Tadeusz Józiński ,,Iskra”, ,,Szarota”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Tadeusz Józiński. Urodzony jestem w 1929 roku, 28 kwietnia. Przed wojną mieszkałem w Warszawie na Żoliborzu przy ulicy Gdańskiej 15.

  • Dobrze. Jeszcze gdybym mogła tylko poprosić stopień i przynależność.

W czasie okupacji byłem członkiem „Szarych Szeregów” [od czerwca 1943 roku] o stopniu szeregowego. Potem w trakcie Powstania Warszawskiego członkiem 1. kompanii porucznika „Kwarcianego” w zgrupowaniu majora „Żubra” i w Obwodzie „Żywiciel”.

  • Przed 1 września trzydziestego dziewiątego roku co pan robił?

Przed 1 września trzydziestego dziewiątego roku mieszkałem z rodzicami we własnym domku na Żoliborzu, pograniczu Marymontu i Żoliborza, na Gdańskiej 15. Chodziłem do szkoły [numer] 133 na ulicy Kolektorskiej [9/11], gdzie w trzydziestym dziewiątym roku kończyłem trzecią klasę.

  • A jak zapamiętał pan sam wybuch wojny?

Sam wybuch wojny… Wróciłem z wakacji w trzydziestym dziewiątym roku, w sierpniu, wróciłem z wakacji z Brześcia nad Bugiem od swojej rodziny i [niezrozumiałe] tymi wakacjami. Nagłe pojawienie się samolotów niemieckich, które zaczęły zrzucać bombę na Warszawę, było dla mnie szokiem, który bardzo mnie zadziwił i po prostu nie mogłem tego zrozumieć, że jedni ludzie drugim mogą taką krzywdę robić i nie orientowałem się jeszcze wówczas w całej tragedii, co mnie czeka w przyszłości.

  • Miał pan wtedy 10 lat. Co rodzice mówili panu o wojnie?

Rodzice byli bardzo zaniepokojeni tym stanem, bo nie wiedzieli, jaka przyszłość nas czeka. Wszyscy wierzyli, że zwyciężymy, że pokonamy Niemców, bo taka była propaganda przed trzydziestym dziewiątym rokiem, ale później życie pokazało co innego.

  • A co pan robił już w czasie okupacji, jeszcze przed Powstaniem, ale już po wybuchu wojny? Chodził pan do szkoły? Co wtedy było?

Po wybuchu wojny chodziłem jeszcze kilka miesięcy na Kolektorską do tej szkoły 133. Niemcy wysiedlili nas – uczniów z tej szkoły i chodziłem również do [szkoły numer] 133, która była w tak zwanych domkach policyjnych na ulicy Lelewela.

  • A pana rodzice co wtedy robili? Z czego się utrzymywali?

Mój ojciec pracował w kolejnictwie w PKP, a matka początkowo była urzędniczką, a potem była gospodynią domową.

  • Od kiedy pan uczestniczył w konspiracji?

Żołnierzem walczącym o niepodległość czułem się duchowo od samego początku okupacji. Ale starałem się ciągle uzyskać jakiś kontakt z podziemiem i wreszcie udało mi się to uzyskać w czterdziestym trzecim roku, w lecie, poprzez moją kuzynkę, która była starsza ode mnie i miała bardzo wielu kolegów w konspiracji. Nawiązałem kontakt z takim starszym kolegą Tadkiem Pękalskim, który mieszkał na terenie dawnej prochowni na Żoliborzu, a następnie on mnie skontaktował z jakimś kolegą, który mieszkał na Krasińskiego, ale tu, w kierunku Wisły, od strony Wisły, w tych dużych blokach. Skontaktował mnie z drużyną „Szarych Szeregów”, która miała miejsce na Żoliborzu, na ulicy Mickiewicza przy placu Wilsona. Tam już zacząłem chodzić na zbiórki wraz ze swoim kolegą Wieśkiem Rybką ze szkoły podstawowej. Tam [odbywały się] ćwiczenia z bronią, przynieśli pistolety. Miałem w czasie okupacji po raz pierwszy pistolet w ręku i straszne to na mnie wrażenie zrobiło. Chciałem taki pistolet mieć na własność przy sobie. Następnie były zbiórki, tam żeśmy się uczyli prawa harcerskiego, a poza tym były organizowane różne ćwiczenia. Pamiętam, na Żoliborzu chodziłem na ćwiczenia, gdzie hasłem było ,,cytadela”, a gdzieś tam drugi raz i trzeci raz wyjeżdżałem ciuchcią spod mostu gdzieś, ale nie pamiętam gdzie, w jakieś lasy. I tam też były ćwiczenia typu ,,zabawa harcerska”, ale w każdym razie miało to polityczne [znaczenie]. Również raz, dwa razy były zebrania nad Wisłą w jakichś wiklinach, ale nie pamiętam dokładnie, co to było.

  • Co po „Szarych Szeregach”?

Pod koniec roku… tuż przed Powstaniem straciłem kontakt z tymi swoimi kolegami z „Szarych Szeregów”. Po prostu matka mnie nie puszczała na zbiórki, bo się o mnie bała, jako że byłem jedynakiem, a ojca straciłem w Oświęcimiu swego czasu, więc matka miała mnie jednego i bardzo czuwała nade mną. I pod koniec mi w jakiś sposób zabraniała. Z tym że jak miało wybuchnąć Powstanie, to ja nie dostałem informacji na ten temat i nie zdążyłem dowiedzieć się. W związku z tym pozostałem w domu.
W końcu sierpnia, wtedy kiedy „Kwarciany”, czyli 1. kompania zgrupowania majora „Żubra” zajęła szkołę gazową, mój dom był naprzeciwko tej szkoły, włączyłem się do tego Powstania, zostałem przyjęty i od tego czasu byłem żołnierzem Armii Krajowej, uczestniczącym w Powstaniu Warszawskim do końca. Przybrałem wtedy pseudonim ,,Szarota” i pod tym pseudonimem trwałem cały czas. Następnie czynnie walczyłem w olejarni, która była na ulicy Gdańskiej róg Leśnej. I przeżywałem wszystkie te natarcia, odpierałem je razem z kolegami. Jako młody chłopak zwykle pełniłem rolę pomocniczą, to znaczy byłem amunicyjnym do karabinu maszynowego, a strzelał mój kolega ,,Błysk” (pseudonim) […] [Janek Dobrowolski]. Jemu taśmę podsuwałem, on pruł, a ja patrzyłem, czy dobrze strzela, i mu podpowiadałem, no i tę taśmę mu ciągle podawałem. Tak dwa razy chyba było w tej olejarni. A później, dwunastego bodajże, o ile dobrze pamiętam, września z olejarni zostaliśmy zluzowani po kilku atakach, jako oddział przemęczony walką, bodajże przez II pluton kompanii porucznika „Kwarcianego”, a nas oddelegowali do straży ogniowej [przy ul. Słowackiego róg Potockiej] i tam trwałem do końca Powstania.
W tym czasie to już byłem bardziej czynnym żołnierzem, bo już się osłuchałem i obwąchałem tego prochu i dostałem taki pistolecik automatyczny PPD i tym pistolecikiem sobie strzelałem. Ale głównie, ponieważ tam nie było bezpośrednich starć, ja przynajmniej nie uczestniczyłem w tym, to też musiałem [uczestniczyć] w sposób pomocniczy i były takie rusznice przeciwpancerne zrzucone przez armię radziecką i głównie [w związku] z tymi rusznicami pomagałem kolegom w przenoszeniu [ich] i celowaniu i podawaniu amunicji. I strzelaliśmy do różnych obiektów, jakie tam się pokazały. Były to i czołgi i samochody pancerne i samochody osobowe. Pamiętam, raz stałem w oknie straży pożarnej od strony Bielan, od strony Słodowca i w pewnym momencie zza górki wyjechał samochód niemiecki odkryty, na którym byli Niemcy. Mówię do tego kolegi, żeby walił w niego. A okazało się potem, jak żeśmy się dobrze przypatrzyli, że w tym samochodzie były polskie kobiety jako żywe tarcze, i po prostu nie strzelaliśmy. I to była taka przygoda, że o mało żeśmy nie strzelali do rodaków, do Polek.

  • Ja może wrócę czasowo i jeszcze zadam pytanie, jak zapamiętał pan sam moment wybuchu Powstania? Czy pamięta pan ten dzień?

Pamiętam. Byłem w kuchni swego domku z matką, bo to była pora obiadowa, godzina trzecia czy pięć po trzeciej, pamiętam. I nagle usłyszałem strzały, rechot karabinów maszynowych i pojedyncze strzały z broni długiej, bo to głośne były. Nie wiedziałem, co się dzieje. Wreszcie spojrzałem, wyszedłem na podwórko, a po przeciwnej stronie ulicy była, jak powiedziałem, ta szkoła gazowa (tak nazywano ją w literaturze powstańczej) i zza każdego słupka tej szkoły była widoczna głowa niemieckiego żołnierza w hełmie i z karabinem w kierunku ulicy Gdańskiej, naszego domu i tak dalej. To był ten moment, który mnie zaskoczył w pewnym sensie i po prostu zacząłem sobie zdawać sprawę, że jest jakaś sytuacja nadzwyczajna, prawda, bo nie wiedziałem co [się dzieje]. I po godzinie, dwóch się zorientowałem, że to jest jakaś poważna sprawa, bo Niemcy obstawili całą ulicę, bez możliwości wyjścia. Siedzieliśmy w domu.
Muszę powiedzieć, że w tym czasie do nas przyjechała rodzina z Brześcia, uciekli przed najazdem bolszewickim i zatrzymali się u nas w Warszawie. I była składająca się z siedmiu osób. I między innymi był mój brat cioteczny o sześć lat starszy ode mnie. I z chwilą, kiedy to Powstanie wybuchło i nadszedł „Kwarciany” i zajął tę szkołę gazową, to ja z tym Jurkiem włączyliśmy się do jego oddziału i razem walczyliśmy. Ponieważ matka się bardzo bała o mnie, a nie przewidziała, że to, że ja poszedłem walczyć z bratem, to myśmy jakoś ocaleli, natomiast matka i te [pozostałe] siedem osób, które przyjechały, wszyscy zostali rozstrzelani przez „ukraińskich” renegatów 14 września, wtedy kiedy pacyfikowali Marymont i Żoliborz Niemcy. Nie wiedziałem o tym początkowo, jak byłem w tej straży wówczas, że taka sytuacja nastąpiła. Dopiero dowiedziałem się po przeszło roku o tym, że matka nie żyje i zostali wszyscy rozstrzelani, poprzez rodzinę w Ameryce. Po Powstaniu wyjechałem do niewoli, a po zakończeniu wojny wyjechałem do Włoch, gdzie wstąpiłem do 2 Korpusu generała Andersa wraz z bratem swoim. I tam spotkaliśmy jego ojca, oficera broni pancernej kapitana [Teofila] Kwiecińskiego, brata mojej matki. On gdzieś przeczytał w listach żołnierskich żołnierzy AK, że myśmy byli w niewoli w PCK… że myśmy byli w niewoli i przyjechał do Niemiec. Myśmy z kolei jechali do Włoch, żeby jego odszukać tam. I w Murnau spotkaliśmy się przez przypadek. On do nas, a my jego szukaliśmy. I wówczas nasza gehenna się skończyła, bo się nami zaopiekował. Wstąpiliśmy do 2 Korpusu i byliśmy żołnierzami 2 Korpusu.

  • Jak zapamiętał pan żołnierzy niemieckich, w ogóle żołnierzy przeciwnika w czasie Powstania?

Jednoznaczne uczucia mam do nich, że to byli zbrodniarze, mordercy bez uczuć, bez żadnych zasad etyki, ludzie, których dotychczas nie rozumiem, bo przeciętny człowiek nie jest w stanie skrzywdzić zwierzaka, a oni z wielką jakąś satysfakcją niemalże niszczyli naród polski: dzieci, kobiety, starców. Wszyscy młodzi, tak jak ja czy brat, wszyscy poszli walczyć, wszyscy patrioci.

  • A miał pan jakiś bezpośredni kontakt? Był pan świadkiem jakichś zbrodni popełnionych przez Niemców na ludności polskiej?

Świadkiem nie byłem, nie widziałem, żeby kogoś… Jak mordowali czy coś, to po prostu nie miałem kontaktu z nimi, ale skutki tego wszystkiego widziałem, na przykład stojąc na placówce w olejarni na ulicy Kolektorskiej, z widokiem na tak zwany dom, gdzie Niemcy stacjonowali, ,,ukraińcy” w zasadzie, bo te pienia „ukraińskie” słychać było wieczorem, jak śpiewali. Pod oknem, gdzie miałem tę placówkę obserwacyjną i gdzie pełniłem te warty, proszę pani, i pod tym oknem leżała zabita kobieta już. Po prostu strzelali do kobiet. To był naoczny dowód widziany przeze mnie. Ale na przykład w czasie okupacji z tej szkoły gazowej, w czasie Powstania Warszawskiego, moja matka skaleczyła się przy przechodzeniu przez płot czy pod płotem i miała olbrzymią ranę na nodze. I jakiś niemiecki oficer, lekarz prawdopodobnie, jakimś sposobem przyszedł do nas do domu, zainteresował się matką i starał się ją leczyć, maści jakieś przyniósł. Niewiele to pomogło, ale widać było, że w jakiś tam sposób był człowiekiem nieodhumanizowanym, jak pozostali. To pamiętam. Pamiętam tę dobrą jedyną rzecz w czasie Powstania, jaką przynajmniej miał ochotę ten człowiek uczynić nam Polakom. Ale również byli ci ,,ukraińcy”, wpadali do mieszkania, rozglądali się po mieszkaniu i łapali [zegarki] przede wszystkim wszystkie. Taki jeden miał chyba z dziesięć na ręku. I te zegareczki zgarniali, pytali o złoto, o inne rzeczy. Oczywiście nie dostali tego, bo nie było szans, żeby im to dać, ale w każdym razie tak było. Ale to widać było te dzikie, zbrodnicze, prymitywne, prostackie gęby, że tak powiem, „ukraińskich” renegatów. Zresztą oni zastrzelili – ten „ukraiński” oddział Własowa – pozbawił życia moją matkę, matkę mojego brata Jurka Kwiecińskiego pseudonim „Lech” i całą jego rodzinę, która przyjechała z Brześcia do nas, żeby się ocalić, a straciła życie. Ale nikt tego nie mógł przewidzieć, co będzie.

  • Jak ludność cywilna reagowała na oddziały, na Powstańców, na państwa? Jakie reakcje odbieraliście?

Więc w olejarni nie było ludności cywilnej, bo tylko była jednostka wojskowa, a wszystkie domy były puste. Nawet pusta była szkoła, którą przedtem „Kwarciany” zdobył na Kolektorskiej. Ja ponieważ tę szkołę kończyłem, byłem ciekawy, jak ta szkoła wygląda, i w wolnej chwili tę szkołę poszedłem zobaczyć, jak ona wygląda. Bardzo duże wrażenie zrobiła ta szkoła na mnie, takie wspomnieniowe. Ale co z tego – pusto zupełnie, bałagan i tak dalej. Natomiast spotkałem się z reakcją ludności, jak byłem w straży ogniowej, tej pożarnej. To był bardzo pozytywny stosunek ludzi do nas. Taki przyjazny: podkarmiali nas, jak mogli, czym mogli, rozmawiali przyjaźnie, czasem prosili o jakąś pomoc, to każdy jak mógł, to pomagał. Ja spotkałem [tam] swoją nauczycielkę [na ulicy Słowackiego], wychowawczynię ze szkoły sto trzydziestej trzeciej, bo mieszkała w tym dużym bloku nauczycielskim, następnym po budynku straży ogniowej. Ona mnie też jako młodego chłopaka przygarnęła trochę czy dała mi coś jeść. Bardzo korzystne były, pozytywny był stosunek ludności cywilnej do Powstańców. Ja odniosłem takie wrażenie.

  • A jak wyglądało w ogóle życie codzienne w Powstaniu? Jak sobie radziliście, jak się zdobywało jedzenie? Jak ten standardowy dzień w Powstaniu wyglądał? Ja wiem, że każdy był inny, ale jak on wyglądał, jak to życie się toczyło?

Więc ja osobiście chodziłem, zarówno w olejarni, jak i w tej szkole oficerskiej pożarniczej, wypełniałem właściwie wszystkie obowiązki, pomimo że byłem młodym, piętnastoletnim chłopakiem, pełniłem w zasadzie wszystkie obowiązki, jakie ciążyły na moich dorosłych kolegach. To znaczy w nocy czasem trzeba było być na placówce, na czujce tak zwanej, prawda, no to ileś tam godzin trwałem na tym, po czym ktoś mnie zmieniał, przychodziła zmiana. Jak w olejarni jakieś legowisko miałem swoje, to kładłem się i wypoczywałem. Rano wstawałem, jakieś śniadanie było w postaci chleba czy coś. A poza tym obiad, pamiętam, przynosili w kotłach. Nie wiem skąd, zupę jakąś, mówię o olejarni. Każdy dostawał jakąś menażkę czy talerz. Na kolację też prymitywna – chleb suchy. W każdym razie to było prymitywne jedzenie. Ja byłem taki Tadek-niejadek, tak że mnie nie zależało na jedzeniu. Poza tym ileś tam godzin odpoczynku w ciągu dnia, znowu na placówkę trzeba było pójść wysuniętą na przodzie, czuwać i pilnować, żeby ci Niemcy się nie podkradali, czy nie chcą atakować. Często groźne były pomruki warczących czołgów. Zawsze jak usłyszałem gdzieś, to się spodziewałem, że ten czołg zza węgła wyjedzie i zacznie ostrzeliwać. I zawiadomić by trzeba było strzałami, bo telefonów nie było, radia nie było, prawda. Ale wszyscy czuwali i pilnowali ewentualnej możliwości ataku niemieckiego, bo stwierdzenie tego to była sprawa życia i śmierci.
  • Jaka atmosfera panowała w pana zgrupowaniu?

Bardzo przyjazna, bardzo przyjemna, była koleżeńska bardzo, mieliśmy pełne zaufanie do siebie. Koledzy jedni drugim pomagali bardzo we wszystkim. Jeżeli któryś z tych kolegów zginął… Pamiętam, w olejarni zginął podczas drugiego ataku plutonowy chyba, podchorąży o pseudonimie ,,Zawieja”, nazwisku Moniuszko. To był człowiek o wybitnie twardym charakterze, zdecydowany, bardzo wartościowy człowiek i żołnierz. Przede wszystkim żołnierz, bo jako człowieka go niewiele znałem. W każdym razie był wspaniałym żołnierzem i wyszedł z kontratakiem i poległ. Pamiętam, jak go znosili na noszach. Nie miałem zwyczaju wzruszać się, ale to mnie wzruszyło bardzo. Tam jeszcze wielu innych kolegów poległo, ale stosunkowo niewiele. Nasz oddział był tak prowadzony przez „Kwarcianego”, że jak kiedyś się wyraził po wojnie, już jak z nim rozmawiałem, to mówił, że: „1. kompania dowodzona przeze mnie miała najmniejsze straty procentowe w stosunku do innych oddziałów”. No i ja tu uznaje, że nie dlatego, że mieliśmy szczęście, tylko dlatego, że on był dobrym dowódcą.

  • A jak wyglądało życie religijne? Czy mieliście państwo możliwość chodzenia do kościoła albo uczestniczenia w mszach?

Nie, tego nie było, dlatego że na przykład jak byłem w olejarni, no to kościół był gdzieś tam dalej, w okolicach mojego domu. A poza tym on na takiej górce, był ostrzeliwanie. Ja nawet nie wiem, czy tam byłem jeszcze, czy nie. Nikt tam z nas nie chodził i o tym nie było nigdy mowy, żeby prowadzić życie. Każdy się tam modlił po swojemu, mówił pacierz, w ten sposób. A jeżeli chodzi o życie kościelne, to nie, bo nie było czasu ani warunków. Natomiast jak byłem w straży ogniowej, to tam też nie było tego życia religijnego. Nie było na to czasu, bo każdy był zainteresowany tym, żeby odeprzeć Niemców i żeby nie zginąć. To już był ten instynkt samozachowawczy, wola walki, skutecznej walki przede wszystkim. I jeden z drugim żołnierze się rozumieli bez słów niejednokrotnie, w wielu przypadkach.

  • A docierała do państwa prasa albo jakieś radio informacyjne?

Oficjalnych radiowych słuchań nie było. Ale ktoś tam słuchał i potem przekazywał nam to. Żeśmy byli zorientowani mniej więcej, co się dzieje w Rosji, co się dzieje na Zachodzie. Nie pamiętam w tej chwili. Może bym sobie przypomniał, gdybym głęboko pomyślał, ale w tej chwili niczego nie pamiętam. Byliśmy mniej więcej zorientowani. Nie zawsze to miało pokrycie w prawdzie, jak się później orientowałem, ale w zasadzie byliśmy mniej więcej zorientowani w zwycięstwach, że tak powiem, aliantów i to nas napawało na lepszą nadzieję na przyszłość. My ciągle wierzyliśmy, że zwyciężymy.

  • Do końca był pan na Żoliborzu?

Do końca.

  • Czyli cały przebieg Powstania spędził pan na Żoliborzu?

Cały przebieg Powstania spędziłem na Żoliborzu.

  • A jakie jest najlepsze wspomnienie, jeśli można o takim mówić?

Najlepsze w sensie… Nie mam podstaw do kreowania się na bohatera, bo byłem chłopakiem i byłem osobą, która w zasadzie pomagała. Byłem jednostką pomocniczą, bo jak powiedziałem, miałem też karabin czy pistolet i chodziłem z nim, też gdzieś strzelałem do nich, jak był atak i podeszli bliżej. Ale w sumie czułem się żołnierzem i czułem się jednostką związaną bardzo z tym oddziałem i było mi, że tak powiem, bardzo dobrze z nimi. Jak się Powstanie skończyło, to przyznam, że byłem bardzo rozczarowany tym faktem, że tyle istnień ludzkich zginęło i młodych ludzi, wartościowych ludzi, moich kolegów niektórych.

  • A jakieś najgorsze wspomnienie?

To przede wszystkim… z Powstania?

  • Tak.

Takich złych to nie było. Ja byłem młodym chłopakiem, ja nie znałem uczucia, co to był lęk. Ja się niczego nie bałem, po prostu nie podejrzewałem nigdy, że ja zginę, to nie wchodziło w grę. Ja bez żadnego lęku, bez żadnych oporów szedłem na placówki, gdzie mnie typowali do obserwowania, czy ktoś nie idzie w nocy czy w dzień. To dla mnie nie był problem lękowy, traktowałem to w pewnym sensie jako przyjemność. Przyjemność, że mogę się w jakiś sposób odwzajemnić tym Niemcom za te liczne rozstrzeliwania w Wawrze, w Warszawie, za mojego ojca, który jak wspomniałem, zginął w Oświęcimiu. Zupełnie niewinnie był wzięty jako zakładnik i tam z kilkunastoma kolegami wszyscy zginęli w Oświęcimiu. Że mogłem się w jakiś sposób tym szwabom i ,,ukraińcom” przede wszystkim odwzajemnić za to, jaką mi krzywdę zrobili. A poza tym dlatego że chciałem walczyć o wolność, o niepodległość, bo to było głównym motywem mojej decyzji o braniu udziału czynnego w „Szarych Szeregach” i w Powstaniu na miarę moich możliwości.

  • A co się działo z panem po zakończeniu Powstania? Jaka była ta dalsza droga?

Dalsza droga taka, że jak wszyscy żołnierze po złożeniu broni w okolicy kościoła Świętego Stanisława na ulicy chyba Toeplitza, o ile dobrze pamiętam, zgarnęli nas Niemcy i całą noc maszerowaliśmy ulicą Krasińskiego w kierunku Powązek. Z tyłu się rozerwały radzieckie pociski artyleryjskie, ale to już nie było ważne dla nas. Szliśmy w kierunku jakiejś wielkiej hali. Tam nas położono. Byłem bardzo zmęczony, położyłem się na betonie, przespałem się. Miałem taki kożuszek, który gdzieś tam wyszabrowałem, to mi się bardzo przydał. I na tym kożuszku się położyłem czy tam się przykryłem i przespałem się. A potem załadowali nas w samochody i zawieźli nas do Pruszkowa, do obozu jakiegoś, do części wojskowej. A potem po dwóch czy trzech dniach zabrano nas do pociągów po siedemdziesiąt osób w pociągu i odwieziono do Altengrabowa, Stalag XI A, o ile dobrze pamiętam, do takiego podobozu. I tam były kobiety z Armii Krajowej… A, i jeszcze wyselekcjonowano pięćdziesięciu czterech młodocianych Powstańców i tam byliśmy w tym Gross-Lübars i tam mieszkaliśmy w tym obozie. Obok był jakiś obóz Holendrów czy Belgów, już nie pamiętam. Oni dostawali duże paczki PCK, smakołyki. Dla nas smakołykiem był suchy chleb również, ale jak dostaliśmy od nich kawałek czekolady czy czegoś to było wielkie święto w rodzinie.

  • A jak właśnie wyglądało życie w obozie? Na ile ciężko było i z jedzeniem i z warunkami mieszkalnymi?

To były baraki. Pół tej sali, pół czy dwie trzecie, było odgrodzone deską wysokości dwudziestu centymetrów, leżała słoma, na tej słomie myśmy kładli się, przykrywaliśmy się kocami, szmatami, które dostaliśmy od Niemców i takie było spanie. A jedzenie to właściwie był głód. Wtedy po raz pierwszy w życiu zacząłem być głodny. Doświadczyłem, co to jest głód, bo dawali bochenek chleba na siedem osób, pamiętam [pajdki] grubości trzech centymetrów, do tego albo margaryna, albo dżem z brukwi. A zupa to była najczęściej „hitlerzupka”, czyli jakieś słoneczniki rozgotowane. Obrzydliwa ta zupa była. W smaku jakaś gorzka, ostra, ale jadło się, bo to było ciepło i to nazywała się i jakoś tam ten głód gasiła. A na śniadanie to ta piętka chleba na cały dzień musiała wystarczyć. A ponieważ było zimno, to pamiętam… Spaliśmy w wydzielonych deską częściach tej sali barakowej, a przed tą deską stał piecyk ogromny. Niemcy tam dawali trochę drzewa, to wieczorem żeśmy rozpalali to. I pamiętam, wtedy nauczyłem się jeść pieczony chleb, bo kawałek zostawiałem tego chleba i przypiekałem na gorącym piecyku i jadłem i miałem wrażenie, że jem jakąś wspaniałą cielęcinę.

  • A jak wyglądała praca w obozie?

Pracy to nie było w zasadzie. Tam nie było, tylko siedzieliśmy i „liczyliśmy gwiazdy”, czekaliśmy na to, jak padną Niemcy. A jeszcze jak jechaliśmy tym pociągiem, to widzieliśmy zburzony Magdeburg czy Berlin, już nie pamiętam, jedno z dużych miast. I to nas bardzo ucieszyło, że nie tylko Warszawa jest zburzona, ale również niemieckie miasta są zburzone. I to w jakiś sposób powodowało to, że myśmy uważali, że im większe zburzenie, tym szybszy będzie koniec wojny i tym szybciej Niemcy padną. Oczywiście zwycięski koniec wojny.

  • No właśnie. A sam koniec wojny jak pan zapamiętał? I koniec, i wyzwolenie obozu?

To było inaczej. Bo z tego obozu gdzieś w połowie listopada tę grupę pięćdziesięciu czterech młodych żołnierzy podzielono na dwie części. Jedną część skierowano do Westfalii, a drugą część gdzieś w góry Harzu do pracy. I mnie skierowali z trzydziestoma kolegami mniej więcej do Westfalii, na zachód. Jeszcze początkowo do Magdeburga, gdzie zatrudnili w fabryce [Schäffera Budenberga] przy tokarkach czy frezarkach. Nie nadawaliśmy się do tego i po dwóch tygodniach zapakowano nas w pociąg i wywieziono do Westfalii, gdzie stworzono z nas i tam jeszcze może z części innych Polaków, Serb był nawet też, grupę trzydziestu osób, może trzydziestu pięciu do napraw i budowy torów kolejowych. To była bardzo ciężka praca, tym bardziej że to była zima. I tam przeżywaliśmy olbrzymie naloty alianckie. Na szczęście ja byłem w takiej miejscowości Reinhausen dość długo, a na szczęście tego Reinhausen nie bombardowali. W pobliżu było jakieś olbrzymie miasto przemysłowe i pamiętam kiedyś nalot w nocy… Aha, bo jeszcze Niemcy kazali nam nie spać w nocy, tylko pilnować budynku, tak że były też takie warty. Ja miałem taką wartę i w tym czasie nalot angielski (Anglicy w nocy, Amerykanie w dzień bombardowali) i ten nalot był na to miasto. Coś okropnego, co się działo. To trwało ze dwie godziny: wielkie łuny, wielkie blaski, wielkie huki i po prostu bez przerwy takie było olbrzymie bombardowanie. Takie były naloty. O co pani pytała jeszcze?

  • Jakie warunki w samej Westfalii panowały jeszcze, jak pan mieszkał?

W szkole jakiejś wtedy mieszkaliśmy i [było] znośnie, łóżka piętrowe były. Z tym że trzeba było szósta rano wstać, ciemno jeszcze było, i nas gonili do roboty. Myśmy otuleni kocami, bo zimno było, szliśmy kilometr, dwa czy trzy, już nie pamiętam, i tam łapaliśmy za kilofy, szufle i podbijaliśmy tory kolejowe, belki. A ponadto szuflami podsypywaliśmy kamienie, które były na torowiskach, które umacniały tory kolejowe. To była ciężka praca i długa, monotonna cały czas. Jak się skończyło w jednym miejscu, to nas gonili dalej, zwłaszcza że tam od zachodu ofensywa szła, to były okresy, że słychać było niedaleko nawet jakieś strzały, działalność frontu, to nas Niemcy gonili dalej na wschód czy na północny wschód. Była jakaś kuchnia polowa, to w kuchni zupę gotowali. Każdy tę menażkę zupy dostał i też [pajdkę] chleba i do tego margaryna albo dżem buraczany. To takie było życie tam.

  • A gdzie pana zastał koniec wojny?

Koniec wojny zastał mnie w rejonie Lubeki. Bo nas gonili cały czas i 1 maja bodajże spałem w stodole z kolegami, pamiętam… Bo część kolegów uciekła wcześniej, jak Niemcy nas gonili. Ja po prostu bałem się iść na własną rękę, bo po prostu się bałem, że Niemcy mnie złapią i do Oświęcimia wpakują (już miałem nauczkę z ojcem) albo po prostu zastrzelą, bo Niemcy to robili. Więc ja szedłem z nimi do końca i w miejscowości gdzieś pod Lubeką usłyszałem rano warkot czołgów, wyjrzałem z tej stodoły, patrzę, a tu inne wojska, białe gwiazdy na czołgach i zorientowałem się, że to już koniec wojny, dla mnie przynajmniej. Wyszedłem na tę szosę i okazało się, że tam byli amerykańscy żołnierze: czarnoskórzy, białoskórzy, a poza tym dużo Amerykanów polskiego pochodzenia. Rozmowa po polsku, papieroski dawali, czekoladki i tak dalej, więc to był bardzo przyjemny moment. No i to jest zupełnie inne życie.
Tam byłem jeszcze jeden czy dwa dni, a później nas zgarnęli do Lubeki – takiego obozu dla Polaków. I w tym obozie w Lubece tam byłem kilka czy kilkanaście dni i wyłowili młodych ludzi, żeby się uczyli, i wieźli tych ludzi – ja z takim kolegą z Powstania Dłużniewskim Włodkiem – wieźli nas do takiej wsi, która się nazywa Wahlstedt. I tam miało się rozpocząć, miało rozpocząć działalność gimnazjum. To pouczę się trochę, bo zawsze miałem chęć do nauki, całe życie, dzięki matce zresztą swojej, bo ona we mnie wpoiła wartość nauki, co to jest. I czekaliśmy na zorganizowanie tego. Oczywiście ja byłem uzbrojony, miałem pistolet P38, to mi dawało pewność siebie i jakąś przyjemność, bo to nawyki jeszcze okupacyjne, nawyki z Powstania, że jak się ma ten kawałek metalu strzelającego w ręku, to człowiek jest bezpieczniejszy. I czekałem na tę naukę. W międzyczasie odnalazł mnie Jurek [Kwieciński, pseudonim „Lech”] – mój brat cioteczny, z naszym kolegą wspólnym o pseudonimie ,,Mściciel”, a nazywał się chyba [Ślązakowski] Stefan. On przyjechał…. Oni się zdecydowali, żeby jechać do Włoch i się pytają, czy chcę z nimi jechać do Włoch, to im powiedziałem, że pewnie, że tak. I zabrałem się z nimi, autostopem przyjechaliśmy do Murnau, jak już wspomniałem przedtem. I tam spotkaliśmy mojego wuja, jego (Jurka) ojca, który nas już dalej do Włoch zabrał.

  • A jeszcze uzupełnię jedną informację. Między Westfalią a Lubeką co się działo w tym czasie? Jaka była ta droga?

Ciągle byliśmy w drodze, bo nas Niemcy gonili ciągle i tu gdzie były uszkodzone bombami tory kolejowe, to myśmy te tory naprawiali. W takiej mierze, w jakiej to było możliwe, przez tę grupę około trzydziestu osób. To cały czas była taka wędrówka na wschód i taka ruchoma ekipa do odbudowywania już wtedy głównie torów kolejowych po nalotach alianckich.

  • A kiedy pan wrócił do kraju?

No to jeszcze był cały etap we Włoszech. Powiedzieć o tym?

  • Oczywiście.

Jak zabrał nas kuzyn, matki brat, do miasteczka, które się nazywało Matera we Włoszech, on tam miał swój przydział wojskowy, tam stacjonował i tam wstąpiliśmy do 2 Korpusu jakoś jako żołnierze. Ja osobiście zostałem skierowany jako młody chłopak do kompani junackiej na południu Włoch, na tym obcasie, do miasteczka nazywanego Casarano. I tam byłem z kolegami, tam spotkałem jeszcze paru kolegów z Powstania w tejże kompanii i tam było bardzo przyjemnie. Ale obok było miasteczko Matino i tam na bazie bazy 2 Korpusu stworzona została szkoła dla żołnierzy 2 Korpusu. I po pewnym krótkim okresie czasu w Casarano zostałem przeniesiony do tamtej szkoły i tam chodziłem do trzeciej klasy gimnazjalnej, bo w Warszawie miałem pierwszą, bo chodziłem na Bielany do ojców marianów rok przed okupacją i chodziłem rok na komplety, więc sobie to zaliczyłem jako dwie klasy i zamiast do drugiej poszedłem do trzeciej klasy, więc zyskałem rok czasu. I potem z Korpusem jak byłem [niezrozumiałe] w czterdziestym szóstym roku wywieźli nas do Anglii. I w środkowej Anglii kontynuowałem w dalszym ciągu tę naukę i mając przydział wojskowy do maja czterdziestego siódmego roku, zdecydowałem się wówczas wraz z wujem swoim i Jurkiem na powrót do Polski. I 17 czy 18 lipca czterdziestego siódmego roku wróciłem do Gdańska. Wrażenie okropne. Jak tam żołnierze byli w pięknie skrojonych mundurach, czystych, pachnących i sami byli pachnący i w ogóle kulturalni, to tu jak się zetknąłem z wojskiem polskim, to taka diametralna różnica była, bo i te mundury niezbyt świeże, niezbyt czyste i sposób bycia, powiedzmy, nie taki. Mniej korzystne wrażenie zrobili na mnie.
  • A do samej Warszawy?

Wujek drugi przyjechał po mnie – matki brat i przyjechałem do Warszawy. Ponieważ w Warszawie było bardzo ciasno, jeżeli chodzi o mieszkania, to mieszkałem na Mickiewicza 18 u tego drugiego matki brata, u którego już mieszkał pierwszy matki brat, ale przyjechałem w lipcu i zacząłem chodzić do Poniatówki na Żoliborzu. Ale ze względu na warunki mieszkaniowe wuj nawiązał kontakt z ojca bratem na terenie Kutna i ojca brat mnie przygarnął i wyjechałem w listopadzie do Kutna i chodziłem do gimnazjum i w czterdziestym dziewiątym roku zrobiłem maturę. I w czterdziestym dziewiątym roku znowu w Warszawie, ale to już mieszkałem w domu akademickim, zacząłem studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, a potem po roku Akademia Medyczna.

  • Czy był pan później kiedykolwiek po wojnie w jakikolwiek sposób represjonowany za uczestnictwo w Powstaniu?

Nie. Ja nie demonstrowałem tego. To była zasada, by jak najmniej o tych sprawach mówić. A najlepszym dowodem jest to, że teraz spotkałem niedawno kolegę ze studiów w środowisku żoliborskim i obydwaj się dowiedzieliśmy, że byliśmy na Żoliborzu w czasie Powstania i w konspiracji – dopiero teraz w zeszłym roku czy w tym roku żeśmy na ten temat sobie porozmawiali. A tak to nie. Nikt nic o Powstaniu, o AK się nic nie mówiło, żeby „nie wywołać wilka z lasu”. Ale na pewno gdybym coś tam demonstrował z jakimś akcentem korzystnie politycznym na stronę AK, to na pewno by się tam przyczepili. A ponieważ ja siedziałem cicho, byłem sam jeden, mieszkałem w domu akademickim, utrzymywałem się ze stypendium i z pomocy rodziny niewielkiej, tak że przez całe studia przebrnąłem, będąc na własnym rozrachunku, skąpym rozrachunku, to jakoś tam przeżyłem w tym domu akademickim. Ja w każdym razie doceniam to, że to państwo ludowe, jakie było, takie było, ale jeżeli chodzi o młodzież, mnie osobiście bardzo pomogło. Bez tego to bym na pewno sobie nie dał rady w życiu, bez pomocy państwa. Miałem stypendium, miałem dom akademicki bezpłatnie i naukę – to, na czym mi zależało, do czego uparcie parłem całe życie.

  • Tak na koniec króciutko: czy jest coś takiego o Powstaniu, czego nikt nie powiedział, a pan miałby ochotę? Coś czego na przykład nie wiemy?

Na przykład niedaleko olejarni, jakieś 150 metrów, miał domek ten drugi brat mojej matki (o którym wspominałem) wraz z żoną i ja, będąc w olejarni, wybrałem się kiedyś (bo ten dom nie był jeszcze spalony), poszedłem do tego domu zobaczyć, co tam się dzieje i czy oni żyją, czy nie. I tam jakoś przekradłem się, bo był ostrzał, więc jakimiś zakamarkami doszedłem do tego domu i stwierdziłem, że jest straszny bałagan, mieszkanie rozgrabione, zniszczone, rozrzucone i tam był pies, nazywał się Fajka. I ten pies, jak chodziłem w czasie okupacji, był zamykany, bo rzucał się. Ja tam wszedłem, to był osłabiony tak, głodny, bo nikt się nie opiekował. I ta psina tylko warknęła na mnie i leżała. Strasznie mi się żal zrobiło, bo to był symbol tego zniszczenia. I tam był portret matki żony tego wuja mojego. I ten portret wziąłem i zaniosłem później do domu na Gdańską, gdzie mieszkałem. I proszę sobie wyobrazić, że ten portret się zachował, przez całą zimę leżał i potem ciotka moja, jego żona odebrała ten portret, znalazła ten portret i miała go u siebie w domu i była bardzo wdzięczna, że ja ten portret wziąłem. [Chciałbym wspomnieć jeszcze pewne rzeczy, epizody]. W czasie ataku niemieckich czołgów pancernych, niemieckich w straży ogniowej, już pod koniec września, nie pamiętam daty, wycofywaliśmy się z okien i w pewnym momencie staliśmy na korytarzu. I ja stałem na korytarzu straży ogniowej, koło mnie tam szereg ludzi stało. I koło mnie, dwa, trzy metry, stał mój kolega. Pocisk przebił ścianę i jemu urwał głowę, ja dostałem gruzem w głowę, straciłem na chwilę przytomność i jak się obudziłem, to zobaczyłem jego bez głowy. To był straszny widok, jak to wyglądało. Tamten nie żył, a ja zostałem opatrzony przez sanitariuszkę. Rany mi się nie goiły ze dwa miesiące.

  • Jaki to był mniej więcej moment Powstania?

Koniec. To koniec straży ogniowej. To był dwudziesty szósty, siódmy, ósmy, coś takiego. W Szklanym Domu w ostatnim dniu Powstania, czyli 30 września dowódca „Kwarciany”, porucznik wówczas, zebrał nas i oznajmił o kapitulacji. Zebrał nas w szereg i wyprowadził w kierunku placu Wilsona. Większość moich kolegów, w tym ja, niszczyliśmy broń. Ja miałem rosyjski karabin wówczas, wyjąłem zamek, wyrzuciłem i oddałem karabin bez zamka. Tragiczna była droga, wycofywanie się ze straży ogniowej do Znicza, bo tu była taka przestrzeń otwarta na placu Wilsona, obok stały czołgi i strzelali do nas. I nie można było w ciągu dnia przebiec, więc tak po zmroku kazano nam ewakuować się z tej straży w kierunku Znicza. Biegliśmy po tym polu, więc tam bardzo dużo Powstańców zginęło. Nie mogę zapomnieć tego jak… Tam był taki rów łącznikowy, biegłem tym rowem łącznikowym i co kilkanaście czy kilkadziesiąt kroków ciało ludzkie było częściowo przysypane piachem. A ponieważ był zmrok, to nie było widać, tylko się odczuwało te ciało, jak się biegło. To było straszne. Ale jakoś przebiegliśmy. Jurek, mój brat, też biegł ze mną i tam już mniej więcej razem… Potem nas zresztą rozdzielili, bo ja poszedłem do młodocianych, a on był normalnie w jakimś obozie, nawet nie pamiętam gdzie. No i to były przykre sprawy. Mi trudno pani opowiedzieć, bo uleciało z pamięci, to też siedemdziesiąt lat temu, więc się nie pamięta. Bardzo szczegółowo opisałem swój powrót do domu w tej książce („Droga powrotna”), którą pokazywałem, bo miałem czas na to i odtworzyć sobie to wszystko i stylistycznie [napisałem]. Ja nie potrafię tak mówić jak pisać, wolę pisać jak mówić.


Serock, 22 stycznia 2013 roku
Rozmowę prowadziła Paulina Chacińska
Tadeusz Józiński Pseudonim: ,,Iskra”, ,,Szarota” Stopień: strzelec Formacja: Obwód II „Żywiciel”, Zgrupowanie „Żubr” Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter