Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Krystyna Heidrich „Krystyna Jasna”
Krystyna Heidrich
pseudonim
„Krystyna Jasna”
stopień
łączniczka, sanitariuszka
formacja
Batalion Szturmowy „Odwet”
dzielnica
Mokotów

Nazywam się Krystyna Heidrich, należę do Batalionu Szturmowego „Odwet” od 1942 roku, w Powstaniu byliśmy w budynku Architektury.

  • Czy mogłaby pani w kilku słowach opowiedzieć o rodzinie, z której pani pochodzi. Wiem, że pani mama miała herbaciarnię.

Tak, mieszkałam w Kutnie przed wojną, tam się urodziłam. Mama prowadziła herbaciarnię, a ojciec pracował na kolei. Nasza rodzina wyjątkowo dużo ucierpiała w czasie wojny, bo zaraz 3 września zginął mój ojciec, a 16 września zginął szwagier, który był porucznikiem. Zginął nad Bzurą, walczył z Niemcami, był w Armii generała Bortnowskiego. Później się jakoś urządziłyśmy z mamą, ojca już nie było, mama [znowu] zaczęła prowadzić herbaciarnię i tak żyliśmy [przez] rok. 17 lipca 1940 roku o piątej rano przyszli. Mnie nie było, wtedy nocowałam u siostry, wdowy; ona mieszkała oddzielnie. Raus! Raus! Raus! Od razu wyrzucili z domu, bo zajmowali… Nie tylko nas [wyrzucili], bo wtedy w Kutnie wysiedlili dużo osób. Zajmowali dla Niemców, których usuwali ze wschodu. Mama była tak strasznie zdenerwowana, bo weszli i nie wiadomo było, co brać, a co zostawić. Wtedy panie nosiły kapelusze z czarnymi welonami. [Mama] ubrała się w czarny płaszcz, włożyła kapelusz i w czerwonych, rannych pantoflach wyszła z domu. Siostrę zabrali i brata [też], Tomek był wtedy jeszcze małym chłopcem. Jak wyszli, to przyszła do nas [do mnie i do mojej owdowiałej siostry] jakaś pani, zaczęła walić w okno i mówi: „Słuchajcie, wy śpicie, a tam już mamę wysiedlają”. Wybiegłyśmy obydwie. Siostra pracowała w urzędzie skarbowym, a tam był Treuhänder względnie życzliwy, więc prędko [pobiegła] do niego, żeby coś ratował, żeby tę rodzinę cofnąć. Okazało się, że już było za późno, bo oni od razu na samochody ładowali i do Łodzi, do jakiejś fabryki. Było takie miejsce, gdzie wszystkich ładowali. Pojechali, siostrę od razu oddzielili [i wywieźli] do Niemiec na roboty, a mamę z małym bratem wysiedlili w Końskie, na wieś. Siostra była filigranowa, drobniutka, dostała się w Niemczech do jakiejś wiejskiej rodziny i miała pracować przy krowach, ale się do tego nie nadawała. Niemcy też byli przerażeni, bo chcieli kogoś do pracy, a ona się nie nadawała. Ale ponieważ pakowała rzeczy, jak wychodziła, jak Niemcy ich wyrzucali, to wzięła dużą paczkę herbaty, nie wiem skąd. Kiedy później [siostra] rozmawiała z tymi Niemcami, którzy jej [do pracy] nie chcieli, to poszła do Arbeitsamtu i dała tę herbatę. Jakoś załatwiła to, że ją zwolnili. Wróciła do Kutna.

  • Dzięki tej herbacie.

Za tę herbatę, za łapówkę wróciła do Kutna. Tam spotkała się z siostrą i ze mną. Później do Łowicza dojechałam, przeszłam przez rzekę Bzurę i dostałam się do Guberni, bo Kutno to było Wartegau, to była trzecia część Rzeszy. Przyjechałam do Warszawy, mama z bratem też przyjechali. W Warszawie mieliśmy ciotkę, a wuj był kierownikiem szkoły na Czerniakowskiej. Dostaliśmy się do tej rodziny. Później siostry dwie też przeszły granicę nielegalnie i przyjechały. W Warszawie jesteśmy, ale bez niczego. Mama była jednak sprytna. Miała trochę biżuterii, a ponieważ Niemcy od razu robili rewizję i wszystko co cenniejsze zabierali, to mama zawiązała [biżuterię] w brata skarpetki. Ponieważ było gorąco, to te skarpetki nie były świeże. Mama wiązała w te skarpetki a to pierścionek, a to bransoletkę, co mogła, i trochę biżuterii było. Mama z siostrą sprzedały tę biżuterię [same], bo ja byłam jeszcze za młoda, i na Puławskiej, [tam] gdzie [jest teraz] kino „Moskwa”, wynajęliśmy mieszkanie u Niemca; bo okazało się, że właściciel jest Niemcem. Wynajęłyśmy też knajpkę. Obrzydliwe to było, w ogóle warunki mieliśmy straszne, ciężko było finansowo. Gotowało się zupy, przychodzili różni robotnicy, bimber po cichu się sprzedawało. Tak żeśmy dotrwali do Powstania. O Powstaniu mama wiedziała, bo u nas była też komórka; przechowywało się korespondencję, jakieś inne rzeczy, które przynosili, i myśmy wszyscy należeli do organizacji.

  • Jak to się zaczęło? Pani miała dwie siostry i brata? O ile brat był młodszy od pani?

O cztery lata.

  • Pani była…

Byłam najmłodszą z córek. Starsza była mężatką, a średnia, która wróciła z Niemiec… Później, w czasie okupacji średnia wyszła za mąż i wyjechała, a myśmy we trójkę z mamą byli w Warszawie. Jak się Powstanie zaczęło…

  • Kiedy pani się związała z konspiracją?

Mieliśmy różnych znajomych i każdy w czasie okupacji nienawidził Niemców. Każdy chciał jak najszybciej ich wyrzucić. Brat dorósł (w Powstaniu miał już szesnaście lat), chodził ze znajomymi do Górskiego na komplety (teraz chyba nie ma gimnazjum Górskiego). Brat miał kolegów, któryś go wciągnął [do konspiracji], później [brat wciągnął] mnie i myśmy byli w tym samym batalionie. Najstarsza siostra była na Solcu u „Kryska”, zresztą [o tym] nie wiedziałam, dowiedziałam się [tego] dopiero w Muzeum Powstania Warszawskiego, bo jej imię i nazwisko jest wyryte na murze. Jak Powstanie wybuchło, to mama szykowała wszystko, [licząc,] że przyjdziemy, będziemy głodni, będzie nas karmić. Tymczasem Niemcy od razu popędzili mamę na Szucha. Mieszkaliśmy na Puławskiej, tam gdzie kino „Moskwa”, więc niedaleko popędzili mamę. Później [ją] wyrzucili, jako cywil wyszła. Siostra była na Solcu, brat był razem ze mną. Ale kiedy się ma szesnaście lat… Dowódca nasz, porucznik „Roman”, dał mu jakiś rozkaz, żeby zaniósł na Wspólną i [brat] poszedł. Tam była barykada i krzyczeli, żeby przeciągnął po sznurku ten rozkaz. Ale skoro się ma szesnaście lat, to się nie przeleci? Nie przeleciał. Strzelili Niemcy raz, strzelili drugi. Chłopcy go ściągnęli, od razu był szpital, ale [brat mój] umarł niestety. Pochowałam go na terenie Architektury.

  • Kiedy to było?

To było 19 sierpnia. Później, po dziesięciu dniach na Solcu zginęła siostra. Myśmy z koleżanką szły, żeby ją odwiedzić, a po drodze spotkałyśmy znajomych i mówią: „Nie chodź, nie chodź, bo tam strzelają”. Mówię: „To nie szkodzi, my pójdziemy”. „Ale nie ma co, ona już nie żyje”. Powiedzieli nam, wróciłyśmy. Mama dowiedziała się, bo ci, którzy wyszli z Warszawy, przyszli do mamy. Mama była w Brwinowie u średniej siostry i dowiedziała się, że [najstarsza] nie żyje. Ja wiedziałam, że brat zginął. Mama załatwiła w Pruszkowie, że mnie uwolnią za jakąś łapówkę. W Pruszkowie był obóz przejściowy.

  • Już po Powstaniu?

Po Powstaniu, jak wyszliśmy z Warszawy. Tymczasem nas wcale nie popędzili do Pruszkowa, ale do Ursusa. W ogóle to dowódca zwołał nas przed kapitulacją i powiedział, że on nie ufa Niemcom i nie wie, czy oni się dostosują do Konwencji Genewskiej, więc [nakazuje,] żeby część wyszła jako cywile, a część jako wojskowi. Nasza gromadka ośmioosobowa wyszła jako cywile. Doszłyśmy do Ursusa, w fabryce nocowałyśmy, później nas popędzili do Niemiec. W Niemczech…

  • Przepraszam, do czasów popowstaniowych jeszcze wrócimy. Teraz proszę opowiedzieć bardziej szczegółowo o Powstaniu i o konspiracji. Czy pamięta pani moment, kiedy składała pani przysięgę?

Nie pamiętam dokładnie, kiedy wciągnęłam się do organizacji, ale to było w 1942 roku. Miałyśmy zbiórki na Pradze (u jednej koleżanki na Brzeskiej, u drugiej na Jagiellońskiej) i na Nowym Świecie, u Marysi. Później przysięgę miałyśmy w kościele na Solcu, koledzy chodzili, pilnowali, żeby nas po drodze nie złapali. Później były Święta Bożego Narodzenia, u Janki na Jagiellońskiej były wszystkie uroczystości. Był kapelan… Później, jak byłyśmy w Niemczech, to spotkałyśmy dziewczynę, która pokazywała nam zdjęcia tego kapelana w różnych sytuacjach. Nie wiem, czy to rzeczywiście był ksiądz, czy to nie był ksiądz. Bo w kapeluszu z papierosem, rozkoszny taki, nie wiem… Ale był naszym kapelanem. Później, w czasie okupacji mieliśmy zbiórki, szkolenia…

  • Jakie szkolenia?

Sanitarne, prowadziła je wykwalifikowana pielęgniarka, żona lekarza, Grażyna. W Powstanie mieliśmy zbiórkę w Alei Niepodległości 227. Chłopcy mieli skoczyć na Stauferkaserne przy Rakowieckiej i atak był. Tymczasem broni prawie nie mieliśmy, a tam była obstawa mocna i oczywiście poległo wielu, i wszyscy się wycofali z powrotem w Aleję Niepodległości 227. Tam było fatalnie, ponieważ ludzie, którzy szli z działek (bo dużo osób było na działkach pierwszego [sierpnia]) byli ostrzeliwani, leżały trupy, tych trupów nie można było ściągnąć nawet. W nocy chłopcy ściągali nieżywych. Później przyszli jeszcze jacyś Ukraińcy, jakaś ukraińska organizacja „Wrona”, i nie mogli się do nas dostać. Budynek 227 w Alei Niepodległości jest duży, i zaczęli wrzucać zapalone szmaty, żeby podpalić ten dom. [W nocy] z siódmego na ósmego sierpnia przyszedł łącznik, zresztą kolega z naszego oddziału, Bojarski, i przeprowadził nas grupami do Architektury. Wtedy wstrząs straszny, bo tutaj ciemno, nie ma światła, ponuro, a tam przychodzimy: oświetlone, nabożeństwo się akurat odprawia, śpiewają wszyscy; w ogóle szok był. Od tej pory byliśmy w Architekturze i na Politechnice. Chłopcy bronili Politechniki od strony Alei Niepodległości, z tamtej strony, a myśmy były tu. Chodziłyśmy, nosiłyśmy rannych. Kiedyś był ranny Garkowienko, to był taki siłacz bardzo znany przed wojną. On był ranny i myśmy go niosły we cztery, a ciężki był jak diabli. Ledwie doniosłyśmy go do szpitala, wróciłyśmy tak strasznie zmęczone…

  • Przepraszam, do którego szpitala panie nosiły rannych?

Szpitale były wszędzie w podziemiach, były porobione w piwnicach…

  • Zorganizowane…

Tak, w piwnicach. Przyszłyśmy, położyłyśmy się, byłyśmy tak zmęczone i alarm jest. Tam nie wolno było wchodzić, dyżurna była na dole. Przyszła dyżurna i mówi: „Przyszedł do was jakiś kolega”. To był Miecio Rybitwa, poznałyśmy go w Powstaniu, to był dusza człowiek, on żandarmerię, Niemców gonił. Niemcy kopali przejścia między… Byłyśmy strasznie głodne, bo nie było co jeść, tylko „plujka”… Przynosili od Haberbuscha ziarna i z tego gotowali „plujkę”. Miecio, jak gdzieś przechodzili, to zawsze coś znalazł i przyniósł nam: a to jakieś konfitury z piwnic (bo oni przekopywali), a to jakieś ogórki. Przyszła [wiadomość], że Miecio przyszedł. Zeszłyśmy do Miecia i wtedy alarm ogłosili. Myśmy nie schodziły nigdy do schronów, a Mietek mówi: „Chodźcie, zejdziemy do schronu, to wam się nic nie stanie. Gdzie diabli mnie posłali, bo przy mnie wam się nic nie zrobi”. Zeszłyśmy i w tym momencie bomba uderzyła w to miejsce, gdzie myśmy były [uprzednio]. Dwie koleżanki, które były obok nas, zginęły. Tylko one nie zeszły, więc zginęły. Zaraz zaczęli odkopywać, ale udusiły się; jak odkopali, to już nie żyły. Tak byliśmy przez całe Powstanie w szpitalach. Okropnie było, nie było bandaży, w ogóle z higieną na bakier; jak się wchodziło, to trzeba było nos zatykać. Żeby chłopcom dać coś na uśpienie, oni nie chcą żyć… Było okropnie. Cały czas tam byłyśmy, cały czas się opiekowałyśmy chorymi, o ile można było. Niektórzy ludzie w domach… Cywile pomagali, dokarmiali nas, dawali jakieś ubrania, [coś] z pościeli, żeby tym biednym chorym pomóc, bo nie było bandaży. Ale inni trzymali, nie pozwalali nic, bo nie wiedzieli, że to się tak skończy, że i tak wyjdą, i wszystko zostanie. Tak było do końca, do 3 października. Jak już podpisali kapitulację, to wyszliśmy. Jak później szłyśmy, a pędzili nas do pociągu Aleją Niepodległości, tośmy nie poznały tego domu, bo był wspaniały, a później wszystko było wypalone.

  • Pani była nie tylko sanitariuszką, ale też łączniczką. Czy chodziła pani dokądś z rozkazami, z meldunkami?

Tak, w czasie okupacji często trzeba było dokądś przenieś jakąś bibułę, jakieś coś.

  • Nie było żadnych nieprzyjemnych historii?

Była na przykład taka historia: kiedyś szłam z kolegą (kiedy jeszcze Alejami Ujazdowskimi tramwaje jechały z dołu od Czerniakowskiej, Książęcą, Ujazdowskimi do Puławskiej), nieśliśmy jakąś bibułę. On mnie odprowadził do domu, weszłam ¬– Puławska 19, a on mieszkał na Narbutta. To jest dwie ulice dalej. Poszedł. Na drugi dzień patrzę, jest afisz: „Rozstrzelali dwudziestu bandytów”. Między innymi tego chłopca. Nic nie był winien, szedł; po prostu zrobili łapankę, bo oni podjechali, zatrzymali samochód i chłopaka złapali, zabili.

  • Pani nigdy nie była przeszukiwana?

Kilka razy uciekało się… Kiedyś miałam przygodę w naszym handlu. Przyszli Niemcy: „O! Bimber!”. Zabrali mnie z butelką. Szłam, potknęłam się i butelka upadła, stłukła się. Nie mieli dowodu i puścili mnie. W ogóle to było straszne, okupacja, wojna to jednak straszna rzecz.

  • Czy dlatego Powstanie musiało wybuchnąć?

Musiało, wszyscy już czekali. Jeszcze przed Powstaniem… Mam imieniny 24 lipca i już wtedy był nastrój, że to już koniec. Przyjechał mój kuzyn, który mieszkał koło Kutna i którego aresztowali, i wzięli do robót przyfrontowych. Ze wschodu przyjechał i mówi: „Słuchajcie, uciekają już Niemcy, co tam się dzieje!”. To był nastrój, że lada dzień będziemy wolni i każdy już czekał, żeby tych Niemców wykurzyć. Ale nie mieliśmy broni. Co tu myśmy mieli, co to za broń była?!

  • Jeżeli chodzi o „Odwet”, to tam broń nie dotarła.

Tak, nie dotarła i [tylko] kilku kolegów z czegoś strzelało. W ogóle to były tylko takie [pistolety], które sami zrobili, jakieś karbidówki, jakieś coś; to było w ogóle zawracanie głowy, a Niemcy przecież mocno, dobrze byli uzbrojeni.

  • Mówiła pani, że jak panie przyszły do Architektury, to odbywało się nabożeństwo. Czy często nabożeństwa się odbywały?

Tak, często.

  • Z tym księdzem, nie-księdzem?

Nie, tam był inny [ksiądz], [ten wspomniany wcześniej] to był nasz kapelan. Były też imprezy, Fogg śpiewał. Zresztą Fogg się przyznawał, że należał do „Odwetu”. Wątpliwe to było, ale on był…

  • Oficjalnie…

Oficjalnie, tak. Fogg występował i były jeszcze… Pamiętam, był taki epizod: śpiewała pani Wierzbicka, mezzosopran. Śpiewała „Odejdź chłopcze od okienka, dam ci chleba pół bochenka”, a chłopcy mówią: „Ojej, ja bym jeszcze dał pół bochenka, żeby przestała śpiewać”. Bo ona miała bardzo spiczasty, ostry głos; im się nie podobał. To byli młodzi chłopcy, więc nie znali się specjalnie na muzyce i chcieli jeszcze pół bochenka jej dać, żeby przestała śpiewać.

  • Czy w czasie Powstania często były takie występy?

Od czasu do czasu, u nas kilku kolegów grało na pianinie, więc były koncerty chopinowskie. Był nie tylko „Odwet”, jeszcze „Golski” i jakieś inne zgrupowania były, więc urządzano koncerty.

  • Jaka była częstotliwość tych koncertów, pamięta pani?

Przynajmniej raz w tygodniu był taki koncert.

  • Proszę powiedzieć, czy zdarzało się, że sanitariuszki po ciężkim dniu siadały i śpiewały, czy były tak zmęczone, że się od razu kładły?

Raczej nie śpiewałyśmy, bo wszyscy byli strasznie zmęczeni, bo byłyśmy głodne ciągle. Z początku jeszcze [było] jako tako. Był kucharz, „Kogut” miał pseudonim. Jakieś zupy gotował, a później już tylko „plujka” była. Pamiętam, że brat miał kolegę, [ów] na Kruczej mieszkał, jego matka była dentystką. Byłyśmy tam i trochę cukru w kostkach nam dała. W ogóle nie wiem, skąd [to] się brało, ale tego cukru w kostkach było sporo; choć i tak byliśmy stale głodni.

  • W czasie Powstania pani nie wykonywała zadań jako łączniczka tylko jako sanitariuszka?

Nie, tylko jako sanitariuszka.

  • Proszę powiedzieć, czy miała pani bezpośredni kontakt z przełożonym?

Nie.

  • On podobno był strasznie surowy i bardzo zasadniczy?

Bardzo surowy.

  • Potrafił wprowadzać nerwową atmosferę.

Tak, był bardzo na dystans, bardzo zdyscyplinowany, tak że na baczność tylko. I to wielka „szyszka” była. Niektóre koleżanki, które go znały wcześniej, miały [z nim] kontakt, ale z nim było ciężko.

  • Powróćmy do mementu, kiedy Powstanie ma się już ku upadkowi. Jaka atmosfera wtedy panowała?

Myśmy ciągle wierzyli, że jednak przyjdą ze wschodu, ciągle się czekało na wschód. Zresztą zrzuty były, nasi lotnicy zrzucali do Polski trochę i [liczyliśmy na to,] że ze wschodu już idzie front. Wszyscy wyczekiwaliśmy, patrzeliśmy na Pragę i nie wierzyliśmy w to, że Powstanie upadnie.

  • Do samego końca?

Do samego końca wierzyliśmy, że zwyciężymy. Ale niestety…

  • W jakich okolicznościach dowiedziała się pani, że podpisano kapitulację?

Powiedział nam [o tym] nasz dowódca lub któryś z kolegów, zastępca jego. Był Aldek Jakubowski, on [trzymał] bardziej z nami, później [był] Zbyszek Bojarski. Oni mieli kontakt z „Romanem”. Nasz dowódca to był porucznik „Roman”. Oni nam te informacje wszystkie [o kapitulacji]. Później, jak wyszliśmy, to pożegnanie i cześć.

  • Była decyzja, że część idzie z ludnością cywilną.

Tak, on przyszedł i powiedział, że boi się. [Nakazał,] żeby część wyszła tak, a część tak, i myśmy cztery z naszej sekcji, które się trzymałyśmy razem, wyszły jako cywile.

  • Potem była pani w Ursusie, a później?

Później do Niemiec i z obozu do obozu, trzy obozy przejściowe. W Lipsku… Wszędzie jest kąpiel, odwszanie, ale to nic nie pomaga, bo wszyscy wszy mieliśmy. W ogóle [podczas Powstania] nie można było się myć, bo [choć] była studnia na terenie Architektury, to stał [tam] tłum ludzi z wiadrami, ze wszystkich domów [przychodzili] po wodę, pompowało się ręcznie. Nie można się było umyć, o myciu głowy to w ogóle mowy nie było; wody się nie marnowało, tylko do picia była raczej. Później w Lipsku byliśmy, w Dreźnie i w Erfurcie – to był trzeci przejściowy obóz. Z Erfurtu zawieźli nas do Zulu, to takie małe miasto, i tam [był] handel żywym towarem. Rozstawili nas i kogo kto potrzebuje do pracy. Jak się okazało, że jeden właściciel jakichś zakładów potrzebuje czterech pracowników, tośmy od razu skoczyły wszystkie cztery, żeby być razem. Dostałyśmy się do zakładu części samolotowych i pracowałam jako tokarka. To był duży budynek. [Tam] mieszkali właściciele. Mieli dwóch chłopców, którzy na nas pluli zresztą. To nie była suterena tylko jakby półparter, tam były maszyny wszystkie, był zakład. Pracowali starzy Niemcy i myśmy pracowały. Mieszkałyśmy w baraku. Mówią, że Niemcy zawsze tacy uczciwi. [Jednak] od początku [nas] okradali, bo powinnyśmy były dostawać na tydzień dwa kilogramy chleba, ale z piekarni dostawałyśmy kilo osiemdziesiąt, już piekarnia dwadzieścia deko [zabierała]. Później raz w tygodniu Lagerfürer rozdzielał nam przydział jedzenia. Jak było powiedziane, że [powinnyśmy dostawać] dziesięć deko cukru, to myśmy dostawały pięć, a on pięć zabierał. Margaryny troszkę, jakiejś pasztetówki i to na cały tydzień… Dostawałyśmy to w sobotę, w niedzielę jeszcze trochę jadłyśmy, a później to już było coraz trudniej, bo przecież wszystkiego było mało. Byłyśmy głodne, a on co dwa tygodnie jeździł do rodziny z wielkimi walizami i to wszystko, co nam ukradł, wywoził. Dostawałyśmy niby kawę, płyn z palonych żołędzi bez cukru, bo cukier dostawałyśmy [oddzielnie] i na kolację też była ta kawa. Na obiad była w beczkach zakwaszona kapusta czy coś innego, coś obrzydliwego. To się gotowało i [dodawało] trochę kartofli, to była zupa. To było wszystko, co myśmy jadły. Tacy „sympatyczni” są Niemcy. Wolno nam było raz w miesiącu iść do Zulu, bo byłyśmy we wsi koło Zulu, Albrecht się [ta wieś] nazywała. Wolno było w pierwszą czy w ostatnią niedzielę miesiąca iść do Zulu do kościoła. Było nabożeństwo dla Polaków. Z tym że powinnyśmy były mieć literkę „P”, więc jak szłyśmy, to z literką „P”. Ale w Zulu była restauracja i kelnerami byli Francuzi, Belgowie, Holendrzy, tacy młodzi też. Nie miałyśmy kartek, ale zupę można było bez kartek kupić i kiedyś poszłyśmy do tej restauracji. Przyzwoicie byłyśmy ubrane. Siedzimy. Przyszła rodzina niemiecka, bardzo przyjemnie wyglądający państwo z dziewczynką. Po cichu sobie mówimy, kto to może być. Jedna mówi, że to jakiś sędzia, druga, że ktoś i on się zorientował, że jesteśmy Polkami. Podszedł, powiedział coś temu, wyrzucili nas i nie dali nam [jeść]. Przecież nic go to nie kosztowało, bo on miał kartki, miał obiad przyzwoity. Wyrzucili nas, nie dostałyśmy tej zupy. Jak wyszłyśmy, to nam tak łzy ciekły, już nie dlatego, że nie dostałyśmy [jeść] tylko [dlatego, że] poniżenie [było] takie straszne. Na zupę miałyśmy pieniądze, bo nam płacili jakieś grosze za tę pracę, miałyśmy trochę fenigów, ale nie dostałyśmy tej zupy.

  • Już więcej panie nie chodziły do tej restauracji?

Nie pamiętam już, czy myśmy więcej tam bywały, bo nas w kwietniu uwolnili Amerykanie.

  • Jak to wyglądało?

Przejeżdżali i było między nimi dużo Polaków, po polsku mówili. Przyjechali więc, a myśmy zaraz się zgłosiły, bo to był obóz gdzie jeszcze Ukraińcy mieszkali. Myśmy zaraz się zgłosiły do Amerykanów i segregowałyśmy jakieś papiery. Amerykanie zajęli duży teren, gdzie było [wcześniej] dowództwo niemieckie, jacyś oficerowie mieli domy mieszkalne. Oni od razu tych [mieszkańców] aresztowali, czy wyrzucili. Właściwie Niemców nie było, tylko [ich] żony powyrzucali. Myśmy tam mieszkały i segregowałyśmy, układałyśmy wszystkie papiery do czasu kiedy jedna z moich koleżanek… Janka, ta co na Jagiellońskiej mieszkała, miała brata w Anglii. Był w Dywizjonie 303. Janka mówi: „O, to my się dostaniemy do Anglii”. Myśmy myślały, że na nas tam czekają z kwiatami co najmniej. Ale jak się [tam] dostać? Miała też rodzinę w Belgii, jakiś wujek, ciocia. Do Belgii chciałyśmy się dostać. Amerykanie później zamieniali tereny. Te tereny, które oni uwolnili, to była Turyngia. To mieli zająć Rosjanie. A plotki były straszne, że Rosjanie gwałcą, mordują, więc trzeba było stamtąd uciekać. Z Amerykanami porozmawiałyśmy i oni załatwili z dowództwem wojska belgijskiego, że [skoro] jadą do Belgii, to nas zabiorą do tej rodziny. Mam zdjęcia jak jedziemy, Toujours Belgique na pociągu napisane… Z czerwonymi krzyżami przyjechałyśmy do Belgii. Pojechałyśmy do tej rodziny, a ta rodzina bieda, to byli dawni górnicy i wcale nie mieli zamiaru nas utrzymywać, bo wszystkim było ciężko. Kilka dni [tam] byłyśmy i kiedyś idę, spotykam znajomego oficera. On mówi: „Wiesz co, tutaj w Brukseli tworzy się Ośrodek Studiów Wyższych Polskich, i może dostaniesz tam stypendium”. Na wyższe to nie mogłam, bo miałam tylko małą maturę (nie miałam dużej), ale może się dostanę. Przyjechałam do Brukseli i rzeczywiście! Prowadził ten Ośrodek profesor Drewnowski, to był przedwojenny rektor politechniki Warszawskiej. Był jeszcze senator Wierzbicki, jeszcze kilku panów, i dostałam to stypendium. Chodziłam przez rok do szkoły języków obcych [niezrozumiałe]. Stypendium nie było duże, to było dwa tysiące franków, a pięćset franków płaciłam za akademik. Wynajęli budynek, akademik był, pięćset franków płaciło się i we trzy byłyśmy w pokoju. W Boże Narodzenie była Wigilia dla Polaków urządzona. Dużo nas było, duża polonia. Schodziłam po schodach, upadłam, podniósł mnie chłopak i wpadł, już został moim mężem. Mieliśmy brać ślub 6 lipca 1945 roku, tymczasem król musiał podpisać. Króla nie było, więc tydzień później, 13 lipca wzięliśmy ślub. Było dużo gości, bo kościół był malutki. Jak by to było w dużym kościele… Mąż też miał stypendium. Myśmy się [wcześniej] nie znali, a mój mąż był w Warszawie. W 1938 roku skończył [liceum] Batorego i zdał na Politechnikę, ale nie odroczyli mu [służby wojskowej], i był w podchorążówce w Słonimiu (teraz to jest Ukraina czy Białoruś). Później od razu wzięli go na front w 1939 roku i był w Armii Kleeberga. Walczył z Niemcami, ale później nie tylko z Niemcami w Armii Kleeberga walczyli. Jak ich [polskich żołnierzy] wieźli do niewoli, to uciekł. Zrobili otwór w podłodze i stopniowo, po jednym wyskakiwali. Przyszedł do Warszawy, do rodziny; pracował i w czasie okupacji skończył… [...] Też się znalazł w Brukseli, bo był w Powstaniu w organizacji, został ranny w Powstaniu. Wywieźli go z Czerwonym Krzyżem, był w obozie i jak go uwolnili, to się też dostał do Brukseli i tam studiował na Politechnice. Później, po roku stypendia się zmniejszyły, bo te stypendia były ufundowane przez żołnierzy polskich walczących na zachodzie. Po roku to już każdy jakoś urządzał sobie życie i coraz mniej było wpływów. Mąż dostał jeszcze stypendium, ale ja już nie dostałam. Dwa tysiące to było mało. Poza tym moja mama strasznie tęskniła, bo przecież dzieci zginęły, została tylko jedna siostra, która nie miała dzieci, a babcia koniecznie chciała wnuków, więc przyjechaliśmy do Polski. Od razu pierwsze zetknięcie było straszne, bo przyjechaliśmy…

  • Kiedy państwo wrócili do Polski?

Wróciliśmy do Polski w 1946 roku na jesieni. Na Boże Narodzenie przyjechaliśmy. Mama po nas wyjechała do Dziedzic i od razu w Dziedzicach męża wzięli na przesłuchanie. Zaczęli go maglować, żeby był donosicielem. Boże, ile on przeżył! Jak wyszedł stamtąd, bo kilka godzin go maglowali, to od razu mówi: „Słuchaj, wracamy z powrotem!”. Mówię: „Przecież nie ma powrotu. Jak teraz wracamy?”. „Wracamy, ja tu nie chcę być! Ja tu nie chcę być!” Później, jak szliśmy, to on się ciągle oglądał czy za nim nie chodzą, czy go nie pilnują, bo jeszcze nie miał cywilnego ubrania, [miał] tylko te „Polandy”. Ale jakoś mu darowali i później już został.

  • Pani nie miała żadnych nieprzyjemności z racji tego, że należała pani do „Odwetu”?

Nie przyznawałam się w ogóle. Miałam znajomych, ale nawet na ulicy nie widzieliśmy się; unikaliśmy się, nie spotykaliśmy się. Mojemu stryjowi, który był w czasie okupacji i nie działał po wojnie, podstawili kogoś, jakiegoś faceta. Ten facet zaczął z nim rozmawiać. Oczywiście od razu go aresztowali, zabrali mieszkanie w Alei Niepodległości. Dwóch synów z uczelni wyrzucili, jeden był na Akademii Sztuk Pięknych, a drugi na Politechnice. Tak to właśnie było.

  • Gdzie państwo mieszkali po powrocie?

Po powrocie mieszkaliśmy w Brwinowie. Siostra moja miała tam dom, właśnie po Powstaniu do niej wszyscy przyszli. Maleńki domek, warunki były straszne. Pracowałam w Warszawie w dyrekcji rozbudowy miasta. O siódmej się wtedy zaczynało pracę. Pociąg miałam piąta pięćdziesiąt rano z Brwinowa i czasem się wsiadło, albo się nie wsiadło, bo był zatłoczony. Przychodziły pociągi ze Skierniewic załadowane robotnikami. Jak był mróz, kilka osób było na zewnątrz i spadło pod koła, bo [komuś] zmarzła ręka i odpadł. Przyjeżdżałam i później z dworca do… Najpierw pracowałam na Chocimskiej, tam był BOR, później była ta dyrekcja. Biegłam, dojeżdżał na Polną i biegiem, ale najczęściej się spóźniałam. Jak przyszło później do premii, to inni dostawali, a ja nie, bo się spóźniałam. Ale to nie była moja wina, pociąg się spóźnił, autobusu nie było i zawsze zdyszana, zmachana [przybiegałam]. Ale później przenieśli naszą dyrekcję w Aleje Jerozolimskie, [tam] gdzie bar „Praga”.

  • Kiedy się państwo przeprowadzili do Warszawy?

Myśmy się przeprowadzili w 1956 albo w 1957 roku. Ja dostałam to mieszkanie, bo pracowałam w budownictwie. Tak było, że w każdym budynku, który zbudowali, jedno mieszkanie było dla pracownika i właśnie dostałam to mieszkanie. Mąż później pracował w IBJ i obiecywali mu ciągle [mieszkanie], ale zawsze, jak już dochodziło do tego, że mieszkanie miało być, znajdował się ktoś, kto bardziej potrzebował, i męża odsuwali na następne. Wreszcie ja dostałam mieszkanie.

  • Czy gdyby nie mąż, to by pani nie wrócili do Polski w ogóle?

Chyba nie. Chociaż nie wiem, bo tam warunki nie były takie słodkie. Było tak, że jak się studia skończy, to można pracować na roli, jako górnik lub jeszcze jakieś trzecie, ciężkie [prace]; a kobiety [mogły pracować] jako służące. Później to się zmieniło, bo jednak kilka osób zostało i urządziło się jakoś po studiach. Ale nie było wesoło.

  • Jak pani teraz myśli o Powstaniu po sześćdziesięciu trzech latach, to jakie pani ma refleksje na ten temat?

Mnie się zdaje, że ono było konieczne. Mimo że tak nas zniszczyli, to jednak było konieczne. Jak patrzę teraz na przyjaźń z Niemcami, to widzę tylko te okropne gęby czerwone i tych wstrętnych Niemców. Człowiek ciągle drżał: idzie ulicą i nagle łapanka. Ale Polacy byli, nie tyle zorganizowani… Lecz jeden drugiego [ostrzegał]… Wtedy był inny stosunek do drugiego człowieka. Od razu krzyczeli łapanka, więc wszyscy rozbiegali się w różne strony, żeby chować się przed nimi, [przed Niemcami,] ale [Niemcy] zawsze złapali dużo osób. Wstrętni byli Niemcy. Przecież tylu mieli ludzi różnych, muzyków znanych, a tacy wstrętni byli w Polsce. Obrzydliwi byli ci Niemcy.

  • Po prostu nie dało się tego wytrzymać.

Nie.

  • Wielu powstańców mówi, że nawet gdyby nie padł odgórny rozkaz, to i tak młodzież poszłaby walczyć.

Tak, poszliby.

  • Pani też tak myśli?

Myślę tak samo. Mój brat miał przecież szesnaście lat i też [był] taki zapalony. Wszyscy koledzy, każdy tylko czekał na moment, żeby tylko… Bo przecież ze wszystkich stron nas osaczali, wszędzie nas łapali, więc każdy chciał odwetu i ja byłam w „Odwecie”.
Warszawa, 29 sierpnia 2007 roku
Rozmowę prowadziła Ola Żaczek

Zobacz także


strzelec, dowódca drużyny Straży Pożarnej

Antoni Ożóg „Strażak”

Nazywam się Antoni Ożóg. Urodzony 13 czerwca 1924 roku w Putnowicach Wielkich, wsi pod Chełmem Lubelskim....

więcej
podchorąży

Marek Gajewski „Aramis”

Gajewski Marek. Mama Wiera, tata Kazimierz. [Urodzony] 22 lutego1926. Modlin. [W czasie Powstania]...

więcej
łącznik, strzelec

Jerzy Witold Grzywacz „Tapir”

Nazywam się Jerzy Witold Grzywacz, urodzony w Grudziądzu 6 stycznia 1929 roku. Mój pseudonim szaroszeregowy...

więcej
strzelec

Stanisława Delman „Stacha”

Stanisława Delman, z domu Ciszewska. Należałam do organizacji od roku 1942. Byłam u „Krybara”....

więcej