Maria Derenicz „Maryjka”

Archiwum Historii Mówionej

Maria Derenicz. Pseudonim z czasów Powstania – „Maryjka”. W czasie Powstania byłam sanitariuszką w szpitalach.

  • Co robiła pani przed wybuchem II wojny światowej?

Byłam w domu z rodzicami. Nic nie robiłam.

  • Ile pani miała wtedy lat?

Jak wybuchła wojna – dwadzieścia trzy.

  • Już miała pani skończoną szkołę?

Miałam maturę, ale jeszcze nie pracowałam. Byłam „panienką na wydaniu”.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Byłam w Warszawie u ciotki mojej przyjaciółki. Były wybuchy na lotnisku. [Byłam] przerażona, wszyscy też. Prędko poszłam na dworzec i pojechałam do rodziny, do domu, do Otwocka.

  • Czym zajmowała się pani w czasie okupacji?

Różne rzeczy się robiło. Przede wszystkim pomagałam ludziom pochodzenia żydowskiego. Przewoziłam, jeździłam do nich, przynosiłam. Poza tym sprzedawałam. Dostawałam z Francji perfumy i kosmetyki francuskie, [które] sprzedawałam. Mąż mój pracował, więc tylko dorabiałam.

  • Czy może pani opowiedzieć więcej o pomocy Żydom?

U mojej siostry w Otwocku byli Żydzi i kiedyś jakaś baba nasłała gestapo. Powiedziała, że naśle gestapo, bo jej facet tam mieszkał. Siostra była sama z dwojgiem dzieci, męża aresztowano, był w Oświęcimiu (zresztą zginął tam). Siostra miała pensjonacik. Przyjeżdżali chłopcy na odpoczynek z AK, po różnych [akcjach] żeby odpocząć. Ktoś [powiedział] że są Żydzi, ludzie którzy nie mają gdzie mieszkać, to siostra wzięła do siebie. Ktoś wziął jedną osobę, ja wzięłam drugą osobę do siebie, do Warszawy. Potem z Warszawy na Dworzec Gdański. Z Gdańskiego Dworca do Chotomowa do mojej drugiej siostry wiozłam, do Skrzeszewa. Pięć kilometrów się szło. Potem inne osoby woziłam do domu, gdzie byli Żydzi. Parę osób było. Jak ktoś zadzwonił normalnym dzwonkiem, to nikt nie otwierał. W futrynie były dwa gwoździki przybite, jeden koło drugiego. Jak monetę przycisnęłam do gwoździków, to odzywał się inny dzwonek i wtedy otwierali. Do takiego domu chodziłam, coś im przynosiłam. Poza tym byli Żydzi, którzy się nie ukrywali. Na przykład był mężczyzna (kolega mojego brata, jego siostra miała pensjonat w Otwocku), kończył studia w Wiedniu, później – wojna. Brał udział w powstaniu w getcie i jakimś cudem kanałami wydostał się i potem wyrobiono mu (nie wiem jak wrócił do Warszawy, to w ogóle był nadzwyczajny człowiek) dowód, że jest folksdojczem pochodzenia czeskiego. Znał znakomicie niemiecki. Bezczelny był zupełnie. Zatrzymywał tramwaje na przykład między przystankami i wsiadał [do części] nur für Deutsche. Przychodził do nas, na Saskiej Kępie mieszkaliśmy. Było jeszcze wiele innych osób. Pomagałam ludziom pochodzenia żydowskiego.

  • Czy kontaktowała się pani z nimi po wojnie? Utrzymywała pani z nimi kontakty jeszcze po wojnie?

Tak. Paweł, ten „folksdojcz”, tuż przed Powstaniem, na rogu przy Ludnej [był] dom, wynajął sobie mieszkanie. Chciał tu mieszkać, Niemcy się wyprowadzali, uciekali i on sobie wynajął mieszkanie po Niemcach. Prosił mnie i przyjaciółkę moją, która zresztą była Żydówką, żebyśmy przyszły obejrzeć mieszkanie. Przyszłyśmy obejrzeć, on się zatrzymał. Poszłyśmy Książęcą pod górę i zaczęło się Powstanie, pierwsze strzały. Prędko pobiegłam w Aleje do mego męża, a moja przyjaciółka mówi: „Wiesz, muszę jeszcze gdzieś pójść.” Mówię: „Nie idź nigdzie! To jest na pewno już Powstanie!” Ale poszła i niestety dostała się do Oświęcimia. A Paweł, Żyd, musiał się bardzo legitymować naszym chłopcom, ale brał udział w Powstaniu i zginął na Wilanowskiej.

  • Czy po wojnie kontaktowała się pani z tymi ludźmi?

Z jedną tak. Sławna „Czajka”. Porucznik „Czajka”. Potem poszła. Rosjanie szli, polskie wojsko szło (u mojej siostry, gdzie miała dom nawet zajęli mieszkanie). Niby [to] byli Polacy, ale było też pełno radzieckich oficerów. Od razu miała znajomych, od razu do wojska. Nie lubiłam jej. Powiedziała: „Wszyscy przychodzą do mnie i przynoszą mi prezenty, a ty mi nic nie przynosisz.” Miała pretensje.

  • Wspomniała pani o momencie wybuchu Powstania. Czy może nam pani opowiedzieć więcej, jak pani zapamiętała wybuch Powstania i co pani robiła na początku Powstania?

Prędko pobiegłam do mojego męża – niedaleko to wszystko było – Nowym Światem. Pożegnałam się, moja przyjaciółka nie chciała [iść], musiała na Krakowskie [Przedmieście] pójść (na swoje nieszczęście), a ja pobiegłam do męża. Mąż już wiedział, co jest. Wyszliśmy, mąż chciał dołączyć do swojego oddziału.

  • Pani mąż był w konspiracji?

Był. Kończył podchorążówkę konspiracyjną. Nic o tym nie wiedziałam. W ogóle do dzisiaj nie wiem, gdzie był. Najpierw nie mogliśmy nigdzie się ruszyć, był straszny obstrzał Boduena, Niemcy byli na Poczcie Głównej. Nie było możliwości przejścia przy Sienkiewicza, strzelali z poczty. Jedną noc siedzieliśmy w [jakimś] biurze. Straszny deszcz wtedy padał, pamiętam. Jedyny raz padał deszcz. Straszliwy zupełnie! Przesiedzieliśmy tam i potem mąż poszedł. Mówi: „Na Starówkę muszę iść.” Ale nie mógł się dostać, musiał wrócić, bo był obstrzał. Poczta już była zdobyta przez naszych, mąż w końcu zrezygnował z pójścia na Starówkę i zameldował się na Boduena w oddziale, [gdzie] był do końca Powstania. Widzieliśmy się, bo byłam bardzo blisko, więc od czasu do czasu, [jak była] chwila to mąż przychodził. Potem jak były bombardowania, wszyscy zginęli u nas. Zeszłam na dół – to była restauracja, na dole były kuchnie – żeby wyszykować coś do zjedzenia dla rannych, a koleżanka została na górze i szykowała opatrunki. Za mną, na ostatnim schodku wszystko się zawaliło, cały dom. Tak że ci co byli w kuchni, lekarze, właściciel gospody, ocaleli (nazywała się [chyba] „Nowa Gospoda”).

  • Gdzie mieścił się ten szpital?

Szpital był [w okolicach] placyku, Boduena i ulicy Przeskok. Wszystkie domy były zburzone, cały kwartał był zburzony tego dnia.

  • Czy może pani coś opowiedzieć o swojej pracy w czasie Powstania? Czym się pani zajmowała w szpitalu polowym? Co to był za szpital?

W szpitalu robiłam wszystko. Pomagałam przy opatrunkach, myłam chorych, basen podawałam, podłogi czyściłam, wszystko się robiło.

  • Czy była pani przeszkolona?

Nie, nie byłam przeszkolona, ale umiałam to robić. Poza tym miałam przy sobie [pomoc], jedna z koleżanek była zawodową pielęgniarką, pokazała raz, drugi, przy niej się robiło. To nie było takie [trudne] opatrunek zrobić, zresztą lekarze byli przecież, mówili co trzeba [robić]. Dwóch lekarzy było. Było tak, że lekko ranni – bo zaczęło się bombardowanie naszej dzielnicy, Świętokrzyska, Jasna – byli zabrani do szpitala na Piękną. Był przesmyk przez Aleje, a w BGK siedzieli Niemcy i na cztery strony mogli strzelać. Cały kontakt z tamtą stroną Warszawy i z tą był tylko przez przesmyk. Oni przeszli, a my przejęliśmy ze Starówki wszystkich, których wyniosło się z kanałów. Ale na drugi dzień wszyscy zginęli. Taki był koniec mojego szpitala. Strasznie wąsko się przechodziło, chłopcy z AK, wszyscy przez ten tunel [przechodzili], nie można się było dostać, ale spotkałam mojego teścia i teść mówi: „Pomogę ci” – żebyśmy z koleżanką przeszły. Przeszłyśmy i poszłyśmy do szpitala na Piękną. Mówią: „Co? Wy żyjecie?! A my już mszę odprawiłyśmy za was!” Później dowiedziałam się, że mąż zginął. Mąż myślał, że ja zginęłam – przyszedł, zobaczył gruzy. Potem albo mogłam wyjść z cywilami albo z koleżankami, z wojskiem. Wolałam wyjść z chłopcami, z dziewczynami.

  • Nim zacznie pani opowiadać o tym, co działo się z panią po Powstaniu, mam kilka pytań odnośnie Powstania. Czy w czasie Powstania miała pani styczność z żołnierzami niemieckimi?

Nie. Nigdy się nie [zetknęłam].

  • W szpitalu nie było rannych Niemców?

Nie. Byli tylko jeńcy niemieccy u nas w szpitalu. Nosili ciężkie rzeczy, pomagali nam, ale to już były „baranki” grzeczne. Myśleli, że jak tylko się odwrócą, to zaraz się strzeli do nich, tak jak oni robili w czasie okupacji. To była straszna rzecz – okupacja.

  • Czy pamięta pani jakie nastroje panowały wtedy wśród cywili i jak cywile reagowali na walkę?

Miałam [z nimi] bardzo mało do czynienia. Nieraz chodziłam, coś potrzebowałam i szłam do piwnicy, bo zatrzymałam się najpierw u koleżanki, z którą potem byłam w szpitalu. Mieszkała naprzeciwko filharmonii (stoi ten dom) na piątym piętrze. [Ludzie] z całej kamienicy siedzieli w piwnicy. Kogoś potrzebowałam, nie pamiętam. Przychodziłyśmy spać na piąte piętro ze szpitala, bo nie było gdzie spać, więc żeby się trochę przespać to do tej koleżanki przychodziłyśmy. [Ludzie] nie mogli wyjść z podziwu, jak my nie boimy się na piątym piętrze spać. Jak patrzyłam na tych ludzi – oni byli spokojni wszyscy – myślałam: „Boże, nigdy w życiu nie chciałabym w piwnicy siedzieć.” Strasznie bałam się piwnicy, ale piwnica mnie uratowała, bo jak zeszłam na dół, to jednak to mnie uratowało. Gdybym została na parterze, to bym zginęła.

  • Czy może pani opowiedzieć, skąd państwo brali do szpitali żywność, leki?

Tego nie wiem, bo się tym zupełnie nie [zajmowałam]. Byłam z daleka od tego. Byli ludzie, którzy się tym zajmowali. Raz poszłam na Przeskok, była kuchnia, po zupę się chodziło, ale też były specjalne osoby, które się tym zajmowały. Chodziły po zupę, po [inne] jedzenie. Potem jak byłam w kuchni to przygotowywałam kanapki, kroiłam chleb, jak był. To co było, to się szykowało. Okropne to wszystko było. W ogóle byłam bardzo spokojna. „Mężna Polka” byłam. Ale to wszystko było straszne. Pocieszałam inne osoby, niektóre były załamane. Potem bardzo się załamałam (to był już prawie koniec Powstania), jak dowiedziałam się, że mąż zginął. Już po wojnie widziałam się z łączniczką, która była blisko męża. Powiedziała jak mąż przeżywał moją śmierć. A ja tymczasem byłam na Pięknej i nawet poszłam do dziadków, bo dziadkowie męża byli na Mokotowskiej, żeby się pokazać że jestem, że żyję. Żeby on przyszedł tam, chociaż raz mógł przyjść, to by się dowiedział, że żyję i gdzie jestem.

  • Czy w czasie Powstania przyjaźniła się pani z kimś szczególnie?

Owszem, tak. Była jedna moja znajoma jeszcze sprzed Powstania. Potem też byłyśmy, później się to rozeszło. Ona nie poszła do obozu. Poszła ze swoją teściową, jako cywil wyszła z Warszawy.

  • Czy pamięta pani, jak się nazywała pani przyjaciółka?

Nazywała się wtedy Szydłowska, ale wyszła za mąż później, drugi raz. Z domu była Janiołkowska Krystyna. Nie wiem, co się z nią dzieje, czy żyje. Była parę lat młodsza ode mnie, więc może jeszcze żyje

  • Czy w czasie Powstania spotkała się pani z przejawami życia religijnego? Czy uczestniczyła pani w mszach?

Nie. Msze – nie. Widziałam nieraz, zaglądałam w jakieś podwórko, były [modlitwy, ale] nie brałam udziału w tym. Jakoś nie było mi to potrzebne.

  • Czy w czasie swojej pracy w szpitalu czytała pani gazety albo słuchała radia w czasie Powstania?

Nie. Żadnego radia nie było. Gazetki jak ktoś doniósł, małe gazetki, to się prędko przeczytało, ale tak to nie. Radia w ogóle nie było. W szpitalu było inaczej niż na kwaterze jak żołnierze byli. Może tam, ale nie wiem, nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Byłam tylko w szpitalu i na noc, na parę godzin szłyśmy trochę pospać do mojej koleżanki na Jasną. Potem rano znów się wracało.

  • Jak zapamiętała pani moment zakończenia Powstania, moment kiedy dowiedziała się pani o tym, że Powstanie już się skończyło?

Potem już było wiadomo, były rozmowy, mówiło się o tym. Były już rozmowy naszych naczelnych z [Niemcami]. Potem cisza się zrobiła. Cisza. Dwa razy to przeżyłam. Raz w Warszawie, że skończyło się strzelanie, i raz w obozie. Jak chłopcy nas odbili to szli dalej na Wilhelmshaven – wojna jeszcze trwała. Któregoś dnia budzimy się i jest zupełna cisza. Mówię: „Koleżanki, koniec wojny na pewno.” Rzeczywiście, był koniec wojny. To było 5 maja [chyba]. W Warszawie też cisza. Potem dowiedziałam się, przyszli zawiadomić, że koniec, kto z kim idzie. Nie chciałam już potem z sanitariatem iść. Wolałam iść z żołnierzami.

  • Wyszła pani razem z żołnierzami z Warszawy?

Tak.

  • Co się z panią działo dalej?

Wyszliśmy z Warszawy. Dopiero jak się szło, to się widziało jak ta Warszawa [jest zniszczona]. Wtedy dopiero zapłakałam jak zobaczyłam ruiny straszliwe. Przy Politechnice było spotkanie i potem maszerowaliśmy pieszo do Ożarowa. W Ożarowie była fabryka. W fabryce siedzieliśmy i czekaliśmy na transport. Transporty przychodziły i nie na raz wszyscy mogli wyjść. Transport szedł, parę wagonów pojechało, potem podstawili nowy pociąg. Właściwie nasze dziewczyny, każda pojechała gdzie indziej, do innego obozu. Oberlangen to już był obóz skoncentrowany. Wszyscy z obozów skoncentrowani byli w Oberlangen.

  • Pani też była?

Byłam. Byłam wtedy na robotach, wywieźli nas w góry Harzu, wróciliśmy jeszcze do obozu...

  • Czy pamięta pani wyzwolenie obozu?

Pamiętam! Najpierw Niemcy krzyczeli: „Wszyscy zamykać się w barakach! Nie wolno wychodzić!” No, ale my, dziewczyny z Powstania, nie byłyśmy takie strachliwe. Po pewnym czasie coś słyszymy i w końcu wyszłyśmy. Jak wyszłyśmy to już czołg był na głównym [placu]. Przejechał przez druty, nikt nie musiał otwierać – sam sobie „otworzył”. Jakiś Niemiec strzelał podobno do niego (tak opisują) to zaraz tego Niemca wykończyli. To był obóz karny, właściwie nie powinniśmy tam być jako jeńcy wojenni. Był jeden gestapowiec z psem. Chłopcy powiedzieli: „Który tu był drań?” Wskazałyśmy na niego. Jego, zdaje się, wyprowadzili dalej i zastrzelili. Byłyśmy bardzo ciekawe, jak się zachowa Niemiec, główny dowódca tego obozu. To był starszy człowiek już, nie nadający się na front. [...] Był w kancelarii, przyszli zaraz wojskowi od generała Maczka i – rozmowy. Byłyśmy ciekawe, jaką będzie miał minę. Był grzeczny, wystraszony, miał kolory. Strasznie cieszyłyśmy się, że tak się boi. Ale nie był taki najgorszy. Nazywałyśmy go wprawdzie „straszny dziadunio”, ale nie był jeszcze taki najgorszy. Z nami byli jednak żołnierze, a nie gestapowcy, [tylko] ten jeden gestapowiec był. Nawet jak chodziłyśmy (bo musiałyśmy wszystko same robić w obozie, sprzątać, wywozić z ubikacji) sprzątać kwatery Niemcom (sprzątałyśmy byle jak) [to oni] – wrócili widocznie z domu, z Bożego Narodzenia – ustawili na stole kiełbasę, coś [jeszcze] i nas częstowali. Powiedziałyśmy: „Nie jesteśmy głodne, dziękujemy bardzo.” A umierałyśmy z głodu! Ale takie dumne byłyśmy.

  • Pani obóz był wyzwolony przez żołnierzy generała Maczka. Jak pani zareagowała na to, kiedy dowiedziała się, że Polacy panią wyzwalają?

Wszystkie zareagowałyśmy! Akcja była nadzwyczajna! Widziałam za drutami – idą! Byli przecież w mundurach angielskich, tylko nie zauważyłam husarskiego skrzydełka (z daleka) i do nich po angielsku (i niektóre dziewczyny też po angielsku). Odwraca się żołnierz i mówi: „Dziewczyny! My Polacy!” To było nadzwyczajne! Nie dość, że nas wyzwolono, to jeszcze Polacy nas wyzwolili. Przynieśli nam jedzenie – to najważniejsze, różne rzeczy. Jeszcze byłyśmy [w obozie] przez pewien czas, bo trzeba było pomyśleć [co dalej]. Maczek myślał, żeby nas jakoś ulokować. Dużo dziewczyn pojechało od razu do Włoch, do 2. korpusu, do Andersa. Przyjął też sporo dziewczyn. Pięćset nas poszło do wojska, do generała Maczka.

  • Długo pani była w wojsku?

Dwa lata.

  • Czym się pani zajmowała?

Prowadziłyśmy świetlicę. Ja i jeszcze trzy koleżanki. Wypożyczanie książek, gazety, różne rzeczy. Na dole była herbata, ciastka – okropne, angielskie. Robiłyśmy kanapki.

  • Kiedy wróciła pani do Polski?

Wróciłam do Polski w lipcu 1947 roku.

  • Co się dalej działo z panią?

Już wróciłam z mężem. Tak się złożyło, że wyszłam [za mąż], nie mogłam się od tego uwolnić, więc z mężem wróciłam. Trochę bałam się o męża, bo mąż był pułkownikiem. Bałam się, że będzie [miał kłopoty]. Ale nie. Był bardzo niepolityczny. To był żołnierz. Miał odznaczenia międzynarodowe. Jakoś nie czepiali się. Owszem, potem [tak]. Potem pracował w Instytucie Historycznym. Jeszcze z 2. korpusu jeden oficer, którego poznałam, też pracował. Ale stamtąd „wylecieli”, dlatego że była jakaś rocznica czy imieniny Piłsudskiego i poszli do kościoła na mszę. Ubowcy się dowiedzieli o tym i zwolnili ich z pracy.

  • Czy pani była w jakiś sposób represjonowana?

Nie. Byłam prywatną osobą. Potem mąż nie mógł dostać pracy. Potem rozeszliśmy się, już nie byłam z mężem, odeszłam od męża.

  • Na zakończenie wywiadu jeszcze kilka pytań. Jakie jest pani najlepsze wspomnienie z czasów Powstania?

Trudno powiedzieć, żeby mieć najlepsze wspomnienie.

  • A najgorsze?

Najgorsze to była kamienica „na głowie”. Myślałam, że nie wyjdę stamtąd. Ale byłam też spokojna. Do Krysi (mojej przyjaciółki) mówię: „Krysiu, spokojnie. Chyba nas tutaj [wyciągną].” Ale jakoś się nikt nie interesował. Lekarze sobie poszli. Było tak, że dom był cały zburzony i palił się. Jak wyszłam po schodkach, [to] zobaczyłam, że zaraz za schodkami był ogień, pół kamienicy leżało i się paliło. Lekarze wyszli, były jakieś piwnice z napojami i widocznie przebite było [przejście] do drugiego [pomieszczenia], bo dalej była kawiarnia. Tamtędy już można było wyjść, ale lekarze nam nie powiedzieli. Czułyśmy swąd, ale jednocześnie powietrze. Jak poczułyśmy powietrze, to mówię: „Krysiu, idziemy do przodu. Zobaczymy, co z tego wyniknie.” Wyszłyśmy na podwórko, trochę dalej od ognia, od palącego się domu i w bramie – zwykle bramy zawsze były całe – stali młodzi ludzie. Mieliśmy rannego w brzuch, był operowany, ale w ogóle nie mógł chodzić, a my nie mogłyśmy dać rady, żeby w ogóle go wynieść stamtąd, więc poprosiłyśmy tych ludzi, że jest ranny. Powiedzieli: „Zaraz tam idziemy.” Wyszłyśmy i potem nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Bombardowania, palący się dom, ruiny. Chodziłyśmy. Nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż, a był bardzo blisko, na Boduena. Potem [też] nie wiedziałam, gdzieś poszli. Nie wiedziałam, gdzie jest, a był też blisko, bo na ulicy Widok. On też nie wiedział. Przyszedł wtedy, kiedy mnie już nie było nigdzie. Zobaczył że są ruiny, powiedzieli że wszyscy zginęli w tym szpitalu. To było straszne. Najgorszy był moment, kiedy dowiedziałam się, że mąż nie żyje.

  • Czy jeszcze coś utkwiło pani szczególnie w pamięci z czasów Powstania?

Jeszcze ci ludzie poharatani, jak się patrzyło. Po tym człowiek już inaczej na to patrzył. To już nie było to co dzisiaj, gdybym zobaczyła człowieka na ulicy rannego. Wtedy było tak dużo [rannych], wciąż ich przynosili. Koleżanki przynosiły do mojego szpitala, odbierało się rannych, to wszystko było okropne. Bomba kiedyś – to też było straszne. Jak byłyśmy na piątym piętrze to już wychodziłyśmy z mieszkania, żeby zejść na dół, do szpitala. Dom się zatrząsł. Nie wiedziałam co [się stało]. Powiedziałam: „Musimy schodzić pomału, żeby dowiedzieć się, co tam jest.” Okazuje się, tak zwana „krowa” upadła prosto w bramę. [W bramie] było pełno ludzi. To było dla mnie straszne. Schodziłyśmy do kiedy można było. Było tak, że [były] jeszcze schody i było wyjście do bramy, a przed tym okienko, wysoko dosyć. Mówię: „Tutaj nie można” – bo widziałam, że ogień się pali. Wyskoczyłyśmy oknem. Kawałek podwórka był wolny. Spojrzałam do bramy i zobaczyłam – to było zupełnie jak w piekle – ręce, nogi, ruszający się ludzie, palący się w ogniu. To było straszne! Potem chłopca przynieśli do naszego szpitala, był cały spalony, młody chłopak.

  • Czy na koniec chciałaby pani podsumować wywiad, powiedzieć o Powstaniu coś czego jeszcze nie powiedziano?

Dla mnie Powstanie jest czymś tak bardzo bliskim. Gdyby było drugi raz Powstanie, to bym też poszła. Nie zraziło mnie nic. W obozie było gorzej. Tu było strasznie, a jednocześnie duch był wysoko. W obozie było okropnie. Straszliwy głód, beznadzieja. Okropne. Ale Powstanie jest dla mnie czymś bardzo kochanym, bliskim. Jak mówią o Powstaniu, niektórzy brzydko mówią o Powstaniu, to mnie to bardzo boli. […]
Warszawa, 26 kwietnia 2007 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski
Maria Derenicz Pseudonim: „Maryjka” Stopień: sanitariuszka Formacja: Batalion „Kiliński” Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter