Marzena Maria Scheybal „Marzena”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Marzena Maria Szeybal, z domu Karczewska, urodzona 10 października w 1924 roku we Włocławku. Mój pseudonim „Marzena”. W czasie Powstania pełniłam funkcję sanitariuszki i łączniczki w Batalionie „Łukasińskiego”.

  • Jak pani wspomina swoje dzieciństwo? Pani się urodziła we Włocławku?

Tak, we Włocławku mieszkałam do siódmego roku życia. Ojciec miał przedsiębiorstwo dekoracji wnętrz i po przetargu, który dostał na budowie Poczty Głównej, na ulicy Poznańskiej, rodzice już zamieszkali w Warszawie i sprowadzili mnie i moją siostrę do Warszawy. Już od tamtej pory mieszkałam w Warszawie.

  • Gdzie pani mieszkała w Warszawie?

Mieszkałam w różnych miejscach. Pierwsze mieszkanie było gdzieś na [ulicy] Filtrowej, ale nie pamiętam numeru. A potem już w różnych miejscach. Ostatnie miejsce przed wojną, na [ulicy] Grochowskiej 91. Potem po zbombardowaniu naszego domu dostaliśmy się z rodzicami do Śródmieścia i zamieszkaliśmy u brata ojca na ulicy Grzybowskiej.

  • Proszę powiedzieć mi, gdzie pani chodziła do szkoły przed wojną?

Do szkoły najpierw chodziłam przez dwa lata do sióstr Urszulanek na ulicy Siennej, potem do szkoły powszechnej nr 74 na ulicy Waliców 2/4. W 1939 roku zdawałam egzamin do Gimnazjum Miejskiego na ulicy Rozbrat 2. Ponieważ było dużo zgłoszeń i zdających, ja zdałam egzamin, ale ponieważ mieszkałam dosyć daleko, wobec tego nie mogłam być przyjęta do II Miejskiego. Miałam wybór na prawach miejskich do prywatnego gimnazjum i chodziłam do Gimnazjum Leonii Rudzkiej na ulicy Zielnej 13.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny, wrzesień 1939 roku?

Wrzesień 1939 roku... Pamiętam, że strasznie płakałam, jak się dowiedziałam, że Warszawa pada i że będziemy pod okupacją i nie mogłam zupełnie się uspokoić i przeżyć tego, że Niemcy wkraczają, i że Polska będzie w niewoli. Także uspokajano nas. Powiedziano nam, że przecież w dawnych latach, kiedy były różne okupacje i rozbiory, że jakoś ludzie żyli i przeżyli, i że na pewno wszystko będzie dobrze. Jakoś się już uspokoiło i potem już normalnie, już tak jak po wojnie, w czasie okupacji.

  • Czy pani była cały czas z rodzicami?

Cały czas byłam z rodzicami. Ojciec miał przedsiębiorstwo, więc dom i mieszkanie, w którym mieszkaliśmy było bardzo wygodne w konspiracji do zebrań z okolic Generalnej Guberni. Ojciec prosił mnie i siostrę, żebyśmy się nigdzie nie angażowały ze względu na to, że jesteśmy młode, że będą koledzy przychodzili, koleżanki, i że to może być jakaś wpadka. A nasze mieszkanie jest po prostu bardzo ważne dla spotkań konspiracyjnych z okręgów z całej Guberni, więc posłuchałam ojca. Powiedział ojciec, że jak będzie trzeba to będziemy wciągnięte, ale na razie mamy po prostu żyć tak jakbyśmy w ogóle nigdzie nie należały.

  • Tata należał?

Tak, tak. Cały czas. Cały dom.

  • Jak tata się nazywał?

Jan Karczewski.

  • A pamięta pani może jego pseudonim?

Nie. Niewiele pamiętam. Ojciec niewiele mówił. Jak najmniej się mówiło, żebyśmy jak najmniej wiedziały, żeby w razie wpadki, żebyśmy nic nie wiedziały.

  • A gdzie to na Grzybowskiej dokładnie było?

To nie na [ulicy] Grzybowskiej... Ojciec już nie prowadził swojego przedsiębiorstwa, tylko pracował jako majster w warsztatach w dyrekcji tramwajów miejskich, przy malowaniu, lakierowaniu tramwajów. Pozwolono nam mieszkać na terenie dyrekcji tramwajów na Młynarskiej. Przydzielił nam służbowe mieszkanie, które było dla służby, dyrektor Gimnazjum, IV Męskiego Gimnazjum Miejskiego właśnie na [ulicy] Młynarskiej 2.

  • I tam właśnie się te zebrania odbywały?

Nie, nie. Zebrania się odbywały później. To był taki okres przejściowy. Gdzie i co ojciec robił, to my żeśmy nie wiedziały. Wiedziałyśmy, że pracuje w dyrekcji tramwajów miejskich. Podczas bombardowania, kiedy Bolszewicy już bombardowali, ten dom został uszkodzony i znowu byliśmy bez mieszkania. Dostaliśmy przydziałowe mieszkanie już po likwidowaniu getta. Przydzielono nam mieszkanie na ulicy Franciszkańskiej 12. To był róg [ulicy] Bonifraterskiej i placu Krasińskich, narożny dom. Zresztą od naszego domu przez jezdnię przechodził mur oddzielający od getta. Bo tam już było getto. Już jak wybuchło powstanie w getcie, to właśnie przez ten mur, po drugiej stronie jezdni... Musieliśmy się przenieść na drugą stronę mieszkania, do kuchni i do pokoiku wychodzącego na oficynę, a nie mogliśmy [korzystać z] dwóch pokoi przez cały okres powstania w getcie, dlatego że był obstrzał, szyby wyleciały i naturalnie było niebezpiecznie. Po upadku powstania w getcie myśmy dalej mieszkali i przenieśliśmy się oczywiście już do całości mieszkania. Właśnie w tym mieszkaniu się dopiero odbywały zjazdy konspiracyjne. Nie wiem, kto to był. Pamiętałam tylko jakieś dwa nazwiska panów, którzy tam przyjeżdżali, nocowali u nas.

  • A jakie to nazwiska?

Jeden to był pan Bugaj, który zresztą potem nam wysyłał listy do niewoli, jak byłyśmy z siostrą w niewoli po upadku Powstania Warszawskiego, donosząc nam, co się dzieje z rodzicami. Stąd wiedziałam, że rodzice zostali na Starówce, bo ja przeszłam kanałami do Śródmieścia z siostrą.

  • A te drugie nazwisko, jakie było?

Drugie nazwisko... Wiem, że był Niementowicz, który też mieszkał u nas, ale co robił, nie umiem powiedzieć.

  • Czy była pani świadkiem łapanek czy rozstrzeliwań na terenie Warszawy w latach okupacji?

Nie, nie byłam świadkiem. Natomiast byłam świadkiem, jak Żydzi wychodzili i uciekali kanałami, bo akurat był właz przed naszym domem, więc żeśmy widzieli. Mieszkałam na czwartym piętrze. W nocy żeśmy widzieli strzały, widzieliśmy jak z kanałów wyciągali Żydów, którzy przedostawali się na naszą stronę aryjską. To był okropny widok i nic nie można było zrobić.

  • Czy to było w czasie Powstania?

Nie, to było krótko po upadku powstania w getcie. A potem się wszystko uspokoiło. Już oczywiście zlikwidowali to getto i widzieliśmy Żydów wyskakujących z domów. Wyskakiwali z okien, żeby się ratować. Takie były fragmenty, które żeśmy oglądali. Ponieważ mieszkaliśmy na czwartym piętrze, a to było ponad murem, więc żeśmy widzieli, co się działo po tamtej stronie muru.

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 roku, wybuch Powstania Warszawskiego?

Wybuch Powstania Warszawskiego... Właśnie wyszłyśmy z siostrą do miasta. Siostra nie posłuchała ojca i wciągnęła się do konspiracji wcześniej. Miała sympatię i postanowili, że, ponieważ się szykuje, że będzie prawdopodobnie Powstanie, więc żebyśmy sobie wyrobiły takie obrączki srebrne z datą na 1 sierpnia. Pojechałyśmy do grawera na [ulicę] Marszałkowską, za Placem Zbawiciela. Wyszłyśmy od tego grawera i jechałyśmy do domu na Franciszkańską. Już były strzały i już zaczęło się Powstanie. Dobrnęłyśmy do domu powoli oczywiście ukrywając się po różnych piwnicach. Nigdzie nie miałyśmy żadnego przydziału, a tutaj akcja szła w Śródmieściu. Trafiłyśmy na Zielną, bo chciałam się dostać jeszcze do szkoły. Na Zielnej, ponieważ moja [szkoła] była pod 13, a niedaleko, parę domów dalej była PAST-a, którą właśnie akowcy zdobyli, byłyśmy świadkami zdobycia tej PAST-y, kiedy masę Niemców wzięli do niewoli. To wszystko widziałyśmy, ale nie brałyśmy żadnego udziału, bo tam była już zorganizowana grupa. Nawet nie wiem, kto wtedy był. Jak się troszeczkę uspokoiło, przedostawałyśmy się, żeby dojść do domu, do mieszkania. Przyszłyśmy do domu. W domu tylko była mamusia. Ojca nie było. Mamusia nie wiedziała, gdzie jest tatuś. My mówimy: „To teraz my też musimy iść do Powstania, bo tatuś powiedział, że jak będzie, to musimy iść też”. Wtedy na [ulicy] Długiej 9/11 była kwatera i tam werbowali, bo nie dotarli z kolei ci, co mieli brać udział w Powstaniu. Tak że nie było kompletu. Wobec tego nas zaangażowali też. Wciągnęli nas do 3. kompanii „Wkra”, batalion „Łukasińskiego”, Zgrupowanie „Sosna”.

  • Składała pani tam przysięgę?

Tak. W kościele garnizonowym. 6 sierpnia dopiero składałam przysięgę. To była cała grupa, tych wszystkich, którzy dołączyli. Z różnych stron ludzie dołączali. Niektórzy w Woli pouciekali, którzy chcieli dalej walczyć, a też nie mieli przydziałów. I taka była duża grupa, gdzie składaliśmy przysięgę. Potem żeśmy się rozeszli i nasza kwatera była na [ulicy] Długiej 9/11. Tam już zostałam do końca, do 2 września. Z 1 na 2 września żeśmy przeszli kanałami.

  • Jaki był dla pani najgorszy dzień na Starym Mieście?

Najgorszy dzień na Starym Mieście… Moja siostra była ranna i dowiedziałam się, że leży [w szpitalu] u Jana Bożego na [ulicy] Bonifraterskiej. Oczywiście mamusię wzięłam do nas na kwaterę, bo było bombardowanie. Nasze mieszkanie zostało. Nie było co, by mamusia była sama. Wzięliśmy ją do nas i opiekowała się naszymi rannymi. Poszłam szukać siostrę. Znalazłam ją, ale powiedziano, że ewakuują szpital na [ulicę] Długą 7. Tam był szpital i siostra została przeniesiona. Poszłam po nią. Akurat do nas zgłosiło się z getta czterech Żydów w pasiakach, którzy się uratowali i zgłosili się do nas na kwaterę. Porucznik Poteralski był dowódcą. Przyjęli tych Żydów. Chcieli coś robić, wobec tego nasz komendant im powiedział, żeby poszli ze mną po siostrę, która jest ranna i która leży pod siódemką. To tylko przez jezdnię. [Ulica] Kilińskiego oddzielała nas od numeru 7. Wchodząc pod siódemkę na dziedziniec… [usłyszałam] potworny huk i tylko widziałam, że lecą kawałki. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy to są odłamki, czy gruzy? Potem jak padały, zobaczyłam na podwórzu kawałki rąk, nóg. Straszny widok. Myślałam, że ja w ogóle nie żyję. Byłam przy drzwiach, już chciałam wejść, kiedy się to stało. A to wybuchł goliat, który był na Kilińskiego 1. Wtedy ponad trzysta osób straciło życie. Myślałam, że nie żyję. To był szok. Stałam zupełnie wmurowana. Widziałam, że jestem cała obryzgana krwią i myślałam, że jestem ranna. Ktoś za mną wszedł, chcąc wejść do szpitala. Mówi: „Proszę wejść, proszę wejść.” Dopiero się ocknęłam, że jednak żyję i ruszam się i nic mi nie jest, więc weszłam. Znalazłam siostrę. Leżała w „basementcie”, to znaczy suterenie. Szukam tych Żydów, którzy mi mieli pomóc. Nie ma ich. Ktoś mi powiedział, że oni chyba nie żyją, bo parę osób leży na dziedzińcu. Już więcej ich nie widziałam. Nie wiem, czy uciekli, czy rzeczywiście byli zabici. W ogóle już w szoku [nic] nie widziałam, już nie obserwowałam nawet. Nie wiedziałam, co się dzieję. Ważne dla mnie było, żeby siostrę stamtąd wziąć. Wzięłam ją tak trochę na barana, żeby się oparła o mnie i przeszłyśmy przez jezdnie na kwaterę pod dziewiątkę i już [byłyśmy] razem z innymi rannymi. Lekarz nasz był na miejscu, doktor Biały pseudonim „Pean”. Robił opatrunki. Wtedy już nie wiedziałam, co miałam robić. Jeszcze chodziłam na komenderówki, ale potem powiedziałam sobie – nie. Ciągle mnie gdzieś ciągnęło i nie mogłam usiedzieć w miejscu. Nie strzelałam, więc co miałam robić. Wobec tego powiedziałam, że będę szukać opatrunków. Chodziłam po aptekach, po domach gdzie były apteki zburzone. W torbę ładowałam bandaże, zastrzyki, wszystko co było czyste. Przynosiłam na naszą kwaterę i tam już lekarz był szczęśliwy, że miał materiał, że mógł robić opatrunki i mógł zajmować się rannymi. Jedna z koleżanek, Halina miała na imię, zmarła, bo była ciężko ranna. Zapalenie otrzewnej. Potem któregoś kolegę przywieźli z komenderówki czy z placówki rannego, właściwie nieprzytomnego. Też po paru dniach zmarł. Masę żeśmy stracili kolegów i koleżanek. Trzeba było ich chować na tyłach kościoła garnizonowego, na podwórzach. Ludność cywilna bardzo nam pomagała i kopali [groby]. Bardzo płytko. Zasypywało się rannych. Potem na pasażu Simonsa powiedziano mi, że mogę znaleźć środki opatrunkowe, więc tam chodziłam. Głównie starałam się przynosić wszystkie te rzeczy. Było już bombardowanie. Nie było można tak sobie chodzić, więc poszłam z kolegą. Taki był Edward Długoszewski, który prowadził placówkę w Kanoniczkach i tam byliśmy do ostatka. Już dochodziły sygnały, że jesteśmy wciąż osaczani, że musimy się stamtąd wynieść. Wróciliśmy na kwaterę. Organizują przejście kanałami... Siostra była ranna i kilku jeszcze kolegów, którzy byli w miarę lekko ranni, poszli burzowcem. Dostali się jako ranni pierwsi i poszli. Zostałam. Powiedziano: „Nasza grupa musi iść na [ulicę] Daniłowiczowską i kanałem spod więzienia.” Na Daniłowiczowskiej był właz. Stamtąd [przeszliśmy] do kanału. Było nas trzydzieści dziewięć osób. [Tyle] weszło do kanału.

  • A mama?

Mama miała też iść. O ojcu nie wiedziałyśmy, czy poszedł czy nie poszedł kanałami, bo nic nie wiedziałyśmy. Przyszedł nas odwiedzić raz i powiedział, że jest w banku i że się kiedyś zobaczymy. Nie wiemy, czy żyje, czy nie żyje. Nic nie wiedziałam. Ale mama była z nami. Siostra już poszła kanałami, a mama ze mną. Ustawiano nas [na przemian]: mężczyzna, kobieta, mężczyzna, kobieta, żeby w razie czego móc sobie pomagać. Wchodzimy do tego kanału, przede mną były dwie osoby. Koleżanka – wysoka, dosyć potężna – zamiast iść po tych szczeblach, hakach, po których się schodziło na dół (ona o tym nie wiedziała), skoczyła koledze na głowę. Dobrze, że miał hełm. Oczywiście jak skoczyła na niego, to on się skulił. Jeszcze nie zdążył wejść do kanału. Jak jest studzienka, kanał, to nasz kanał do którego się wchodziło siedemdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów dopiero był widoczny, jak żeśmy byli na dole. Tam trzeba [się] wsuwać, po prostu wsuwać. Zanim się go [kolegę] wydostało na zewnątrz, ocuciło… A tutaj nie ma czasu. Tak że ktoś się nim zajmował, żeby cucić, a my dalej idziemy. Weszłam [do kanału], za mną wszedł kolega i tak dalej. Jak byliśmy w kanale, pytam, czy jest mama. Nie ma. Okazuje się, że nic nie wiedziałyśmy, dlaczego nie weszła, co się stało. Nic żeśmy nie wiedzieli. Idziemy tym kanałem i w pewnym momencie zastój. Jesteśmy w kanale. Koledzy w ogóle szału dostają. „My chcemy wyjść!” Chcą się strzelać. My zatykamy buzie, że przecież nas Niemcy tutaj wyciągną, albo benzynę naleją, albo gaz puszczą. Strasznie było. Mówią: „Cicho bądźmy, cicho, zobaczymy, co się dzieje przed nami.” Byłam już nie pamiętam która z kolei, okazało się, że już świeczek zało, ciemność, bo to przecież kanał. Mówią tak: „Jak będziemy liczyć raz, dwa, trzy, to pchać. Bo coś stoi na przeszkodzie, musimy to wypchnąć.” Potem jak się okazało, to ktoś z poprzedniej tury zmarł i zablokował kanał. Spuchła ta osoba – nie wiem mężczyzna czy kobieta – i trzeba było ja wypchnąć do następnej studzienki. Więc my leżąc, właściwie na czworakach, prawie płasko, żeśmy siebie pchali… i tak żeśmy wypchnęli. Zamiast przejść przez półtorej godziny (powiedziano nam, że tylko przez plac Piłsudskiego, przecież to jest niedaleko, to przejdziemy szybko), szliśmy do godziny... około godziny ósmej wieczorem, a wyszliśmy o dwunastej w południe dopiero. Na [ulicy] Chmielnej, u stóp Prudentialu było wyjście, wyłaz. Już idą po kolei. Przychodzi do mnie kolejka i ja mówię, że nie wyjdę, proszę założyć linę... Linami nas wyciągali. I rzeczywiście jak zetknęłam się ze świeżym powietrzem tak zemdlałam. W ogóle nie wiedziałam, co się ze mną dzieję. Położyli nas i jak już się ocknęłam, to żeśmy leżeli sznurkiem jeden obok drugiego i powoli żeśmy dochodzili do siebie. Na szczęście jeszcze wtedy w Śródmieściu była cisza. Tylko pamiętam, jak się ocknęłam i usiadłam, to widziałam panią z wózkiem z dzieckiem na spacerze. Taki był widok. Po tej Starówce, po tych koszmarnych chwilach i bombardowaniach, wszystkich wypadkach i śmierciach, które żeśmy widzieli, tu nagle normalne życie. Zabrali nas na kwaterę do kina Palladium na rogu Marszałkowskiej i Chmielnej. To była nasza kwatera. Oczywiście ktoś grał na fortepianie, potem była herbatka, była kawiarnia. Zupełnie jeszcze się nic takiego [tu] nie działo. To był 3 wrzesień.

  • Ale pani mamy nie było?

Nie. Nie było.

  • I siostra się tam spotkała?

Siostra już była w Palladium. Już żeśmy się swojej kompani trzymały grupą. Potem nam dano kwaterę na [ulicy] Chmielnej. Parę domów w tył od Palladium. Już właściwie prawie nie braliśmy żadnego udziału w akcjach. To znaczy staraliśmy się tylko o jakieś przydziały, o chleb, a to kasza „pluj”, a to wino się zdobywało dla chorych, bo przecież nie było co jeść. Wino podobno bardzo pomagało utrzymać przy zdrowiu. Żeśmy chodzili do Haberbuscha po chleb i po worki kaszy. Prosiłam mojego komendanta, że chcę iść za Aleje, bo tam miałam moją sympatie, który mieszkał na Żurawiej. Chciałam zobaczyć, co się tam dzieje. Nie chciał nas wypuszczać nigdzie, ale wyprosiłam i dostałam przepustkę. „Pójdziesz, jeżeli mi znajdziesz mojego przyjaciela, który podobno jest ranny i leży na Lwowskiej w szpitalu.” Mówię: „Dobrze, pójdę tam.” Rzeczywiście poszłam. Odnalazłam. Bardzo ciężko ranny. Potem dwa-trzy dni później zmarł podobno. Poszłam na Żurawią zobaczyć tego mojego kolegę. On tam oczywiście był z rodzicami. Stół zastawiony, jedzenie. Dostałam jakiś obiad. Zupełnie inny świat. Potem oczywiście to wszystko się skończyło. A on pyta, co ja tutaj robię? Ja mówię: „Co ty tu robisz? Nie bierzesz udziału w ogóle w Powstaniu?” On nie brał udziału w Powstaniu. Oczywiście skończyła się sympatia, bo to jest jakiś tchórz. Ja już nie chce mieć nic wspólnego z taką sympatią. Wobec tego pożegnałam się bardzo ładnie i mówię: „To ja wracam na kwaterę.” A on chciał, bym została.

  • Jak się nazywał?

Zbigniew Górski. Oni przyjechali do Guberni z Poznania. 2 października ogłoszono zawieszenie broni i powiedziano nam, że możemy zostać, ale na własną odpowiedzialność. Ale ponieważ nas uznano jako armię, możemy pójść jako jeńcy wojenni z Niemcami. W ogóle się nie zastanawiałam, tak się bałam Bolszewików, chociaż na oczy nie widziałam nigdy, już tyle słyszałam z historii, jak się zachowują. Nie chciałam [się z nimi spotkać]. Więc mówię do siostry (ona była młodsza ode mnie): „«Ewuniu», idziemy do niewoli. Pięć lat mieliśmy okupacji niemieckiej, jakoś żeśmy przetrwali. Jako jeńcy wojenni, wiemy, że są obozy jenieckie. Przecież wysyłały panie paczki. Różne żony wysyłały paczki do rodzin, do mężów. Więc pójdziemy.” Razem wymaszerowałyśmy z innymi do Ożarowa. W Ożarowie w stodole jakiejś, jakaś hala była na słomie, żeśmy wszyscy spali pokotem, cała gromada nas ludzi z różnych formacji. Tam potem rozdzielano nas na grupy. Trafiłam do obozu Lamsdorf.

  • Siostra też?

Siostra też. Siostra już była ze mną do końca. Już nią się zajmowałam i opiekowałam. I jakieś komenderówki, usuwanie latryn w obozie, za nią i za siebie chodziłam, żeby ją ukryć. Potem dopiero się wydało... chyba w Milbergu albo w Oberlangen, kiedy była wizytacja i był lekarz. Bardzo się zainteresowali i wiem, że wtedy prześwietlenie zrobili. Pamiętam, że powiedzieli: „Ona ma być w szpitalu, bo ma odłamek w mięśniu sercowym.” Widocznie na kliszach gdzieś wykazało. Więc ja już się opiekowałam nią tak, jak można było. Ona cały czas była w szpitaliku, w obozach. Potem z Lamsdorfu przewieźli nas do Milbergu, do różnych międzynarodowych obozów, bo nie wiedzieli, co mają zrobić z nami kobietami. Pierwsze kobiety jeńcy. Z Milbergu przewieziono nas do Altenburga. To było w mieście. Stamtąd były komenderówki na pocztę, bo przychodziły paczki do niektórych. Całymi grupami chodziliśmy. Oczywiście z opaskami. Na furażerki poprzyszywałyśmy sobie biało-czerwone nasze polskie odznaki. Nic nie mogli nam powiedzieć. Tak maszerowałyśmy przez miasto i śpiewałyśmy polskie piosenki. Niemcy zachowywali się w miarę przyzwoicie w stosunku do nas. Ja tego nie słyszałam, ale podobno chcieli nas wysyłać na komenderówki. Akurat z naszej grupy tego nie robili. Tylko przyszła wiadomość, że jednak znowu będziemy wyjeżdżać stąd. Dokąd? Zawieźli nas do Oberlangen.

  • I tam był obóz wyzwolenia?

Tam uwolniła nas 1. Dywizja Pancerna generała Maczka.I teraz co się dzieje? Okazało się, że Oberlangen był obozem karnym. To był obóz koncentracyjny oryginalnie dla Niemców. Dla Niemców, którzy się sprzeciwiali Hitlerowi. Co oni zrobili potem z tymi Niemcami, nie wiem, ale tam potem podobno ulokowali w 1939 [roku] Polaków – podchorążaków. Czerwony Krzyż przyjechał na inspekcję i kazał zamknąć ten obóz. Wywieźć wszystkich podchorążaków. Zamknąć, bo to jest obóz, który się nie nadaje dla ludzi. Bo był na podmokłych terenach, baraki były zniszczone, szyb nie było i prycze były połamane. Koszmar. To był okropny obóz. A zamknęli ten obóz na skutek Genewy, Czerwonego Krzyża w październiku. Obóz był nieczynny, a nas z Altenburga przywieźli w styczniu. To były koszmarne warunki. Przecież styczeń, zima, mokro, zimno. Pieców nie było. Chodziłyśmy na komenderówki, żeby torf zbierać, przywozić wagonikami. Wilgotny. Jak się wkładało do pieca, to był dym, bo się nie paliło. Dusiłyśmy się dosłownie. Tak żeśmy dotrwały do uwolnienia, do 12 kwietnia.

  • Jak pani pamięta ten dzień po latach?

To był wspaniały dzień. Była piękna pogoda, słoneczna, ślicznie. Już żeśmy się troszkę opalały pod barakami. Żeśmy troszkę oswoiły. Niektóre koleżanki z wartownikami dochodziły do jakiejś komitywy. Sprzedawały różne rzeczy: zegarki, biżuterię za chleb, kartofle. Są nawet takie zdjęcia, gdzie koleżanka piecze kartofle na takim palniku – dwie cegły – i żeśmy tam sobie szykowały [jedzenie]. W pewnym momencie podjeżdża grupka na motocyklach do nas, do drutów. Podbiegamy i słyszę jak koleżanki mówią, niektóre po francusku, niektóre po niemiecku albo po angielsku. Pamiętam, że mówił: „Panienko! Poland! Przecież mamy Poland.” „O jej Polacy!” Więc oczywiście krzyk, płacz, radość. Rozbiegłyśmy się po całym obozie, do wszystkich baraków. „Słuchajcie! Polacy, Polacy tutaj przyjechali i nas uwolnili!” Naturalnie potem przyjechała, już nie pamiętam, jakaś ciężarówka czy czołg. Potem słyszałam, że zastrzelili tego komendanta obozu. Zaczęły się pielgrzymki do nas, do obozu, z 1. dywizji, bo to jeszcze był front. Przecież nie było końca wojny. To był 12 kwietnia. Wojna się skończyła w maju. Ale oni się przekradali jakoś i ciągle przychodzili i odwiedzali, szukali. Niektórzy znaleźli siostry. Niektóre ojców znalazły, krewnych, znajomych. Potem zaczęli się nami opiekować, zapraszać do siebie, bo oni przecież mieli kwatery. Oczywiście inne życie. Karmili nas, ubrali, poprzywozili mundury, buty, spodnie. Jeszcze mam nawet zdjęcie. Nawet zdjęcia były na filmach, kiedy pokazują nas w szeregu. Tam też stoję, jestem z siostrą. Stoję w berecie, w bateldresie. Wszystko na nas wisiało, bo przecież to były duże rzeczy. Potem nas tak odkarmili, że z tego dobrobytu spuchłyśmy czy utyłyśmy.

  • Czemu pani nie wróciła do Polski?

Dokąd miałam wracać? Nie miałam wiadomości [od rodziców]. Dom zburzony, to już wiedziałam. Przez Włocławek? Rodzice powiedzieli, że jak by im się coś stało, to przez Włocławek komunikować się będziemy. Żadnych wiadomości. Właśnie ten pan Bugaj jedynie, który pisał do mnie i pani Czekajewska (to jest znana dosyć postać, bo ona skończyła studia i pracowała na Uniwersytecie Warszawskim. A wyszła za mąż, za Jędrusika, ojca Kaliny Jędrusik, tej śpiewaczki. Ona w czasie okupacji mieszkała u nas, ukrywała się) pisała też, że nie ma żadnych wiadomości. Wiedzieliśmy tylko, że ojciec został wywieziony do Flossenburga, że rodzice byli w Ravensbrück. Potem ich rozdzielili. A ostatnia wiadomość jaką miałam, że wywieziony był do kamieniołomów pod Lipskiem. Te tereny były uwolnione przez Bolszewików. Jeśli przeżył to go wywieźli albo zmarnowali, albo rozstrzelali. Bo przecież nas uważali za bandytów. Więc o ojcu nic nie wiemy. O mamie nic nie wiemy. Dokąd miałyśmy wracać? 8 maja, w czasie zaraz po zakończeniu wojny dostałyśmy wiadomość w obozie. Teraz nas już wywieziono do Nederlanden. Dzielono nas na różne grupy. Nie skończyłam gimnazjum, wobec tego byłam w grupie szkolnej razem z siostrą. Dostałyśmy wiadomość, żeby się zgłosić do obozu, do naszego dowództwa, więc poszłyśmy. Okazuje się, że akaczka, która była w Bergen-Belsen jeńcem od 1942 roku aresztowana pewno za jakąś wpadkę w konspiracji i wywieziona do obozu, pracowała w szpitalu w Bergen-Belsen i tam opiekowała się naszą mama, która przeszła dwa tyfusy. Leżała na betonie, gdzie codziennie zmywali oczywiście ten beton. Na tym kładli chorych. Mama podobno była tak pokorna i tak modląca się cały czas, w gorączce silnej, że ta pielęgniarka, więźniarka, ale pielęgniarka w tym szpitalu powiedziała sobie, że jeżeli przeżyje i doczeka wolności, to postara się nas znaleźć. Bo mama cały czas wołała w gorączce nasze imiona. A wiedziała, jak się nazywa mama. Jak się zakończyła wojna, wszyscy wędrowali z obozu do obozu, szukali rodziny. Dowiedziała się, że jest obóz kobiet w Oberlangen, to oczywiście, że tam spotka swoje koleżanki z konspiracji i przyjechała do obozu i przywiozła wiadomość o mamie. Mama przeżyła. 1. dywizja dała nam ciężarówkę, przykręcili „trzydziestkę” tak zwaną, bo nie mogli nam dać ambulansu, na taką daleką drogę. Przecież różne były wypadki. Ambulansów nie miała 1. dywizja za dużo, wobec tego dali nam ciężarówkę, przykręcili łóżko i powiedzieli, żeby jechać po mamę do Bergen-Belsen. [...] Mamusia była bardzo słaba, ale przeżyła. Chcieli ją zabrać do Szwecji na rekonwalescencję (Szwecja zabierała z obozów koncentracyjnych), ale mamusia się nie zgodziła. Powiedziała, że ona musi jechać do Polski, znaleźć córki, że wraca do Polski i nigdzie nie jedzie. No i oczywiście nie pojechała, nie zgodziła się i została w Bergen-Belsen. Jeńców przenieśli do koszar niemieckich. Tam były już normalne budynki. Koszary po prostu murowane. Tam mamusia była i tam właśnie dojechałyśmy po mamę. Nie było mamusi jak przyszłyśmy, bo okazało się, że pielęgniarka zabrała mamę na spacer, żeby jakoś świeżego powietrza nabrać, troszkę natlenić. Między blokami spacerowała z pielęgniarką i pech chciał, że była potworna burza. Pioruny, deszcz, więc one gdzieś utknęły w innym bloku, żeby przeczekać tę burzę. W międzyczasie, w miejscu gdzie mamusia mieszkała, zrobił się taki tłum. Zaczęli się schodzić wszyscy, żeby oglądać spotkanie matki z córkami. Mamę przyprowadzili, jak już się uspokoiło trochę i przeszła ta burza. Mamusia szła i nie wiedziała gdzie jest, tłumy tak jak w kościele, jeden przy drugim stał, żeby zobaczyć ten obrazek, to spotkanie. Nie powiedzieli mamie, że jesteśmy, tylko powiedzieli, że dwóch lekarzy przyjechało. Więc mama znowu wystraszona, że pewno znowu chcą ją zabrać z tego obozu. Więc nie chciała iść. „Nie, nie! Niech się pani nie martwi, chcą tylko sprawdzić, jak się pani czuje, i może będzie trzeba się jakoś panią zająć. Nie, na pewno nigdzie pani nie wyjedzie.” No i posłuchała. Wchodzi, a tutaj palew zrobili, więc oczywiście rzuciłyśmy się z mamą na szyje. A mama się pyta: „Gdzie jest Henia?” (bo siostra miała na pseudonim „Ewa”, ale imię miała Henryka). „Gdzie jest Henia? Co z Henią jest? Czy Henia żyje?” A ja mówię: „Tak, tak.” Ale ten tłum tak wypchnął, że ona była w tym tłumie, dwa trzy metry za mną. Więc przedostali „Ewę” i była wielka radość. Następnego dnia wymeldowałam mamę z biura obozowego i zabrałyśmy ją do nas, do Nederlanden.

  • A powiedziała, dlaczego nie zeszła wtedy do kanału?

Tak. Nie można było już, bo Niemcy przyszli i rozproszyli. Mama była świadkiem, jak resztę naszych kolegów Niemcy rozstrzelali. Na jej oczach. Tych, którymi się opiekowała. To dla niej był straszny szok, jak już potem opowiadała te rzeczy. Mój ojciec był 1896 rocznik a w 1944 miał czterdzieści parę lat, więc nie mogli ich uznać za starców, bo podobno starych zostawiali. A mama była młodsza o siedem lat od ojca. Naturalnie, że ich wywieźli i uznali, że są powstańcami i od razu do obozów koncentracyjnych. Wywieźli ich do Pruszkowa, zdaje się wtedy. Potem do Ravensbrück i potem dalej rozsyłali. Mamusia pracowała gdzieś w Dortmundzie, w jakieś fabryce broni, jak opowiadała. Potem jak było bombardowanie to znowu gdzieś [wyjechała]. W końcu wylądowała w Bergen-Belsen.

  • A tata przeżył?

Nie. Nic nie wiemy. Nic nie wiemy do dziś. Przez Czerwony Krzyż szukaliśmy. Jeżeli przeżył, a był w kamieniołomach, to u Niemców byłaby rejestracja prawdopodobnie, ale u Bolszewików to nic nie ma. Więc czy zginął tam, czy umarł, czy pochowany, nic nie wiemy. Do dzisiaj nic nie wiemy.

  • Pani z mamą i siostrą przyjechały do Wielkiej Brytanii?

Tak.

  • Proszę mi powiedzieć, kiedy pani pierwszy raz przyjechała do Polski, którym roku?

To był rok 1968.

  • Ale przyjęła pani obywatelstwo brytyjskie?

My żeśmy w ogóle nie przyjmowali obywatelstwa brytyjskiego, bo żeśmy uważali, że przyjęcie obywatelstwa, to jak przyjęcie folksdojczstwa. Więc oczywiście wszyscy [mówiliśmy]: „Poczekamy na wyjazd do Polski.” A w ogóle myśleliśmy, że będzie trzecia wojna. Jak żeśmy się dowiedzieli, że Polska jest po Jałcie, w ogóle że nie jest Polską, to nie jest wolny kraj, więc uważaliśmy, że nie, nie możemy wracać, ale cały czas żeśmy myśleli, że może coś się stanie… Potem „zimna wojna”, że ciągle będzie nadzieja. Dopiero w 1956 roku, kiedy była ta troszeczkę większa odwilż, zaczęli przyjeżdżać ludzie. „Jak to? To wy nie macie jeszcze obywatelstwa?” Na ogół się rozeszła fama, że jak można tyle mieszkać i nie mieć obywatelstwa. Więc myśmy wtedy zaczęli brać obywatelstwo. Polska na pewno nie weźmie nam tego za złe, że wzięliśmy obywatelstwo. Zaczęliśmy brać, po to żeby wyjechać do Polski, żeby zobaczyć, żeby odwiedzić. Miałam już tutaj rodzinę, już miałam dzieci. Mamusia zmarła dopiero w 1980 roku, więc była z nami. […]

  • Proszę mi jeszcze powiedzieć, dlaczego taki pseudonim – „Marzena”?

Miałam sympatię. Zawsze byłam Marysia, Marysia, a on mnie nazywał Marzena. I bardzo mi się to podobało. Było oryginalne, nigdy wcześniej nie słyszałam. Dzisiaj, co druga Marzena jest, ale wtedy w ogóle nie było. Ja byłam jedna jedyna w obozie. Jak nas tam było tysiąc siedemset dwadzieścia osiem, to ja byłam jedyna Marzena. Bardzo mi się to imię podobało i wzięłam je jako pseudonim.

  • Mam ostatnie pytanie. Czy jak by miała znowu być wojna to czy poszłaby pani do Powstania Warszawskiego?

Chyba tak. Zdaje mi się, że w tym wieku, jeżeli się walczy o coś dobrego [to warto]. A przecież byłyśmy wszystkie wielkimi patriotkami i chciałyśmy jak najlepiej. Myślę, że poszłabym, gdyby była taka sytuacja.
Londyn, 5 grudnia 2006 roku
Rozmowa prowadziła Małgorzata Brama
Marzena Maria Scheybal Pseudonim: „Marzena” Stopień: sanitariuszka, łączniczka Formacja: Batalion „Łukasiński” Dzielnica: Stare Miasto, Śródmieście

Zobacz także

Nasz newsletter