Konrad Karpiński „Żydu”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Konrad Karpiński. Urodziłem się w Zegrzu Południowym. Ojciec mój był podoficerem zawodowym, służył w Zegrzu Południowym. Miałem starszego brata Jerzego, który już nie żyje [oraz] siostrę [Emilię]. W okresie do 1939 roku mama moja pracowała na terenie jednostki wojskowej, prowadziła kasyno podoficerskie. [Od roku 1929] do wybuchu wojny, mieszkaliśmy na terenie koszar. W 1938 roku ojciec mój na skutek choroby nóg napisał raport i poszedł do cywila. Z chwilą wybuchu II wojny światowej ojciec został zmobilizowany. Trzeciego września [1939 roku] zostały ewakuowane instytucje, które znajdowały się na terenie koszar, cały sprzęt łączności, tak zwana gazówka (to było przedsiębiorstwo, gdzie były produkowane maski). Wszystkie rodziny wojskowe, które oczywiście chciały, zostały załadowane do transportu [kolejowego]. Miejscem końcowym miała być miejscowość gdzieś za Lublinem, odjazd nastąpił o godzinie dwudziestej drugiej. Dojechaliśmy do dworca Warszawa Praga, tam staliśmy do rana. Rano był wielki nalot, podczas którego jakoś nasz transport ocalał. Później, następnego dnia (w poniedziałek) zostały doładowane do naszego transportu rodziny z Zegrza Północnego, tam mieściła się szkoła oficerska, tak zwana podchorążówka. Rozpoczął się nas exodus, to znaczy jechaliśmy tym transportem. Wyjechaliśmy dopiero w poniedziałek wieczorem. Dojechaliśmy może z pięćdziesiąt kilometrów. Nastąpił nalot niemieckich samolotów. Wtedy wszystkie rodziny rozpierzchły się. Było to pole, na którym, pamiętam, rosły słoneczniki. Moja mama i nasza trójka schroniliśmy się w stodole. Mama, tak jak kwoka, otoczyła nas swoim ciałem i przeżyliśmy ten nalot szczęśliwie.
Nie wspomniałem o ojcu, który (jak poszedł do cywila) przed wojną pracował w kwatermistrzostwie. Podlegały mu spółdzielnie wojskowe, które mieściły się na terenie Zegrza Północnego i Południowego. W 1938 roku, kiedy poszedł do cywila, został kierownikiem spółdzielni w Zegrzu Południowym. Ojciec miał następnym transportem, wraz z resztą sprzętu wojskowego, ewakuować spółdzielnię. [Od 3 września] żeśmy się z ojcem do października [1939 roku] już nie widzieli.
Nasz transport trwał około tygodnia. Za Dęblinem, w nocy (około godziny dwudziestej czwartej) wysadzono nas z transportu, musieliśmy iść pieszo, ponieważ okazało się, że na torach jest bomba, jakiś niewybuch. Puścili transport luzem, to znaczy parowóz i wszystkie wagony. Po drodze były jeszcze ze dwa bombardowania. Moja mama rozpaczała. Chorąży Urbaniak, który przejął po ojcu dowodzenie, nadzór nad spółdzielniami, namawiał moją mamę (ponieważ ojciec mój pochodził z Lubelskiego), że ponieważ ma tutaj rodzinę, niech wysiada, bo do końca nie dojedzie. Ale mama zdecydowała się, że pojedzie dalej. Zresztą tam były koleżanki, była żona starszego sierżanta Szymkowiaka, starszego sierżanta Pieniążka. Tak razem się trzymaliśmy, aż dojechaliśmy do Krasnegostawu. Tam miało być miejsce postoju. Z Krasnegostawu jeszcze jeden dzień jechaliśmy i niestety kazali nam wysiąść. Wagony nasze zostały odczepione. Znaleźliśmy się w jakiejś wiosce. Jak ta wioska się nazywała, nie pamiętam w tej chwili. Byliśmy tam do 17 czy 18 września. Wówczas wkroczyły wojska radzieckie. To znaczy najpierw do wioski przyjechało trzech czy czterech wojskowych rosyjskich. Powstała panika, bo zaczęli sprawdzać tożsamość. Moja mama wraz z trzema koleżankami doszły do wniosku, że trzeba wycofywać się stamtąd i uciekać. Przez zieloną granicę przeprowadził nas, te trzy rodziny, pewien facet za określoną kwotę pieniędzy, tak że około 19, 20 września znaleźliśmy się już pod okupacją niemiecką. Moja mama dogadała się z jakimś mieszkańcem tej miejscowości, zamówiła u niego furmankę i przez dwa dni wiózł nas do miejscowości Lubartów. W Lubartowie nas wysadził, nie chciał dalej jechać. Mieliśmy dotrzeć do miejscowości, w której zamieszkiwał ojciec. Była to Koszowa Góra koło Spiczyna. Następnego dnia inny woźnica dowiózł nas na miejsce. Okazało się, że na miejscu ojca nie było, ale mieszkał ojca rodzony brat. Był to Antoni Karpiński. Miał dwoje dzieci, Henryka i Barbarę. Tam przebywaliśmy, nie pamiętam dokładnej daty, kiedy będąc na podwórku, zobaczyłem, że jakiś mężczyzna prowadzi rower i z góry schodzi do posesji, gdzie zamieszkiwał stryjek Antoni. Okazało się, że to był [nasz] ojciec, [było to na początku października 1939 roku].
Przebywaliśmy w Koszowej Górze do końca stycznia [1940 roku]. W końcu stycznia (nie pamiętam konkretnej daty) ojciec kupił od kogoś z tej miejscowości parę koni, wóz drabiniasty i rano zaczęliśmy wędrówkę w stronę Warszawy. Późnym wieczorem dojechaliśmy do Wawra. Pamiętam, mróz był siarczysty, byliśmy opatuleni w sianie, okryci derkami, kocami. Ojciec postarał się o nocleg w Wawrze. Przenocowaliśmy i następnego dnia wróciliśmy do Zegrza. Okazało się, że koszary są zajęte przez Niemców, nie ma w ogóle wstępu do koszar. Nie wspomniałem wcześniej, że moja mama pochodziła z Wieliszewa. To jest miejscowość trzy kilometry od koszar w Zegrzu Południowym. Tam mieszkała mojej mamy mama, czyli moja babcia. [2 września 1939 roku] ojciec załatwił transport i część mebli, część ubrań, dobytku, odpowiednie osoby zawiozły do Wieliszewa. Obok babci było pobudowane wielkie pomieszczenie i tam [rzeczy] zostały zdeponowane. Jak wróciliśmy [w styczniu 1940 roku], to pierwsze kroki były, że ojciec pojechał do Wieliszewa. Okazało się, że babci dom jest spalony, wszystko zostało rozbite. Nie mieliśmy nic poza tym, co przywieźliśmy ze sobą z tak zwanej ucieczki. W Zegrzu akurat się tak trafiło, że w pewnym budynku były trzy puste lokale, a właścicielem była osoba, która mieszkała w Serocku. Ojciec wynegocjował z nim, że zostawi [mu] konie, bo on zajmował się transportem, który woził ludzi z Serocka do Zegrza. Te konie dał i zamieszkaliśmy, w jego budynku. Mieszkały tam jeszcze cztery rodziny. Tak się rozpoczęła okupacja niemiecka.
Po paru dniach czy paru miesiącach, już nie pamiętam, na rzece Narew została ustanowiona granica Generalnej Guberni z Rzeszą. W 1939 roku most był zerwany, nie było komunikacji. Niemcy zbudowali drewniany most na przęsłach, gdzie w 1938 roku saperzy zbudowali most kolejowy, ale rozebrali go po pewnym czasie. Na tych przęsłach zbudowany był drewniany most, przez który przemieszczały się osoby, ale już był zakaz przejścia z Generalnej Guberni do Serocka czy na drugą stronę rzeki bez właściwych dokumentów.
Pod koniec 1940 roku ojciec założył sklep spożywczo-kolonialny. Tak rozpoczęła się nasza egzystencja. W Zegrzu Południowym nie było szkoły, tylko w Zegrzu Północnym. Przed wojną chodziliśmy do szkoły w Zegrzu Północnym. Tam ukończyłem dwa oddziały szkoły powszechnej. Na terenie Zegrza [Południowego] był Dom Ludowy. Zegrze składało się z koszar, było osiedle zwane Zagrobami i drugie osiedle za koszarami, nazywało się Rybaki. Na Rybakach pobudowany był przed wojną Dom Ludowy. Mieszkańcy Zegrza zaczęli myśleć, żeby na terenie Domu Ludowego powstała szkoła. W międzyczasie z Poznańskiego i ze Śląska zaczęły napływać rodziny, między innymi rodziny podoficerów, którzy przed wojną służyli w Zegrzu Południowym. Wielu podoficerów wróciło do Zegrza. Między innymi: Szymkowiak, Komorowski, Dobrzański, Kujawa, Szafirowicz, starszy sierżant Kufel. To byli podoficerowie, którzy razem z ojcem służyli i na terenie Zegrza Południowego. Podczas okupacji zamieszkiwali w domach prywatnych. Było parę tych domów, [między innymi], dom Witkowskich, [Romana Bera], to były dość duże domy. Poza tym były budynki przy stacji [kolejowej] pobudowane (jeszcze przez cara) z długich bali sosnowych. W nich przeważnie mieszkali kolejarze, ale też i osoby prywatne, tak że mieszkało tam sporo osób.
W 1941 roku Niemcy sprowadzili do Beniaminowa wziętych do niewoli żołnierzy radzieckich. W Beniaminowie [stworzyli] obóz. Ponieważ była jednostka wojskowa w Zegrzu Południowym, w Zegrzu Północnym również, ci niewolnicy [eskortowani byli do pracy] do koszar. Tu gdzie obecnie jest Zalew Zegrzyński, przed wojną i za okupacji były łąki, które należały do dziedzica, który w Wieliszewie miał swoją posiadłość i wielkie połacie ziemi. Przez te łąki z Beniaminowa pędzili jeńców do pracy, do koszar w Zegrzu Południowym. Co oni tam robili, nie wiem, nie miałem takiej wiedzy. Więźniowie ci wyglądali jak szkielety. Nie bardzo mogli nawet iść, a co dopiero pracować. Mieszkańcy czasami wynosili im i rzucali chleb, na co wartownicy, którzy ich pilnowali, nie bardzo reagowali. W późniejszym okresie, na początku 1942 roku, zaczęli już reagować, nie pozwalali. Ojciec miał sklep, a vis-à-vis naszego domu była piekarnia pana Witkowskiego. Druga piekarnia była około dwustu metrów dalej, tam miał piekarnie pan Stępniewski. To był budynek po Żydach. Ojciec wysyłał nas po chleb do tej piekarni, bo Stępniewski był dostawcą. Z bratem po cztery, pięć bochenków chleba nosiliśmy. Był taki okres, kiedy ojciec pozwolił nam, żebyśmy rzucali chleb tym więźniom. Pewnego pięknego dnia (widocznie zmieniła się obsada żołnierzy, którzy pilnowali jeńców) zaczęli nas ganiać. Zacząłem uciekać, chleb rzuciłem. Przeleciałem szosę, bo to było po przeciwnej stronie szosy warszawskiej. Zaczął krzyczeć: Halt! nie zatrzymałem się. Miałem do zabudowań, do swojego domu, jakieś dwadzieścia metrów jeszcze. Usłyszałem strzał za sobą. Wpadłem między domy, miedzy nasz, gdzie mieszkaliśmy, i pana Bera. Wpadłem na podwórze, po schodkach (tam był skos, od podwórza się wchodziło po schodach do mieszkania, najpierw do korytarza) wpadłem na korytarz, w prawo były drzwi do kuchni. Wyskoczyłem przez kuchnię, z kuchni przez sklep i znów wyleciałem na ulicę. A Niemiec podobno wpadł [za mną do sklepu], uderzył w drzwi od pokoju, drzwi się otworzyły, on zajrzał, wyskoczył. Ale ja już byłem jakieś sto metrów dalej, obok domu Romana. Wpadłem w podwórze. Jeszcze usłyszałem przed zakrętem strzał. Od tej pory zaprzestałem tego procederu. Tak się skończyła moja przyjaźń z jeńcami.
W 1942 roku zaczęli przywozić wozami z terenu gminy Nieporęt Żydów. Zamykali ich vis-à-vis naszego sklepu, tam był posterunek policji, a z tyłu domu, od strony łąk, było pomieszczenie, gdzie było zrobione więzienie. Tam były chyba ze dwie cele. Tam przechowywali Żydów. Przyjeżdżała żandarmeria i tych Żydów rozstrzeliwała. Ponieważ przed Narwią były dwa wały ochronne między jeziorem, myśmy na wale przyglądali się rozstrzeliwaniu Żydów. Tam [zostało rozstrzelanych około trzydziestu osób pochodzenia żydowskiego]. Później chodziliśmy, oglądaliśmy ich, jak byli zabici. Między innymi byli tam znajomi Żydzi o nazwisku Kon. Jeden z nich chodził ze mną do szkoły przed wojną. To był chłopak w moim wieku. Też został zastrzelony, [leżał] z boku, widocznie chciał uciekać. Wtedy nasza policja [granatowa, której] Kozłowski był komendantem, zapędziła nas, żebyśmy wykopali dół. W tym miejscu była oaza porośnięta wikliną, w środku było mokradło, trochę wody było, tak że teren był bagnisty. Tam żeśmy doły kopali i [zakopywaliśmy zabitych] Żydów.

Pewnego razu przywieźli z terenu gminy jedną Żydówkę. To już było na samym końcu, w 1942 roku. Okazało się, że to była sąsiadka mojej mamy. Jak mama była jeszcze panną, kolegowały się ze sobą. Natomiast siostra tej sąsiadki przyjęła chrzest i wyszła za Polaka, za faceta o nazwisku Wilgos. Pamiętam do dzisiejszego dnia, bo ta „przechrzta”, przetrwała i podczas okupacji niemieckiej kolegowałem się z jej córkami. […] W nocy przyjechali Żydzi, niby na tym terenie nie było Żydów, wyłapywali ich, a jednak Żydzi mieli jakieś kontakty. Przyjechało trzech Żydów i w rozmowie z policjantem chcieli ją wymienić na starszą Żydówkę. To się nie udało. W chwili, kiedy przyjechała żandarmeria, Żydówka poprosiła żandarma, żeby weszli do sklepu, do mojej mamy. Zaczęła się żegnać z mamą, płakać. Zostawiła mamie tak zwaną jesionkę, to była chusta gruba. Mama poprosiła mnie, żebym wpadł do sąsiadki w następnym domu. To była żona Urbaniaka, pochodziła z Bydgoszczy czy z Torunia, znała język niemiecki. […] Ona przyszła, ale nie mogła uprosić [żandarma]. Zabrali [Żydówkę], wywieźli [i rozstrzelali poza Zegrzem]. [...] Niektórzy twierdzili, że ją pochowali od Zegrza jakieś dwa kilometry za wiaduktem kolejowy, to jest stacja Wieliszew. Tam ją podobno w lasku rozstrzelali. [Nie mogliśmy odnaleźć miejsca pochówku]. Po wojnie byłem wzywany [do sądu] na świadka, bo rodzina wytoczyła proces wójtowi. Chodziłem na świadka, na okoliczność tego, że ona była pobita, a oskarżenie było takie, że ją wójt pobił.
Był już rok 1943, do obozu w Beniaminowie (tam zostało już niewielu [Rosjan], ostatnimi czasy chodziła tylko jedna kompania, zostali sprowadzeni jeńcy włoscy. Ci jeńcy, też ze dwie kompanie chodziły do koszar pracować. Z nimi już nie było kłopotu, bo byli syci. Nawet mama moja kupiła od jednego z nich (oni tam też mieli tak zwanych kapo) płaszcz niebieski, z którego zostały mi uszyte spodnie. Wtedy były modne takie bufiaste spodnie. Pamiętam, że krawiec uszył [mi dwie pary].
Miałem szczerego kolegę, nazywał się Władek Łeski, z nim się kolegowałem. W 1943 roku (to był lipiec, sierpień), kiedyś przyszedł do mnie i mówi, że na terenie szkoły chodzą słuchy, że powstaje organizacja konspiracyjnego harcerstwa i czy ewentualnie nie chciałbym [do niej wstąpić]. Ponieważ miałem takie doświadczenie, że uniknąłem śmierci, to mama mnie pilnowała, nie pozwalała mi oddalać się od domu. Okazało się, że mój brat starszy, Jerzy Karpiński, już miesiąc wcześniej w tej organizacji był i nic mi nie powiedział, zgodziłem się. Zostałem skontaktowany z Tolkiem Witkowskim, który mieszkał vis-à-vis (to był syn piekarza). On mnie wprowadził w tajniki, co to jest i jak to jest. Pod koniec września na terenie tartaku w Zegrzu Południowym (tartak był nad samą rzeką Narew, a nasz dom stał jakieś dwieście metrów od rzeki) została zarządzona zbiórka. Pierwsza grupa z młodszego rocznika (było nas sześciu czy siedmiu, byłem ja, Tolek Witkowski, Władek Łezki, Wojtek Latało, Roman Klimaszewski, Bogdan Kufel) miała zbiórkę. Po obiedzie na terenie tartaku, między hałdami desek, które były wytworzone, przyszedł jakiś pan z osobą, którą znałem z widzenia, starszy ode mnie o jakieś trzy lata. Okazało się, że mamy złożyć przysięgę. Złożyliśmy przysięgę na ręce druha „Rabczyka” (taki miał pseudonim), a osobą, która była przy nim, był Sławek Sokolnicki. Przedstawił go nam druh „Rabczyk”, że on będzie naszym drużynowym na terenie Zegrza, że jest zarazem w „Szarych Szeregach” na terenie Legionowa, w szkole handlowej. Tak się zaczęła nasza przygoda z konspiracją.
Pierwsze zadanie naszego zastępu było w przeddzień 11 listopada [1943 roku]. […] Każdy z naszego zastępu miał wykonać chorągiewkę biało-czerwoną. Tych chorągiewek każdy miał mieć pięć sztuk. Mieliśmy polecenie udania się do Wieliszewa, na cmentarz żołnierzy polskich, którzy w 1939 roku zginęli na tym terenie i byli tam pochowani. Pochowanych było prawie dwie kompanie ludzi. To było w grobach piaskowych. Przez pola za koszarami, przez Rybaki wybraliśmy się wieczorem, około godziny czwartej czy wpół do piątej. W Wieliszewie za dworem mieściło się wielkie jezioro zwane Bełt czy Bełk. Tamtędy dostaliśmy się na cmentarz. Ten cmentarz był zaraz za cmentarzem cywilnym, to jeszcze nie było pogrodzone, teraz jest. Udaliśmy się tam i w wielkim skupieniu, ze strachem (dwóch stało przy wejściu z jednej i z drugiej strony, od strony wsi jedna osoba) podchodzili i umieściliśmy chorągiewki.
W okresie zimowym spotykaliśmy się [na terenie tartaku, którego ojciec Sławka Sokolnickiego był kierownikiem]. Ojciec Sławka (później dowiedzieliśmy się, że jak powstała Generalna Gubernia, zamieszkiwali oni w Serocku [i w połowie 1940 roku] przedostali się do Zegrza) […]. Ten tartak był własnością Żyda, już był pod kuratelą niemiecką. W każdym razie ojciec [Sławka] też był w organizacji. Nie wiem, co się z nim stało, bo nie wrócili [oni] do Zegrza […]. Zetknąłem się z nim dopiero w 1990 roku. Tak że na terenie tartaku mieliśmy spotkania. Nieraz w szkole po lekcjach zostawaliśmy, niby odrabiać lekcje. Kierownikiem szkoły był Marian Frydrych, to był mężczyzna, który został wysiedlony ze Śląska i wraz z żoną i siostrą przyjechał [do Zegrza]. Mieszkali w tym samym [domu], co my, tylko po lewej stronie. Mieli jeden pokoik nieduży, który we trójkę zamieszkiwali. W 1941 roku urodziło im się dziecko. W tym samym roku urodził mi się brat, to był rówieśnik córki Frydrycha. Siostra Frydrycha (to sprawa, o której nigdy nie wspominałem, a która miała miejsce) zrobiła nam sztandar: na biało-czerwonej płachcie [wkleiła] obraz Matki Boskiej, […] i po drugiej stronie [wyhaftowała słowa]: „Honor i Ojczyzna”. Pamiętam, że ten sztandar był do końca ewakuacji. Raz był używany na naszym spotkaniu, ale nie pamiętam, co się z tym sztandarem później stało. W każdym razie Frydrych to był bardzo uczciwy facet.
[Podczas naszych spotkań] na terenie szkoły mieliśmy czytanie książek: „Potop”, „Pan Wołodyjowski”, „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza, „Dziady” Mickiewicza. Później z tego mieliśmy sprawdziany.
Na początku 1944 roku, w lutym, mieliśmy spotkanie z „Rabczykiem”. Okazało się później, już w latach dziewięćdziesiątych, że „Rabczyk” również pracował na terenie tartaku. Najpierw pracował w tartaku w Legionowie, tam paliła mu się ziemia pod nogami, to przeszedł do [tartaku w Zegrzu] Południowym. Tak że on też maczał w tym palce, żeby była jakaś ochrona nad nami. Mieliśmy drugi raz spotkanie z „Rabczykiem” i wtedy zapadła decyzja, że się mamy zająć tak zwanym małym sabotażem. Na teren obok stacji osobowej w Zegrzu Południowym, gdzie przychodził pociąg w czasie okupacji (przed wojną również), była rampa kolejowa, która była obok jednostki wojskowej. Na tę rampę przychodziło zaopatrzenie dla jednostki w Zegrzu Południowym i w Zegrzu Północnym. Nie było to tak, że Niemcy posiadali [dużo] sprzętu mechanicznego, tylko wozami zaprzężonymi w parę koni wozili zaopatrzenie z tych wagonów do Zegrza Północnego. Pewnej niedzieli (była już wczesna wiosna) przyszedł do mnie Władek Łeski, wywołał mnie z domu i mówi, że był na rampie, że nikogo nie ma, że jest pora, abyśmy we dwóch (Tolek Witkowski podobno miał być wtajemniczony w tę sprawę) poszli i zajęli się sypaniem piasku do maźnic wagonów. […] Chodząc z workami zbieraliśmy niby pozostałości węgla, który [pozostał rozsypany na torach i z wszytego w ten worek – małego woreczka braliśmy garść piasku, wsypując go do maźnicy wagonu]. Chyba ze cztery, pięć razy tam byliśmy. To była nasza niepierwsza akcja. Władek Łezki miał być przy jednym wagonie, ja przy drugim, Tolek Witkowski przy trzecim. Okazało się, że Tolka nie było, ale Władek mi mówił, że Tolek stoi na początku i mówi, że nikogo [tam] nie ma. W pewnym momencie (przy worku miałem przywiązany woreczek z piaskiem), kiedy w środku zanurzyłem rękę, drugą ręką otworzyłem klapę maźnicy, usłyszałem strzał. Zostałem uderzony w policzek. (Później miałem zszywane, miałem klamry zakładane, został ślad.) To był dla mnie szok. [Niemiec] od razu wziął mnie, przywiązał mi rękę do roweru, sam wsiadł na rower i przez całe Zegrze, przez most, zaprowadził mnie na przejście graniczne. Po tamtej stronie Narwi stali celnicy, mieli specjalna budę, z tej strony wojsko pilnowało mostu. Zaprowadził mnie tam, zostawił mnie w komórce na drewno. Zamknęli mnie w komórce przy baraku celników i siedziałem tam do wieczora. Wieczorem przyszedł do mnie ten sam podoficer. To był feldfebel niemiecki z koszar Północnego Zegrza. Przyszedł po mnie, zabrał i przeprowadził na posterunek policji w Zegrzu Południowym. Rodzice już wiedzieli, co się dzieje, stali przy moście: matka i ojciec, i brat. Przyprowadził mnie ten Niemiec na posterunek. To była niedziela, na posterunku był tylko posterunkowy, (nie było komendanta Kozłowskiego). On nie bardzo po niemiecku rozmawiał. Nie wiem, czy policjant kogoś poprosił, czy coś. Obok, w następnym budynku mieszkał fotograf (pochodził z Torunia) o nazwisku Lachowicz. On Niemcom wywoływał filmy, robił zdjęcia, przychodzili z Północnego Zegrza. Przyprowadzili go na posterunek. Okazało się, że ten Niemiec był dobrym znajomym fotografa. Zaraz moi rodzice weszli na komisariat, zaczęli prosić, błagać. [Niemiec] nie chciał się zgodzić. Okazało się, że mają mnie w poniedziałek rano zaprowadzić do gminy i mam być wywieziony w głąb Niemiec na roboty. Po pewnym czasie, po paru rozmowach i przetargach, rodzice moi jakąś sumę na to przeznaczyli, wykupili mnie. Zostałem wypuszczony po wielu pertraktacjach.
Nie wspominałem o tym nikomu, nawet swoim dzieciom [już w domu]: rozbierając się, stwierdziłem, że się zmoczyłem. To było w momencie kiedy strzał padł i dostałem w twarz – poczułem ciepło w sobie, puściły mi zawory. Od tej pory przez miesiąc matka chodziła za mną. Nie wiedziałem o tym, dowiedziałem się później, na początku lipca, że ojciec mój był również w konspiracji. Ojciec [mój] był piłsudczykiem. W każdym razie wiedział, że jestem w konspiracji harcerskiej i mi tłumaczył, upominał. Matka natomiast nie wiedziała nic. [Powiedziałem mamie], żeśmy chcieli węgiel przynieść i mnie złapał.
Później był okres, że front zaczął podchodzić bliżej Polski. W lipcu z frontu wschodniego zaczęły się wycofywać wojska niemieckie. [Front podchodził już pod] Radzymin. Przed Zegrzem jest skrzyżowanie dróg, które prowadzą do Legionowa i Nowego Dworu [oraz Serocka]. Tam były informacje na tablicach z kierunkiem marszu tych wojsk. Nasz zastęp kilka razy te tablice przestawiał. Był okres, że [przez to skrzyżowanie] przechodziły duże transporty „ukraińców”, którzy uciekali na zachód. Ponieważ różne [groźne] wieści chodziły na ten temat, to na zmianę nasz zastęp i zastęp Wojtka Walczaka mieliśmy dyżury w tak zwanym kontrowersie. Tam skrzyżowanie jest na wzniesieniu, na dole rosły olszyny i różne krzaki, zagajniki. Myśmy tam obserwowali, czy jakaś furmanka „ukraińców” się nie urwała i do Zegrza nie jedzie. W lipcu, kiedy już front podchodził pod Radzymin i luzowali oddziały frontowe, dostaliśmy polecenie. Na Narwi został zbudowany drugi most drewniany, niskowodny, przez który przechodziły czołgi. Wojsko wycofywało się dniami i nocami. Zadaniem naszym było zapisywanie specjalnych znaków rozpoznawczych, o których nas przedtem informowano, jak mają wyglądać. Przekazywaliśmy te informacje drużynowemu. Nie wiem, co on później z nimi robił.
Wspomnę jeszcze, że w miesiącach maj–czerwiec na terenie lasku w Nieporęcie (to jest między Nieporętem a Wieliszewem, zaczynając od wiaduktu kolejowego) mieliśmy trzy czy cztery spotkania z żołnierzami Armii Krajowej z plutonu „Koraba”. „Korab” był porucznikiem Armii Krajowej, pochodził z rodziny [książęcej], Radziwiłłów. Tam mieliśmy wykłady o broni, mieliśmy do czynienia z rozbieraniem parabelki, stena [oraz zapoznawaliśmy się z granatem] ręcznym z trzonkiem. Nie byłem na jednym takim spotkaniu, na grze terenowej w lesie. Po tym spotkaniu Władek Łezki opowiadał mi o rozbrojeniu [w lesie nieporęckim] dwóch pijanych, śpiących „kałmuków”. [Rozwiązawszy lejce dwóch koni i wyprowadzeniu ich pod Nieporęt]. Po prawej stronie, jak się jechało z Zegrza do Legionowa, były dwa olbrzymie bloki koszarowe, gdzie [w armii niemieckiej] byli żołnierze radzieccy, tak zwani turkiestani. Oni często na koniach jeździli po tym terenie, mieli twarze podobne do Mongołów. […] Przecięli żyletkami (nie wiem, skąd żyletki wzięli) [pasy i] zabrali im dwa automaty. Ale to chyba była bajka. Po wyzwoleniu starałem się to ustalić i nikt nie mógł tego potwierdzić. Pod koniec lipca, jak mówiłem, zajmowaliśmy się rozszyfrowywaniem jednostek, które wracały z frontu i które szły na front, bo w przeciwnym kierunku szły przez most z Prus Wschodnich czołgi i oddziały na wymianę wojsk niemieckich.
Parę dni przed Powstaniem Sławek Sokolnicki miał jakieś poważne kłopoty domowe. To był taki okres, że rower to była taka rzecz do komunikacji, którą nie wszyscy posiadali. My jako ludzie trochę zasobniejsi rower posiadaliśmy, bo przywoziło się do sklepu zaopatrzenie. W Wieliszewie był ojca brat [który], miał wielki sad i na rowerze przewoziłem [do sklepu] owoce. Pod koniec lipca Tolek Witkowski kazał mi ze dwa razy zawieźć meldunki do Legionowa. Ta trasa była ciągle kontrolowana przez Niemców, bo jak wojska się wycofywały, to dużo żandarmerii polowej i oddziałów SS pilnowało tych tras. Przez Wieliszew dwa razy docierałem w okolice PIM-u w Legionowie […], [gdzie] zawoziłem (raz w bucie, raz wszytą w spodnie pod kieszenią) małą notatkę zaszyfrowaną, którą wręczałam pewnej osobie. Tej osoby nie znałem w ogóle. Kiedy [w roku 1992] była konfrontacja z majorem Dietrychem, który był adiutantem dowódcy pułku Legionowo, nie mogłem ustalić [jak ta osoba się nazywa].
Pierwszego sierpnia wybuch Powstania Warszawskiego. Z samego rana, koło godziny jedenastej, dwunastej zarządzony był alarm. Zebraliśmy się tym razem w Topolinie, to była miejscowość za Rybakami wzdłuż Narwi, w stronę, gdzie jest zapora w Dębem. Tam było spotkanie, otrzymaliśmy rozkaz przygotowania się do wielkiego wydarzenia. Wydarzeniem tym miało być Powstanie Warszawskie. Mieliśmy w charakterze gońców uczestniczyć w tej operacji. Później wieczorem, koło godziny siódmej wieczorem, dowiedzieliśmy się, że w Warszawie wybuchło Powstanie, również na terenie Legionowa, właściwie Chotomowa, zaczęły się walki. Mówiło się, że wybuchło Powstanie w Legionowie. Zginęło parę osób.
Z rana mieliśmy się znów stawić na terenie tartaku. Przychodziliśmy po jednym, po dwóch w odstępach dziesięciu, piętnastu minut. Po czym po dwóch, po trzech rozstawieni byliśmy i spisywaliśmy wszystkie dane dotyczące przemarszu wojsk tak w jedną, jak i w druga stronę [Narwi]. Drugiego sierpnia wraz ze Sławkiem Jankowskim (on również miał rower), następnego dnia z Władkiem Łeskim na rowerach przywoziliśmy meldunki. Już szosą nie dało rady jechać, bo na terenie Jabłonna–Zegrze kursowały czołgi i kontrolowały ten rejon, więc w odstępach dziesięciominutowych ja na jednym rowerze, Sławek pierwszego dnia na drugim, drugiego dnia – Władek „Łezka”, jeździliśmy przez Wieliszew Łajski w okolice Legionowa Przystanku (nie dojeżdżając do Chotomowa, to było jeszcze przed torami kolejowymi) i tam składaliśmy meldunek. Z powrotem droga była wydłużona. Szosą Zegrze–Jabłonna było siedem, osiem kilometrów, tam było około dziesięciu, dwunastu przez pola, tak że nam zeszło prawie cały dzień, a i adrenalina była wielka, bo każdy zauważony Niemiec na motorze czy samochód niemiecki, to musieliśmy w rowie odpoczywać. […] [Dopiero] wieczorem [wracaliśmy] do domu.
Dnia 4 czy 5 sierpnia dowiedzieliśmy się, że Powstanie w Legionowie upadło, że zginęło wiele osób i trwa czystka. Z „Szarych Szeregów” zginęły trzy czy cztery [osoby, byli to] młodzi chłopcy z [Legionowa, z okolic Jabłonny, zostali oni] zaatakowani przez [niemieckie] czołgi. Po powrocie oglądaliśmy dymy, które osłaniały Warszawę. Widoczne były z Zegrza.
Około 15 sierpnia przyszedł do mnie Wojtek Walczak, [pytając] czy bym nie pomógł mu pojechać na Kwietniówkę (to była miejscowość między Michałowem a Zegrzem), bo został zastrzelony jego brat. Okazało się, że 15 czy 16 sierpnia Niemcy zaatakowali oddział „Koraba”, który wracał z akcji pod Żeraniem, (tam stała artyleria [niemiecka]). Piętnaście osób zostało rozstrzelanych, a „Koraba” Niemcy aresztowali. Późna nocą, koło jedenastej [była] wtedy godzina policyjna. Ja, Władek Łeski, Sławek Jankowski, Wojtek Walczak, Romek Klimaszewski, poszliśmy piechotą [w stronę Michałowa]. Rozstawiono nas wzdłuż szosy od skrzyżowania szos w Zegrzu, aż prawie do Michałowa, gdzie pilnowaliśmy [czy nie nadjeżdżają Niemcy]. W Kwietniówce zostało […] rozstrzelanych i zasypanych piaskiem piętnaście osób, jeden to był brat Wojtka Walczaka. Później pudło, do którego on został załadowany, furmanką przywieziono polami do Wieliszewa. Myśmy wrócili do domu [nad ranem] i tyle tylko wiedzieliśmy, że jest pochowany w Wieliszewie pod zmienionym nazwiskiem.
Parę dni później przed nasz sklep zajechała furmanka, na której siedziała pobita osoba, miała tablice na piersiach i było napisane, że to jest polnische Graf, polnische Bandit. Był to Książe Radziwiłł, „Korab”, który został zawieziony do Zegrza Północnego i ślad po nim zaginął. Zwłoki jego przypadkowo odnaleziono w latach siedemdziesiątych na terenie jednostki wojskowej w Zegrzu Północnym.
W połowie sierpnia pojechałem rowerem do Wieliszewa, do brata ojca, po jabłka. Wracając, natknąłem się na wielki oddział żołnierzy polskich, którzy jechali od strony Nieporętu w stronę Wieliszewa na furmankach, na koniach, w mundurach polskich. Stanąłem już prawie na przejeździe kolejowym przed skrzyżowaniem. Rozdawałem chłopakom te jabłka. Wróciłem do Zegrza, powiedziałem chłopakom, których napotkałem, że spotkałem żołnierzy. Wtedy właśnie trzy osoby z Zegrza: Heniek Saks, Tadek Sternik „Zamora” i Leszek Dumała wsiedli [na rowery w stronę Waliszewa i] pojechali. Z tych wszystkich osób po wojnie wróciły [tylko] dwie: Heniek Saks i Leszek Dumała, natomiast „Zamora” nie wrócił, jego rodzina [również] nie wróciła do Zegrza po wyzwoleniu.
[…] W międzyczasie w Zegrzu nie było żadnego wojska. Przez cały [sierpień] koszary były puste, chodziliśmy tam, zbieraliśmy różnego rodzaju rzeczy, miedzy innymi naboje do różnego typu broni, [które przekazywaliśmy drużynowemu] Sławkowi Sokolnickiemu. [W połowie września 1944 roku zostaliśmy ewakuowani w stronę Nowego Dworu] za Wieliszewem, jeszcze przed Poniatowem, dwie rodziny, nasza i Szymkowiaków, skręciliśmy w prawo, w stronę Narwi i tam w miejscowości Klin, Poddębie zamieszkaliśmy w jakiejś stodole. Okazało się, że wkrótce tam […] zostali skoszarowani [„ukraińcy” w niemieckich mundurach]. Któregoś dnia w nocy przyszli do stodoły i zgwałcili siostrę Szymkowiaka.
W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że w Zegrzu są Rosjanie, więc ja z bratem (mama dała nam takie worki po pięć kilogramów mąki) wróciliśmy do Zegrza. Na podwórku nie znaleźliśmy nikogo poza starszą panią Haberską. To była już [starsza] babcia, która orzekła, że byli tu Rosjanie, postrzelali i poszli. Brat wrócił [po rodziców], ja zostałem. Wróciłem się na Rybaki i spotkałem naszych sąsiadów Kobrzyńskich, którzy mieszkali z nami w tym samym podwórzu w czasie okupacji. Okazało się, że wrócili wcześniej i na Rybakach przebywali. Tej samej nocy Niemcy nas wyłapali, zaprowadzili do koszar. [Na terenie koszar] niedaleko domu, gdzie przed wojną mieszkałem, były stajnie […]. Kiedyś łączność przeważnie posługiwała się końmi. Zaprowadzili nas do tych stajni, zebrali około sześćdziesiąt osób z Rybak i z Zegrza. Prawdopodobnie mieliśmy być rozstrzelani, takie hasło padło. Kobiety zaczęły płakać, dzieci [również], ale przyszedł oficer (nie znałem za bardzo języka, którym on władał), coś przekazał żołnierzom i dwóch żołnierzy kazało nam się ustawić, i pognali nas nocą w stronę Nowego Dworu. Nad ranem doszliśmy do Skrzeszewa. W szkole w Skrzeszewie zorganizowany był obóz. Rano [rozdzielili] ludzi, mężczyzn osobno, młodzież osobno, kobiety osobno. Mężczyzn zabrali na samochody i wywieźli w stronę Nowego Dworu, nas pognali [w tą samą stronę]. Idąc grupą, doszliśmy do miejscowości Olszewnica. Jakiś Niemiec wyszedł, wyrwał mnie za rękę z grupy i zaprowadził na podwórko. Okazało się, że to był Austriak trochę mówiący po polsku. Mówi, że będę z nim mieszkał i będę mu usługiwał. Byłem z nim ze dwa, trzy tygodnie.
W międzyczasie dowiedziałem się, że moi rodzice zostali rozstrzelani, że nikt nie żyje. Po pewnym [czasie] spotkałem znajomego z Wieliszewa (wiem, że miał na imię Gieniek), mówi : „Zenek – (bo tak na mnie w młodości mówili) – przecież rodzice ciebie opłakali, że ty nie żyjesz! Oni są niedaleko, wrócili i pod Wieliszewem są, w Poniatowe”. Ale jak tu przejść? Przecież idąc do Wieliszewa, trzeba było przejść koło szkoły, gdzie się znajdował obóz. „Nie bój się, jakoś przejdziemy”. Rowami doszliśmy do Poniatowa. W Poniatowie już stały czołgi, to chyba [z dywizji] „Herman Göring”, bo to wszystko oddziały w czarnych [mundurach] SS. Od strony Legionowa już padały strzały, Rosjanie strzelali na skrzyżowanie. Okazało się, że moich rodziców już nie było. Gieniek gdzieś się urwał, ja zostałem sam. Zacząłem wracać, wróciłem na skrzyżowanie, ze skrzyżowania drogą w stronę Dębego. Doszedłem do mostu, [na rzece Narew była granica Generalnej Guberni i III Rzeszy]. Okazało się, że Niemcy przepuszczają na stronę niemiecką wszystkich ludzi, tam sporo ludzi szło. Dostałem się do Orzechowa. W Orzechowie nocowałem parę dni u jakichś ludzi. To już było po stronie Rzeszy. Tam po dwóch tygodniach dowiedziałem się od jakiejś kobiety, że moi rodzice żyją i są w Radzikowie. Nie wiedziałem, gdzie jest Radzików [właściwie Radzikowo]. Powiedziano mi, że gdzieś pod Czerwińskiem. Tak wędrowałem do Radzikowa [i w połowie października 1944 roku tam dotarłem]. Znalazłem swoich rodziców. Okazało się, że obok, w drugim gospodarstwie, mieszka mój sąsiad Bogdan Kufel z rodziną. Tam wytrwaliśmy do wyzwolenia. Piętnastego stycznia wojska radzieckie dotarły do Radzikowa. Szesnastego stycznia gospodarz, u którego mieszkaliśmy, załadował nas na furmankę, za określoną sumę pieniędzy przywiózł nas do Zegrza. Tak wróciłem do czasów jeszcze wojennych, ale do Zegrza.

  • Mówił pan o wydarzeniach z sierpnia i października. Proszę opowiedzieć, co działo się we wrześniu?

Blady strach padł na nas i mówiąc szczerze, to poza tym, że kontrolowaliśmy [przemieszczanie się „ukraińców”, nic ważnego się nie wydarzyło. Nie mieliśmy już styczności z naszym drużynowym, pomimo to] spotykaliśmy się jeszcze, ale nie mieliśmy żadnych szans, żeby się dostać do Legionowa. Tam podobno Niemcy robili czystkę. Natomiast w Zegrzu prawie nic się nie działo, ruchy wojsk osłabły, fronty się zatrzymał, załamał. W zasadzie nasza działalność konspiracyjna [została zakończona z chwilą naszej ewakuacji]. Na terenie Zegrza Północnego ani Południowego nie było żadnego wojska. Wojsko dopiero później przyszło, na początku października. [Pod koniec sierpnia] na terenie Zegrza zostały zatrzymane dwie osoby, [był to] Władek Bielecki oraz syn policjanta. Zostali [oni] rozstrzelani. Ich ciał nie odnaleziono. Kolega starał się poprzez muzeum w Zegrzu Północnym załatwić, żeby robili poszukiwania, znaleźli wtedy [tylko szczątki] Radziwiłła [„Koraba” i dalszych poszukiwań nie wszczęto].
Mogę jeszcze wrócić do czasów okupacji. Zegrze to była miejscowość graniczna, gdzie odbywał się tak zwany szmugiel przez Narew. Podczas [tego procederu] został zastrzelony jeden z naszych kolegów, Gieniek Chmielewski ([była tylko zabandażowana kula]), został zastrzelony [również] Czesław Kazbieruk. Tych ludzi widziałem, byłem na pogrzebie. [Pod koniec sierpnia 1944 roku] z „Obrożą” nie miałem już żadnego styku. Z tego, co się zorientowałem, to część ludzi z bronią w ręku przeszła na drugą stronę Wisły i dostała się do Kampinosu. Niektóre oddziały, tak jak oddział w Jabłonnie, w ogóle nie weszły do akcji. Jeszcze ciekawostka: kiedy wybuchło Powstanie, na terenie Beniaminowa oddziały Armii Krajowej wyzwoliły obóz, uwolnili jeńców.

  • Kto się wówczas znajdował w obozie?

Uważałem, że Rosjan już nie było, że byli Włosi. Rosjan już od maja nie widziałem, żeby przychodzili, żeby ich pędzili do koszar, do Zegrza Południowego, do pracy. Były tylko oddziały włoskie. Natomiast z literatury dowiedziałem się, że był wyzwolony obóz jeńców radzieckich. Trudno mi powiedzieć, bo nie miałem styku z nimi. Tak że nie wiem, co się działo w Beniaminowie. W Powstaniu brałem udział jako goniec, bezpośredniego udziału w walkach nie brałem. Trudno jest mi powiedzieć. Na pogrzebie tych osób w Legionowie nie byłem. Z naszej drużyny nikt nie był powiadomiony, kiedy pogrzeb się odbył.

  • Spotkał się pan z rodzicami w 1944 roku. Co się działo potem? Wrócili państwo do Zegrza. Jak tam wyglądała sytuacja?

Wróciliśmy do Zegrza za dwa, trzy dni. W zasadzie [Rosjan] tam nie widziałem. Był posterunek milicji, na którym komendantem był pan Osiewicz. Była taka rodzina Osiewiczów, którzy byli [zagorzałymi] komunistami. Osiewicze, Latałowie to byli komuniści. Mimo to jeden z tej rodziny, Wojtek Latało, był w naszym zastępie. Rosjan widziałem dopiero, jak oddziały szły na front. W naszym domu stacjonowali i posiłkowali. Pamiętam, jak otwierali tuszonki i jedli. To byli jacyś dowódcy radzieccy. Natomiast na terenie koszar nie widziałem wojsk radzieckich. Koszary były puste. Kiedy wróciliśmy, nie było okien, nie było drzwi. Z bratem chodziliśmy do koszar. Podobno tam Rosjanie stacjonowali przez okres ofensywy, która była rozpoczęta dopiero w styczniu. We wrześniu doszli do Jabłonnej, część Rosjan do Legionowa też doszła, natomiast tutaj podobno Rosjan nie było. Tak że jak wróciliśmy w styczniu, to Rosjan nie było, koszary były puściutkie. Chodziliśmy tam i zrywaliśmy podłogi, żeby uzyskać drewno, żeby położyć podłogi, poreperować drzwi i okna, żeby gdzieś można było mieszkać, bo cały róg pokoju był uszkodzony przez pocisk. Przez parę lat jeszcze mieszkaliśmy w takim pomieszczeniu.
Po powrocie zaczęliśmy od przygotowania lokalu, w którym można by było jako tako zamieszkać. Przez całą dalszą część zimy i wiosny ja z bratem (ojciec był bardzo chory, nie mógł prawie chodzić, miał kłopoty z kręgosłupem, ze stawami) żeśmy uzupełniali ten lokal. Chodziliśmy na tak zwany szaber do koszar, bo nie było czym palić. Wtedy ludzie z okolicznych wiosek nawet dachy zrywali, blachę brali do siebie na budowę, cegły rozbierali z budynków zniszczonych. My zaś koncentrowaliśmy się na drewnie do palenia.
Z nadejściem wiosny (było nas pięcioro w domu) zaczęliśmy z bratem próbować coś zrobić, żeby rodzinę utrzymać. Kiedyś będąc na jakimś spotkaniu, brat wziął do ręki czyjś akordeon i zaczął na nim po prostu grać. Aż dziw bierze, że w ciągu tygodnia chłopak zaczął grać na tym akordeonie. Gdzieś skombinowali skrzypce, namówił mnie, zacząłem grać na skrzypcach. Stworzyliśmy kapelę, dokooptowaliśmy swojego ciotecznego brata Mietka Kazbieruka. To był okres odbudowy, radości, ludzie się bawili. Na terenie Zegrza pobudowali nad rzeką tancbudę i tam w niedziele i w sobotę graliśmy, zarabialiśmy parę groszy. Ponieważ była bieda niesamowita, mama moja uzyskała od swojego brata w Wieliszewie kawałek ziemi, gdzie zostały posadzone ziemniaki, żeby było na zimę 1946 roku. Nie było żadnej łączności z Legionowem ani z Warszawą, bo nie chodziła żadna komunikacja. Pociągi zakończyły swój żywot 1 sierpnia 1944 roku. Tylko pociągi towarowe do Zegrza przyjeżdżały, osobowych w ogóle nie było. PKS zaczął chodzić dopiero pod koniec 1946 roku.
W 1946 roku starałem się dostać do szkoły handlowej w Legionowie. Okazało się, że już jest za późno, nie ma miejsc. W międzyczasie wrócił z Zachodu znajomy mojego ojca, sierżant Żołek, który grał na puzonie. Dostał się do orkiestry w 1. pułku praskim. Dostał mieszkanie. Grał z nami dwa razy na jakiejś zabawie albo weselu. Mama załatwiła z nim, że zamieszkamy u niego. Zacząłem chodzić do gimnazjum na ulicę Śniadeckich. [Pan Żółtek] mieszkanie miał na ulicy Dymińskiej na Żoliborzu, było to przy samej Cytadeli. Później został zwolniony z orkiestry za jakieś sprawy polityczne. Został przeniesiony na Pragę, na ulicę Ratuszową. Dostał mieszkanie w blokach wojskowych. Mieszkaliśmy u niego wraz z bratem. Brat chodził do gimnazjum Słowackiego, ja chodziłem na ulicę Śniadeckich 17. Po skończeniu gimnazjum, ponieważ byłem już mężczyzną osiemnastoletnim, pieniędzy ciągle owało, zacząłem pracować w B.O.S-ie przy ulicy Częstochowskiej na budowie. Kierownikiem budowy był Gieniek Suska, który kończył WSI, z którym podczas okupacji kolegowaliśmy się. W 1949 roku zacząłem uczęszczać do Technikum imienia Henryka Gajewskiego na ulicę Przemyską 11. W 1950 roku, przed ukończeniem technikum, w kwietniu była wsypa w Legionowie. Tam powstał ROAK. Zostało aresztowanych paru chłopaków. Mnie w to wplątali, zostałem wcielony do wojska. Miałem kończyć szkołę w czerwcu, a 21 kwietnia zabrali mnie do wojska, do Kazunia, do saperów. Po powrocie z wojska, ponieważ technikum zostało zlikwidowane, poszedłem na ulicę Złotą, tam było technikum budowlane. W pół roku skończyłem to technikum. Wróciłem do Zegrza. Zacząłem pracować na terenie budowy lotniska w Modlinie, tam byli dowożeni ludzie. Pracowałem w Warszawskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych, które wykonywało prace na terenie lotniska. Po zakończeniu tej budowy zostałem skierowany na budowę lotniska w Gliniku koło Tomaszowa Mazowieckiego. Po zakończeniu robót w Gliniku skierowany zostałem na budowę do Białej Podlaskiej, też na budowę lotniska. W 1956 roku poznałem tam niewiastę i w sierpniu wziąłem ślub. W 1957 roku, pod koniec czerwca, urodził mi się syn. W 1957 roku na wiosnę wróciłem do Zegrza i dalej pracowałem na ulicy Spiskiej w Warszawskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych. Później, w grudniu 1958 roku, urodził mi się drugi syn. Pracowałem w tym przedsiębiorstwie do roku 1960. [W tym roku] został aresztowany mój szef. W obawie zwolniłem się z pracy i poszedłem pracować do PBSC. Później powstało Przedsiębiorstwo Robót Zmechanizowanych i Transportu Budownictwa Komunalnego. Po pewnym okresie powstało Mazowieckie Przedsiębiorstwo Transportowe z bazą przy ulicy Tatarskiej. Tam byłem zastępcą kierownika bazy. Wszystkie małe przedsiębiorstwa transportowe zostały skoncentrowane w jednym przedsiębiorstwie „Transbud”. Pracowałem w alei Krakowskiej, w dziale głównego dyspozytora. Ponieważ miałem trudności z dojazdem codziennym (musiałem wstawać o czwartej rano), zaproponowano mi zmianę miejsca pracy. W zamian za otrzymane mieszkanie miałem objąć stanowisko kierownika dworca Ordona, na który przychodziły wszystkie elementy kruszywa na budowę Ursynowa z fabryki domów na Bokserskiej. Zgodziłem się. Otrzymałem mieszkanie w 1976 roku. Tam była mordercza praca, tak były skoncentrowane dostawy. Zimą wojsko pomagało nam rozładowywać wagony z kruszywem. Zachorowałem i poprosiłem o przeniesienie. Przeniesiono mnie do bazy na ulicę Płochocińską, tam była baza „Transbudu”. Pracowałem tam do emerytury jako kierownik do spraw eksploatacji.

  • Czy chciałby pan powiedzieć coś o Powstaniu, czego zdaniem pana nikt jeszcze nie powiedział?

Kilkakrotnie proponowano mi wstąpienie do partii, kusząc stołkiem dyrektorskim. (Nie powiedziałem, że w latach siedemdziesiątych skończyłem dwuletnie Studium Ekonomiki Transportu) – związku z powyższym chciano mnie upchnąć na jakiś wyższy stołek. Nie dałem się skusić, ponieważ wielu moich kolegów z Legionowa zostało bardzo skrzywdzonych i patrzono na ich działalność i na Powstanie Warszawskie przez pryzmat bandytyzmu. Traktowano nas wszystkich, [przepraszam za wyrażenie], jak psie gówno. Nie byłem w żadnej organizacji opozycyjnej za wyjątkiem „Solidarności”. W stanie wojennym […] uratował mnie dyrektor [„Transbudu”] od zamknięcia przez UB i dał mi robotę na budowie elektrowni w Kurczatowie, to jest niedaleko Kurska. Tam byłem dwa lata. Mimo to nie uległem namowom żadnej partii. Nie należałem i nie należę do dnia dzisiejszego.
Stosunek mój do Powstania był jasny i wyraźny. My, młodzi ludzie, w tamtym okresie traktowaliśmy swoje wypady po części jako [wielką przygodę], to znaczy w sensie adrenaliny. Napatrzyłem się na wiele trupów w 1939 roku i później, podczas okupacji, kiedy rozstrzeliwali pod moim okiem Żydów. Sprawy niepodległości w moim domu były na pierwszym miejscu. Opowiadania mojego ojca, jak w 1920 roku brał udział w bitwie, podchodzili pod Kijów, jak dostali lanie… Biorąc pod uwagę zaangażowanie mojego ojca (mama była bardzo przeciwna każdej wojnie, każdemu udziałowi, lubiła spokój i ciszę, ale to się nie udawało, nie zawsze wychodziło), w nas tkwił jakiś bakcyl uczestniczenia w akcjach odwetowych przeciwko okupantowi niemieckiemu. Taką tęsknotą może i było Powstanie. Czytam teraz niektóre książki, jak ludzie ginęli na barykadach. Mówiło się, że to wina dowódców. Jednakowoż myśmy pragnęli, dążyli do przygody i traktowaliśmy to jako wielka przygodę. Nie bardzo wierzę, żeby ktokolwiek z nas zabawiał się w politykę. Myśmy dążyli do tego, żeby dokuczyć okupantowi, nie zważając na ofiarę. Wtedy wydawało się, że życie to jest coś ulotnego – dzisiaj jest, jutro nie ma. Powstanie… Podziwiam tych ludzi. […] Pomimo że mi wystawiono wniosek na Warszawski Krzyż Powstańczy, nie odważyłem się wystąpić z ankietą o wpisanie mojej osoby do [Encyklopedii] Powstania Warszawskiego. Nie jestem bohaterem, byłem cząstką [bardzo ważnej] sprawy. Podziwiam tych ludzi, ich dzielność, odwagę. Nie mówię, że sam bym nie uczestniczył [w nim w Warszawie], gdybym miał okazję, bo napatrzyłem się na wiele zła. Swoje działanie konspiracyjne w dalszym ciągu traktuje [jako wielką przygodę i cząstkę mego udziału w walce z okupantem niemieckim]. Doszedłem do wniosku, że w każdej chwili mogłem zginąć, że łut szczęścia pozwolił mi dalej żyć. Tak że Powstanie Warszawskie to wielka [i słuszna] sprawa.
Po pójściu na emeryturę zwrócił się do mnie mój kolega Sławek Jankowski. Przyjechał z Poznania, bo tam mieszkał, i [przekonał] mnie, żebym [ubiegał się o kombatanctwo]. Po stanie wojennym podobno powstało Stowarzyszenie „Szarych Szeregów”. Wypełniłem ankietę i zostałem przyjęty. Nie chodziło mi [szczególnie] o uprawnienia kombatanckie. Kiedy poszedłem tam, zobaczyłem zaangażowanie ludzi w pracę nad historią, zapaliłem do tego. W 1992 roku zacząłem pracować w Zarządzie Głównym i w Warszawskim Oddziale Stowarzyszenia „Szarych Szeregów”, gdzie prowadziłem sprawy ewidencyjne. W 1995 roku zostałem powołany na stanowisko sekretarza generalnego Stowarzyszenia Szarych Szeregów. Funkcje tę pełniłem osiem lat. Pomagałem ludziom w całej Polsce, bo Oddziałów [Stowarzyszenia Szarych Szeregów] powstało prawie trzydzieści. Ze względu na stan zdrowia, kiedy dowiedziałem się, że mam nieuleczalną chorobę, nowotwór złośliwy, chciałem odejść. Namówiono mnie, żebym został. Wybrano [do Rady Naczelnej], gdzie pięć lat byłem wiceprezesem. W chwili obecnej dalej jestem w Zarządzie Głównym [Stowarzyszenia Szarych Szeregów], z tym że od dwóch lat pełnię funkcję przewodniczącego Komisji Odznaczeń i Mianowań [Zarządu Głównego]. Pomimo swej ułomności (mam uszkodzony kręgosłup i lewą nogę) staram się na „rzęsach” chodzić do Urzędu do Spraw Kombatantów, załatwiając ludziom [ważne dla nich] sprawy […]. Oprócz tego w Legionowie jestem w kole numer 1 Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. [Jestem od czterech lat] wiceprezesem tego koła. Niezależnie od tego jestem wiceprezesem Oddziału Legionowo Stowarzyszenia „Szarych Szeregów”.


Warszawa, 13 lipca 2012 roku
Rozmowę prowadził Michał Studniarek
Konrad Karpiński Pseudonim: „Żydu” Stopień: harcerz Formacja: Szare Szeregi Dzielnica: Zegrze Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter