Stefania Joanna Mackiewicz „Niusia”

Archiwum Historii Mówionej

[Nazywam się] Stefania Mackiewicz, [w czasie Powstania] Biała.

  • Kiedy się pani urodziła i gdzie?


Urodziłam się w Warszawie 21 sierpnia 1931 roku.

  • Jak nazywali się pani rodzice?


Alina i Stefan.

  • Mackiewiczowie?


Nie Mackiewiczowie, Biały i Biała.

  • Mama była z domu?


Maksent.

  • Czy pani była jedynaczką?


Jedynaczką.

  • Gdzie dokładnie się pani urodziła?


Urodziłam się w Warszawie na Ogrodowej 61 mieszkania chyba 28, na trzecim piętrze.

  • Czym zajmowali się pani rodzice?


Mama nie pracowała, ojciec był takim specjalistą, ale bardzo zdolnym artystycznie, hydraulikiem, ale kafelki przeważnie [kładł], bo to był okres, kiedy Warszawa […] nie była skanalizowana tak dokładnie, domy prawie w ogóle i ten trend przyszedł i ci, co mieli pieniądze, urządzali sobie łazienki. On to robił przepięknie w ogóle, jak artysta, można powiedzieć.

  • Jak pani wspomina okres przedwojenny?


Mówią, że dzieci zapamiętują dopiero od trzeciego roku życia, ale jak miałam trzy latka, mama odeszła od ojca. Zabrała mnie i te swoje posagi i przeniosła się do babci. To było niedaleko, bo w tej samej kamienicy, ogromnej, która miała siedem klatek schodowych, siedmiokondygnacyjna, no więc z klatki do klatki się przeniosła. Pamiętam tamto mieszkanie, już więcej w tym mieszkaniu nie byłam, bo ojcu nie było potrzebne wcale mieszkanie. Jego rodzice też mieszkali pod sześćdziesiątym pierwszym, w innej jeszcze klatce schodowej i on też poszedł do rodziców. Pamiętam to mieszkanie bardzo dokładnie, gdzie stało łóżko, gdzie stała szafa, jaki stół, jakie krzesła, jaka szafeczka przy kuchni. Biegałam wkoło tego stołu, bo to był okrągły stół, a ciocia Irka, siostra mamy, mówiła: „Zatrzymaj się, bo upadniesz”. [Pamiętam], jak kładła mnie na tę szafeczkę i gilgotała.

  • Jak nazywała się babcia?


Andzia, Anna Maksent z domu Wajmert, a jej matka z domu Zajder. To byli osadnicy niemieccy. Bardzo bogaci ludzie, którzy kupili ogromny majątek w Ożarowie pod Warszawą.

  • I tam mieszkały panie we trzy, czyli pani, mama i babcia?


Babcia, dziadek i jeszcze wujek, który był od mamy dziesięć lat młodszy.

  • Jak miał na imię?


Eugeniusz.

  • Przed wojną jeszcze zdążyła pani pójść do szkoły?


Tak, pierwszą klasę skończyłam u pani Palińskiej. Potem przestała nas uczyć, bo był taki przepis, że mężatki nie mogą uczyć w szkole, tylko panny. Ona była bardzo miła, ładna, urocza osoba i wyszła za mąż. Byłyśmy na jej ślubie w kościele na Woli.

  • Gdzie mieściła się ta szkoła?


Moja pierwsza szkoła była nowiutka, piękna, na Lesznie, między placem Kercelego a ulicą Wronią. Nowa, wybudowana, parkiety, taka już nowoczesna i świetnie się tam czułam. No ale jak wojna wybuchła, to już nie poszłam do szkoły. Jak weszli Niemcy pod koniec września, bo Warszawa się cały miesiąc broniła, to od razu zabrali ten budynek na lazaret, na szpital wojskowy.

  • Jeszcze zapytam o szkołę, pamięta pani jakieś koleżanki, które chodziły z panią do klasy?


Tak, Marysia Rosłon.

  • Utrzymywała pani później z nimi jakiś kontakt?


Do Powstania. Utrzymywałam, bo potem chodziłam całą okupację do szkoły. To była taka szkoła, że nie było podręczników polskich, nie było historii. Wydawano taki miesięcznik „Ster”. To było tak propagandowo wszystko ujęte. Geografii nas nie uczyli. Taka szkoła – no, bo była. Skończyłam chyba tam sześć klas i w Szczecinie jak zapisałam się do szkoły dla dorosłych, gdzie jedną klasę robiło się w pół roku, to […] miałam wielkie trudności. Pani od polskiego po napisaniu jakiegoś wypracowania bardzo dużo przykrych słów mi powiedziała i jej powiedziałam: „Ale proszę pani, ja miałam piątkę z polskiego”. – „U mnie piątki nigdy nie będziesz miała”. A potem tak się złożyło, że uczyła mnie w szkole średniej i znów miałam same piątki.

  • Rozumiem, że ta szkoła podczas okupacji to były te przedmioty, które musiały być. A czy jakieś komplety pani miała?


Nie, nie miałam żadnych kompletów, nie miałam takiego kontaktu. Wujek mój, ten Gieniuś, to miał dwadzieścia lat, jak wybuchła wojna. A ponieważ tak było, że babcia urodziła siedmioro dzieci, ale czworo umarło… Bo to był taki okres, że czworo umarło w okresie niemowlęcym, potem były te dwie dziewczynki ciotka i mama moja. Po dziewięciu latach urodził się ten Gieniuś i babcia wariowała na jego punkcie dosłownie. Taka moda nastała od razu w Warszawie samodziałowe marynarki, bryczesy, oficerki i on też wszystko musiał mieć. Ale też musiał pędzić bimber. Wprawdzie dziadek dobrze zarabiał, był brygadzistą w PKP, w warsztatach kolejowych. To już była taka ranga, że miał kilka osób pod sobą. Babcia nawet w międzywojniu brała do pomocy sobie dziewczyny, płaciła im. Zawsze wyjeżdżaliśmy na wakacje. Przyjeżdżał wóz koniem i ładowało się pościel, garnki i się jechało gdzieś tam na wieś, do chłopa. Pamiętam tylko jedną miejscowość, Łochowo się nazywało. Tak to było.

  • Wuj musiał pędzić bimber, żeby się utrzymać?


Tak, bo inflacja była straszna. Wszystko było drogie. Wszystko można było dostać na Kercelaku, było wszystko całą wojnę, ale ceny były na czarnym rynku straszne. Pracownicy, którzy pracowali, tak jak moja mama potem pracowała, w fabryce jedwabiu, tkalnia jedwabiu prawdziwego, szwajcarska firma braci Naef, to tak jak zarabiała przed wojną, to tak zarabiała w czasie wojny – ta sama stawka. Tak samo dziadek. Z tym już niewiele można było zrobić. Ewentualnie wykupić kartki straszne, gdzie był chleb z mąki mieszanej z kasztanami, wstrętny i dostawało się kilogram marmolady na miesiąc. Ta marmolada – jadło się ją cały miesiąc, a ona cały czas miała swoją objętość, a nawet jeszcze więcej, czasami kipiała z garnuszka.

  • Gdzie mieściła się fabryka, w której pracowała pani mama?


Gdzieś koło Boernerowa, gdzieś tam. Byłam u mamy może ze dwa razy, ale nie pamiętam, jaka to była dokładnie ulica, ale jechało się jak na Koło albo Boernerowo.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?


Strasznie. Strasznie, bo z tej Krochmalnej… Już dwa lata mieszkałyśmy z mamą na Krochmalnej.

  • Kiedy się panie przeniosły na Krochmalną?


Wujek Alfred Hejnik, też ewangelik, ożenił się z ciotką.

  • Z siostrą mamy?


Z siostrą mamy, z ciocią Mirką. I to był taki okres, że nie można było dostać pracy. To był kryzys straszny i to taki chyba międzynarodowy nawet – w całej Europie chyba był ten kryzys. A ciocia moja pięknie szyła, też takie zdolności artystyczne miała. Miała synka jednego, też jedynaka, dwa lata starszy ode mnie.

  • Jak się nazywał?


Witold Hejnik. Też już nie żyje, na raka zmarł. Te dwa lata przed wojną jakoś tak zaczęło być lepiej, wujek dostawał… W czasie tego kryzysu to [było] różnie, chodził i zbierał ze sklepów podatki, zadłużenia i tak dalej. Łapał, co mógł, żeby choć trochę zarobić. Potem dostał pracę, dobrze płatną, już nie pamiętam dobrze, gdzie, ale w jakimś urzędzie gdzieś. Już ciocia nie musiała szyć i wynajęli w Legionowie przystanek, tak się ta stacja nazywała, bo główne Legionowo było najprędzej, a przystanek był za tym Legionowem głównym. To była taka osada letniskowa. Wynajęli tam taki cały domek z ogrodem dwa lata przed wojną, a to mieszkanie, nie wiem, czy mama odkupiła, czy to tak… Jak to było, to się nie orientuję, ale przeprowadziłyśmy się na Krochmalną.

  • Czyli wybuch wojny zastał panie na Krochmalnej?


Wybuch wojny na Ogrodowej, bo uciekłyśmy, chciałyśmy być bliżej babci, dziadka, rodziny w ogóle – jakoś tak raźniej było. Dlaczego mówię, że strasznie? Ja byłam takie wrażliwe dziecko i na podwórku po drugiej stronie stały podwody wojskowe, konie i furmanki. W nocy dwa szrapnele uderzyły w okna czwartego piętra, tam zburzyły wszystko i odłamki pozabijały, poraniły te konie. Babcia nie upilnowała, ja wstałam, od razu [podeszłam] do okna. Jak zobaczyłam, co się działo, to dostałam ataku histerii – wszystko na sobie darłam, tupałam. Osiem lat wtedy miałam, malutka, zawsze byłam mniejsza niż powinnam być. Pamiętam, taki dostałam… Bo rok przed wojną chyba, a może w trzydziestym dziewiątym roku, tylko w maju, wujek Gienek uczył się w jakiejś szkole technicznej, ale bardzo precyzyjne takie sprawy. Z tej szkoły była wycieczka do Szwecji na jachcie i wszyscy musieli mieć piękne mundury, babcia latała, szukała materiału, żeby uszyć ten mundur granatowy. Przywiózł mi na srebrnym łańcuszku krzyżyk z bursztynu. Ja to wszystko zrywałam z siebie. Dostałam od babci po buzi, oprzytomniałam. Pamiętam to i bardzo przeżywałam.

  • Tak pani zapamiętała początek wojny.


Tak zapamiętałam początek wojny.

  • I zostały już panie u dziadków na Ogrodowej?


Do końca działań wojskowych.

  • Jak po upadku Warszawy funkcjonowała rodzina, z czego się utrzymywała?


No właśnie z tego bimbru, ale przecież ten wujek ubrany w te bryczesy świecące, w te oficerki świecące, w te bryczesy, modną marynarkę, nie mógł wziąć dwa wiaderka i pójść na Kercelak kupić melasy i ją nieść po ulicy. Kto pójdzie? Niusia pójdzie. I Niusia chodziła i na czwarte piętro wnosiła tę melasę. Tak że dziwię się, że nie jestem garbata, ten kręgosłup mi nie pękł. Tak było co dwa, trzy dni. Trzeba było ten nowy zacier nastawiać i tę melasę przynieść. Z tego [wujek] utrzymywał całą rodzinę.

  • Mama w czasie okupacji też cały czas pracowała?


Pracowała u Braci Naef, tkała takie jedwabie, z których Niemcy szyli spadochrony, bo to już potem nie była szwajcarska firma, tylko niemiecka.

  • Pamięta pani jakieś momenty z okresu okupacji, kiedy gdzieś na ulicy spotkała pani Niemców?


Bez przerwy spotykałam, bez przerwy. Egzekucja była na Młynarskiej, a nasze okno z pokoju wychodziło na Karolkową i ta cała część to była MZK, Miejskie Zakłady Komunikacyjne, tak się nazywało to przedsiębiorstwo, i tam były krzaki, lasek, jakieś to, to, to. Jak oni zabijali tych ludzi, to do naszego okna wpadła kula. Na pierwszym piętrze mieszkałyśmy. Więc nie wiem, czy zadrżała ręka temu zabijającemu, bo to przecież nie jeden zabija, tylko cała jakaś ta grupa… Też to przeżyłyśmy, bo jakby ktoś był w domu w tym pokoju, to mogłaby zabić. No, co noc był Fliegeralarm. Zaciemnienie, czarne takie… Ja mam kremowe, a to były czarne rolety i jak tylko się robiło ciemno, to wszyscy musieli zasłaniać okna – Warszawa była czarna, czarna. Mama od razu dostawała świądu piersi, jak był ten Fliegeralarm, a ja od razu biegłam do toalety. To był dom nieskanalizowany, tylko była woda doprowadzona do mieszkań, a toaleta była na podwórku, no więc po ciemku, w nocy, podczas tego… Bardzo często było tak, że ze dwie, trzy godziny powieszali takie żyrandole, żeśmy się śmiali, tak sobie oświetlali tą Warszawę ci lotnicy i nic. Nawet nie było słychać, żeby zrzucali jakieś bomby. Po prostu to były jakieś wywiadowcze naloty. Tak było co noc.

  • Czy w czasie okupacji ktoś z państwa rodziny był w konspiracji?


No właśnie wujek Gienek był. Chyba miał jakąś rangę. Nie wiem, jaką, bo oczywiście ze mną nikt na ten temat nie rozmawiał ani mi nie pokazywał, ale w tym mieszkaniu na czwartym piętrze, gdzie on pędził ten bimber (wynajmował specjalne mieszkanie, taki pokój z kuchnią, z przedpokojem, z ubikacją), to znalazłam takie wykresy, takie rysunki. Nawet na kolorowo – drzewka zielone i płotki, i dróżki, i coś tam. Oczywiście musiałam stamtąd wyjść, do babci pójść, bo to wszystko pod tym sześćdziesiątym pierwszym się działo. Do wujka przychodzili panowie i on nie wiem, czy ich uczył strategii jakiejś czy coś, nie wiem, ale był. Potem był po Powstaniu w oflagu. „Goliat” go mało nie zabił, bo w Powstaniu brał udział i razem…

  • Wie pani może, w jakim był oddziale?


Nie. Razem z tym wujkiem Fredkiem, ze szwagrem swoim, razem byli w Powstaniu i na Starówce i potem w jakimś oflagu byli też razem.

  • Jesteśmy właśnie przy Powstaniu. Pamięta pani dzień wybuchu Powstania?


Tak. O godzinie piątej była godzina „W”, znaczy o siedemnastej, a ja o szesnastej szłam od babci z Ogrodowej na Karolkową do domu. Jakoś tak dziwnie było na ulicach, zawsze był ruch i zawsze tak swobodnie, a [wtedy] tak jakoś ludzie uciekali, tak szybko, takie puste ulice się robiły. To pamiętam doskonale.

  • To był pierwszy dzień Powstania?


Pierwszy dzień, 1 sierpnia.

  • A potem kolejne dni czy wszystkie dni?


Codziennie schodziłyśmy do piwnicy, codziennie coś się działo. W końcu nie wiem, 5 czy 6 sierpnia, puścili Niemcy ulotki. Na inne domy na Karolkowej też [zrzucili], ale nasz dom był taki narożnikowy, bo tu Krochmalna, Karolkowa, że jak będzie jakaś obrona, ktoś coś będzie rzucał na czołg czy na czołgi, to dom zostanie w pierwszej kolejności zbombardowany. Rzeczywiście za jakiś czas pojawił się czołg, jechał od strony Wolskiej, bo to już była Wolska, od Wolskiej, Karolkową i z naszego okna przybiegli akowcy i mieli butelki z benzyną i rzucali na ten czołg. Mama mnie wzięła za rękę i uciekłyśmy do babci na Ogrodową. Rzeczywiście za parę godzin spadła bomba na nasz dom.

  • Cały dom został zupełnie zniszczony?


Nie, nie, tak dziwnie stał ten dom, tak jakby go ktoś ukroił.

  • Adres, przy którym panie mieszkały, to była Karolkowa czy Krochmalna?


Krochmalna 89.

  • Od tego czasu znowu panie mieszkały u dziadków?


No „mieszkały” – w piwnicy siedziałyśmy, poubierane. Wiem tylko, że… Szkło z okien to poleciało, jak dwa szrapnele tam upadły. Babcia się bała, to mnie słała [miejsce do snu] pod takim dębowym, ciężkim stołem. Ten stół stał tak pod ścianą, tu dwa okna i ja pod tym stołem. Proszę sobie wyobrazić, że jak wyleciały szyby do wewnątrz, drobniutkie takie kawałeczki, to nawet pod tym stołem było obsypane. Na mnie nie było żadnego szkła. Nie wiem, czy może się kręciłam we śnie, czy już nie spałam i to spadło ze mnie wszystko. Nie mam pojęcia, ale wszyscy się dziwili, że ani na okryciu, ani nigdzie, ani w głowie nie było szkła.

  • A czy ktoś z mieszkańców kamienicy, z państwa sąsiadów zginął podczas tych nalotów, wybuchów?


Na pewno zginął, tylko ja nie wiem. Jak Niemcy weszli i krzyczeli raus, wszyscy biegiem lecieli na ulicę z piwnic, a przez Ogrodową był ostrzał, więc to działo się tak, żeby nie trafić, kulki nie dostać. Babcia pobiegła na drugą stronę ulicy i do bramy i podwórkiem i przebiciami dostała się na Żytnią, ale to dopiero po wojnie żeśmy się dowiedziały. Mnie mama [prowadziła] za rękę, pod ścianą, pod ścianą i dobiegłyśmy do Sądów, bo Sądy od Leszna do Ogrodowej zajmują całą tę powierzchnię. Chciałyśmy się schować tam do Sądów, ale musiałyśmy chwileczkę poczekać, bo ewakuowali szpital wojskowy. Nie wiem, czy to na pewno, czy taka informacja była właściwa, że tam jest osiem kondygnacji w dół.

  • W Sądach?


W Sądach. Windą wynosili tych rannych. To były całe postacie owinięte bandażami, bez nogi, bez ręki, głowa obandażowana – widok straszny. To było już popołudnie, taki wieczór, więc ewakuowali, a my windą pojechałyśmy trzy piętra niżej i żeśmy spokojnie spały. Ale rano już kazali nas przywieźć na górę i gęsiego wychodziliśmy stamtąd. Na podwórku stali „ukraińcy”, bo współpracowali z esesmanami, z Niemcami, […] wszyscy chłopy po dwa metry, co tak… [Ludzie] opowiadali nam, bo my byliśmy na granicy Woli, bo zaraz były rogatki i Chłodna. Nie czekałyśmy, aż do nas dojdą, tylko słyszeliśmy, że zabijają, że wszystkich zabijają, że układają trupy w sążnie, polewają benzyną i palą. No i tak jak stałyśmy, tak do babci polecieliśmy szybciutko, jakoś przebiciami, bo wszędzie były takie przebicia w murach, w piwnicach.

  • A czy pamięta pani może, który to był dzień sierpnia?


Piąty albo szósty.

  • I dalej z Sądów…


Dalej z Sądów kazali raus. Aha, nie skończyłam: stali ci „ukraińcy” i mieli takie drzewce długie, grube – odarta chorągiew polska, biało-czerwona – i tym drzewcem, jak tak stali, jak gęsiego ludzie szli, to tak ich walili. Taki pamiętam moment, kiedy jeden z panów chłopczyka takiego dwu-trzyletniego sobie wziął na barana, myślał, że może go nie uderzą. Oczywiście walnęli i raus, raus, na wschód. No i znowu z mamą sama, bo to wszystko się rozpierzchło wszędzie, ostrzał wszędzie, „krowy” wszędzie. Nie wiem, czy już wtedy te „krowy” były używane. Wiecie, państwo, co to znaczy „krowa”?

  • Tak.


To taka wyrzutnia czterech pocisków strasznych. Zapalające były i były rozpryskowe takie. Jak pod siłą sprężonego powietrza ta wyrzutnia wyrzucała pociski, to one [wydawały dźwięki] „wuuuu”, „wuuuu”, i to wszyscy na to mówili „krowy”. No więc biegłyśmy z mamą. Dobiegłyśmy do Chłodnej, do tego kościoła. Tam był chyba Kościół Świętego Stanisława, na Chłodnej, wybudowany jakby pośrodku jezdni, duże schody. Chodziłam w czasie okupacji ze szkołą na nabożeństwa szkolne do tego kościoła. No i przechodziłyśmy, mnóstwo ciał leżało, gruzu pełno. Jak już te schody [mijałyśmy], na tej najwyższej powierzchni stały dwie armaty. Były jakieś krzesła, fotele i tak siedzieli ci Niemcy i tak się patrzyli. Też strach nas ogarniał, czy nie przyjdzie któremu do głowy strzelać. Potem nie wiem jakimi ulicami, wiem, że [szłyśmy] do Grzybowskiej, tam gdzieś na Placu Grzybowskim coś się paliło, jakieś metale. W powietrzu razem z wiatrem leciały takie drobniusieńkie opiłki. To się wdzierało w uszy, w nos, w oczy – no okropnie. Potem jeszcze dalej pobiegłyśmy. Chciałyśmy gdzieś zajrzeć, to wszyscy nam mówili, że nie ma miejsca, nie ma miejsca, no i w końcu na Chmielną i Chmielna 5, blisko Nowego Światu był taki hotel. Taki bardzo pośledni hotel. On był już prawie pusty, jedynie w piwnicy, w suterenie mieszkało takie małżeństwo rosyjskie, staruszki. Mieli takie worki suszonych skórek od chleba, bo przeżyli głód w Rosji, uciekli przed Stalinem, może jakieś pieniążki mieli. Na porządny hotel na pewno nie było ich stać, ale tam w tej suterenie to nie wiem, może za darmo mieszkali, może tam coś pomagali zamiatać czy czyścić. W podwórku była restauracja Feniks pod piątką, naprzeciwko bramy. W tej restauracji – nie wiem, ja się na tym nie znam, nie znałam przynajmniej – było takie zgrupowanie młodych ludzi w panterkach, z opaskami, z hełmami. Spali na podłodze, dostawali łyżkę strawy, bo obok była kuchnia, jak to w hotelu jest zawsze kuchnia. Tam gdzie oni spali, to była restauracja. A ja nie mogłam usiedzieć w piwnicy. Wciąż uciekałam, i tam do tego Feniksa, i do kuchni, i pomagałam, i wałkowałam ciasto, i kroiłam makaron. Mieli tylko mąkę i jakąś fasolę albo groszek, no to takie zupy gotowali. No to jak się kręciłam tam cały dzień, to też mi dali zupy pojeść trochę. Jak poprosiłam, to i miseczkę matce zaniosłam do piwnicy. No i to tak trwało jakiś czas, aż w końcu mnie wziął mężczyzna jakiś za rękę, przeszedł Chmielną, tam też przez jakieś podwórko, przez jakiś kawiarniany ogród, bo pełno stało stolików takich ogrodowych (takie żelazne, a tutaj takie do siedzenia takie deseczki i stoliki też takie), [potem] jeszcze dalej i zaprowadził mnie na pierwsze piętro. Cała klatka schodowa była wyłożona czarnym drewnem, hebanem i biblioteka, gdzie już mogłam usiąść, i biurko czarne, wszystko na czarno. Pan siedział za biurkiem i ten [pierwszy] pan mówi: „Ochotniczkę przyprowadziłem”. No więc dane i… Głowę bym dała, że dostałam furażerkę i jakąś legitymację i opaskę. Ale jak napisałam w osiemdziesiątym drugim roku do tych trzech zgrupowań, tych organizacji… Dostałam [adresy] od takiego pana pułkownika, który też brał udział w Powstaniu Warszawskim. Dał mi te adresy, bo dopiero się ujawnili po tym strajku solidarnościowym, jak taka odwilż chwilowa się zrobiła. Bo nie miałam ani świadków, ani dowodów żadnych. No więc pisałam, pisałam i do telewizji, bo były takie komunikaty, że kto zna, kto widział, niech się zgłosi i tak dalej, więc też pisałam. Pisałam do wojska, że może pamiętają, może ktoś pamięta taką dziewczynkę pseudonim Niusia, z Chmielnej. Odpisali, że nie mają w rejestrze niczego. No i do tych trzech organizacji też pisałam, do Warszawy. Dwie odpowiedziały, że nie, że oni w innym rejonie i tak dalej, a jeden pan pułkownik przysłał mi deklaracje i napisał, że to się zgadza, tak, że on… Najpierw miał dużo pytań, a kto, a co, a jaki dowódca, a ja nic, nikogo, wszyscy [mieli] pseudonimy. Kto tam z taką dziewczynką… Byłam taka przylepka, taki dzieciaczek miły, ale nic poza tym. Dostałam meldunek, to leciałam pod murem, bo bez przerwy przez tą Chmielną był ostrzał i przez Nowy Świat.

  • A pamięta pani jakieś pseudonimy?


Nie, nie. Teraz oglądałam dwa razy przypadkowo panią Stawską, zna pani?

  • Tak, znam, pseudonim „Pączek”.


O pseudonimie nie mówiła. Ona twierdziła, że barykada na Chmielnej to było takie bardzo ważne i ciężkie miejsce.

  • Pani przez tę barykadę przechodziła, wzdłuż tej barykady?


Nie, na tę barykadę biegłam spod piątki, bo barykada stała na Chmielnej przed Nowym Światem i tam byli zawsze żołnierze nasi, akowcy i latałam do nich z meldunkami, od nich [odbierałam] meldunki, kawę, zupę. Bez przerwy biegałam.

  • A co odpisał pan pułkownik?


Ten pułkownik mi zadawał wiele pytań, na które nie mogłam odpowiedzieć i mam tu takie pismo, tylko że już nie jestem w stanie tego przeczytać. On mi napisał, że oni nie mieli furażerek, nie mieli legitymacji, tylko opaski. A jak wychodziłyśmy 28 września z Warszawy z ludnością cywilną, to mama kazała mi… Bo ponad dobę nas ciągnęli po różnych dziurach, wykopach, przekopach i drugi raz w to samo miejsce, aż w końcu wreszcie… Bo to kobieta tą chorągiew Czerwonego Krzyża nosiła i tak przeprowadzała tych Polaków, oddawała w ręce niemieckie. Ja to prawie widzę, że mama kazała mi to wszystko zakopać w gruz, bo wiedziała, że jak przy mnie znajdą coś takiego, to będą jakieś problemy, kto wie, czy nie tragedie. Płakałam, nie chciałam, bardzo przeżywałam ten moment, ale mama kazała i musiałam. Do tej pory jestem przekonana, że miałam tam i furażerkę, i jakiś papierek, i opaskę, i to wszystko musiałam w gruz zakopać i iść.

  • Czy pamięta pani, czy byli jeszcze jacyś inni ochotnicy, ochotniczki, takie dziewczyny?


Nie, nie znam. Były tam na Chmielnej 5 jeszcze takie dwie dziewczynki, siostry. Jak przez mgłę je pamiętam, z warkoczami też. Ja też miałam długie warkocze, takie że musiałam spod pupy wyciągać, jak siadałam, ale one nie, one siedziały w piwnicy. […]

  • Czy pamięta pani z tego okresu, kiedy pani była i pomagała przy tym oddziale, jakąś walkę, którą ten oddział stoczył w tym czasie, czy to były raczej takie działania, które polegały głównie na obronie tego miejsca, tej placówki?


Na obronie. Mimo że tu cały czas przez Chmielną był ostrzał od zachodu, wzdłuż Chmielnej. Było tak też, co się dziwiłam, że w pewnym momencie dano mi taką karteczkę ze znaczkami, z numerkami i wysyłano mnie po zupę na Szkolną. Nie były to miłe spacery. Tam gdzieś na rogu Szkolnej i jakiejś innej ulicy pamiętam kobietę – oszalała, taka starsza, nieduża kobieta, tańczyła, śpiewała, kręciła się na środku placyku, [który] tam był. No bo jak tu była garkuchnia, to [mogli dać] mi tą miskę zupy – nie, to tam musiałam lecieć, żeby dostać coś do jedzenia. Takie też były dziwne poczynania. Ale któregoś dnia właśnie poszłam i nie było już gar kuchni, zbombardowana była. Tak że krótko tam na tą Szkolną chodziłam. No i tu też powoli, powoli i zbierali się, uciekali i nam też kazali się zebrać.

  • Państwo wyszli z oddziałem czy z ludnością cywilną?


Oddział wyszedł wcześniej. Ponieważ byłam w piwnicy, z mamą spałam w piwnicy, to my później. [Poszliśmy] w Aleje Jerozolimskie, no i tam ogromny ogonek, pojedynczy taki, kolejka. Ani kaszleć, ani kichać, ani palić, ani rozmawiać – nic, cisza martwa zupełnie. [Tam był] ten przekop i tam nie mogli głęboko kopać, bo tam była stacja Warszawa Główna, więc tylko do tego momentu, jak te sklepienia, no to worki. Co minutę jedną osobę puszczali i to na czworakach trzeba było, no bo te worki nie były pewne. Jakby granatnik puścił, to worki by nie pomogły. To też przeżyłam, bo to takie straszne było jednak, a tu cały czas walili. To nie było tak, że cichutko było.

  • Miały panie coś ze sobą w ogóle, jakikolwiek dobytek?


Nic. Mama miała ten [niezrozumiałe] w kieszeni czy gdzieś, nie wiem, nie pamiętam żadnej torby, żadnego niczego.

  • Dokąd panie dotarły?


Na Hożą. To była dzielnica chyba niemiecka, bo tam ładne domy, ładne mieszkania. Na Hożej żeśmy się zatrzymały w takim pustym mieszkaniu, na parterze. Znalazłam gdzieś… Właściwie poza meblami nie było nic, ale gdzieś w kącie – tylko nie umiem tego nazwać – to było bardzo pospolite, to niemiecki jakiś wyrób, słodkie takie, do lizania, do jedzenia, pożywne. Nie wiem, czy to dla żołnierzy, czy dla dzieci było produkowane. Bardzo się ucieszyłam.

  • To było coś drobnego?


Kawałek taki, bo to takie okrągłe tubki, owinięte takim pergaminem, z napisami.

  • Jak długo panie były na Hożej?


Byłyśmy do końca, do 28 sierpnia. Z tym że ja bez przerwy biegałam, bez przerwy. Na Chmielnej to na korytarzach leżało pełno takich chłopców już prawie konających, normalnie to by [ich] do szpitala pewnie zabrali. Ale to już był taki stan agonalny, majaczyli, prosili pić. Chodziłam tam i im pomagałam troszkę, zmoczyłam usta. Tak chodziłam, zaglądałam. To na Chmielnej jeszcze, bo tam korytarze jak w hotelu.

  • Czyli jeszcze w Śródmieściu Północnym. Później znalazły się panie już w Śródmieściu Południowym.


A w Południowym też biegałam, też pamiętam, koło włazów gdzieś kiedyś siedziałam, czekałam. Bracka… Gdzie jest Bracka?

  • To jeszcze Północne.


Jeszcze Północne, równoległa do Chmielnej czy prostopadła?

  • Prostopadła.


Tam też czekałam przy włazie.

  • Pamięta pani może osoby, które wychodziły z kanału?


To był straszny widok, usmarowani, brudni, cuchnący, jak z kanałów. Prowadziłam od razu tam do łaźni.

  • Rozmawiała pani z tymi Powstańcami, tymi sanitariuszkami, które gdzieś tam w okolicy tego oddziału właśnie były?


Nie przypominam sobie. Jakieś takie nic nie znaczące, takie żarciki, ale tak to nic. Po prostu widocznie uważali, że jestem za mała, żeby cokolwiek ze mną rozmawiać na temat Powstania czy cokolwiek. Wiem tylko, że wciąż czekało się, że to miało być trzy dni i wejdą Rosjanie. Była poczta, więc wiedzieliśmy, że się cofnęli o czterdzieści kilometrów i czekają, aż się wszyscy wykrwawią.

  • Pamięta pani łączników poczty, młodych listonoszy, którzy przynosili listy?


Nie, nawet chyba nie pamiętam, czy widziałam na Chmielnej kiedykolwiek [kogoś] z pocztą.

  • Pani mama cały czas siedziała w kamienicy czy miała jakieś zajęcie? Czym się zajmowała?


Niczym, siedziała po prostu w piwnicy.

  • Pewnie się trochę bała też o panią?


Bała się, tak, tak.

  • Pani wracała na noc codziennie?


Wracałam na noc do mamy.

  • Jakie były dalsze pani losy? Panie wyszły już ze Śródmieścia Południowego bezpośrednio z Warszawy?


Nikogo nie spotkałam tam, Warszawa Południe, z tych… Chociaż bym chyba nawet nie poznała. Wie pani, to był taki chaos, takie to wszystko straszne.

  • Ale kiedy kończyło się Powstanie, to z ludnością cywilną panie wyszły do Dworca Zachodniego? Jakie były dalsze koleje?


Lwowską ulicą w ręce Niemców i Niemcy przejęli już ten cały exodus. Strasznie to wyglądało. Ja tak szłam z tej grupy i chciałam popatrzeć z daleka – obraz nędzy i rozpaczy po prostu. Na piechotę nas gnali na Dworzec Zachodni. Na Dworcu Zachodnim w towarowe wagony – zawieźli do Pruszkowa. W Pruszkowie już [byliśmy] nie z wojskiem, tylko z ludnością cywilną. Powinnam się znaleźć na jedynce, tam gdzie starsi i matki z dziećmi. Ale tam było straszne przepełnienie, tam chorzy, jęczący. Nie wiem, jak mama to załatwiła, zgłosiła, że pracuje na tramwajach.

  • Że mama pracuje na tramwajach?


Tak, tak. I do ósmego pawilonu nas skierowali. Chyba około tygodnia byłyśmy tam na tej ósemce. To normalne klepisko i tak się spało na tej ziemi uklepanej. Jakieś ogniska palili, żeby wodę zagrzać. Nikt tam nawet jeść nie dawał. I tak gdzieś po tygodniu chyba znów nas zebrali w taki towarowy pociąg i zawieźli do [Lamsdorf] (to teraz Łambinowice). To straszny też obóz, w szczerym polu, zagrodzone drutami kolczastymi i co dziesięć metrów stał żołnierz z karabinem. Cały ten obóz tak był urządzony. W środku ogromne białe namioty i na tą ziemię nasypane trochę trocin. Raz dziennie dawali chochlę zupy […] i parę takich długich z brukwi, takiej utartej, fruwało. Po zjedzeniu takiej zupy dostałam strasznych boleści. Tam byliśmy też tak chyba do połowy października i znów w towarowe pociągi i do Wiednia.

  • Jak wyglądał taki pani dzień w Łambinowicach?


Siedziałam na trawie w ciągu dnia, a w nocy poszłam spać na te wióry.

  • A mama?


Też. Tam nic [nie było], nic w ogóle.

  • Później był Wiedeń?


Potem był Wiedeń. Wszystkich na taki… To był jakiś taki dworzec, nie główny, tylko taki pod Wiedniem, jakby duży plac, wybrukowany kamieniami. Ustawili wszystkich w szeregu na tym placu, zjawili się bauerzy, kilku takich w skarpetach, w krótkich spodenkach skórzanych, w pelerynach, w kapelusikach z piórkiem, z takimi szpicrutami i tak sobie wybierali. Do roboty tam potrzebowali. Patrzyli, czy młody, czy zdrowy, czy będzie silny, czy będzie dobrze pracował. Tak wybierali, wybierali i w końcu…A ja byłam tak przyklejona do mamy. Miałam trzynaście lat, a wyglądałam na siedem, na dziewięć, na dziesięć może.

  • Jak długo panie były w Wiedniu?


Nie, nie, w Wiedniu byłyśmy tyle, co na tym placu. Zostało czterdzieści dwie osoby razem z dziećmi, starsze, małżeństwa z malutkimi dziećmi, bo takie też były, no i ja z mamą, bo ja taka malutka, przyklejona, chudziutka, bo taki niejadek, to wie pani. Wtedy nas zapakowali już do osobowego pociągu i zawieźli do Strasshofu. To było jakieś trzydzieści kilometrów od Wiednia – największa stacja przetokowa w Austrii, 640 torów przetokowych. Między tą stacją, tymi torami był obóz nasz, baraki, międzynarodowy obóz pracy, a tu szosa. Tak że między jednym punktem strategicznym a drugim umieszczony ten obóz. Codziennie był w południe Fliegeralarm. Lecieli na Wiedeń, lecieli na Leopoldau. Tam nawet żeśmy takie głuche wybuchy słyszeli, z oddali bardzo. A my wszyscy z pracy do lasu, bo tam lasy były, zagajniki… Jak się nazywają… Maślaki – maślaki tak jeden koło drugiego, całe pola, że się kładłam i tak cięłam te maślaki.

  • Co panie robiły w tym obozie?


Tam, proszę pani, straszną pracę: wymienianie podkładów kolejowych, bardzo ciężka praca.

  • Szczególnie dla takiej drobnej małej dziewczynki?


Też, bo jakbym nie pracowała, to nie dostałabym jedzenia. Ale ponieważ był jakiś przepis międzynarodowy, że można dzieci zatrudniać od czternastego roku życia, a ja nie miałam jeszcze czternastu, to jak powstała parę lat temu jakaś taka [organizacja] Przyjaźń czy Związek Przyjaźni, wypełniało się coś tam i wysyłało, to dostałam od nich dziesięć tysięcy. Ale korespondencja była, bo oni znaleźli te akta ze Strasshofu i znaleźli Alinę Białą, ale Stefanii Białej nie znaleźli, bo nie wolno mnie było zatrudniać, no więc nie było mnie w ogóle na liście.

  • Czyli dostała pani jakby za mamę te pieniądze?


Tak, jakby za mamę. Zawieźli nas do tego Strasshofu, przydzielili barak. No i tak, buty – dwa lewe – spadły mi już z nóg, to dostałam takie Holzschuhe. Tutaj takie płótno było na wierzchu i w zimie – przecież ani skarpetek, ani nic, tragedia po prostu. Miałam odmrożone nogi, ręce, tak to było. Codziennie taki alarm i my mogliśmy lecieć do lasu. Jak alarm odwołali, to jak jeszcze był taki czas, że trzeba było wracać, to się wracało, a jak nie, to do baraków.

  • Czy udało się przygotowywać coś z maślaków?


Tak, tak. Bo w baraku na środku stał taki piec, w którym paliliśmy. Tam było zimno, to blisko Alp, wiatry takie, że skrzynkę sto dwadzieścia kilo potrafiło zrzucić z rampy, takie wietrzysko. Wiadro jakieś, w miarę niestare, niezniszczone i gotowali te maślaki, jedli.

  • Do kiedy panie były w tym obozie?


17 kwietnia 45 roku weszli Rosjanie. Aha, przed tym jeszcze, trzy, cztery dni przed tym jak weszli Rosjanie, przez trzy dni były naloty dywanowe. Ale to nie były rosyjskie samoloty, to chyba były angielskie. Samolot przy samolocie, czarne niebo samolotów i bomby leciały cały czas na tę stację przetokową. My siedziałyśmy w takich prowizorycznych bunkrach. Były kopane, starymi podkładami obłożone i dach zrobiony, na to ziemia, na to trawa posiana – takie trzy bunkry były. Trzy dni tak bombardowali, taką „dywanówkę” [zrobili]. Jak poszłam z mamą… A tam były przecież różne rzeczy: i ludzie żywi zamknięci, i martwi, i cukier, i mąka, i wino, i spirytus, i benzyna, i amunicja – to wszystko zbombardowane wybuchało. Więc samoloty poleciały, a tu wciąż były jeszcze wybuchy. Ale jak się tak trochę już uspokoiło, to poszłyśmy z mamą oglądać, co to się tam stało. Muszę państwu powiedzieć, że metra jednego nie było całej szyny, tak było zbombardowane, zsiekane. Taką nóżkę znalazłam z bucikiem, leżała tak z boku… Tak że tak przeżywałam, tak się gdzieś to wszystko gromadziło. Dziwię się, że nie zwariowałam. A może…

  • Kiedy weszli Rosjanie 17 kwietnia, jak to wyglądało?


Od razu wieczorem przyszli i zabierali kobiety. Wiadomo po co.

  • Czy mamie udało się tego uniknąć?


Mamie udało się uniknąć, bo mama była sama z jakimś tam towarzyszem w trzecim [bunkrze] i ja z nimi. Te dwa były zapełnione. Bo tam przecież i Francuzi byli, i Holendrzy byli, i ta dziewczyna z Ukrainy, Polka albo Ukrainka, która mówiła trochę po polsku, szesnastoletnia. Ona nam opowiadała o tym, co się działo na Wołyniu. Jej matkę na żywca rżnęli piłą do drzewa, dwóch facetów, jeden tak, drugi tak, a ona się schowała za szafę i to wszystko słyszała i widziała. Tak że straszne rzeczy się tam działy – widłami, widelcami, nożami, nożyczkami, co kto miał, grabiami. Nie wiadomo dlaczego. 120 tysięcy ludzi. Więc mam ambiwalentne odczucia, jeżeli chodzi o tą wojnę i o naszą pomoc, bo żal mi dzieci, żal mi ludzi starszych, ale do niedawna jeszcze czcili pomniki Bandery.

  • Kiedy Rosjanie zabrali te kobiety, paniom udało się uniknąć tego losu.


Trzymali je do rana i rano wróciły. Te, które zostały na następny dzień, to na wieczór znowu po nie przyszli. A mama, od razu uciekali… Ja to byłam tylko raz na tych torach, a mama częściej. Tam jakieś onuce, nowe takie onuce były, leżały sterty, bo jak wagon rozwalony, to wszystko to gdzieś tam fruwało. Trochę mąki tam nazbierali, trochę cukru. Miałam w tornistrze żywą kurę, niosłam i na piechotę uciekaliśmy. A to był kwiecień, jeszcze zimno było, różna pogoda. Pełno takich wzdętych trupów, bo to taki krajobraz po bitwie dopiero. Dopiero uciekli Niemcy i weszli Rosjanie, a to wszystko tak leżało – sprzęt, armaty. Jakieś dzikie zwierzęta wypłoszone z lasu wychodziły. Wodę z kałuży piłam, spałam pod gołym niebem, no i tak. My osiemnastego chyba czy siedemnastego uciekliśmy z Wiednia, z tego Strasshofu. Dopiero trzeciego byliśmy w Dolnych Vestenicach na Słowacji.

  • 3 maja?


3 maja. Miałam od kolan do kostek na nogach dwadzieścia siedem czyraków, strasznych, ropiejących, takie gruczoły limfatyczne jak pięści i temperaturę. No i na odpoczynek taka stara baba Kolieskowa nas ściągnęła z szosy, bo widziała, że te rowery takie objuczone...

  • A, na rowerach jechałyście, panie?


Prowadzili te rowery. Mama zadecydowała, że idziemy, a ja nie mogłam już iść, już mi było wszystko jedno. No i ta Kolieskowa też tak [przekonywała], żeby mama mi zostawiła trochę jedzenia i niech ja zostanę, ona mnie wyleczy i to, i tamto. A ona była wredna. Goniła mnie w pole, do pracy, bo to maj, to już sadzenie ziemniaków i inne [prace] ogrodowe. Nie miałam sił, słaniałam się i uciekłam jej. I to tak, jak jest szosa… Bo to taka była wieś, że ani pociągu, ani…. Może autobusy jakieś kursowały kiedyś, ale wtedy to nic. Piętnaście kilometrów do miasta powiatowego. A tak to tylko sołtys i nic więcej. Jak jest szosa, to tak przy drodze takie ładne domki murowane wybudowane, a już dalej, to takie biedne. I ona w takim biednym, drewnianym mieszkała, taki, pożal się Boże, ale tutaj stał taki ładny nowy dom. Miał na poziomie piwnic podcienia takie zrobione i w tych podcieniach, w jednym był piasek, jeszcze taki z budowy, czysty taki piaseczek. Tam się schowałam i tam albo usnęłam, albo straciłam przytomność, nie wiem. Bo ja byłam bliska sepsy. Wtedy nikt się nie znał na tym, a teraz wszyscy się znają na medycynie. Dzieci mnie znalazły, zawołali rodziców, rodzice zawołali sołtysa, no i sołtys [skierował mnie] do takich Szramków. Ona bezdzietna. Tam na pewno był konflikt serologiczny, bo ona kilka razy w ciąży była i roniła, roniła za każdym razem. No i parobka zawsze brała na lato do pomocy, a tu sołtys przyprowadza taką dziewczynkę, pożal się Boże, dziecko takie zmarnowane, jeszcze chore, z temperaturą. Mówi, że nie, że ona nie chce, że ona potrzebuje chłopaka. „To nieważne, że nie chcesz. Weźmiesz, wyleczysz i będziesz miała pomoc”. Trwało to dosyć długo, w końcu już nie miała wyjścia, zgodziła się. Rzeczywiście mnie wyleczyła, odkarmiła od razu. Codziennie piłam prawie pół litra mleka prosto od krowy, kromkę suchego chleba bielusieńkiego, bielszego od naszych bułek, ale żytni. Normalny obiad, normalna kolacja, powietrze, bo to Tatry przecież, w górach to było.

  • To Słowacja, tak?


Słowacja, tak. Tam miałam czwarty obóz pracy. Tam jak mnie wyleczyła, jak obrała z tych wszy, to musiałam pracować na równi z dorosłymi. Ta miała dwie grządki do dziabania ziemniaków, bo już puściły tam, i ja też; ta miała do okopywania i ja też. Obcy język. Zdawałoby się, że podobny, ale słowa, które w ogóle trudno zrozumieć. No i było też tragicznie. Potoki takie – pięknie. Musiałam się nauczyć jeździć konno, trzy razy dziennie takiego ogromnego konia, jechać z nim do potoku, żeby się napił. Woda kryształowa w tych potokach. Wchodziłam po żłobie na niego, na żłób, potem na konia. Tak się przyklejałam, żeby mi głowy nie obcięło, jak on wychodził z [obory], bo obok krowy stał w oborze. Jeden koń, jedna krowa, jedna koza i osiem owiec, które już poszły w hale. Wszystko robił sam ten gazda, tylko jechał do lasu, wycinał drzewo, potem je czyścił, okorował i z takich paliczków wszystko budował. I stodołę, i kurnik, i chlewik, i ubikację – wszystko było przez niego robione. Tam była szkoła życia, tam dziewczynka, która się bała gęsi i koguta, musiała doić krowę, paść ją, jeździć konno, robić w polu. Cały tydzień żeśmy… Tam jest taki kamienisty grunt, nieciekawa ziemia, więc bardzo dbali o nawożenie. Nie sztuczne, bo jeszcze było naturalne wszystko. Musiałam czyścić oborę. No więc dla takiego dziecka taka ciężka praca… Tak miał zbudowaną oborę, że to mokre to wszystko gdzieś tam ściekało do pojemnika, on to wywoził też na pole, wylewał. To gęste ze słomą to musiałam widłami na taczkę i taczką tam na to gumno, żeby to się przerabiało. Wszystkie pola tak były posadzone: na jednym polu same czereśnie, na drugim polu jabłonie, grusze. Najwięcej śliwek węgierek. Z tych śliwek węgierek żeśmy zbierali oczywiście. Czereśnie takie jak ten dom wysokie i drabinę jak przystawił, ona mówi: „Wchodź, bo ty jesteś lekka, wchodź”. Ta drabina razem z tą gałęzią, ze mną tak [się bujała]. No więc przeżycia miałam…

  • Jak długo pani tam była?


Jak matka wróciła do Warszawy i znalazła… Bo z tego domu, gdzie babcia mieszkała, to tylko brama została i gruz.

  • Na Ogrodowej?


Na Ogrodowej. A tam było siedem klatek schodowych, ogromny dom. Siedem kondygnacji, bo sutereny, parter, pierwsze piętra, drugie, trzecie, czwarte i facjaty – facjaty, które były zbudowane ze strychów. Mnóstwo ludzi tam było. Na tej bramie pełno takich karteczek: „Kowalscy, jesteśmy tu i tu”. Znalazła matka kartkę, dziadek napisał Maksent Wacław, Białołęcka ileś. Bo oni w Powstaniu byli tylko dwanaście dni, bo tam ich od razu Niemcy drapnęli, jak się znaleźli na ulicy Żytniej, tak że oni tak specjalnie nie odczuli tego Powstania.

  • Przeszli przez Pruszków też, a potem po…


Do Berlina, do fabryki amunicji. Straszny głód też mieli, ale [byli] razem, dziadek z babcią. Wujek Gieniek to od razu powołany był na zgrupowanie z tym Fredkiem.

  • Obaj przeżyli Powstanie?


Przeżyli, ale Gieniek, akurat tak było, że był na drugim czy na trzecim piętrze i krzyczał: „»Goliat« jedzie, »goliat«”. A wiecie państwo, co to były „goliaty”? Samobieżne i tam samoistnie wybuchały. Pełne trotylu czy tam prochu i to wszystko wkoło się burzyło. Ten dom się zburzył i on tak leciał z tego trzeciego piętra razem z tym gruzem. Jakimś cudem [przeżył], zęby tylko miał poharatane. Tylko w tym obozie to dostali wrzodów różnych na plecach. Opowiadali potem, że jeden drugiego smarował, czyścił, mył, opiekował się. Jakoś tam było.

  • Powiedziała pani, że mama znalazła karteczkę od dziadków, że są na Białołęckiej?


Że mieszkają na Białołęckiej, w drewniaku. Dziadek jako pracownik zgłosił się od razu do PKP, przydzielili mu od razu taki pokój z kuchnią. Z tym że pokój był nie do użytku, bo ściana szczytowa była…

  • Nie było ściany.


Nie było jej. Ale potem jak jeździłam do Warszawy częściej przez ten most wysokowodny, co ten pociąg jechał tak, tak, tak i skrzypiało, skrzypiało, czy przejedzie, czy nie przejedzie, na Odrze tu… Jak mama znalazła babcię i dziadka, no to od razu: „A gdzie Niusia?”. A już wiedzieli, że około dwustu tysięcy ludzi zginęło. No to na lewobrzeżnej Warszawie to prawie co czwarty. „Jak to, nie ma Niusi?” – „No nie ma”. Babcia wyszła na schody, bo znali mnie, wiedzieli, że lubię takie fikusy, to się schować, to nastraszyć, coś tam pożartować – tak od dziecka miałam. Wyszła na te schody i szuka, nie znalazła mnie, no więc już jej się włos zjeżył. Dziadek się ruszył też, a taki był milczek, bardzo spokojny człowiek. Też odznaczony krzyżem Piłsudskiego. Bez przerwy uczył się rosyjskiego i niemieckiego. Jak żeśmy się pytali: „Dlaczego, dziadku?”. – „Bo język swoich sąsiadów, a szczególnie wrogów trzeba znać”. No i jak Niemcy weszli, to się z nimi dogadywał jako brygadzista. Boże, no i dziadek się zdenerwował strasznie, bo [mama] zaczęła opowiadać, że [córka] nie chciała jechać. „Jak to, nie chciała? To mogłaś zostać”. Bo pracę by tam dostała, bo na wiosnę, jak jest tyle pracy w polu, to każde ręce się przydają. On mógł zostać, ten towarzysz i ona, poczekać, pomóc mi się jakoś wyciągnąć z tego wszystkiego. I poszła. Ja tam dostałam trzy listy we wrześniu, tak że byłam cały sezon w zasadzie, od sadzenia ziemniaków do zbioru buraków cukrowych. Buraki cukrowe muszą przymarznąć na polu, żeby się scukrzyły, więc jeszcze zbieraliśmy buraki. A z tymi śliwkami to jeździliśmy do Węgier sprzedawać te śliwki, to dzień i noc taki szpaler, z pięć albo sześć takich wozów z końmi i pełen wóz śliwek. I oczywiście Szramka mnie zabrał do pomocy. Dzień i noc się jechało, noga za nogą, te konie i tam się sprzedawało te śliwki i gruszki mieliśmy na tym wozie. No więc wszystkiego tam się nauczyłam, wszystkiego dosłownie. Jak była młócka, to też pomagałam jedną, bo to takie jeszcze stare te mocarnie. Trzeba było ludzi poustawiać, żeby to dotarło, tam gdzie trzeba, i wysypało się, tam gdzie trzeba.

  • Rozumiem, że mama pisała listy, zapamiętała miejscowość czy nazwisko gospodarzy?


Tak, nie nazwiska nie znała, bo jej nie było, jak ja byłam już u Szramków, ale pisała do Dolnych Vestenic na Słowacji. Proszę pani, to była mała wieś i taka dziewczynka polska to był ewenement. Mnie tam lubili, mnie tam wszędzie zapraszali ci sąsiedzi. Zaraz pani powiem, jak było i dlaczego się do nich nie odezwałam, jak wróciłam, ani matka. Nie dość, że mnie tak traktowali, tak bez wyczucia właściwie… Na przykład byłam dzieckiem, po Powstaniu – czy w Powstaniu, nie pamiętam – po Powstaniu już moczyłam się. Teraz to wiemy, że trzeba iść z dzieckiem do neurologa i trzeba leczyć, bo to są nerwy, a wtedy nikt nie wiedział. Moczy się, bo jej się nie chce wstać, tak? Bo jest leniwa. Więc on zbił z desek takie korytko, napchali siana, nakryli płachtą, dali poduszeczkę, kocyk i spałam prawie pod gołym niebem. To było lato i nie w mieszkaniu, nie na łóżku. Mi tam było wszystko jedno, nauczyli chodzić bez majtek, boso. Wszyscy tam tak chodzili. No nie mężczyźni, mężczyźni w spodniach, ale kobiety, dziewczynki, to siusiało się na stojąco.

  • Jesteśmy pewnie jeszcze na Słowacji?


Jesteśmy na Słowacji. Jeszcze chcę powiedzieć, jak wpadłam, jak on mi kazał, zgubił… U nas to się nazywa kunica chyba, takie cztery kije nad kołami wozu, a tam lewcza. Jechaliśmy przez trzy potoki, trochę z górki, trochę pod górkę, kamieniste dno, on zgubił tą lewczę. Ja nie wiedziałam, nie słyszałam wcześniej, jak to się nazywa. Mówi do mnie: „Dziewcza, idź, szukaj lewczy”. Myślę: „Boże, co on ode mnie chce? Nie wiem. Może te rzeczki się jakoś tak nazywają, no bo jak u nas jest rzeka Wisła, to może te rzeczki też takie mają nazwy jakieś i każe mi szukać”. I poszłam i tam gdzie stałam, dałam krok i wpadłam [do potoku]. Ten potok był płytki, po kostki, w niektórych miejscach po kolana, ale w tym miejscu miał taką wyrwę i ja w tą wyrwę wpadłam. No i pierwsze, co pomyślałam, to że już mamy nie zobaczę. Ale rosło drzewo i [korzenie] tego drzewa w tej wodzie można było namacać i ja po tych korzeniach wygrzebałam się na wierzch. Taka ociekająca wodą, przerażona przyszłam. Oni tak się śmiali, tak się pokładali ze śmiechu, a mnie nie było do śmiechu. Nosiłam bardzo ciężką, mokrą bieliznę na plecach do potoku, bo w potoku się prało. Pranie się robiło w potoku, całą zimę jak potok był… Potoki nie zamarzały, bo one mają szybki prąd, ale w zimie to ciężko byłoby w takiej zimnej wodzie prać, bo takie pranie na takiej desce, tylko bicie takim specjalnym toporkiem drewnianym. Gotuje się najpierw w kotle, w mydlinach bieliznę, potem się ją lekko wyżyma, nie mocno, układa się na tę płachtę, płachtę na plecy, ciężar, mokre, woda po tyłku leci – coś okropnego. No i potem trzeba prać w tym potoku i z powrotem takie mokre do domu.

  • Czyli tam spędziła pani też zimę czterdziestego piątego na czterdziestego szóstego roku?


Nie, nie, we wrześniu dostałam trzy listy i w październiku jeszcze zbieraliśmy, bo już mrozy były tam, zbieraliśmy buraki i mówię, że muszę jechać do Prievidzy, bo mi podpowiedzieli, że wyrobić sobie taki dokument, żeby mnie za darmo przewieźli z Prievidzy do Warszawy. A oni nie, nigdzie ze mną nie pojadą. Trzeba było jechać o czwartej, o piątej rano… Spotykałam się z tymi ludźmi, którym było żal mnie, że ja chcę do matki jechać, do rodziny. A tu ona mówi, że ona mnie zaadoptuje, bo już jej tak przypasowałam, taka byłam zwinna, pracowita i szybko się uczyłam wszystkiego, że ona chętnie mnie zaadoptuje. Mówię: „Ja nie chcę, ja chcę do matki, ja mam matkę”. No więc w ogóle nie pojadą ze mną do tej Prievidzy. To obcy ludzie – po kryjomu uciekałam – wywozili mnie do tej Prievidzy. Tam trzeba było najpierw podanie złożyć, potem za dwa tygodnie po to podanie pojechać i znów mnie wieźli obcy ludzie, no i potem trzeci raz do pociągu. Powiedziałam: „W życiu już nie chcę nawet o nich słyszeć”. No i przyjechałam. A jeszcze w pociągu było… Wsiadłam, w Cieszynie przekraczałam granicę – był czeski Cieszyn i nasz Cieszyn. Gdzieś mi zginęła ta przepustka, może ktoś chciał oryginał gdzieś, nie wiem. Na moście, na Olzie stał stół. Dwie osoby siedziały i przepustki wydawali albo sprawdzali, jak ktoś miał taką stałą. Z Cieszyna do Katowic pojechałam bez problemów, nikt nie sprawdzał biletów, a w Katowicach do warszawskiego wsiadłam sobie do przedziału. Ciasno, wszystkie miejsca zajęte. No ale ja trochę dziwacznie wyglądałam, bo na tej Słowacji taka odżywiona, się bardzo zmieniłam, urosłam, stężniałam. Nic na mnie nie wchodziło. Miałam taką sukieneczkę w niebieską kratkę flanelową, to kazała mi popruć, miała jakąś krawcową… Mama mi zostawiła parę takich szarych onuc, że może mi się tam przydadzą, jak odjeżdżała, z tymi rowerami jak odchodzili. Ta krawcowa rozcinała i w tą niebieską kratkę wstawiała takie pasy szarej flaneli, więc ta sukienka wyglądała jak na klauna trochę. Buty miałam od bata, półbuciki, Holzschuhe, tutaj drewno pod spodem, na wierzchu czarne płótno. W ogóle zapomniałam mówić po polsku, w ogóle. Pytałam się jeszcze w Cieszynie, jak wyszłam z pociągu, zawiadowcy, gdzie mam iść do przejścia granicznego. „A po co ci do przejścia?” mówi. Ja mówię: „Ja jestem Polka, ja idę do Polski”. – „Jaka ty Polka? Ty przecież nie umiesz mówić po polsku”. No ale powiedział mi, którędy mam iść. Ludzie zaczęli się interesować, samo dziecko, dziewczynka, taka jakaś dziwna i zaczęli mnie wypytywać, co ja, jak ja, skąd, dokąd, dlaczego. I ponieważ im odpowiadałam po słowacku, to oni mnie uczyli. Całą drogę uczyli mnie polskiego, przypominali mi słowa, kazali powtarzać i jak przyjechałam, to nieźle nawet mówiłam z powrotem po polsku. Jeszcze tak śpiewałam trochę. I przychodzi konduktor, bilety do kontroli. Wszyscy dają bilety, a ja daję taki papier A4, a on mówi: „Dalej go, jazda, bilet mi dawaj”. Mówię: „Ja nie mam”. „No to wynocha!”. A ci ludzie na niego. Myślałam, że go zlinczują. On uciekał. Proszę sobie wyobrazić, że do samej Warszawy on już do nas nie przyszedł ani razu. To jeszcze taki miałam incydencik. W Warszawie to było już tak widno rano. Wyszłam, bo to był wtedy osobowy, tam gdzie był towarowy, na Towarowej, nie było przecież Centralnego ani Głównego. Na Długosza to wiedziałam gdzie, bo chodziłam niańczyć dziecko takiej cioci, takiej dalszej rodziny. No i środkiem jezdni, na której była kupa gruzu, wydeptana ścieżka, szłam i szłam, i szłam, i szłam. Z Towarowej… Tam już zaczynają się czy kończą Jerozolimskie? Do Towarowej dochodzą?

  • Teraz do Placu Zawiszy.


Zawiszy teraz. To stamtąd na piechotę kawał drogi, bo Długosza jest od Młynarskiej przecznica, naprzeciwko cmentarza ewangelickiego. Tam mam pochowaną właśnie babcię i mamę, i prababcię, bo też jestem ewangeliczka. No i tak.

  • Czyli doszła pani do ciotki, do rodziny?


Do matki. I w kuchni takiej maleńkiej, beton wszędzie na ścianach też, w oknie takie okno z inspektów gdzieś wyciągnięte, drzwi z desek nieoheblowanych, no i koza taka. I tak przezimowaliśmy. Na Młynarskiej też miał sklep z wędliną, z mięsem taki pan Rutkowski, który mieszkał właśnie na Ogrodowej 61, kolega tego wujka Gienka. Zatrudnił towarzysza mojej mamy, bo trzeba było kręcić maszynką i na kiełbasy, i na mielone, i na to, i na tamto, więc było jedzenie. Było na czym ugotować, bo jeszcze dostawał kawałek jakiegoś ochłapu czy jakieś kostki, czy coś tam. Ale ten pan był taki „pracowity”, że powiedział, że on nie może, jemu jest za ciężko i się zwolnił. No więc było krucho. Matka robiła, jakiś tytoń kupowała, robiła papierosy. On mi zbił taką walizeczkę, ale to z dykty, i paski na szyję i ja stałam pod dworcem, do którego przyjechałam, i sprzedawałam te papierosy.

  • Wróciła pani do szkoły od razu?


Nie, nie, w Warszawie kuzyni tam byli, mieszkali na parterze na Długosza, oni już chodzili na Młynarską do szkoły, a ja nie. Ja jakoś…

  • Może musiała pani pracować?


No ja miałam czternaście lat. Tu jak przyjechałam, to jeszcze miałam czternaście.

  • Jak to się stało, że znalazła się pani w Szczecinie?


Znajomi mamy przyjechali do Szczecina i napisali do niej list: „Przyjeżdżaj, bo tu możesz dostać pracę, bo są mieszkania umeblowane, jest gaz, jest prąd, jest woda”, czego nie było w Warszawie. Przy karbidówce żeśmy siedzieli. Po wodę gdzieś się chodziło, nosiło się ze studni artezyjskiej. No i chyba mama odpisała, drugi list przyszedł, że już mają upatrzone dla mamy mieszkanie. No i transportem PUR-u, tam było napisane 16 marca czy 15 marca, w Szczecinie… Dzień wcześniej poszliśmy do tego PUR-u, więc za darmo się jechało i można było wziąć cały bagaż. Przywieźli nas do Szczecina, odstawili na Henryka Pobożnego. Tam gdzie jest teraz liceum, tam był urząd, tam był Państwowy Urząd Repatriacji. Też się spało na podłodze. Matka pościel miała ze sobą, bo tam jeszcze się postarali, jakieś nakrycia, jakieś materace też zabrali, tak że już tak inaczej. Ale nie wolno było wychodzić, bo oni tutaj kwaterowali osobiście, tam gdzie oni chcieli, nie tam, gdzie ktoś chciał. Mama uciekła, jakoś tam jej się udało wyjść i znalazła tych znajomych i potem ściągnęła resztę towarzystwa z manelami i wcale nie czekała, aż ją zakwaterują, tylko się zakwaterowała sama na Mazurską 19, tutaj w Szczecinie. Mieszkało się w oficynach, fronty były puste, bo Rosjanie przychodzili po kobiety i strzelali, pijani w sztok. Ach, w ogóle…

  • […] Pani tutaj przyjechała w czterdziestym szóstym?


Tu w szóstym. [Czterdziesty] piąty w Warszawie. Październik z Dolnych Vestenic do Warszawy, do marca.

  • I tu poszła pani już do szkoły?


I tu poszłam do szkoły na Piastów, taka była szkoła dla dorosłych i się zapisałam. No i ta pani jak zobaczyła to moje wypracowanie, to mówi: „Boże, niemożliwe”. Mówię: „Ja miałam piątki”. – „U mnie piątki nigdy nie będziesz miała”. Potem tak los chciał, że do średniej szkoły przyszła uczyć polskiego. Bardzo fajna pani to była, też mieszkała na Mazurskiej, my pod dziewiętnastym, ona pod dwudziestym pierwszym.

  • Jak się nazywała?


Nie pamiętam, zapomniałam.

  • I były piątki z polskiego?


I były piątki, tak.

Szczecin, 13 stycznia 2025 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Stefania Joanna Mackiewicz Pseudonim: „Niusia” Stopień: łącznik, służby pomocnicze Formacja: Korpus Bezpieczeństwa Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także