Maria Jaszczołt „Lidka”, „Sława”

Archiwum Historii Mówionej

Maria Jaszczołt, z domu Kołtuniak. Urodziłam się w Warszawie w 1924 roku, 24 października. W czasie Powstania miałam pseudonim „Sława”. [Walczyłam] na Woli, [w stopniu:] plutonowy.

  • Jak pani wspomina swoje dzieciństwo?

Dzieciństwo wspominam bardzo różowo. Pochodzę z dużej rodziny, bo nas było sześcioro, trzy córki, trzech synów. Chodziliśmy do warszawskich szkół, mieliśmy dużo przyjaciół. I do 1939 roku to się wydawało, że nic lepszego nie może być.

  • Gdzie pani mieszkała i gdzie pani chodziła do szkoły?

Mieszkałam na Woli, na ulicy Górczewskiej. To już był ostatni adres. Przed tym mieszkaliśmy, już nie pamiętam, na Ogrodowej, to wiem, i jeszcze coś w międzyczasie było, ale nie pamiętam. Chodziłam najpierw do szkoły na Bema, to była szkoła powszechna. Potem, po skończeniu szkoły powszechnej to już były komplety, to już była okupacja. Chodziłam na komplety na Bagatela 15. To była szkoła Popielewskiej-Roszkowskiej, a myśmy tylko korzystały z lokalu na kompletach.

  • To były już lata okupacji?

To już była okupacja. Cóż, miałam czternaście lat w czasie okupacji.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny, wrzesień 1939 rok?

Ze wstydem się przyznam, że nas to ucieszyło. Jako dzieci, z bratem, tośmy byli zachwyceni, bo to znaczy jakaś awantura, jakieś... Ale potem, w ciągu dosłownie dwóch, trzech dni, to już zmieniliśmy zdanie na temat tej awantury, bo ojca aresztowali, zresztą władze polskie. Dlatego że ojciec miał zwyczaj stawać w oknie. Patrzył, czy samoloty, czy to, czy tamto. I doszli do wniosku, że widocznie ojciec jest szpiegiem. Przez dwa dni go nie było, ku wielkiej rozpaczy nas wszystkich. A potem [go] wypuścili, bo to było bezpodstawne, przecież wszyscy go znali. Ale takie były różne drobne, nieporozumienia.

  • Czy pamięta pani, jak Niemcy wkroczyli do Warszawy?

Pamiętam. Tego nigdy nie zapomnę. Chyba nikt z nas, kto tam był, nie zapomni tego. Poza tym oni od razu, właściwie na następny dzień, przysłali olbrzymie ciężarówki z chlebem i zaczęli nam chleb rozdawać. I to był drugi, czy trzeci dzień po wstąpieniu ich do Warszawy. I to też bardzo dobrze pamiętam. A reszta to już było szare dni.

  • Czym zajmowali się rodzice w czasie okupacji, żeby jakoś przeżyć? Przecież rodzina była bardzo liczna.

Była rodzina liczna, więc moja matka miała (już teraz nie ma, bo to jest Białoruś), majątek. I akurat wróciła z moimi braćmi, spędzała tam wakacje. Sporo przywiozła różnych prowiantów z tego majątku. To na długo nie wystarczyło. Ojciec przez jakiś czas handlował skórą. Kupował, sprzedawał, czymś musiał się zająć. I jakoś przeżyliśmy to wszystko.

  • Gdzie znajdował się ten majątek mamy?

Dokładnie pod Baranowiczami, jakieś osiem kilometrów na północ od Baranowicz. Miejscowość nazywa się Stołowicze.

  • Jak mama miała na nazwisko, z domu?

Jadwiga Karaś. Tam tych Karasiów było bardzo dużo. Cała ta okolica to przeważnie należała do Karasiów.

  • A pani zaczęła chodzić na te tajne komplety?

Tak. Te same nauczycielki, po prostu, zmieniły system nauczania. Tak samo, tylko inaczej. To nie było tak, jak [dawniej], ale było na poziomie, myśmy musiały zupełnie poważne egzaminy zdawać. To nie było, że to było takie... Wcale nie.

  • Czy, na przykład, była pani świadkiem łapanek czy rozstrzeliwań na terenie Warszawy w czasie okupacji?

Byłam. Łapanki na Starym Mieście... to wtedy rzeczywiście wszystkich łapali, ale ja stałam z siostrą tuż koło kościoła św. Jacka. I raptem ktoś nas ciągnie, tylko nas dwie: „Do środka! Do środka!” Tak, że w ten sposób uniknęłam tejże łapanki. Wtedy bardzo dużo ludzi złapali. A jeśli chodzi o strzelanie, świadkiem nie byłam, natomiast mojego ojca rozstrzelali na Woli właśnie.

  • Kiedy? Jak to było?

Piątego dnia Powstania.

  • To już było w Powstaniu?

W Powstaniu.

  • A lata okupacji, wyglądało takie rozstrzeliwanie na ulicy?

No, tak. Nie tylko to. Pamiętam, jak powiesili kilku naszych na Sądach, na Lesznie. Ilu ich było? Nie pamiętam dokładnie cyfry, ale tak ośmiu, dziesięciu musiało tam być. Między innymi nasz bardzo dobry kolega, więc tym byliśmy strasznie wstrząśnięci.

  • A co to był za kolega, ten, którego powiesili? Pani powiedziała, że jakiś dobry kolega?

Dobry kolega raczej mojego brata, który też, niestety, już nie żyje. Z gimnazjum. Ale wtedy brata koledzy byli moimi kolegami, moje koleżanki były jego [koleżankami], bo to ten sam wiek, mniej więcej.

  • Ale nazwiska pani nie pamięta?

Nie pamiętam. To już było sześćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt osiem lat temu. Julek... Ja go nawet mogę mieć na zdjęciu z Warszawy, to było na jakiś miesiąc przed tą egzekucją. Ale nie pamiętam w tej chwili nazwiska.

  • Ale oni byli jakoś w łapance złapani, za udział w konspiracji?

Tego dokładnie do dzisiaj nie wiadomo, ale przypuszczam, że to musiało być związane z tym, że ktoś wydał. Ale do dzisiaj dokładnie nie wiem, więc trudno mi mówić, jak nie jestem pewna.

  • Czy pamięta pani Powstanie w getcie warszawskim?

Bardzo dobrze. Mieszkałam tuż obok. Mieszkałam wtedy na Zakroczymskiej, a to się działo właściwie na tyłach. Pamiętam bardzo dobrze i pamiętam naszą rozpacz, bośmy naprawdę rozpaczali. Bośmy nie mogli pomóc. Jak? Myśmy sami broni nie mieli. A poza tym, nie bardzo nawet było jak. Patrząc na tę tragedię, dzieci leciały z okien... widziałam niejedno. Nie można tego nigdy w życiu zapomnieć.

  • Ale to oni wyskakiwali z tych okien?

Nie. Niemcy wyrzucali. Żydzi próbowali się bronić. I tak się bardzo dzielnie, moim zdaniem, zachowali. Ale nie mogło być innego rozwiązania.

  • Czy pamięta pani jak dzieci żydowskie przechodziły na stronę aryjską po jedzenie?

Pamiętam, absolutnie pamiętam.

  • Czy mogłaby pani to opisać?

Bardzo blisko getta mieszkałam. Na tyłach Zakroczymskiej, naprzeciwko Wytwórni Papierów Wartościowych. I te dzieci bardzo często [przychodziły], bo im najbliżej było gdzieś na Stare Miasto. Ale muszę powiedzieć jedną rzecz: nie były natrętne. Nie. Wręcz przeciwnie. To nie było ani błaganie, ani natręctwo. Nie mam na to słowa. Po prostu widziało się w tych oczach prośby o chleb, o cokolwiek. Straszne były czasy. I ta bezradność. Bo dzieje się tego rodzaju tragedia, a my niewiele możemy zrobić.

  • Ale ludzie pomagali im?

Bardzo. Ludzie bardzo dużo Żydów w ogóle chowali u siebie w domu. Bardzo dużo Żydów przetrwało tylko dlatego, że właśnie ludzie przyjmowali ich do swojego domu. Pomimo że narażali się na karę śmierci.

  • Czy zetknęła się pani z konspiracją w czasie okupacji?

Oczywiście, że tak. Od razu, od pierwszego dnia. Mam przeszło dziewięć lat służby wojskowej z tego powodu.

  • Jak to wyglądało?

Wyglądało w ten sposób, że u nas, w gimnazjum, miałyśmy PWK i należałam do tego. Jeździłam na obozy, rok czy dwa dopiero. Miałyśmy komendantkę w PWK, panią Antoninę Bernacik. Była naszą komendantką PWK. I jak przyszłyśmy do szkoły, tak jeszcze nieoficjalnie, to już musiał być chyba początek albo koniec października. W każdym razie jeszcze przez Bożym Narodzeniem tak nieoficjalnie żeśmy się zbierały, w szkole. I ona, z całego naszego plutonu wyciągnęła pięć z nas. Najpierw pracowała w jakimś instytucie dla dzieci na Okopowej (tylko już nie pamiętam, jak się nazywał) i tam zapraszała do siebie. Były takie pogadanki najpierw. I pomału, pierwsze nasze zadanie w okupacji, to była pomoc żołnierzom z 1939 roku, bo dużo było rannych. Naszym zadaniem było chodzić i czytać im, robić jakieś deklamacje, żeby zapewnić im też jakąś godną rozrywkę. Przecież nie mogą tak leżeć... To były początki. Potem, stopniowo, zaczęły się kursy... Musiałam przejść kurs sanitarny, aczkolwiek broniłam się od tego, bo szpitale i sanitarny [kurs] to nie odpowiadało mi. I tak pomału, pomału. Potem żeśmy malowały (ale to już musiał być grudzień) na parkanach słowo „Wawer”. Wawer to było miasteczko pod Warszawą, gdzie była straszna masakra. I myśmy [pisały], ponieważ należałam już wtedy do, tak zwanej, małej dywersji, i w ramach tej małej dywersji pisałyśmy „Wawer”. Co można było więcej zrobić?

  • Czy pamięta pani, mniej więcej, w których miejscach pisała pani te napisy w Warszawie?

Bardzo mi trudno sobie przypomnieć. Sądzę, że Leszno, Okopowa, tamte strony, bo to było najbliżej, ale nie przysięgłabym, co do tego.

  • A czy ktoś jeszcze z pani rodzeństwa należał do konspiracji?

Mój brat, ale on już nie żyje.

  • Starszy, młodszy?

Dwa lata starszy ode mnie.

  • Jak miał na imię?

Kazimierz.

  • A pseudonim?

Zapomniałam, ale oczywiście, że był.

  • Czy rodzice wiedzieli, że należycie do konspiracji?

Rodzice? Mowy nie ma! Natomiast myśmy nie wiedzieli, że moja matka należy do konspiracji. Tu była śmieszna sprawa. Ojciec był w ogóle [przeciw militaryzmowi] i wszystkim takim rzeczom. Zupełnie się nie [zgadzał]... A jeżeli był, to my o tym nie wiemy, bo na tym to wszystko polegało. O matce się dowiedziałam dopiero wtedy, jak z Powstania zabrali ją do Ravensbruck. Bo ona, z kolei, na Starym Mieście pracowała przy kuchni. Tam RGO było. Była w tym dziale gospodarczym, ale to też była konspiracja przecież. I wylądowała w Ravensbruck, niestety. Była potem „króliczką”. Przez Szwecję wróciła do Polski. Ale już też nie żyje.

  • Jak miała na imię?

Jadwiga Karaś-Kołtuniak.

  • Był ten mały sabotaż. Czy później były jakieś przygotowania do Powstania Warszawskiego?

Oczywiście, same ćwiczenia przecież. Myśmy się też musiały nauczyć składać i rozkładać broń. Taką, jaka była. Mieliśmy jednego wisa, o ile pamiętam, i jakiś stary karabin z pierwszej wojny światowej. Ale dla ćwiczenia musiałyśmy to robić. Musiałam przejść kurs sanitarny w szpitalu na Woli. Wbrew mojej woli, ale musiałam to zrobić. Poza tym miałyśmy wypady poza Warszawę, jeśli chodzi o topografię, żeby orientować się w kierunkach, w tych różnych okolicach. Jak to wszystko się działo? To się działo, oczywiście, z sercem, ze wszystkim, ale człowiek nie miał tego punktu obserwacji, żeby zapamiętywać, żeby pamiętać o tym. To się działo szybko i kto wiedział, że po sześćdziesięciu latach będę musiała to wszystko [opowiadać]. Mam pamiętnik, ale to z Powstania, który pisałam „na gorąco” aż do niewoli. W niewoli przestałam pisać.

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 rok, Godzinę „W”? Czy wcześniej przyszła łączniczka?

Myśmy już były zmobilizowane poprzedniego dnia. I to było odwołane. I dopiero następnego dnia przyszła łączniczka, dała mi [informację]. A ja musiałam iść dalej, bo to był łańcuch cały. I o godzinie piątej miałyśmy zbiórkę w pałacu Staszica. Tam była nasza pierwsza zbiórka w Powstanie. Nie, kłamię. Tam była pierwsza zbiórka, jak było pierwsze zwołanie. To był pałac Staszica. Natomiast drugiego dnia to już miałyśmy wyznaczone.... Pierwszą noc spędziłam na Górczewskiej, to chyba był dom Wawelberga, gdzie nas potwornie żywcem pluskwy jadły. Ale to była pierwsza noc Powstania. Potem przenieśliśmy się na drugą stronę, do innych kamienic. Tam byłam do momentu, jak nas wyrzucili z Woli, to znaczy musieliśmy ustąpić. Na Woli działy się straszne rzeczy. I wtedy przenieśliśmy się do Haberbuscha i już tam byłam do końca Powstania. Tam mieliśmy kwaterę.

  • Jaką funkcję pełniła pani na Woli?

Też byłam łączniczką, po prostu.

  • Jak pani wspomina najgorszy dzień na Woli.

Najgorszy dzień na Woli to chyba był wtedy, jak szłam z meldunkiem na drugą stronę ulicy Wolskiej. Szłam i nie mogłam oddychać. Czułam, że wszystko jest jakieś tłuste, nie zdając sobie sprawy, że dalej, na Woli, koło kościoła św. Wojciecha oni palą ludzi. I stąd był swąd nieprawdopodobny i taka okropna sadza. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, że to się tak dzieje. Dopiero jak wróciłam, to się dowiedziałam. To straszne było.

  • Pani tata był rozstrzelany jako ludność cywilna?

Jako ludność cywilna. Przecież nie będzie się deklarował wtedy. A był komendantem właśnie tego odcinka. Byli przy nim moi dwaj bracia. Jeden nawet chciał, bo nie był tylko jeden ojciec, tam ich było sporo mężczyzn, stało w szeregu tak, jak znam to już z opowiadań moich braci, którzy widzieli to. Bracia dużo młodsi ode mnie. I ten najmłodszy mój brat złapał ojca za nogi, chciał bronić ojca. Niemiec go oczywiście kolbą uderzył i w tym momencie jakieś ręce go zabrały. Okazało się, że był to zakrystian z kościoła św. Wojciecha, gdzie moi obaj bracia byli ministrantami. I w ogóle znali rodzinę, bo ojciec im pomagał. I po prostu, schowali obu chłopców pod ołtarz. W ten sposób uniknęli wyjazdu do Niemiec. Na długo nie uniknęli, bo miesiąc po tym i tak ich wywieźli do Niemiec.

  • Później, jak już Wola upadała, to pani przeszła do Śródmieścia?

Wtedy żeśmy przeszli do Haberbuscha. Cały oddział przeszedł, kto tylko mógł się przedostać.

  • Bo część poszła na Stare Miasto?

Część poszła na Stare Miasto. Część poszła nawet do lasów, poza Warszawę. Ci do Haberbuscha, to muszę powiedzieć, że ich przeprowadziłam, ponieważ znałam te wszystkie ulice, drogi, przejścia. Przecież też już barykady wtedy były, pomimo tego, że to był piąty czy szósty dzień Powstania. Już na Wolskiej tramwaj dawno leżał. Chyba w nocy [to zrobiono]. Tego nie wiem, bo nie byłam przy tym. Ale już jak leciałam z meldunkiem, to widziałam, że ten tramwaj jest przewrócony i Wolska jest zablokowana.

  • I później, w Śródmieściu, już była pani do końca Powstania?

Do końca Powstania byłam. Tam byłam też z Krystyną Cywińską. To jest publicystka tutejsza. Bo z kolei ich oddział atakował Prudential. Też na pewno ma dużo do opowiedzenia. Już byłyśmy zakwaterowane właśnie u Haberbuscha, gdzie były dość duże składy zboża, przeważnie żyta i wieść bardzo szybko rozeszła się po Warszawie. Przychodzili delegaci i brali, ile się dało. I stąd pochodzi zupa „pluj”, bo oni to gotowali, no i co można było? A te łuski trzeba było pluć, nie było innego sposobu. I tam żeśmy też odkryli, w tych lochach Żydów zamurowanych. Oni się sami zamurowali, byli dobrze przygotowani na dłuższy pobyt w tych [lochach]. Ale tych szczegółów nie znam, nie mogę mówić tego. Widziałam ich, jak ich wyprowadzili, ale już potem, nic dalej nie wiem, więc nie mogę o tym mówić.

  • Gdzie pani stamtąd najczęściej chodziła z meldunkami?

To jest dobre pytanie. Pojęcia nie mam. Sądzę, że do najbliższych oddziałów, ale trudno mi już dzisiaj to powiedzieć, to jest jednak przeszło sześćdziesiąt lat.

  • Miała pani jakieś dyżury?

Dyżury w sekretariacie. Bo przecież nie latałam non stop. Najczęściej, pamiętam, przez Marszałkowską, bo pamiętam to przejście cały czas. Tam się z „Monterem” zderzyłam. Było specjalnie zrobione takie przejście, gdzie można było przejść w jedną stronę albo w drugą, bardzo szybko, bo to było pod obstrzałem z BGK. Tak, że nie było to dobre, ale można było przejść przez całą [ulicę]...

  • Co to znaczy, że pani tam z „Monterem” się zderzyła?

Ktoś się pomylił i on leciał z jednej strony, a ja z drugiej. Bo to takim sznurkiem się... żeby właśnie tych zderzeń nie było, bo to było wąskie miejsce. A on przecież kawał chłopa był. Ale nic się jemu nie stało, tylko czapkę zgubił.

  • A pani coś się stało?

Nie, nic się nie stało. Poza tym akurat wtedy, nie miałam pojęcia, że to jest „Monter”. Dopiero później się dowiedziałam. Przecież człowiek leciał [przygarbiony], bo to nie były wysokie obudowania. To nie było obudowanie, bo to było, przecież, zrobione tak ad hoc. To przecież jak tak siedziałam, to pojęcia nie miałam, kogo tam uderzyłam.

  • A pani najgorszy dzień w Śródmieściu? Z czym pani się kojarzy?

W Śródmieściu mój najgorszy dzień był wtedy, jak już myśmy zupełnie broni nie mieli i przypomniałam sobie, że przecież u nas w domu był nie tyle skład, ale mój brat, jego koledzy i ja, że jest możliwość, że jeszcze tam się znajdzie ze dwa wisy i jakiś karabin, czy coś. Wobec powyższego dostałam pozwolenie, żeby pójść i zobaczyć, jakie są możliwości. I to było na Zakroczymskiej. Poszłam tam. Broni żadnej tam nie znalazłam. Ktoś już widocznie był przede mną. Jeszcze po drodze miałam odwiedzić kuzynkę i córkę naszego dowódcy „Jacka”. I gdy wracałam, był nalot, musiałam skakać z drugiego piętra. I tak wyjścia nie było, bo reszta wszystko było odkryte. Miałam problem z nogą, bo, oczywiście, urwałam sobie ścięgna. Jakoś doszłam na placówkę, ale wpakowali mnie do kościoła Karola i Marii na Lesznie. A w nocy Niemcy przyszli. To już szczęście, że mnie chłopcy stamtąd wynieśli, bo przecież tam wszystkich wymordowali, kogo zastali w tym szpitalu.

  • To koledzy, po prostu, po panią przyszli?

Tak. Oni wiedzieli, że tam jestem. A nie chciałam iść do szpitala, w żadnym wypadku, ale przyszli i w porę mnie wzięli.

  • A z czym się pani dobrze kojarzy Powstanie Warszawskie?

Pierwsza euforia, jak się zaczęło. Pierwsze godziny. Że nareszcie! Że już! Myśmy sobie całkowicie nie zdawali sprawy, że to się inaczej potoczy i że zapłacimy szaloną cenę za to.

  • Czy miała pani jakąś sympatię w Powstaniu Warszawskim?

W Powstaniu nie. Przed Powstaniem miałam. On też zresztą w Powstaniu zginął.

  • Jak się nazywał?

Jurek Obrębowski. On mieszkał na Stalowej. Jedynak. Fajny kolega był.

  • Pani się później dowiedziała od kogoś, że on zginął?

Od jego matki. Ale to dowiedziałam się kilka lat później, jak pierwszy raz pojechałam do Polski. To był 1960 rok. Nie wiedziałam, że zginął, bo on był zupełnie gdzie indziej.

  • A gdzie był?

Chyba na Politechnice, o ile pamiętam.

  • A jakie były kontakty z ludnością cywilną?

Pierwsze dni były w porządku. Ludzie pomagali, jak mogli. Nawet taką opowiem historię, dlaczego na tym zdjęciu mam parę butów. Poszłam z meldunkiem i jeżeli przy okazji gdzieś jakaś matka mieszkała czy co, to koledzy prosili, bośmy się przeważnie znali. Nie tylko z tego oddziału, ale żeśmy się przedtem przecież znali. To trudno było do takiej matki nie wpaść na chwilę. To albo buty niosłam dla kolegi, albo pas wojskowy jakaś matka dała. Za każdym razem. I właściwie nastawienie pierwszych dni było bardzo dobre. W miarę, jak zaczęło Powstanie postępować i po tym, co się stało na Woli, to... wrogość, to może będzie za mocne słowo, ale już niechęć. Już było zmęczenie, już był wody, jedzenia. I często musiałam przejść piwnicami, bo pomiędzy domami były i piwnice przekopane z jednego domu do drugiego, na poziomie piwnic. I w ten sposób można było kawał drogi przejść. Czy Wspólną, czy inną [ulicą], bo już też wszystkiego nie pamiętam, w ogóle nie wychodząc na zewnątrz. Bardzo dużo ludzi korzystało z tego wszystkiego. [Wykorzystywali] piwnice, jako schrony. Tam spali, mieli swoje łóżka, dzieci. Tych dzieci było najbardziej szkoda. Szczególnie, jak już był problem z wodą.

  • I wtedy już to nastawienie ludności się zmieniło?

Tak. Wtedy to już nawet spotkałam się z wymyślaniem. Ale rozumiem tych ludzi, mój Boże! Przecież oni nie wiedzieli, co się dzieje, jak się dzieje, tylko wiedzieli, że nie mają co jeść, nie mają co pić, że się na głowę wali dom. Ale muszę przyznać, że generalnie, to warszawiacy bardzo dobrze zachowali się w sytuacji, jaka istniała. Bo na pewno nie była łatwa dla nikogo.

  • A jak Powstanie już upadało? Te ostatnie dni Powstania?

Najgorsze było to, jak nam już powiedziano, że [koniec]... To było najgorsze. To właściwie takie uczucie... Trudno było to nazwać rozpaczą, bośmy byli przygotowani, że to nie może jeszcze i jeszcze, jeszcze trwać. Ale to była taka, po euforii pierwszej, taka pustka. Tak, jakby raptem zało powietrza, jakby... To trudno tak wytłumaczyć. I potem zaczęło się. Najpierw Niemcy wyprowadzali ludność cywilną. Kto chciał, bardzo dużo ludności cywilnej wychodziło do miast czy miasteczek, gdzie tam ich rozmieszczali. Nas dopiero pod koniec. Myśmy dopiero 2 października wychodzili z Warszawy chyba. I muszę tu zaznaczyć, bo uważam, że fair is fair, że jak żeśmy szli przez Plac Kercelego w Warszawie, on był pusty. Niemcy stali takim czworobokiem, bo tu była ulica Wolska, czy Chłodna, główna ta ulica, chyba Wolska jeszcze wtedy była, a oni stali tak tą ścianą, tą i tą, z koszami, duże takie kosze. I do tych koszy musieliśmy wrzucać broń. Kto wrzucał, to wrzucał. Wiele chłopcy pozakopywali, pochowali, nim wyszli z Warszawy. I muszę przyznać, że właśnie wtedy Niemcy... nie było żadnych ani głupich min, ani żadnych gestów, ani jakiejkolwiek... Raczej, tak się odnosiło wrażenie, że im jest głupio, po prostu.

  • Patrzyli, jak gdyby, z szacunkiem na powstańców?

Absolutnie tak. Właśnie to chcę powiedzieć. Bo każdy tak... Różne rzeczy się dzieją. Ale trzeba te rzeczy też powiedzieć. Dla nas to było ważne. Potem obozy. Jeden, drugi, trzeci.

  • Przez które obozy pani przeszła?

Pierwszy był Lamsdorf. Drugi był chyba Millberg, to był międzynarodowy, duży obóz. Po Millbergu chyba był Altenburg. Po Altenburgu był Molsdorf. To już był ostatni obóz.

  • I tam doczekała się pani wyzwolenia, w tym ostatnim obozie? Gdzie przyszła wolność?

Chyba w Molsdorfie. Tak mi się wydaje, że Molsdorf.

  • Jakie były tam wojska? Amerykanie czy Anglicy?

Kanadyjczycy. Kanadyjczycy nas uwolnili.

  • Jaka była ich reakcja, że tam są kobiety – żołnierze?

Oni już wiedzieli. Chwileczkę, to nie był Molsdorf... Nas, w końcu, żeby chronić przed frontem rosyjskim, z Molsdorfu Niemcy najpierw wyprowadzili w góry i tam żeśmy przenocowały całą noc, a potem, na piechotę, żeśmy szły dość daleko. I potem podjechali Amerykanie... [...] To pamiętam, że nas ewakuowano w nocy i pamiętam ten marsz. Potem nas Amerykanie wieźli takimi swoimi ciężarówkami. Wpakowali nas do fabryki V-2, gdzie był bród, smród i nie wiadomo co. Myśmy się zbuntowały i powiedziały, że mowy nie ma! A ta fabryka, na zewnątrz, miała bardzo ładny park i piękną willę, ale willę to sobie oni wzięli. A w parku tylko nam przywieźli takie sztuczne materace z papieru i tam żeśmy pod gołym niebem [były]. Natomiast wzięli Niemców i kazali im to wszystko wysprzątać. Dopiero wtedy zgodziłyśmy się zostać. Nie pamiętam, jak długo to było, chyba dość długo.

  • Dlaczego pani nie wróciła do Polski?

Dlatego nie wróciłam do Polski, że nie było Polski, do której mogłam wrócić. Jeszcze o matce wtedy nie wiedziałam. Nie wiedziałam o bracie i nie wiedziałam o młodszych. W ogóle nie wiedziałam nic o mojej rodzinie. Dostałam wiadomość, chyba mój brat pisał, bo on też był w obozie jenieckim, że matka jest gdzieś w Szwecji. I potem starałam się o przepustkę, o wszystko, żeby pojechać do matki, ale nim to wszystko przeszło droga wojskową i oficjalną, to już matka wróciła do Polski. Ona pisała, że „Wiesz, w Polsce jakoś taka ‹‹pogoda›› zła. Jak będę tylko mogła, to przyjadę do ciebie.” No, to już wiadomo było, że nie mamy... Bo nikt z nas nie chciał wędrować do więzienia. I nikt się nie spodziewał, że będę tu sześćdziesiąt lat. To była kwestia pięciu [lat], maksimum. A już przeszło sześćdziesiąt lat tu jestem.

  • A kiedy pierwszy raz przyjechała pani do Polski?

W 1960 roku.

  • Ale już miała pani obywatelstwo brytyjskie?

Tak. Nie mogłabym pojechać na inny [paszport]. Tak, oczywiście miałam. Jeszcze – dlaczego musieliśmy przyjąć, bośmy nie chcieli z mężem. Mój mąż jest, z kolei, z armii Andersa. Był pod Monte Cassino. Spotkaliśmy się tu, w Londynie. Oczywiście, mając dwoje dzieci, chcieliśmy kupić dom. I nie mogliśmy dostać pożyczki, nie mając żadnego obywatelstwa przecież, bo nam polskie odebrano. Nansenowskie paszporty nie były uznawane wtedy. To trzeba było wziąć obywatelstwo i wzięliśmy je. I tak zostało.

  • Czy była pani w Muzeum Powstania Warszawskiego?

Byłam, absolutnie.

  • I jakie wrażenia?

No, jeszcze nie było całkiem [gotowe], bo to chyba było sześćdziesięciolecie. Więc jeszcze nie. Były nieprawdopodobne tłumy, więc trudno było obejrzeć różne rzeczy. Chciałabym któregoś dnia pojechać i zobaczyć właśnie w taki dzień, kiedy jest mniej ludzi.

  • To trudno będzie.

Wiem, zdaję sobie z tego świetnie sprawę. Ale uważam, że to jest absolutnie wspaniała rzecz.

  • Pani ma dwa pseudonimy: „Lidka” i „Sława”. Skąd się wzięły te pseudonimy?

„Lidka”, bo mnie tak nazywali od urodzenia, bo drugie imię mam Leokadia. I taka Lidka się ze mnie zrobiła, że wszyscy wołali Lidka, Lidka. Przed okupacją. To jak pseudonim, to człowiek był naiwny, to „Lidka”. „Maria” nie mogłam dać, bo to było imię. Dałam, ale powiedzieli, że nie. No to drugie - „Lidka” „No, dobrze.”, bo to już nie brzmiało tak. Ale w końcu powiedziałam „Sława” i już jako „Sława” byłam w Powstanie. Nawet przed Powstaniem jeszcze.

  • Czy jak by pani miała znowu dwadzieścia lat, to poszłaby pani do Powstania Warszawskiego?

Bez kwestii. Nawet znając wynik.
Londyn, 30 listopada 2006 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Maria Jaszczołt Pseudonim: „Lidka”, „Sława” Stopień: łączniczka, plutonowy Formacja: Obwód III Wola Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter