Janusz Zwoliński

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Janusz Zwoliński. Urodziłem się 25 kwietnia 1932 roku w Warszawie, w szpitalu położniczym na Karowej. Mieszkaliśmy w tym czasie na ulicy Nowolipki.

  • Proszę powiedzieć, jak się nazywali rodzice, kim byli rodzice, czym się zajmowali?


Rodzice Czesław z zawodu hydraulik, mama Franciszka, bez zawodu.

  • A nazwisko panieńskie mamy?


Mama z domu Lewanowska. Rodzice pobrali się w listopadzie trzydziestego roku. Ja przyszedłem na świat w trzydziestym drugim, rok później urodziła się jeszcze siostra Zofia, 15 sierpnia trzydziestego trzeciego, i jako czteroosobowa rodzina do trzydziestego dziewiątego roku mieszkaliśmy na ulicy Pawiej 63. W czterdziestym roku, w wyniku tworzenia getta w Warszawie, musieliśmy opuścić ulicę Pawią i zamieszkaliśmy na ulicy Dzikiej. Nie wiem, z jakich przyczyn, po kilku miesiącach musieliśmy nagle opuścić ulicę Dziką i wówczas zamieszkaliśmy na ulicy Leszno. To był już rok czterdziesty pierwszy. Mój rocznik trzydziesty drugi powodował, że w trzydziestym dziewiątym roku 1 września miałem pójść do szkoły. Byłem zapisany w szkole na ulicy Okopowej, zapisany do zuchów i 1 września zamiast dzwonka szkolnego usłyszałem syreny alarmowe. W pierwszej chwili wszyscy starsi sądzili, że to kolejny próbny alarm, bo już nas pod koniec sierpnia ćwiczono, ale po paru minutach usłyszeliśmy wybuchy bomb i okazało się, że to już nie ćwiczenia, a niestety wojna. Potem pamiętam 3 września, kiedy alianci wypowiedzieli wojnę Niemcom, no i taka prawie że euforia była wśród mieszkańców, że „teraz to już tę wojnę wygramy”. Niestety czas pokazał, że nasi alianci zawiedli i wojnę przegraliśmy. Cały wrzesień trzydziestego dziewiątego mieszkałem i żyłem w Warszawie. Przeżyłem te bombardowania, ale na szczęście jako rodzina nikt z nas nie został pokrzywdzony, w sensie że ktoś zginął.

  • Jak wyglądała codzienność okupacyjna rodziny? Ojciec jako hydraulik cały czas miał jakąś pracę związaną ze swoim zawodem, mama zajmowała się dziećmi.


Tak. No więc tata założył po wojnie, nazwijmy to, własny zakład.

  • A to już po wojnie, a w trakcie wojny?


Nie, w czasie wojny. Po wybuchu wojny i przegranej, czyli Niemcy opanowali Warszawę, zresztą cały kraj. Tata założył [zakład]. Pamiętam pieczątkę: Czesław Zwoliński, konserwator, Warszawa, Pawia 63. Zatrudniał jednego pracownika i we dwóch tworzyli taką minifirmę.

  • Czy wie pan, jak się nazywał ten pracownik taty?


No właśnie, wiem, że Jan miał na imię, mieszkał na ulicy Wroniej, miał dwóch synów w moim wieku mniej więcej, bo tam często się spotykaliśmy, ale przykro mi, nazwisko gdzieś umknęło. Próbowałem sobie nieraz przypomnieć. W tym wypadku niestety pamięć mnie zawiodła.

  • Czy pan pamięta, jak mieli na imię synowie pana Jana?


Też nie, niestety. Po prostu z tymi ludźmi już nie miałem później nigdy w życiu do czynienia i stąd być może pamięć ulotna się stała.

  • Czy zostali w pana koledzy z okresu okupacji, z którymi pan bawił się, albo sąsiedzi, którzy mieszkali obok państwa?


No więc na ulicy Pawiej przed wojną i pierwszy rok wojny większość mieszkańców tego domu stanowili Żydzi. Bawiłem się po prostu normalnie, jak dzieci z dziećmi, nie było żadnych urazów, konfliktów. [Nie było tego], co się działo wśród starszych – człowiek już [znał] ze słyszenia – na uczelniach na przykład tak zwane ławki dla Żydów oddzielne. Tu był spokój, jeśli idzie o współżycie Polaków i Żydów.
Może warto wspomnieć o szkole. W związku z tym, że 1 września nie poszedłem [do szkoły] – moją szkołę zajęli Niemcy – nie znam przyczyn, dlaczego w pierwszym roku nie chodziłem do szkoły. Dopiero od 1 września czterdziestego roku, czyli z rocznym opóźnieniem, poszedłem do szkoły. Mieszkaliśmy wówczas jeszcze na Pawiej i do szkoły chodziłem na ulicę Bema. Pamiętam, tramwajem dojeżdżałem, nawet z przesiadką. W październiku, jak tworzono getto, musieliśmy zmienić adres, zamieszkaliśmy na Dzikiej i wówczas chodziłem do tej samej pierwszej klasy, do drugiej szkoły, na ulicy Prostej. W marcu czterdziestego pierwszego roku musieliśmy opuścić mieszkanie na Dzikiej, zamieszkaliśmy na Leszno i po raz trzeci zmieniłem adres, chodziłem wówczas do szkoły na Młynarską.

  • Pamięta pan kolegów bądź nauczycieli z okresu szkolnego?


Niestety z tej pierwszej klasy, do której chodziłem w trzech różnych szkołach, nie pamiętam nikogo. W czterdziestym pierwszym roku umiera ojciec. Mama, będąc w trudnych warunkach, skorzystała z pomocy RGO, Rada Główna Opiekuńcza, i umieściła nas w sierocińcu, w Świdrze.

  • Ojciec chorował?


Tak, chorował. W Świdrze był sierociniec Antonin, mniej więcej w połowie drogi między stacjami Świder a stacją Otwock. Tam byłem przez trzy lata razem z siostrą. Z tym że mama nas co tydzień w niedzielę odwiedzała. Do szkoły chodziliśmy do miejscowości Świdry Wielkie – nie, Wille Świderskie, przepraszam – to było około trzy i pół kilometra pieszo. I tu pamiętam swojego wychowawcę przez te trzy lata: pan Zygmunt Przybysz. Z rówieśników, z którymi razem mieszkaliśmy w sierocińcu, pamiętam rodzeństwo Hermanów. Wiem, że mieszkali na Filtrowej ich rodzice. Ojciec był na froncie, a mama sama, więc też się w ten sposób znaleźli. I rodzeństwo Schabowiczów. To dwie rodziny, z którymi bliżej się znałem, bliżej się spotykaliśmy. No, razem mieszkaliśmy przez trzy lata i razem chodziliśmy do jednej szkoły.

  • Pamięta pan imiona Hermanów i Schabowiczów?


Schabowiczów nie, Herman Marek miał na imię, a siostry to już też nie pamiętam, bo bliżej moja siostra z nią trzymała. I koniec roku szkolnego, czerwiec czterdziestego czwartego, wracamy już do mamy i do Warszawy na ulicę Leszno. I tu po miesiącu pobytu przychodzi sierpień czterdziestego czwartego i wybuch Powstania. Pierwsze dni, pierwszy dzień nawet, była niejasność, czy to jest jakaś akcja wyjątkowa… Bo często się słyszało takie sytuacje, że albo nasi mieli jakąś akcję, albo Niemcy z kolei.

  • A państwo, to znaczy mama i dzieci, rodzeństwo, byliście wszyscy w mieszkaniu, kiedy wybuchło Powstanie?


Tak. Mama pracowała w tym czasie w szpitalu położniczym na Karowej, no i na szczęście około gdzieś w pół do czwartej wróciła. Ja jeszcze zdążyłem wykupić na kartki, pamiętam chleb, marmoladę, miód sztuczny i o siedemnastej zaczęło się.

  • Co mama w szpitalu robiła na Karowej?


Pracowała w kuchni jako pomoc kuchenna. I teraz tak, tych kilka dni Powstania był jeden problem, był odstrzał ulicy. Bo myśmy mieszkali na ulicy Leszno 93, to jest między Wronią a Żelazną, i od strony Żelaznej z tej byłej szkoły naszej, tam jeszcze był posterunek niemiecki i oni mieli ostrzał Leszna, stąd nie można było wyjść na ulicę w ciągu dnia. I jak 5 sierpnia dotarły do nas wiadomości, że jest pogrom, że mordują wszystkich, to mężczyźni przebili otwór w ścianie domu naszego i wyszliśmy na ulicę Ogrodową, Ogrodową do Żelaznej, Chłodna i na Waliców się znaleźliśmy. Tam były takie domki dwupiętrowe.

  • Jaki to był adres na Waliców?


Tego niestety nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie po kilku dniach atak, tak jak to się wówczas mówiło, „szaf” albo „ryczących krów”, czyli miotaczy min. I między innymi nasz dom został trafiony. Myśmy tam oczywiście mieszkali w piwnicy, ale zawalono bramę wejściową, że był problem, jak się wydostać. I znowu mężczyźni łomami w piwnicy przebili otwory do sąsiedniego domu i w ten sposób wydostaliśmy się. No i musieliśmy uciekać, więc trafiliśmy na ulicę Sienkiewicza. Inny świat. Tam ludzie normalnie kursowali po ulicach, słychać było gdzieś tam melodie, flagi przede wszystkim.

  • Czy w ogóle udało się coś zabrać ze sobą?


Tylko to, co na sobie, niestety. To, co na sobie – ja wiem, zapasowa nie pościel, ale odzież, w sensie bielizna, ręcznik, takie rzeczy, ale nic [poza tym] niestety.

  • Czy ktoś jeszcze razem z państwem wędrował tą ścieżką od Waliców, potem na Sienkiewicza?


Z Leszna przez Waliców na Sienkiewicza – małżeństwo Trochimiaków. Mieszkali ci państwo na Lesznie, mama znała się z tą panią, mniej więcej rówieśnica wiekowo z mamą. Ta pani była z mężem, jej męża brat i mama tej pan. Ta czwórka i nasza trójka razem żeśmy aż do Pruszkowa wędrowali.

  • A na razie zatrzymujemy się na Sienkiewicza.


Więc na Sienkiewicza komendant bloku przydzielił nam piwnice, dość obszerne…

  • Jaki to był numer?


Sienkiewicza 3. Tam była dość liczna grupa nas. Poza nami była rodzina z Królewskiej, uciekinierzy z synem Kazikiem, moim rówieśnikiem. O rok był chyba starszy ode mnie. Wiem, że ci państwo mieli sklep na Królewskiej. Był Żyd, który się ukrywał gdzieś, udało mu się przeżyć. I to chyba wszyscy tacy, co razem żeśmy tam jakoś przebywali w jednej piwnicy, dużej piwnicy, korytarz. Następnego dnia komendant tego bloku: „Potrzebuję łącznika”.

  • A w jakich sprawach?


Mówi: „Jestem oficerem tutaj na Wareckiej, obok. Tam się mieści dowództwo i zabezpieczamy magazyny żywnościowe w całym Śródmieściu. A w związku z tym, że sytuacja jest płynna, magazyny jedne zostają zniszczone w wyniku bombardowań czy ostrzałów artylerii, inne z kolei musimy przenieść, bo grozi nam, że Niemcy zajmą. A wiemy, że żeby żołnierz walczył, to poza bronią musi mieć żywność, lekarstwa”. No i oczywiście [zapytał], czy się zgadzam. Ja mówię: „Jak najbardziej”. Poprosił nas, z Kazikiem poszliśmy na Warecką.

  • Czyli Kazik też jakby został włączony do tej akcji.


Tak. Z tym że problem był, bo plac Napoleona był pod obstrzałem od strony Ogrodu Saskiego i Placu Piłsudskiego. To żeby dostać się na Warecką, mimo że z Sienkiewicza na Warecką to przez plac naprzeciw te ulice były, ale przejść, to trzeba było wrócić do Jasnej, Boduena, Szpitalna i tam przy wylocie na plac i Szpitalną była barykada i za tą barykadą można było przejść, żeby się dostać na drugą stronę placu Napoleona i z kolei na Warecką, do sztabu.

  • I znaleźliście się obaj z Kazikiem w sztabie?


Tak, tak, obaj. Z tym że było kilka grup transportowych, bo wielu mężczyzn, nawet ci nasi dwaj Trochimiakowie, zgłosili się chętnie, bo to byli młodzi mężczyźni, ale niestety broni przecież nie było, to zaproponowano im udział w grupach transportowych. Z uwagi na to, że Warszawa była podzielona barykadami, transport był tylko na plecach. I ci ludzie w workach, w jakichś pudłach przenosili te mąki, cukry, sole, makarony, kasze w bezpieczne miejsca. Często tak bywało, że oddział miał powiedziane, że ma, załóżmy, na Szpitalną zanieść transport, ale w międzyczasie tam zniszczono ten obiekt, więc żeby ludzie z tymi workami niepotrzebnie tam nie szli, no to już mieliśmy zawsze zapasowe miejsca. Zadaniem było wtedy jak najszybciej dotrzeć do nich, powiadomić, że: „Nie tu, a proszę bardzo, na Moniuszki pójdziecie dzisiaj”.

  • I to właśnie było pana byłe podstawowe zadanie – łączność pomiędzy tymi punktami. Czy było więcej takich młodych chłopców, którzy pełnili takie funkcje?


No, akurat w naszym oddziale to nas dwóch – to wiem.

  • Czy pamięta pan z tego okresu jakieś niebezpieczne sytuacje? Jak wyglądały właśnie te wasze działania? Były pewnie co jakiś czas przerywane walką.


No więc pamiętam taki moment, chyba na Wroniej to było, że był ostrzał z czołgu Niemców w te budynki, w których myśmy ten magazyn mieli – strzelali co chwilę. Była obok barykada i pamiętam, że po strzale, kiedy tuman kurzu jeszcze był nad ulicą, trzech, czterech z workami przebiegało za barykadą i w ten sposób żeśmy ewakuowali ten magazyn, zamiast normalnie, przez godzinę, to to trwało kilka godzin.

  • Powiedział pan: na Wroniej. Chodzi o Pańską już czy jeszcze nie?


Nie, jeszcze na Wroniej ewakuowaliśmy magazyn z mąką.

  • Aha, rozumiem. Z Wroniej?


Z Wroniej, tak. Pamiętam też chyba 20 sierpnia, na Zielnej akurat miałem szczęście zobaczyć, jak wyprowadzają z PAST-y jeńców niemieckich. Człowiek widział ich przez parę lat butnych, pełnych siebie, a teraz wychodzili brudni, nieogoleni, no i w porwanych trochę mundurach.

  • Z którego miejsca pan obserwował wychodzących Niemców?


Naprzeciw budynku PAST-y. Akurat to był przypadek, że ja się tam znalazłem. Szedłem gdzieś, miałem zadanie powiadomić o czymś. Szczegółów nie pamiętam, tylko ten szczegół zapamiętałem, bo to taki charakterystyczny moment. Jeszcze tu się ten gmach trochę kopcił, paliło się. To był przecież jeden z ważnych punktów oporu niemieckiego aż do 20 sierpnia. W każdym razie przyszedł miesiąc wrzesień, morale ludności cywilnej zaczęło się niestety łamać – brakowało żywności, coraz większe bombardowania.

  • A jak w piwnicy państwo dawali sobie radę z wyżywieniem?


Jakieś przydziały były. Ja miałem to szczęście, że miałem przydział na obiady w sąsiednim budynku, Sienkiewicza 1. Tam kwaterował oddział porucznika „Łukasza”, no i tam jadałem obiady. Przypominam sobie jeden z takich obiadów. To był już wrzesień, już było coraz trudniej o żywność – i soczewica. W ustach mi to rosło… W życiu nie miałem wstrętu do żadnego jedzenia, po prostu jedne potrawy z większą ochotą człowiek jadł, inne z mniejszą, ale tu po raz pierwszy spotkałem coś, co mi zaczęło w ustach rosnąć. Ale rozsądek mówił: „Jedz, bo nic innego nie ma”, mimo że się miało dwanaście lat.
Ale przyszedł wrzesień i zaczęły się bombardowania Śródmieścia, rejon Placu Napoleona. 10 września starsi mieszkańcy piwnicy tego domu – narada: „Trzeba uciekać”. Bo już zaczęły te nasze domy być, mało że niszczone, część gruzów, to jeszcze zaczęli nam rzucać bomby zapalające i groziło wtedy, że i piwnice nam nie dadzą schronienia. No i starsi postanowili, że uciekamy. Z tym że ci państwo z Królewskiej mieli rodzinę, jak to wówczas taki termin był: „za Aleje”, czyli na Śródmieście Południe. Że oni uciekają za Aleje. Myśmy [niewiele] mieli już, mama mówiła: „Już dosyć. Kończą się wszystkie zapasy, jest coraz trudniej”. To był okres, w którym Niemcy rzucali ulotki, że są rozmowy o przerwaniu [walk] i że można bezpiecznie wychodzić. Były chyba takie godziny, nie pamiętam, ale dwugodzinne przerwy w walkach, to było gdzieś około południa i mama z państwem Trochimiaków postanowiła, że zostajemy tu, idziemy na spalone domy, na ulicę Sienną. Tam jeszcze poczekamy, a jak nic się nie zmieni, to będziemy próbować przedostać się poza linię frontu. Byliśmy jeszcze dwa dni na Siennej. Dom był w połowie rozwalony. Tam żeśmy [wykorzystali] ostatnie zapasy. Pamiętam jak dzisiaj, ostatni posiłek to były kluski kładzione. I następnego dnia, około południa, z grupą ludności cywilnej wyszliśmy. Pamiętam, że popędzono nas Chłodną, Wolską do Kościoła Świętego Stanisława. Tam przez kilka godzin przychodziły następne grupy. Wieczorem pogoniono nas na Dworzec Zachodni do pociągu, pociąg elektryczny do Pruszkowa. No i tam segregacja. Na szczęście dostaliśmy się nie do tej grupy, co do obozów, tylko z uwagi na to, że myśmy byli dziećmi, więc mama ze mną, a pani Trociniakowi była bez dzieci i groziło jej jako młodej kobiecie, że pójdzie tam, gdzie jej mąż, czyli do obozu albo na roboty do Niemiec, no to siostra poszła jako córka z tą panią i w ten sposób udało się, że pani Trochimiakowa [nie pojechała na roboty]. Jej mama jako starsza kobieta to już też była bezpieczna. Skierowano nas do hali, nie pamiętam już numeru, ale to była hala przeznaczona, że my na kraj zostajemy.

  • Państwo byli w Pruszkowie jeden dzień czy dłużej?


Dwa dni. Następnego dnia się dowiadujemy, że transport w Łowickie. Ponieważ mój tata pochodził z Bolimowa, to jest właśnie Łowickie, więc mama mówi: „Jedziemy”. No, czy jedziemy, to nie było takie proste. Zagoniono nas tym razem do wagonów, niestety, towarowych. Wyjechaliśmy wieczorem i z tego, co wiem – to jest w końcu niewiele, kilkadziesiąt kilometrów – ale całą noc nas wożono. Wiem, że jechaliśmy przez Skierniewice. I taki moment sympatyczny: stoimy na stacji w Skierniewicach i nasi rodacy – jabłko i pomidor. Więc jak okienko było zadrutowane, to tylko czapkę mogłem wystawić przez to okienko i w ten sposób zdobyłem pomidora i jabłko.

  • A jak pan datuje tę wywózkę do Generalnej Guberni? Kiedy to było mniej więcej, którego września?


Piętnastego myśmy wyszli [z Warszawy], to gdzieś 18 września musieliśmy być w pociągu do Szymanowa-Teresina. Pamiętam, że tam był klasztor i ci bracia z tego klasztoru pomagali, [dali] trochę owoców, chleba i mleka dla małych dzieci. Aha, jeszcze przy okazji komunikat, że po kogo zgłosi się ktoś z rodziny, to będzie zwolniony.

  • W tym Szymanowie-Teresinie państwo cały czas byli w pociągu?


Nie, obóz. Druty kolczaste, obóz bez żadnych dachów nad głową, tylko w środku był szalet, wykopany dół, słoma, maty słomiane, ogrodzone, kuchnia polowa i tacy starzy wermachtowcy, którzy nas tam pilnowali. No i udało się w ten sposób, że z dwoma tymi braćmi, z tym wózkiem, jak oni wyjeżdżali, ja wszedłem między nich i ten wartownik jakoś niespecjalnie zwracał na to uwagę. Wyszedłem, zapytałem się ich, którą drogą do Bolimowa. To było podobno jakieś szesnaście kilometrów. Pokazali mi, w którą stronę mam iść, i poszedłem. A ponieważ w czterdziestym pierwszym roku z tatą jeszcze jeździłem do Bolimowa po żywność, zakupy, to już wiedziałem, gdzie ten Bolimów i kogo tam tata miał, jakąś rodzinę. No i w ten sposób po kilku godzinach dotarłem do Bolimowa. Znalazłem tam jednego wujka, parę koni i przyjechaliśmy po mamę i siostrę i w ten sposób żeśmy się wydostali.
Zamieszkaliśmy w tym Bolimowie u jakiejś kuzynki, ale rodzinę poznaje się w biedzie czasami. Następnego dnia ta ciotka do mamy woła (mówiła do mamy „bratowo”, pamiętam): „Bratowo, pięćset złotych mi zginęło”. No więc jestem jeden chłopak, no to wiadomo, że podejrzenie, że to ewentualnie ja jestem sprawcą. Mama się tylko spojrzała, wiedziała, że tego nie zrobiłem. Próbowała jej tłumaczyć, że niech sprawdzi, że na pewno myśmy tych pieniędzy nie wzięli. Ponieważ ciotka była tak pewna, że te pieniądze zginęły, mama honorem się uniosła… Całe nasze bagaże to ja miałem, pamiętam, plecak, mama jakąś tam taką torbę większą – zabraliśmy swoje manele, opuściliśmy ten dom. Mama kazała nam poczekać. Sama poszła do wójta chyba, żeby nam dał gdzieś skierowanie. Dostaliśmy skierowanie do mieszkania, w którym mieszkała rodzina, która była wysiedlona z Płocka przez Niemców, tak że już ludzie, którzy znali problem biedy i bez kłopotów nas przyjęli. Wiem, że tam było dwóch chłopców w moim wieku i dużo starsza córka. Dla mamy i siostry dali łóżko, a ja z chłopakami na takim strychu na sianie spałem.

  • Pamięta pan może imiona?


Nie. Po tygodniu okazało się, że tam przychodzą Niemcy, że ta córka przeprowadza i oni handlowali. Tak zwany szmugiel, jak to się wtedy popularnie mówiło. No to mama wystraszona mówi: „Nie, musimy stąd uciekać”. Do rodziny mamy z kolei. Mama się urodziła w Warszawie, ale mamy mama pochodziła z kolonii Piekarty, powiat Grójec. No i my wobec tego wyruszyliśmy i pamiętam, że trzy dni szliśmy, dotarliśmy tam i do zakończenia działań wojennych w styczniu byliśmy w tych Piekartach. Oczywiście jeszcze tam w międzyczasie chodziłem do szkoły, do piątej klasy.

  • W Piekartach?


W Piekartach.

  • Czy tam państwo spędzili całą zimę?


Tak, od końca września do marca czterdziestego piątego roku. W marcu mamy brat…

  • Jak się nazywał?


Janek, Jan Lewandowski, który był na robotach w Niemczech… Pamiętam jeszcze adres niemiecki, [niezrozumiałe] Landsberg [an der] Warthe. Ponieważ te tereny były już wyzwolone, to on w połowie marca, jak w Warszawie nie zastał nas, bo dom zniszczony, to wiedział, że trzeba szukać u rodziny na wsi.

  • To był młodszy brat mamy?


Młodszy. Po rozmowie z mamą stwierdził, że jedziemy na zachód, tam są mieszkania, większość Niemców uciekła. „Po co się tu mamy męczyć, kiedy mieszkań tam jest w bród?” On zna tereny i wobec tego 23 marca pociągiem, tak zwaną ciuchcią, z Kozietuł do Warszawy, na Dworzec Południowy, potem na Dworzec Zachodni i z Dworca Zachodniego – bo jeszcze Głównego nie było, był zniszczony – pociągiem do Poznania. Z Poznania dostaliśmy się jakimś transportem wojskowym rosyjskim do Skwierzyny i ze Skwierzyny już pieszo do Murzynowa – to tam było pięć, sześć kilometrów. Jedynie [problemem] było, że most w Skwierzynie był zniszczony i była przeprawa promowa. Tam doczekaliśmy zakończenia wojny w maju czterdziestego piątego roku.

  • Dlaczego państwo się zatrzymali właśnie w Murzynowie?


To znaczy Janek, brat mamy, w Murzynowie pracował w cegielni jako robotnik przymusowy. Dlatego w Murzynowie zamieszkaliśmy przez pierwszy okres. Po zakończeniu wojny przenieśliśmy się na gospodarstwo do miejscowości Dobrojewo i tam mieszkaliśmy przez dwa lata.

  • Powiedział pan, że jechaliście na zachód z Warszawy ciuchcią. Czy oglądał pan zniszczoną Warszawę w marcu 1945 roku? Czy pamięta pan jakieś obrazki z przejazdu przez Warszawę?


Przyznam się szczerze, było tak makabrycznie to zniszczenie widoczne wszędzie, że człowiek po prostu się pogodził z tym, że nie ma Warszawy.

  • A kiedy dotarli państwo na zachód, wszystko, wszystkie budynki, wszystko było w stanie…


Tu było wszystko nienaruszone, wszystko w porządku: gospodarstwa, domy, mieszkania, obiekty.

  • Kiedy pan po raz pierwszy zobaczył Warszawę powojenną?


W czterdziestym piątym roku jesienią. [Pojechałem] sam poszukiwać rodziny, dowiedzieć się, kto żyje. Nie było telefonów, takich kontaktów, jak dzisiaj można mieć, a ja byłem zawsze jakimś takim łącznikiem w rodzinie. Pamiętam, że nawet i w czasie okupacji do ciotek z okazji imienin czy świąt, czy coś, to ja zawsze jeździłem. Jak tata zmarł, to powiadomić wszystkich na różnych końcach Warszawy – tramwaj i…

  • Czyli przejął pan trochę rolę ojca w rodzinie.


Życie zmusiło nas do wczesnego dojrzewania.

  • Jakie były rezultaty? Znalazła się rodzina, która została? […]


Pierwsza rzecz, wyjechaliśmy… Mówiłem o bracie jednym, Janku, ale na wsi, w tych Piekartach, był drugi brat mamy, najmłodszy, Władysław. Tak że wyjechaliśmy w marcu: mama, dwóch jej braci i nas dwoje. Brakło jeszcze jednego brata mamy.

  • Jak miał na imię?


Feliks. Jaka sytuacja była? Mama urodzona w jedenastym roku. Przyszła I wojna światowa, dziadka zabrali na front. Był na wojnie, potem był w niewoli i wrócił dopiero w osiemnastym roku. I następny brat mamy, Felek, był dziewiętnasty rocznik, Janek dwudziesty drugi i Władek dwudziesty szósty.

  • Duża różnica.


Tak. Wobec tego jeszcze poszukiwanie tego Feliksa. Ponieważ wychowywaliśmy się razem, oni nie pozwolili, żebym mówił im „wujku”, więc całe życie, mimo że z tytułu pokrewieństwa byli wujkami, ale zawsze mówiłem po imieniu. Wiedzieliśmy, że Felek ożenił się w czasie okupacji i wyjechał do miejscowości w powiacie Lubocz, koło Nowego Miasta. No i ciekawa rzecz, że ani Władek, ani Janek, jako bracia starsi ode mnie, nie wybrali się – bo mama bardzo chciała, żeby znaleźć tego trzeciego brata – ja mówię: „Ja chętnie”. Ja w czterdziestym piątym roku, trzynastolatek, przyjechałem… Jechałem, pamiętam, do Poznania, z Poznania do Koluszek, z Koluszek do Tomaszowa Mazowieckiego. Z Tomaszowa Mazowieckiego szedłem pieszo. Między innymi wówczas przez Spałę przechodziłem. Znalazłem tę wieś Lubocz i tam się dowiedziałem, że owszem, byli tutaj, ale się wyprowadzili kilka miesięcy temu do Żyrardowa, tam mają mieszkanie i tam pracują. Więc znowu różnymi drogami do Żyrardowa dotarłem i znalazłem ich, podałem im adres. No bo, mówi, musi jeszcze tam zlikwidować sprawy, rozwiązać umowy o pracę, te wszystkie historie. Podałem im adres i ja wróciłem, oni po trzech miesiącach przyjechali, cała rodzina się znalazła. Pozostałą rodzinę, różne ciotki, wujków innych, no to już później… No tak się złożyło, że praktycznie co roku byłem w Warszawie.

  • Czy w Warszawie ktoś z państwa najbliższej rodziny brał udział w Powstaniu jako żołnierz?


Nie, bo bracia wszyscy byli poza Warszawą.

  • Aha, dwaj poza Warszawą, jeden był wywieziony na roboty.


Dziadek też był wywieziony na roboty i pracował przy budowie lotniska w Krakowie, i tam niestety w czterdziestym trzecim roku zmarł.

  • Czy tata nie miał rodzeństwa?


Tata miał trzy siostry. Z dwoma siostrami to miałem stały kontakt, bo mieszkały: ciotka jedna w Warszawie, druga na przedmieściach Warszawy, a trzecia w Tomaszowie Mazowieckim. Wszystkie trzy w wyniku wojny zostały wdowami, tak jak i moja mama. Ciotka Stacha miała trzech synów i z nimi najdłużej, do dzisiaj mam [kontakt], znaczy jeden jeszcze żyje, to z nim mam kontakt dalej. A kiedyś z trzema miałem. Druga ciotka miała dwóch synów. Już tylko jeden żyje, też mam kontakt. Trzecia miała dwie córki i syna, ale już nikt nie żyje.

  • Powiedział pan, że wracał pan kilkukrotnie do Warszawy już po wojnie. Jakie wrażenie Warszawa na panu robiła podczas tych wizyt? Czy widział pan, że Warszawa się odgruzowuje, że coś się zmienia?


No na pewno te zmiany były widoczne. Przede wszystkim jeśli chodzi o porównanie czterdziestego piątego roku, kiedy większość ulic była nawet nieprzejezdna, to już w latach następnych jednak było jakieś uporządkowanie, już główne arterie były komunikacyjne, już coraz więcej domów. Dachy jakieś takie pseudo [były] robione, tymczasowe, jakieś budki, jakiś handel.

  • Czy próbował pan dotrzeć do państwa mieszkania lub do warsztatu ojca? Odwiedził pan te miejsca?


Odwiedzałem, ale tam już niestety rozbite to było na Lesznie. Pamiętam, chyba już był gdzieś czterdziesty ósmy rok, kiedy szedłem ulicą Sienkiewicza i patrzyłem, że się coś tu zmieniło, ten wylot na Plac Napoleona nie taki, jak był. Stoję i dumam, raptem ktoś woła: „Janusz, co ty tu robisz?”. Patrzę: kuzynka, z którą też przypadkowo mnie… Mówię: „Dumam, myślę, jak to było, a jak to jest, i nie mogę się z tym wszystkim połapać”. No, takie spotkania też bywały.

  • Ale kuzynka mieszkała w tej okolicy po wojnie?


Tak.

  • Czyli część rodziny wróciła do Warszawy.


Tak, tak, wróciła. Ciotki ze strony mamy. Moja babcia była… Zresztą z tamtego pokolenia to wszędzie były [wielodzietne] rodziny były. Mężczyźni byli wywiezieni na roboty po Powstaniu. W czasie Powstania zginął jeden wujek, który w pierwszych dniach sierpnia został rozstrzelany.

  • Jak się nazywał?


Piotr Kulma. Drugi wujek Lesiński, ten z Zielonej, Piotr Lesiński, były zawodowy żołnierz, był bez nogi. W czterdziestym pierwszym roku ktoś z sąsiadów doniósł Niemcom, że ma broń, dubeltówkę i radio, którego nie zdał. Wywieźli go do Oświęcimia i w czterdziestym trzecim w Oświęcimiu zmarł. Mój kuzyn Sokołowski Bogdan – na Puławskiej mieszkali – zginął od gołębiarza. Po prostu szedł ulicą i gołębiarz go zastrzelił, taki przypadek. To jeśli idzie o ofiary. Dwóch wujków mam, mojej babci braci młodszych, to byli wywiezieni po obozie w Pruszkowie do Niemiec na roboty. Po wojnie powrócili cali i mieszkali w Warszawie.
No i po wojnie – kwestia szkoły. Takie trudności miałem z tymi pierwszymi klasami, jak już wspomniałem. W czterdziestym szóstym roku wsiadłem na rower i ruszyłem zwiedzać okolicę. Osiem kilometrów od tej miejscowości, w której wówczas mieszkaliśmy, widzę napis: szkoła powszechna. Więc nie zastanawiając się, wchodzę do szkoły, pukam do sekretariatu, chcę z panem kierownikiem rozmawiać. Pan kierownik, pan Paweł Sadecki, przyjmuje mnie i [pyta], do której klasy, jakie mam dokumenty. Ja mówię: „Do szóstej klasy, dokumentów nie mam żadnych”. – „A co skończyłeś?”. Uczciwie mówię: „Cztery klasy i do piątej chodziłem do marca. Jej nie ukończyłem, no ale starałem się dużo czytać i mam nadzieję, żebym skończyłbym tę piątą klasę i dlatego chciałbym się do szóstej zapisać”. – „No słuchaj, umówmy się. Mamy dwa miesiące. Od ciebie będzie zależało, czy dostaniesz promocję do klasy siódmej i ukończenia klasy szóstej, czy będziesz musiał powtarzać klasę szóstą. To już zależy od ciebie”.

  • Mówił pan, że nie skończył piątej.


Tak, nie skończyłem piątej, a tu już szóstą kończyłem za dwa miesiące. No i za dwa miesiące okazuje się, że skończyłem tę szóstą klasę, dostałem promocję do siódmej. Ale w międzyczasie, ponieważ mama była urodzona w Warszawie, nie miała wykształcenia rolniczego, sąsiad doniósł na mamę, że nieprawnie zajmujemy gospodarstwo rolne. I musieliśmy gospodarstwo opuścić. Zamieszkaliśmy wtedy w takiej miejscowości Warcin, majątek PNZ jeszcze wówczas. Mama tam podjęła pracę jako kucharka, a ja dwanaście kilometrów z Warcina do siódmej klasy dojeżdżałem rowerem do Lipek.

  • Do tej szkoły, do której się pan zapisał.


Tak. Skończyłem siódmą, do ósmej to już chodziłem do Skwierzyny i mieszkałem w internacie. W międzyczasie mama, dalej poszukując tego swojego miejsca, przeprowadziła się w powiat sławieński, do miejscowości Wrząca. Więc ja również w czerwcu czterdziestego ósmego roku przyjechałem do mamy i od września czterdziestego dziewiątego podjąłem naukę w gimnazjum w Sławnie i również zamieszkałem w internacie.

Wałcz, 2 marca 2026 roku

Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Janusz Zwoliński Stopień: łącznik, służby pomocnicze Formacja: Wydział Kwatermistrzowski; Batalion Transportowy Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także