Stanisław Milczarek „Skórski”

Archiwum Historii Mówionej

Urodziłem się w Warszawie. Cała moja rodzina też była z Warszawy. Urodziłem się w 1927 roku. Jak wojna wybuchła, miałem dwanaście lat. Rodzice pochodzili z Warszawy, [byli] urodzeni i wychowani [w Warszawie], jedni i drudzy dziadkowie też, tak że to [była] mieszczańska rodzina, można powiedzieć.

  • Czym się zajmowali przed wojną?

Ojciec pracował, był cukiernikiem, a matka zajmowała się dziećmi i domem, bo miałem jeszcze dwie siostry.

  • Gdzie pan mieszkał przed wojną?

Przed wojną [mieszkałem] na ulicy Radnej 10. To jest mała uliczka na Powiślu między ulicą Dobrą a Browarną.

  • Jak pan pamięta 1 września 1939 roku?

Alarmy, sygnały, syreny, przez radio były bardzo często zapowiadane alarmy i syreny alarmujące naloty. Często zabierał głos prezydent Warszawy – Starzyński.

  • W audycjach radiowych?

Tak. To pamiętam. Jak były naloty, to chodziliśmy do fabryki Fuchsa, bo była w pobliżu, gdzie stropy były mocniejsze, bo tam były maszyny, urządzenia i tam uważaliśmy, że będzie lepiej, to znaczy tam wpuszczali sąsiadów. Mieliśmy do tego parę metrów, kroków. Tam po prostu przebywaliśmy. Matka czy ojciec wychodzili do domu na Radną, żeby przynieść coś do jedzenia czy bieliznę, ubranie jakieś.

  • Jak wyglądała pana edukacja?

Chodziłem wtedy do szkoły powszechnej i chodziłem tam do czternastego roku życia, bo [to była] podstawowa szkoła, [wówczas] powszechna. Skończyłem siedem klas szkoły powszechnej w 1941 roku. Miałem czternaście lat, bo jestem 1927 rocznik. Później byłem na kompletach w gimnazjum Lelewela. Do czasów Powstania skończyłem trzy klasy i później już po wojnie, po powrocie z niewoli, poszedłem na wieczorowe półroczne semestry, żeby nadgonić stracone lata, żeby zrobić maturę.

  • Kiedy pan poczuł, że należy wstąpić do konspiracji?

Początki były jeszcze w szkole powszechnej, bo byłem zuchem, ale to mi [nie odpowiadało]. W 1942 roku poznałem kuzyna naszych sąsiadów i rozmawiałem coś z nim. Wyglądałem na rok czy na dwa lata starszego. On coś zaczął [mówić] o konspiracji. Mówię: „Niestety nie mam kontaktów, żeby móc się dostać”. Wiedziałem już, że AK istnieje. [On mówi]: „Ale ja ci załatwię”. Umówił się ze mną na jakiś dzień. Poszliśmy do jakiegoś mieszkania prywatnego i tak wstąpiłem do AK. Wtedy przyjąłem pseudonim „Skórski”, „Stanisław Skórski” po prostu. Tak się to zaczęło. [W konspiracji] byłem do czasów Powstania. To był mały sabotaż, poza tym zaopatrywanie w „Biuletyn Informacyjny”. Drobny sabotaż to znaczy na przykład spisywanie numerów niemieckich samochodów wojskowych, które na przykład wyjeżdżały z Warszawy i które przyjeżdżały. To były takie ciche punkty na rogatkach. To było potrzebne dla naszego wywiadu, bo po tym się orientowano, że jakaś seria... Przy numerze samochodu jeszcze były litery. Po tym nasze konspiracyjne dowództwo orientowało się, jakie jednostki przybywają czy wyjeżdżają z Warszawy. W 1943 roku to napisy na murach: „1943=1918” i temu podobne. Dostawaliśmy puszkę z farbami w siatce i malowało się po murach. Na takie malowanie chodziło nas przeważnie sześciu, [czyli] jedna sekcja, bo na przykład [malowaliśmy] u wylotu ulicy, to żeby dwóch obserwowało, czy nie idzie patrol, czy coś, drugich dwóch było z drugiej strony, a dwóch malowało: jeden trzymał puszkę z farbą, a drugi malował. Później co tam jeszcze? Przenoszenie broni, ale przede wszystkim było szkolenie. Kupowało się instrukcje wojskowe w broszurkach. Na Puławskiej pod numerem 1 była drukarnia i tam się szło, i tam się prosiło: „Czy jest pan Jurek?” (już nie pamiętam imienia). On spod okna wyciągał instrukcję, przypuśćmy, dla piechoty. Taki tomik wchodził w kieszeń i z tego [się uczyliśmy]. Poza tym mieliśmy raz w miesiącu lub dwa razy w miesiącu – to różnie bywało – odprawy w mieszkaniach prywatnych, oczywiście. Tam przychodził jeden, nieraz dwóch instruktorów z bronią, objaśniali co i jak, jak czyścić, jak rozbierać. Później [ćwiczyliśmy] musztrę. Nawet jeździliśmy do [miejscowości] Pustelnik 2 (to po praskiej stronie) i tam szło się do lasu. Zawsze noże braliśmy ze sobą, bo wiadomo było, że trzeba będzie jakiś patyk [uciąć], żeby [ćwiczyć] na ramię broń, żeby nie wozić niepotrzebnie długiej broni poza teren Warszawy, bo łatwo było wpaść. Przede wszystkim było szkolenie. [Jeśli chodzi o] prasę podziemną, to dostawało się adres, gdzie się zgłosić, do kogo i najczęściej to były paczki, które trzeba było przenieść w jakieś inne miejsce z drukarni, żeby tam odbierały odpowiednie osoby, które wiedziały, że już dla nich jest paczka. To takie prace też niebezpieczne, bo jakby złapali z takim czymś, bo wiadomo, że to było zabronione, ale jakoś udawało się.

  • Czy rodzice wiedzieli o tym, że bierze pan udział w konspiracji?

Jak się dowiedzieli, to byli przeciwni i musiałem zrezygnować oficjalnie, ale nauczyłem się ministrantury. Zebrania mieliśmy bardzo często rano – ósma, dziewiąta i chodziłem jakoby ministrant. W ten sposób miałem alibi, że wychodzę, bo komplety przeważnie zaczynały się trochę później (wykłady na kompletach). Rodzice znaleźli u mnie w domu dwa pistolety, więc trochę było szumu. Mówię: „Dobrze, oddam, bo muszę to oddać”. Rzeczywiście musiałem [oddać]. Dostałem to na przechowanie. Później musiałem sobie dawać radę: troszeczkę kłamstwa, że z kolegami jestem umówiony, że to nad Wisłę idę – takie drobne preteksty, żeby tylko wyjść z domu. Później to już rodzice wiedzieli i machnęli ręką, bo wiedzieli, że nie dadzą sobie rady ze mną.

  • Czuł pan choć trochę strachu?

Nie. Może zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale – nie chcę tu udawać żadnego bohatera – miałem swoją osobistą zasadę, że co ma być, to i tak będzie. Oczywiście to nie znaczy, że brałem trzy pistolety czy dwa i szedłem na spacer, nie w tym sensie, zresztą tak samo w czasie Powstania. Trupów dużo widziałem i to blisko, ale od mniej więcej trzeciego tygodnia Powstania, to jak wycofały się polskie wojska, tylko że ze strony radzieckiej przepłynęły przez Wisłę, to wiedziałem, że jeżeli bym się dostał żywy w ręce Niemców, to nie będę żywy, bo oni najczęściej zabijali żołnierzy – akowców, więc sobie wmówiłem, że wierzę w przeznaczenie. Na tym dojechałem do końca Powstania, które, jak wiadomo, zakończyło się kapitulacją.

  • Czy miejsca zbiórek to były tylko mieszkania, czy jeszcze w innych miejscach spotykał się pan z kolegami?

Tylko mieszkania. Jeżeli [zbiórki były] na świeżym powietrzu, to właśnie nad Wisłą, bo to można się było pójść kąpać w międzyczasie, porozmawiać, i wyjazdy poza granice Warszawy, żeby pójść do lasu troszeczkę, [poćwiczyć] padnij-powstań, jak karabin padł. Bo w większych pomieszczeniach to sporadyczne wypadki. Przed Powstaniem, jak już było wiadomo, że będzie wkrótce Powstanie, to w dzień Powstania jeszcze mieliśmy odprawę. Na Czerniakowskiej było gimnazjum, a to były wakacje, więc tam ktoś załatwił jedną salę, to nas było wtedy chyba drużyna mniej więcej – kilkanaście osób. To mieliśmy... Byłem na jednym takim zebraniu, że było nas tylu, bo lokal w gimnazjum był zamknięty. Oczywiście nas wpuścili, bo byliśmy umówieni przez kogoś z dowództwa, a tak to najczęściej w prywatnych mieszkaniach i najczęściej prawie zawsze tylko jedna sekcja – sześć osób – plus instruktor czy instruktorzy, bo nieraz dwóch przychodziło prowadzić wykłady. Chodziło po prostu o to, że gdyby ktoś wpadł, to sześć osób, a nie osiemnaście czy dziewiętnaście jak drużyna. Tak że te zasady były przestrzegane. Przeważnie instruktorzy się umawiali, że wtedy i wtedy będzie odprawa. Nieraz, jak ktoś miał telefon (u nas był telefon), to nawet tylko sygnalizowali, że prawdopodobnie za dwa tygodnie czy za trzy tygodnie będziemy mieli spotkanie. Wtedy dzwonili w odpowiednim czasie, że tu i tu. Adresy były albo już znane nam albo podawali dokładny adres, ale najczęściej to były znane adresy, bo ktoś był wprowadzający. Bo przecież [często] było w lokalach u ludzi, którzy nie brali udziału w naszym spotkaniu w tym pokoju, ale wiadomo, że byli wtajemniczeni, że to jest spotkanie wojskowe.

  • Czy pana siostry wiedziały o tym, że pan uczestniczy w konspiracji?

Tak.

  • Co o tym myślały?

Jedna z sióstr, [która] była o rok starsza ode mnie, to też była w konspiracji, tylko w „Szarych Szeregach”. Druga siostra była cztery i pół roku młodsza, to też wreszcie jak miała jedenaście czy ileś lat, została wciągnięta czy zaproponowano jej i [przenosiła] drobne przesyłki, ale niebezpieczne. O dwóch wiedziałem. Dowiedziałem się oczywiście, jak ona już wróciła, bo jechała chyba pod Warszawę gdzieś koło Świdra czy do Otwocka, zdaje się. Miała przewieźć paczkę. Tam były cztery czy sześć granatów. Później już mi nic nie mówiła. Myślę, że jeszcze coś tam przewoziła, jakieś drobne rzeczy. To był dzieciak, przecież miała dwanaście lat. Jak miałem szesnaście lat, to ona miała prawie dwanaście czy dwanaście i pół. Tak że obie były w konspiracji.

  • Gdzie pana zastał wybuch Powstania? Jak się pan w ogóle dowiedział, że będzie Powstanie?

Ja wiedziałem, już znałem datę, tylko właśnie w dzień Powstania, jak mieliśmy odprawę w gimnazjum na Czerniakowskiej, to nam powiedzieli, że łącznik przyjdzie do domu i poda dokładny adres, i o której godzinie mamy się zgłosić. Było w ten sposób, że łącznik się nie zgłosił do godziny, która była umówiona, że do tej i do tej dostanę wiadomość o adresie, więc zadzwoniłem do kolegi i mówię: „Słuchaj, Jasiu, ratuj. Może masz jakiś kontakt, bo do mnie nikt nie przyszedł”. [Jasiu] był razem ze mną w jednej sekcji. On mówi: „Do mnie też nikt – mówi. – Poczekaj trochę, ja oddzwonię do ciebie. Zadzwonię w jedno miejsce”. Po półgodzinie czy po godzinie przyszedł dawny kolega szkolny nawet ze szkoły powszechnej jeszcze, tak że tylko podał: „Kolego, idźcie do Janka. On czeka”. Dla mnie było pięć, osiem minut do niego dojść, bo blisko mieszkał, i on mówi: „Słuchaj, mamy być na Górskiego” – [numer] 3 czy 5, nie pamiętam. To było naprzeciwko gimnazjum Górskiego. Tam poszliśmy.
Czekaliśmy jeszcze, bo Powstanie... Zgłosiłem się, więc tam zapisali mój pseudonim, imię, że zgłosiłem się 1 sierpnia, ale to był zapis na papierku, bo ja na przykład na legitymacji akowskiej (a byłem od pierwszego dnia, od pierwszych godzin) mam 2 sierpnia, że wstąpiłem. Dlaczego? To było tuż przed mającym nastąpić atakiem na gimnazjum Górskiego po drugiej stronie ulicy, więc oni nie mogli się bawić, może zresztą też ze względów bezpieczeństwa, gdyby coś nie wyszło i w inne ręce by to wpadło, tak że byłem od pierwszego dnia Powstania. Tam dowódcą kompanii był porucznik. On dokładnie z zegarkiem czekał, żeby nastąpił atak, ale zobaczyliśmy przez okna (to jest wąska uliczka i cicha, i wtedy i teraz) i Niemcy już mieli wiadomości, bo już mieliśmy sygnały z miasta, że tu się zaczęło, gdzieś się zaczęło. Przeważnie to były wypadki takie, że kogoś zaczepili, kto miał broń, i wtedy dochodziło [do potyczek] w różnych punktach miastach. Wyjrzeliśmy przez okna, bo na ulicę Górskiego były te okna i zobaczyliśmy, że brama jest już obstawiona kozłami hiszpańskimi, czyli druty kolczaste nawinięte na kozły. Więc dowódcą, który prowadził ten wypad, był plutonowy albo kapral, chyba kapral podchorąży, pseudonim „Gonzaga” i była taka umowa… Bo my mieliśmy na [całą] tę kompanię dziesięć pistoletów, jeden karabin ręczny, to znaczy kb, bo kbk to był krótszy karabinek, taki jaki używano w konnicy. To był jeden kb i jeden pistolet maszynowy – polski sten. Była umowa taka: on wyskakuje pierwszy, my oczywiście za nim, prawie że razem, tylko że on idzie pierwszy, żeby z broni maszynowej sprzątnąć wartę. Niestety pistolet się zaciął przed pierwszym strzałem. Wracamy z powrotem do bramy. On dostał dwie kule, bo Niemcy już wiedzieli, byli uprzedzeni telefonicznie, bo z innych dzielnic dzwonili. [Poszliśmy] do bramy z powrotem, tak że wypad się nie udał, pistolet zacięty, Niemcy już w oknach byli, już sobie worki z piaskiem położyli. Co robimy? Mało to, kozły hiszpańskie, my mamy dziesięć pistoletów, tylko krótkich, więc atak odłożony. Dowództwo – dowódca kompanii zawiadomił swoimi drogami, żeby przysłali nam pomoc w broni, więc przyszło czterech z peemami i jeszcze chyba dwóch z krótką bronią – pistolety po prostu. Oni byli chyba o czwartej rano. Więc jak przyszła pomoc, serie po oknach, po drzwiach, żeby spłoszyć tych, co pilnowali gimnazjum Górskiego. Jeszcze pierwszego dnia Powstania to byliśmy w oknach, oczywiście chowając się trochę za mur, ale butelki zapalające mieliśmy do rzucania przez okno. Podpaliliśmy gimnazjum, ale zobaczyliśmy przez okno (przez okna, bo kilku nas obserwowało), że ten pożar, co podłogi się zaczęły palić, że to gasi woźny tej szkoły – cywil, starszy facet, to przestaliśmy rzucać. Jak przyszła pomoc peemów, to było około piątej rano, wtedy dowództwo zdecydowało się, że atakujemy. Więc serie po oknach, więc Niemcy z tych okien pouciekali i my skoczyliśmy na drugą stronę jezdni. Co się dało, to się odsunęło kozły hiszpańskie, a resztę, to już trzeba było samemu. Jeden z naszych Powstańców uderzył niefortunnie (on trzymał karabin) kolbą w drzwi, bo były zamknięte. To były drewniane drzwi dwuskrzydłowe, ale niestety pech chciał, nastąpił samowypał, przestrzelił sobie tętnice i koniec było, ale my weszliśmy do tego gmachu. Rozbiegliśmy się po [gmachu], paru Niemców się wzięło [do niewoli]. Broni było sporo jak na nas do wzięcia, więc człowiek się poobwieszał, bo ci Niemcy... Tam niewielu Niemców się zabiło [to znaczy my zabiliśmy], dlatego że ich niewielu było, a poza tym poddali się od razu, bo wiedzieli, że z zewnątrz już pomoc nie przyjdzie. Pamiętam, rozbiegliśmy się po tym, jak już Niemcy byli wzięci do jednego czy dwóch pokoi i pod strażą, to my po tym całym gmachu zbieraliśmy broń: peemy były, karabiny były, pistolety. To, co się dało, to zabraliśmy. Niemców, którzy się poddali, to dowódca wyznaczył dwóch czy trzech, żeby odprowadzić ich w takie i takie miejsce. Nawet nie wiem, gdzie to było, w każdym razie gdzieś niedaleko, żeby pilnować w jednym miejscu tych jeńców, a nie po całym mieście rozsianych. Tak się skończył pierwszy dzień, to znaczy jeszcze się nie skończył, bo to było rano. Część nas poszła jeszcze na pocztę na plac Napoleona, bo tam była kiedyś poczta. Atak na pocztę zaczął się już dzień wcześniej, czyli 1 sierpnia, a jak myśmy doszli jeszcze, czyli już nas było więcej trochę. Mało tego, mieliśmy więcej broni też, to ci Niemcy się poddali. Nie pamiętam, czy tego dnia po południu, czy następnego, ale tam zdobyliśmy i dużo broni, odzieży, żywności, bo to w mundurach niemieckich chodziliśmy, tylko naszywki biało-czerwone były.
  • Jakie to były mundury? Czy to były panterki?

Nie, jakie się trafiły, bo bywały i panterki, ale te, które my zdobyliśmy na poczcie, to najczęściej były mundury Wermachtu, bo chodziliśmy w cywilnych ubraniach przecież – w tym, kto przyszedł, to w tym musiał być, ale jak się zdobyło mundury, to zaraz... Poczta już była zdobyta, to nasze panie sanitariuszki wzięły się za szycie biało-czerwonych prostokącików na kołnierzach, bo opaski akowskie były już przygotowane wcześniej. Na cywilne ubrania założyliśmy wcześniej opaski akowskie.

  • Czy hełm niemiecki też pan miał?

Nie, parę hełmów było, jak się zdobyło, a tak to byliśmy bez hełmów. Natomiast hełmy później, jak już się zakwaterowaliśmy na Górskiego, to [mieliśmy] hełmy i broń, ponieważ za dużo tej broni jeszcze nie było. Przy wyjściu była wartownia i hełmy i broń dawano tym, którzy szli na wypad czy na placówkę, tak że nikt nie miał przez długi czas broni osobistej, że sypia z nią i trzyma przy łóżku, co normalnie bywało później, jak już broni było pod dostatkiem. Bo był taki moment, że przybywało tej broni, a tak to było wszystko na wartowni: granaty, amunicja, broń i dana grupa wychodziła, bo różnie wychodziliśmy. Nieraz szło dwóch na jakąś placówkę. Te pierwsze wyjścia to były takie, że prowadzący był jeden, który wiedział, jak dojść i tak dalej, bo jeszcze Śródmieście nie było zajęte przez akowców, więc trzeba było troszeczkę odczekać. U nas w kompanii broni do końca... Owszem, był oddział szturmowy, to oni mieli – ich było kilkunastu – dostali broń, że brali do sypialni nawet, jak wracali na noc, jeżeli wracali, bo nieraz po parę dni byli na placówce, to on mieli przy sobie zawsze broń, dlatego że w nocy nieraz budzili [ich] i też szedł oddział szturmowy komuś pomóc, wesprzeć oddział i tak dalej.

  • Jak nazywała się pana kompania?

3. kompania, Batalion „Kiliński”.

  • Od 1 sierpnia już pan tam był?

Od 1 sierpnia już tam byłem do ostatniego dnia, nawet dłużej, dlatego że nasza kompania w ramach umowy kapitulacyjnej zastrzegła sobie, że chce, żeby jedna kompania została, bo jeszcze nie wyszły szpitale i ludność cywilna jeszcze była. Więc my byliśmy teoretycznie jako osłona, ale tam nie doszło do [walk], nie słyszałem przynajmniej o wypadku, bo na terenach, które były zajęte w momencie kapitulacji przez nas, to my chodziliśmy z bronią na patrole. Mieliśmy tylko ostrzeżenie, żeby nie chodzić pojedynczo, co najmniej dwóch albo więcej, dlatego że jak się miało ładną broń, ładny dobry pistolet, to często patrol niemiecki był bardziej liczebny i zabierał po prostu. Nie było siły – nec Hercules contra plures – bo oni chodzili przeważnie w większej ilości trzech, czterech, więc byliśmy ostrzeżeni przed tym, a my nie mieliśmy, więc oni mieli prawo wchodzić na cały nasz teren, kiedy my nie mieliśmy prawa przekraczać granic, które były w momencie kapitulacji w naszych rękach. To był nasz teren. Z tą różnicą, że oni mieli prawo wchodzić na nasz teren, a my nie, bo byliśmy przegranymi, więc to z tego powodu. My byliśmy jako kompania osłonowa (to tak się nazywało) do 9 października. Wychodziliśmy jako ostatnia kompania, bo wszystkie inne już wyszły w przeciągu dwóch czy trzech dni, a my zostawaliśmy, bo jeszcze szpitale zostały, z tym że jak my wychodziliśmy, to jeszcze widziałem sporo ludzi cywilnych i rannych, którzy wychodzili. To znaczy to nawet cywile mogli być ranni, z tym że wtedy oczywiście jak cywile, to oni bez opasek już szli, bo część akowców wychodziła z ludźmi cywilnymi. Najczęściej byli to jacyś młodzi żołnierze, bo ich tata, mama wychodzą i siostra, więc oni z tymi cywilami poszli, bo ci starsi mieli większe trudności, zresztą tam nas nikt nie legitymował przy wyjściu, tylko oczywiście było w ten sposób urządzone, że już 9 października jak szliśmy do niewoli, to były takie [punkty], gdzie Niemcy postawili żelazne kosze albo pudła, że trzeba było tam broń wrzucić i dopiero po wrzuceniu broni szło się dalej do Ożarowa. Było kilka przystanków, bo to regulują przepisy, że po godzinie marszu [wymagane jest] pięć minut czy ileś przerwy (już nie pamiętam), ale w każdym razie są takie przepisy.

  • Proszę opowiedzieć o akcjach, w których brał pan udział? Jak wyglądał szlak bojowy?

To było w ten sposób... My byliśmy w Śródmieściu – dzielnica, która najmniej ucierpiała w pierwszym okresie ataku Niemców, bo Niemcy zaczęli likwidować stopniowo dzielnice boczne. Chodziło im o przelot Alejami Jerozolimskimi, później Wolską i... Z Pragą to oni mieli połączenie, bo Praga była w rękach niemieckich i z Pragi przyjeżdżały czołgi na naszą stronę, jako żeby ostrzeliwać i zdobywać, natomiast my już nie mieliśmy dostępu tam, żeby przejść na Pragę czy coś. Tu były tak zwane placówki – to, co się zdobyło w pierwszych dniach i oczywiście jeszcze zdobywało się nieraz dom po domu, ale to już szło w wolniejszym tempie, bo pierwsze zaskoczenie było najważniejsze, bo łatwiej było coś zająć. Niemcy jednak też ludzie, też się bali. U nas najczęściej tak: albo dowództwo planowało zdobycie tego domu czy kilku domów i wtedy skupisko naszych wojskowych było troszeczkę większe i atakowaliśmy z dwóch, z trzech stron, zależy, nieraz z jednej. To różnie bywało, często w zależności od sytuacji terenowej.

  • Jak wyglądały dalsze walki?

Kilka pamiętam, ale niektórych placówek w ogóle nie pamiętam, dlatego że nas prowadzono, jeżeli to była wymiana tylko żołnierzy, to ten, który już wiedział, jak dojść, którędy, bo to często się przechodziło z podwórza na podwórze przez dziury wybite w murze, i tam się zostawało, bo zmieniało się kogoś. Natomiast jeżeli się zdobywało, to na przykład jak „Cafe Club” dla przykładu, to owinęliśmy sobie na polecenie przełożonego szmatami buty, bo po drodze było pełno gruzu i szkła, bo szliśmy przez kilka podwórek i żeby mniej chrzęściło. Atak na „Cafe Club” był bardzo udany, bo tam niby nie ponieśliśmy żadnych strat. Ktoś tam był zadraśnięty czy może postrzelony, ale to były sporadyczne wypadki w tym wypadku, jeżeli chodzi o zdobywanie „Cafe Clubu”. Z tym że tam zginęło, zdaje mi się, kilku, bodajże osiemnastu Niemców i uwolniło się kilku Polaków. Teraz niedawno słyszałem jakąś audycję czy czytałem u Kirchmayera, że tam mieli jako zakładników osiem kobiet, więc te kobiety, im się nic nie stało, zostały uwolnione, jeńców... Zdaje mi się, że stamtąd, bo jak tylko zdobyliśmy, już wiadomo było, że my panujemy, to zaraz trzeba było wysłać ludzi na sąsiednie tereny; że gdyby szła jakaś chęć odwetu, zajęcia tej placówki z powrotem przez Niemców, to żeby ostrzec i żeby bronić. Nas było chyba piętnastu, osiemnastu może, jak zajmowaliśmy „Cafe Club”, tak że mnie wysłali na ulicę Chmielną, też podwórzami wszystko, nie spacerkiem przez ulicę, i też tylko z pistolecikiem. To był dom zwalony od frontu – piętra dwa ścięte bombą, a reszta została, brama ocalała, klatka schodowa ocalała i z pozostałych dwóch pięter wystawała taka dwutorowa szyna. To była jedna z tych głównych, które utrzymują stropy. Ona była z gruzem w jednym kawałku – kawał gruzu z tej ściany oderwało się i ta szyna przewróciła się na jedną stronę, tam gdzie leżał gruz z frontowej części, bo do bramy troszeczkę wsypywał się gruz z tej kamienicy, która właśnie była ścięta. Ta szyna tak stała w bloku z cegieł na tym gruzowisku, które powstało z pięter, które opadły na ulicę. Stałem tam początkowo sam, bo jak zdobyliśmy „Cafe Club”, to trzeba było szybko obstawić ten teren, więc byłem tam. Po jakichś dwóch godzinach samotności na tym posterunku przysłali mi drugiego kolegę też z pistoletem, więc wyszedłem na gruzowisko, bo to już zaczęło świtać. Chyba mniej więcej o dwunastej w nocy „Cafe Club” braliśmy. Wyszedłem na gruzowisko, stanąłem za tą wystającą dwutorową szyną, bo ona była tak skręcona, że resztka tkwiła w murze domu, który jeszcze częściowo ocalał i stanąłem, żeby się rozejrzeć, czy ktoś podchodzi, bo miałem ten wał z ziemi, z tych gruzów usypany przed samą bramą. Patrzę: cisza, spokój, to chcę już odejść, jak gruchnie z granatnika pocisk, ale uderzył dosłownie jakby mierzył za tą szynę, więc mnie się nic nie stało, tylko podmuch rzucił mnie w klatkę schodową, która była w bramie. Uderzyłem nogami o ścianę i klap na tyłek. Później zaraz jeszcze przysłali trzeciego już z pistoletem maszynowym, to już byliśmy wielcy i odważni. To znaczy my nie mieliśmy prawa posuwać się, wychodzić stamtąd, tylko czekać, aż dostaniemy rozkaz co dalej, ale na tym odcinku, co byłem, to był spokój, żadnych podchodów niemieckich nie było. Później, już nie pamiętam, ale tam chyba byliśmy ładnych parę godzin, aż zorganizowali zmianę. Sanitariuszki przyniosły po kubku kawy, bo my wychodziliśmy gdzieś koło jedenastej, przez ulicę Bracką przeszliśmy i przed bramami na tyły kawiarni „Cafe Club”. Tą kawiarnię zdobywaliśmy też od tyłu, bo od frontu w ogóle nie było możliwości, dlatego że front był na przeciwko BGK. Tam było wejście główne, ale to było nieczynne. Nie pamiętam tylko jednej rzeczy, czy najpierw zdobyliśmy kawiarnię, bo obok były dawniej dwa lokale kawiarniane. To były duże sale, ale od podwórza, gdzie my atakowaliśmy to tam, jak dostaliśmy się, to kawiarniane lokale to były olbrzymie szyby na całą ścianę. One były potłuczone, a przejście na chodnik to było takie, że można było nogę przesadzić i można było przejść, ale tam ktoś zrobił barykadę z kafli chodnikowych w samym podwórzu, bo okna od frontu były oszklone, ściany, można powiedzieć, były od podwórza. Te barykady były ułożone z kafli. Nie wiem, kiedy to ułożono, czy to może nawet Niemcy jeszcze układali, bo jak były wybite szyby od frontu, to były równo z tymi kaflami na podwórzu, a podwórze było dość wąskie, asfaltowane. W lokalach kawiarnianych, które były obok „Cafe Clubu”, mieliśmy też strzelnice. To było połączone piwnicami. Tam właśnie nie pamiętam, czy wcześniej to zdobywaliśmy (ale mi się zdaje, że „Cafe Club” chyba wcześniej), czy później te piwnice. Jak zmieniają później załogę, to człowiek traci trochę orientację.

  • Co się działo dalej?

Nasze okienka z sąsiednich pomieszczeń „Cafe Clubu” wychodziły wprost na BGK, tylko że to były piwniczne okienka przy samym chodniku. Tam nawet przez długi czas pięć-sześć dni stał czołg niemiecki. Przez właz górny tego czołgu wisiał położony na brzuchu Niemiec. Ten czołg był uszkodzony, Polacy mu uszkodzili gąsienice, więc nie mógł ruszyć. Dopiero musiał przyjechać drugi czołg, żeby go wziąć na hol. Trup leżał brzuchem na tym włazie, tak że musiał leżeć ładnych parę dni, bo ubranie było już na nim całe napięte – spuchł po prostu.

  • Co się działo później? Gdzie państwo przeszli po akcji na „Cafe Club”?

„Cafe Club” był 25 sierpnia i tam trzymaliśmy się chyba do 5 września. Stamtąd nas wykurzono, to znaczy Niemcy zaatakowali i zdobyli, i my musieliśmy się cofnąć. To był chyba 25 sierpnia. W każdym bądź razie, jak wycofaliśmy się, to wróciłem do koszar i ci, którzy tam jeszcze ze mną byli – nas dwóch.

  • Gdzie były te koszary?

Na Górskiego. [Gimnazjum] Górskiego było niezniszczone. Przyszedłem chyba tak nad ranem. Był kolega... Wtedy już było zarządzenie, że nie wolno nikomu na piętrach zostawać, tylko wszyscy [mieli siedzieć] w piwnicach, dlatego że bombardowanie było bez przerwy. Uważano, że piwnica trochę chroni. Przyszedłem. Był kolega, który był ranny w nogę odłamkiem granatu. Niegroźna rana, ale w każdym razie został wycofany ze służby na parę dni. Mówię: „Jasiu, jestem potwornie zmęczony”. Wróciłem właśnie po paru dniach (nie pamiętam, po ilu już), to ani wyspać się, ani zjeść przyzwoicie, ani nic. Zostałem w tej piwnicy. Mówię: „Wiesz co, muszę się przespać”. Wystawiliśmy jedne drzwi, a ponieważ to była piwnica i tam przy murze jest często wyskok muru na dole, i były skrzynki po warzywach, bo to były piwniczne pomieszczenia. Mówię: „Chodź, wystawimy jedne drzwi, to się położę”. On mówi: „Wiesz, ja też bym się położył”. Na jednych drzwiach położyliśmy się trochę przespać. Obudziłem się, bo potrzebowałem wyjść do toalety. Idę korytarzem. Zastępca drużynowego mówi: „»Skórski«, zgłoście się do szefa kompanii”. – „Zaraz”. – „Dobrze”. Poszedłem. [Zastępca drużynowego mówi]: „Wy i strzelec Adam pójdziecie na uzbrojenie placówki do »Colosseum«”. – „Tak jest!”. Jeszcze mówi: „Chwileczkę, weźcie wszystkie swoje rzeczy, bo to nie wiadomo, jak to będzie. Wyjdziecie zaraz po obiedzie – będzie obiad, zaraz po obiedzie wymarsz. Wziąć swoją torbę i plecak”. Wyszedłem chyba koło trzeciej. Obiad był koło drugiej. Były jakieś kluski, trochę tynku w tym. Poszedłem do „Colosseum”, bo drogę znałem. Od tyłu oczywiście, bo tam... „Colosseum” to było przedwojenne kino, które zostało zbombardowane w 1939 roku i tam były nadpalone resztki. Sufit był szklany, to znaczy to była kratownica metalowa i w to powstawiali szyby mniej więcej dwadzieścia na piętnaście czy na trzydzieści centymetrów. Niemcy przed tym przelecieli kilkakrotnie, rzucali bomby zapalające i nam w tej metalowej kracie pozostawały resztki podłoża tej szyby, bo nie na samym metalu leżały, tylko na... Wszedłem tam nawet na kratownicę, ale myślę, że strzelają, bo ostrzał artyleryjski był, bo samoloty przeleciały, zrzuciły parę bomb zapalających, tam chyba jeszcze burząca też była, i odleciały. Myślę sobie, że nie ma co, bo jak spadnę, to z samego upadku łeb stracę. Wycofałem się. Zaczyna się zbiórka wszystkich, którzy przyszli do „Colosseum” i kolega... Dowództwo – rotmistrz „Leliwa” był tam dowódcą, ale przekazuje „Gonzadze” (temu podchorążemu), żeby wybrał sobie ludzi do obrony, bo już ruszyli, Krakowskim Przedmieściem idą czołgi i wojsko niemieckie. W dwuszeregu się ustawiliśmy, ten wybrał nas i od razu obstawił stanowiska. Jak była od strony Nowego Światu... Tam nie było bramy, bo też była spalona, i był zwyczajny otwór bez bramy, bez niczego, tylko wejście na salę – na dawną widownię kinową, z tym że tam leżał gruz i to było już przez ludzi wydeptane, bo tamtędy było przejście do ulicy Górskiego. To były gruzy ubite nogami ludzkimi. Dostałem miejsce z kolegą, z którym zaprzyjaźniłem się serdecznie już w czasie Powstania.
  • Jak się nazywał kolega?

Jacek Filepowicz pseudonim „Kurzawa”. Dostaliśmy sąsiednie punkty... Za widownią było foyer, czyli kiedyś mogła tam być poczekalnia czy bufet, czy coś takiego. Tam przejście było tylko przez dziurę wybitą w tym murze, tak że jeden człowiek spokojnie mógł przejść. Dostaliśmy te miejsca. Zaczyna się atak. Niemiecki czołg podjechał od Smolnej, bo brama nasza, której oczywiście nie było, tylko [pozostał] ten wlot, to mniej więcej był na wysokości wylotu ulicy Smolnej na Nowy Świat. Ten czołg, bo widziałem go, stanął troszeczkę na skos i w naszą stronę oddał parę strzałów, więc musieliśmy wycofać się z tej pierwszej pozycji, bo pociski niestety nie były ślepymi pociskami. Później za tą ścianką część jeszcze została czy wróciła, jak skończył się ostrzał z czołgu, to część chyba wróciła na widownię. Zaczął się... Nie. Jeszcze do końca dnia broniliśmy się tam, nie wpuściliśmy Niemców. Dopiero następnego dnia od rana szturm niemiecki. Też podjechał czołg. Czołgi często podjeżdżały Krakowskim Przedmieściem, możliwie jak najbliżej, z tarczą z żywych ludzi, to znaczy z Polaków pędzono przed czołgiem, a Niemcy, którzy mieli atakować, szli za czołgiem. W każdym razie atak zaczął się już następnego dnia. Siły niemieckie były wzmocnione, większa ilość żołnierzy i zaczęli nas zasypywać gradem i granatów, i pocisków z broni maszynowej, której nam owało niestety, więc musieliśmy się wycofać właśnie za ten murek dzielący widownię od foyer. Tam się broniliśmy do następnego dnia. Następnego dnia znowu szturm i zostałem ranny w rękę odłamkiem granatu, a Jacek „Kurzawa” dostał cztery odłamki, ale tak: dwa zupełnie niegroźne w jedną rękę, w drugą, ale dwa odłamki wpadły mu w jamę brzuszną. Od razu zemdlał czy stracił przytomność. Sanitariuszki wzięły go na stół. Mnie opatrzyły szybko, bo to tylko ręka, ale nie mogłem też brać udziału, bo to akurat [dłoń], tak że prawa ręka, a z lewej nie umiałem strzelać. Sanitariuszki mówią: „To trzeba natychmiast do szpitala, bo w brzuchu zbiera się krew”. Jacek „Kurzawa” bardzo szybko stracił przytomność. [Zawołano] sanitariusza, „Potrzeba czterech do noszy”. Na Chmielnej przy Marszałkowskiej po prawej stronie idąc od Zgoda do Marszałkowskiej, tam był najbliższy szpital, więc mówię: „Lewą rękę mam zdrową. Mogę być jako jeden z tych czterech”. Ja z sanitariuszem z tyłu, na przodzie dwóch innych się znalazło, którzy byli wolni czy tam zrobili sobie wolne i zanieśliśmy go na Chmielną. Postawiliśmy w bramie nosze. Sanitariusz skoczył do piwnicy, bo tam był szpital. Zaraz przyleciał lekarz, zrobili jeden, drugi zastrzyk, ale to już nic nie pomogło. Tak się wydaje, że to jest krótki odcinek, jak się idzie spacerem albo jak się jest zdrowym, ale przez podwórza różne to znacznie ciężej i dłużej się idzie po prostu, bo gruzy, omijanie... On tam został. My wróciliśmy do koszar. W „Colosseum” byłem do dziewiątej czy mnie odesłali – nie pamiętam.

  • Co się stało później z „Kurzawą”?

On został w szpitalu w bramie – umarł tam.

  • Od razu się pan o tym dowiedział?

Od razu dowiedziałem się, lekarz to stwierdził. Został pochowany, bo przed tym szpitalem był placyk, na ulicy już, gdzie była trawa. Płyty chodnikowe były pozrywane i tam już było kilka grobów. Oni tam go pochowali. Po wojnie zgłosiła się do mnie jego matka. Nie wiem, jakoś dostała adres i zapytała. Opowiedziałem jej wszystko, co jak było.
Mnie odesłali... Ponieważ miałem tą ranę brzydką, bo to wyglądało jakby było poszarpane, więc prosili, żeby ci, którzy są ranni w rękę na przykład czy tak, że mogą chodzić i mają gdzieś znajomych czy kwaterę, bo szpitale były już przepełnione, to żeby się ulokować na kwaterze i po paru dniach się zgłosić. Dowiedziałem się jeszcze wcześniej, że jak nasze koszary na Górskiego zostały zbombardowane, to lokal mieliśmy obok [domu] braci Jabłkowskich na Brackiej w stronę Chmielnej. Tam były dwa domy, to jeden z nich, to my dostaliśmy na miejsce kwaterunkowe. Tam byłem parę dni, nie, tam już byłem dłużej. Normalnie chodziłem już na placówki, bo akcji specjalnych nie było, bo Niemcy byli bardziej zainteresowani wtedy Wolską, Wolą w ogóle, Starym Miastem (31 sierpnia Stare Miasto padło albo 1 września), bo Stare Miasto, jak się wycofali żołnierze, to część przyszła do nas do koszar, ale to było jeszcze jak Górskiego było nietknięte jako budynek, ale później to...
W „Colosseum” to była świetna rzecz, bo to był magazyn żywności i napojów alkoholowych. Napoje alkoholowe mnie mniej interesowały, ale... Jak weszliśmy do podziemi, gdzie ogień częściowo zajął piwnice, bo nie wszystkie piwnice były zajęte ogniem, były śledzie w beczkach. Tam był taki dym, że nie można było wytrzymać. Mówię do kolegi: „Słuchaj, zerwiemy gdzieś firanki, gdzieś, gdzie są niepotrzebne, owiniemy sobie twarze, latarki mamy. Głęboki łyk powietrza na zewnątrz i do piwnicy”. Jeden świeci, jakąś miseczkę mieliśmy i śledzie łapami w miseczkę i uciekamy. Tak kilka razy obróciliśmy. Śledzie marynowane uwędzone w dymie – lepszych śledzi w życiu nie jadłem.

  • To było w „Colosseum” czy w „Cafe Club”?

W „Cafe Club”. Tam zresztą sporo też żywności...

  • Wracając do „Colosseum”, proszę jeszcze wspomnieć o dowództwie. Czy ktoś jeszcze został ranny?

Tak. Tam jeszcze była taka sytuacja, że jak... Wycofaliśmy się do foyer i... Jak się wycofywaliśmy (bo musieliśmy się wycofać pod takim silnym ostrzałem), został jeden z naszych kolegów z mojej drużyny, pseudonim „Doman”, nazwiska nie pamiętam, krzyknął tylko: „Koledzy, leżę tu pod ścianą z prawej strony, ale jestem unieruchomiony. Jestem ciężko ranny w głowę”. Zamilkł, więc rotmistrz „Leliwa” przez to przejście na jedną osobę wskoczył tam, ale w samym przejściu dostał postrzał w nogę, gdzieś w łydkę, bo mu przecinali oficerki, żeby zdjąć... I umilkł. Jak się okazało, on został dobity przez któregoś z Niemców, bo byli tam blisko, atakowali. Niestety ślad po nim zaginął, bo w ogóle później nie było ciała. Niemcy widocznie gdzieś uprzątnęli ciało. Tak że taki przykry wypadek, że może by i żył dalej, bo jeżeli normalnym zdecydowanym głosem męskim powiedział: „Koledzy, jak możecie, to mi pomóżcie, bo jestem ranny”. Powiedział, że w głowę [jest ranny], ale Niemcy go wykończyli. W związku z tym major „Leliwa” wskoczył, został ranny od razu postrzał w nogę, tak że w ogóle za ten murek już nie przeszedł. Mieliśmy takiego kaprala, którego nazywałem zupakiem. To jest taki kapral, który się podlizuje bez przerwy, tylko szuka okazji, żeby się zamelinować, schować albo zaszkodzić komuś. Koło tego majora się kręcił jeden z naszych kaprali (nawet z cenzusem) i jak ten major już się wycofał z tego przejścia, to on podskoczył, [złapał] go pod rękę, dwa czy trzy kroki miał do tego stołu, bo tam stał duży stół, żeby sanitariuszki mogły coś robić. Pod rękę go [złapał], chociaż ten na tej rannej nodze mógł iść też, bo co to, dosłownie jeszcze z dwa, trzy kroki. Co najlepsze jest w tym, bo mamy „Echo”, gdzie jest dużo osób wymienionych, gdzie zginęli, gdzie byli i tak dalej. To w tym przeczytałem dopiero, że on, bo on podawał swoje, mówił to, co chciał powiedzieć, bo ja nie byłem przy tym, jak on mówił. Tam jest powiedziane, że wyciągnął rannego oficera spod ostrzału. Nie chciałem nic mówić. On już nie żyje, ale umarł naturalną śmiercią. Mało tego, [twierdził], że sam będąc rannym, wyciągnął tego oficera spod ostrzału. Był w jednym baraku ze mną w niewoli od samego początku, bo później awansował jako z cenzusem na podporucznika, to oficerowie byli przewiezieni do innego obozu. Myślę sobie: jak można być bezczelnym. Spod ostrzału, sam rannym będąc i on wyciągnął? On go nie dotknął, mało, to nie wyciągnął go, bo on w ogóle nie upadł, sam przeszedł mały kawałek, przejście w murze i [padł] w samym przejściu. Niemcy widzieli, że to przejście jest jedno jedyne z tej strony, to przecież wystarczyło postawić pistolet maszynowy i faceta, i tylko naciskaj, jak ktoś się pokaże. Niech ma na swoim sumieniu. Poza tym byliśmy w niewoli. Ani bandaża, ani na opatrunek, ani... nic. Był chyba nielubiany, bo nie miał żadnych kolegów jakoś, zawsze sam. Zresztą długo nie był z nami, bo później tych panów, którzy dostali awanse po Powstaniu, wzięli do obozu oficerskiego.

  • Co się działo, jak już był pan na Brackiej?

Normalna służba, bo zacząłem już chodzić na [akcje], ale powiem szczerze, że najczęściej to nie były ataki grup, bo miałem jeszcze rękę w bandażach, ale w międzyczasie jeszcze chodziłem na różne placówki, które były utrzymywane przez nas dłuższy czas, z tym że wielu placówek nie pamiętam, dlatego że prowadzenie przez podwórza to mnie gubiło trochę. To znaczy nie wtedy, bo wtedy byłem dobrze zorientowany, bo prawie wszystkie przejścia znałem, ale po tylu latach, jak się wraca do tego, to jednak pamięć jest zawodna.

  • Gdzie pana zastała kapitulacja? W którym momencie?

Byłem wtedy już na Brackiej obok [domu] braci Jabłkowskich. Tam już kwaterowaliśmy. To znaczy jeszcze do końca Powstania tam chodziłem na jakieś posterunki czy na patrole, takie różne rzeczy... Zapomniałem jeszcze powiedzieć o czasie, jak na Górskiego były koszary, czyli bardziej usystematyzowany tryb życia. W wolnych chwilach... Były balony – słoje szklane pięćdziesięciolitrowe w koszach i dwóch nas (ci, którzy byli w koszarach, wolni wtedy) brało słój i wysłani byli na Bracką (nie pamiętam, czy [numer] 20 czy 22). Tam była pompa głębinowa i tam cywilna ludność też brała wodę, z tym że jak wojskowi przychodzili, to mieli pierwszeństwo. Przepuszczali po prostu, bo my nabraliśmy pięćdziesiąt litrów wody i z powrotem do koszar, żeby tam dać tym, co potrzebują przeważnie do gotowania.
Później przenoszenie. Rosjanie zrobili nam kilka zrzutów. Na przykład w workach, zwykłych workach, czarny suchy chleb zrzucali z samolotów, z kukuruźników, bez spadochronów, bez niczego, więc pokruszył się; amunicję, bo oni nam rzucili też kilka działek przeciwpancernych. To były świetne [działka]. To było działko, przypuśćmy, jak karabin maszynowy na stojaku, ale była odejmowana lufa, bo tak żeby był... Naboje były przede wszystkim 27 milimetrów. To już jest duży kaliber, bo pistolet ma przeważnie osiem [milimetrów], dziesiątka to już rzadko bywa, a to były pociski tej długości, które przebijały pancerz czołgu a najlepiej było trafić w gąsienicę, bo jak się trafiło w gąsienicę, to czołg jest już do niczego – on się wkoło może kręcić tylko, bo ma napęd na jedną stronę. Dlatego ten Niemiec tak parę dni czekał przewleczony przez właz, bo nie mogli podjechać Niemcy, bo musieli znowu drugim czołgiem podjechać, ale kiedyś wzięli. Nie było mnie wtedy na tej placówce przy Nowym Świecie, nie widziałem tego.

  • Czy przez całe Powstanie miał pan przy sobie broń?

Nie, dlatego że my broni nie mieliśmy prawa mieć, bo broni było tak mało, że jak tylko wychodziliśmy z gmachu na jakąś akcję czy placówkę (bo jeżeli na placówkę – przypuśćmy zmiana załogi na placówce), to szliśmy bez broni, tylko broń zdawali nam ci, których zwalnialiśmy, a jeżeli szliśmy na nową placówkę, to dostawaliśmy dopiero na wartowni, bo cały czas owało nam broni, więc dlatego przy sobie tylko oficer mógł trochę zachachmęcić i wziąć nosić na pasku, a tak to cała broń była zawsze [na wartowni]. Owszem, oddział szturmowy, który był – to było kilkunastu ich – to oni mieli nawet w sypialniach [broń]. Jeżeli spali w koszarach, wtedy kiedy koszary były jeszcze, to oni mieli prawo wziąć do siebie, że załóżmy zerwą ich w nocy i żeby nie szukał gdzieś tam, to musi mieć swoją broń. Tak że z bronią długi czas były problemy. Pod koniec Powstania to też miałem pięknego visa, ale ponieważ to już, jak wiedzieliśmy, idziemy do niewoli, a byliśmy tym oddziałem, który miał broń przy sobie jako kompania zdająca miasto, to w gruzach rozebrałem magazynek, później lufę, to, co mi się udało rozebrać i każdą część gdzie indziej w gruzach wyrzuciłem, bo tak jakbym wrzucił do kosza, to była broń, na którą Niemcy byli łasi, bo wielu żołnierzom taka broń to się bardzo podobała.

  • Czy w czasie Powstania miał pan jakikolwiek kontakt z rodzicami?

Jeden jedyny, bo ten kolega, który załatwił telefonicznie miejsce na Górskiego, co nie przyszli wysłannicy, [którzy] mieli nas zawiadomić o miejscu, to ja... Przyszli rodzice właśnie tego Janka, z którym wyszedłem na Powstanie. Jak zobaczyłem, że przyszli do niego rodzice, a on jakoś dał znać, może listownie, ale w liście nie wolno było podawać adresu, tylko numer, to napisałem zaraz kartkę do rodziców i powiedziałem, że widziałem się z rodzicami Jasia – rodzice wiedzieli, kto to jest. Rodzice przyszli w ciągu dwóch dni. Ta kartka bardzo szybko doszła. Przynieśli mi garnuszki z jedzeniem, a ja akurat szedłem gdzieś na placówkę w płaszczu nieprzemakalnym (to nie tyle był płaszcz, bo to była nieprzemakalna płachta zakładana przez głowę, a tu były prostokąty, które się wiązało na troki). To były niemieckie płaszcze na deszczową pogodę. To jednak przed deszczem dużo chroniło. Napisałem, że widziałem się z rodzicami [Jasia], to rodzice poszli do nich i dowiedzieli się, gdzie jestem, ale akurat byłem już przed bramą, wychodziliśmy, staliśmy w dwuszeregu. Szliśmy przejąć, objąć placówkę, tak że też byliśmy bez broni, bo tam byśmy dostali, to rodzice zostawili na wartowni garnuszki. Tylko jak wróciłem następnego dnia, to garnuszki były, ale nieumyte nawet. Z rodzicami widziałem się raz i raz na lewą przepustkę poleciałem, jak kolega stał na warcie, a ja wróciłem z placówki rano. Mówię: „Słuchaj, wróciłem przed chwilą, to ile czasu stoisz?”. – „Będę dwie godziny”. To ja biegiem z Górskiego na Radną. Dla mnie – dla chłopaka – to było z dziesięć minut i wróciłem zaraz oczywiście. To byłem raz w domu, ale byłem z dwadzieścia minut, piętnaście może. Gosposia była, a ponieważ chodziłem do gimnazjum, uważałem, że fosfor znajduje się w fasoli, grochu, to gosposia zaraz miała obowiązek troszeczkę fasoli codziennie [przygotować], żebym miał na masełku. Jak przyszedłem, to zdążyła ugotować trochę fasoli, [zjadłem] i zaraz znowu z powrotem. To była wizyta niespodziewana, ale... Później już nie, bo... Szóstego września, jak już poszedłem do „Colosseum”, bo to było 6 września, to już Powiśle było zajmowane wtedy przez „ukraińców”. Rodzinie udało się przeżyć, ale naszą gosposię zastrzelili i kogoś jeszcze, bo krzyczeli, żeby wychodzić z piwnicy, więc ojciec z młodszą córką mieli wyjść, a starsza mówi: „Chwileczkę, chwileczkę poczekajcie na mnie i na matkę”. Gosposia poszła z jakimś lokatorem, to ich ciała jeszcze tam były, jak wróciłem 23 maja. W piwnicy leżały jeszcze pod... To był gruz, bo to już też było wypalone, sypało się, bo dopiero później sprzątali ciała. Później uczestniczyłem… Bo spotkałem też w czasie Powstania brata ciotecznego, który był w załodze elektrowni, ale dowiedziałem się od kogoś, że leży w szpitalu na Kopernika, to też na Kopernika wyskoczyłem kiedyś na parę minut. On miał dwie nogi przestrzelone. Jak przyszedłem, to jedna sanitariuszka jechała do elektrowni służbowo i on prosił, żeby go zabrała, że on chce być ze swoimi chłopakami, i go zabrała. Niestety zginął tam od bomby, a szpital ocalał. Trudno, tak się zdarzyło.
Na przykład w międzyczasie, jak siedziało się w koszarach, [trzeba było] przenieść rannego na noszach na drugą stronę Alej [Jerozolimskich]. To było uciążliwe, o tyle trudne technicznie, bo tam była kostka w jezdni (tam była kostka kamienna przed wojną) – wyjęte trochę tej kostki, położone obok i tam, gdzie wybrali tą kostkę, to w nocy co jakiś czas sypali łopatami ziemię na tą kostkę, która jest wyżej, żeby zrobić rodzaj barykady. Nieśliśmy rannego we dwóch i musieliśmy noszami, bo to na noszach nieśliśmy, [przesuwać] tą ziemię, która była kiedyś pod kamieniami, a w tym momencie była już podłogą. Jeden z nas pchał tego rannego, on jęczał, ale musiał, bo przecież nie mogliśmy unieść, dlatego że wychylenie głowy to już nas narażało na ostrzał z BGK. Takie zajęcia [mieliśmy].
Poza tym na Mokotowskiej była fabryka granatów. Tam z różnych naboi, które rzucali „radzianie”... Te naboje były pokrzywione. Taka łuska już się nie nadawała do niczego, nie wejdzie w lufę, tylko ją blokuje. To przeważnie dawało się kobietom albo rannym, którzy mają wolne ręce. Oni dłubali to, wysypywało się, później dawało w worki. Tam wtedy był już drugi przekop, bo jeden był rodzaj barykady (ale to duże słowo), plus dołek po kaflach, kamieniach i na drugą stronę Alej [Jerozolimskich] na Mokotowską to trzeba było przenosić i tam była wytwórnia granatów. To były nieduże worki, robiło się plecaki – tu sznurek, tu sznurek, zawiązane końcówki i tutaj, żeby na ramiona, bo wyjście było takie, że... Nie wiem, który numer to był Alej [Jerozolimskich], ale po prawej stronie, idąc od Wisły, jakoś wykopali (nie wiem nawet kiedy) w chodniku dziurę, kafle wyrzucili i na drugą stronę Alej [Jerozolimskich]. Z tym prochem przechodziło się w ten sposób, że trzeba było w bramie się rozpędzić, bo ściana w tej bramie była wysiekana od broni maszynowej z BGK, więc lubiłem zawsze iść pierwszy w takich wypadkach. Stawałem na końcu bramy, rozpędzałem się i wskakiwałem. Pierwszy raz to nie wiedziałem, jak głęboko będę leciał, bo to był tylko taki otwór, żeby człowiek się zmieścił z tym plecakiem. Tak kilka razy też przechodziłem, przenosząc materiał wybuchowy.
Takie właśnie były różne zajęcia jak noszenie [wody], ale byłem właściwie strzelcem – cały czas byłem strzelcem. Nawet nie wiedziałem, gdzie kuchnia jest u nas na Górskiego, w ogóle nie wiedziałem, bo nigdy, bo nieraz lekko rannych brali, żeby ziemniaki obierali czy coś. Jeden był na przykład zasypany pod gruzami parę godzin i jak go odkopali, to był półprzytomny. Później następnego dnia dochodził [do siebie], ale już był taki oszołomiony. Jak się do niego coś mówiło, to trzeba było powiedzieć wolno, wytłumaczyć. Nasze panie z kuchni mówiły: „Chodź, pójdziesz ze mną, posiedzisz w kuchni, trochę kartofli obierzesz”. To on szedł jak automat. Przypuszczam, że może później wyzdrowiał w ogóle. Mnie przy tym nie było, jak on był zasypany.
  • Dokąd nieśliście ciało rannego przez Aleje Jerozolimskie?

Na Mokotowską, tylko nie pamiętam, który numer. Tam też był jakiś szpitalny oddział. Jak przeszliśmy na drugą stronę Alej [Jerozolimskich], to z BGK już nam nic nie groziło, bo byliśmy zasłonięci przez domy, które były na Brackiej (czy tam po drugiej stronie jest kawałek Brackiej), ale chyba szliśmy do Kruczej, ale na Mokotowską to pamiętam jak dziś: żelazna brama, to było przed ulicą Piękną, idąc Mokotowską w stronę palcu Zbawiciela od Alej [Jerozolimskich]. To była duża, olbrzymia kamienica, która ocalała – duża żelazna brama, dwuczęściowa chyba, ale dom, ta część, gdzie jest brama, to dom jest w głębi postawiony tak, że tu jest jakby duże podwórze, to tam była ta fabryka, wytwórnia granatów.

  • To był już wrzesień?

Nie, to było jeszcze wcześniej niż we wrześniu. To było w sierpniu na pewno. Może po drugiej stronie, nie orientuję się, w którym momencie Niemcy to mogli zająć, bo to były zdrowe budynki, prawie że do Pięknej dochodziły te domy po prawej i po lewej. Te domy chyba ocalały nawet.

  • Czy miał pan dostęp do informacji: do radia, do gazety?

Gazety były drukowane w czasie Powstania u nas, to znaczy gdzieś w drukarni, tylko że nie wiedziałem gdzie, tak że prasa była. Oczywiście nie codziennie. To były często komunikaty przepisywane – gazetki, normalne gazetki można powiedzieć, to było czterostronicowe nieraz i informacje z innych dzielnic, bo my nie mieliśmy orientacji o całości Warszawy. Często były trudne kontakty z inną dzielnicą, bo akurat była odcięta czy to czasowo, czy coś. Poza tym były takie dzielnice, które prawie bez przerwy miały front, walkę. Najbardziej to chyba Wola ucierpiała. W dodatku tam było dużo morderstw ze strony Niemców i podobno rannych wyrzucali przez okno. A tak to prasa była. Były też robione różne plakaty.

  • Jak wyglądało codzienne życie poza walką, poza akcjami? Czym się zajmowaliście?

Nieraz siedziało się nawet w koszarach. Mówię o Śródmieściu, które było dopiero jako ostatnie wzięte w kleszcze. Rzadko się zdarzało, żeby siedzieć bezczynnie w koszarach, zawsze coś dowództwo wynalazło. Chodziło się po ziarnotę na zupkę „pluj”. To było żyto i był też jeszcze owies. Jak nie było co jeść, to sanitariuszki gotowały te ziarna w łupinach i to była później zupka „pluj”. Jak się wzięło łyżkę, to przecież trzeba było wypluć ostre łuski.

  • Co się działo w październiku?

W październiku to już była końcówka, bo my byliśmy do 9 października, ta tak zwana kompania osłonowa, ale już od samej kapitulacji, od 2 października nie było walk. Owszem, nam się zdarzyło na Brackiej właśnie, że jeden z naszych przechodził (okna wychodziły na ulicę), po drugiej stronie był budynek i przechodził, i dostał postrzał z przeciwnej strony ulicy. Teraz ma pół szczęki, nie wiem jak ma, bo go widziałem kilka razy na zebraniu, ale akurat nic nie mówił – siedział i czytał gazetę. Przypuszczam, że ma bardzo duże trudności w mówieniu, bo tutaj przecież jemu nie zrobili wtedy jakiejś operacji. Widać, że mu uje części twarzy. Skórą zarośnięte wszystko jest.
Na nudzenie się [w czasie Powstania] nie było czasu. [Musieliśmy] broń oczyścić, sprawdzić to. Poza tym chodzenia po mieście było trochę, oprócz samych zbrojnych akcji. To aresztowanie Niemca... [Mnie] też kiedyś w nocy poderwali, żeby iść po cichu – podejść na Chmielną gdzieś. Później raz w nocy mnie budzą, zastępca drużynowego [mówi]: „»Skórski«, ubierz się po cichu i chodź”. Ubrałem spodnie, buty, kurtkę, idziemy. Mówi: „Słuchaj, tylko nie wolno ci powiedzieć, coś robił i gdzie byłeś”. Mówię: „Dobrze”. Co się okazuje? Stacje radiowe zmieniały miejsce postoju, jak nadawały, bo Niemcy mogli namierzać, więc mnie zawezwali, żeby pedałować, bo to był rower – tylne koło w powietrzu i ono napędzało akumulatory, tak że niby prosta sprawa, ale chyba dwie godziny kręciłem na tym rowerze, żeby prąd wytworzyć.
Pod PAST-ą na pewno byłem dwa razy, a może trzy. Dlaczego mówię, że pod PAST-ą? PAST-a została zdobyta dopiero chyba 21 czy 22 sierpnia, a tak to był ostrzał, pilnowanie, żeby Niemcy nie wychodzili, żeby Niemcy nie wchodzili, zresztą oni byli odcięci. Byłem akurat świadkiem ten jeden raz, bo po drugiej stronie ulicy były jeszcze kamienice i byłem świadkiem nieszczęśliwego przypadku. Skoczył do bramy jeden z naszych i przewrócił się, bo jak najszybciej przebiegał z sąsiedniego domu, żeby zmienić pozycję. Przewrócił się i stanął w płomieniach. Miał w kieszeni w spodniach butelkę zapalającą i jak się przewrócił, to ona mu się zbiła i zapalił się. Nie wiem, w jakim [był] stanie, bo zaraz dalej musiałem iść (nie pamiętam, też gdzieś z bronią byłem), więc przykry widok. Sanitariuszki się nim zajęły, ale co dalej, to już nie wiem, co się stało. Tak że i takie zwykłe wypadki zdarzały się, ale na szczęście rzadko.

  • Proszę opowiedzieć o tym, jak już był pan w Ożarowie. Co się potem działo?

W Ożarowie byliśmy od 9 października, bo wieczorem 9 października dotarliśmy do Ożarowa i chyba trzy noce byliśmy w Ożarowie. To była hala fabryczna i tam były trociny wysypane, żeby położyć się. Na dziedziniec tej fabryki [prowadziły] tory, wjechały wagony towarowe i nas [zagonili] do wagonów towarowych. To nas musiało być... Może część była z wcześniejszego transportu, bo nas był prawie że cały pociąg. W tym wagonie, w którym byłem, było nas pięćdziesięciu trzech czy dwóch (nie pamiętam). Przypuścimy, otwierali... Pod semaforem, jak się zatrzymywał pociąg, to otwierali, bo byliśmy nie plombowani, tylko drutem zakręcani, żeby nie otworzyć od wewnątrz, ale potrzeby fizjologiczne też istniały, więc paru miało noże, to w podłodze drewnianej (tam takie grube dechy były) zrobili dziurki i kto musiał, to siadał. W jednym wagonie sami mężczyźni, w drugim wagonie kobiety, to jak się pod takim semaforem stanęło, wachmani, którzy eskortowali nas, wiedzieli, że tam ileś czasu mają, to otwierali wagony i do rowu, żeby wyskoczyć za potrzebami. Tutaj był wagon z kobietami, tutaj z mężczyznami, każdy majtki w dół. A co miał robić? Później sygnał, wachman jeden z drugim krzyknął: Abfahrt! Abfahrt! Trzeba było się spieszyć, żeby wejść z powrotem do wagonu, tak że to...

  • Gdzie was przewieźli?

Wylądowaliśmy w Neuburxdorf, niedaleko Mühlbergu, tylko Mühlberg... Jest zresztą miasto Mühlberg, ale tam był obóz, tylko nie w samym mieście, tylko na przedmieściach. Jak to określić? Na zachód od Warszawy, ogólnie określając. Jest nazwa Mühlberg na mapie, z tym że później troszeczkę powędrowałem tam. Byłem zawieziony do obozu. Tam sanitariuszka zrobiła mi raz opatrunek, po paru dniach znowu, ale wysłali mnie na tak zwaną komenderówkę – to jest miejsce pracy dla jeńców. Trafiłem do fabryki części samolotowych, to znaczy tam tylko płaty zszywaliśmy nitami. Praca polegała na tym, że jeden trzymał puc żelazny i wsadzał nit, bo zrobili dla nas, żeby nas nauczyć, taką całą podziurawioną symetrycznie blachę. Jeden trzymał puc żelazny, wsadzał nit i przytrzymywał, a drugi pneumatycznym młotem ten nit zabijał, po prostu żeby spłaszczyć go. Popracowałem tak ze dwie godziny, ociągaliśmy się. Mówię do tego, który trzymał [blachę], bo ja pistoletem pracowałem: „Słuchaj, wiesz co, chodź, obskoczymy tą tablicę” – bo to takie nudne. Trochę szybciej zacząłem pistoletem działać, leci majster. Mówi: O mein Gott! Nicht so schnell! Ich habe keine Niet! (Nie tak szybko, nie tak szybko. Ja nie mam nitów). Mówię: „Jak on mówi mi, że nie tak szybko, to siadamy sobie gdzieś tutaj”. Ale coś mnie ręka tak… mokro się zrobiło trochę. Poszedłem, opłukałem ręce, dobrze. Jak się okazuje, następnego dnia mam otwartą ranę. A mieliśmy bardzo sympatyczną Niemkę – sanitariuszkę – w tym obozie, gdzie byliśmy. Poszedłem, zgłosiłem się do niej, a ponieważ trochę mówiłem po niemiecku, lepiej od innych, to ona zorientowała się i prosi, żebym został, jak ona pacjentów [przyjmuje]. Ten łapie się za brzuch, ten za głowę, żeby lepiej powiedzieć słownie, więc parę słów przetłumaczyłem raz, drugi, to ona mnie prosi, żeby przyjść jutro też, to będę Dolmetscher, czyli tłumacz, bo nie wszyscy mówią po niemiecku. Trafiłem na takiego wariaciuńcia – jeden z naszych też, tylko młodszy ode mnie chłopak, może z piętnaście lat miał. Nie wiem, po co on przyszedł do sanitariuszki. Zaczyna coś mówić: „Siostro, a co to jest?”. Tłumaczę jego pytanie, a ona mówi: „To jest taki proszek: jajka, cukier, miód dla matek karmiących”. – „Oj, siostro, siostro. Jestem matką karmiącą! Siostra da trochę”. Uśmiechnęła się, słój zdjęła, łychę stołową wzięła. Mówi: „Otwórz usta”. Dała mu. On mówi: „Jakie dobre!”. Ona mówi do mnie, żebym został jeszcze. Zostałem. Przyniosła drugą łyżkę, on poszedł już. Ona mówi: Noch einmal? (Czy jeszcze raz?). Jeszcze raz. Później codziennie jak tam szedłem, bo chodziłem tam parę kolejnych dni, to codziennie dostałem dwie, trzy łyżki takiego pokarmu dla matek. To było tak smaczne, słodkie: jajka, cukier, miód. Mówiła mi składniki, tylko już nie pamiętam teraz. Rana się nic nie zmniejszyła, tylko rozeszła się jeszcze dalej. Ona założyła mi opatrunek, rywanolem przemyła i mówiła, żebym przyszedł następnego dnia. Tak chodziłem, ale mówi: „Nie, to trzeba do lekarza”. Do lekarza do Meißen mieliśmy siedem kilometrów, to oczywiście poszedł jeszcze jeden ze mną do lekarza (nie wiem, z czym). Tam urzędował też jeniec – Rosjanin – chirurgiem był. Wachman zaprowadził nas do chirurga. Chirurg obejrzał, też zrobił [opatrunek] z rywanolu i mówi: „Trzy dni zwolnienia”. Dobrze. To się nic nie goi. Już jak byłem z powrotem na sali, bo sam obóz był gdzie indziej przecież, jak zobaczył, mówi: „Nie, do szpitala”. Tak wylądowałem w Meißen w szpitalu na to. Przyjechałem jeszcze z bandażem do Warszawy, już było prawie zagojone, ale wyleczył to tylko rywanolem.

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy?

Dwudziestego trzeciego maja, bo to też była historia taka, że chodzących ewakuowali ze szpitala. Ponieważ szpital był na linii Armii Radzieckiej, która zajmowała już Niemcy, to chodzących ewakuowali. Musieliśmy iść pieszo dziewiętnaście czy dwadzieścia kilometrów, że tam baraki są, zresztą bardzo czyste, schludne baraki były. Tam wylądowałem. Nas było dwóch Polaków, później kilku Francuzów, Serb jeden czy dwóch. Z piętnastu nas było, bo to z różnych obozów pościągali. Tam wylądowałem. Dwóch wachmanów: jeden rekonwalescent ze szpitala po froncie, a drugi staruszek – tak zwany Folksturm. Tych starszych po sześćdziesiątce wzięli do wojska, dali im karabiny, żeby jeńców pilnować, czy inne podrzędne zajęcia. Tam wyczekaliśmy się, byliśmy chyba od trzeciej w nocy do dziesiątej rano, deszcz padał, zmokliśmy. Wpuścili nas na salę. Ci wachmani przyszli, bo chyba blisko był ten oddział, i przynieśli nam torebkę warzyw na pięciu czy na iluś, później warzywa, kawałek chleba na osobę. Na razie więcej nie ma, bo front się zbliża. Wyszedłem sobie rano następnego dnia przejść się. Idę, przy jakimś parkanie, bo to wieś była, a tam był dworek przyzwoity, dość duży. Idę, a byłem w rogatywce z orłem, bo płaszcz miałem wojskowy (ale to już amerykański ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, cerowany w jednym miejscu, ale przyzwoity), i idę, patrzę, przy parkanie leży kostka czarnego chleba. Podniosłem ją. Wytrzepuję piasek z tego i zaczynam gryźć. Złamałem sobie ząb. Nic, ale trzeba zjeść, ale idzie dwóch cywilów. Widząc mnie w rogatywce (to byli Polacy po cywilnemu), mówią: „A co pan tutaj?”. Rozmawiamy trochę. Mówią: „Dobrze, niech pan idzie do nas”. To byli chłopcy ze stadniny ogierów ewakuowani do Niemiec i w tym dworze mieli lokal, to znaczy [to była] i stajnia, i oni tam mieszkali. Poszedłem do nich, rozmawiamy. [Pytają]: „Pan głodny?”. – „Owszem”. – „Zaraz zrobimy jajecznicę”. [Wrzucił] sześćdziesiąt jaj na patelnię, bo ich było ośmiu czy siedmiu mniej więcej. Później pogadałem jeszcze z nimi i poszedłem z powrotem, ale następnego dnia znowu idę, nie, oni mnie zaprosili: „Niech pan przyjdzie jutro, to też będzie miał pan co zjeść”. – „Dobrze”. Mówią: „Jak pan chce, niech pan śpi w stajni, obok ogiera”. Były puste bale, niezbyt grube, odgradzające ogiera od drugiego ogiera, a tu miejsce było wolne, czyste siano, to mówię; „Dobrze, to będę tutaj”. Zostałem na noc. Cały czas zostałem u nich na wikcie. Mieli co jeść, to zaprosili mnie.
Jak jechaliśmy wozem konnym już do Polski… Nie, to z nimi jechałem, bo 8 maja (akurat w moje imieniny) coś się dzieje, ludzie wychodzą. Wyszedłem też na świeże powietrze, patrzę, a tam czołg stoi na wzgórku, więc myślę sobie, że to koniec wojny, bo to radziecki czołg nota bene. Poszedłem do tej załogi od ogierów i mówię: „Słuchajcie, tu już czołg radziecki stoi”. – „Tak?”. Jedziemy... Oni jadą następnego dnia. Ósmego maja weszli „radzianie”, następnego dnia rano pakują się i jadą. Wszyscy przeszliśmy na per ty. Mówią: „Jedź z nami”. – „Dobrze”. Pierwszego dnia, jak już wojska radzieckie weszły, to zaczęli formować, bo jeden Polak był ze mną wtedy – jeniec z 1939 roku sierżant, to od razu oczywiście, jak Rosjanie weszli, to on partię zakłada, już dostał opaskę, że jest kimś tam. Myślę sobie, że to nie dla mnie towarzystwo. Francuzi odjeżdżali, bo jeszcze ze mną była grupa Francuzów ze szpitala i z innych okolic. Francuzi jechali, jakiś niewielki transport i mówi: „Słuchaj, wyglądasz jak Francuz”. Wtedy chodziłem w berecie, nie, wtedy już chodziłem w furażerce. Byłem czarny – brunet, duży nos, duże oczy, to albo Żyd, albo Francuz. Francuzi mówią mi: „Jedź z nami. Masz kogoś we Francji?”. – „Mam, ciotkę”. – „To jedź z nami”. – „Nie – mówię – muszę wrócić do Polski, bo nie wiem nic o najbliższych, czy żyją, czy nie”. Pojechałem z tymi z tej stadniny. Jedziemy wozem, wzięliśmy cztery ogiery: dwa pod wierzch i dwa do wozu. Wóz duży, masywny. Miałem tylko walizeczkę, ale nic w tej walizeczce, miałem swój płaszcz wojskowy cerowany. W każdym razie jedziemy parę dni. Zatrzymywaliśmy się w pustych chałupach na wsiach. Jak była pusta chałupa, to my na noc szliśmy tam. Nieraz sypialiśmy w ogrodzie, bo mieliśmy parę koców. Kładło się kilka koców i nas kilku na tych kocach [spało]. To już był maj, ciepło było.
Kiedyś wychodzę o czwartej rano z chałupy, bo wtedy w chałupie nocowaliśmy, i patrzę, idzie dwóch w rogatywkach, ale te rogatywki mają jakieś koguty. Oni mieli inne orły, bardziej dziobate, bez korony. Mówią: „Pan Polak?”. Mówię: „Tak”. – „Bo widzimy, orzeł z koroną”. Rozmawiamy chwilę, mówię: „Jadę już do Polski wozem konnym, bo jestem w takim i takim towarzystwie”. – „Proszę pana, niech pan uważa, żeby Polski pan nie minął i w ogóle jej pan nie zobaczył”. – „Co to znaczy?”. – „Niech pan zdejmie tego orła i niech się pan nie przyznaje w ogóle, że pan był jeńcem. Niech pan założy cywilne ubranie. Ruskie pana złapią, to zaraz pana zaaresztują”. Mówię: „Co ci ludzie, powariowali czy co?”. Jadę z tymi swoimi ze stadniny ogierów. Nie wiem, czy jechaliśmy jeszcze dwa dni czy ileś. Zatrzymują na szosie wszystkie wozy, ponieważ szosa jest częściowo zawalona gruzem. Czy to było miasteczko i w miasteczku, czy inne powody, rozbite jakieś samochody i tak dalej... Zatrzymują nas Rosjanie i do roboty dają łopaty, żeby sprzątać i ze szosy na bok gruz zrzucać, ziemię, gruz, co tam jest. Podchodzą do naszego wozu, a to była grupa Rosjan, [która] stoi z pięćdziesiąt metrów na polanie, a tu „reguloszczyk” kobieta. [Mówi]: A ty kuda idjosz? – Damoj. – „Wojna się nie skończyła”. Mówię: „Wojna się skończyła, to jadę do domu”. – „Wojna się nie skończyła. Zostań tu, poczekaj chwilę”. Leci do tych żołnierzy. Myślę, że coś jest źle, teraz rozumiem, co mówili ci z armii Berlinga czy z innej, co byli w rogatywkach. Rzeczywiście, jeden mi mówi: „Słuchaj, bierz moje ubranie – miał jeden garnitur – bierz moje ubranie w krzaki i uciekaj. Uciekaj!”. Mówię: „Słuchaj, wyminę to miasto – to było miasteczko jakieś, tylko już też takie spalone – i ja za miastem ze dwa-trzy kilometry usiądę w rowie i będę czekał na was”. – „Dobrze”. Trzymali ich cztery godziny, [pytali]: „Gdzie ten plenny?”. Moi kamraci mówią: „Poszedł po wodę dla koni i chyba się utopił, bo go nie ma”. Trzymali ich jeszcze cztery godziny z tym wozem, [myśleli], że czekali na tego plennego. Myślę sobie: co się z nimi stało, ale doczekałem się, jadą. Poznałem z daleka po ogierach. Byłem schowany, siedziałem w rowie. Myślę sobie, że przecież samochodem nie jadą. Mówią: „Miałeś szczęście. Przyszła zaraz ta »reguloszczyk« po ciebie i pytała, gdzie ten plenny”. Powtórzyli mi tą rozmowę. Tak się skończyło.
  • Gdzie dojechaliście potem?

Z dużymi przystankami, bo my jechaliśmy... W Warszawie byłem 23 maja, ale to [dojechałem] już pociągiem z Oleśnicy.

  • Czy 23 maja, jak pan wrócił do Warszawy, wtedy pan znalazł między innymi ciało gospodyni?

Tak. To było w wielu domach, że nie było jeszcze sprzątnięte. Mało tego, w tym domu już nikt nie mieszkał, bo on już był zburzony do końca, prawie do końca. Zostały jakieś ścianki, ale już mieszkać nie było można w tym. Ponieważ rodzice wrócili z wygnania, to zamieszkali w sąsiednim domu, oczywiście nie we własnym mieszkaniu. Wtedy był taki zwyczaj, bo rodzice wrócili w marcu, bo byli na Podkarpaciu, bo tam mieliśmy rodzinę, to wrócili i zajęli wolne mieszkanie, umeblowane, pokój z kuchnią, niewielkie, ale był dach nad głową. Ja natomiast... Jak przyjechałem pociągiem do Warszawy, bo stamtąd dojechałem do Warszawy na Dworzec Zachodni, stamtąd pieszo do domu i cały czas niepewność: żyją, nie żyją? Mój dom rozwalony, ale na bramie wisi pełno karteczek. Są. Był podany adres, że w sąsiednim domu pod [numerem] 10, mieszkanie tu i tu Milczarkowie. To była miła niespodzianka.
Najpierw nie podałem w Czerwonym Krzyżu, że wracam z niewoli, tylko napisałem, że wracam z robót przymusowych. Nie miałem żadnego dokumentu, tylko numer jeniecki, który mam do dzisiaj, ale później, po paru tygodniach zorientowałem się, że tu specjalnie nikt nie szuka tych, jeżeli się ktoś nie chwali tym, że był w AK, w Powstaniu. Po sześciu czy po iluś tygodniach poszedłem i mówię: „Chciałem zrobić sprostowanie, bo wróciłem z niewoli, mam numer jeniecki”. Zapisali, przyjęli, w porządku.

  • Czy spotkały pana potem represje?

Nie, ale ja się nigdy nie przyznawałem, że byłem w AK. Jak to przyschło, żebym się nie afiszował, bo nie trzeba się było afiszować, ale niektórzy się ujawnili i też ich nie spotkały [represje], ale nie wszystkich. Byli tacy, którzy ponosili konsekwencje. Wolałem cicho siedzieć na ten temat. Myślę sobie: przyjdzie czas, to się powie. I przyszedł czas.

  • Czym się pan zajmował po wojnie? Czy potem skończył pan szkołę? Czy pan pracował?

Tak. Zrobiłem maturę. Pracowałem w „Motozbycie” w biurze, później w jeszcze jednym biurze pracowałem, ale mój ojciec w międzyczasie wybudował parterowy budynek na pracownię cukierniczą, bo ojciec był cukiernikiem. Zawarł umowę z gospodarzem, bo teren był nie nasz. Właśnie na ulicy Radnej, tylko po drugiej stronie, bo my mieszkaliśmy pod 10, a to po drugiej stronie było, ale pracownia egzystowała do 1953 roku i władze „przyjacielskie” upaństwowiły to. Upaństwowienie było możliwe w warunkach, to było podawane w przepisach prawnych: jeżeli nie płaci podatków, jeżeli coś tam się źle zalega z podatkami, jakieś ma grzechy na sumieniu. Nic z tych rzeczy nie było. Przyszło jedenastu czy dziesięciu facetów z nakazem z Ministerstwa Przemysłu i Rzemiosła czy jakoś tak się nazywało. Tylko wolno nam było wziąć, bo to było tuż przez Wielkanocą, trochę chłodno było, palta na siebie i proszę wyjść. Później już po śmierci ojca siostra starała się o oddanie. Żadnej odpowiedzi nie było, jeszcze zobaczymy, to znaczy żeby finansowo zwrócili wartość, bo budynek był murowany. Mało tego, ojciec liczył się z fabryczką dwupiętrową, więc fundamenty były odpowiednio dopasowane do tego, mocne. Nic nie pomogło. Później wybudowali nowe osiedle w tym miejscu w ogóle. Nie tylko, gdzie [stał] ten budyneczek, tylko tam, [gdzie] jeszcze był warsztat mechaniczny.

  • Na jakiej to było ulicy?

Na Radnej pod 15. Teraz tam jest nowoczesne osiedle, ale właśnie już po latach, bo wyprowadziłem się stamtąd, z tej ulicy, w 1953 roku.

  • I zamieszkał pan na Ochocie?

Tak, ponieważ ożeniłem się i tam żona miała mieszkanie. Sprowadziłem się do żony.



Warszawa, 11 stycznia 2011 roku
Rozmowę prowadził Bartosz Giedrys
Stanisław Milczarek Pseudonim: „Skórski” Stopień: strzelec Formacja: Batalion „Kiliński”, 3. kompania Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter