Klementyna Salomea Brudzyńska „Lusia”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Klementyna Salomea Brudzyńska, urodziłam się 23 lutego 1922 roku. Mój pseudonim to „Lusia”.

  • Proszę powiedzieć coś na temat swojego domu rodzinnego, skąd pani pochodzi?

Urodziłam się we wsi Olszyny, gmina Załuski wtedy to był powiat Płońsk. Do szkoły powszechnej uczęszczałam w swojej wsi Olszyny, potem do szkoły w Szczytnie, w Kroczewie. Wreszcie dwa lata przed wojną byłam w gimnazjum w Płocku, w Żeńskim Gimnazjum Reginy Żółkiewskiej. To znaczy do wybuchu wojny ukończyłam tam dwie klasy i niestety 1 września, kiedy wybuchła wojna, z wielkim smutkiem przyjęłam te wiadomości o wybuchu wojny, o mobilizacji, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że już do szkoły mojej nie wrócę.

  • Czy pani rodzice prowadzili gospodarstwo rolne?

Tak, moi rodzice mieli gospodarstwo wobec tego jesień upłynęła nam, mnie i moim siostrom na pomaganiu rodzicom. Przypominam sobie, jak podczas zbierania zbóż jesienią te straszne samoloty obserwowało się, które zdążały z atakami na Warszawę. I tak to było do Bożego Narodzenia, kiedy przed Bożym Narodzeniem dowiedzieliśmy się, że do kilku, dosłownie pięciu rodzin naszej wsi przybędą goście w postaci niemieckich kolonistów. To byli ludzie, którzy gdzieś tam na wschodzie mieli po parę, po dwa, po trzy hektary i postanowiono ich przenieść do naszej wsi, żeby mieli większe gospodarstwa.

  • Na wschodzie, rozumiem, to jeszcze na terytorium Polski mieszkali?

Tak, to byli ludzie, którzy mieszkali na terenie Polski. Nie pamiętam...

  • Jakie były pierwsze relacje między nimi?

Akurat tak się trafiło, że przyjechali ci ludzie, przypuszczam, że to były już podwody wysłane, żeby ich przywieźć z jakiegoś punktu od kolei i to był dzień wigilijny. W 1939 roku w dzień Wigilii przyjechali do nas Niemcy, rodzina niemiecka składająca się z sześciu osób – rodzice, krewna tej pani i troje dzieci. Na początku relacje się układały w ten sposób, że mój ojciec dalej prowadził gospodarstwo, a oni byli tylko naszymi współlokatorami. Oczywiście gotowaliśmy razem jedzenie i oni się żywili i ojciec im zaproponował jakąś kwotę, nie umiem powiedzieć, jaka to była kwota, żeby mieli na swoje wydatki. Tak to trwało do roku 1940, jakoś do późnej jesieni, nie pamiętam dokładnie. Natomiast pamiętam dobrze, że wtedy zajmowałam się jesienią [przez] długi okres kopaniem ziemniaków razem z różnymi innymi ludźmi. Sporo mój ojciec miał hektarów, więc to kopanie trwało bardzo długo, chyba koło trzech tygodni. Niewiele jeszcze wtedy maszyn [było], kopało się ręcznie. Ja i moja młodsza siostra wraz z tymi ludźmi, z tą jedną Niemką, która brała w tym udział i z ludźmi jeszcze, których się wynajmowało, i z naszymi pracownikami, bo była wtedy u nas rodzina z Kielc czteroosobowa, która pomagała moim rodzicom, to jeszcze to kopanie odbywało się w moim domu. Potem pewnego dnia Niemiec kolonista powiedział, że wyszło nowe zarządzenie, że Polacy nie powinni mieszkać razem z Niemcami pod jednym dachem. Wobec tego my musimy się wyprowadzić.

  • I mieliście państwo gdzie się wyprowadzić?

Wyprowadzaliśmy się wtedy, jak rozeszła się wiadomość, że do naszej wsi przyjechali koloniści, zresztą do następnej wsi Słotwin także przyjechali. Wtedy mój wuj mieszkający w tej wsi Słotwin przyszedł do nas i powiedział: „No to możecie do mnie przyjechać, sprowadzić się”. Więc jeszcze własnym wozem i końmi Niemcy nas wywieźli tam do tej drugiej wsi. Tam dostaliśmy pokój, mogliśmy zabrać łóżka, szafę pamiętam też zabraliśmy i dostaliśmy jedną krowę, wolno nam było zabrać jedną krowę. I to się zaczęła już taka dola tułacza nasza.

  • Czyli z gospodarstwa już nie mogliście zupełnie korzystać, z żadnych sprzętów ani z ziemi?

Nie. Nie było nam to już potrzebne, bo to już nie należało do [nas]... I był taki smutek, że w 1939 roku, właściwie w 1938, jesienią został posadzony sad taki spory. Między drzewami − jabłoniami, gruszami, posadzone były maliny, które za rok właśnie owocowały i to wszystko zaczęło owocować i to wszystko się z żalem wielkim zostawiało.

  • Czym się pani zajmowała?

Wtedy zima była i niczym się nie zajmowałam.

  • Jakie pani miała środki na utrzymanie?

Wtedy dostawaliśmy jedzenie od mojego krewnego, dawano nam żywność, ale już potem w roku 1941 zaczęły się wezwania, młodzież dostawała karty wzywające ich do stawienia się w gminie i wiadomo było, że to są związane z tym wyjazdy na prace do Niemiec. Wtedy moi rodzice i ja, zresztą już nie byłam taką bardzo młodą dziewczyną i rozumiałam, że coś trzeba z tym fantem zrobić, wobec tego zaczęło się szukać kontaktu – kto by przeprowadził mnie do Generalnej Gubernii, bo tereny na których ja się urodziłam zostały przyłączone do Rzeszy. Granica między Generalną Gubernią a terenami przyłączonymi do Rzeszy to biegła gdzieś pod Legionowem i należało tą granicę przekroczyć, po kryjomu oczywiście, więc wtedy ludzie także handlowali nielegalnie i przekraczali tą granicę. Moja mama miała znajomą, która zechciała zaopiekować się moją osobą i przeprowadzić mnie przez tą granicę do mojej rodziny w Warszawie. I tak znalazłam się w Warszawie. Oczywiście, że w tamtym czasie się niczego nie uczyłam, bo gdzie?

  • Czy miała pani jakieś dokumenty tożsamości? Udało się pani wyrobić jakieś dokumenty, żeby się poruszać po Warszawie?

Nie pamiętam.

  • Przez cały okres okupacji?

A nie, przez cały okres to zaraz powiem, jak to było. Znalazłam się u tej mojej rodziny i moja krewna pomyślała, była tak szlachetną osobą, że pomyślała, że trzeba coś z moją szkołą zrobić, ja się powinnam uczyć. Wtedy od września zapisała mnie, zgłosiła mnie do szkoły, miałam dwie klasy ukończone, więc do gimnazjum. Trafiłam do Gimnazjum imienia Kochanowskiego. To było II Miejskie Gimnazjum imienia Jana Kochanowskiego. Ono miało piękny nowy gmach wybudowany, ale niestety już Niemcy ten gmach zajęli. Jak do tej szkoły trafiłam to już lekcje odbywały się nie w tym gmachu tylko raz odbywały się na początku w gimnazjum męskim. Chłopcy chodzili do południa, a myśmy chodziły po południu. To było na Foksal chyba. Potem lekcje się odbywały na Śniadeckich, a wreszcie na Nowogrodzkiej 26. To pamiętam doskonale, już te pomieszczenia na Nowogrodzkiej, pamiętam, widzę te klasy.
Ukończyłam to gimnazjum, najpierw mała maturę, a potem dwie klasy jeszcze było liceum, bo taki był wtedy system szkolny, że była mała matura i liceum. Nasza matura powinna się odbywać na przełomie roku 1944/1945 to by były dwa lata, ale ponieważ nasza dyrektorka zdawała sobie pewnie sprawę z tego, że w tym okresie mogą wystąpić jakieś zakłócenia, nie będzie tego można tak ciągnąć, wobec tego pamiętam, że skrócono nam. Właściwie ten okres mojego liceum nie trwał dwa lata tylko półtora roku i na tydzień przed wybuchem Powstania składałyśmy maturę.

  • Ta matura miała charakter tajnych kompletów, tak?

Tak. Wiele razy było... Nasza szkoła nazywała się farbiarska...

  • Miała charakter szkoły zawodowej?

Tak, [charakter] szkoły zawodowej. Raz w tygodniu tam jakieś zajęcia miałyśmy. W trakcie tej szkoły, pan mnie pytał o dokumenty, ja na przykład miałam dokumenty, ponieważ miałam długą przerwę, prawie dwa lata chyba nie chodziłam, nie byłam już w wieku szkolnym i nie mogłam chodzić z legitymacją szkolną. Więc miałam przez szkołę moją [załatwione] jakieś fałszywe dokumenty, że pracuję. Gdyby mnie Niemcy gdzieś legitymowali, to wykazywałam się tymi [dokumentami], że idę do pracy czy wracam z pracy. Cały czas byłam na fałszywych dokumentach.

  • A jak pani zdobyła te fałszywe dokumenty?

Szkoła mi to wyrabiała. Szkoła również, czyli moja świętej pamięci dyrektorka [pani Maria Rościszewska], osoba bardzo zacna roztaczała nade mną taką jakby opiekę. Na przykład w jakimś momencie powiedziała do mnie: „Pójdziesz do pani... Zofii Zbyszewskiej”, która uczyła nas historii [...]. Uczyła historii, ale jednocześnie prowadziła drużynę harcerską. „Pójdziesz i zapiszesz się do harcerstwa”. No jak mi tak powiedziała pani dyrektor w takich czasach, to ja oczywiście poszłam i to zrobiłam. Chociaż być może, że to było jakieś spełnienie moich marzeń, bo na wsi nie było harcerstwa, nie przypominam sobie, a w tej szkole – w gimnazjum w Płocku, też jakoś nie trafiłam na takie możliwości.
Więc oczywiście byłam w harcerstwie. Być może to już było w okresie, kiedy było to liceum, może trochę wcześniej, kiedy myśmy miały bardzo dużo zajęć i wtedy, nie brałam udziału w takich akcjach harcerskich. Zbiórki, jeśli się odbywały to były przed lekcjami, przed ósmą gdzieś, bardzo wcześnie rano jakaś zbiórka się odbyła, coś nam przekazywano. Tak że nie byłam w to życie drużyny tak wciągana, a to dlatego że, zresztą nam to powiedziano: „Musicie się skupić na tym, żeby przygotowywać się do matury, bardzo zależy [nam] żebyście ten materiał zdążyły przerobić”. I tak też to się odbywało.
Głównie moje wysiłki polegały na tym żeby się uczyć, uczyć, uczyć. W jakimś momencie ktoś przyszedł do szkoły i potrzebował coś w rodzaju korepetycji, więc wtedy moja zacna dyrektorka mnie wysunęła, że może ja bym się tym zajęła. W ten sposób znalazłam się u rodziny obcej zupełnie, już nie mieszkałam w Warszawie blisko hali Mirowskiej na placu Mirowskim u mojej cioci, ale przeprowadziłam się na Puławską daleko i mieszkałam u ludzi, których córka chodziła do mojego gimnazjum, również to gimnazjum Kochanowskiego. Z tym że ci państwo, i matka dziewczynki i ojciec, bardzo późno wracali do domu, bo pani pracowała, wiem, że w ratuszu miała jakąś posadę, a pan... nie wiem nawet co robił, ale bardzo późno do domu [wracał]. Moim zadaniem było, żeby dziewczynka odrabiała lekcje. Nawet nie trzeba było jej tak pomagać.

  • Ale to znaczy to było pilnowanie?

Znaczy opieka, skłanianie jej, żeby ona, kiedy przyszłyśmy do domu po lekcjach, żeby się zajmowała lekcjami, uczeniem się, a nie spotkaniami się z koleżankami czy kolegami. Za to dostawałam jakieś drobne pieniążki, nie pamiętam, nie umiem powiedzieć ile, i jedzenie. Bardzo miłe zresztą stosunki były.

  • Była pani już w harcerstwie?

Byłam w harcerstwie.

  • Rozumiem, że przez harcerstwo trafiła pani jakoś do konspiracji?

Właśnie. Będąc w harcerstwie nie brałam udziału w zajęciach harcerskich, ale zatroszczono się o to żebyśmy kończyli kurs sanitarny. Na to się czasem zbierałyśmy tak wcześnie rano, żebyśmy to mogły załatwić. Ktoś przychodził nas uczyć robienia opatrunków czy zastrzyków, nie pamiętam dokładnie, kto to robił. Natomiast pamiętam bardzo dobrze, że byłam na kursie w szpitalu i to był Szpital imienia Karola i Marii.

  • Gdzie on się mieścił?

Na Lesznie. Tam odbywałyśmy kurs dla pielęgniarek i pamiętam, że byłam tam z moją młodszą koleżanką, która zginęła w Powstaniu i patrzyłyśmy na te zajęcia jak pan doktor przyjmował. Dziecko rodzice przynieśli, rozwijali go z becika i coś mu mieli robić, a moja koleżanka, która ze mną była, widząc te wszystkie zabiegi – patrzę, a ona już leży! Na widok [drobnych] jakichś czynności zemdlała. No, ale tak niestety było, tak wyglądało nasze zetknięcie z medycyną, moje pierwsze.
Ten kurs skończyłyśmy i nie umiem powiedzieć, dlaczego normalnie powinnam być przekazana, już po kursie byłam przygotowana, jako sanitariuszka do udziału w Powstaniu. Co się wydarzyło nie umiem powiedzieć, że u mnie nie nastąpiło połączenie mnie z wojskiem.

  • Nie została pani zaprzysiężona?

Nie. Do tej chwili nikt mi na to nie dał odpowiedzi, nasza drużynowa nie żyje i ja nie wiedziałam. Powinnam może sama o to zadbać, ale na tyle nie byłam doświadczona, żeby szukać tego kontaktu. W każdym razie byłam na Puławskiej. Zbliżało się Powstanie, skończyła się matura na tydzień przed Powstaniem, zdałyśmy matury, świadectw nie dostałyśmy, bo powiedziano nam, że świadectwa zostają gdzieś tam ukryte. A jako bal maturalny, który niestety się nie mógł tam w tych czasach odbyć miałyśmy wycieczkę do Natolina. Właśnie nauczycielki i uczennice zdające późno maturę udałyśmy się pieszo z taką przechadzką do Natolina. To znaczy pewnie tam podjechałyśmy czymś, a tylko tam potem bliżej Natolina tośmy sobie spacerowały w tym parku.

  • Cały czas pani mieszkała u cioci?

Nie, mieszkałam właśnie na Puławskiej, nie u cioci. Zdążyłam roznieść moje książki, które miałam popożyczane, bo nie kupowałam sobie tylko od znajomych jakichś pamiętam, miałam pożyczone różne książki. Rozniosłam szczęśliwie, że już są mi niepotrzebne. I tak tkwiłam jeszcze na Puławskiej. Zaczął się okres kopania rowów i do tego wzywano ludzi, Niemcy przychodzili i zabierali ludzi na kopanie tych [rowów]. Ten mój pan u którego mieszkałam, powiedział pewnego wieczoru do swojej córki i do mnie: „Wiecie co, że musicie wyjechać, bo tu niebezpiecznie [może] być z powodu tego, że mogą wziąć na to kopanie”.
Wtedy sobie pomyślałam, [że] od sierpnia przez moją drużynową byłam umówiona, że będę pracowała jako higienistka na obozie prowadzonym przez patronat RGO. Dzieci więźniów politycznych miały być [na tym obozie] zresztą już w lipcu, a ja miałam w sierpniu dopiero przyjechać na ten obóz. To już był koniec lipca i postanowiłam, dokładnie była to sobota przed ostatnią niedzielą przed Powstaniem, że pojadę do Lasek sprawdzić, czy ma sens mój wyjazd, bo tu się zaczyna robić [gorąco] w Warszawie. Już był ten pierwszy [sygnał], dotarła do mnie ta wiadomość jakoś, że był pierwszy alarm próbny na Powstanie, na tydzień [wcześniej] zdaje się. Wobec tego w sobotę od rana zapakowałam sobie plecak i z Puławskiej jechałam tramwajem przez Puławską, Marszałkowską, żeby się znaleźć w Laskach. W tym tramwaju widziałam taki... coś mi zwróciło uwagę, że mężczyźni chodzą w oficerkach, w takich płaszczach jakby coś pod tym mieli ukrytego. Myślę sobie, sytuacja jakoś wygląda dziwnie. Po co ja z tym plecakiem mam jechać do Lasek?
Na Wilczej mieszkała moja koleżanka, więc zanim do Wilczej przyjechałam Puławską i Marszałkowską miałam jakieś myśli, obserwacje. Przy Wilczej wysiadłam, poszłam do niej i zostawiłam swój plecak, a do podręcznej torby wzięłam sobie koszulę nocną, ręcznik. Jeszcze dalej jak jechałam to po drodze wstąpiłam na plac Mirowski, bo tam była moja ciocia, myślę sobie: „A, wstąpię do niej”. I to było moje ostatnie z nią pożegnanie, bo oni zginęli, cała rodzina zginęła w Powstaniu. Widzę ją jak właśnie się z nią, jest w [mojej] pamięci ten obraz, kiedy coś tam robiła, prała − teraz to już dziwny taki sprzęt – w takiej balii z tarką...
Pożegnałam ciocię i pojechałam do Lasek. Zadowolona mówię, że przyjechałam, ale przecież nie będzie na pewno moja praca potrzebna tutaj, bo wy kolonie zwijacie na pewno. A moja drużynowa Zofia Zbyszewska mówi: „Ty nie wrócisz już do Warszawy, bo Ty tu będziesz”. „Jak to ja nie wrócę do Warszawy? W Warszawie będzie Powstanie, ja chcę być tam! Ja nie po to się przygotowywałam, kurs sanitarny robiłam, żeby teraz siedzieć tu w Laskach!”. „Jak uważasz, jeśli nie zastosujesz się do tego, co ja powiedziałam, zostaniesz usunięta z drużyny”. No, mina mi zrzedła..
  • Wytłumaczyła pani, dlaczego musi pani zostać?

Nie. Nie powiedziała. Powiedziała: „Będziesz tutaj potrzebna”.

  • No i co było dalej?

W niedzielę, nie wiem, czy płakałam, ale siedziałam w ogrodzie, w otoczeniu willi, gdzie była kolonia, był ogródek. Po moją młodszą koleżankę jedną i drugą, które miały już wezwanie w niedzielę, przyjechał ojciec z Warszawy, na rowerze. I one odchodzą, a ja zostaję.

  • A dzieci jeszcze były? Wychowankowie?

Właśnie, teraz właśnie dlaczego nie została zwinięta ta kolonia. 30 lipca w tą straszną niedzielę, kiedy miałam tak wielki dylemat, czy zostawić Laski i wrócić do Warszawy i liczyć się z tym, że mnie wyrzucą z drużyny, przyjeżdżały całą niedzielę matki i zabierały dzieci z kolonii. Ale dwanaścioro dzieci zostało niezabranych, wobec tego należało się tymi dziećmi zająć. Nasza drużynowa Zofia Zbyszewska, zdając sobie sprawę z tego, że będziemy musiały się tym zajmować może uważała, że ja tam powinnam zostać.
I tak to się stało. Rzeczywiście, w poniedziałek Zofia nasza drużynowa poszła do Warszawy i zostawiła to wszystko. Ona mówiła, że chce zdobyć jakieś pieniądze, bo kolonia się kończyła i fundusze, jakie miała przyznane na lipiec zostały zużyte. A jest dwanaścioro dzieci, nas pięć czy sześć, już nie pamiętam dokładnie, tych harcerek, które się tymi dziećmi w lipcu zajmowały i dwie panie, które nam gotowały. Ona poszła do Warszawy. Z przerażeniem wtedy zostawałam, zdawałam sobie sprawę z tego, że właściwie ona nie wiadomo czy wróci...

  • Pani była tam najstarsza?

Ja byłam tam najstarsza, tak. I wtedy zaczęło się już życie inne – wtorek wybuch Powstania. Już nie pamiętam czy we wtorek Zofia wróciła czy w środę i zaraz po powrocie zameldowała nas, te dziewczęta, jako przygotowane osoby, żeby mogły coś robić w szpitalu w Laskach. Tam był zorganizowany szpital powstańczy. Pamiętam właśnie tego pierwszego dnia, jak tam poszłyśmy, byli żołnierze ranni, wszystko to oczywiście pamiętam. Szpital mieścił się na terenie zakładu.

  • Tam w pierwszych dniach już byli ranni?

Tak, w pierwszych dniach byli już ci ranni, którymi należało się zajmować. Sanitariuszek tam było dosyć. […] My [też] zostałyśmy zgłoszone i dla nas był taki przydział prac jak posługaczki się zajmują, to znaczy sprzątaniem, podawaniem jedzenia...

  • Jako salowe?

Jako salowe, o. Nie posługaczki tylko jako salowe, tak, to właściwe słowo.

  • Co pani zapamiętała z tego okresu?

Z tego okresu zapamiętałam taki akcent właśnie wymowy tych rannych żołnierzy, że to zdecydowanie byli ludzie z okolic Wilna, zaciągający tak...

  • To byli ci, którzy przyszli w akcji „Burza”?

Być może, tak. I w Puszczy Kampinoskiej prowadzili walki.

  • Czyli były już walki w Kampinosie, tak?

Tak, tak.

  • Czy wasz szpital był w jakiś sposób zagrożony przez te walki?

Szpital był zagrożony i przechodził z rąk do rąk. Wpadali Niemcy i jak myśmy się dowiadywali, siostry jak się dowiadywały, że Niemcy będą to przypominam sobie takie akcje chowania tych rannych żołnierzy, przenoszenie ich na noszach gdzieś do takich miejsc w podziemiach, żeby ukryć tych [żołnierzy].

  • Bo oficjalnie w czasie Powstania nadal był tam ośrodek niewidomych, tak?

Tak, tak.

  • Nie było tam żadnego szpitala, dla miejscowej ludności na przykład?

Na szpitalu był napis, że to są choroby zakaźne, taki szpital dla chorób zakaźnych. Taki napis odstraszający Niemców. Niemniej ci Niemcy wpadali, te alarmy pamiętam...

  • Jak pani zapamiętała tych Niemców, jak się zachowywali w czasie takich, nazwijmy to, nalotów?

Niemcy?

  • Tak.

Tego nie pamiętam.

  • Nie była pani bezpośrednim świadkiem?

Nie, nie. To znaczy chowania tych chorych owszem [pamiętam], ale żeby widzieć Niemców...

  • Gdzie byli chowani ci ranni? Do piwnic gdzieś?

Do jakichś niższych pomieszczeń. Pamiętam jeszcze to, [bo] siostry zwracały na to uwagę, że bardzo dokładnie trzeba było zajmować się myciem podłóg. Po prostu w zakonie [jest] taka aż przesadna dbałość.

  • Chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa...

O dezynfekcję. Pamiętam tą salę operacyjną i wynoszenie w wiadrach uciętych nóg czy rąk – to pamiętam doskonale, że się gdzieś tam właśnie wynosiło. I ta sala też musiała być bardzo, bardzo dokładnie myta. To był jeden problem, że pół dnia się było w szpitalu, gdzie się dostawało bardzo dobre jedzenie, normalne jedzenie, czego nie było na kolonii. Bo pamiętamy, że myśmy szły z tej kolonii i tych dwanaścioro dzieci, które zostały trzeba było w dalszym ciągu żywić.
Wracając do spraw kolonii to mogę tu szczegółowiej powiedzieć, bo byłam starsza, to drużynowa ze mną na przykład udawała się, żeby zdobyć żywność. Pamiętam wizytę w jakimś majątku odległym, nie wiem, nie umiem nazwać tej miejscowości, żeby nam jakieś zboże dano, no bo już [nie było] czym żywić dzieci, jak nie było pieniędzy. Więc to zboże nam w tym majątku dano, jakąś pewno pszenicę. Wtedy prośba była do Lasek – oni mieli konia, może nie jednego, ale pamiętam wóz z jednym koniem i z tym zbożem jechało się potem do młyna, żeby zostało zmielone. Potem z tą mąką jechaliśmy do jakiejś zagrody wiejskiej, gdzie tą mąkę się zostawiło i oni nam piekli z tego chleb. To nawet nie była pszenica, to pewno było...

  • Ciemny chleb?

Tak. To było żyto, bo to był chleb, ciemny chleb. Potem chodziłyśmy do gospodyni, która te bochny piekła, przynosiłyśmy, i miałyśmy chleb. Bardzo podstawową rzeczą, która ratowała nasze wyżywienie to była krowa. Pamiętam, że ja właśnie z tą drużynową wyprawiałyśmy się, jak wojska niemieckie, pewno zabierali ludziom jakieś krowy i szli, wojsko prowadziło jakąś krowę. Myśmy wtedy się do nich przyłączyły i namawiałyśmy, żeby oni nam [odstąpili] tą krowę za te pieniądze, jakieś tam pieniądze ta nasza drużynowa trochę musiała mieć, bośmy te krowę kupiły.

  • Od tych Niemców?

Tak. To było wielkie osiągnięcie, bo było mleko, ale był problem...

  • Te dzieci były małe?

Te dzieci nie były małe, dwanaście, trzynaście, czternaście [lat miały]. Jest krowa, ale trzeba ją czymś żywić! Trzeba ją gdzieś trzymać! Więc tą krowę w komórce takiej, jakiś taki domeczek był, komórka przy tej willi w której mieszkałyśmy, ale trzeba było tą krowę [żywić]... Nasza drużynowa wymyśliła, że tą krowę mogą nam ukraść. Wobec tego były dyżury. Całą noc myśmy tą krowę pilnowały przez takie okieneczko, co dwie godziny budziła następną koleżankę ta, co schodziła z warty i to żeby ją pilnować. Ale również trzeba było ją czymś karmić. Początkowo wydało mi się, że w Laskach te krowy gdzieś tam pasiono na jakimś pastwisku wspólnie, że ludzie podprowadzali te krowy. Myśmy swoją krowę też podprowadzali i razem tam potem była pasiona. Trzeba było się umówić z tymi ludźmi, z tymi gospodarzami, że oni nam pozwalali karmić na tym pastwisku i to właściwie wystarczało. Pod wieczór, jak krowy wracały, to myśmy też po drodze musiały czuwać, żeby ją zabrać do tej komórki.

  • Równocześnie w czasie Powstania pani pełniła funkcję wśród dzieci i w szpitalu?

Tak, tak, no bo to pół dnia było się na dyżurze w szpitalu, a pół dnia w swojej kolonii, w swoim domu z dziećmi. Jeszcze muszę powiedzieć, że byłam jedyną osobą, która umiała doić krowę.

  • Jeszcze pani umiała z domu?

Tak, ponieważ byłam jedyną osobą, która się na wsi urodziła, więc moim obowiązkiem było codziennie dojenie tej krowy.
Teraz jednak nastąpił taki okres, że ta żywność nam się wyczerpywała, a okres Powstania się przeciągał, wobec tego nasza drużynowa wymyśliła, że dzieci trzeba gdzieś oddać. Pewnej niedzieli zaproponowała, żebyśmy się w pary dobrały i idziemy na wieś, do wsi Laski, żeby prosić gospodarzy o to, żeby przyjęli dziecko, dziewczynkę taką. Tu była grupa tylko samych dziewczynek. I tych dwanaście dzieci zostało oddane na wieś. Nie pamiętam dokładnie, jaki to był czas. Tam były już do końca. Jak się Powstanie kończyło to dzieci wróciły do nas.

  • Jak wyglądał przebieg walk na Kampinosie? Czy z czasem te walki się jakoś zaczęły kończyć? W tym samym czasie mniej więcej co Powstanie w Warszawie, czy następnie Rosjanie wkroczyli na te terytoria?

Tego nie umiem powiedzieć, w jakim momencie nasi partyzanci, na ten temat nie mam [informacji].

  • A do kiedy pani na tym terenie była?

Powstanie się zakończyło i jeszcze parę dni tam byłyśmy. Dzieci się zabrało i trzeba było myśleć teraz o tym, co zrobić z tymi dziećmi. Drużynowa nawiązała jakiś kontakt z Szymanowem, nie wiem czy ona... Przypuszczam, że ona się wyprawiła i dowiedziała się, że przyjmą tam te dzieci. Dzieci zostały odwiezione do Szymanowa – tam jest zakład taki, [który] siostry prowadzą – koniem czy końmi, które nam zaoferował zakład w Laskach.
Tu mogę jeszcze też dodać, że o ile w Warszawie się posługiwałam tym dokumentem fałszywym, to tutaj posługiwałyśmy się tymi swoimi jakimiś dokumentami. Ale w tym dowodzie jaki się miało, w Młocinach, gdzieś tu w pobliżu tych Lasek, przystawiano pieczątki, że my nie jesteśmy uciekinierki z Powstania, że nasz okres zameldowania jest wcześniejszy niż sierpień, że my na przykład już w lipcu byłyśmy na kolonii. Wobec tego nie jesteśmy uciekinierkami. Wiadomo że jeśli Niemcy spotkali młodych ludzi z Warszawy poza Warszawą, to ich po prostu aresztowano. W czasie pobytu na kolonii wielokrotnie miałyśmy odwiedziny Niemców, o ile na terenie Lasek ja nie pamiętam Niemców, tak bezpośrednio kontaktu z Niemcami, o tyle tu pamiętam wielokrotnie chowałyśmy się na strychu w tej willi przed wizytą Niemców. A pod naszymi oknami, dosłownie pod naszą willą stacjonowały wojska niemieckie, ale to były takie wojska właśnie ukraińskie. Przemarsze tych wojsk po ulicy też pamiętam, widzę to, ale nie zaczepiali, szczęśliwie, należało ich omijać.

  • Takiej styczności, oprócz tej krowy, nie mieliście na zasadzie na przykład aresztowań? Chowałyście się w tym domu, to oni wchodzili, widzieli, że nikogo nie ma...

Tak. To znaczy na dole była nasza drużynowa starsza i tam z nimi rozmawiała, a dziewczyny młodsze chowały się tam na strychu i tak właśnie jakoś się mijaliśmy, że nie było tych aresztowań.
Kończy się Powstanie, tu perypetie były jeszcze z krową, że trzeba ją było potem sprzedać, bo przecież cośmy mieli zrobić. Nie chcieli nam oddać pieniędzy ci, co niby kupili od nas tą krowę. Nasza drużynowa poszła i nie wskórała nic. Ja byłam, ona i jeszcze był znany mężczyzna, który tam się też ukrywał, Zofia go wzięła, że mężczyzna to może się go będą bali, ale oni się nie bali. Dopiero na drugi dzień, moja koleżanka uzyskała, że oni dali pieniądze za tą krowę. Dzieci zostały odwiezione do Szymanowa. Najdłuższy obóz harcerski trwający lipiec, sierpień, wrzesień... 2 października kończy się Powstanie. Kończy się i pamiętam, że drużynowa wezwała ludzi, którzy tam się jeszcze przytulili w tym naszym domu, jacyś Warszawiacy, i spaliło się krzyż harcerski pleciony z kory drzewnej. Tak zakończył się najdłuższy obóz harcerski. Furką wyjechałyśmy z naszą drużynową do Zduńskiej Dąbrowy do majątku, to znaczy odwieziono nas końmi do stacji, myśmy jechały pociągiem. W Jackowicach wysiadłyśmy i tam już była szkoła rolnicza, do której nas przejęto. Szkoła rolnicza, która normalnie funkcjonowała, bo w Generalnej Guberni były [tylko] szkoły zawodowe.

  • W jakiejś bursie panie mieszkały?

Myśmy były zainstalowane wśród uczennic, które kończyły [rok]. W sypialni miałyśmy tam swoje [miejsce]. Nas zresztą nie było dużo, bo tylko trzy dziewczęta, które nie miały co z sobą zrobić. Nie mogłam wrócić do moich rodziców...

  • Miała pani jakieś kontakty z rodzicami?

Nie, nie.

  • Nie wiedziała pani co u nich słychać?

Nie wiedziałam, nic nie wiedziałam.
  • Mówiła pani, że trafiła pani do szkoły rolniczej?

Tak i tam, w szkole rolniczej przebywałyśmy do wkroczenia Rosjan. Życie było urozmaicone, ponieważ było dużo uciekinierów z Warszawy i to byli ludzie, którzy chętnie Warszawiaków przygarnęli. Była tam właśnie pani Dąbrowska, pisarka, ze swoim znajomym – Stępowskim. Urozmaicano nam [pobyt] w ten sposób, że były [na przykład] prelekcje wygłaszane przez panią Dąbrowską. [...]
Nadejście Rosjan pamiętam bardzo dobrze. To był przykry widok. Popołudnie zimowe, styczeń, krótki dzień... Wyglądam przez okno sypialni, gdzieśmy miały swoje rzeczy i widzę śnieg, [widzę, jak ziemia jest] zakryta śniegiem i widzę, jak idzie po tym śniegu jeden, drugi i jakiś trzeci żołnierz. Trochę to było dziwne, ale to taki zwiad widocznie rosyjski. Nie był to nadjeżdżający czołg, ale natomiast człapiący po śniegu głębokim żołnierz.

  • Pojedynczy tak?

Pojedynczy. To pozostawiło taki we mnie jakiś smutny wydźwięk, że ta wolność przychodziła w taki sposób.

  • I oni wkroczyli?

Oczywiście, wejście..

  • Patrolowali tam?

Jeszcze pamiętam taki moment charakterystyczny, że oni nadchodzą z jednej strony budynku, a z drugiej strony obrazek taki, że jeszcze tu są Niemcy, a ci [Rosjanie] już idą... Ci Niemcy wsiadają do samochodu, a ci idą pieszo. I ten niemiecki samochód popychają, żeby on jednak zapalił i jechał, i odjeżdżają. No i [Rosjanie] przychodzą. To taka wielka różnica poziomu, cywilizacji jednej armii i drugiej.
Nie wchodzili do domu, tylko palili ognisko i sobie przy tym ognisku śpiewali, robili sobie jakieś jedzenie, do budynku nie wchodzili. Ale właśnie ten kontrast mnie bardzo uderzył i nie było jakichś już obaw, widzieliśmy, że oni idą i idą na Warszawę, wobec tego zaczęły się rozmowy, że można by już może za parę dni wyruszyć. I rzeczywiście. Wiedziałyśmy o tym, że trzeba mieć przygotowany alkohol i że jak będziemy miały alkohol to dzięki temu oni nas mogą podwieźć w pobliże Warszawy.
I tak wyruszyłyśmy. Pani Wardasowa ze swoją córką, ja i moja jeszcze jedna [koleżanka], już nie harcerka, ale Warszawianka z Pragi, która chciała iść do domu. W tym dniu nieszczęsnym, kiedyśmy szły, podobno wydano zarządzenie, że nie wolno [było] rosyjskim żołnierzom brać wódki od cywilów i ich brać do samochodów. I mimo żeśmy te papierosy i tą wódkę wystawiały, nikt nas nie chciał podwieźć. Doszłyśmy tylko do Łowicza. W Łowiczu, ponieważ jakieś znajomości [miałyśmy] z powodu tego pobytu w Zduńskiej Dąbrowie, były jakieś miejsca, gdzie mogłyśmy przenocować, więc przenocowałyśmy i na drugi dzień jak niepyszne wróciłyśmy do Zduńskiej Dąbrowy, że niestety do Warszawy nie można się jeszcze dostać. Dopiero opuściłam za jakiś jeszcze tydzień Zduńską Dąbrowę, ale wtedy już nie pieszo tylko samochodem. Jakiś samochód przyjechał nie osobowy tylko towarowy, kogoś zabierał już ze Zduńskiej Dąbrowy i myśmy jakoś tam poprosiły. I w ten sposób przyjechałam do Warszawy. Wtedy już mogłam tutaj, dzięki koleżance, która miała na Pradze jakichś krewnych, gdzieś przenocować.
Byłam trzy dni w Warszawie wtedy, chodziłam z Pragi do Warszawy szukać [znajomych] miejsc. Pierwsza [wyprawa] pod plac Mirowski – dom zawalony...

  • Tam gdzie ciotka mieszkała, były bomby prawdopodobnie?

Tak. Poszłam na Puławską, gdzie ostatnio mieszkałam, tam był dom niezniszczony, no ale to nie było moje mieszkanie. Zresztą ja sama nie odważyłabym się chyba [wejść], może to źle, że nie byłam na tyle odważna i nie zostałam od razu w Warszawie.

  • Dom był pusty?

Dom był pusty, niezniszczony, na podłodze leżało pełno papierów, książek pomieszanych ze stłuczonym szkłem, więc powyciągałam jakieś książki i powynosiłam na Pragę do mojej znajomej. Po trzech dniach wyruszyłam w podróż do swojej rodziny.
Ubranie moje było skąpe na skutek tego, że zostawiłam plecak na Wilczej, a pojechałam tylko w jednej sukience. Miałam sandałki, [które] mi się rozleciały już w Laskach, ale dzięki prymasowi Wyszyńskiemu, który podarował mi jakieś sandałki to [miałam coś na nogach]. Oczywiście nie wiedziało się wtedy, że to jest ksiądz Wyszyński, wiedzieliśmy tylko, że jest to jakiś ksiądz profesor i ładnie mówił, więc z przyjemnością chodziłyśmy na nabożeństwa różańcowe – październik i nie tylko, bo w niedzielę też – i słuchałyśmy tych kazań.
Wracając do mojego stroju, który wyglądał w ten sposób, że w Laskach miałyśmy koce dla dzieci i z tego to materiału, jedna z naszych koleżanek, [która] była po szkole krawieckiej czy nie po szkole – w każdym razie uczyła się krawiectwa i potrafiła troszkę skrajać. Ręcznie, bo przecież maszyny nie miałyśmy, ale szyła nam [ubrania]. Wszystkie dostałyśmy spodnie z koca i kurtki. Ja jeszcze miałam kamizelkę z koca, bo rzeczywiście miałam tylko tą letnią sukienkę.

  • Chodziła pani w tych ubraniach z koca?

Tak, w zimę. Wróciłam w styczniu do domu jednak, to tylko ten styczeń, grudzień i styczeń.

  • A jak wyglądał pani powrót?

Mój powrót wyglądał w ten sposób, że wyruszyłam rano, wiedziałam, że w moim kierunku (na szosę na Gdańsk) szło się do jakiejś [stacji], gdzie można było w pociąg wsiąść. Nie wiem, jaka to stacja, w każdym razie tłum płynął. Pamiętam, że szłam, szłam, szłam obok mnie szli ludzie, rozmawiało się. Potem się dochodziło do miejsca, gdzie stały pociągi, to nie były osobowe pociągi tylko jakieś pociągi wojskowe, ale czasem te pociągi gdzieś jechały. Jeśli jechał w tym kierunku to się siadało.
Ja na Modlin jechałam takim pociągiem, a w Modlinie już z tego pociągu wysiadłam, bo się bałam dalej, ponieważ od Modlina to już do mojej [wsi] można pieszo dotrzeć. Tak noc spędziłam właśnie. Jak rano wyszłam to koczowałam, a noc spędzałam w pociągu. Żołnierze rosyjscy zapraszali, ale człowiek się bał wchodzić do tego pociągu, gdzie oni siedzieli, więc na breku takim, żeby nie zamarznąć to chodziło się dookoła tego pociągu, bo zimno było. I tak dotarłam ranka następnego, wysiadłam w Modlinie i już te dwadzieścia kilometrów tak sobie wędrowałam do swojego domu rodzinnego, w tych błotach! W Laskach dostałyśmy buty, ale na drewnianej podeszwie, to jest chodzenie straszne, jeśli się nie idzie po równej powierzchni. Jak już dochodziłam do mojego domu, już było niedaleko, przy moim domu rosły wysokie bardzo topole, które było widać daleko, daleko, jak ja zobaczyłam, że tam jest już ta wieś i te topole, [to] już nie chciałam iść prosto równą drogą, tylko zaczęłam iść na przełaj. Ten śnieg nie był duży i były poorane pola, takie nierówności, skiby. I te nogi były po przyjściu do domu bardzo biedne, pełno pęcherzy.

  • Wszystkich domowników zastała pani w domu?

Tak, wszystkich domowników już zastałam szczęśliwie żyjących oprócz mojej rodziny, ta która mnie przyhołubiła w czasie okupacji...

  • Na początku?

Tak, bo moja ciocia, jej mąż i jej córka wszyscy niestety zginęli w Powstaniu. To był rok 1945, a od roku 1946 ja już dzięki mojemu wujowi, który mieszkał i pracował już wtedy w Toruniu, mieszkał zresztą w Toruniu przed wojną już, ale przyjechał do rodziny na święta i podczas pobytu zobaczył mnie w kościele i zdziwił się, że ja nie jestem w Warszawie. Wtedy zaoferował mi pracę w Toruniu w domu dziecka, gdzie mogłam mieć mieszkanie i ponieważ tam się organizował, przenosił się Wileński Uniwersytet do Torunia, to tam się znalazłam i już podjęłam studia.



Warszawa, 19 października 2006 roku
Rozmowę prowadził Paweł Leszczyński
Klementyna Salomea Brudzyńska Pseudonim: „Lusia” Stopień: sanitariuszka Formacja: 31 Drużyna ZHP Dzielnica: Kampinos

Zobacz także

Nasz newsletter