Tadeusz Kowalczyk

Archiwum Historii Mówionej

[Nazywam się] Tadeusz Kowalczyk.

  • Proszę powiedzieć, kiedy i gdzie się pan urodził?


W Warszawie na ulicy Olesińskiej, ale numeru nie pamiętam.

  • To był Mokotów.


Mokotów. Na Mokotowie się urodziłem, tak.

  • A kiedy?


Trzydziesty piąty rok.

  • Jak nazywali się pana rodzice? Kim byli, czym się zajmowali?


Moja matka z domu Apolonia Konopka, była introligatorką. Ojciec był urzędnikiem, pracował w Banku Gospodarstwa Krajowego, róg Nowego Światu i Alej [Jerozolimskich].

  • Jak miał na imię?


Franciszek.

  • Czy mama pracowała w zawodzie, czy zajmowała się domem?


[Wcześniej] pracowała, a w okupację zajmowała się domem. Mieliśmy na rogu Rakowieckiej i Narbutta taki kiosk i tam mama pracowała, tam handlowała.

  • Pan nie był jedynym dzieckiem państwa Kowalczyków.


Nie, był jeszcze brat Andrzej.

  • Kiedy urodził się brat Andrzej?


Był dwa lata młodszy ode mnie…

  • Czyli w trzydziestym siódmym roku.


Tak.

  • A siostra?


No, siostry to już mam z drugiej mamy, bo moja mama zginęła w Powstaniu i ojciec się ożenił po raz drugi. No i to jest ta druga siostra. Pierwsza jest Barbara, [druga] Małgorzata.

  • Czyli mieszkali państwo na Olesińskiej?


Nie, dziadek mieszkał na Sadybie.

  • A jak się nazywali dziadkowie?


Kowalczyk.

  • A imię?


Nie pamiętam już teraz, muszę sobie później przypomnieć.

  • Urodził się pan w trzydziestym piątym…


Wiem, że babcia [miała na imię] Stasia.

  • To byli rodzice ojca.


Mojego ojca, tak.

  • Gdzie dokładnie państwo mieszkali?


Puławska 68, róg Racławickiej i Puławskiej. To był taki duży dom, mieszkaliśmy na trzecim piętrze, był dość duży balkon i wchodziło się – był taki długi korytarz i mieszkania były po lewej stronie dwa i po prawej dwa, a na wprost było nasze mieszkanie.

  • Czy zapamiętał pan coś z okresu przed wybuchem wojny? Miał pan zaledwie cztery lata, kiedy wybuchła wojna.


No to ja… Mój ojciec w banku pracował i był przeniesiony do Wilna. W Wilnie mieszkaliśmy na Małej Pohulance, blisko zakrętu. No, to to, co pamiętam. Wiem, że mieszkanie to były dwa pokoje z kuchnią.

  • Kiedy państwo z Wilna wrócili do Warszawy?


W trzydziestym dziewiątym roku. Byliśmy po drodze w obozie niemieckim, zatrzymali nas. No a w Warszawie byliśmy… Niemcy nas przewieźli i ojciec jakoś, nie wiem, dał dwadzieścia dolarów czy ileś i wykupił nas jakoś, żeśmy wyszli.

  • I wróciliście na Puławską.


Puławska 68, tak, i róg Racławickiej, już tam żeśmy mieszkali. Ojciec jakoś to mieszkanie załatwił.

  • Rozumiem. A jak pan zapamiętał czas okupacji Warszawy?


Ja najpierw chodziłem do szkoły na Giżyckiego. To była prywatna szkoła, ale potem była przeniesiona na Puławską 33, gdzie dyrektorką była z pochodzenia Żydówka. Pamiętałem jej imię, ale teraz jakoś nie kojarzę. Ale Puławska 33, to jest zaraz za ulicą Willową, trzeci czy czwarty dom.

  • Poszedł pan do szkoły już w okupację.


Tak, tam chodziłem w okupację. Nawet pani powiem, jak kiedyś ojciec mnie odprowadzał do szkoły, bo ojciec szedł po prostu do banku, i szli Żydzi ulicą, i ojciec mówi: „Daj mi swoje śniadanie”. Ja ojcu dałem śniadanie, ojciec dał swoje i jednemu z tych Żydów podał. Ale zrobił parę kroków, nie wiedzieliśmy, że szedł – ja nie widziałem, że szedł – Niemiec i dostał ojciec karabinem, no i…

  • Został uderzony.


Został uderzony karabinem i… No i nic poza tym się nie stało. [Ojciec] odprowadził mnie dalej do szkoły i dał mi jakieś grosze na bułkę, bo śniadanie straciłem.

  • Czy pamięta pan nauczycieli, kolegów z okresu edukacji?


Jakubowski – to pamiętam, bo mieszkał na Willowej, bardzo blisko. Jeszcze jeden, Kalwas. I to byli koledzy. No, Kalwasa ojciec to był dyrektorem. Ja pani powiem, przez przypadek mógłbym nie żyć, bo on wziął ojca pistolet z szuflady i do mnie wymierzył, i chciał pociągnąć, ale że był zabezpieczony – normalnie to bym zginął.

  • Takie zabawy?


No, Kalwas mieszkał na Willowej, pierwsza brama po lewej stronie. Andrzej Kalwas się nazywał.

  • Co pan zapamiętał jeszcze sprzed wybuchu Powstania? Czy zapamiętał pan Niemców, łapanki?


Tak. Jak mieliśmy ten kiosk na Rakowieckiej, to ja się tam bawiłem. Niemcy kupowali słodycze tam u nas i czasami zdarzało się tak, że Niemiec podszedł do mnie i dał mi cukierki – to pamiętam. No, było, jak było, dzień jak dzień.

  • Kiedy wybuchło Powstanie, pan ma dziewięć lat. Jak pan zapamiętał dzień 1 sierpnia? Pamięta pan ten dzień w ogóle?


Pamiętam. Jechał samochód ciężarowy, jechali Niemcy i ojciec usłyszał strzały. Wyszliśmy na balkon, bo był bardzo dobry widok stąd, i oni wyskoczyli z samochodu przy Kościele Świętego Michała i skręcili w bok. Co się dalej stało, to się stało – nie wiedziałem, ale słyszeliśmy strzały i tak to się zaczęło.

  • Wszyscy byliście w domu – ojciec, mama i brat Andrzej.


Tak, tak, tak. Byliśmy w domu. Ja pani powiem taką rzecz: siedzieliśmy w piwnicy, bo schodziło się do piwnicy, większość dnia to w piwnicy się siedziało, i w pewnym momencie – tam była taka brama, a kiedyś bramy były duże, bardzo szerokie – tam uderzył pocisk, ta „berta” […]. Przebiła to i uderzyła w stół, gdzie był pan Siedlecki – pamiętam nazwisko, bo to był sąsiad nasz – przebiła tę bramę i stół i nie wybuchła. Wiem, że mój ojciec ukląkł: „No to nie zginiemy już, jak to nie wybuchło”. Jestem taki ciekaw, jak oni odgruzowywali, czy oni znaleźli ten pocisk, czy nie. Bo byłem dzieckiem. Potem to się nie pamięta, ale teraz jak się tak myśli, to tak pomyślałem. Jeszcze w czasie okupacji, pamiętam, na placu widocznie samolot rosyjski ganiał niemieckiego i on zrzucił bombę na naszym podwórku, ale nikomu się wtedy nic nie stało. A moja matka zginęła 8 września.

  • Jak to się stało?


Granatnik. Moja mama chciała zobaczyć… Bo Powstańcy mieli zdobyć lotnisko na Okęciu i wieczorem wracali. I moja matka poszła zobaczyć, czy ojciec wrócił. Doszła do ojca, uderzył granatnik i śmiertelny odłamek trafił w szyję. Nawet nie spadła na ziemię, tylko ojcu na ręce. Ojcu nic się nie stało, nawet nie był draśnięty. Z koleżanką szła pod rękę, ona była ranna i tylko mama zginęła. Potem leżała na takim wózku, jak to na ulicach wózki były i sprzedawali, nie wiem, owoce czy coś. Na takim wózku całą noc leżała. Na naszym podwórku mieszkał pan Jaskulski, miał warsztat stolarski i wiem, że on zrobił trumnę dla mamy, i moja mama, jak rzadko kto, była pochowana w trumnie, po drugiej stronie ulicy. Bo tam barykada szła – od naszego domu do Dolnej szła barykada. To był taki ośrodek, „higiena” wszyscy na to mówili. I tam była pochowana. A po wojnie, jeszcze nie było końca wojny, tylko żeśmy wrócili do Warszawy, to została pochowana, do dzisiaj leży na tym starym cmentarzu służewieckim.

  • Powiedział pan, że mama szła, żeby zobaczyć, czy ojciec wrócił, bo Powstańcy mieli zdobywać lotnisko. Czy to oznacza, że ojciec też brał czynny udział w Powstaniu?


Znaczy był, brał udział, tak.

  • Jak wyglądało jego wyjście do Powstania? Bo 1 sierpnia, jak pan powiedział, wszyscy byliście w domu.


Ojciec wiedział, kiedy będzie Powstanie. Nie wiem, czy wiedział godzinę, ale wiedział na pewno.

  • I potem wychodził na różne akcje. Jak to wyglądało?


Proszę pani, ojciec musiał się mnie wystrzegać, bo była taka sprawa: pokłóciłem się z jakimś chłopakiem, jak to na ulicy, na podwórku się bawiłem, i coś do niego powiedziałem, że: „Jak będziesz tutaj podskakiwał i będziesz się do mnie czepiał, to mój ojciec ma pistolet i cię zabije”. To usłyszała matka tego chłopaka, przyszła do ojca i powiedziała, żeby lepiej broń chował, bo ja sprowadzę nieszczęście na cały dom. O, i tak to się zaczęło. W związku z tym byłem odsuwany, jakoś ojciec sobie radził, że ja nie widziałem. Jeszcze pani powiem coś takiego. Na drugiej klatce mieszkał facet, który był folksdojczem. Nazywał się Machlit. Miał trzy córki, ja się z nimi bawiłem nawet. Tylko tak się teraz zastanawiam: jak były uroczystości Hitlera czy coś, to tam na balkonie była flaga niemiecka, ta swastyka. Ale co tam było, jak on wiedział, że mój ojciec jest w AK? Tak że to jest jakaś dla mnie tajemnica.

  • Myśli pan, że on wiedział na pewno?


Wiedział na pewno. Wiem, że jak on gdzieś wyjeżdżał, to myśmy cały dzień byli u niego w mieszkaniu.

  • Dobry Niemiec.


Nie, folksdojcz był, Niemiec na pewno nie. I wiem, że w Powstanie był też i nikt mu nic nie robił. Jeszcze wiem, że był Niemiec taki, nazywał się Benke, ale on przed Powstaniem wyjechał do Niemiec. Pewnie wiedział, że coś się kroi.

  • Czy do ojca przychodzili jacyś koledzy?


Przychodzili. Z tym że musiałem wyjść na podwórko czy coś. Jakoś to było tak, że ojciec jakoś bardzo uważał po prostu na takie rzeczy.

  • Pilnował się.


O, przypomniało mi się imię dziadka – Stanisław, bo nie pamiętałem.

  • Czy ojciec wychodził często na takie właśnie akcje?


Ojciec był zatrzymany, jak zabili Kutscherę, i siedział na Pawiaku z dwoma kolegami.

  • Czy pan wie, czy on był bezpośrednio zamieszany w tę akcję na Kutscherę?


Z tego, co ja wiem, był w jakiejś obstawie, ale co to było, to nie wiem. Z dwoma kolegami siedział na Pawiaku. I wiem, kto ojca wykupił z tego Pawiaku. Moja mama poszła… Tam była taka Paradistal, Włoszka. Ona pracowała w banku i Niemiec jakiś był jej szefem. Moja matka poszła do niej, że ojciec siedzi, że coś mogłaby zrobić. No i dzięki niej oni wszyscy troje wyszli. Wiem, że wojnę przeżyli ci koledzy. Jeden był w Gdańsku, pracował, Kustasz się nazywał – to, co pamiętam – a ten drugi, nie pamiętam w tej chwili.

  • Czyli to były jeszcze przedpowstańcze akcje, działania ojca. Jak wyglądał jego pobyt w domu w trakcie Powstania? Czy więcej go było, czy nie pracował? Cały czas w banku?


Nie, pracował w Banku Gospodarstwa Krajowego, pracował bez przerwy. Nie mogę sobie przypomnieć faceta, który był też w AK. On był sędzią, bo kiedyś nas wprowadził na mecz koszykówki i stąd pamiętam.

  • Jeszcze przed Powstaniem?


Tak, jego Niemcy szukali. On był z Gdańska, to był kolega [ojca]. Wiem, że był jakąś szychą w AK chyba. Niemcy go szukali – a on doskonale jako Gdańszczanin znał niemiecki – i rozmawiali z nim, a on powiedział im, w którym banku jest i tak dalej, a Niemcy nie mieli pojęcia, że to jest on. Pamiętałem jego nazwisko, ale też nie mogę [sobie teraz] przypomnieć. Może w trakcie jeszcze sobie przypomnę.

  • 8 września ginie pana mama. Jak wygląda wasze życie? Ojciec cały czas już wtedy jest z wami?


Tak, no jest. Ja pani powiem, w nocy to… Bo z nami była też ojca siostra.

  • Jak się nazywa?


Jadwiga Kowalczyk. I mamy siostra była, Marysia Konopka, bo moja mama z domu Konopka się nazywała. I oni – siostra ojca i ojciec – w nocy chodzili po kartofle, po pomidory i przynosili, żeby było co jeść. Ale nocą. Na Królikarnię… Na Mokotowie jest Królikarnia i tam są jakieś pola. Wiem, że tam chodzili w nocy i w takich workach przynosili, co się dało, jakieś jedzenie. No a oprócz tego to pamiętam, że na blasze się kartofle robiło i się jadło jakoś.

  • Czy pamięta pan jakiś dojmujący głód, czy raczej cały czas coś tam było do zjedzenia?


Coś tam było. Myśmy w tej budce to mieli trochę, tylko to było takie jedzenie na słodko raczej. Już nie pamiętam, ale zawsze coś tam było, jakieś kartofle, jakieś coś. Wiem, że był miód. Miód był do chleba, albo potem był chleb, cukier i skraplało się wodą, i tak się jadło. No, jeszcze pamiętam, jak kończyło się Powstanie, to… A jeszcze pani powiem o tej siostrze ojca. Ojca mojego rodzona siostra, Jadwiga. Ona nic nigdy nie mówiła, nie chciała o tym pamiętać. Ona widziała, jak jej matka zginęła, bo w Królikarni był taki dom i ona szła do matki, i w tym czasie samoloty rzuciły bombę na ten dom, i babcia zginęła na jej oczach. Ona miała wtedy chyba dziewiętnaście lat. Ona roznosiła ulotki i kiedyś szła z ulotkami Puławską, i zaczepił ją granatowy policjant. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale huknęła go w głowę, on jakoś upadł, a ona skoczyła do tramwaju. Tramwajarze byli tacy, że odjechał dalej, zatrzymał się, ona wysiadła i jakoś jej się udało.

  • Czyli też była w konspiracji.


Ale od niej się pani nic nie dowiedziała. Tajemnicza była cały czas.

  • To była młodsza siostra ojca.


Młodsza była, tak. Niedawno umarła.

  • Czy siostra mamy też jakoś działała?


Nie, nie, nie. Ona pomagała dziadkowi, bo dziadek na Elektoralna 51 miał olejarnię. Wiem, że ona w okupację tam pracowała, robili olej. Ja po ten olej nawet jeździłem. Miałem taką baniuszkę, cztery litry, na plecach (tramwaj chyba była „zerówka”, jeździła na Elektoralną) i przywoziłem do domu ten olej. Nawet jak Powstanie wybuchło, to ten olej mieliśmy w domu i z chlebem się jadło.

  • To był dziadek Konopka, tak?


Dziadek Konopka.

  • Jak miał na imię dziadek Konopka?


Nie pamiętam. Tego, co później sobie przypomniałem, to Stanisław, a dziadek Konopka…

  • Dziadek został sam, kiedy…


Nie, dziadek został na Woli rozstrzelany. I myśmy nie wiedzieli, gdzie, co, jak, nie mieliśmy pojęcia. Wiem, że tam była rzeź, tam zginęło strasznie dużo ludzi. Wiem, że tam ktoś znajomy przeżył i dał znać ojcu, że [dziadek] zginął. A mój ojciec też cudem przeżył. Mój ojciec już widział, czołgi podjechały pod [dom], zaczęły walić w dom, pierwszy pocisk uderzył. Ojciec mówi: „Jak mamy tu pod gruzami zginąć, to lepiej niech nas rozstrzelają od razu”. I z tą siostrą wziął taki biały ręcznik i żeśmy wyszli. I ten czołg był na ulicy, na wprost nas. I szliśmy, Niemcy nas tak prowadzili na wprost, ten czołg stał, i tam dalej był taki plac i rów. Chyba ten rów to był przeciwczołgowy, w Powstanie wybudowany, ale tam już były karabiny maszynowe rozstawione i wszyscy mężczyźni stali pod tym płotem. Tylko taka rzecz się stała: jakiś Niemiec wszedł do piwnicy i tam [jako jeńcy] byli Niemcy, tak zwany Wehrmacht. Wehrmacht nie rozstrzeliwali, tylko rozstrzeliwało SS. I oni zaczęli się tam całować i tak dalej, i mówić, że byli dobrze traktowani. I [dlatego] nie rozstrzelali ani jednego [mężczyzny], wszystkich wypuścili. Jak myśmy tam szli drogą, to ojciec nas dogonił i tak przeżył.

  • To się działo na Puławskiej?


Tak, tak, bo ten Park Dreszera co jest, to tam było pole dalej i tam był ten rów. Widziałem tylko te karabiny tak poustawiane i Niemcy byli. Ale z tych piwnic wyszli Niemcy i zaczęli tam się ściskać. Ja szedłem dalej, nie wiem, ale ojciec nam potem powiedział, że powiedzieli Niemcy, że dobrze [byli] traktowani.

  • Pan był ze swoim młodszym bratem?


Z bratem. Jak powstanie się kończyło i wychodziliśmy z piwnicy, to ja mam nawet wszystkie zdjęcia i dokumenty, bo mi ojciec dał do takiej torebki: „Jak przeżyjesz, to tu wszystko, wszystkie zdjęcia, wszystko masz”. I to do dzisiejszego dnia jest.

  • To była jedyna rzecz, którą wynieśliście z…


Nie, jeszcze jedna rzecz… Tam ubikacje były na podwórku. Zachciało mi się, wszedłem do ubikacji i tam Powstańcy chyba, co się przebierali… Bo tam był karabin i były pistolety. Ja sobie wziąłem jeden pistolet i do tego włożyłem sobie, że jak co, to… I ojcu powiedziałem, że: „Jak co, to my Niemców zastrzelimy”. Ojciec się złapał za głowę, wyrzucił ten pistolet. No, jakoś się udało.

  • Ale przemycił pan ten pistolet?


Nie, ojciec mi zabrał.

  • Rozumiem. Do którego momentu państwo siedzieli w piwnicy? Kiedy państwo w ogóle wyszli?


To było już… ja wiem… To był dzień. To był dzień.

  • Dokąd państwo szli? Jak wyglądała ta droga przez Warszawę?


To się przez Mokotów szło i koleje to były Pruszków chyba, tak – to był Pruszków i w Pruszkowie były koleje. Bo jeszcze pani powiem – ona nie była z nami, ale jakoś się odnaleźli – ojca starsza siostra. Ona zachorowała na raka.

  • Jak miała na imię?


Zaraz… Wacka. Wacława. I jak tam byliśmy, Niemcy brali osoby na roboty, w Pruszkowie. I wzięli tę córkę ciotki na roboty, bo młoda dziewczyna, miała osiemnaście lat. Ale ciotka dostała jakiegoś szału. Miała w ręku taki garnek, Niemiec tam stał i pani wie, że walnęła go w łeb tym garnkiem. Garnek upadł i wyciągnęła tę córkę. Ten Niemiec chyba zgłupiał, bo nic jej nie zrobił.

  • Mówi pan o Wacławie?


Tak, ta starsza siostra mojego ojca. Szczęścik się nazywała z męża.

  • A córka jak miała na imię?


Stanisława, Stasia.

  • Uratowała córkę i jej też się nic nie stało.


Nie. Wie pani, ja jeszcze taką rzecz zauważyłem w Powstaniu: bez przerwy kogoś chowali – a to sąsiad, a to ktoś wyszedł na ulicę – bez przerwy. Wie pani, coś było takiego, że ludzie już nie płakali. Moja matka jak umarła, to obok była jej siostra rodzona, siostra mojego ojca Jadwiga, był ojciec. Ja nie pamiętam, żeby ktoś płakał. Wszyscy tylko [mówili], żeby ją pochować, żeby tego, i tacy smutni byli. I mnie kazali iść tam do mieszkania. Jak teraz ktoś umrze, to jaka jest rozpacz. A to był koniec Powstania, że ludzie… Teraz dopiero zwróciłem uwagę, że naprawdę ludzie nie płakali. Byli smutni. Każdy był taki smutny mocno, ale nie było tej rozpaczy, wie pani, tak jakby to była rzecz normalna. To mnie tak utkwiło jako dzieciakowi. Potem się zastanawiałem.

  • Pan sam nie płakał? Nie pamięta pan, żeby pan płakał wtedy?


Nie płakałem.

  • A pana młodszy brat?


Myśmy chyba myśleli, że to jest chyba normalne. Ja zdaję sobie sprawę, jak to było. Tylko po latach, po czasie, jak się tak zastanawiałem i jak był czasem pogrzeb, to jaki był płacz. A tam widziałem, że – i to naokoło ludzie byli – i nikt nie płakał.

  • Śmierć była taka powszechna.


Tak. Tak. I, wie pani, tych trupów… Jak nas Niemcy potem [prowadzili], jak żeśmy wszyscy szli w szeregach, to obok leżeli ludzie zabici i tak jakoś się szło.

  • A właśnie, powiedział pan o wyjściu do Pruszkowa. Czy całą drogę do Pruszkowa przeszliście na…


Pieszo. Cały czas, tak, ale to cztery czy trzy godziny się szło. Pogoda była dobra. Wiem, że po drodze nawet pomidory były, to czasem ktoś tam zerwał. I pamiętam, co nam w Pruszkowie Niemcy dawali do jedzenia: brukiew, taka z wodą. W takich blaszanych miskach. Podjechał taki wóz i dawali nam jedzenie, właśnie taka brukiew, ja wiem, z wodą, może kartofle były.

  • Jak długo państwo byli w Pruszkowie?


W Pruszkowie byliśmy ze trzy dni chyba, dwa, trzy dni. Ale z Pruszkowa to nas wyciągnęła ojca rodzina. On był lekarzem i on patrzył, kto jest bardzo chory, i Niemcom widocznie dawał wyniki i nas wciągnął na taką listę „bardzo chorzy” i wszyscy żeśmy wyszli. Nikt nie poszedł do Niemiec.

  • A pamięta pan może, jak nazywał się ten lekarz?


Wiem. Bodzan, Tadeusz Bodzan. Był lekarzem na Wiejskiej po wojnie. Leczył żylaki. Jego córka skończyła szkołę baletową chyba, ale z nią się chyba nie widziałem ani razu, bo tak jakoś on był osobno, my osobno. […]

  • Jakie były wasze dalsze losy? Dokąd was skierowano?


Potem do pociągu i dojechaliśmy do Wolbromia – takie miasto Wolbrom, po drodze. Każdy tam gdzieś był doprowadzony do mieszkania, żeby się przespać wśród mieszkańców tego miasta. Musieliśmy czekać do rana, że rano przyjadą wozy ze wsi i każdego gdzieś tam na wieś zabiorą. Ta pani, u której myśmy nocowali, powiedziała, że jest taka wieś Sobiesęki, że jak będą ze wsi Sobiesęki ci gospodarze, to żebyśmy tam poszli, bo tam są bogaci gospodarze, że tam będziemy mieli lepiej. No i tak było. Przyjechali ci gospodarze i myśmy do tych Sobiesęk. A te Sobiesęki to jedzie się przez Kraków, przez Ojców, jest takie miasteczko Skała i za tą Skałą jest wieś Sobiesęki. I myśmy tam mieszkali.

  • Cała rodzina?


Wszyscy, każdy gdzie indziej, u [innego] gospodarza. Ja z bratem byłem z mamy siostrą, z tą Marysią, ojciec był dalej –wszyscy gdzieś tam byli. I potem było tak, tam była plantacja tytoniu…

  • I stąd to bogactwo. Pamięta pan, jak się nazywała ta rodzina, u której pan mieszkał?


Nie, tego nie pamiętam. Pamiętam, że to było po prawej stronie, tam było straszne błoto i vis-à-vis była studnia. Po drugiej stronie ulicy była studnia, bo widziałem, że tam się myli. Mój ojciec wpadł na pomysł z tą matki siostrą i jeszcze taki kolega znajomy i kupili ten tytoń. Ja miałem taki plecaczek, chyba sześć kilogramów tego tytoniu, i jechaliśmy do Warszawy. Wiem, że do pociągu nie wchodziło się drzwiami, tylko dawało się pieniądze jakiemuś kolejarzowi, on otwierał okno i oknem każdy wchodził i jechało się do Warszawy. W Warszawie nie było tytoniu i wszyscy sprzedawali. Ojciec sprzedawał ten tytoń, a kupował ciuchy – nie pieniądze, tylko jak to szaber był czy coś i taka wymiana była.

  • Czy to było po 17 stycznia, tak? Cały czas tam mieszkaliście pod Krakowem, pod Skałą…


W Sobiesękach.

  • Ale w ten sposób udawało się wam zarobić na życie.


No tak. Ale oni nas karmili za darmo. Właściwie to za darmo żeśmy jedli. Tam starsi, może ojciec, gdzieś tam w czasie pracy pomagali, ale ja jako dzieciak to tam latałem sobie gdzieś po polu czy coś i nic nie robiłem. O, jeszcze tam do szkoły chodziłem przez dwa miesiące czy trzy.

  • W tej właśnie miejscowości, w Sobiesękach?


Tak.

  • Pamięta pan może jakichś nauczycieli?


Nie, wiem, że taka pani była. Nikt nazwiska nie mówił. „Masz iść tam do szkoły” czy coś i tak się chodziło. U tego gospodarza, u którego myśmy byli, też dziecko było małe, chodziliśmy razem do szkoły. Tylko że ono chodziło do klasy wyżej, a ja chyba niżej.

  • Do kiedy byliście tam? Bo rozumiem, że to już wiosna była.


Potem wróciliśmy do Warszawy, do tej ciotki Wacki. Bo jej mąż był na Okęciu. Na Kościuszki miała mieszkanie i myśmy tam do niej poszli, bo nie było gdzie mieszkać.

  • Czyli ciotka Wacka wróciła wcześniej.


Wcześniej wróciła, tak.

  • Rozumiem, że w Pruszkowie się rozstaliście.


Tak, tak. Jak ojciec jeździł z tym, to ona też może pojechała i została w Warszawie, bo miała mieszkanie – myśmy nie mieli. Ale potem jakoś się dogadali. Wiem, że ona w Warszawie była, a córka jeszcze została na wsi. Nie wiem, czy pomagała, czy coś, ale później wróciła. Jej ojciec po nią jechał i wróciła. A myśmy mieszkali właśnie na Kościuszki. Potem jakoś, ja pani powiem, jak to było… Ojciec wrócił do Banku Gospodarstwa Krajowego. Ten bank się odbudowywał i ojciec tam od początku już pracował. A jak ludzie zarabiali, to ja pani powiem. Tam były duże okna, a w Warszawie nie było nigdzie szyb. Oni te szklili te okna do góry banku. I teraz tak: ci, co szklili na dole, to już na dole rozbierali, brali pod pachę, na drugą stronę Wisły, na Pragę, tam sprzedawali. I tak – ci cały czas szklili okna, a ci cały czas rozbierali i to tak szło cały czas. Ale z tego były pieniądze. Żadnych tramwajów nie było. Wie pani, jak w Warszawie było – chodziło się po gruzach. Pierwszy tramwaj, to jaka była radocha, wszyscy: „Tramwaj jest w Warszawie!”. To się nie da opisać. A jak ktoś miał rower, to jak samochód teraz. Ale były furmanki takie i one woziły gruz przede wszystkim, odgruzowywali. Ja pamiętam, jak z ojcem poszedłem na Stare Miasto, to mój ojciec jak popatrzył, mówi: „Niemcy rzucali już bomby w gruzy, już tam domu nie było”. Ojciec mówi tak: „Ja to jestem ciekaw, czy to odbudują za sto lat”. A pani patrzy, wszyscy narzekają na tych komunistów. Co by o nich powiedzieć, jednak oni odgruzowali całą Warszawę, a to była nie lada sztuka.

  • Ojciec doczekał odgruzowania Warszawy.


Proszę pani, odgruzowanie to pani wie, jak było. W niedzielę, jak ktoś nie pracował, wszyscy wychodzili na dół i szli odgruzowywać. Po odgruzowaniu przyjeżdżała taka furmanka czy coś i każdy dostawał bochenek chleba. Ja też chodziłem i te cegły tam do tej furmanki nosiłem. A ja mieszkałem wtedy na Frascati 3, bardzo blisko Sejmu, i tam się odgruzowywało.

  • Od ciotki przenieśliście się na Frascati?


No bo ojciec już dostał z banku mieszkanie. Ja pani powiem, nie wiem, czy to jest tak dokładnie, ale wiem na pewno, jak było przed wojną. Ojcu, wszystkim bankowcom, strącali na mieszkanie i bank miał swoje domy. Tam nie było żadnego problemu z mieszkaniem. To były ładne domy i tam mieszkali Niemcy i to jedyne domy, które ocalały. A że ojciec pracował w banku i wrócił, to dostał to mieszkanie bez problemu. Ja pani powiem, nie powinienem pewnie tego mówić, ojciec bardzo małe mieszkanie wziął, bo wybierała ojca siostra. A że już żona mu zginęła i nie miał nic, to się trochę rozpił i moja ciotka tak sobie pomyślała: „To jest ostatnie piętro, nikogo tu nie ma, jak się kiedy popije, to nikt nie będzie widział”. I wybrała najgorsze mieszkanie, jakie było. Ale potem zamienili. Mieszkaliśmy na Wareckiej i do tej pory to mieszkanie ma moja siostra, ta siostra z drugiej matki.

  • Czyli z Frascati przenieśliście się na Warecką?


Na Warecką. Tam do dzisiejszego dnia ta moja siostra z drugiej mamy – to jest jej mieszkanie, zostało u niej.

  • A ojciec do końca pracował w banku?


Tak, na emeryturę poszedł z banku. Ale po emeryturze umarł bardzo szybko.

  • A pan gdzie poszedł do szkoły, jak wrócili państwo do Warszawy?


Najpierw w szkole byłem, Puławska 33. Tobolcowa się nazywała ta Żydówka. Już sobie przypominam nazwisko: Tobolcowa, Żydówka. Ona była tam dyrektorką. Wiem, że to była Żydówka. I jakiś czas tam chodziłem, ale miałem strasznie daleko – z Wareckiej tam to bardzo daleko. A potem jak ojciec się ożenił drugi raz, to ona dobrze zrobiła, bo ta moja macocha wybrała mi szkołę też daleko, na Czerniakowskiej, […] to była Czerniakowska 128. Ona do tej pory jest. Ona mówi tak: „Tam są przedwojenni, dobrzy nauczyciele. Tam, jak cię nauczą, to będziesz wiedział. Tam warto chodzić”. Ja taki kawał, trolejbusem się jeździło i dostawałem abonament taki. Wtedy były tramwaje takie, że tam był konduktor i kasował. Dostawałem na [bilet] i jeździłem w jedną i w drugą, ale żeby zaoszczędzić, to z powrotem przeważnie szedłem na piechotę, żeby mieć na cukierki. O, to tak to było.

  • Brat też chodził do tej szkoły?


Też, też, tak. Do tej pory pamiętam nauczyciela, u którego nie miałem problemu z nauką w ogóle.

  • A czego uczył?


Polskiego. A jego żona uczyła niemieckiego. On był potem dyrektorem innej szkoły. Nie mogę sobie [przypomnieć], ale przypomnę sobie na pewno, bo dużo pamiętam i dużo wiem od niego. Już mi chodzi po głowie… Do tej szkoły chodził jego syn i córka. Może sobie później przypomnę.

  • Wspomina pan dobrze tę szkołę na Czerniakowskiej?


Bardzo dobrze. Ja pani powiem, to był taki nauczyciel… On uczył też historii. Nie można było historii nie umieć, bo zostawało się po lekcjach. „Chodzisz do mojej klasy i ty nie możesz nie wiedzieć”. I powiem pani taką rzecz: jak kiedyś były takie zebrania szkolne na kwartały (potem były półrocza, a wtedy były kwartały). Na jakiś kwartał ojciec przyniósł dzienniczek i ja miałem trzy dwóje. No ale tak idę i myślę: „Ojciec na mnie nie krzyczy?”. Te trzy dwóje… Jakoś tak siedzę cicho, ale poszedł do kuchni, ja pod drzwi i słucham, a on do mojej matki mówi tak… O, Filipowicz! Przypomniało mi się nazwisko nauczyciela, Filipowicz się nazywał. „Filipowicz powiedział, że na trójkę to on zawsze umie, ale on bez dwójki to nie będzie się uczył. On dwójkę musi mieć. Tak że niech się pan nie przejmuje, bo na trójkę to on zawsze umie, ale on musi mieć dwójkę, bo nie będzie się uczył”. I tak było, że nawet konkursy takie czy coś… Jak było dyktando i zauważył Filipowicz, że był jakiś wyraz, w którym dużo osób robiło błędy, to ten wyraz był takimi dużymi literami na papierze wydrukowany i przylepiony do ściany. I to było tak przez jeden miesiąc. Drugie dyktando, to żeby na pamięć było i on czasami specjalnie pytał: „No jak to, na ścianie pisze”. Tak że trzeba było się uczyć u tego profesora. Ja pani jeszcze powiem, myśmy bardzo szybko nauczyli się czytać. Czasem gimnastyka była czy coś, to żeśmy nie ćwiczyli, tylko trzeba było czytać. A były ciekawe książki. Był „Pan Tadeusz”, była trylogia – czytało się w czasie lekcji. I była taka jedna koleżanka, która bardzo się jąkała, nie umiała czytać. Filipowicz kazał jej czytać dziesięć razy – pod rząd. Za jakiś czas znów – nie czyta. To pani wie, co zrobił? Poprosił jej mamę i się okazało, że ona miała słaby wzrok. Potem dostała okulary i czytała bardzo dobrze, a nazywała się chyba Kowalik. On wszystko zauważał.

  • Wspaniały nauczyciel!


Był taki Woźniak, największy rozrabiaka w naszej klasie. Nie umiał za bardzo wiersza, to sobie napisał na kartce na plecach koledze i czyta wiersz. Zauważył Filipowicz, nie powiedział, że widział, że coś jest nie tak. Mówi tak: „Ale chodź tutaj do mnie, powiedz drugą zwrotkę, czy tak na pamięć umiesz przeskakiwać, czy dobrze się nauczyłeś?”. I wszystko się wydało. Wszystko zauważył, wie pani, taki… No, kary to były takie, że… Nie bił po łapach, jak to kiedyś było w klasach, nie [kazał iść] do kąta, tylko zostajesz po lekcjach i czegoś musiałeś się nauczyć. A on wiedział, czego nie umiesz. Czy to była historia, czy to było coś… „Zostajeś po lekcjach godzinę i będziesz się uczył”. Tak że to były takie kary, które szły na dobre. To żadna kara była właściwie dla chłopaka. No i to mi tak utkwiło w pamięci, że szkoła to było 128, a szkoła 93… Tam była jeszcze szkoła 128. A teraz do tej samej szkoły na piętrze chodzi moja wnuczka i teraz będzie miała maturę – wnuczka córki mojej.

Warszawa, 28 kwietnia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Tadeusz Kowalczyk Stopień: cywil Dzielnica: Mokotów

Zobacz także