Maria Ginter
pseudonim
„Iza”
stopień
łączniczka
formacja
Batalion „Golski”
dzielnica
Śródmieście
Zobacz biogram

Maria Ginter, urodzona 23 listopada 1920 roku.

  • Zacznijmy od wybuchu II wojny światowej. Proszę opowiedzieć, jak pani pamięta ten czas i opowiedzieć o swojej rodzinie.

Moja rodzina miała majątki ziemskie, więc nas burza wojny zastała w Smolicach, ostatnim majątku, gdzie mieszkaliśmy z rodzicami. Jak wybuchła wojna, mówiłam, że będę drugą Emilią Plater, bo się zawsze wszędzie pchałam, gdzie tylko było można. Oznajmiłam rodzinie, że uciekam z domu i jadę, żeby być gdzieś w walce, w służbie ojczyzny. Oczywiście mama obawiała się o każdą z córek – moje siostry nie pchały się do wojennych działań – ale w każdym razie, robiłam co mogłam, żeby się urwać. Póki byłam z rodziną, nie mogłam tego zrobić, bo mama mnie nie puszczała, ale później, jak już znaleźliśmy się w Warszawie – bo przerzucili nas Niemcy od razu z majątku do Warszawy i znaleźliśmy się w Warszawie – to już oczywiście zapisałam się gdzie trzeba i byłam w AK od samego początku. Działałam na wszystkich frontach, gdzie tylko było można, bo uważałam to za moją [powinność].

  • Gdzie państwo mieszkali w Warszawie?

Mieliśmy swój apartament na Smolnej. Początkowo na Smolnej, ale później w Alejach Ujazdowskich, bo mieliśmy drugie mieszkanie, w którym był właściwie stryj, ale tam było ciszej i matka wolała być w Alejach Ujazdowskich, bo było się tam bardziej pod opieką. Tak się wydawało, że Aleje Ujazdowskie są bezpieczne. Żeśmy były w Alejach Ujazdowskich i dlatego w pierwsze dniu wojny od razu poszłam do Szpitala Ujazdowskiego, który był bardzo blisko naszego domu. Chodziłam piechotą i matka się nie denerwowała, że nocą wracam ze szpitala codziennie. Już byłam jako sanitariuszka.

  • W jaki sposób pani nawiązała kontakt z Armią Krajową?

Z podziemiem od razu szukałam [ kontaktu]. Miałam dużo przyjaciół, mężczyzn, którzy byli już włączeni w związki AK. Od razu zapisałam się do AK i potem nawet przyjmowałam młodych od wszystkich innych moich przyjaciółek, które jak się dowiedziały, że już się włączyłam w jakąś walkę, to też chciały być. Musiałam przeprowadzać egzaminy, poduczać, sprawdzać, czy mogą przyjmować przysięgę. Potem mnie traktowali jako pomoc.

  • W jaki sposób wyglądał egzamin?

Pytało się, co się chce robić, z jakiego powodu się idzie, czy zdaje się sprawę, że się ryzykuje swoim życiem. Egzamin – żeby potem nie było, że mdleją czy uciekają. W ogóle żeby wiedzieć, czy materiał jest dobry. Tak że byłam prawą ręką. Moim głównym [przełożonym] był Jan Dangel. Też już nie żyje. Był głównym, który organizował młodzież i przyjmował. Mnie przyjął jedną z pierwszych jako starą znajomą. Wiedział o moich zapałach wojennych zawsze, że się wszędzie chciałam dostać i pchać i wszędzie być. W ten sposób potem mnie używał jako prawej ręki.

  • Jak pani pamięta czas zdobywania Warszawy?

Po oblężeniu Warszawy pamiętam jedynie to, że byłam szczęśliwa, że jestem. Byłam sanitariuszką, nie byłam jeszcze żołnierzem. Od razu dostałam odznaczenie, nie wiem, jak je nazywali, czy Krzyż Walecznych – jakiś krzyż, jeden z pierwszych. Doktor – pamiętam, bo bez przerwy byłam, a jeśli na zwolnieniu, to od razu wracałam z powrotem – pytał się: „A co ta smarkula tu jeszcze robi?”. Jak to usłyszałam, to powiedziałam: „Nie jestem żadną smarkulą. Już się chłopcy we mnie kochają, to nie jestem żadną smarkulą. Jestem tutaj i pracuję i jak mam siły, to będę”. Nawet nie szłam do domu, chciałam być stale w szpitalu. Czułam się tam potrzebna.

  • Czy była pani wcześniej przygotowana do służby?

Nie, w tym wypadku nie. Tylko tyle, że myśmy mieli przeszkolenie sanitariuszki – to żeśmy robili przed wojną. Tak że miałam już to, że mogłam być sanitariuszką, bo już byłam troszkę przeszkolona.

  • A dlaczego przed wojną?

Dlatego że jak się szykowało do wojny i mieliśmy się przeprowadzić, to od razu powiedziałam, że chcę być w szpitalu sanitariuszką, legalną i potrzebną, a nie kimś nagle – ni stąd, ni zowąd. Poszłam na przeszkolenie.

  • Warszawa została zdobyta. Co było dalej? Jak wyglądała okupacja?

W okupację żeśmy od razu byli w podziemiu. Od razu, od początku samego. Żeśmy robili gazetki, żeśmy wydawali. To były siódemki – grupy ludzi, którzy pracowali tu i tam. W drukarni – dosyć dużo emocji zawsze nam dawało drukowanie, bo pamiętam, na Mokotowie, w willi Włodarczyków, naszych znajomych, tam nas puszczali i myśmy nocą robili rozmaite podziemne ulotki, które w ciągu dnia żeśmy znowu roznosili. To było pełne emocji, bo czasami w nocy na przykład ktoś puka do drzwi. My z przerażeniem, że nas złapią, zaraz wywiozą, rozstrzelają. Wszystkie myśmy były młode. Ale okazało się później, że to ktoś przychodził tylko i pytał – jakiś policjant czy ktoś – że tu się światło pali. „Nie, nie. My tu mamy zebranie”. Jakoś żeśmy zawsze unikały czegokolwiek, jakiejś wsypy. Dopiero wsypa była dużo później. Właściwie to było przez przypadek, bo jedna z grupy naszej – ktoś ją namówił na inną grupę, żeby się przerzuciła, i prosił ją, żeby powiedziała, co do tej pory robiła, że chcieliby wiedzieć, jak ją egzaminować, co jest warta jako człowiek podziemia. Powiedziała. Pytali się: „A kto z tobą pracował? Gdzie pracowałaś?”. i ona wszystko powiedziała. Wszystkie nasze nazwiska. Okazało się, że ten, co ją wypytywał, to był szpieg i poszła do więzienia pierwsza. Zresztą została rozstrzelana, bo potem odwoływała to wszystko, bo zobaczyła, co zrobiła. Nas wszystkich którejś nocy zaaresztowali i dostaliśmy się na Pawiak. Siedziałam na Pawiaku. Myśmy nie mieli do niej pretensji, bo nie wiedziała, że to jest ktoś, kto nas zdradzi. Ale on rzeczywiście wysłuchał, co powiedziała, spisał, ona podpisała, a potem myśmy były przesłuchiwane na gestapo – cośmy robiły, dlaczego byłyśmy w tej grupie. „Co, przeciwko Niemcom walczymy?”. Myśmy tłumaczyły, że to przeciwko komunistom, że to nie przeciwko Niemcom. W każdym razie Niemcy nas wsadzili i z Pawiaka niewielu ludzi udało się uratować. Ponieważ dopiero zobaczyła na miejscu, co zrobiła, że wszyscy ludzie, których wymieniła, znaleźli się na Pawiaku, to była w strasznej rozterce, co robić. Powiedziała, że pójdzie i odwoła. Zgłosiła się, poszła i odwołała. Już nie wyszła. Mówiła nam później, że ją spytali: „Czy wiesz, że nas oszukałaś i wprowadziłaś w błąd gestapo? Jeśli teraz odwołujesz, to poniesiesz za to odpowiedzialność”. Jej już nie wypuścili. Nie wyszła. Ale dzięki temu, że odwołała, to żeśmy się uratowały.

  • Jak długo pani była na Pawiaku?

Nas w listopadzie aresztowali, wiem, że na jakimś przyjęciu byłam.

  • Którego roku?

Dat nie pamiętam. W listopadzie nas wsadzili – wiosna, lato i potem nas wypuścili. To był koniec lata. Z dziewięć miesięcy żeśmy siedziały na Pawiaku.

  • Jak pani pamięta ten okres?

Trudno pamiętać dobrze, bo młoda dziewczyna, nagle znajduje się w więzieniu. Pawiak to było naprawdę więzienie polityczne, to nie była Daniłowiczowska, gdzie złodziei wsadzali. Pawiak to było naprawdę polityczne więzienie. Oczywiście byłyśmy pełne niepewności, czy nas wywiozą. Chodziły plotki. Myśmy przez okno obserwowały, jak wywołują ludzi, autobusy ich zabierają i wywożą do Oświęcimia czy gdzieś. Chodziły straszne gadki po Pawiaku – gdzie, co, czy rozstrzeliwują, czy biorą. Brali nas na przesłuchania, a myśmy w zaparte mówiły, że nie robiłyśmy nic przeciwko Niemcom. Nie była to prawda, ale myśmy się wszystkie trzymały i żadna nie puściła [pary z ust]. Tylko ta, co nas wydała, została rzeczywiście wywieziona i nie wróciła już, bo powiedzieli, że w błąd wprowadziła Niemców.

  • Czy miała pani kontakty z zewnątrz?

Były. Oczywiście matka trafiła na oddziałowe, które były na Pawiaku i – oczywiście za opłatami – dostarczała nam łapówki, przynosiła. Nie wiadomo było, ile dochodziło z tego. Dokarmiała nas na Pawiaku. Było nędzne jedzenie, więc matka nas dokarmiała, jak się dowiedziała, że jest tak słabo. Była opiekunka pawiacka, pani Łempicka, która zajmowała się pawiaczkami. Moja siostra, na przykład, dostała zapalenia płuc, była w szpitalu, to potem udawałam, że też jestem chora. Zrobiłam sobie sztuczną gorączkę, poszłam i byłam obok niej, tak żeby się nią zajmować i dla niej jakieś jedzonko [załatwiać]. Lepiłam już wtedy moje koniki z chleba i zamieniałam na jedzenie, żeby ją dokarmiać. Miałam rozmaite pomysły. W każdym razie przeżyłyśmy Pawiak.

  • Jak pani pamięta drukarnie, bo mówiła pani, że drukowałyście gazetki?

Tak. Po wyjściu z Pawiaka myśmy już wróciły do normalnej służby w AK.

  • Czy pani też pisała teksty?

Nie.

  • Na czym polegała ta praca?

[Drukowałyśmy] gazetki, które potem roznosiłyśmy. Myśmy były przecież jeszcze młode dziewczyny. Myśmy tylko robiły robotę drukarską. Miałyśmy maszyny drukarskie, przywozili nam mężczyźni swoje teksty, myśmy gazetki drukowały i potem w ciągu dnia [roznosiłyśmy]. Najgorsze było zawsze wyjście – bo gazetki to paki [duże] – żeby nas nie złapali, jak żeśmy z Mokotowa szły z gazetkami do Śródmieścia. Ale myśmy miały punkty – w sklepie czy [w innym miejscu] i zostawiałyśmy gazetki. To była jedyna robota, którą można było wtedy wykonywać, jak się chciało koniecznie coś robić dla Polski.

  • Jakie miała pani sposoby chowania gazetek?

Po prostu się szło, udawało się, wesoło rozmawiając z koleżanką. Żeśmy rozmawiały o weekendzie, o tym, o tamtym. Jak szli Niemcy, to widzieli – no, dziewczyny idą. Ale co niosły pod pazuchą, to nikt nie patrzył. Roznosiłyśmy gazetki i byłyśmy „kolportażem”.

  • Nigdy się nie zdarzyło, że panią zatrzymano?

Gdyby się zdarzyło, to już bym dzisiaj nie rozmawiała. Rozstrzeliwali, jeśliby znaleźli. Tak że to było ryzyko i człowiek zdawał sobie sprawę. Właściwie to była odwaga i satysfakcja, że jednak to wszystko robimy.

  • A czy któraś z pani koleżanek wpadła, roznosząc gazetki?

Nie. Poza Kęszycką, która nas wsadziła. Niestety. Uprzedzili ją, że jak cofnie swoje zeznania, to poniesie konsekwencje, bo nie wolno w błąd wprowadzać. Zginęła jako jedyna z naszych przyjaciółek. Roznoszenie gazetek nas nie zabiło.

  • Skąd pani się dowiedziała, że koleżanka poniesie takie konsekwencje?

Ona nam powiedziała, bo z nami na Pawiaku, już w więzieniu, się spotkała. Myśmy rozmawiały i mówiła, jak to wygląda. W ogóle będąc na Pawiaku z nią, myśmy ją zdopingowały, żeby odwołała, bo inaczej wszystkie będziemy rozstrzelane. Powiedziała, że to zrobi. Cud, żeśmy się mogły spotkać, ale spotykałyśmy się na obieraniu kartofli. Codziennie chodzili po celach i pytali, kto chce iść do roboty. Żeby coś robić, żeby spotykać się, żeby coś usłyszeć, dowiedzieć się, myśmy się zawsze zgłaszały. Czy trzeba było obierać kartofle, czy do prasowalni, czy do pralni – kto chciał iść, to szedł. Więc zgłaszałam się, gdzie tylko można, żeby dowiedzieć się, co i jak, co się dzieje. I właśnie na obieralni kartofli, żeśmy ją spotkały. Myśmy powiedziały, ona się wtedy dowiedziała, przeżywała to potwornie. Zapłakiwała się, że wszystkie siedzimy przez nią. [Zapytała], co może zrobić. Nie wiem kto jej powiedział: „Słuchaj, jak pójdziesz i odwołasz, to może nas wypuszczą”. Powiedziała, że to zrobi. Poszła, ale potem, jak wróciła na drugi dzień, to powiedziała: „Zagrozili mi, że poniosę konsekwencje”. I poniosła konsekwencje, bo nas wypuścili, ale jej nie. Przeżyłyśmy Pawiak, pełne nadziei, że po odwołaniu jej zeznań nasza grupa zostanie zwolniona. I tak było. Czyli dopełnili tego, co obiecali.

  • Jeszcze z drugiej strony, nie konspiracja, a życie codzienne. Pani była młodą kobietą.

Nie, dziewczyną jeszcze.

  • Czy pamięta pani momenty, że chodziła pani na tańce czy w coś państwo grali?

W brydża graliśmy.

  • Jakie były rozrywki?

Jak myśmy się spotykali, to nawet ludzie niektórzy mówili: „Słuchaj, jak można? Wojna, tyle ludzi ginie, a wy się bawicie?” – czy coś robicie, czy jakieś wycieczki. Pamiętam, że jedyną naszą odpowiedzią było: „Jak jesteśmy gotowe ginąć w każdej chwili, to mamy prawo te ostatnie chwile życia spędzić, jak chcemy”. Tak żeśmy mówiły i uważałyśmy, że to jest słuszne. Bo myśmy oddawały swój czas na konspirację. Wszędzie, co kazali, to żeśmy robiły. Pamiętam, że wyjechałam na wakacje, żeby konno jeździć, do siostry mojego ojca, do Szczekarkowa, majątku, który nie był zabrany przez Niemców. Jak pojechałam, to mogłam ujeżdżać wszystkie konie i źrebaki, które były moją pasją. Czyli urywałam się, gdzie mogłam. Jak już nie było naszej roboty, jak już żeśmy wyszły z Pawiaka, to było trudno wrócić do podziemia. Wtedy nas szykowali tylko na Powstanie. Były rozmaite kursy powstańcze, przechodziliśmy szkolenia. Był doktor, który nas uczył być sanitariuszką, był ktoś, kto o wojsku mówił. Przeszkolenie i przygotowanie na Powstanie, bo jednak na Powstanie wszyscyśmy się szykowali. Myśmy były grupą, która była już włączona w to, że jest już w jednostce. W naszej wojskowej jednostce. Przeżyłyśmy Pawiak, myśmy były jedne z ważniejszych, bo już myśmy coś przeżyły. Nie uchylałyśmy się od żadnych [zadań] i robiłyśmy, co się dało. Było właśnie drukowanie gazetek i roznoszenie.

  • Nadal.

Roznoszenie gazetek to cały czas.

  • Na czym polegały szkolenia? Proszę opowiedzieć o szkoleniach.

Kursy pielęgniarskie polegały na tym, że się szykujemy do wojny: „Jesteście młode dziewczyny, ale musicie zrozumieć, że jeśli idziecie do walki…”. O walce, nawet miałyśmy strzelanie, zapoznawanie się z bronią. W ogóle wszystko, co było [możliwe]. Trudno mi teraz nawet to sobie przypomnieć, ale wiem, że chodziliśmy na szkolenia przygotowawcze przed spodziewanym Powstaniem. Bo jednak Pawiak Pawiakiem – to było nasze pierwsze doświadczenie wojenne – ale myśmy były w pierwszej kolejności do pójścia na front.

  • Mówi pani „myśmy były”. Kto to był?

Grupa ludzi, koleżanki. Moja starsza siostra, która włączyła się wtedy i też była [w konspiracji], też przeżyła Pawiak. To był też przypadek. Bo pojechałam do mojej kuzynki na imieniny, byłam na Saskiej Kępie, a Niemcy przyszli do domu mnie aresztować, powiedzieli, że mnie i siostrę. Siostra strasznie się denerwowała, że mnie nie ma i czekali, aż wrócę. Nawet przyjechali po mnie na Saską Kępę – dwa samochody gestapo i mnie zabrali z przyjątka. W każdym razie żeśmy tam popijali i śpiewali zachwyceni, a nagle: bum! bum! bum! do drzwi, ogromny hałas. „Otwierać! Otwierać!”. Weszli: „Pod ścianę wszyscy!”. I po kolei: „Nazwisko! Nazwisko! Nazwisko!”. Jak powiedziałam moje: O! Komm! Komm! Komm! i zabrali mnie. Przyszli po mnie i zabrali mnie prosto z przyjęcia. Jeszcze w samochodzie powiedzieli: „A twoja siostra jedzie w drugim samochodzie”. To już wiedziałam, że chodzi o Pawiak, że się dowiedzieli, że idzie o jakieś podejrzenie, że coś robimy. W każdym razie mnie zabrali wtedy. Ale to były czasy okupacji.

  • Czy nadal pani mieszkała w Alejach Ujazdowskich? Gdzie pani mieszkała wraz z rodziną?

Na placu Dąbrowskiego matka wynajęła mieszkanie. Tam był matki kuzyn. To było właściwie wynajęte przez Lubomirskich. Wiem, że przez arystokrację to było wynajęte, ale myśmy potrzebowały pokój. Matka nie mieszkała tam, bo mieszkała w Grójcu. Dostała pozwolenie na sklepik, żeby żyć, zarabiać. Prowadziła mały sklepik – papierosy dostawała i sprzedawała papierosy, żeby utrzymywać dom, a myśmy więcej zarabiały właściwie, bo robiłam papierosy, które sprzedawałam i roznosiłam. Mój stryj miał plantację tytoniu. Kupowałam tytoń, a potem robiłam papierosy. Od dziecka umiałam dla ojca nabijać papierosy – bo ojciec palił – i się nauczyłam. Z papierosów robiłam sobie zarobek. Każdy zarabiał, jak mógł. Gdzie co mógł to robił. Ojciec grywał w brydża, bo był świetnym brydżystą, to mówił, że to najlepszy zarobek, bo zawsze wygrywał. Mama się śmiała, że można ze swojego hobby też mieć jakiś dochód.

  • Była pani z rodziny ziemiańskiej. Miała pani do czynienia pewnie też z innymi ziemianami?

Mój mąż był też ziemianinem.

  • Proszę powiedzieć, jak oni się w Warszawie odnajdowali?

Właśnie ta grupa była ziemiańska. Wszyscy ci, którzy byli ze mną, to byli ziemianie, bo myśmy mieli przecież kontakty i życie towarzyskie raczej po środowisku zawsze. To jest normalne. Człowiek był ziemianinem, to czy grał w brydża, czy właśnie konspiracja, to [zawsze razem]. Kęszycka, koleżanka z Polskiej Wsi albo druga koleżanka z Pniew, z którymi się żyło w szkołach, a szkół było kilka. Mówiłam zawsze – w czterech szkołach, czterech wnuków i w ogóle, czterech mężów. Tak że wszystko czwórkami szło. Miało się koleżanki jeszcze z okresu przedwojennych bali czy balików, czy spotkań przedwojennych. Byłam dosyć czynna, bo jeździłam na zawody sportowe. Miałam konia, jeździłam na konkursy hippiczne, to wszyscy ziemianie jechali, żeby mnie oglądać i wszyscy mnie znali, więc znajomych było dużo. Potem, jak przyszła konspiracja, to myśmy oczywiście w tych grupach ludzi dalej ciągnęli życie. Jakie by nie było – gorsze, lepsze, ale razem, wspólnie.

  • Jak pani pamięta Niemców, okupantów?

Właściwie prawie nie miałam z nimi styczności. Raz przyjechałam do Smolic, do mojego majątku (już po tym, jak weszli), żeby zabrać swoje siodło. Pamiętam, że chciałam koniecznie zabrać moje jeździeckie rzeczy. Wyciągnęłam pejcz. Mówią: „A to po co zabierasz?”. Mówię: „Bo to jest mój pejcz z konnej jazdy”. – „Zostawisz to! Jeszcze mi się przyda ten pejcz. Może nawet na ciebie!”. Takie było spotkanie z Niemcami.

  • A w Warszawie? Czy widziała pani łapanki w Warszawie?

Rozstrzelania – nie, ale nieraz były łapanki na ulicach. Ludzie się chowali po bramach i po domach, bo zaraz szło: „Łapanka! Łapanka!”. Już myśmy były wyuczone, jak się trzeba chować, jak trzeba mówić, co trzeba mówić. Parę słów niemieckich nas nauczyli. I właśnie te przygotowania to były, żeby się wyplątać, jak wpadnie się w jakieś kłopoty.

  • Jakiego zachowania uczyli?

Żeby zawsze spokojnie, bez histerii, bronić się, że żadnej roboty się nie [wykonuje]. Pamiętam, jak mi pierwszy raz powiedzieli: „Co ty robiłaś?! Jaka konspiracja?”. Mówię: „Jaka konspiracja?! Moja mama by mnie z domu wyrzuciła!”. No, idiotkę robić z siebie, po prostu. Zapierać się wszystkiego oczywiście, że żadnych konspiracji, żadnej podziemnej pracy. Szukali tylko podziemia, które szkodziło im, więc oczywiście myśmy cały czas mówiły, że: „Co? Ja mam piętnaście lat. Ja tam się w politykę nie bawię!”. Matka nas wysyłała, mnie głównie, bo uciekałam z Warszawy – siostry miały swoje sympatie, swoje miłości, a ja uciekałam do koni, żeby jeździć konno. W każde wakacje [wyjeżdżałam] do siostry mojego ojca, do Szczekarkowa, gdzie były jeszcze konie nie zabrane i jeszcze majątek nie był zarekwirowany. Siadałam i ujeżdżałam wszystkie konie. Kochałam ten sport.

  • Powiedziała też pani wcześniej, że pani wyszła za mąż w czasie okupacji.

Tak. Wszystkie trzy siostry żeśmy wyszły [za mąż] w czasie okupacji. Wtedy ludzie nie mieli co robić, to się spotykali, kochali się i w ogóle było dużo kontaktów towarzyskich.

  • Proszę o tym opowiedzieć.

Mój mąż to też był jeden z adoratorów, jeszcze przed wojną był na balu u nas. Oświadczył mi się nawet na balu i oczywiście dalej tupał naokoło mnie. Wszędzie, gdzie ja, to on też. Chociaż na konspirację nie poszedł. Nie wiem, kto mu nie pozwolił. Przysiągł swojej matce, że będzie się opiekował siostrami, a nie będzie się pchał w żadne wojenne prace, że nie będzie ryzykował, bo jego siostry nie miały ojca i matki. Obiecał im mój mąż jako jedyny, najstarszy brat, że zaopiekuje się siostrami. Ale jak byłam wolna, to mnie zawsze zapraszał gdzieś na obiad. Motocyklem mnie woził. Nawet nauczył mnie jeździć na motocyklu. Pamiętam, że na jego motocyklu zaczęłam się uczyć dopiero. To mi nawet ułatwiało – czasami miałam coś szybko załatwić, to wsiadałam na jego motocykl i to mi bardzo pomagało. Pamiętam, że za to go bardzo polubiłam, że miał motocykl i że mogłam go używać. Też był z ziemiańskiej rodziny.

  • Proszę opowiedzieć całą historię miłosną, łącznie ze ślubem – jak się to odbyło?

On się we mnie kochał już przed wojną. Przyjeżdżali do Smolic, chociaż Smolice były w łęczyckim, a on mieszkał w lubelskim, więc zupełnie gdzie indziej. Ale przyjeżdżało na wakacje wielu chłopców, bo miałam dosyć duże powodzenie. Akurat byłam jedyną chyba dziewczyną, która, mając szesnaście lat, jeździła na konkursy hippiczne i jeszcze potrafiła wygrać ze starymi, a nie z juniorami. Chłopaki za mną raczej się uganiali. Miałam powodzenie. Przyjeżdżali później. Wojna była, to przyjeżdżali. [Mąż] był też z majątku i też mógł sobie pozwolić na to. Opiekował się siostrami, ale do mnie wpadał ciągle i uczył mnie [jeździć] na motocyklu. Doszło do tego, że potem żeśmy się pobrali. Jak żeśmy się pobrali, to samo przez się, po roku było dziecko i miałam problem już wtedy z Powstaniem. Byłam pierwszą, miałam legitymację, jak się mówi – paszport powstańczy, bo prowadziłam kursy, znałam się najwięcej, byłam jedną z pierwszych w naszym zespole. Odbierałam przysięgę od nowych, pouczałam, co muszą, co robią, legitymacje wypisywałam. Sama byłam już w Powstaniu przed Powstaniem, bo już prowadziłam wszystko. Niektóre kierowałam na przeszkolenie sanitarne, żeby nauczyły być dobrymi [sanitariuszkami], a niektóre, żeby nauczyć je strzelać i żeby umiały się bronią [posługiwać]. Wszystko musiałam wtedy naszemu szefowi prowadzić. Byłam pomocna przy tym.

  • Jak było przygotowywane Powstanie?

Przygotowywało się ten sposób, że wcześniej się ludzi kierowało, wszystkich, którzy chcieli być w Powstaniu – dostawali legitymacje – i się ich szkoliło. Dziewczyny albo do szpitala, żeby były pomocne przy rannych, albo właśnie, żeby nauczyły się strzelać. Jak będzie Powstanie, żeby miały broń w ręku i żeby szły do boju. To wszystko było szykowane przez kolejnych, co byli szkoleni najpierwsi. Tak że miałam jedną z pierwszych legitymacji powstańczych, dlatego że byłam jedną z pierwszych. Jan Dangel, który nas zorganizował, mnie od początku wyróżniał, dlatego że już i Pawiak przeszłam i tu [działałam]. Byłam pomocna w przygotowaniach. Dlatego tak strasznie przebolałam to, że jak potem był sygnał na Powstanie, oczywiście pobiegłam – a już miałam syna. Wyszłam za mąż i miałam syna.

  • Chciałam jeszcze wrócić do czasu przed Powstaniem.

Tak, to były stale szkolenia.

  • Jak dawano sobie radę w trudnych warunkach okupacyjnych, kiedy było ciężko z zaopatrzeniem?

Nie, to każdy miał, każdy coś zarabiał. Mówiłam – robiłam papierosy. Mój mąż miał majątek, jeszcze nieodebrany, to zasilał też finansowo. Miał Wilczyska. To był majątek bardzo duży, bardzo zasobny i nie był zajęty. Nas ze Smolic Niemcy wyrzucili. Nie miałam majątku. Mieszkaliśmy w Warszawie jak nędza, bo nikt nam pieniędzy nie dawał. A mój mąż miał jeszcze dochód. Jego majątek był w lubelskim, a tam Niemcy nie zabierali. Zabierali w stronę zachodnią.

  • Jak pani pamięta swój ślub?

Jak to ślub. Młoda dziewczyna, jak idzie do ślubu, to wiadomo, że jako szczęście, które się spełniło. Kochaliśmy się od dosyć dawna i wzięliśmy ślub, bo już byłam w ciąży, więc trzeba było teraz to usankcjonować. Zgodziłam się, bo przedtem ciągle mówiłam, że jestem powstańcem, że nie mam prawa się nigdzie łączyć, bo na pierwszy rzut muszę lecieć. I rzeczywiście, jak wybuchło Powstanie, już dziecko urodziłam, mój mąż szedł do Powstania, mówił: „Nie. Zostaniesz z dzieckiem. Masz zostać z dzieckiem”. Mówię: „Nie! Przysięgałam. Jestem w Powstaniu. Jestem w Powstaniu. Koniec! Idę!”. Z Zalesia – moje dziecko zostało z niańką – poszłam z mężem do Powstania. Powiedziałam: „Wiem, że póki jestem z tobą, to przeżyjesz”. Tak mu powiedziałam, idąc na Powstanie. Na sygnał, że jest Powstanie, poszłam z nim do Warszawy. Na punkcie żeśmy się spotkali. Poszedł do męskiej sekcji, ja do żeńskiej. W żeńskiej pułkownikowa Zakrzewska była naszym szefem sanitariatu, a ja byłam przypisana jako powstaniec do pani Zakrzewskiej. Pułkownikowa Zakrzewska była zresztą moją ciotką. Jak mnie zobaczyła, to powiedziała: „Wszystko dobrze, ja tu wszystko widzę, ale ty »Isiu« wracasz do domu”. Powiedziałam: „Ciociu! Co?! Ciocia chyba żartuje! Przyjechałam do Powstania, przysięgałam i nie wyjdę”. A ciotka mówi: „Nie. To jest rozkaz. Tym razem musisz mnie słuchać, jestem tutaj szefową. Wracasz. Masz małe dziecko, twój mąż idzie w Powstanie, a ty wracasz”. I mnie nie puściła do Powstania. Odciągałam to jak mogłam, aż w końcu musiałam wyjść, bo ciotka, ile razy mnie spotkała, to mówi: „Obiecałaś wyjść i rozkaz musisz spełnić”. Musiałam w końcu spełnić rozkaz i wyszłam. Jeszcze kluczyłam przez Wilanów i w Wilanowie próbowałam się jeszcze przetrzymać, ale z drugiej strony mnie gnębiło, że to jest rozkaz i że muszę iść, że tam jest dziecko z nianią. To była rozterka dla mnie straszliwa – czy słuchać rozkazu, czy [zostać w Warszawie]. To była tragiczna dla mnie rozterka.

  • Proszę powiedzieć o swoim zgrupowaniu. Czy pamięta pani mobilizację przed Powstaniem?

Cały czas były przygotowania, szkolenia. Przyjmowanie nowych, bo ciągle do nas przychodzili i trzeba było ich egzaminować, odbierać przysięgę. Mnie zrobili jedną z tych, co egzaminuje i przyjmuje.

  • A mobilizacje przed Powstaniem?

Były spotkania, były dzielone grupy, że tu idzie tak, tu tak.

  • Gdzie pani miała swoje miejsce? Gdzie pani była mobilizowana?

Wszyscy byli w domach, tylko na sygnał Powstania trzeba było się zjawić. Ale to nie było, że gdzieś się grupowaliśmy, tylko myśmy się spotykali na rozprawy, na szkolenie. Każdy mieszkał u siebie. Mieszkałam przy Politechnice i stamtąd wszędzie chodziłam. Jak mi mąż pożyczał motocykl, to dojeżdżałam, bo na Woli bardzo często były spotkania. Potem, jak wybuchło Powstanie, to na punkt zbiorczy – wiem, że na placu Napoleona był, w centrum Warszawy – przyjechałam. Wtedy właśnie mi powiedzieli, że nie wolno mi zostać, tylko muszę wracać do dziecka. To jest rozkaz i koniec. Już nie było uniku.

  • Mówiła pani wcześniej, że szła pani kanałami.

Kanałami wyszłam, bo było już Powstanie w pełni. Wyjść z Powstania było tak samo trudno, jak wejść do Powstania. Wyjść jeszcze gorzej, bo wszyscy wiedzą, że to powstańcy wychodzą.

  • W jaki sposób się to odbyło?

Zwyczajnie. Weszłam w kanał i kanałami po wszystkich…

  • Czy ktoś panią prowadził?

Nie, nikt mnie nie prowadził, bo nikt się nie znał. Nie było jeszcze tego. Potem mówiłam, że może zostanę tą, która będzie prowadzić. Mnie już powiedzieli, że ktoś przechodził na Mokotów i są strzałki porobione. Żeby przerzucać ludzi, były porobione strzałki. W czasie Powstania, jak się słyszało, były bardzo ciężkie przejścia, bo jak się szło pod ulicą, to włazy, klapy – słychać było, jak Niemcy gadali. Nawet jak nocą się szło, to Niemcy palili papierosy i mówili ciągle, że „brudne szczury” trzeba [wykończyć] i czasami rzucali wybuchowy materiał. Wiedzieli, że ludzie tamtędy się komunikują i chodzą.

  • Jak pani pamięta kanały?

Kanały to był koszmar. To był koszmar. Wchodziłam w kanały na placu Trzech Krzyży i samo wejście, to była koszmarna chwila, bo człowiek się staczał do włazu, potem głęboko, do samego dna kanału trzeba było wejść. Obślizgłe, śmierdzące ściany, w gównie, za przeproszeniem. Przecież to było straszne – przejście kanałami.

  • Czy poszła pani sama?

Wtedy szłam sama i potem dołączył do mnie na placu Wilsona kolega. Przy wejściu dołączył jeden z naszej [grupy], którego przerzucili na Mokotów. Chciał do Mokotowa się dostać, bo mówił, że tam ma rodzinę i pozwolili mu. Ja z rozkazu szłam, bo rozkaz był, że mam wyjść z Powstania i wyjść z miasta, więc mi kazali iść najprostszą drogą. Najgorzej było pod Szucha, bo pod Szucha pilnowali strasznie, a tam się prawie że po trupach chodziło, bo ciągle wrzucali jakieś wybuchowe materiały, żeby – słychać było, jak rozmawiali – szczury wytłuc. Nas nazywali szczury. Człowiek mógł się spodziewać w każdej chwili, że zostanie zabity.

  • Ile godzin pani była w kanałach?

Strasznie długo. Już nie wiem, w książce pisałam, o której weszłam i o której wyszłam. Wiem, że szłam wiele godzin, bo człowiek umierał ze zmęczenia, musiał usiąść. Pamiętam, na placu Unii jak usiadłam, to potem – bo już szło kilkoro ludzi albo w tą, albo w tamtą [stronę] – ktoś mówi: „Słuchajcie, ja już nie idę, już nie mogę. Nie mogę”. Przecież to straszne kanałami iść. Obślizgłe ściany, śmierdzący człowiek, niedobrze się robi. Głowa boli, krzyż boli, bo trzeba ciągle na zgiętym krzyżu, nisko przecież, nie można wyprostowanym iść. Ale wszyscy mówili: „Od placu Unii jest już burzowiec – to już jest duży kanał – to burzowcem będzie lepiej”. Ale wiem, że moim celem było, że muszę wyjść, iść do syna, tak jak rozkazali. Na placu Unii była cała dyskusja. Akurat cisza była, nie było Niemców, nie rzucali na nas bomb, ale były napisy tylko, że: „Tędy można przejść do Wisły” i strzałka do Wisły. „Można wyjść na miasto”, ale: „Uwaga. Wszędzie Niemcy”. Wszędzie były wskazówki od poprzednich, co szli. Były wskazówki kredą na ścianie, że: „Na Mokotów”. Myśmy poszli kawałek, a tu już zwalone, bo bomba akurat zrzucona była i w ogóle nie ma przejścia na Mokotów, na który chciałam iść. W końcu musiałam [obrać] inną [trasę]. Iść na Wisłę, a potem wejść drugim kanałem, który wychodzi na Mokotów, już poza [zawalonym miejscem]. To było straszne, bo był zjazd. [Kanały], które szły do Wisły, były małe, że trzeba było na leżąco, prawie na czworaka iść, żeby w ogóle przejść. Główne kanały, to można było albo zgiętym, albo nawet, w burzowcu, wyprostowanym [iść], ale te, co szły do Wisły, spływy wody, boczne kanały, to były straszne. Były tak małe, że szła przede mną jedna dziewczyna, to na jej pięty ciągle tylko patrzyłam. Ręce pokrwawione, bo na łokciach trzeba się było rozpierać, żeby nie zjechać, bo woda spływała. Albo była woda, albo gówienka, bo to były spływy kanalizacyjne. Zjazd był okropny, a jeszcze gorszy był powrót na Mokotów, z dołu do góry. W ogóle nie można się było utrzymać! Trzeba było się łokciami trzymać, żeby nie zjeżdżać, bo wyślizgane. Okropne. Przejście kanałami – niezapomniane. Człowiek ledwo dychał.

  • Co było dalej?

Jak wyszłam na Mokotowie, to już wyszłam na naszą placówkę. Mokotów nie był jeszcze przez Niemców zajęty, chociaż ostrzeliwany. Stamtąd musiałam [wyjść]. Koledzy radzili mi, jak się wydostać. Mówili, żeby przejść pod Puławską i przez Królikarnię, pod Królikarnią iść przez Wilanów. Wszystko zrobiłam przez jedną noc, ale myślałam, że nie przeżyję.

  • Też sama?

Sama. Wtedy już sama. Bo tam [wcześniej], co szli ze mną, to [była] łączność Śródmieścia z Mokotowem, więc się nawet mijało ludzi. Był stały ruch. Niektórzy szli w jedną, a niektórzy w drugą stronę. Ale jak już szłam z Mokotowa w stronę Wisły, to szłam sama, bo się spieszyłam już, żeby jak najszybciej wyjść. Jak już mam wyjść, to mam wyjść. To było bardzo ciężko. Mówiłam sobie: „Boże, wolałabym zginąć w Powstaniu. Ale nie, dziecko jest przecież. Nie mogę. Muszę się pchać. Rozkaz był – muszę iść”. I tak szłam.

  • Co było dalej? Czy doszła pani do dziecka?

Doszłam w końcu. Ale wyjście – każdy mówił: „Uważaj!”. Nie chciałam oddać opaski ani nawet legitymacji powstańczej, bo strasznie chciałam zatrzymać. Powiedzieli: „Słuchaj, tu dwa dni temu wyszło trzech. Szło do Pyr, kawałek tylko. Ale jeden nie oddał – wszystkich zabili. Musisz oddać wszystko, co masz”. Miałam buty, mówię: „W bucie schowam legitymację chociaż”. – „Nie. Wszystko oddasz. Bo tak, to możesz cywila grać, że idziesz do dziecka i uratować życie. Jak już zrobiłaś takie straszne przejście z centrum Warszawy aż tu, to nie wolno ci już ryzykować”. Tak że w końcu doszłam. Wyszłam już za Wilanowem. Z Wilanowa piechotą, już dołem, do Piaseczna doszłam.

  • Jakie były pani późniejsze losy?

Po wyjściu z Powstania już z dzieckiem zostałam. Już przeszłam za dużo i cały czas czekałam na powrót męża, bo byłam pewna, że mąż też jakoś wyjdzie, tak jak ja, i przyjdzie do nas. Ale nie przyszedł. Przyszedł porucznik i powiedział: „Słuchaj, wiesz dlaczego myśmy tobie pozwolili wyjść? Bo myśmy już mieli spis i wiedzieliśmy, że twój mąż nie żyje”. Tak że wiedzieli.

  • Czyli zginął w pierwszych dniach Powstania?

Tak. W pierwszym tygodniu Powstania.

  • Czyli wtedy, kiedy dali pani rozkaz wyjścia?

Tak. Dali mi rozkaz wyjścia, bo już dowiedzieli się, że na liście jest mój mąż, że nie żyje. Uważali, że muszę dostać rozkaz wyjścia. Nie dostałabym rozkazu, bo przecież żołnierzom z Powstania nie każe się wychodzić. Szczególnie, że już byłam zasłużonym żołnierzem. Już po Pawiaku. Już dostawałam odznaczenia, więc jak można było mnie wyrzucić. Nie mogli. Musieli wiedzieć i dali mi rozkaz wyjścia. Też bym się broniła i tak, jak się broniłam na początku, że nie wyjdę.

  • Kiedy się pani dowiedziała, że pani mąż nie żyje?

W czasie Powstania przyszedł do mnie porucznik z mojego dywizjonu. To była końcówka Powstania. Znając mój adres, przyszedł. Jeszcze go odwoziłam do Milanówka z Piaseczna, bo miałam wtedy parę koni i zarabiałam końmi. Miał tam dom jeden z naszych kolegów, ranny, który wyszedł [z Powstania]. Nogę stracił, odwiedzałam go w szpitalu. [Porucznik] już powiedział: „To ty idź do niego, bo możesz teraz chodzić, jeździć. Dasz mu Krzyż Walecznych, bo dla niego i dla ciebie jest Krzyż Walecznych”. Wszyscyśmy dostali. Cały dywizjon dostał Krzyże Walecznych.

  • Czyli mieszkała pani w Piasecznie?

Nie, to nie było w Piasecznie. To było pod Piasecznem, w Zalesiu.

  • Z czego się pani utrzymywała? Czy była pani sama, czy z matką?

Matka w ogóle nie była z tej strony Warszawy. W Grójcu była. Mieszkała w Grójcu, dostała sklepik i prowadziła sklep – z tego żyła. Pieniądze miałam, bo mąż był zamożny i w dolarach mieliśmy zabezpieczenie. Żyć miałam z czego. Potem zaczęłam robić „krówki”. Robiłam „krówki” i sprzedawałam. To była moja pierwsza, zarobkowa robota. Dobrze robiłam „krówki”, więc szły. Codziennie wieczorem robiłam, a potem w dzień roznosiłam. Musiałam dziecko utrzymać i niańkę, bo jednak z niańką [byłam]. Jak przyszłam do domu, to już w furtce mnie powitała z dzieckiem na ręku i mówi: „A gdzie mąż?”. Powiedziałam: „Jeszcze nie wiem, jeszcze nie wrócił”. Też się denerwowała, bo przecież to była nasza niańka jeszcze z majątku męża, co z nami przyjechała, żeby pilnować dziecka, bo myśmy byli w akcji. Cały czas wykorzystywanie, używanie – ona musiała być z dzieckiem. To dziecko teraz już ma czworo dzieci.

  • Proszę opowiedzieć jeszcze pani dalsze losy wojenne i powojenne.

Jak przyszedł porucznik i powiedział, że: „Daliśmy ci rozkaz, bo [wiedzieliśmy], że twój mąż nie żyje”, to już wiedziałam, że jestem sama, już wiedziałam, że mój syn, to jest wszystko, co mam. Nie mam majątku, nie mam pieniędzy, nie mam nic. Mamy tylko swego syna. I żyłam dla syna. Musiałam się nim opiekować, dla niego żyć i pracować. Jednym słowem, życie było już bez ukochanego mężczyzny. Zdążyłam wziąć ślub – tylko tyle – przed samym Powstaniem.

  • Czy w Zalesiu była pani cały czas, do końca wojny?

Do końca wojny. Już nie mieliśmy majątków. Wilczyska były zabrane potem. Tak samo straciliśmy wszystko, co było. Właściwie później, to już się żyło gdzie popadło, gdzie się wynajęło. Wyjechałam. Dwa konie wzięłam z Wilczysk, z majątku męża, żeby przywieźć worki jedzenia. Wszystko, co można, żeby przeżyć jak najdłużej. Miałam parę koni i z koni żyłam. Furmaniłam. Jeździłam do Warszawy jako tramwaj, tam i nazad. Stąd właśnie mój głos, bo w Piasecznie: „Do Warszawy!!! Do Warszawy!”. – trzeba było krzyczeć. Przekrzykiwali się, żeby zdobyć ludzi, którzy płacili sto złotych, jechali. Wóz napełniałam, jechałam. W Warszawie znowuż: „Do Piaseczna!!! Do Piaseczna!”. Zdarłam sobie struny, tak wrzeszcząc na zimnym. Końmi zarabiałam bardzo długo.

  • Musiała być pani wyjątkowa – kobieta furman. Czy to nie było wtedy wyjątkowe?

Nie było wyjątkowe. Konie poprowadzić od dziecka umiałam.

  • Ale w sensie takim, że jako jedyna kobieta była pani furmanem.

Musiałam je oprzątać, musiałam hacele zdobywać, żeby wkręcać hacele, bo to była zima. Musiałam zająć się końmi i dla nich jedzenie zdobyć. To też nie było łatwe. Po majątkach znajomych jeździłam, kupować siano czy owies. Walka o życie była. Ale miałam cel. Miałam syna i gosposię do utrzymania.

  • Czy miała pani kontakt ze swoimi znajomymi, którzy zostali w Powstaniu?

Niektórzy się potem jeszcze [pokazywali], ale niewielu przeżyło. Bardzo niewiele. Mój mąż pierwszy zginął. Już nawet nie wiem, kto przeżył, kto nie, bo potem się wszystko rozleciało. Przecież nikt już nie szukał siebie. Każdy szukał swojej rodziny.

  • Czy pani znalazła swoją rodzinę?

Moja rodzina nie była w Powstaniu. Moja rodzina, to był mój mąż, który zginął i mój syn, którego uratowałam.

  • Ale była rozpierzchnięta – matka, ojciec, siostry.

Jedna siostra była z mężem gdzieś daleko, matka była w Grójcu i w ogóle nawet nie wiedziała, co się dzieje. Potem znalazła mnie w moim mieszkaniu. Widziałyśmy się z matką. Siostry już też zamężne były, to też się pogubiły – każda gdzieś z mężem była.

  • Jakie pani ma odczucia co do Powstania?

Myśmy uważali, że konieczne, bo nas tak uczyli, że się bronimy, że Niemców musimy wyrzucić i walka przeciwko Niemcom to była chwała i bohaterstwo. Człowiek ryzykował życie, ale chciał być w tej walce. To przecież byli wrogowie. Przyszli, zabrali nam wszystko, pozabijali nam rodziny.

  • Czy ma pani dobre wspomnienia z tego czasu?

Bardzo mało mam dobrych wspomnień. Wpadłam raz jeszcze. Po wszystkich przygodach pojechałam do jednego z moich byłych adoratorów – majątek, który nie był zabrany – żeby pojeździć konno. To byli państwo Ruszczyńscy (i mój czwarty mąż później, ale to już lata potem). Pojechałam, bo jego matka nas bardzo lubiła i zawsze mówiła, że chciałaby, żeby ich synowie z którąś z nas się ożenili. Byłam gościem i w powrotnej drodze wpadłam w łapankę. Złapali mnie, później w Sochaczewie siedziałam zamknięta. Potem cała okolica przekupywała Niemców, ale oni: „A, ptaszka żeśmy złapali. Tyle ludzi się o nią upomina”. Nie chcieli mnie wypuścić. Przywieźli mnie potem pociągiem do Warszawy i w Warszawie też się wyratowałam sama. Dowiedziałam się od policjanta, powiedziałam, że byłam na Pawiaku, że jestem powstańcem, to on powiedział: „To ja panią muszę uratować. Wszystko zrobię, żeby panią uratować. Mężczyzn biorą na roboty, a kobiety, jeszcze takie jak pani, młode i ładne, to idą do burdelu. Muszę panią uratować”. Powiedziałam mu, że mam z Pawiaka dobrą radę: „Niech pan mi przyniesie dużo »kogutków« – na ból głowy. Jak sobie zażyję »kogutki«, to mnie już nie wezmą”. To była nasza walka, każda miała „kogutki”, żeby się ratować. Okazuje się, że jak się weźmie „kogutki”, to człowiek przy badaniu wykazuje tak straszne choroby, że nie biorą. To było na Skaryszewskiej. Myśmy byli zatrzymani, bo mnie wtedy z łapanki wysadzili z pociągu na Skaryszewską. Nie wiem, co to było. W szkole na Skaryszewskiej był punkt, gdzie Niemcy brali wszystkie złapane więźniarki i czekali, żeby wywieźć, bo to było blisko pociągu (Skaryszewska na Pradze, blisko stacji) gdzie wywozili do Niemiec. Mężczyzn do roboty, a kobiety do burdelu. Policjant zlitował się nade mną, współczuł. Byłam ładną dziewczyną, w ogóle mu się spodobałam. Powiedział: „Ja panią uratuję”. Przyniósł mi „kogutki”. W ostatniej chwili, jak mnie zawołali, to na rękę wszystkie wysypałam i zjadłam. Jak stanęłam przed komisją, to powiedziałam, że byłam na Pawiaku i że jestem chora, w ogóle nie wiem, jak długo będę żyła, bo mówili, że niedużo mam życia. Niemiec mówi: „Do badania! Do doktora!”. Kazali mi się rozebrać i – do doktora. Doktor mnie bada, bada i mówi: Kaputt. Powiedział: „Ona nawet ze schodów może nie zejść. Ona jest zupełnie kaputt”. Pomogło mi to. Taki pomysł z Pawiaka!

  • „Kogutki” to były proszki?

Od bólu głowy. Ale ta ilość zwiększała bicie serca podobno. Tak że to była jeszcze jedna przygoda, zupełnie niespodziewana i zupełnie [niczym] nie spowodowana, bo wracałam z wakacji u Ruszczyńskich, u moich przyjaciół i na stacji kolejowej – tyle ludzi było, to akurat mnie musieli złapać. Wtedy łapali mężczyzn na roboty, a dziewczyny do burdeli. Taka historia i cudem też się wydobyłam. To była moja ostatnia walka z Niemcami.

  • Jak się zakończyła dla pani wojna? Co później się z panią działo?

[…] Zaczęłam pracować i zaczęłam żyć normalnie. Zarabiałam, pracowałam, sport uprawiałam. Zwariowaną sportsmenką zawsze byłam. Brałam udział we wszystkich klubach – w lekkoatletyce, na nartach startowałam, w tenisie. W tenisa jeszcze w zeszłym roku, latem, grałam na mistrzostwach. Jestem zwariowaną sportsmenką.

  • Czy coś jeszcze chciałaby pani dodać?

Chyba już wszystko. Wszystko wyciągnęłam, co mogłam, z ciekawych rzeczy. Zrobiłam dwa fakultety później, wyemigrowałam. Zrobiłam magistra sztuki, francuski na Sorbonie, studiowałam. Tak że mam dwa fakultety i nie przegrałam życia.

  • Czy była pani prześladowana z tego powodu, że była pani w konspiracji?

Nie, tutaj nie. Komuny też unikałam oczywiście. Nigdzie nie mogłam pracować, bo – dwie duże i dwie małe litery, jak mówiłam, AK i b.z. – były ziemianin był źle widziany, więc nie mogłam nigdzie [znaleźć pracy]. Siostra moja, starsza, która poszła do Ambasady Amerykańskiej – znała języki, była językoznawcą – żeby zarabiać, to ją wzięli i skazali na dziesięć lat, że jest szpiegiem. Za to, że była w ambasadzie sekretarką. Zarzucili, że jest szpiegiem i wsadzili ją na dziesięć lat. Potem cudem, jak Bierut odszedł, to wypuścili wszystkich, co byli oskarżani o rzeczy niepopełnione. Siostra wtedy wyszła i wyjechała na zawsze do Kanady. Wykłada na uniwersytecie. Tylko tyle, że znała języki, poszła się ratować. Miała dwoje dzieci i musiała utrzymać dzieci. Ja miałam syna jednego, a ona miała dwoje dzieci. Ale matka jej pomogła. Matka się nią zajęła, jak wyszła z więzienia. Przesiedziała parę lat. Dopiero, jak Bierut [zmarł], to ją zwolnili.

  • Siedziała w więzieniu?

Tak. Na Fordonie. Odwiedzałam ją, ale to komuna. Komuna.
Warszawa, 25 stycznia 2008 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Herbich

Zobacz także


łącznik, strzelec

Zdzisław Zaborski „Błyskawica”

Zdzisław Zaborski, urodzony w Pruszkowie 5 lutego 1925 roku. Byłem żołnierzem Armii Krajowej VI Rejonu VII Obwodu...

więcej
sanitariuszka

Jadwiga Klarner-Szymanowska „Aniołek”, Krystyna Ochocka

Nazywam się Jadwiga Klarner-Szymanowska. Byłam sanitariuszką, początkowo w oddziale imienia generała Bema, a...

więcej

Elżbieta Amelia Walicka

Nie miała pani nic wspólnego z Powstaniem, bo działo się ono wcześniej niż pani się urodziła, ale pani...

więcej
plutonowy

Adam Drzewoski „Benon”, „Philips”

Porucznik Adam Drzewoski, pseudonim „Benon” albo „Philips”, Batalion „Pięść”,...

więcej