiło się koło mnie sporo osób, szczególnie starszych pań – jedna przyniosła jakiś słoik, druga wodę, trzecia coś, żeby postawić te kwiaty ładnie, a nie żeby leżały. Tak że taka była reakcja ludzi. Bo wtedy odwiedzanie takich pomników było niemile widziane przez nasze komunistyczne władze, tak że ludzie po prostu się bali.

  • Czy ma pan jakieś wspomnienie z Powstania, które utkwiło panu głęboko w pamięci?

Może takie dwa wspomnienia – bombardowanie Powiśla i bombardowanie tej wywrotki. To był wtedy naprawdę duży nalot, duże bombardowanie i duże uszkodzenia. To było wtedy... Naprawdę groźnie było.

  • Miał pan nam jeszcze o tym poruczniku opowiedzieć.

Pracowałem i podczas pracy chciałem pójść na studia. Naturalnie nie wolno było, powiedziano nam: „Kto chce się uczyć, to później, po pracy, bo pracownik musi być wypoczęty, musi być wytrwały” – mam na myśli bezpiekę. Ale ja się po cichu... Zdałem egzamin na WSI... Tylko proszę nie myśleć, co to jest WSI, bo to była Wieczorowa Szkoła Inżynierska – na Narbutta, tam na samym końcu. I tam starałem się studiować. Ciężko mi to piekielnie szło. Jak miałem dyżury – po dwanaście godzin w dzień albo po dwanaście godzin w nocy, to nie zawsze mogłem być na wszystkich wykładach albo na całości. Było mi bardzo ciężko i jak przyszedł trzeci rok, nie dałem już rady, poprosiłem o urlop dziekański, oddałem indeks i – myślę sobie – przepracuję ten ostatni rok i po skończeniu nakazu pracy pójdę do innej pracy i będę mógł studiować. W końcu ostatniego roku pracy moje nerwy i strach i to wszystko tak mnie zgnębiły, że właściwie byłem bliski jakiejś choroby nerwowej, psychicznej. Byłem badany przez lekarza parokrotnie. Oni wreszcie doszli do wniosku, że mam dosyć i mnie odwołali z pracy na radiostacji – tej zagłuszającej, tu w Warszawie, na Chałubińskiego. To była centralna stacja zagłuszająca. [Powołano mnie] do pracy na radiostacji w Woli Rasztowskiej za Radzyminem, w kierunku Wyszkowa. Tam była stacja foniczna średniofalowa.

  • Też zagłuszająca?

Nie. Foniczna, czyli normalny program był. Ponieważ tam dostałem również mieszkanie, bo byłem żonaty, tam dokończyłem mojej pracy, żywota, na radiostacji. To był 1955 rok – koniec nakazu pracy, koniec pracy na radiostacji. Przeszedłem do pracy do Instytutu Badań Atomowych. Tam była praca normalnie po osiem godzin. Myślę sobie: „Dokończę studia”. Niestety, w tym roku zostały zlikwidowane studia na WSI, przejęła to politechnika, bo po prostu pracujących inżynierów mają już dosyć. Przejęła to Politechnika, na Politechnice były studia dzienne, a ja pracowałem i byłem żonaty. [...] Miałem rodzinę i musiałem pracować.

  • Dziękujemy bardzo.

Myślę, że można by kilka słów powiedzieć na temat mojego powrotu do „Krybara”. Więc ja nie ujawniałem się, nie pokazywałem się, że byłem Powstańcem i właśnie… W którym to roku było... Teraz, chyba w 1990 roku, kolega z „Szarych Szeregów” mówi: „Słuchaj, na Starym Mieście odrodziła się komenda »Szarych Szeregów«, pójdziemy się tam pokazać”. I faktycznie, poszliśmy na Stare Miasto, wtedy nas tam przyjęli, zweryfikowali i dostaliśmy legitymacje – jesteśmy w „Szarych Szeregach”. Ale później spotkałem tam kolegę, który również był w elektrowni, taki Zbyszek Szymański. I ja się go pytam, co i jak. I on mówi: „Mamy zebrania na Powiślu”. No i wtedy, chcąc wrócić do „Krybara”, [zwróciłem się do] pana porucznika Szantyra, człowieka bardzo znanego w elektrowni, bo on właściwie zaczął – podłożył ładunek wybuchowy – walki w elektrowni. Tak że porucznik Szantyr był bardzo znany, u niego się weryfikowałem i od tej pory jestem w szeregach „Krybara” na Powiślu. Niestety, porucznik „Krybar” niedawno zmarł, a mieszkał niedaleko mnie na Saskiej Kępie. Spotykaliśmy się co niedzielę przed kościołem, bardzo serdecznie się witaliśmy.

  • W czasie wojny, w czasie Powstania, też spotkał pan „Krybara”?

Jego nie.





Warszawa, 2 grudnia 2009 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek
Janusz Waldemar Wilczyński Pseudonim: „Bocian” Stopień: strzelec, łącznik Formacja: Grupa „Krybar” Dzielnica: Powiśle

Zobacz także

Nasz newsletter