Stanisław Piotrowski „Staś”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Stanisław Piotrowski. Urodziłem się 9 marca 1929 roku w Warszawie. W czasie Powstania byłem w 3. kompanii „Lewar”, VIII Zgrupowanie „Krybar”. Mój pseudonim „Staś”.

  • Co robił pan przed 1 września 1939 roku, czyli przed wybuchem wojny?

Byłem przy rodzicach, chodziłem jeszcze do szkoły. Gdy wybuchła wojna, wszyscy byliśmy w Warszawie.

  • Jaki wpływ wywarła na panu rodzina i wychowanie w domu? Jak pan to wspomina?

Mój tata był przed wojną oficerem zawodowym. Później został zwolniony. Mama pracowała w banku, w Towarzystwie Kredytowym Miejskim. Wychowani byliśmy bardzo dobrze, patriotycznie. Było nas dwóch. Młodszy brat i ja.

  • Jak pan wspomina szkołę, to co tam się działo? Czy szkoła też miała na pana wpływ pod względem patriotycznym?

W tym czasie, przed wojną, gdy chodziłem jeszcze do 1939 roku do szkoły, byłem w zuchach, starsi byli w harcerstwie. To też nas patriotycznie wychowywali.

  • Jak pan wspomina wybuch wojny?

To było wielkie zaskoczenie dla każdego z nas. Tym bardziej dla młodych, będących w mieście takim jak Warszawa. [Stolica] była bez przerwy bombardowana, to było bardzo przykre.

  • Czyli wspomnienia niezbyt przyjemne?

Niezłe mam.

  • Czym się pan zajmował w czasie okupacji?

Do wybuchu Powstania Warszawskiego uzupełniałem jeszcze szkołę. Najpierw chodziłem do szkoły na ulicę (przed wojną) Królewską 14. To była [szkoła] imienia Tadeusza Kościuszki. W 1939 roku została spalona, a później, jak myśmy uzupełniali naukę, to przerzucali nas z miejsca na miejsce, tak co pół roku. Ostatnia szkoła, którą już kończyłem, znajdowała się na ulicy Karowej.

  • Czyli jakaś możliwość kontynuacji nauki była?

Tak, była.

  • Gdzie pan wtedy mieszkał?

Na ulicy Czackiego, bo tam rodzice pracowali w banku, w Towarzystwie Kredytowym Miejskim. Tam rodzicie mieli mieszkanie służbowe, w którym mieszkaliśmy.

  • Właściwie to pan zajmował się nauką, a utrzymywali pana rodzice?

Rodzice, tak.

  • Czy pana brat też się uczył?

Brat był młodszy, więc też chodził do szkoły. Czyli pan i brat kontynuowaliście naukę?Naukę, tak.

  • Czy pan działał w konspiracji? Jeżeli tak, to od kiedy?

Nie. Jak wybuchło Powstanie, to zgłosiłem się na ochotnika. Kompania „Lewara” zajmowała kwadrat ulic: Czackiego, Świętokrzyska, Mazowiecka i Traugutta.

  • Czy pan może pamięta, gdzie pana zastał wybuch Powstania?

Na ulicy Czackiego.

  • Czy mógłby pan szerzej opowiedzieć o wybuchu Powstania?

To było zaskoczenie dla każdego z nas młodych chłopców. Trzeba powiedzieć prawdę, że kompania „Lewara” składała się z chłopców, którzy byli z Żoliborza. Bo była pierwsza mobilizacja, potem druga była. Pierwsza mobilizacja [oddziału] – było prawie dziewięćdziesiąt procent z kompanii „Lewara”, a druga mobilizacja, to już naprawdę tylko jednostki dotarły. Kompania „Lewara” była później tworzona znowu od podstaw.

  • Gdzie i kiedy pan walczył albo służył w czasie Powstania?

W kompanii „Lewara” byłem łącznikiem dowódcy kompanii. Najpierw mieliśmy swoją placówkę, to znaczy tam mieściło się dowództwo, na ulicy Czackiego, w „Dowcipie”. Tam było przejście na ulicę Mazowiecką. Później zostaliśmy przeniesieni do Banku Handlowego. Tam była nasze placówka i całe dowództwo. Oprócz tego mieliśmy jeszcze swoją placówkę na ulicy Traugutta, tam chyba było gimnazjum imienia Stanisława Kostki czy coś innego, nie pamiętam. Stamtąd miał być przeprowadzony wypad na kościół Świętego Krzyża i Komendę Policji.

  • Czy pamięta pan moment, kiedy przystąpił pana do walk? Czy zgłosił się pan na ochotnika?

Tak, zgłosiłem się na ochotnika. Była tworzona kompania, potrzeba było łączników, więc zgłosiłem się do oficera. Z początku były kłopoty, bo to taki młody, ale w końcu przyjęli mnie. Byłem przy dowództwie kompanii. Czyli raczej udało się przekonać do przyjęcia?Tak. Jakich argumentów pan użył?Tak, ale też z początku to tam mnie nie dopuszczano, bo młody byłem, to mnie oszczędzano, ale później tak już się utarło, że jak coś takiego było, to nawet mnie posyłano na pierwszą linię.

  • Czy może pamięta pan, w jakich warunkach walczył pan w Powstaniu? Jak to wyglądało?

Pierwsza moja styczność była wtedy, gdy mieliśmy placówkę w Banku Handlowym, z jego dachu był widok na plac Piłsudskiego, więc tam mieliśmy punkt obserwacyjny. W międzyczasie koledzy zauważyli, że zrobił się duży ruch na placu Piłsudskiego, więc mnie posłano na dół do „Lewara”, żeby zameldować, że coś się dzieje. Zaprowadziłem później kolegów, którzy byli z erkaemem i obstrzelali plac Piłsudskiego. To były moje pierwsze wrażenia. Zobaczyłem upadających Niemców, do których strzelali moi koledzy. Na placu Piłsudskiego była pierwsza styczność z działaniami wojennymi. Tak.

  • Czy był pan uzbrojony i jak był pan uzbrojony?

Z początku nie byłem, ale później, gdy zdobyliśmy kościół Świętego Krzyża i Komendę Policji, to przypadł mi w udziale malutki pistolecik, [kaliber] sześć trzydzieści pięć [milimetra], który miałem do samego końca.

  • Musiał pan korzystać z tej broni?

Nie. Obeszło się bez korzystania. Tak.

  • Pamięta pan, z jakim ryzykiem stykał się pan podczas Powstania, jakie były trudności?

Tu powiem, że placówka, którą mieliśmy na ulicy Traugutta, była naprzeciwko ogrodu Raczyńskich. Tam byli zabarykadowani Niemcy. A musiałem przechodzić do dowództwa, z ulicy Traugutta do Banku Handlowego. Z początku to górą się tam przechodziło, a później to już był zrobiony przekop. Pamiętam, że zostaliśmy zbombardowani i trzeba było zanieść meldunek „Lewarowi”, to górą trzeba było przejść. Wtedy Niemcy mieli ustawione w pałacu Raczyńskich działko przeciwpancerne i jak zobaczyli cień albo ruch, to salwami, bo to było szybkostrzelne, ostrzeliwali nas. Czyli właściwie można powiedzieć – ryzyko najwyższe?Ryzyko najwyższe.

  • Ryzykowało się życie, nie tylko utratę zdrowia.

Drugi raz pamiętam taki [moment], który naprawdę bardzo przeżyłem. Gdy szedłem z placówki na Traugutta 1 do Banku Handlowego, upadł przede mną pocisk. To był pocisk wystrzelony z działka. Upadł dosłownie dwa metry [ode mnie]. Kręcił się przede mną i przewrócił się. Nie wybuchł. To był pierwszy moment szoku. To do tego czasu to zawsze pamiętam, nieraz się spotykaliśmy, zawsze mówiłem, że to byłem jedną nogą już na tamtym świecie.

  • Można powiedzieć, że to było pierwsze zetknięcie ze śmiercią.

Tak.

  • Jak widzi się pocisk, to człowiek już spodziewa się, że on zaraz wybuchnie.

Widzi, że upadł i kręci się. Człowiek jest przygotowany, że to wybuchnie, że będzie eksplozja, a on przekręcił się. Jak poszedłem i zameldowałem, to jak przyszli, to nie chcieli wierzyć. Koledzy, jak wzięli pocisk, to jeszcze był gorący. Drugi raz zostałem ranny w rękę i w nogę z granatnika w Komendzie Policji. Wtedy już nas była większa grupa. Liczyła około dwustu pięćdziesięciu osób. [W natarciu] na komendę brało [udział] kilka zgrupowań. Był też „Bartkiewicz”, który z nami współpracował, oni byli na Mazowieckiej. Wspólnie żeśmy tworzyli oddział. Kompania „Lewara”, szturmówka, atakowała kościół Świętego Krzyża, z gimnazjum było przebite przejście, ładunkami było wysadzone wejście, bramka, później druga bramka do zakrystii i tamtędy się koledzy wdarli do kościoła. Wszyscy byli pewni, że z kościoła Świętego Krzyża jest przejście, żeby wejść na teren Komendy Policji. Okazało się, że nie ma, więc jeden z księży, którzy tam [byli], bo wielu jeszcze było w podziemiach, powiedział, że jest przejście piwnicą od centralnego ogrzewania. Tam było bardzo nisko i wąsko, i wciąż jeszcze były tam grzejniki, więc koledzy czołgali się pod nimi, żeby przejść do plebanii. Niemcy byli zaskoczeni, nawet się nie spodziewali, że zostaną z tyłu zaatakowani przez powstańców. Oni nie wiedzieli, bo dopiero koledzy z „Bartkiewicza” strzelali z PIAT-a, bo tam bunkierek był. Dopiero jak [z „Bartkiewicza”] wpadli, to koledzy zaczęli krzyczeć: „Nie strzelajcie! My powstańcy jesteśmy!”

  • To był szturm, atak na kościół, żeby go wyzwolić. A wspominał Pan jeszcze o ataku na Komendę Policji. Czy to działo się równolegle?

Tak, równolegle. Jak kościół został zdobyty, to na jego wieży był cekaem.

  • Niemiecki?

Tak. Część Niemców uciekła na wieżę, zabarykadowała się tam, tak że myśmy nawet wejść nie mogli. Jak wchodzili tam koledzy, to granaty rzucali. Część Niemców uciekła, bo mieli zrobione wyjście w drzwiach kościelnych na ulicę Krakowskie Przedmieście i na Uniwerstytet Warszawski. Ta część uciekła, a reszta była otoczona w Komendzie Policji przez naszych kolegów. To trwało bardzo krótko, choć było to ciężkie do zdobycia, nawet kilku kolegów zginęło. Cały atak zgrupowań prowadził major "Wola". Później kazał oblać płynem palącym budynek policji i podpalili. Wtedy nastąpił upadek budynku, Niemcy się poddali. Wzięto koło stu jeńców. Dużo było Ukraińców. Jeszcze w międzyczasie tam na komendzie była policja nasza i granatowa niemiecka. Oni byli rozbrojeni i zamknięci. Było też tam wiele osób cywilów, księża na przykład też tam byli.

  • Uwięzieni?

Uwięzieni przez nich.

  • Czyli walka była zażarta.

Bardzo zażarta. Z mojej kompanii zginęło chyba sześciu czy siedmiu kolegów.

  • Pan wspomniał właśnie o tym, że byli również żołnierze ukraińscy, jeńcy.

Tak.

  • Czy pan ma wspomnienia z nimi związane? Jak ich pan odbierał: pozytywnie czy negatywnie? Rozumiem, że to byli wrogowie.

Tak, wrogowie.

  • Miał pan z nimi bliższy kontakt?

Miałem z nimi kontakt, jak już była kapitulacja Powstania Warszawskiego. Byliśmy wtedy na ulicy Królewskiej, a oni mieli barykady zaraz przed nami, więc gdy już była kapitulacja, to oni wychodzili i myśmy wychodzili i wtedy się zorientowałem, kim oni są. Wtedy okazało się, że mamy swoich przeciwników Ukraińców.

  • Ale bliższych kontaktów pan nie miał?

Nie. Ani wtedy z komendy?Na komendzie też nie, bo wszyscy jeńcy byli w kolumnę utworzeni i wszyscy byli odprowadzeni do PKO, tam było całe dowództwo i tam wszystko było, na ulicę Świętokrzyską.

  • Czy może zetknął się pan w trakcie Powstania z przypadkami zbrodni wojennych czy to ze strony Niemców, czy też członków hitlerowskich formacji?

Nie, z tym [się nie spotkałem].

  • Ani osobiście, ani ze słyszenia?

Koledzy, którzy przyszli do nas kanałami ze Starówki po jej upadku, opowiadali, że Niemcy na Starówce znęcali się i pastwili nad ludnością cywilną, nie mówiąc już o powstańcach.

  • Jednak przepływ informacji był i dochodziły takie sygnałach?

Tak.

Czy pan pamięta reakcję ludności cywilnej na walkę oddziału? Z początku ludność była zaskoczona wybuchem Powstania. Każdy w tym widział swoją wolność, ale im dłużej to trwało, tym ludność była bardziej zmęczona. Po sześćdziesięciu dniach już nie było żywności, poza tym i z wodą, i ze wszystkim [były kłopoty]. Miasto było niszczone, toteż spotykało się wypowiedzi ludności, które były przykre dla nas.

  • Czyli na początku była euforia, wsparcie.

A potem to było bardzo przykre dla nas. Były takie wypowiedzi, że gdyby nie było Powstania, to Warszawa nie byłaby zniszczona i nie zginęłoby tylu ludzi..

  • Czyli im dalej, tym było gorzej, tym gorsze były reakcje ze strony cywilnej?

Tak.

  • Jak wyglądało pana życie codzienne podczas Powstania – jak pan wspomina jedzenie, ubieranie się, czas wolny, jeżeli taki był?

Jeśli chodzi o ubieranie się, to w większości spaliśmy w swoich ubraniach. Kompania „Lewara”, po tym jak została zdobyta Komenda Policji na ulicy Pańskiej, dostała stamtąd dużo umundurowania, tak więc wszyscy „lewarczycy” byli prawie jednakowo umundurowani. To były: szare kombinezony, policyjne kurtki trzy czwarte i czapki, także policyjne, tyle że te czapki były zimowe.A nie było państwu gorąco, bo pan mówił, że to są rzeczy zimowe?To nie były bardzo zimowe. To były przeważnie letnie rzeczy. Kurtki to były wiatrem podszyte.

  • Jak pan wspomina żywność? Czy było jakieś w miarę regularne odżywianie?

Z początku było. Przez jakieś trzydzieści dni, to jeszcze była żywność w Warszawie. A później to myśmy chodzili na ulicę Żelazną, jeśli się nie mylę, tam był Haberbusch, po tak zwany jęczmień i „pluj” zupę. Nie mówiąc już o tym, że konie i inne [zwierzęta] były wszystkie zjedzone. Byliśmy głodni do tego stopnia, że jak byliśmy na Królewskiej, to myśmy nawet pieska zjedli.

  • Jak pan wspomina noclegi – czy był jeden punkt noclegowy, czy często trzeba było nocować w różnych miejscach?

Nie, jak przychodziła zmiana, to mieliśmy swoje koszary i tam wszyscy spaliśmy, tak że wszyscy byliśmy w razie czego pod ręką.

  • Czyli to było raczej scentralizowane.

Tak.

  • Czy wyżywienie też było w jednym miejscu?

Też, bo była kuchnia polowa, gdzie gotowano dla żołnierzy strawę.

  • A jak pan wspomina czas wolny, jeżeli był, czy była szansa na to, żeby gdzieś chwilę odpocząć?

Jak był czas wolny, jak była zmiana, to myśmy przeważnie chodzili do Haberbuscha po jęczmień, po żywność.

  • Czy była szansa na kontaktowanie się z rodziną, z najbliższymi?

Nie. Tu na Czackiego, jak jeszcze mieliśmy placówkę w Banku Handlowym, to miałem kontakt z rodziną, ale później, jak się wycofaliśmy z Czackiego na Próżną i róg Królewskiej, to już nie było żadnego [kontaktu]. Ulica Czackiego została zajęta przez Niemców. Jak upadło Powiśle, [to] Niemcy doszli prawie do Poczty Głównej. Część kompanii „Lewara”, „szturmówka”, brała [udział] nawet w walkach obronnych na Poczcie Głównej. Kompania dołączyła do Zgrupowania „Kilińskiego” na Próżnej. To tam nas było około trzydziestu kolegów.

  • Czy pan może pamięta, jaka atmosfera panowała u pana w oddziale?

Było koleżeńsko.

  • Byliście razem, więc myślę, że byliście zżyci....

Koleżeńsko było do tego stopnia, że ja jako najmłodszy z całej kompanii, byłem oszczędzany, a nie wypychany wszędzie.

  • To na początku traktowali pana jako „syna pułku”?

Tak, mam nawet Odznakę Syna Pułku”.

  • Czy pamięta pan przyjaźnie, które pan podczas Powstania nawiązał z kolegami z oddziału?

Koleżeńskość to była u nas zawsze. Jak byliśmy na Czackiego, to związaliśmy się z grupą „Harnasia”. I gdy oni byli na Mazowieckiej, a my na Czackiego, to między nami była współpraca. Zawsze spotykaliśmy się z kolegami, tym bardziej łącznicy.

  • Czy jakieś przyjaźnie później przetrwały?

Tak, nawet już ostatni kolega to był chorąży z pocztu sztandarowego. „Taperek” już z sześć lat nie żyje, bo przejąłem sztandar od niego i jestem nadal chorążym pocztu sztandarowego.

  • Czyli przyjaźnie raczej przetrwały?

Tak, koleżeńskie są. I u nas w środowisku też przyjaźń jest, choć niewielu już nas zostało.

Jak pan wspomina o przyjaźniach, to zapytam jeszcze, czy poznał pan żonę w trakcie Powstania, czy już po?Już po Powstaniu, to był rok 1955.

  • Czy pan pamięta, jak wyglądało życie religijne?

My mieliśmy kapelana, który z nami był [w Powstaniu]. W zgrupowaniu „Krybar” był kapelan, który nawet został przez Niemców zastrzelony tam na Powiślu, bo nie chciał wyjść, tylko został z rannymi kolegami. W niedziele nabożeństwa zawsze się odprawiały na sali w Towarzystwie Kredytowym [Miejskim], tam [była] duża sala i tam kompania się zbierała i odprawiali nabożeństwa.

  • Czy żołnierze chętnie uczestniczyli w nabożeństwach?

Tak.

  • Czyli życie religijne istniało?

Tak. Jak było zaprzysiężenie kolegów, wszystkich, w którym też brałem udział, to zawsze był z nami kapelan.

  • Jak pan rozmawiał z przyjaciółmi, z kolegami z oddziału, to jakie pan wyczuwał nastawienie żołnierzy do kwestii religii?

Trudno to wytłumaczyć, ale zawsze była chęć żołnierzy, wszystkich, do religii.

  • To było szukanie oparcia w Panu Bogu?

Tak.

  • Chciałbym też zapytać o życie kulturalne. Czy pamięta pan koncerty, śpiewanie?

Tu u nas nie było, ale w kompanii „Lewara” na dole to nawet był cyrk, zespół, który dla młodzieży [występował]. Były koncerty, przedstawienia.

  • Czyli dbano o życie kulturalne?

Tak.

  • To były przedstawienia teatralne czy jakie?

To były przeważnie przedstawienia teatralne dla dzieciaków, żeby ich rozerwać, tak żeby nie „fruwali”, jak to mówią, po kątach.

  • Czy pamięta pan, żebyście śpiewaliście razem w oddziale jakieś pieśni?

Pamiętam, że były piosenki powstańcze, które wspólnie śpiewaliśmy. Tą pieśnią też łączyliście się tym bardziej.Tak.

  • Czy pamięta pan coś charakterystycznego z życia kulturalnego? W jednym z poprzednich wywiadów pan opowiadał, jak się zbierali i ktoś grał na fortepianie. Niesamowicie wspomina wieczory, kiedy siadali przy świecy i słuchali tego grającego. Nic takiego pan nie spotkał?

Ja nic nie mogę powiedzieć na ten temat. U nas nie było gdzie urządzić koncert, jak mieliśmy placówkę w Banku Handlowym, później w szkole na ulicy Traugutta, to przecież tam nie było [warunków]. Na Królewskiej to samo – nie było [możliwości]. Więcej może na Powiślu, bo Powiśle było prawie w całości okupowane przez nas. Tak samo jak i kompania „Lewara” była w kwadracie, który cały miał później „Harnaś”, był z nami, to myśmy tak wspólnie żyli i współpracowali, jakieś akcje, to zawsze dowódcy się spotykali.

  • Czy zetknął się pan podczas Powstania z prasą podziemną?

Prasa podziemna do nas docierała zawsze, ponieważ „Krybar” miał na Powiślu swoją drukarnię. Zawsze do nas docierały ulotki i „Barykada Powiśla”.

  • Skoro pan o tym wspomniał, to czy mógłby pan bardziej szczegółowo o tym opowiedzieć? Pamięta pan tytuły, jakie to były treści?

Tego nie mogę powiedzieć, bo nie pamiętam. Wiadomości były codziennie w „Barykadzie Powiśla”.

  • W „Barykadzie Powiśla”?

Tam było opisane w większości życie Powiśla, przeważnie.

  • W każdym razie informacje, o tym co się dzieje, docierały?

Tak, docierały. Oprócz tego były wydawane jeszcze inne tygodniki, które też do nas docierały.

  • Czy pamięta pan może dyskusje dotyczące informacji, które do państwa docierały? Czy te informacje jakoś zaskakiwały państwa?

Na pewno zaskakiwały, bo były nawet informacje, w tygodnikach, w gazetach, które wychodziły, co się działo w innych rejonach Warszawy, z wypowiedziami o tym co Niemcy wyprawiali na Woli, na Starówce. Tak do nas docierały wiadomości.

  • Pamięta pan rozmowy, dyskusje?

Nie, tego nie pamiętam.

  • A czy zetknął się pan z radiem, słuchał go pan osobiście?

Tak, mieliśmy swoje radio. To było radio zdobyczne. U nas było na kwaterze, na Czackiego.

  • Pamięta pan, która to była rozgłośnia?

Myśmy przeważnie słuchali londyńskiej.

  • Rozmawialiśmy wcześniej o życiu kulturowym. Z rozmowy wywnioskowałem, że pan bezpośrednio nie uczestniczył w przedstawieniach.

Nie, nie uczestniczyłem.

  • Jeszcze chciałem do tego na chwilkę wrócić, czy pamięta pan, że były odczyty wierszy czy coś w tym rodzaju?

Nie.

  • Jakie jest pana najgorsze wspomnienie z Powstania, a jakie najlepsze – jeśli były takie?

Najgorsze wspomnienia, to te jak koledzy ginęli..

  • Czyli najgorsze wspomnienia są związane ze śmiercią.

Tak, przeważnie ze śmiercią.

  • A czy były jakieś pozytywne wspomnienia z Powstania – czy coś pan pamięta?

Tego nie pamiętam, nie mogę powiedzieć.

  • A jak pan patrzy wstecz na Powstanie, to co panu najbardziej utkwiło w pamięci?

Byliśmy młodymi ludźmi, każdy był zapalony, a jak wybuchło Powstanie, to na myśl o tym, że będzie walka ze znienawidzonym wrogiem, to każdy szedł z zapałem. Czyli pamięta pan własny zapał...Na pewno....i zapał kolegów?Tak. Czyli tak patrząc z tej strony, koledzy też byli raczej chętni do walki, do wyzwolenia?Wszyscy, na pewno, tak.

  • Wracając do walk, to czy miał pan kontakt z ojcem, bo mówił pan, że ojciec był wojskowym.

Po wyjściu z ulicy Czackiego już żadnego kontaktu nie miałem.

  • Nie miał pan żadnych informacji o ojcu, o tym, czy walczył?

Nie. Dopiero z tatusiem i z młodszym bratem spotkałem się po wyzwoleniu Warszawy.

  • Czy pan pamięta, czy brat gdzieś walczył?

Brat nie walczył, bo był bardzo młody, dużo młodszy ode mnie.

  • Czy ojciec może walczył?

Ojciec też nie. Mama wyszła pierwszego dnia też do Powstania i już nie wróciła. Nie wiem, czy była związana z jakąś organizacją. Nie wiadomo, co gdzie się stało.

  • Pan nie ma żadnych informacji o tym, co się stało z mamą?

Nie mam żadnych wiadomości.

  • Czy pamięta pan, co się działo z panem od momentu zakończenia Powstania do maja 1945 roku?

Jak nastąpiła kapitulacja, to byliśmy na ulicy Próżnej. Wychodziliśmy ze zgrupowaniem „Kilińskiego”. To było 4 października. Szliśmy do obozu. Na ulicy Chłodnej, na dawnym Kercelaku, zdawaliśmy broń. Dalej kolumną szliśmy do Ożarowa. W czasie jednej przerwy, odpoczynku, jakaś babka w pobliżu pasła krowy na rowie. Mnie koledzy wypchnęli do tej babki. Usiadłem przy babce, dała mi bat w rękę, że niby pilnuję, że jestem z nią i tak kolumna później powstała i poszła, a ja zostałem z tą panią. Ta pani zaprowadziła mnie później do Włoch pod Warszawą. Miała styczność z organizacją, Armią Krajową, tak że u tej pani byłem dwa tygodnie, a potem byłem przetransportowany do Nowego Miasta nad Pilicą. Tam byliśmy w majątku. Jeśli pamiętam, to było chyba nas pięciu kolegów, wszyscy byli ranni, tak samo jak i ja, w rękę i w nogę. Tam byliśmy do wyzwolenia. W międzyczasie jacyś chłopcy przychodzili z lasu i przynosili nam wyżywienie, żebyśmy nie cierpieli głodu.

  • Jeżeli mogę, to wróciłbym na chwilę do Powstania. Wspominał pan o ludności cywilnej, że na początku była euforia, a później?

Niechęć do nas była.

  • A jeśli chodzi o oddział – to czy wyglądało to podobnie, że na początku wszyscy byli chętni do walki, a później się zniechęcali, czy jednak walka była do samego końca?

Była niechęć. Jak dzielnica za dzielnicą padała. I przyszli ze Starówki do nas, zmienili nas na Czackiego. Jak myśmy poszli później do „Kilińskiego”, to każdy niechęć czuł.

  • Czyli w pewnym momencie też się pojawiało zmęczenie?

Zmęczenie już było.

  • Pamięta pan dowódców, którzy naprawdę potrafili pociągnąć za sobą ludzi do walki?

Mieliśmy dowódcę kompanii – „Lewar” – był bardzo dobry, przed wojną był już w stopniu podporucznika. Później był szef kompanii „Kaczor” – Ćwikliński, a pseudonim miał „Kaczor”. Też był taki dobry. W szturmówce był „Grzegorz”, który zginął na kościele Świętego Krzyża. Było sporo dobrych dowódców u nas. Nawet „Lewar” był kontuzjowany na Banku Handlowym, bo nam Niemcy puścili „goliata” na Bank Handlowy, tak samo jak i na naszą placówkę na Traugutta. Na Banku Handlowym zasypało wtedy dowódcę kompanii „Lewar” i jeszcze paru kolegów.

  • Czy pan pamięta własne przeżycia związane właśnie z dowództwem, że owało panu odwagi czy otuchy i patrzył pan na dowódcę?

Nie było tego. Każdy miał otuchę, chęć do znienawidzonego wroga.

  • W środku była chęć do wyzwolenia się spod niewoli. Jeszcze trochę popytam o pana osobiste wspomnieniach. Jak pan przeżywał Powstanie – czy było dużo momentów, w których się pan bał?

Człowiek nie myślał o tym w ogóle. Nie myślał o tym, czy zginie, czy [będzie ranny]. Każdy szedł z jakąś otuchą.

  • Czyli o tym się nie myślało, dopiero jak pan zobaczył pocisk przed sobą.

To było pierwsze takie przeżycie, mówię, że już jedną nogą na tamtym świecie byłem.

  • Co wtedy pan czuł? Zdążył pan pomyśleć cokolwiek? To jest jakiś lęk, strach?

Jak wszedłem na placówkę, to koledzy się pytali, co się ze mną stało: „Ty taki blady jesteś”. Mówię: „Przede mną pocisk upadł i nie wybuchł”. „Nieprawda”. To mówię: „Idźcie, zobaczcie, tu i tu leży ten pocisk”.

  • Pobiegli i zobaczyli, że jest.

Jeszcze gorący był. Później, jak zostałem ranny w rękę i w nogę z granatnika, to też nie zdawałem sobie sprawy, dopiero zobaczyłem, jak krew leci, to wiedziałem, że ranny jestem.

  • Ale co pan wtedy poczuł? Nie tyle fizycznie, bo to wiadomo, że ból, ale wewnętrznie?

Wewnętrzne ciepło. Ciepło, jakby mnie coś grzało. Zaraz miałem wyjęty z nogi odłamek. Tu w ręku mam kawałki i w twarzy też mam mały kawałeczek. Tego z twarzy mi nie wyjęto, ale z ręki i z nogi to mi wyjęto.

  • Bał się pan w tamtym momencie, czy raczej się pan nie zastanawiał nad tym?

Też się nie zastanawiałem.

  • Jak pan myśli, czy to wynikało z młodości?

Może i z młodości, ale i z zapału do [walki].

  • Jak pan zaobserwował otoczenie...

To było zryw młodzieży, kolegów nawet starszych, to chęć walki z wrogiem.

  • Pan mówił, że był łącznikiem, czyli z kim musiał się pan kontaktować?

Musiałem chodzić między placówkami.

  • Wychodząc do kolejnego zadania, jak pan się czuł wewnętrznie?

Że musiałem meldunek zanieść i przynieść z tamtej placówki odpowiedź.

  • Czyli raczej nie było lęku, czy: „Boże, co to się ze mną stanie!”?

Nie, nikt nie myślał na ten temat.

  • To jest bardzo ciekawe, bo musiała być taka świadomość, że może pan nie wrócić.

Na pewno, ale człowiek nie myślał o tym w ogóle.

  • Tak samo koledzy?

Tak samo z kolegami było.

  • Czy pan może pamięta, bo cały czas rozmawiamy o mężczyznach, jakoś wspomina kobiety, które były w Powstaniu, czy rzeczywiście odwagą dorównywały mężczyznom?

Były odważne kobiety. U nas było też parę babeczek, młodych dziewcząt. Jedna, którą pamiętam, to zginęła za Alejami [Jerozolimskimi], na ulicy Skorupki. Została zastrzelona przez snajpera. Na samym winklu, tak trafił pociskiem ekrazytowym czy dum-dum, że całą głowę miała rozniesioną. Druga młoda dziewczynka była też łączniczką. Zginęła w bramie od granatnika, wychodząc z placówki, z Czackiego 14, bo tam było przejście na plebanię.

  • Pozwolę sobie zapytać o coś jeszcze. Mówił pan, że zdarzyło się kilka razy, że ktoś zginął z kolegów, tak dosłownie przy panu. Jakie jest wtedy uczucie, czy ból, czy nienawiść do wroga?

Człowiek nie zdawał sobie [sprawy] z takiej sytuacji. Jak biegł, kolega pada, to nikt nie zdawał [sobie sprawy z tego], tylko dalej szedł, biegł.

  • Tak, bo w trakcie walki to raczej rzeczywiście człowiek się nad tym nie zastanawia.

Był personel sanitarny, który zajmował się tym wszystkim.

  • Ale później, jak pan wracał do placówki, to przypominał pan sobie, że biegłem z kimś.

Już go nie ma. Opowiem taki jeden wypadek, jak do dowódcy kompanii „Lewar”, po zdobyciu kościoła Świętego Krzyża i komendy przyszedł reporter, i [„Lewar”] mówi: „Staś, zaprowadzisz reportera na Komendę Policji”. Z Czackiego 14 wychodziło się na ogród tam na kościół. Więc szedł pierwszy ten, który miał reportaż prowadzić, a ja za nim. Tam były schodki. Jak szedł po schodkach, to nagle złapał się za nos i mówi: „Ja chyba dostałem”. Nos mu przestrzelili na wylot, więc jak ja bym wychodził, to na pewno bym dostał i bym był trupem. Wtedy już się cofnęliśmy, a snajper z drugiej ulicy, z Traugutta strzelał z budynku.

  • Ten człowiek przeżył?

Przeżył, bo mu przestrzelił nos na wylot.

  • Teraz wrócę jeszcze do zakończenia Powstania. W momencie gdy się pan dowiedział, że już jest koniec Powstania, koniec walki, to jakie były pana osobiste przeżycia?

Każdy był przygnębiony, że tyle naszej krwi, zapału poszło na darmo i teraz musimy już wychodzić.

  • Czyli w oddziale panowało raczej już przygnębienie?

Przygnębienie, raczej przygnębienie panowało, że tyle walki, tyle wszystkiego i okazuje się, że trzeba się poddać.

  • Jak pan teraz patrzy z perspektywy czasu, to rzeczywiście myśli pan, że naprawdę na darmo było tyle poświęcenia, czy jednak to coś znaczyło?

Myślę, że nie. Myślę, że myśmy pokazali – nasza kochana młodzież i wszyscy – zapał do znienawidzonego wroga.

  • Czyli uważa pan, że to Powstanie było potrzebne?

Na pewno było potrzebne, bo Niemcy przecież powiedzieli, były takie ogłoszenia, że chyba sto tysięcy warszawiaków miało wyjść na kopanie okopów dookoła Warszawy. Jak już się front bolszewicki zbliżał do Warszawy, to mieli Polacy iść kopać okopy.

  • Jeszcze pan wspomniał o bolszewikach, czy pan miał styczność, oprócz strony niemieckiej, ze stroną sowiecką?

Po wyzwoleniu miałem z nimi [styczność], jak przyszli do mnie i zabrali mnie z domu.

  • To ze względu na uczestnictwo w Powstaniu?

Tak.

  • Od razu się dowiedzieli? Czy to już było po 1945 roku?

Po 1945 roku, bo tak było, że „Lewar” do obozu nie poszedł, bo był ranny, w szpitalu leżał. A później rodziny przychodziły kolegów, mniej więcej wiedzieli, gdzie zginęli, w jakim zgrupowaniu, to przychodzili do dowódcy kompanii, pytali, gdzie są pochowani, gdzie ci żołnierze [leżą]. W tym czasie też tam trafiłem i zostałem zgarnięty. Siedziałem dwa tygodnie na Cyryla i Metodego, później mnie spisali i puścili. To się odbiło później, w 1951 roku, jak mnie wzięli do wojska, tak że już moja opinia o przynależności [do] Armii Krajowej szła za mną. A jak byłem w wojsku, pracowałem na kopalni węgla kamiennego na Śląsku, w Kopaczowie, to tam też byli przeważnie koledzy z harcerstwa, z Powstania dużo było, synowie, jak oni nazywali, kułaków. Jak ktoś miał rodzinę zagranicą, to przeważnie wszyscy tam w karnej kompanii byli.

  • Czyli jak Sowieci przyszli, to nie było wyzwolenia, tylko...

Zmiana okupacji była.

  • Przejście z jednej w drugą. I pan to właśnie na własnej skórze odczuł.

Na własnej skórze odczułem.

  • Przez obóz, przez więzienie. W późniejszych latach też to panu przeszkadzało, ta opinia ciągnęła się jakoś za panem?

Później, w pracy to specjalnie się to nie odbijało. Pracowałem w FSO trzydzieści dwa lata. To się tak troszkę zmieniało. Później należałem do ZBOWID-u, to już tam tak nie zwracali uwagi.

  • Czyli troszkę czasy łagodniały.

Troszkę łagodniały, ale najwięcej to koledzy ucierpieli z oddziałów partyzanckich i powstańczych. Ci, którzy trafili w ręce sowieckie od razu.

  • Gdyby w tym momencie wybuchło Powstanie, czy pan by podjął tę samą decyzję o przystąpieniu do Powstania?

Na pewno. Pan nie żałuje tego, że brał udział w Powstaniu?Wcale nie żałuję, nie.

  • Nie żałuje pan przystąpienia, mimo tych sześćdziesięciu dni i mimo tego że trzeba było się poddać?

Na pewno. To było potrzebne.

  • Gdyby młodzież miała dzisiaj uczestniczyć w Powstaniu, to czy pan by im polecił takie uczestnictwo, młodzieży współczesnej?

Obecnie z tą kochaną młodzieżą, to sami panowie wiecie, jak jest. Mieszkam na Żoliborzu, to tam młodzież stoi, dla nich tylko biznes jest teraz ważny i nic więcej. Jak się rozmawia na temat patriotyzmu, czegoś dla ojczyzny, to tego nie ma, na pewno nie.

  • Jak pan myśli, gdyby teraz było Powstanie, to czy młodzież uczestniczyłaby w nim, tak jak sześćdziesiąt lat temu?

Może jednostki.

  • Czyli takiego zrywu dzisiaj nie byłoby?

Na pewno by nie było.

  • Czy należy myśleć, że jest to spowodowane iem wychowania patriotycznego?

Powiedziałbym, że iem wychowania.

  • Jest potrzeba patriotycznego wychowania w ojczyźnie.

Kiedyś było tylko jedno harcerstwo, a teraz harcerstwo jest rozbite, ZHP jest i jakieś inne, to między nimi też tworzy się antagonizm. Co tu dużo mówić, nas już niewiele zostało w środowisku. Jestem chorążym poczty. Przy sobie mam babkę jedną i jest też jeden kolega. Już też nie dajemy rady, już nogi nas bolą. Przyjdzie stać nieraz półtorej godziny, dwie, to nie dajemy rady. Też nawiązaliśmy z harcerstwem umowę, żeby nas przychodzili [zmieniać], pomogli nam. Nikt nie przyszedł, absolutnie.

  • Jeszcze chciałbym zapytać, podsumowując całą naszą rozmowę, czy jest coś, co chciałby pan dodać, opowiedzieć o Powstaniu?

Żal mi moich kolegów, którzy poginęli, nie doczekali wyzwolenia, tak jak my. W tej chwili weźmy tak, nasza kompania „Lewara” po odtworzeniu liczyła około stu jeden osób, a teraz z żyjących kolegów to dwóch jest zagranicą i w kraju jest nas z kompanii „Lewara” dwie osoby. Tak że z „lewarczyków” to tutaj jestem tylko jeden.

  • Podsumowując tak zupełnie, to czy ma pan jakieś przesłanie dla młodzieży, jakąś radę dla współczesnej młodzieży, jak się odnaleźć w tych czasach?

Nie wiem, jak mam to powiedzieć, żeby to wpłynęło na tą kochaną młodzież?

  • Nie zastanawiać się, tylko iść do walki o niepodległość.

Tak jest, przecież Polacy są słynni z tego, że na każdym froncie wszędzie byli Polacy.
Warszawa, 23 czerwca 2006 roku
Rozmowę prowadził Włodek Szczeciński
Stanisław Piotrowski Pseudonim: „Staś” Stopień: łącznik Formacja: Zgrupowanie „Krybar”, kompania „Lewara” Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter