Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Olgierd Idźkowski „Olgierd”
Olgierd Idźkowski
pseudonim
„Olgierd”
stopień
kapral podchorąży
formacja
Batalion „Gustaw”, Zgrupowanie „Żubr”
dzielnica
Wola, Stare Miasto, Żoliborz
Zobacz biogram

Nazywam się Olgierd Idźkowski, urodziłem się 25 września 1924 roku w Warszawie.

  • Co pan robił przed wojną, przed 1 września 1939 roku?


Przed 1 września mieszkałem w Łodzi i tam chodziłem do szkoły. W momencie wybuchu wojny szkołę zamknięto i tak trwało do grudnia. Któregoś grudnia, o ile dobrze pamiętam 14, w nocy wpadli Niemcy. Natychmiast wyprowadzili nas do samochodu i wywieźli do miejsca, które się nazywało Hotel Abbego. To była fabryka Abbego, która została przygotowana jako etap wywózki Polaków z Łodzi. Wsadzili nas do tej fabryki. Następnego dnia wywieźli nas do więzienia [przy] Montelupich w Krakowie. Był już wieczór. Ojciec miał przy sobie jakiś pierścionek; przekupił (mówię to wszystko w wielkim skrócie) wartownika i udało nam się wyjść. Pozostali, którzy tam byli, poszli do Oświęcimia. Stamtąd od razu wsiedliśmy w pociąg – pociągi jeszcze chodziły – i przyjechaliśmy do Warszawy, na Aleję Wojska Polskiego 8, gdzie mieszkała moja ciotka. Tam mieszkaliśmy już całą wojnę aż do Powstania.

  • Jak pan zapamiętał sam wybuch wojny 1 września?

 

W Łodzi wybuch wojny zaczął się jakimś krótkim nalotem kilku samolotów. Dla nas to było zaskoczenie, bo przedtem się nic nie działo, był całkowity spokój. Ponieważ należałem do harcerstwa, to od razu z harcerzami zabrano nas na Dworzec Fabryczny w Łodzi i tam roznosiliśmy żołnierzom herbatę, kawę i inne płyny. To był taki pierwszy moment – i już byli ranni, którzy na Dworzec Fabryczny zostali przywiezieni pociągami. Potem przyszły następne pociągi; zrobił się duży chaos, więc wróciłem do domu i już do czasu wywiezienia nas z Łodzi nie brałem udziału w żadnych akcjach.



  • Proszę opisać mieszkanie, w jakim pan mieszkał w Warszawie.


W Warszawie mieszkałem w domu mojego wuja. Dom był dosyć duży, miał dwa piętra – parter, pierwsze piętro i drugie. Myśmy zamieszkali na tym pierwszym piętrze. Mieszkał tam z matką także kolega, mniej więcej w moim wieku; nazywał się Władysław Janocha. Jego ojciec był oczywiście w wojsku gdzieś na Wschodzie i już nie wrócił. Później Władysław Janocha zginął w tym samym patrolu na Woli, w którym i ja brałem udział.

  • Czym zajmował się pan w latach okupacji, przed Powstaniem?


Ponieważ przed Powstaniem razem z tym moim kolegą Janochą mieszkaliśmy w jednym domu, więc razem chodziliśmy do szkoły na Czarnieckiego i początkowo robiłem tylko to.

Dopiero potem zjawił się Władysław Skrzydlewski i zaproponował nam harcerstwo. Oczywiście się tam zgłosiliśmy. Robiliśmy różne rysunki, plany i adnotacje, kiedy i jakie są ruchy wojsk na Bielanach. Było tam lotnisko, po którym dziś już nie ma śladu; tam stały oddziały niemieckie, więc myśmy się im przyglądali. Jak przychodziły jakieś oddziały, tośmy sobie notowali i potem przekazywaliśmy dalej. Trwało to dosyć długo, prawie dwa lata, aż w końcu ten sam Władysław Skrzydlewski zaproponował nam wstąpienie do oddziałów Stronnictwa Narodowego.

Tam złożyliśmy przysięgę. Przychodziliśmy na zbiórki, na których szkolono nas w kierunku wojskowym. Potem to szkolenie spotęgowało się i nawet ci, którzy wykładali, przynosili broń. Uczyliśmy się rozładowywać, załadowywać, rozbierać, czyścić broń. Jak to w wojsku. Oczywiście były mapy plastyczne na stole i robiło się różne operacje, na których uczyliśmy się dysponować oddziałami czy poszczególnymi ludźmi. Potem była nauka o broni, zarówno o działach krótkich, jak i karabinach maszynowych, ale przede wszystkim o pistoletach i karabinach zwykłych – bo przecież najczęściej była możliwość zdobycia właśnie tego i trzeba się było na tym dobrze znać. Była i budowa granatów, czyli to wszystko, co stosuje się w wojskowym szkoleniu.

  • Jak często odbywały się spotkania, jaka to była szkoła?


Była to Szkoła Podchorążych. Odbywała się w różnych miejscach – w domach prywatnych, mieszkaniach poszczególnych naszych żołnierzy. Spotykaliśmy się co najmniej raz na tydzień. Udało nam się nawet zrobić taką rzecz: pod tym domem, [w którym mieszkałem,] przechodził tunel, który łączył cytadelę z bunkrami, które były na Czarnieckiego, na Krasińskiego. Dostaliśmy się do tego tunelu od strony Cytadeli, od fosy i udało nam się przez wywietrznik wydostać akurat na tę posesję, gdzie myśmy mieszkali. Namówiliśmy wuja, żeby urządził tam pieczarkarnię; dzięki temu doprowadziliśmy tam światło i można tam było robić próby strzelania. Oczywiście bardzo krótkie, bo to było stosunkowo płytko pod ziemią i słychać było w sąsiednich domach. Tak, że nawet zaczepiali nas sąsiedzi i pytali, co tam takie huki. A wuj, który już nie żyje – zginął zresztą przy mnie – mówił: „A, bo tam chłopcy rąbią drzewo, stąd taki huk”. Ale w związku z tym musieliśmy przerwać te próbne strzelania. Nie były to strzały do tarczy, ale takie, żeby się oswoić z bronią.


  • A jakie było legalne źródło utrzymania pana rodziców?

 

Ojciec mój wraz z jeszcze dwoma znajomymi prowadził punkt rozdzielczy artykułów przydziałowych. Były to kartofle, mąka i tak dalej. Niemcy to dostarczali i potem ojciec ze swoimi kolegami rozprowadzał ten towar po sklepach; wszystko było robione oficjalnie.

Przy okazji działy się różne inne rzeczy, o których myśmy nie wiedzieli, bo tego się nie mówiło.

  • Gdzie pana zastał wybuch Powstania? Jak pan zapamiętał ten moment?

 

Rano przyszedł ktoś nieznany mi. Zapukał i dał mi karteczkę, że mam się stawić… nie pamiętam, jak się nazywa ta ulica… to jest na Starym Mieście, w rejonie Wytwórni Papierów Wartościowych. Mój kolega Władysław Janocha pojechał od razu, został od razu wzięty i przenosił broń z naszych tajnych magazynów, które były właśnie w rejonie Wytwórni Papierów Wartościowych. Przewoził broń na punkty, na które mieliśmy się stawiać. Ja oddzielnie dostałem zawiadomienie, że mam się stawić o godzinie piątej, może czwartej po południu, właśnie tam, w rejonie Wytwórni Papierów Wartościowych. Szedłem już tam, odprowadzany przez moją matkę i matkę mojego kolegi Władysława, kiedy dobiegł do nas jakiś chłopiec i powiedział, że tam jest punkt niepewny i że mamy się zgłosić na ulicy Kanonia, na tyłach Katedry Warszawskiej. Jak oni nas poznali, że my to my? Nie wiem, ale w każdym razie ten młody chłopak nas powiadomił i rzeczywiście myśmy się tam zebrali. Potem o godzinie piątej rozpoczęły się strzały. Myśmy tam zostali, bo stwierdziliśmy, że ktoś przecież po nas tam przyjdzie. A okazało się, że owszem, był tam zorganizowany punkt zborny, ale nie nasz, tylko jakiś inny i myśmy siedzieli tam przy okazji. Potem wyszliśmy na Rynek i od razu na Rynku koledzy nas zobaczyli i ściągnęli. Mieliśmy wtedy bardzo wygodne i przyjemne kwatery w cukierni u państwa Mażewskich na ulicy Długiej. Tam nocowaliśmy i rano już wyszliśmy na Wolę.

Stamtąd szliśmy koło Cmentarza Powązkowskiego. Weszliśmy na cmentarz, przecięliśmy go aż do Cmentarza Ewangelickiego, gdzie stoi kaplica Halpertów – tam był już nasz punkt docelowy. Potem wysłali grupę na Stawki, gdzie były opuszczone przez Niemców magazyny i stamtąd ściągnęli umundurowanie. Dostaliśmy wszyscy takie zielone, cienkie panterki i jakieś jeszcze drobiazgi. Tego samego dnia, a był to drugi dzień Powstania, stworzono grupę, którą ogólnie nazywaliśmy patrol.

Patrol ten miał pójść pod wiadukt na ulicę Sokołowską. Patrol ten został stworzony rzeczywiście bardzo szybko. Dostaliśmy „Błyskawicę” i parę granatów; wyposażenie bojowe było bardzo słabe. Ja jeszcze miałem rewolwer Smith-Wesson i pięć naboi. Ponieważ miałem swój rewolwer, to już mi nie dano „Błyskawicy”. Tak poszliśmy prowadzeni przez bardzo sumiennego, dobrego przewodnika (podporucznik Juliusz Chomicz pseudonim „1042”, „Julek”,„Szybki”, dowódca 2. plutonu kompani „Aniela”, poległ 2 sierpnia 1944 roku na ulicy Sokołowskiej), który już w 1939 roku brał udział w wojnie; wyprowadził nas na ulicę Górczewską. Tutaj się zaczęła tragedia, bo tereny były całkowicie opustoszałe. Pod wiaduktem kolejowym Niemcy zrobili sobie przystań, było ich tam chyba z dziesięciu. Prawdopodobnie pilnowali tego wiaduktu. Doszliśmy do Górczewskiej i stamtąd biegiem do tego wiaduktu. Ja i dowódca, o którym mówiłem, wpadliśmy jednocześnie do ostatniej bramy przy wiadukcie. Była to brama przelotowa i my chcieliśmy ją przebiec. Kiedy już byliśmy u wylotu, wypadł na nas Niemiec z pistoletem maszynowym, ale był zupełnie zdezorientowany. Nasz dowódca chciał strzelić z Visa, którego miał; niestety Vis zawiódł, Niemiec się odwrócił i uciekł, pokazując nam plecy. Ten Niemiec gdzieś się schował i to była później główna przyczyna tragedii. Nasi przechodzili przez tę bramę dalej na Sokołowską, ale ponieważ tam niewiele mogli zdziałać, więc chcieli wrócić i co się który pokazał, to ten Niemiec strzelał – i jednego po drugim nas załatwił. To była wielka tragedia. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, co się dzieje, bo stałem w bramie, gdzie miałem pilnować, żeby ktoś nie wpadł na nas od lewej strony, właściwie od tyłu. Wypadliśmy z powrotem na Sokołowską. Była tam taka drewniana przybudówka. Niemcy się za nią schowali, natomiast przed przybudówką stał zupełnie widoczny, odsłonięty oficer niemiecki i wołał tych Niemców, żeby wyszli spod szopy. Ale jakoś nie mógł ich zmusić. Zaproponowałem więc, żeby kolega skoczył na dach i z góry, z tej szopy, ich popędził. Oczywiście on skoczył, ale strzelili do niego – nawet nie wiem, skąd. Nie zorientowaliśmy się nawet. Padł tylko strzał i on już został na tym dachu. Nazywał się Janusz Ruśkiewicz. Krzyknął tylko, że jest ranny i poprosił, żeby go zostawić na dachu. Powiedziałem do niego tylko: „To zrzuć broń”. Zsunął „Błyskawicę” po dachu; ktoś ją podjął, a on tam został. Trudno powiedzieć czy zginął od razu, czy nie, bo nikt z nas na ten dach już nie wchodził. Potem zostaliśmy skierowani do bramy, w którą żeśmy na samym początku wskoczyli i tam dwóch naszych kolegów – Władysław Janocha, jeszcze jeden i ja – mieliśmy pilnować, żeby Niemcy nie wypadli od tyłu na tych, którzy już byli na Sokołowskiej. Pilnowaliśmy i poza tym pilnowaniem nic się nie działo. Oni potem chcieli wrócić, ale odezwał się pistolet maszynowy spoza tego budynku, z kierunku odwrotnego, niż sądziliśmy, że ktoś się może pojawić. Ten delikwent się gdzieś zaszył i siedział cicho dłuższy czas. Potem zaczął strzelać do tych, którzy właśnie chcieli przeskoczyć do tej bramy. Dowódca postanowił, że w tej sytuacji należy się wycofać. Próbowali się więc stamtąd wydostać, ale ten ukryty Niemiec bez przerwy ich tam kosił – tak, że wszyscy prawie zginęli z wyjątkiem jednego, któremu udało się dobiec do tego miejsca, gdzie ja stałem, w tej bramie. Ale dobiegł nie do końca, bo dostał serię w brzuch. I wtedy zapadła cisza. Później okazało się w rozmowie, że ci właśnie, którzy pobiegli i pilnowali od ulicy Sokołowskiej, potem chcieli wrócić, ale ten Niemiec po kolei ich wszystkich wystrzelał. Taka to była smutna sytuacja.Potem we trójkę, która została w bramie i miała jej pilnować, postanowiliśmy się wycofać, wrócić do punktu wyjścia – bo już była cisza, nikt się nie odzywał. Jakoś tak się złożyło, że pokierowałem tym wszystkim. Kazałem chłopakom przejść tę bramę i ruszyliśmy czołgając się przez pole rosnących tam pomidorów. Można było prawdopodobnie iść, ale myśmy nie orientowali się w sytuacji. Nie wiedzieliśmy, gdzie się ukrył ten Niemiec, który do tej pory strzelał. Jeszcze zanim postanowiliśmy się wycofać, przybiegła dziewczyna, która zaczęła się opiekować tym, który przy mnie został ranny w brzuch. Znalazła jakiś ogrodniczy wózek i posadziła go na tym wózku, żeby zawieźć go do szpitala na Woli – nazywał się chyba Szpital Czerwonego Krzyża. Ponieważ wcześniej zaczęliśmy się wycofywać nie ulicą, a tym kartofliskiem i plantacją pomidorów, to musieliśmy przejść przez drewniany budynek, gdzie podejrzewaliśmy, że ten Niemiec stamtąd właśnie prowadził całą akcję. Ale Niemca już nie znaleźliśmy. Wskoczyłem na strych i sądząc, że ten Niemiec tam jest, próbowałem go wywołać. Prawdopodobnie był albo na tyle sprytny, że się nie odzywał, albo był gdzie indziej. Poszliśmy więc w kierunku naszych oddziałów wzdłuż ulicy Górczewskiej. Dobrnęliśmy przez te pomidory do ulicy, która oddzielała nas od szpitala i tam postanowiłem zrobić przejście pod siatką, bo górą baliśmy się. Było nas trzech, więc ja zacząłem rękami wykopywać pod siatką przejście – tak, żeby reszta mogła przejść. Na szczęście ziemia była miękka. Ale jakoś tak się złożyło, że jak skończyłem tę pracę i wykopałem spory dół pod siatką, to już ani Władka Janochy, ani Janusza Ruśkiewicza nie było. Gdzieś się wycofali, ale nie wiem, gdzie. Niestety już od tego momentu ślad po nich zaginął. Przedostałem się na drugą stronę ogrodzenia, przez ulicę Czerwonego Krzyża i dalej Górczewską do naszych oddziałów. Tam zameldowałem o sytuacji. Byłem jedynym, który wrócił z tej akcji.

Była jeszcze grupa, która szła nieco bardziej na prawo, bardziej na północ. Jakie tam były straty, tego nie wiem, ale w każdym razie akcja się nie powiodła.Musiałem się jakoś otrząsnąć z tej tragedii, którą obserwowałem. A wieczorem już były pierwsze zrzuty z Anglii. Dostaliśmy pistolety maszynowe, moździerz, granaty i jakieś inne rzeczy. Dowódca po nocy skierował mnie do zmontowania moździerza i uruchomienia go. Skończyłem tę pracę, uruchomiłem moździerz i znowu nadszedł bezczynny wieczór. Nie wychodziliśmy z terenu cmentarza. Ale wieczorem na cmentarz nadszedł atak Niemców i była bardzo ostra wymiana strzałów. Jak na noc, to akcja była bardzo ostra.

  • Co było dalej?


Zostałem jeszcze na cmentarzu. Ponieważ ludzi było sporo, a broni było bardzo mało, więc postanowiono część ludzi zwolnić. Ja zresztą sam zasugerowałem, żeby mnie zwolnili, że przejdę na Stare Miasto do naszej kwatery. Niejaki Pogorzelski, który jest w moim wieku… Zrobił profesurę matematyki wyższej na uniwersytecie w Lublinie, jest tam do tej pory, bo jakoś mu się udało gdzieś ukryć przez cały okres Powstania i nic mu się nie stało. Już do akcji nie wychodził. Ja zresztą też już do akcji nie wyszedłem. Nieco po mnie wróciły oddziały z Woli z powrotem na ulicę Długą. Pamiętam ten napis „Cukiernia Mażewskich” – tam wszyscy dostali już kwaterę. Wyszedłem z tego cmentarza wcześniej i zaczepiłem się do jakiegoś oddziału na Długiej 5, przy Kamiennych Schodkach, i z tym oddziałem już trwałem do czasu, kiedy ze Starówki wszyscy poszli na Śródmieście. Nawet nie bardzo wiem, jakie to były oddziały; w każdym razie przygarnęli mnie tam, pomagałem im w takim małym szpitaliku. Ale w końcu poszedłem do naszych oddziałów, zgłosiłem się do dowódcy i powiedziałem, że jeżeli jest jakaś możliwość przedostania się na Żoliborz, to ja chętnie bym przeszedł. Dowódca oczywiście zgodził się i następnego dnia na umówioną godzinę ranną zameldowałem się tam. Ściągnąłem jeszcze mojego wuja, który sam nie był w stanie dojść do Żoliborza, bo już Powstanie zaczęło się wcześniej.

Szło też jeszcze parę osób z meldunkami, z bronią i taką całą grupą przeszliśmy kanałami na Żoliborz. Samo przejście było bardzo dobre, niekłopotliwe, ale przy samym podejściu już pod Krasińskiego – bo ten kanał prowadził tam, gdzie jest w tej chwili klasztor – tam też doszliśmy, ale niestety nastąpił, można powiedzieć, wypadek. Staliśmy w szeregu, jeden za drugim. Był bardzo silny prąd i dowódca, który nas prowadził, kazał stać w dużym odstępie i nie ruszać się, a potem pojedynczo schodzić, bo kanał ten gwałtownie schodził w dół. Niestety, ludzie byli zdenerwowani i jeden po drugim, zamiast schodzić, przewrócili się i pociągnęli mnie; reszta też poszła moim śladem. Zaczepiłem się jednak na takiej metalowej drabince; już tam ktoś był, pomógł mi się zatrzymać i tam przesiedziałem. Potem próbowano mnie ściągnąć liną. Niestety to się nie udało, bo obaj odczepiliśmy się od tej liny i ponieważ był silny prąd, to we dwójkę żeśmy spłynęli. Ale zauważyliśmy, że w następnym włazie jest światło i ktoś tam jest. Złapałem tego mojego współtowarzysza jakoś za szyję i trzymałem go. Kazałem, żeby najpierw jego wyciągnęli, bo on był już prawie nieprzytomny, a ja jeszcze byłem zupełnie przytomny. Próbowali go wciągnąć, ale w końcu jakoś się urwał, nie wiem dlaczego – może stracił zupełnie przytomność i puścił się, trudno mi powiedzieć. W efekcie tylko mnie wyciągnęli i nocowałem tam już w budynku klasztoru. Było tam dużo cywilów i takich, którzy też przeszli prawdopodobnie kanałami.

Następnego dnia udałem się do miejsca zamieszkania, bo przecież stamtąd wyszedłem. Bez kłopotów się tam dostałem i tam już zapadłem. Przebywałem w tym miejscu do końca Powstania. Już nie brałem udziału w Powstaniu. Była to już druga połowa Powstania. Potem przypadkowo ktoś trafił mnie z karabinu maszynowego w plecy. Poszedłem do takiego bunkra (Fort Sokolnickiego w Parku Żeromskiego) na Żoliborzu na ulicy Czarnieckiego 51, gdzie w końcu sierpnia 1944 roku był zorganizowany punkt sanitarny – powstańczy szpital numer 104, i tam wyciągnęli mi pocisk i wróciłem.

  • A kto zginął jeszcze na patrolu?


Wracając do patrolu, należałoby wymienić jeszcze parę osób, które tam działały i już się potem nie pokazały, względnie pokazały się później. Takim ciekawym człowiekiem był Janusz Wiszniowski, któremu udało się przedostać, nie wracać na cmentarz. Poszedł dalej, co było bardzo ryzykowne, bo tam spodziewaliśmy się właśnie dużych oddziałów niemieckich. On jednakże tam poszedł i dzięki temu wydostał się z Warszawy i do dzisiejszego dnia mieszka w Warszawie. Ciekawą postacią była też taka dziewczyna, Marysia Paciorek, która zjawiła się ni z tego, ni z owego w czasie tego całego patrolu. Schowała się razem z cywilami w piwnicy, ale potem, jak my – to znaczy ja, Janocha i Ruśkiewicz – zaczęliśmy się już wydostawać stamtąd, ona wyszła z piwnicy. Akurat do tych drzwi, w których stałem, biegł Tusiek Jacyna i w ostatniej chwili został postrzelony w brzuch, tak że padł i niestety trzymał rękami wnętrzności. Wtedy krzyknąłem do piwnicy: „Czy jest może jakiś sanitariusz?”. Bo nic nie miałem – ani bandaża, ani sznurka, ani czegokolwiek, czym można byłoby jakoś go przewiązać i ratować. I wtedy Marysia wypadła z tej piwnicy, pobiegła. Posypały się za nią strzały. Ale jak padła na ziemię, to już jej nie dosięgały. Widocznie ten Niemiec, który strzelał, miał ograniczone pole widzenia. Dziewczyna jednak stwierdziła, że nic nie może poradzić, więc pobiegła dalej do tych, którzy tam jeszcze zostali, ale nie byli widoczni. I potem jak myśmy się przedostawali w kierunku cmentarza, to ona tego rannego w brzuch i jeszcze drugiego położyła na ogrodniczy wózek na dużych kołach; jeszcze Niemcowi jakiemuś kazała, żeby pomógł włożyć to ciało. I w ten sposób przejechała przez całą ulicę aż do szpitala i tam szpital się już zainteresował tym Jacyną. Niestety zmarł. Był jeszcze jednym, który zginął.Teraz należałoby powiedzieć, kto jeszcze brał udział w patrolu. Mówiłem, że był tam Władek Janocha, Janusz Ruśkiewicz, Tusiek Jacyna – to był młodszy brat w naszych oddziałach. Był jeszcze jego brat Zbyszek, który nie był w konspiracji, ale poszedł z bratem i był jeszcze świadkiem w czasie, kiedy się zbieraliśmy przed wybuchem Powstania. Matka Tuśka i Zbyszka – bo Tusiek był w naszych oddziałach a Zbyszek nie był nigdzie zaangażowany – powiedziała do Zbyszka: „Zbyszku, ty idź przypilnuj Tuśka, żeby nie zginął”. To zginęli obydwaj... [płacze] To była bardzo smutna scena.Był z nami także Janusz Wiszniowski; to ten, któremu się udało przejść i wyjść z Warszawy, ominąć jakoś patrole niemieckie. Dobrze do tej chwili żyje w Warszawie. Kończąc sprawę wyjścia z kanałów… Wyciągnęli mnie wreszcie z tego kanału. Przenocowałem w klasztorze; owinęli mnie w koce, dali mi coś gorącego do picia, bo rzeczywiście byłem bardzo wycieńczony. Następnego dnia poszedłem tam, gdzie mieszkałem – na Aleję Wojska 8, koło Cytadeli. Jakoś sprytnie przeszedłem, bo z Cytadeli i z ulicy Zajączka był duży ostrzał.

 

 

  • A co się stało z tymi ludźmi w kanale? Pan się uratował – a pozostali?


Już nikogo nie było, wszyscy spłynęli. Nas było kilku, jeszcze pięć osób, ale tylko ja zatrzymałem się na takim przelewie betonowym. Ocalał i ten ktoś, kogo nie znałem. Ja w końcu zostałem wyciągnięty, a tamten spłynął. Gdzie, to trudno powiedzieć. Był tam też mój wuj – on też niestety popłynął. Reszty nie znałem.

  • Wszyscy zginęli?


Tak. Oprócz mnie ocalał jeszcze tylko przewodnik, który pierwszy wszedł, bo musiał zameldować, kto idzie i tak dalej. Uratował się pewnie dlatego, że był tam już nie pierwszy raz i dobrze znał ten kanał.

Potem jak szedłem – z Cytadeli, z ulicy Zajączka na Żoliborzu Niemcy strzelali i mnie trafili. Na szczęście nie bezpośrednio, a rykoszetem od takiego betonowego słupka – tak, że pocisk wbił mi się dosyć głęboko, ale niegroźnie. Udałem się potem do takiego małego szpitalika, gdzie mi tę ranę przecięli, pocisk wyjęli i zakleili jak trzeba. I tak już do końca Powstania zostałem w Alei Wojska. Tak w skrócie można powiedzieć o całym przebiegu moich przygód...

  • Jak przyjmowała walkę waszego oddziału ludność cywilna, jaki mieliście z nimi kontakt?


Myśmy mieli bardzo słaby kontakt z cywilami, dlatego że właściwe cały czas byliśmy na cmentarzu. Nocowaliśmy w tych grobach, a w ciągu dnia wszyscy cywile byli jednak gdzieś pochowani po piwnicach – tak, że myśmy nie mieli z nimi żadnego kontaktu. Trudno mi cokolwiek powiedzieć. Owszem, byłem kiedyś w piwnicach. Wszyscy tam siedzieli, nikt nie narzekał, jeden drugiemu pomagał. Moim zdaniem społeczeństwo warszawskie – to, które nie walczyło – było bardzo dobrze ustosunkowane do Powstania i nie robiło żadnych scysji. Przyjmowali to wszystko jakoś tak ze zrozumieniem, mimo że to dla nich było przecież też bardzo uciążliwe.

  • Czy oprócz tego patrolu spotkał się pan gdzieś z żołnierzami niemieckimi?


Nie. Z Niemcami, z którymi żeśmy walczyli, nie mieliśmy żadnego kontaktu.

Później kontakt z Niemcami był tylko, jak nas wyprowadzali. Ale wyprowadzał nas jakiś, przypuszczam, Ślązak, grzeczny, młody człowiek, tak że obyło się bez żadnych scysji, awantur i popychania. Muszę powiedzieć, że ja nie trafiłem na złośliwość z ich strony ani nic takiego. Owszem, ja nawet kiedyś byłem w Cytadeli, bo stamtąd – z Alei Wojska 8 – Niemiec nas zaprowadził na Cytadelę, do głównego wejścia, gdzie siedzieli również Ukraińcy. Ani Ukraińcy, ani Niemcy nie robili żadnych scysji. Potem grzecznie przyszedł ten Niemiec, powiedział, że idziemy i wszystko się odbyło bardzo przyzwoicie.

Czytałem różne informacje na temat zachowania się Niemców – to różnie bywało, ale ja się z tym osobiście nie spotkałem. Ale ważne jest również, żeby wiedzieć, jak to się wszystko odbywało, że nie wszędzie było jednakowo.

  • Jak wyglądało pana życie codzienne? Skąd pana oddział zdobywał żywność? Czy spaliście jako oddział tylko na tym cmentarzu?


Na tym cmentarzu byliśmy tak krótko, żeśmy prawie nie byli głodni i właściwie nikt nam nie donosił żadnego jedzenia. Ale później (to z opowiadań wiem – kiedy już się wycofałem na Starówkę przechodząc przez Pawiak, przechodziłem akurat wtedy, kiedy Pawiak został uwolniony, zdobyty właściwie, bo Niemcy się bronili) widziałem, jak ludność cywilna przyniosła jakieś jedzenie – tam mogli coś zjeść. Na naszych kwaterach tam, gdzie zaczęliśmy Powstanie, też bardzo mile nas przyjmowali, ale oni byli z nami związani uczuciowo, tak że tu się nie ma co dziwić.



  • Wracając do okresu przed Powstaniem, czy zetknął się pan z konspiracyjną produkcją broni?


Tak. Zetknąłem się i nawet miałem dosyć poważne zadania. To znaczy nie tylko ja. Miałem przyjaciela, też z Żoliborza, mieszkał na ulicy Fortecznej 10; ogólnie zwany był „Stachur”, na nazwisko miał Mroczkowski. Jego rodzina na Fortecznej miała willę i tam mieszkała matka, siostra i jeszcze ktoś tam. Jego ojciec był w Anglii. Myśmy z tego lokalu bardzo często korzystali, bo był tam wygodny dojazd. Było też wyjście na zewnątrz, na ogród, przez który można było w razie czego uciekać. To był bardzo dobry punkt. Ale akurat tak się zdarzyło, że któregoś dnia zaproponowali temu mojemu koledze „Stachurowi” Mroczkowskiemu, żeby wyprodukował pewną ilość rtęci piorunującej potrzebnej do produkcji nabojów. Oczywiście zgodził się, a mnie wziął do pomocy. Nocami produkowaliśmy tę rtęć piorunującą. Nie było to takie proste, a w każdym razie szalenie niebezpieczne. Dlatego że rtęć piorunująca jest niesłychanie wybuchowa; wybucha za najmniejszym potarciem i może doprowadzić do kolosalnych katastrof. Przywieźli nam olbrzymi balon jakiegoś kwasu siarkowego czy jeszcze silniejszego – w tej chwili nie pamiętam nawet, co to był za kwas – i spirytusu pitnego (ale jak myśmy go tylko dostali, to nie korzystaliśmy z niego, bo był nam potrzebny do produkcji). Przywieźli nam tego parę balonów. Dostaliśmy też zwykłą rtęć metaliczną, która była w takiej stalowej butli, trochę większej od butelki od mleka. Dwóch ludzi musiało tę rtęć wpychać po schodach, dlatego że to było strasznie ciężkie. W ciągu tygodnia tej rtęci sporo naprodukowaliśmy. Z ciekawostek powiem, jak to się odbywało. Rozpuszczało się w kolbie rtęć z kwasem siarkowym. Może ja się mylę, może nie siarkowym, może jakimś innym... chyba jednak siarkowym. Rtęć się rozpuszczało zupełnie i robił się czerwony płyn. Ten płyn wlewało się do kolby ze spirytusem wysokiej klasy i po jakimś czasie następowała reakcja w postaci gotowania się i wydzielania olbrzymiej ilości białego dymu. Problem był, jak ten dym usunąć. Ponieważ mieliśmy tam piec, to wpuściliśmy taką rurę gumową i na te kolby nakładaliśmy parę rur; wsuwaliśmy je do komina i to szło sobie w górę. Jak się kończyła reakcja, to pozostawał przezroczysty płyn i na dole taka brązowa kaszka. Ten płyn się zlewało, a kaszkę się płukało w wodzie i sączyło przez szmatkę. Całą tę mokrą (bo to w wodzie trzeba było wszystko robić) część wkładało się w takie tekturowe kubeczki – jak do maślanki czy do mleka – i to czekało, aż my skończymy całą produkcję. Produkcja trwała tydzień, całymi nocami, od wieczora do rana. Któregoś dnia wyszedłem, bo od wdychania tego zapachu nieprzyjemnego rozbolała mnie głowa. Poszedłem do ogródka i zobaczyłem piękny obraz: księżycowa noc, dach, komin i z tego komina wydostają się białe kłęby dymu, spływają po dachu do rynny, rynną w dół i dalej na ogródek. Coś kapitalnego, to był piękny widok. Więc potem w te księżycowe dni wstrzymywaliśmy produkcję, bo to wszystko z daleka było przecież widoczne. I tak dobrnęliśmy do końca, zużywając wszystkie materiały, które dostaliśmy. Mieliśmy za to tekturowe kubeczki napełnione rtęcią, zalane wodą i włożone do zwykłej torby na zakupy. A było tego tyle, że tą ilością można było wysadzić sporo domów. Skontaktowaliśmy się, z kim trzeba i kazali nam to przywieźć koło SGH na Rakowiecką. Podali numer domu, klatki schodowej i tak dalej. Byłem osobą, która miała to zawieźć pod wskazany adres. Z tekturową torbą na zakupy, w środku której stały te kubeczki z rtęcią, przyjechałem ma miejsce tramwajem. Zadzwoniłem, gdzie trzeba. Zszedł jakiś jegomość, nieco starszy ode mnie, ale też młody człowiek. Ja mu daję pakunek, a on się pyta: „A co to jest?”. Więc mu tłumaczę, co to jest. Przeraził się, bo przypuszczał, że przywiozę mu jeden kubeczek, a ja mu przywiozłem tego całą walizkę. Ale nie było już wyboru. W każdym razie rtęć się przydała, bo amunicja była wyprodukowana.

 

  • A do czego to była amunicja?


Do pepeszy, do szpicruty szynowej.

  • Czy nie bał się pan, że to wybuchnie podczas transportu?


Bałem się. Tym bardziej, że jechałem tramwajem, więc to było wszystko bardzo ryzykowne. Niestety, nie miałem innego wyjścia. Poza tym trzeba było drukarnię zaopatrzyć w czcionki. Właściwie nie tyle w czcionki, co w metal do czcionek, bo druk robiło się na tak zwanych maszynach drukarskich, które jednocześnie odlewają i potem od razu przygotowują tekst. Cała strona odlewa się wiersz po wierszu, potem wyjmuje się tę całą stronę i na dole się drukuje. Więc trzeba było ten metal dowieźć do takiej drukarni, która miała te szybkie urządzenia. Metal do czcionek był diabelnie ciężki, więc nie było mowy o tym, żeby to wieźć tramwajem, a z samochodem nie było łatwo. Owszem, dostawaliśmy samochód, jak było trzeba, ale nie na takie częste przewożenia. Zrobiliśmy więc przyczepkę do roweru i na tej przyczepce przewoziliśmy worki z ładunkiem z konkretnej ulicy Czarnieckiego na Długą (jak się jedzie z Żoliborza, skręca się w Długą w prawo). Właśnie tam była prawdopodobnie drukarnia, ale myśmy do tej drukarni nie zjeżdżali; ktoś to wszystko od nas odbierał. To też było ryzykowne, bo jakby człowieka złapali, to trudno... Potem uruchomiliśmy nową drukarnię na ulicy Krasińskiego, więc znów musiałem pojechać na Dworzec Towarowy kolei – w tej chwili nie ma już po tym śladu – gdzie były takie duże magazyny z rampami po obu stronach – i tam gdzieś jakimś cudem znaleźli jakąś drukarnię. Pojechałem tam na rowerze. Znalazłem furmana z rolwagą – to taka duża platforma w dwa konie zaprzężona – i na niej ustawiło się tę skrzynię z drukarnią i z całą maszynerią. Szedłem sobie obok woźnicy i tak dojechaliśmy aż na Żoliborz, na ulicę Krasińskiego. Na miejscu trzeba było to zdjąć i wpuścić w głąb do piwnicy. Było bardzo sprytnie to zrobione. Stała tam budka z piwem, wodą sodową, lemoniadą i tak dalej. Skrzynię się postawiło koło tej budki, a w nocy od środka zrobiło się podkop i skrzynia się po prostu zapadła. Ziemię wynosiliśmy na tę skrzynię i zrobiliśmy ogródek z ławeczkami i ze stolikiem – niby że tam można się napić herbatki. Całe pomieszczenie na tę maszynę było wcześniej przygotowane. Potem trzeba było podłączyć prąd, a z tym było już gorzej. Próbowałem to jakoś zrobić sam. Dokopałem się do kabli, rozizolowałem jeden kabel, ale doszedłem do wniosku, że to jest dla mnie za trudne, bo trzeba było się znać na kolorach tych kabli – który kolor do czego. A ponieważ było to oświetlenie dla latarni ulicznych, więc nie chciałem brać na siebie ryzyka odłączenia oświetlenia na ulicy. Oczywiście bardzo szybko znaleźli jakiegoś specjalistę z elektrowni i on to podłączył. Chodziło tylko o to, żeby jak najmniej osób wiedziało, że tam jest drukarnia. No i tam się drukowało.



  • Wracając jeszcze do Powstania, czy uczestniczył pan w życiu religijnym, czy odbywały się może jakieś nabożeństwa polowe?


Nie, chyba nie było. Może i były… W każdym razie ja nie byłem na takim nabożeństwie i nie słyszałem o niczym takim.

  • Czy słuchaliście radia albo czytaliście prasę podziemną w trakcie Powstania?


Ja nie słuchałem. Wiem, że niektórzy mieli radio; były nasłuchy. Myśmy nie mieli dostępu, choć byli tacy, którzy byli do tego przystosowani. Ale przed Powstaniem każdy to sobie jakoś organizował. Mój wuj – ten, który zginął w kanale – zdobył gdzieś małe radio, chyba angielskie, i co wieczór słuchaliśmy wiadomości. Ja miałem nad tym radiem specjalną pieczę. Wyciągałem na wieczór i chowałem, jak już skończyliśmy słuchać.

  • A czego państwo słuchali?


Londynu.

  • Jeżeli chodzi o prasę, czy ma pan jakieś wspomnienia z Powstania?


O tyle, o ile – głównie o tych maszynach drukarskich, gdzie to było drukowane. Ale ja osobiście nie miałem styczności z samą czynnością drukowania i rozprowadzania.

  • Czy czytywał pan to, co tam było drukowane?


Tak, regularnie. Mieliśmy dostęp do prasy.

Było takie pisemko „Walka” wydawane przez Stronnictwo Narodowe. Potem na powielaczu powielaliśmy też skrypty do nauki na Podchorążówce – bo ja skończyłem Podchorążówkę, ale o tym jeszcze nie mówiłem.Akurat krótko przed Powstaniem skończyliśmy Podchorążówkę. Szkoła trwała około roku i wykłady odbywały się właśnie na Alei Wojska 8. Jakoś szczęśliwie nic się nie wydarzyło i co drugi, trzeci dzień mieliśmy wykłady – a to o broni, a to o minerce, a to o walkach takich czy innych. Rozciągało się taki duży stół, rozkładało się papiery i rysując, stawiając różne przeszkody, fałdy terenowe, robiło się symulacje.

 

  • Czy czuł się pan dobrze przygotowany do Powstania? Czy ta szkoła dobrze spełniła swoje zadanie?


O tyle, o ile. Dlatego że myśmy nie działali w polu. Nasza szkoła to była Podchorążówka dla prawdziwych żołnierzy, którzy działają w polu, a nie w mieście. Ale była nauka o broni. Pamiętam, zawsze przychodził taki człowiek, który przynosił ze sobą granaty, broń i tak dalej. Myśmy to rozbierali, składali, uczyli się tego wszystkiego dosyć pilnie. Młodzież uczyła się chętnie tych rzeczy.

  • Ale specyfiki walki w mieście raczej nie wykładano?


Nie, tego nie wykładano. Może niedobrze, ale jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba by było.



  • A jakie były pana najlepsze wspomnienia z Powstania, jakieś najweselsze?


Najweselszych nie było, bo ja krótko działałem. Zaczęło się smutno z tym patrolem, o którym na początku opowiadałem; zginęło wówczas masę ludzi. Właściwie zginęło kilkunastu, ale dla nas to była masa. Ten patrol, w którym byłem, to była właściwie połowa patrolu, bo druga połowa szła nieco bardziej na północ i oni tam nie spotkali się z takim zagrożeniem, jak my. Kiedy zobaczyli, że tutaj jest trudność w przedostaniu się przez wiadukt, to się po prostu wcześniej wydostali i nie było u nich żadnych strat.

  • Ile osób liczył ten pański patrol?


Było nas jakieś dziesięć osób. Dowódca, ja, potem Janusz Ruśkiewicz, Władek Janocha, dwaj bracia... Dziesięciu łącznie z dowódcą.

  • Jakie zdarzenie wydaje się panu najgorsze?


Najgorsze zdarzenie przeżyłem właśnie na tym patrolu, na samym początku Powstania. Było to duże przeżycie, bo wszystko, co się wówczas wydarzyło, było nagłe i tragiczne. Wyginął przecież cały nasz patrol. Oprócz mnie uratował się jeszcze jeden, ten Janusz, który poszedł do przodu. I do dzisiaj żyje. Ja się wycofałem normalną drogą, przygotowując po drodze przejście dla ewentualnie rannych, niestety nikt nie mógł z tego skorzystać.

  • A czy jakieś jeszcze inne zdarzenie utkwiło panu bardzo w pamięci?


To, co się stało na patrolu, było tak przerażające, że przyćmiło całkowicie moje wspomnienia. Wszystko, co działo się na samym początku, było bardzo tragiczne. Sporo nas zginęło. Myślę, że można było tego uniknąć, ale trzeba było mieć duże doświadczenie wojskowe, żeby postępować właściwie. Popełniono wówczas wiele błędów.

  • Jak pan ocenia to wydarzenie?


Moim zdaniem dowódca był bardzo dzielny i bardzo energiczny i może właśnie to spowodowało, że za szybko poszliśmy do przodu, zostawiając z tyłu Niemca, albo nawet i dwóch Niemców. Oni nas po prostu usiekli od tyłu. Poza tym, według mnie, dowódca źle ocenił ostrzał, bo ten ostrzał szedł od pleców, a nie od frontu. Ponieważ byłem cofnięty, to widziałem sytuację – a on był za odważny, za szybko chciał przejść dalej do natarcia. Obserwowałem wszystko z tyłu; widziałem, co się dzieje. On był zbyt w przodzie, miał tylko swoich ludzi do działania i nie wiedział, co się dzieje z tyłu. Moim zdaniem błąd tkwił w jego ocenie sytuacji. Ale to trudno powiedzieć. To są trudne sprawy, bo to człowiek właściwie uchem słyszy, gdzie strzelają, jak strzelają. Ja słyszałem, bo mam dobre ucho; doskonale wiedziałem, skąd idą strzały. A on zrobił błąd, bo wycofywał się, można powiedzieć, pod prąd, czyli na jeden strzelający pistolet maszynowy.

  • Czy nie mieliście broni, żeby odpowiedzieć ogniem?


Ja nie miałem, bo zostałem na warcie, a reszta z bronią poszła do przodu. Oni nie uznali, że to jest ostrzał od tyłu; myśleli, że to jest ostrzał z wieży kościoła. Bo istotnie niedaleko było widać wieżę kościoła i takie prawdopodobieństwo było, ale to inaczej się słyszy. Ja wyraźnie słyszałem, skąd te strzały były.

  • Czyli oni nie strzelając wracali pospiesznie do tej bramy?


Tak. W tej chwili na ścianie tego budynku jest tablica. Wymienieni są wszyscy ci, którzy tam zginęli.

  • Co się z panem działo po upadku Powstania do końca wojny?


Po upadku Powstania znalazłem się w pociągu i wysadzili nas w Pruszkowie. Tam, gdzie są zakłady kolejowe remontowe. A ponieważ mnie Niemcy zabrali z domu, to szedłem również ze swoim ojcem. Reszta rodziny przeszła w drugim etapie. Mój ojciec szedł ze mną i tak doszliśmy do tego właśnie kościoła, z którego nas rzekomo ostrzeliwali. Właśnie tam był punkt zborny i tam nas Niemiec doprowadził. Bardzo przyzwoicie nas prowadził, bez żadnych krzyków, wrzasków. Pozwolił zbierać po drodze pomidory, tak że ktoś coś tam jeszcze złapał do jedzenia. Potem z tamtego kościoła wpakowali nas w wagony i zawieźli do Pruszkowa.

W Pruszkowie zanim się obejrzeliśmy okazało się, że przyprowadzili resztę naszej rodziny. W drugim etapie, bo po naszym zabraniu zostały tylko kobiety. Spotkaliśmy się wszyscy w Pruszkowie. Szczęśliwie, spotkaliśmy tam także naszą kuzynkę, która miała to samo nazwisko Idźkowska z domu. Okazało się, że ona się wkręciła w służbę zdrowia w tych naprawach kolejowych w Pruszkowie i została skierowana do Niemca, lekarza, który miał dbać o zdrowie wszystkich przywiezionych. Jakoś wyprosiła, wybłagała, jakoś zakombinowała, że nas wszystkich wypuścili przez płot.

I tak z tego Pruszkowa od razu znaleźliśmy się w podwarszawskich miejscowościach letniskowych. Tam mieszkaliśmy krótko, zaledwie parę dni. Potem zjawił się szwagier, który jakimś cudem dowiedział się, gdzie jesteśmy – bo to wszystko się bardzo szybko roznosi – i zawiózł nas takimi chłopskimi wozami do miejscowości Wygnanka, nomen omen. Tam już siedzieliśmy do momentu, kiedy weszli Sowieci; wtedy się udaliśmy od razu do Łodzi. Skąd zresztą Niemcy chcieli nas wyprowadzić do obozu, ale jakoś się wymknęliśmy. Wróciliśmy spokojnie do Łodzi; jakoś szczęśliwie Sowieci nas nie atakowali. Trafiliśmy nawet do tego samego mieszkania, które opuściliśmy w 1939 roku.

  • Tam mieszkaliście państwo po wojnie?


Tak. Ale w tym konkretnie mieszkaniu mieszkaliśmy króciutko, bo to było mieszkanie przy szkole, przy gimnazjum; musieliśmy je opuścić. Ale znaleźliśmy inne, bardzo obszerne na ulicy Narutowicza. Zamieszkała tam już cała rodzina.

  • Jak wyglądały pana dalsze losy?


Zapisałem się do wyższej szkoły, do Akademii Sztuk Pięknych ze szczególnym uwzględnieniem rzeźby. Tam przez jakiś czas uczęszczałem. Później przyjechał kolega z Krakowa, który był ciężko ranny i troszeczkę posiedział w Łodzi, żeby się wykurować. Jak już się podleczył, pojechaliśmy do Gdyni, gdzie dyrektorem Stoczni Gdyńskiej numer 13 był uczeń mojego ojca. Tam pracowaliśmy jakiś czas, ale potem wróciliśmy do Łodzi. Z Łodzi przeniosłem się do Wrocławia na studia, na architekturę.

  • Co było dalej? Jak długo został pan we Wrocławiu?


We Wrocławiu byłem trzy, cztery lata.

  • Czy był pan w jakiś sposób represjonowany po wojnie?


Nie.

  • A czy spotkał się pan z jakimś złym traktowaniem ze strony władz z tego względu, że brał pan udział w Powstaniu?


Nie. Może dlatego, że ja się niczym nie chwaliłem i nie było powodów do tego, żeby mnie represjonować. Tak, że ja nie pamiętam. Szczęśliwie uniknęliśmy takich przykrości.

  • Ale później wrócił pan do Warszawy?


Tak. Później chcieliśmy się z żoną ulokować nad morzem, ale nic z tego nie wyszło, bo się rozchorowałem. Byłem w Inowrocławiu, gdzie zastała mnie kolejna operacja. Potem przez Warszawę wracaliśmy znów do Łodzi. W Warszawie okazało się, że możemy zamieszkać w piwnicy, bo jest wolny lokal o powierzchni sześciu metrów kwadratowych, tak że się zmieściło łóżko, parę garnków i koniec. I tam mieszkaliśmy ze cztery lata. Potem dostaliśmy przydział mieszkania na Mokotowie, pokój z kuchnią, i tam zamieszkaliśmy. I tak już dalej się to życie jakoś potoczyło. Ale najdłużej siedzieliśmy w tej piwnicy.

  • Czy po latach, z perspektywy czasu, chciałby pan powiedzieć o Powstaniu coś, czego jeszcze nikt nie powiedział?


Nie mogło być inaczej. Nie wyobrażam sobie, że można było inaczej zadziałać. Poza tym wszyscy liczyli się z tym, że Niemcy mogą wywieźć nas na jakieś roboty, czy po prostu pacyfikować. To było zupełnie prawdopodobne. Tak, że sam fakt wybuchu Powstania był raczej przyjmowany prawidłowo, korzystnie. Uważaliśmy, że to jest jedyne wyjście. Myśleliśmy tylko, że Sowieci jakoś się tam [niezrozumiałe] nie będą dalej szli od razu, że jakoś się to inaczej rozwiąże. Nie przypuszczaliśmy również, że Niemcy będą z taką zajadłością niszczyli całe miasto. Mieli przecież front, mieli swoje zadania wojskowe i potrafili jeszcze znaleźć siły, żeby wysadzać budynek po budynku całą Warszawę. To było wręcz zaskakujące. Jak się znalazłem poza Warszawą, na tej wsi, to szwagier zorganizował wyprawę do Warszawy z Niemcami. Jeździły wówczas niemieckie samochody ciężarowe, wożące ludzi do najrozmaitszych robót w Warszawie. Prawdopodobnie chodziło o szabrowanie czy o podpalanie. Trudno powiedzieć. W każdym razie myśmy się zgłosili do takiego jednego szofera, który za jakąś opłatą – nie pamiętam ile wziął, bo to szwagier załatwiał te rzeczy – przewiózł nas ciężarówką aż na Żoliborz, na Aleję Wojska. Na szczęście obyło się bez jakichś sztuczek, bo ten Niemiec mógł nas równie dobrze gdzieś stracić. To zdaje się był jakiś Ślązak czy coś takiego. W domu na Alei pozbieraliśmy fotografie, listy, książki i jakieś tam rzeczy i przyjechaliśmy z powrotem. Wiem, że szwagier jeszcze raz potem był w Warszawie – czy wcześniej był – ale też nic nie zdobył. Zresztą cóż można było przywieźć?

Warszawa , 8 stycznia 2005 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Seweryn

Zobacz także


pracownica sztabu WSK

Aniela Iwaszkiewicz „Nela”

Nazywam się Aniela Iwaszkiewicz, z domu Czerska, pseudonim „Nela”....

więcej
pielęgniarka

Wanda Klein „Wanda”

Nazywam się Wanda Łuniewska-Klein, urodziłam się 21 grudnia 1925 roku w Radości pod Warszawą; pseudonim, po pierwsze...

więcej
strzelec

Zygmunt Krzywicki „Wiktor”

Nazywam się Zygmunt Krzywicki, urodziłem się 21 stycznia 1927 roku w Warszawie, pseudonim „Wiktor”,...

więcej
łączniczka

Zofia Łazor „Zojda”

Nazywam się z domu Świeszcz, pseudonim Zojda. Urodziłam się 1 stycznia 1928 roku w Warszawie....

więcej