Kalina Eibl
stopień
cywil

Nazywam się Kalina Eibl, urodziłam się 2 czerwca 1939 roku w Warszawie.

  • Proszę powiedzieć, kim pani była w czasie Powstania.

Kim? Dzieckiem, dzieckiem, które z mamą schroniło się w sierocińcu sióstr urszulanek na Tamce.

  • Proszę opowiedzieć na początek, jak wspomina pani okres dzieciństwa wojennego?

Z tego okresu zostaje na pewno wspomnienie długotrwałej choroby. Nie, jeszcze chyba pierwsza gwiazdka – dzieciom zostają w pamięci obrazy – pierwsza gwiazdka, kiedy miałam dwa lata. Z tego okresu zachowała się jeszcze książka „Baśnie Braci Grimm”, które dostałam od ojca chrzestnego. I to, co zapamiętałam (malutkie dziecko, ale gaduła, bardzo wcześnie zaczęłam mówić, czytano mi dużo książek), to było dwanaście paczek. Dwanaście od dużego pudła tak zwanej małej krawcowej i dom malutkiego, w którym nie pamiętam, czy był naparstek… W każdym razie paczek było bardzo dużo. Książkę tę (po fatalnej odnowie introligatorskiej do tej pory jest u mnie, jeszcze chyba została we Włoszech) zapamiętałam dlatego, że te przedmioty mi towarzyszyły potem i to, czego małe dziecko nie pamięta, to jakby było nagrywane w mojej pamięci przez rodziców. Po tym był długi okres choroby, prawie rok choroby. Po anginie dostałam zapalenia stawów i po nim zapalenie wsierdzia. To wydawałoby się, że w okresie okupacji było straszne, bo dostęp do leków, dostęp do lekarzy był trudny, ale uratował mi życie decyzją bardzo prostą, to znaczy, że dziecko nie może spuszczać nawet nogi z łóżka przez rok, żydowski lekarz, doktor Goldberg. Aspiryna i to pozostanie w łóżku uratowały mi życie, a ten długi pobyt w łóżku sprzyjał też temu, że wcześniej zaczęłam czytać, bo kiedy ojca nigdy nie widywałam prawie, wpadał do domu…

  • Proszę powiedzieć, w jakiej rodzinie pani się wychowała, kim byli rodzice?

Mama zrobiła seminarium nauczycielskie w Zgierzu, ale była przedtem uczennicą w liceum Żmichowskiej, do którego ja potem wróciłam, i potem u zmartwychwstanek, a ostatni [etap] (dlatego że mam zdjęcia z balu maturalnego mamy) właśnie w Zgierzu. Potem z tego okresu przetrwały przyjaźnie, wieloletnie mamy przyjaźnie, stąd kontakt mój był i opowieści trwały w domu o wszystkim, co się działo przed i w czasie wojny. Zawsze wspominano mi o tym, bo trudno dziecku… Mam zdjęcia… Moje takie zachowanie, które mamę czasem… Mama drętwiała, bo jadąc tramwajem, ponieważ ja byłam typ taki nordycki, czysto nordycki, więc jadąc, oficerowie niemieccy, czy w pociągu, czy w tramwaju, dawali cukierki, zagadywali… Odpowiadałam wtedy, że mama mi nie pozwala rozmawiać z Niemcami. Może to ten wygląd nordyckiego dziecka rozbrajał, może ta moja szczerość.

  • A proszę powiedzieć, tata czym się zajmował?

Ojciec po szkole Wawelberga pracował w fabryce u Szpotańskiego jako konstruktor. Stąd pierwsze zamieszkanie po ślubie rodziców to było na ulicy Paca w nowym budynku, z którego została mi szafka nocna. Mieszkanie od razu w pierwszych dniach września spłonęło, po pierwszych bombardowaniach. I rodzice przeprowadzili się na Wiatraczną, do malutkiego wynajmowanego mieszkania. Prawdopodobnie cała ta moja epopeja powstaniowa nie byłaby taka istotna, gdybym została na Pradze. Ale po tej długiej chorobie dziecko przeżywało bardzo każde wyjście mamy, która musiała zdobyć jej jaką taką żywność. Ojciec rzadko się pokazywał, tym bardziej że ze względu na nazwisko Niemcy nalegali, żeby zapisał się na listę folksdojczy. Uratowało go, tak jak wiele, od tego kroku, niechęci, a prawdopodobnie i wczesnego wywozu do obozu to, że w Wawelbergu skończył konstrukcję kolei, wagonów, motorów kolejowych i zatrudniono go na WKD (czy EKD wtedy się chyba nazywało) jako motorniczego. Mam gdzieś jeszcze, w którymś z albumów, zdjęcie ojca z tego czasu i zostało zdjęcie z jego kenkarty. Ale rzadko się pojawiał w domu, żeby też nie narażać nas. Mama wyjeżdżała, zostawiając mnie zamkniętą w mieszkaniu i obłożoną książkami. Książki towarzyszą mi przez całe życie.
Potem… To był pierwszy mój spacer, kiedy wstałam z łóżka, pierwszy spacer bez wózka. Jeżeli jeździłam do cioci, która mieszkała koło fabryki Społem, przy Czerniakowskiej… Już teraz nie ma śladu po fabryce, do niedawna jeszcze trwały kamienice przy rogu Szarej, blisko kościoła Świętej Trójcy, w którym byłam chrzczona, stąd był chrzest w kościele Świętej Trójcy. I ten pierwszy mój spacer. To było przepiękne popołudnie. Pojechałyśmy „dziewiątką” w Aleje i spacerkiem szłyśmy do dziadków, którzy mieszkali… Znaczy babcia, bo dziadek już nie żył na Przyrynku. Wstąpiłyśmy do księgarni na rogu Królewskiej (ta księgarnia ku wielkiemu mojemu zaskoczeniu została zastąpiona teraz browarem czy browarnią czy czymś, a długo trwała jako księgarnia) i mama, żeby nagrodzić ten mój wytrawy spacer, bo przeszłyśmy już cały nowy świat, wstąpiłyśmy i dostałam „Lokomotywę” Tuwima i „Tańcowała igła z nitką” Brzechwy. Dlaczego pamiętam o tym, bo może w dalszym ciągu do tego wrócę. Dlatego że te książki przetrwały ze mną Powstanie i potem stały się przedmiotem rodzinnych i towarzyskich anegdot, bo wygłodniałe w końcu dziecko sprzedało (sprzedaż była symboliczna) „Tańcowała igła z nitką” za kawałek kiełbasy.
W momencie… Nie pamiętam (bardziej mylą się w tej chwili opowieści mamy i przyjaciół z moimi wspomnieniami) momentu wybuchu Powstania. Godzina „W” zastała nas wychodzące z księgarni. Ponieważ od razu zaczęła być według opowiadań mamy ostra strzelanina, pobiegłyśmy w kierunku tramwaju czy autobusu, czyli w kierunku Alej Jerozolimskich. Mama chciała dostać się do domu. Niemniej jednak już koło Tamki był duży popłoch i wciągnięto nas do bramy, do kamienicy istniejącej niedaleko, jeszcze do tej pory, tuż przy właśnie ochronce, w której sierocińcu sióstr urszulanek… W tej chwili sierociniec zamieniony jest na hostel. Dwie kamienice przedtem wciągnięto nas do bramy i pierwszą noc spędziłyśmy w mieszkaniu państwa Wrońskich. Dlaczego dziecko pamięta takie [momenty]? Bo pierwszy i ostatni dzień w życiu zjadłam kotlet, befsztyk z koniny. Jako że w rodzinie tradycja i kawaleryjska i sama od dziecka kocham wszystkie zwierzęta, to sama myśl o zjedzeniu mięsa z takiego szlachetnego zwierzęcia… Ale powiedziano mi o tym potem. Mięsko było smaczne. Następnego dnia, ponieważ pozostawanie już w budynku prywatnym nie miało sensu, przeprowadzono nas do sióstr i tam przetrwałyśmy do kapitulacji Powstania.
Z tego okresu pamiętam... Nie pamiętam warunków mieszkania, może dlatego że to były pokoje, no sale tak jak są w ochronce, w sierocińcu. Pamiętam szare, krzątające się siostrzyczki i pamiętam msze, które odprawiał późniejszy biskup płocki, wtedy był kapelanem i odprawiał msze. Zapamiętałam wtedy: „Boże coś Polskę”.
Mama była sanitariuszką, mama i jej przyjaciółka, Roma Kowalska, której córki podam pani telefon – właśnie przetrwałyśmy Powstanie razem z nimi. Państwo Kowalscy to była rodzina żydowska, ale on, berlińczyk, po wspaniałym… który był przed wojną… nie wiem, jak to się nazywało, prokurent czy dyrektor handlowy, nie wiem, rodzaj [fabryki] Ursusa… Był po studiach w Berlinie, mówił wspaniałą niemczyzną, płynną, taka że… Blondyn, może nie rzucał się w oczy, ale jego niemczyzna w wielu przypadkach ratowała zarówno siostry, jak [i cywili]. Bo flaga czerwonego krzyża na dachu niczemu nie [pomagała], rzucano bomby, pociski zapalające, tak że mama była zabiegana z Romą, bo musiały ratować budynek, musiały zajmować się też, pomagać siostrom i przynosić rannych, bo od razu w podziemiach, tam gdzie odprawiane były msze, siostry zorganizowały szpitalik polowy. To sprawiało kłopoty, bo jednak te patrole niemieckie wpadały. W pewnym momencie wydarzyło się, że z ulicy przyniesiono niemieckiego młodego żołnierza czy oficera, nie wiem, już tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, bo to dziecku zostaje w pamięci, że miał odłupaną tylną część czaszki. Niemniej jednak żył i w momencie kiedy wpadli Niemcy, ponieważ był ratowany przez siostry, to dało to znowu jakiś moment oddechu.
Przychodzili też Powstańcy. Ciocia przez pocztę powstańczą nawiązała kontakt ([to znaczy] mamy rodzona siostra, która została na Czerniakowie), przekazywała listy. Przynosili je młodzi chłopcy, synowie przyjaciółki cioci, którzy niestety po wojnie za udział w Powstaniu byli prześladowani. Wiem to z opowieści matki, która przychodziła do nas. Jeden zginął w niewiadomych okolicznościach, tuż po wojnie. Drugiemu udało się uciec przez zieloną granicę. [Nazywali się] Naumowscy. Gdzieś mam archiwum, ich zdjęcia, w każdym razie kumy, czyli ich matki, mam nawet… Sądząc z nazwiska też nie była aryjką, a jednak jakoś przetrwała. Chronili przyjaciele. To była kamienica, tam gdzie mieszkała ciocia i jej przyjaciele, byli bardzo zżyci i solidarni. Poza tym działała do ostatniej chwili fabryka Społem, która jeszcze po wojnie istniała. Tak że dużo było takich elementów, że… no, była żywność dostępna. Ciocia wysyłała nam przez Powstańców paczki. Kanałami też przyszła (już w ostatniej chwili) Powstania siostra, szwagierka Romana Wionczka, autora, moim zdaniem najwspanialszego filmu o Powstaniu Warszawskim. Ona przyszła z sześciotygodniową córeczką, przyszła kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia. Potem… Wiem o tym wszystkim dobrze i to mi wraca w pamięci, bo moje trzy panie bardzo się przyjaźniły po wojnie, utrzymywały kontakty, aż do wyjazdu Wionczków, najpierw do ONZ-u, a potem do Meksyku.
  • A czy miała pani jakieś wieści o tacie?

W czasie Powstania nie miałyśmy żadnych wieści. Dopiero potem, długo po wojnie, drogą PCK, doszła do nas wiadomość, że został zabrany i wywieziony do obozu. Ale myślę, że to mogło się zdarzyć tutaj, nie pamiętam tego dobrze. Musiałabym jeszcze sprawdzić w dokumentach, które ma brat, czy to się zdarzyło tuż przed Powstaniem, czy w pierwszych dniach Powstania. W każdym razie został wywieziony do obozu koło Hanoweru i zatrudniony w fabryce, tam była chyba fabryka Messerschmitta. Wiem o tym, bo pojechałam… Wiem dokładnie, bo z obozu zostały różne pamiątki po ojcu. Niechętnie opowiadał o wszystkim, opowiadał raczej o takich momentach, które wywoływały chęć do przetrwania, miedzy innymi w baraku, w którym mieszkał, mieszkał z nim Beniamino Gigli. Ponieważ cała rodzina, z tradycji miała kontakt z Teatrem Wielkim, z operą, wtedy Niemcy pozwalali mu śpiewać. Sami słuchali. Ten wspaniały tenor. Jego głos był ponad wszystkie, zresztą to był już koniec wojny i Niemcy już czuli, że muszą zacząć normalnieć. W każdym razie ci, którzy pracowali. To nie był obóz koncentracyjny, to był obóz pracy. Potem ojciec został i pracował jako nauczyciel dla wyzwolonych polskich pracowników, wywiezionych na roboty Polaków, młodzieży. Stąd mam pamiątkę. Wydawnictwo „Pana Tadeusza” z dedykacją od uczniów.
Jeśli chodzi o Powstanie, to dotrwaliśmy tam. Pamięć dziecka ma migawki. Wiążą się na przykład z pożarem klasztoru sióstr szarytek, które było naprzeciwko, po drugiej strony Tamki, zresztą tam jest do tej pory. Tam było przedszkole. Kiedy zrzucono bomby zapalające, mama i Roma biegały, aby ratować, siostry wyprowadzały dzieci, ale ratowano wszystko to, co można było uratować. Niewiele, trochę jedzenia, trochę zabawek. Stąd historia misia. Z takich dzieci z zewnątrz, poza uratowaniem dzieci z przedszkola sióstr szarytek, byłyśmy trzy dziewczynki, z ulicy jakby wzięte. To była Antolka Kowalska, Krysia Gawrońska i ja. Byłam, mimo że po przebytej chorobie, jedyną zdrową dziewczynką, to znaczy chodzącą. Antolka była po Heine-Medina, okupacyjnej Heine-Medina, wiec miała krótszą nóżkę i utykająca była, o ile to było możliwe, była wtedy na wózku. A Krysia leżała, bo była, już nie pamiętam, czy po zapaleniu opon mózgowych, [w każdym razie] leżała cały czas. Kiedy mamy przybiegły z tym koszem zabawek… „Co jest najlepszą przytulanką? Miś!” I były trzy misie, poza zabawkami, które zostały rozdzielone. Największego, mruczącego misia dostała ta najsłabsza. Antolka dostała takiego dużego puchatego, który jeszcze gdzieś przewija się na zdjęciach, a ja dostałam najmniejszego. Z tym że chyba nie było histerii na ten temat, dlatego że mama mi wytłumaczyła, dlaczego. Te nauki pozostały na całe życie. [Przekonanie], że nie można ani być zawistnym, i że trzeba zrozumieć, że musi być jakaś kompensata. Zawsze trzeba wyrównywać rachunki z przeznaczeniem, ja byłam w końcu, o dziwo, tym najsilniejszym dzieckiem. Jeszcze o tym świadczy, że dożyłam już takiego wieku i w dość dobrej formie. Szare komórki przetrwały jakoś.
I zabawna historia. Pamiętałam to przez całe życie, bo z natury jestem niejadek. Teraz już po mnie tego nie widać, ale od sióstr szarytek mamy przyniosły mąkę. [My dzieci] przyzwyczajone do takiej ochronkowej zalewajki, to znaczy kostka czarnej mąki i na wodzie troszkę cebulki, zaciereczki – została moją ulubioną zupą. I przyniosły białą mąkę. Więc dla tych najsłabszych dzieci zrobiono kluski, lane kluseczki. Nie chciałam tknąć. Nie chciałam tknąć, bo wydawały mi się obrzydliwe. Nagle po takiej normalnej zupie, gdzie wiedziałam, z czego się składa, to był taki niepotrzebny luksus.
Pamiętam biednych chłopców, których przynoszono. Bo czasem wychodziłyśmy na ulice, jak była taka cisza chwilowa. Nie mogłyśmy [wciąż przebywać w środku], to było dużo nas dzieci w tym, i pozwalano nam wychodzić, oczywiście pod opieką mamy albo siostry Szczepańskiej, naszej ukochanej mateczki. Nadzwyczajna.
Siostra Szczepańska to jest osobny rozdział. Mam jej zdjęcie, wystarczy popatrzeć na tę ciepłą, uśmiechniętą buzię. Długi czas utrzymywaliśmy (rodzice) po wojnie towarzyskie kontakty we Wrocławiu z jej siostrą rodzoną, a potem jeździliśmy czasem do Słupska. Była w Słupsku przełożoną zakonu. Nie zdążyłam z mamą pojechać do księdza Wosińskiego do Płocka i tego bardzo żałuje. Myślę, że Antolka potrafi o tym opowiedzieć, bo ona była z mamą w Płocku.
Potem, potem były ciężkie ostatnie dni, czuło się napięcie. Organizowano naszą wyprowadzkę. Tak jak wiem, Niemcy z łaską pozwolili na opuszczenie Warszawy, z tym że jechałyśmy etapami. To była straszna podróż do Zakopanego. Do pociągu wsadzono nas dopiero w Ożarowie. Nie pamiętam, już jakimi środkami lokomocji [tam dotarłyśmy]. Z tego okresu pamiętam, bo to było bardzo ważne dla mamy, że Roma, którą zabrano, bo nie to, że pozwolono siostrom wywieźć wszystkich, pozwolono… Tego nie wiem dokładnie, bo mamy nie opowiadały. Teraz, jak obejrzałam film „La Vita è bella”, który dostał Oskara, zrozumiałam, dlaczego chroniono dzieci przed okropieństwem wojny. Starano im się wytłumaczyć, nie aż tak jak pokazał Benigni, tak przesadnie, to nie była zabawa. Niemniej jednak nie nastawiano nas do całego tego okropieństwa, które się toczyło. Chroniono nawet… Nawet wiadomość przyniesiona przez Powstańców, co się dzieje z rodziną, była odczytywana radośnie, a nie z przerażeniem. Potem urwał się kontakt mamy z siostrą, ale spotkały się z Romą Kowalską, która (nie wiem dokładnie, dlaczego) znalazła się w Pruszkowie. Może ją zabrali Niemcy już w trakcie tej naszej wędrówki do Ożarowa… Nie pamiętam w tej chwili. Była ranna, dostała odłamkiem i ponieważ Niemcy nie pozwalali zabierać rannych, tylko zgromadzili na obozie. To był obóz taki na dworcu w Pruszkowie, taki obóz… Jak go określano? Stamtąd wyłapywano Żydów i jeszcze ostatnie transporty… Obóz przejściowy. A część osób zatrzymywano. Niektórych udało się ratować. Z tym że wszyscy starali się na dworcu przekazywać wiadomości. Wiedzieli, ci z Warszawy, szukali i ciocia, która nie znała Romy, ale wiedziała, od Powstańców, którzy przychodzili, szukała po prostu. I znalazły się na dworcu w Pruszkowie. Potem stamtąd ciocia trafiła do Skierniewic, a my z Ożarowa pojechałyśmy już pociągiem z całym sierocińcem do sióstr, do Zakopanego, do domu pod Nosalem.

  • A mama jak miała na imię?

Władysława. Władysława, Władeczka.

  • Zanim jeszcze zapytam, o pobyt w Zakopanym, proszę powiedzieć, jak zapamiętała pani żołnierzy niemieckich. Bo wspomniała pani, że właśnie w tym okresie jeszcze przedpowstaniowym raczej spotykała się pani z pozytywnym poje ściem.

Przychodziły patrole, ale nigdy nie wchodzili do środka budynku. Tu, dopóki w pewnym sensie siostry i pan Kowalski, który tą swoją berlińską niemczyzną potrafił wyjaśnić funkcję, którą [pełnił sierociniec], wtedy kiedy w szpitalu leżał ich oficer. Ale myślę, tak sądzę, że to uratowało losy przed wywiezieniem nas wcześniej i dopiero w dniu kapitulacji, po kapitulacji wywieziono. Ta wędrówka przez Ożarów była straszna, bo to jedyną radością była wiadomość, że ciocia żyje. Ta ukochana starsza siostra mamy, która ją wychowywała, i że Roma się odnalazły, ale dziecku zostało wspomnienie czesania gęstym grzebieniem i wszy, i pluskwy, które nas żywcem pożerały, bo spałyśmy na siennikach rzuconych na podłogę i to było straszne. Codziennie siostry prowadziły rygor, ale to było okropne. Do końca życia, jak słyszę, że pojawiają się w szkole wszy, to wspominam to jako jedno z najgorszych wspomnień. Tym bardziej że miała wtedy długie blond włosy i czesanie, to też nie było przyjemne. Potem Zakopane już było…

  • A jak długo trwała ta podróż? Mówiła pani, że etapami.

Potem nas wsadzono w pociąg i ten pociąg jechał z postojami. To, co było okropne, bo to były wagony takie towarowe, to też ta podróż była… Ale to już zatarło się we wspomnieniach, do tego nigdy nie wracałyśmy. Mama nie chciała wracać do takich okropnych wspomnień. Pamiętam pobyt pod Nosalem, bo przetrwał kawałek skałki w domu przez wiele lat. Tam oczywiście już było trochę życie spokojniejsze, już wojna zbliżała się ku końcowi. W każdym razie Niemcy tam nie wstępowali. Siostry miały zamknięty swój dom i te pierwsze, jak już… Ale tam, tam właśnie dotarł do nas pan Kowalski, Jan Kowalski. Bo potem, tego już nie pamiętam i nigdy… Proszę sobie wyobrazić, że my nawet nigdy nie mówiliśmy, jakie było prawdziwe nazwisko państwa Kowalskich. Nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Wiedziałam wszystko o rodzinie, kim byli, natomiast nigdy nazwisko nie… [Środowisko] pana Kowalskiego w ostatnim czasie prawdopodobnie też pomagało, bo siostra jego była przyjaciółką Eleonory Roosvelt. To była rodzina, która miała jakieś [wpływy], ale nie na tyle silne, żeby mógł wyjechać w czasie [okupacji]. Zresztą chora Antolka też nie była łatwa do jakiegoś wyjazdu przed wybuchem Powstania. Nie ułatwiała tej sytuacji. I Zakopane. Pan Kowalski zawsze przypominał mi: „Kalusiu, pamiętasz, jak sprzedaliśmy »Tańcowała igła z nitką« za kawałek kiełbasy w Zakopanym?”. I to przetrwało bardzo długo. Pan Jan był zresztą… Mam jego zdjęcie z wnuczką i chciałabym, żeby to zdjęcie przetrwało, bo był naprawdę uroczym człowiekiem. Po wojnie we Wrocławiu mieszkaliśmy… Znaczy mama, jak to już czas, muszę troszeczkę…
  • Jak długo państwo mieszkaliście w Zakopanym?

Do stycznia. I w końcu stycznia, po wyzwoleniu Warszawy już wróciłyśmy. Z tym że przyjechałyśmy najpierw do Skierniewic, bo ciocia utknęła w Skierniewicach. Ze Skierniewic też mam migawki, niezbyt miłe. Tym razem dotyczyło to wojska radzieckiego. To znaczy witani przedstawiciele, na pewno entuzjastycznie witani przez mieszkańców. Dziecku skojarzyły się ze śmiercią ukochanego psa ciotki, białego gryfona, który wpadł pod czołg. To nie była niczyja wina, niemniej jednak obraz długo został. Z domu wyniosłam oprócz miłości do książek, sztuki, bezgraniczną miłość do zwierząt. Tak że ten obraz utkwił na lata. A innych takich to nie, bo to było… Rodzice potem mi tłumaczyli, że to był wynik… Bo było trzeba było wszystko chować, jak wpadali. Byli głodni i zmarznięci, wracali. Oni jechali na Berlin wtedy. Byli głodni, wpadali. Jednak Skierniewice miały zaplecze wiejskie, więc już łatwiej było. Poza tym panie piekły chleb, był zawsze chleb. Już było łatwiej o żywność. Ale to już było właśnie po wyzwoleniu Warszawy. I ja zostałam z ciocią w Skierniewicach i mama z ciotką pojechały na pierwszy [wyjazd do Warszawy]. Znaczy ja zostałam z ciocią, one na zmianę jeździły do Warszawy, żeby mnie nie zostawiać samej. I zaraz w pierwszych dniach po wyzwoleniu, czyli w ostatnich dniach stycznia, pamiętam, że miały zrobione oficerki, przez szewca, oficerki. Opowiadały, że Wisła była ścięta lodem. Na Pragę szły na piechotę, bo o transporcie to nawet by nie było mowy. Na Pradze była rodzina mamy, która przetrwała na Pradze. Tak że te pierwsze wyprawy… Warszawa wyglądała tak jak ją pokazywałam przez wiele lat, w różnych krajach Europy. Morze ruin.
Pani się dziwi, że… To są wspomnienia, przez które zawsze trę te mokre miejsce w oczach, poruszają. Widziałam płaczące królowe, jak oglądały film o zniszczeniu Warszawy. Bo to już była inna moja rola, inne miejsce w Warszawie. Miałam przyjemność oprowadzać przynajmniej żony albo i głowy państw z żonami i widziałam łzy toczące się po policzkach, w Muzeum Historycznym. Wystawa o zniszczeniu i odbudowie Warszawy, która projektowałam, objechała… Zresztą scenariusz robiłyśmy z panią Grażyną, z moją asystentką z wydziału, a potem przyjaciółką, która do tej pory jest, ale ona przeszła inną drogę, bo ona przeszła Syberię. Miałyśmy polskie rodaków rozmowy. Już jako studentka i jako przyjaciółka spotykałyśmy się. Ona mi opowiadała o Syberii, o Kazachstanie, o ojcu, który zginął w Katyniu, a ja opowiadałam [o Powstaniu]. Stąd były żywe te wspomnienia. To, co dziecko zapamiętało z Powstania, dlatego nigdy nie zapadło to tak w zupełne zapomnienie.
W każdym razie styczeń, jak przyjechałyśmy, mama musiała zorganizować jakieś lokum, żeby przywieźć mnie. I ponieważ wuj został zastępcą starosty Mokotowa i zamieszkaliśmy na Mokotowie, na ulicy Willowej, […] ta część Mokotowa ocalała, podobnie jak ten budynek. Na szczęście dla warszawiaków, ale nie była to chwalebna rola tych budynków. W nich mieszkali po prostu oficerowie niemieccy, szczególnie gestapo upodobało sobie Puławską, mieli blisko na Szucha. Mieszkania były znakomite. W okresie międzywojennym przepiękna architektura z lat trzydziestych, wielkie mieszkania reprezentacyjne. Tak samo wyglądała Willowa, cała ta pierzeja Willowej ocalała. Zamieszkałyśmy. I mama [była] już w kontakcie z przyjaciółmi z Powstania, namówiono ją na wyjazd do Wrocławia. Tam zaczęło powstawać nowe życie i trzeba było… Tu była spokojna o dziecko, które było pod opieką ukochanej siostry, a tam młoda, dwudziestoośmioletnia wtedy kobieta, odważnie pojechała na tak zwane Ziemie Odzyskane. Myślę, że to był niezwykle dla mamy… Mam zdjęcia. Jest zawsze uśmiechnięta. To były młode osoby, nawet Miłosz o tym pisał. Entuzjazm po wojnie był tak silny, że zacierał najgorsze wspomnienia. Ludzie odnajdywali się, odnajdywali rodzinę, odnajdywali przyjaciół i o ile Warszawa to było jedno gruzowisko, gdzie nawet odnalezienie fragmentów piwnicy, jakiegoś domu, czy ocalałego piętra, wygrzebywanie z pod gruzów fotografii, jakiegoś małego przedmiotu, który ocalał, stłuczonej filiżanki, to były wyprawy. Wielkie wyprawy. No niestety w dużym stopniu [mieszkańców] wyprzedzali szabrownicy, tak że wiele rzeczy, które ktoś podejrzał, gdzie były chowane, nie odnaleźli. Ciocia nic nie odnalazła. Ale znalazły się po wojnie prawie bez niczego.

  • A jak mama z tatą się odnaleźli?

Przez PCK. Pierwsze wiadomości do mamy dotarły chyba pod koniec 1945 roku. Po prostu poszukiwał. Przede wszystkim ruszył się konsulat włoski, gdzie brat rodzony ojca pracował w izbie handlowej, włosko-polskiej. I w RAS-ie, czyli ta Riunione Adriatica di Sicurtà, oni się zwrócili, poszukiwali stryja, a stryj niestety nie żył. Zginął w czasie powstania. Po wojnie to pamiętam, bo już po powrocie ojca była ekshumacja z mogiły zbiorowej i jest pochowany teraz na Powązkach razem z ojcem. Babcia też była ranna. Babcia mieszkająca na Starówce została ranna i to bardzo przyspieszyło [odejście]. Umarła zaraz po wojnie, pod koniec 1945 roku. Nie była dobrze leczona. Stryj natomiast trafił do… Najpierw z ulicy ściągnęli go przyjaciele do domu na Freta, potem tam już nie przeżył. Nie wiemy dokładnie, czy był zastrzelony, dobity, bo to nie było rozstrzelanie, razem z pacjentami, z rannymi, z personelem szpitala Świętego Ducha czy w kościele garnizonowym. Potem już nikt z osób, które były przy chowaniu… nawet nie było nazwisk. Odnajdywali rodziny, odnajdywały po zachowanych szczątkach w tych zbiorowych mogiłach na Starym Mieście.

  • A czy pani sama była świadkiem w okresie Powstania zbrodni wojennych popełnionych przez Niemców?

To już zbrodnią było to, że rzucali pociski zapalające na obiekt chroniony przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Wszystkie obiekty szpitalne teoretycznie powinny być chronione. Sierocińce, zakony. Przecież główna mateczka przełożona, święta Ledóchowska, była w Wiedniu. To już było po niemieckiej stronie, nie były w stanie uchronić. Zresztą spłonął klasztor Szarytek. Zbrodnie… Nie byłam świadkiem, ale myślę, że chroniono nas po prostu, [świadkiem] rozstrzeliwań. Przynoszono tylko rannych z ulicy. Przynoszono.

  • Wspomniała pani też o kontakcie z żołnierzami radzieckimi. A czy oprócz Niemców i właśnie tych żołnierzy miała pani kontakt z przedstawicielami innych narodowości uczestniczących czynnie lub biernie w okresie powstania?

Nie. Z żołnierzami radzieckimi to już po wyzwoleniu Warszawy. Natomiast tutaj wyłącznie Niemcy i przychodzący kanałami Powstańcy.

  • A proszę jeszcze powiedzieć, u sióstr urszulanek panowała dyscyplina, ale czy pamięta pani, jak spędzała pani czas wolny, jeśli możemy o takim mówić.

Siostry prowadziły zajęcia. To była ochronka, więc były zajęcia szkolne. Większość tych sióstr była wykształcona, miała studia skończone, one były zawodowymi nauczycielkami. Poza tym urszulanki tym się charakteryzują, że to jest taki zakon bardzo działający wśród ludzi. To nie jest… One nawet w swoim stroju są bardzo skromne. Wystarczy spojrzeć, tam koło pana jest zdjęcie, leży chyba pod misiem, mateczki Szczepańskiej. Uśmiechnięte, skromniusieńkie, w czepeczkach z białym tylko rąbkiem. To co fascynowało, to biel ich rąbków w czepeczku. I szare fartuszki. One były takie mróweczki, takie boże robotnice. Zresztą nie pamiętam żadnego momentu surowości z ich strony. Były same pogodne, ciepłe i pomagały nam, chroniły przed wszystkim, Czasem dzieci są krnąbrne, wyrywały się spod opieki, to ciekawość tego, co dzieje się na ulicy. Na pewno nie było łatwo utrzymać dzieci takich jak ja. Byłam zawsze ciekawa, chowana wśród dorosłych, więc chciałam uczestniczyć w tym wszystkim, ale mama chroniła. Poza tym lęk o mamę. Jak one biegały zbierać rannych czy przynosiły, to drżałam i dopiero jak widziałam, że wraca. Stąd te msze poranne i wieczorne były bardzo ważne dla nas.

  • Wspomniała pani, że wielką miłością są książki, a czy w tym okresie u sióstr urszulanek były jeszcze jakieś formy życia kulturalnego?

Nie. Była cisza, która obowiązywała z wielu względów, bo szacunek dla rannych czy chorych w szpitaliku. Chyba byłyśmy prowadzone w sposób taki, że potrzebny był… Nawet chore dziewczynki, takie jak Antolka, ta słabsza, która była rozkapryszoną pannicą, bo chowana w dobrych warunkach, mimo tej choroby, która dopadła ją chyba w 1943 roku, tak że to nie była [lekka choroba], nie było wtedy szczepionki jeszcze. Tak że to i tak był cud, że miała jeszcze jedną nóżkę. Zresztą potem zaczęły się gehenny dla niej, prawdopodobnie o tym opowie, ile przeszła operacji tuż po wojnie i kiedy to… Ale wtedy była po prostu mało ruchliwą, a ponieważ była moją przyjaciółką, więc ja też byłam przy niej. I ta przyjaźń przetrwała bardzo [długo]. Chodziłyśmy razem do szkoły. […]

  • A jeszcze zanim przejdę do okresu już powojennego, to gdyby pani miała powiedzieć, jakie było najgorsze wspomnienie z Powstania?

Najgorsze… Ten pierwszy moment biegu, ucieczki z Nowego Światu to nie był dla mnie [najgorszy]. Był dla mamy na pewno ciężki, bo dziecko po ciężkiej chorobie mogło nie wytrzymać takiego biegu, a o tym żeby wzięła mnie na ręce, to było za trudne. Już miałam pięć lat, a ona była drobniutką, szczupłą osobą. Myślę, że to co utkwiło w pamięci, to ten ranny z odsłoniętym mózgiem. Tego nie zapomnę nigdy… Lęk o mamę, biegającą za każdym razem. One cały czas były w akcji, Nie nazywały się sanitariuszkami, bo one nie należały, nie miały żadnych… Nawet przyjście chłopców z AK z Czerniakowa to była radość. To była wiadomość, że żyją. Tak że to nie był dramatyczny moment dla dziecka. To była ciekawość. Dziecko jest ciekawe przede wszystkim.

  • A najlepsze wspomnienie? Czy jest takie?

Z okresu samego Powstania? To najlepsze to chyba właśnie sam nastrój, który panował w ochronce. Ciepło, ludzkie ciepło, które tam panowało. Odwaga księdza, śpiewy, odprawianie mszy. I to utkwiło we mnie na całe życie. Trudno, nie można mieć dobrych, poza wiadomościami o tym, że ktoś żyje, że toczą się walki. Dochodziły też wiadomości o chwilowych zwycięstwach Powstańców, ale to były momenty radości, które też nie pozwalały na… Jeden był chyba moment, kiedy wybiegliśmy na ulicę, bo była nadzieja, bo Niemcy się wycofali, bo koncentrowali się w Śródmieściu, wokół PAST-y, tam gdzie tracili pozycje. To były takie momenty, kiedy na Tamce panował względny spokój. Przyjemne… Mnie się wydaje, że zostawiło… Zawsze coś pozytywnego w walce jest. Pozostawia przyjaźnie, pozostawia nieprawdopodobny podziw dla matki, nieprawdopodobny. I wielka miłość, która przetrwała do jej wczesnej śmierci i może to wywołuje to załamanie się głosu. Ale potem nastąpiły chwile, które… To też dało Powstanie. Właśnie te przyjaźnie przerodziły się w późniejszą chęć odbudowy. Wiem, że już jako troszkę większa dziewczynka, zresztą poszłam do szkoły od razu w lutym.

  • A gdzie pani się uczyła?

Na Puławskiej, mieszkając na Willowej z ciocią wtedy, bo mama pojechała sama na Ziemie Odzyskane. Państwo Kowalscy też pojechali tam, bo w Warszawie nie mieli kogo szukać, będąc pochodzenia żydowskiego. Nikt nie przeżył z ich najbliższych osób, oni cudem przetrwali, więc nie mieli czego szukać w Warszawie i dlatego wyjechali w pierwszych dniach po wyzwoleniu, czyli już w kwietniu, po upadku Berlina, po kapitulacji Niemiec. Ale też wtedy dużo ludzi wyjeżdżało przez zieloną granicę. Wrocław przyciągnął, Wrocław był kontynuacją jakby tych wojennych przyjaźni. Mama zamieszkała na Karłowicach i to był taki… Oni wszyscy byli dość młodzi. Rodzice Antolki byli trochę starsi, ale to trzydzieści parę lat, to jeszcze byli młodzi ludzie. Oni zaczynali wszystko organizować i to było dla nich wspaniałe.

  • A kiedy mama powróciła?

Mama, jak tylko można było ruszyć, ale ja pierwsze miesiące zostałam z ciocią. W lutym poszłam do szkoły, bo na Puławskiej, ponieważ przetrwały budynki przy Puławskiej, powstała prywatna szkoła pani Zawadzkiej. I ona też się wiąże… Wspominam, ale… Mam przyjaciółkę, przyjaźń nasza przetrwała właśnie od tej drugiej klasy, bo poszłyśmy do drugiej klasy. Miałam 6 lat, niecałe, jeszcze nie miałam 6 lat i poszłam od razu do drugiej klasy. Bo dzięki chorobie znakomicie czytałam. Pisałam gorzej, ale to mi zostało. Bazgrzę, nie robię błędów, ale bazgrzę okropnie.

  • A potem jak potoczyła się pani edukacja?

Potem to już chodziłam w kratkę. Bo potem jak mama znalazła pracę we Wrocławiu… Pierwsza praca to była… Założyli redakcję Czytelnika. To zabawnie brzmi w tej chwili, ale właśnie państwo Kowalscy, potem pani Szymańska, która nie tak dawno umarła, która była instytucją koło Sejmu… Była instytucją, chyba rok temu zmarła. […]
  • Chciałam zapytać jeszcze o pani edukację. Wspomniała pani o przygotowywaniu już później wystawy dla Muzeum Historycznego. Chciałam zapytać o szkołę średnią, studia…

Szkoła podstawowa to była w kratkę, bo byłam przez jakiś czas wrocławianką. Tak że mam świadectwa jeden rok w Warszawie, jeden rok we Wrocławiu. Pod koniec 1946 roku wrócił ojciec z Niemiec, zamieszkał we Wrocławiu z mamą. Już mama tam mieszkała, więc wyremontowali drugą połowę bliźniaka i wydawało się, że nareszcie osiedli, po tylu latach, razem. W 1947 toku urodził się mój brat. I to były lata tam, myślę, że raz, że też więzi takich… Jeżeli pokażę zdjęcia potem, z tego pobytu… Moje przyjaźnie były zawsze entuzjastyczne, dlatego że dom był przyzwoity, duży i rodziny, które się przyjaźniły, czy przed wojną i odnalazły tam na tych ziemiach odzyskanych, czy poznały się w trakcie tworzenia jakby Wrocławia, przyjaźnie, nie pamiętam, żeby z okazji jakichś imienin czy świąt… Święta były zawsze na zmianę, któraś rodzina organizowała. Przy stole siadało dwadzieścia osób. To było normalne. Na szczęście ocalały porcelany, których nie zdążyli wywieźć Niemcy, i na targach [można było kupić], bo część wywozili szabrownicy, ale coś tam zostało w domach, trochę zostało rzeczy, nie ma co się łudzić. Były to poniemieckie rzeczy, niemniej jednak były.

  • Ale państwo potem wróciliście do Warszawy?

W 1950 roku. Pod koniec 1950 roku. To była jedna ze smutnych historii, dlatego że potem narastał… To pamiętam z moich pobytów wrocławskich. Były momenty przyjemne, komunia u franciszkanów. Ale naprzeciwko kościoła u franciszkanów na ulicy Kasprowicza była komenda radziecka. Mama wracała z centrum… Dojeżdżały pierwsze tramwaje albo jakieś okazje takie… Wbrew pozorom odrodzenie miasta zaczyna się od arterii. Arteria to jest komunikacja, Wrocław miał niesamowitą komunikację miasta i pierwsze, co zaczęto, to remontować tramwaje, jakikolwiek transport samochodowy. Samochodów nikt nie miał wtedy. Pan Kowalski miał jeden z pierwszych, jakiegoś takiego opla kadeta chyba. Taki, którym jeździł zresztą chyba cały czas swojego zamieszkania we Wrocławiu, zabawnego takiego, z lat trzydziestych czy dwudziestych, takiego z trąbką. Mama z pętli tramwajowej musiała [wracać] na piechotę, to było około półtora kilometra przez Kasprowicza, i przechodziła przed komendą. To nie było… Ci biedni żołnierze, bo ja nazywam ich biednymi w końcu, bo oni byli wiecznie pijani. I drżałam o każdy mamy powrót do domu, jak byłam we Wrocławiu. W Warszawie było spokojniej, w Warszawie była entuzjastyczna atmosfera odbudowy, ale tam to mieszkanie w dobrych warunkach wiązało się też z ciągłym lękiem. Mama wracała późno.
Ale właśnie to, co zawsze ze wzruszeniem wspominam, że pierwsza rzecz, o której ludzie myślą w takich chwilach, to redakcje, politechnika i uniwersytet, i zaczęli przypływać profesorowie z Lwowa, z Warszawy. Szwagier mamy przyjechał do Wrocławia, ale od razu wyjechał do Dzierżoniowa, bo przecież trzeba było konstruować radioodbiorniki. I po prostu to już jest dzieciństwo, ale to dzieciństwo nie jest nieszczęśliwe. Miałam chwile lęku, szkoła była też w takiej starej niemieckiej szkole i była dobrze zorganizowana. Mama dbała o to, żebym przede wszystkim uczyła się języków. Jak tylko przyjeżdżałam, to miałam prywatne lekcje francuskiego i angielskiego. Dbano o to, żeby jak najmniej… żeby zatrzeć dzieciom przynajmniej…

  • Jak państwo wróciliście do Warszawy, to zmierzamy już do tych czasów studiów…

Tak. Powrót do Warszawy był o tyle trudny, był wymuszony lękiem, który narastał po 1949 roku. Atmosfera we Wrocławiu zaczęła być bardzo niepewna. Niektórzy, którzy nie mieli do czego wracać, zostawali. Mama, która miała ukochaną siostrę jako oparcie, tęskniła za nią bardzo. Poza tym mały Mikołaj, o ile na początku łatwiej było o jakąś pomoc, to już potem trudniej się zaczęło. Zaczęły się trudne [czasy]. Ojciec nie był partyjny.

  • A gdzie tata pracował po wojnie?

Po wojnie miał wiele zleconych projektów, tak że te pierwsze lata po przyjeździe… Przyjechał w końcu 1946 roku. Brat się urodził dosłownie zaraz, ku krytyce rodziny, bo ojciec wyjechał, przyjechał bardzo wyniszczony i że to dziecko będzie napiętnowane takim… Ale byli młodym małżeństwem i w końcu… To też była radość. Jakieś spotkania. Ojciec pracował, robił projekty i pracował przy odbudowie fabryki wodomierzy we Wrocławiu. Browar wrocławski odbudowywali. Pamiętam to, bo z okazji różnych świąt czy imienin przyjeżdżały całe skrzynki piwa. Bo to wszystko rusza, życie rusza w zabawny sposób, ale czasem zupełnie nie raz nieracjonalny.

  • A w Warszawie?

W Warszawie było o tyle spokojniej. Byliśmy, mieszkaliśmy w domu, który został zasiedlony przede wszystkim przez urzędników państwowych, lekarzy, tak że to nie… Na ulicy Puławskiej te domu, w których w czasie okupacji mieszkali Niemcy, zostały oddane przedstawicielom rządu polskiego. Tak że to zaczęła być dzielnica taka elitarna. Na pewno dobrze chroniona, tak jak teraz myślę, ale nie wiem, bo do czasów pójścia do liceum byłam odprowadzana do szkoły przez ciocię. Nigdy nie miałam swobodnych takich… Nie byłam dzieckiem z kluczem na szyi. Rozpieszczano mnie. Może chcąc zrekompensować. Brat chorował stale, więc musiał jeździć na kurację do Rymanowa. Jego życie się wiąże, dzieciństwo, z Rymanowem. A ja taka z tą moją kratką. Kratka była o tyle ciekawa, bo przyjeżdżałam i szkoły były… Zmieniał się nastrój w szkołach. Bo chodziłam do szkoły, w której było… Już nie mówię o prywatnej szkole, z której mam przyjaźnie, które dotrwały do dzisiaj. Ale tamte różne, osiemdziesiąta piąta, Benito Juáreza, potem była, chodziłam przez jakiś czas do RTPD i się zmieniały nastroje. To dziecko przeżywa. Raz dzieci żydowskie musiały wychodzić z klasy, bo były lekcje religii, potem odwrotnie. To do nas docierało. Mama była w trójce klasowej. Po przyjeździe już w 1950 roku, jak przyjechaliśmy na stałe do Warszawy, mama od razu, ponieważ była młodą i energiczną osobą, została wybrana do trójki klasowej rodzicielskiej. I wiem, bo jeszcze miałam gdzieś pisma, które pisała, w obronie nauczyciela, który nie wstawał, bo śpiewano jakąś sowiecką piosenkę, jakiś hymn… Albo z kolei… I to musiała ta trójka klasowa interweniować. Na szczęście, tak jak powiedziałam, bo ja wiem, na szczęście.. Bo to mi potem zaważyło na moich dalszych losach… Tam chodziły różne dzieci. Dzieci prostych mieszkańców i dzieci elity politycznej i kulturalnej. Pamiętam mamy akcje. Chodziłam do szkoły z Maszą Piotrowską. Jej matka Rosjanka była towarzyszką Ludwika Perskiego. I mama zawsze starała się, będąc osobą absolutnie niezaangażowaną politycznie, ale potrafiącą, mającą niesłychaną umiejętność nawiązywania kontaktów z ludźmi, była zawsze… Starała się być w trójce po to, żeby chronić. Żeby do dziecka, które przeżyło wojnę, nie docierały takie konflikty polityczne, a w każdym razie nie taka ich drastyczna forma. I tak musiałam wysłuchiwać, ponieważ nasze mieszkanie na Willowej było dużym mieszkaniem, to stało się też takim kołchozem, punktem przejściowym dla rodziny, znajomych. Stale jacyś przyjeżdżali kuzyni, znajomi i dziecko wysłuchiwało wszystkich opowieści.

  • A proszę powiedzieć, bo powolutku będziemy zmierzać do końca, gdzie pani studiowała i jak wyglądało życie zawodowe?

Liceum skończyłam znakomite, Narcyzy Żmichowskiej. Mama była zadowolona, bo kiedyś poszła, jeszcze przed śmiercią dziadka, bo potem musiała… Zmieniły jej się losy po śmierci dziadka, bo już była chowana przez starsze siostry i bardzo była szczęśliwa. Trudno mi się było dostać, bo byłam dwa lata wcześniej. Mimo że byłam dobrą uczennicą, nawet bardzo dobrą, to co roku mama musiała występować o zgodę, żebym przeszła do następnej klasy. Mama sama wyglądała jak dziewczynka, więc egzamin wstępny do… Całe życie bez przerwy byłam egzaminowana, dlatego że i z klasy do klasy, do liceum musiałam zdawać egzamin. Mamy potem śmiały się, bo mama była drobna jak dziewczynka i jak podglądała mój egzamin wstępny, to któraś z profesorek, zresztą one mi opowiadały, pociągnęła ją za włosy: „Dziewczynko! Nie wolno podglądać!”, ona mówi: „Ja jestem mamą!”. Zresztą nasze stare profesorki w liceum nigdy nie mówiły do nas per „ty”. Panna, panienka… Dziewczynki to już było bardzo pieszczotliwe.
Poszłam do liceum w 1951 roku. W okresie najgorszego… To znaczy nie. Jeszcze pierwszy rok był… Śpiewałyśmy i wisiały krzyże w klasach i śpiewałyśmy: „Kiedy ranne wstają zorze” i „Dzięki Ci, Panie, za Twe hojne dary” na zakończenie lekcji, a potem zaczęło być gorzej. 1952 rok już był niedobry. Narastał już taki ostry stalinizm. W domu były rozmowy, przychodziły przyjaciółki mamy, bo a to mąż siedział w celi śmierci… Chodziłam do liceum z taką miłą panną, której dziadek był jednym z tych oficerów, którzy bez wyroku… Oddano żonie tylko zegarek… Nawet dokumentów chyba nie oddano. I o tym już wiedziałyśmy, bo już dziecko dwanaście lat czy trzynaście to o tym wszystkim wie. Zaaresztowano naszą wicedyrektorkę, panią Landy, która była członkiem AK. Za AK ją aresztowano. Pędzono nas na pochody pierwszomajowe jako przodownice nauki. Ja byłam małym „i”, a córka jednego z ministrów była dużym „I”, taka dorodna Litwinka, o dwie klasy ode mnie starsza. Wszyscy mówią: „Nie powinnaś się przyznawać”, ponieważ byłam najmniejsza w szkole, to dostąpiłam zaszczytu, w czasie pochodu pierwszomajowego, żeby mnie podniesiono na ramionach i wręczyłam bukiet róż towarzyszowi Bierutowi. Powinno się może nie wspominać, ale to trzeba wspominać, bo to też to dziecko przeżywało wszystko. Bo to już nie było dziecko, bo mam korespondencję z tego okresu, na zeszytach nabazgraną. Dyskutowałyśmy na temat Arystotelesa i o bardzo poważnych rzeczach. Miałyśmy wspaniałe profesorki.

  • A studia?

Potem na studia poszłam już… Pozornie niewybrana. Może to Powstanie mnie tak przygotowało, że zawsze z przeszkodami mieć tor, bo jako jedna z sześciu w liceum miałam dyplom, znaczy więcej dziewczynek miało, ale miałam z matury same piątki, od góry do dołu. Aż wstyd. Nudna taka matura.

  • A jak to się stało, że później właśnie pani projektowała tę wystawę dla muzeum?

Poszłam na Wydział Architektury. Jedyny wydział, na który musiałam zdawać trzydniowy egzamin. Ale to było jakieś takie… Stryj był architektem i to mnie zafascynowało. A potem szła na architekturę moja najlepsza przyjaciółka. Dostałam się na wydział. Może gdybym się nie dostała, to inaczej by się potoczyły moje losy. Skończyłam Wydział Architektury i zostałam jako asystent na wydziale. Wkrótce potem wygraliśmy międzynarodowy konkurs w Wenecji. To jeszcze mi przybliżało. Oprócz stryja, który mówił świetnie po włosku i który chował mnie w kulcie dla opery włoskiej, w ogóle dla Włoch.

  • A ta wystawa?

Potem wyjechałam do Włoch, bo zrobiliśmy projekt. Po konkursie byliśmy zaproszeni na zrobienie projektu i to był zespół z Katedry Urbanistyki. Potem pracowałam jeszcze. Między innymi robiłam odbudowę Torunia i takie projekty sanacji, w rocznicę kopernikowską. I potem, ponieważ zostałam zwolniona… Muszę o tym powiedzieć, bo to jest też historia, to dziecko powstańcze. Zostałam zwolniona z wydziału, ponieważ miałam kontakty z dyplomatami. Byłam zapraszana po prostu po tym konkursie, bywałam w ambasadach, jeździliśmy do Włoch, więc zaprosił mnie pan rektor i powiedział, że poproszono, żebym przestała prowadzić działalność dydaktyczną i że niestety muszę odejść z politechniki. To był moment trochę trudny. Trzy miesiące bałam się, że nikt nie będzie chciał zatrudnić osoby zwolnionej przez Urząd Bezpieczeństwa. No ale nie, jednak więzy przyjaźni, zaufanie… Trafiłam do biura naczelnego architekta, „pod blachę”. Najpierw na krótko, jako inspektor, a potem zostałam kierownikiem oddziału architektury. Właśnie jako kierownik oddziału architektury z panią Grażyną Lubą zrobiłyśmy… Miasto dostawało zaproszenia. Najpierw dostało zaproszenie w siedemdziesiątym piątym roku, bo miasto [niezrozumiałe] przyznało nagrodę miastu Warszawa za odbudowę i za ochronę zabytków. I tutaj się znalazłyśmy w doborowym [towarzystwie], bo z przewodniczącym Komisji Sztuki Eklezjastycznej we Włoszech i w takiej doborowej… Ale te premie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku otworzyły drogę do zaproszeń na wystawy o Warszawie. Wystawa pod tytułem: „Warszawa wczoraj i dziś” była prezentowana w kilku miastach włoskich, a potem już ostatnie moje prowadzenie wystawy to było w Helsinkach i w Sztokholmie. Były organizowane „Dni Warszawy”, przez urząd miasta, na zaproszenie burmistrzów miast, stolic. Z tym że we Włoszech była organizowana przez Towarzystwo Włosko-Polskie i jedna z takich bardziej znaczących była w Cassino, stąd była i oficjalna wizyta.

  • Więc tak wystawa rzeczywiście się odbiła szerokim echem.

Tak. I wzruszała. Potem ostatnią o Warszawie robiłam w 1979 roku… W 1980 roku były Helsinki i potem w następnym roku Sztokholm…
  • Czyli dzięki pani również Europa zobaczyła, jak wyglądała Warszawa…

To była duża praca. Dyrektor późniejszy, w zasłużony, mimo że czasem też, tak jak wszystkie osoby, które coś robią, spotykają się i z krytycznymi… Zastępcą dyrektora Wydziału Kultury w urzędzie był Waldemar Dąbrowski, późniejszy minister, dyrektor Instytutu Kinematografii, i te „Dni…” były po prostu dobrze zorganizowane. Szczególnie te Helsinki, Sztokholm, to nawet chyba do Sztokholmu pojechał ówczesny prezydent miasta Jerzy Majewski. Powiedział, że był bardzo szczęśliwy, bo były to bardzo piękne dni. To były koncerty, tydzień „Dni Warszawy”. I zawsze wzruszał. Udało mi się wypożyczyć z Muzeum Historycznego jedną kopię filmu „A jednak Warszawa” i to wywoływało zawsze [wzruszenie].
A poza tym miałam cudowne zdjęcia. Mam gdzieś jeszcze materiały, jeszcze znajduję scenariusz, ale to… To też jest dokument, który [może znaleźć się] w Muzeum Powstania Warszawskiego. Bo to, co się odradzało, to też było… I mam zdjęcia bardzo piękne, jeszcze z archiwów, już nieżyjących fotografików, którzy… Nie było takich łatwych metod robienia. Robiliśmy ogromne fotogramy ze zdjęć na szkle, z negatywów szklanych… Proszę sobie wyobrazić widok Warszawy Kozerskiego, jedenaście metrów długości, taką panoramę prezentowałam. To wspaniałe były dni. I drugie takie zbliżenie Włochom ich rodaka, który nie miał szansy na działanie we [Włoszech], to był o Corazzim. Corazzi, który najwięcej stworzył w Warszawie. Tak że jak teraz przyjeżdżam, udało nam się jeden budynek z moim włoskim partnerem zawodowym zbudować, to on zawsze się cieszy, bo mówi, że tylu… rodzin włoskich – mu tłumaczę – było wiele. Krakowskie Przedmieście jest pełne włoskich nazwisk, Łazienki czy… Ale to te moje trzydzieści lat Włoch, bo ja trzydzieści lat jestem we Włoszech.


Warszawa, 7 lutego 2013 roku
Rozmowę prowadziła Maria Zima

Zobacz także


strzelec, łącznik

Lech Gade „Leszek”

Nazywam się Lech Gade, mieszkam w Australii. Jak wyglądało pana życie przed wojną? Przed...

więcej
cywil

Barbara Piotrowska

Nazywam się Barbara Piotrowska. W czasie Powstania i w czasie całej wojny mieszkaliśmy na Żoliborzu na ulicy...

więcej
cywil

Ryszard Czarnecki „Ryś”

Ryszard Czarnecki urodzony w 1930 roku. Proszę nam powiedzieć parę słów o domu rodzinnym i...

więcej
cywil

Andrzej Smorawiński

Nazywam się Andrzej Smorawiński. W dniu rozpoczęcia Powstania mieszkałem na ulicy Chmielnej 68, w mieszkaniu na...

więcej

Lucjan Noiszewski

Lech Gade „Leszek”