Tadeusz Stanisław Mikulik „Wit”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Tadeusz Mikulik, urodzony w Kielcach 16 czerwca 1926 roku. Z Kielc po kilku przeprowadzkach znaleźliśmy się we Włochach. [Wcześniej] byliśmy w Ciechanowie, w Płońsku, bo ojciec był inżynierem budowlanym. Najpierw pracował w Urzędzie Wojewódzkim, potem miał firmę budowlaną i tam się przemieszczał, gdzie było zapotrzebowanie na budowy, które prowadził. Tak że w końcu tak: Ciechanów, Płońsk, Sierpc i z Sierpca tu, do Włoch pod Warszawą. Z tym że zdążyłem ukończyć sześć klas szkoły powszechnej, bo tak się nazywała, powszechna, nie podstawowa jak dzisiaj, i jedną klasę gimnazjum zdążyłem skończyć. Potem okupacja, oczywiście...

  • Jak mięli pana rodzice na imię?

Ojciec Władysław i mama Wanda. Jeśli chodzi o mój udział, już może przejdę do konspiracji, to już we Włochach mieszkając, pracowałem w fabryce świec i mydła, bo trzeba było coś zarabiać, ale wstąpiłem również do konspiracji. Ambicją każdego młodego chłopaka było, żeby należeć gdzieś, przyczynić się do jakiejś walki z Niemcami, z okupantami.

  • Kiedy to było?

To było w czterdziestym trzecim roku, na jesieni, dostałem się do „Obroży”. W Jelonkach pod Warszawą było takie spotkanie, gdzie składaliśmy przysięgę. Wówczas przybrałem pseudonim „Zet”, tak jak końcowa litera alfabetu. Nasza działalność to było właściwie szkolenie strzeleckie, ćwiczenia drewnianym karabinem i roznoszenie, rozprowadzanie prasy konspiracyjnej, przeważnie „Biuletynu Informacyjnego”, co nas nie satysfakcjonowało. Tym bardziej że jak wiadomo, odbywały się akcje na Niemców, na tak zwane główki, gdzie likwidowano Kutscherę czy innych niemieckich dostojników, no to myśmy chcieli się tam dostać, żeby brać udział, żeby mieć czynny [udział], żeby coś robić, a nie z drewnianym karabinem tylko się ćwiczyć. Chociaż to też było potrzebne. No i to tak trwało do stycznia. W styczniu miałem sposobność poznać członka wówczas „Agatu” i on mi zaproponował przeniesienie się z „Obroży” do oddziału „Agat”, który potem był przekształcony na „Pegaz”, a z tych zalążków potem powstał „Parasol”, co oficjalnie ogłoszone dopiero zostało w lipcu. W styczniu zostałem przedstawiony władzom konspiracyjnym „Agatu” i naturalnie składałem nową przysięgę i wtedy obrałem pseudonim „Wit”.

  • Czemu akurat taki?

Właśnie, ciekawa sprawa. „Wit” dlatego, że miałem taką dziewczynę, z którą myśmy chodzili razem, za rączkę i ona była Władzia, a ja Tadeusz. To jest Władzia i Tadeusz, dlatego przybrałem pseudonim. Wtedy zaczęło się szkolenie, jak trzeba, to znaczy i w terenie, i potem akcje na samochody, potem była nauka jazdy samochodami, bo każdy w „Parasolu” powinien umieć jeździć samochodem. Jak akcje były, to jeżeli ktoś został ranny, szofer czy kierowca, to żeby był w zastępstwie ktoś, kto poprowadzi samochód. Brałem udział w takiej jednej akcji. Zdobyliśmy adlera wtedy, potem rozbroiliśmy Niemców z Flakartillerie, artylerii przeciwlotniczej, zdobyliśmy broń.

  • Mógłby pan coś więcej opowiedzieć o tej akcji, kiedy to było?

Tak, jeśli chodzi o samochód, to była akcja na samochód [marki] Adler, która się odbyła w pierwszy poniedziałek maja, na ulicy Nowogrodzkiej, przy zbiegu Marszałkowskiej, obok, zaraz przy Marszałkowskiej. Tam był jakiś urząd niemiecki. Ten samochód dojeżdżał w każdy poniedziałek, wysiadał stamtąd jakiś oficer, on był z SA, brał jakieś torby, zanosił paczki, nie było go półgodziny, potem wsiadał i samochód odjeżdżał. Tak było to rozpoznane, żebyśmy wiedzieli, jak mamy przystąpić do tej akcji. Jak to było rozpoznane, omówiliśmy to wszystko sobie, wyznaczono nas trzech do udziału i kierowcę, tego właśnie „Miśka”, który mnie wciągnął do konspiracji. On wtedy był jako kierowca. Przyszliśmy, każdy pobrał broń w bramie na ulicy Nowogrodzkiej, dostałem parabelkę i jeden granat, koledzy to samo. Podchodziliśmy do tego samochodu, oczywiście z dwóch stron. Tylko odchyliliśmy marynarkę, ten Niemiec, który tam siedział, szofer, który odwoził tego SA-mana, jak zobaczył, to oczywiście od razu otworzył [samochód] i weszliśmy. W środku go zostawiliśmy, siadł „Misiek” i ruszyliśmy. Pojechaliśmy z Nowogrodzkiej aż do Nowego Światu, do Krakowskiego Przedmieścia. Tam stanęliśmy, jego wysadziliśmy, powiedzieliśmy, żeby nie oglądał się. On to dosłownie wziął, nie oglądał się i sobie odchodził, a my pojechaliśmy na Okopową i samochód zdaliśmy. Potem wróciliśmy do pracy już. Tak że taka akcja to było dla nas wielkie przeżycie. Bo wystarczyło się na Niemca spojrzeć niewłaściwie, to już była duża kara za to, a co dopiero z bronią wyjść, wprawdzie ukrytą, ale wyjść, i jeszcze taką akcję robić. Była i niebezpieczna, też, ale nam to imponowało. Myśmy chcieli właśnie, chcieliśmy mieć udział w tych akcjach. Chcieliśmy brać udział większych w akcjach, gdzie likwidowano dostojników hitlerowskich, ale byliśmy za młodzi na to. Wtedy ja miałem niespełna osiemnaście lat, a tam brali udział co najmniej dwudziesto-dwudziestodwuletni chłopcy, tak że do tego nas nie dopuszczono.
Natomiast tak, [były] te akcje, [o których wspominałem], później były ćwiczenia kondycyjne. Jeździliśmy do Falenicy i do Józefowa, nawet dalej, nad Wisłę. Na wyspach się lokowaliśmy, pływaliśmy, skakaliśmy, salta robiliśmy, żeby tężyzny fizycznej nabierać. Potem było przygotowane ostre strzelanie, już z broni normalnej, w Puszczy Kampinoskiej, ale już się to nie odbyło, dlatego że już wybuchło Powstanie. Nie zdążyliśmy strzelać w Puszczy Kampinoskiej, nie brałem [w tym] udziału.

  • Czy akcja z samochodem miała miejsce w czterdziestym czwartym?

Tak, w czterdziestym czwartym, w maju.

  • Pamięta pan pseudonimy albo nazwiska pozostałych kolegów, którzy uczestniczyli w akcji?

Tak. Uczestniczył „Jawa” pseudonim, to był kolega, który nazywał się Pęsiek Jerzy. Potem był „Duce”, to Maciejewski był, i „Misiek” to był Nagórski, był dowódcą drużyny, który na wciągnął do konspiracji, do „Parasola”. Ci brali udział. Zresztą mam taką książkę, to może państwu zaprezentuję tą książkę, i tutaj są podane nazwiska i jest opisana akcja. Może z tego można będzie skorzystać. Tak że nie rozwijam może szerzej tego wątku, bo można tutaj się zapoznawać. Tak to trwało aż do 28 lipca 1944 roku.
Jeszcze musze powiedzieć, że pracując w fabryce świec i mydła, też koledzy pracowali, się dowiedziałem, że należy wyprowadzić się z domu i przenieść się, gdzieś zniknąć, bo jestem namierzany. Ktoś mi deptał po piętach, jakiś niemiecki wywiad widocznie.

  • Gdzie pan wtedy mieszkał?

Mieszkałem na ulicy Piłsudskiego, róg Sieradzkiej, a przeniosłem się po tym ostrzeżeniu… Zresztą przyjechała z Warszawy łączniczka, też powiedziała, że mam się wynosić stamtąd. Proponowała mi nawet lokal, ale miałem ciocię na ulicy Okólnik, która miała malutki domek, trzypokojowy, na ulicy Okólnik 6. I oni przed samym [Powstaniem], jak już natarcie szło, Bug został pokonany, a natarcie rosyjskie zmierzało w stronę Wisły, to oni… Wujek miał rodzinę we Włodawie, nad Bugiem, i on nie chciał tutaj [zostać]. Po prostu, w ostatniej chwili wsiedli w ostatni pociąg i pojechali do Włodawy, zostawili mi domek, żebym się nim opiekował. Stąd miałem gdzie się udać. Tam byłem, tam czekałem na ogłoszenie tego alarmu. Tak nas przygotowali, że będzie alarm, to potem będzie Powstanie.

  • Ciocia i wujek jak się nazywali?

[Wujek] nazywał się Albin Redde, ciocia była Maria, to siostra rodzona mamy Wandy. Tam będąc dwudziestego ósmego rano… Aha, z 27 na 28 [lipca] był wielki nalot radzieckich samolotów, bombardowali różne przemysłowe dzielnice Warszawy. Fabrykę pocisków zbombardowali i inne i my, naiwni, zbieraliśmy odłamki, myśląc, żeby zachować to na pamiątkę. Potem było za dużo tych odłamków, tak że daliśmy sobie spokój. Wracam do tematu. Mianowicie po nalocie późno zasnąłem, koło drugiej, ale dochodziła gdzieś szósta czy siódma – siódma była chyba godzina, bo policyjna była do szóstej, więc musiała być siódma – dobijanie do drzwi usłyszałem. „Kto?” Okazało się, że kolega pseudonim „Jur”, on był zastępcą drużynowego, z naszej 3. drużyny, III plutonu w „Parasolu”. Jak tylko otworzyłem drzwi, mówi: „Alarm!”. Służbowo tak na mnie się spojrzał, mówi: „Alarm!”. Mówię: „Co? O co chodzi?”. Alarm, godzina ta i ta mam się zgłosić na ulicę Bagno 4, na czwartym piętrze, odpowiednio zapukać, nas wpuszczą. Przedtem jeszcze zawiadomić kolegów, którzy też mieszkali we Włochach, [byli] w naszej sekcji. Był właśnie „Jawa”, jak mówiłem, później był „Duce”, oni znowu następnych, „Kościeszę” i „Czarnego” zawiadomili, i nasza szóstka dojechała na godzinę dziesiątą, zgłosiliśmy się na kwaterze alarmowej na ulicy Bagno 4. Byli już niektórzy z innych drużyn, tak że dość licznie, parę pokoi miał ten lokal konspiracyjny. Były tam też łączniki, dziewczęta, szyły już opaski biało-czerwone. Się patrzymy: „O, już opaski są. To chyba coś z tego będzie”. Potem za szafą, patrzymy, leżały pistolety. Były tam dwa steny, pamiętam, były trzy czy cztery, parabela, zdaje się, vis był, parę granatów. Patrzyliśmy na to tak jak urzeczeni, ale sobie myślimy: „No co to? Przecież to jest mało tego. Jak to będzie?”. To powiedzieli: „Nie martwcie się. Zdobędziecie na Niemcach”. Wszystko takie troszkę naiwne było, ale nam się wydawało, że to tak trzeba.

  • Jakie tam jeszcze drużyny tam były?

Były drużyny też z III plutonu, gdzie dowódcą był „Mors”, i były tam też z drugiej drużyny chyba. Druga to chyba była, już nie pamiętam dokładnie, czy trzecia, czy część drugiej, w każdym razie nasza była cała 3. drużyna z tego III plutonu. To ja wiem, w sumie było może dwadzieścia osób. Kilka było dziewczyn, łączniczek, które jak mówię, szyły opaski biało-czerwone. Tam byliśmy, przyszedł dowódca do lokalu, „Mors”, przedstawił się nam, bo my go nie znaliśmy, i mówi: „Słuchajcie, jest taka sytuacja, że teraz jeżeli ktoś chce, może jeszcze wrócić do domu, ale w niedzielę do godziny piętnastej, żeby z powrotem się zjawił tutaj na ulicy Bagno”. Oczywiście każdy skorzystał z tego, tak że wyjechaliśmy do domu. Spotkałem się z mamą, pożegnaliśmy się. Całą sobotę i niedzielę żeśmy w domu byli. Oczywiście rozmawialiśmy, jak to będzie. Mama się martwiła, ja mówię: „Mamo, nie martw się. Za trzy dni my to wszystko załatwimy, przyjedziemy, Niemcy uciekną i będziemy już wolni”. W rozmowach optymistycznych się w końcu rozstaliśmy. O godzinie piętnastej w niedzielę się pożegnaliśmy z mamą i z rodzeństwem i ze swoją narzeczoną Władzią, też przyszła. Pojechaliśmy kolejką EKD z powrotem na kwaterę alarmową.
Tam byliśmy całą niedzielę, poniedziałek, we wtorek rano, o godzinie siódmej, przyszedł znowu dowódca „Mors” i odbyła się narada. Część kolegów wyznaczył do akcji na buty, o których przed chwilą państwu wspominałem. Naprzeciw naszej kwatery alarmowej znajdował się duży magazyn wojskowych butów niemieckich. Trzeba było wykonać akcję, żeby zdobyć buty, żeby później było dla naszych uczestników Powstania. Wyznaczyli kilka osób, jeszcze byłem zmartwiony i niepocieszony, że mnie nie wyznaczono, no ale tak wyznaczył, to już nie byliśmy. Kilku z nas, całą sekcje włochowską, kazano się udać najpierw do kawiarni, kawiarnia „Kleszcz”, gdzie były stoły bilardowe, żeby grać sobie tam w bilard i czekać na dalsze rozkazy. Poszliśmy i o godzinie gdzieś dziesiątej łącznik przyszedł i mówi: „Macie udać się na ulicę Mariensztat 9, tam się zgłosić i czekać na dalsze rozkazy”. Stamtąd oczywiście przemieściliśmy się na Mariensztat i siedzieliśmy, czekaliśmy, co będzie dalej.

O godzinie w pół do czwartej, czyli piętnasta trzydzieści, przyszedł łącznik z Woli, bo okazuje się, że pierwsze uderzenie całego „Parasola” formowało się na Woli. On stamtąd przyszedł do nas i powiedział, że Powstanie wybuchnie o godzinie siedemnastej, mamy jeszcze mieć dodatkową wiadomość i mamy się tam przemieścić i mamy czekać. Dziwne nam się to wydawało, ale taki rozkaz, to czekaliśmy. Przychodzi [ta godzina], taki duży zegar tam był (zresztą bardzo ładne mieszkanie), i zbliżała się godzina siedemnasta. Jak zaczął bić zegar, wybijać godziny, rozległy się wokół strzały, wybuchy granatów, karabiny maszynowe. Niemcy z fabryki Schichta, która się mieściła niżej Mariensztatu, przy ulicy Dobrej czy innej, stamtąd biegli do góry. Jeden ustawił sobie karabin maszynowy na ulicę. Ulica była taka trochę ze spadem, pochyła, i do góry strzelał (widocznie tam Powstańcy przebiegali), a my za kotarami patrzyliśmy, co się dzieje. Pełno Niemców, my bez broni, co tu robić? Niemcy wpadną, to nas przecież rozstrzelają. Zaczęliśmy wyłamywać nogę od [stołu, brać] jakieś tasaki. Mówimy: „Jak wpadną, to co? Będziemy się jakoś bronić”. Na szczęście nikt nie wpadł. Przyszła gospodyni, która nas wpuściła do tego lokalu, i mówi: „Natychmiast się macie udać do piwnicy”. Przeprowadziła nas do piwnicy. Przyszliśmy, pełno ludzi było i tak patrzyli na nas bokiem, bo domyślali się, kto my jesteśmy. Młodzi wszyscy, siedmiu nas. Tak się od nas troszkę odsuwali, bo się bali po prostu. Tym bardziej że wciąż Niemcy buszowali. Jeszcze był taki przypadek, że zaczął krzyczeć… Szedł z pracy kolejarz, Niemiec go postrzelił, potem jeszcze go kopnął i przestrzelił mu płuco i on wtedy zaczął krzyczeć. Ten Niemiec poleciał dalej, pobiegł dalej w górę, ostrzeliwał Powstańców, a on krzyczał, bo był ranny, bolało go wszystko. Wtedy była lekarka w piwnicy, wyszliśmy razem z nią i dozorca i tego rannego wzięliśmy, ona zaczęła mu robić opatrunek. Tak że sądzę, że on przeżył, bo przestrzał tylko tu dostał i ranny w nogę. Dozorca na tyle cwany był, że facet – była taka brama, olbrzymie drzwi żelazne, krata – zamknął kluczem wielkim. Zamknął tą bramę, bo jak się dobijali, oni wpadali do bram, wyciągali ludzi, strzelali do nich i uciekali dalej i w ten sposób. On to przewidywał, zamknął tą bramę. A wszystko pijani ci Niemcy byli i „ukraińcy”. Dobijali się do bramy i ponieważ zamknięte było, to pędzili dalej, do innej bramy, bo tych bram było dużo. Bardzo mądrze zrobił ten dozorca.
Potem na noc przyszliśmy się przespać, patrzyliśmy przez okna, co się dzieje. Z bańkami benzyny Niemcy wpadali – i to wszystko na ulicę parzystą. Myśmy mieli dziewięć, nieparzystą, a naprzeciw ulica parzysta. Po kolei wpadali, oblewali całe mieszkania benzyną i podpalali. Ludzi wypędzali, bili po drodze, niektórych, jak się opierał, to strzelali, i [ludzie] padali tutaj, na ulicy leżeli. My to wszystko widzimy przez okno. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Teraz to ja doskonale wiem, o co chodziło. O to, żeby wyczyścić cały ten [teren] przed Zamkiem, za tym [terenem], co zaraz był Zamek (na placu Zamkowym się mieścił, jak wiadomo). Całą tę ulicę oni chcieli wypalić, żeby ludności nie było, żeby oni mieli tam wgląd do tego. W ten sposób właśnie to się działo.
Aha, jeszcze drugiego po południu patrzymy się, już została wywieszona… Znaczy myśmy nie widzieli, tylko dozorca przyszedł do nas i mówi: „Słuchajcie, chłopaki. Chodźcie na górę, na strych, wam coś pokażę”. Myśmy poszli na strych. On mówi: „Patrzcie – tam okienka ze strychu były – zobaczcie, flaga polska jest”. Na Zamku powiewa sobie, wisi, strzelają do niej Niemcy. [Była] poszarpana, do flagi strzelali, bo tyle amunicji mieli. Byli tacy zaciekli, wściekli na nas, że to nawet tym się objawiało. Jak zobaczyliśmy to, to mówimy: „To musimy się tam dostać”. A jak się dostać? Próbowaliśmy iść, to trzeba przejść było przez ulicę Sowią (taka wąska uliczka), ale tam na końcu był bunkier niemiecki, z którego strzelali. Patrzymy, pełno, nawet zabici na ulicy leżeli. Mówię: „Nie przejdziemy. Przecież dostaniemy w czapę”. Nie wiedzieliśmy, co tu robić dalej, jak się stamtąd wydostać. Wszędzie wokół Niemcy, my bez broni, tam Powstanie trwa, a my tu siedzimy. Oczekujemy, nie wiadomo na co. Na szczęście właścicielka mieszkania widocznie była w konspiracji, bo się jakoś się porozumiała, że przyszedł łącznik do nas i powiedział, że nas przeprowadzi do Zamku i potem do naszych oddziałów.
No i tak się stało. Pożegnaliśmy się z gospodynią. Jakimiś swoimi znanymi zakamarkami nas przeprowadził do kościoła… zapomniałem, jak on się nazywa, w każdym razie na rogu, na Krakowskim Przedmieściu i placu Zamkowym, narożny kościół, zapomniałem jego nazwy. Mniejsza z tym. [Doszliśmy] do podziemi tego kościoła, a tam już opaski biało-czerwone. Ludność, oczywiście nieuzbrojona, tylko cywile, zaczęli w kadziach chleb już przygotowywać, żeby piec chleb. Stamtąd przeskoczyliśmy, bo myśmy chcieli dostać się do Zamku i do żołnierzy. Przeskoczyliśmy obok kolumny Zygmunta, wskoczyliśmy do naszej – barykada taka była przy Zamku – przez barykadę. Tam nas złapali nawet w powietrzu. Żeśmy skakali, bo stały dwa niemieckie czołgi. Już widzieli, że już są przemieszczenia się niektórych, zaczęli strzelać, ale szcześliwieśmy wszyscy przeszli. Poszliśmy na Starówkę. Troszeczkę odpoczęliśmy sobie. Wtedy nalot był, bombardowanie, było rannych sporo. Pomagaliśmy tych rannych przenosić do szpitali polowych i tak dalej. Umówiliśmy się z łącznikiem, że on się gdzieś oddalił, powiedział, że: „O godzinie siedemnastej tu się spotkamy, przy katedrze i pójdziemy dalej na Wolę”.
Wobec tego mieliśmy cały dzień czasu. Jeden z kolegów, pseudonim „Czarny” miał, jego brat „Kościesza”, mieli wujka na Marszałkowskiej 125. On mówi: „To słuchajcie, to my mamy czasu, to pójdziemy tam, może coś zjemy sobie, do tego wujka”. Wobec tego poszliśmy wszyscy. Tamci nas przywitali, zaczęli coś [robić], upiekli coś, zjedliśmy sobie. Teraz zbliża się godzina piętnasta czy szesnasta, trzeba było wracać z powrotem. Chcieliśmy wracać tą samą drogą, jak żeśmy przyszli. Okazuję się, że żeśmy nie mogli, bo tam były zaryglowane niektóre ulice, nie można się było dostać tą samą trasą, więc przez Marszałkowską przeskakiwaliśmy, już była ostrzeliwana, z Ogrodu Saskiego. Dostaliśmy się na plac Napoleona i tam dowódcą odcinka był „Harnaś”, dowódcą jednego ze zgrupowań. Jemu się zameldowaliśmy, mówimy, że szukamy oddziału naszego, że idziemy do „Parasola”, po prostu naokoło drugą stroną, bo nie tędy przez plac Grzybowski, tylko tam. „Nie dostaniecie się, bo Królewska jest zajęta przez »ukraińców«. Wobec tego ja was tutaj wcielam, do naszego oddziału. Potem jak będzie trzeba, jak będzie możliwość, to się tam dostaniecie”. Zostaliśmy tam włączeni i walczyliśmy do 8 sierpnia.
Był atak… z tych ważniejszych rzeczy. Bombardowania się odbyły, zbombardowana została kwatera nasza i innych, zabici byli. Też wdzierały się czołgi, trzy czołgi niemieckie, „Pantery”, z Nowego Światu do Świętokrzyskiej, bo chcieli dostać się do placu Napoleona, żeby odbić Pocztę Główną. My już mieliśmy już butelki z benzyną, granaty i rozstawione to wszystko było na piętrach. Poderwali nas do tej oficyny, znaczy z naszej oficyny do tego budynku, który miał wszystkie [butelki]. Jak one wjeżdżały… Aha, jeszcze co było. Oni jechali, dwa czołgi, potem za nim jeszcze jeden, a Niemcy, fizylierzy, za czołgami, ale przed czołgami drabina i przywiązani byli Polacy, tak że ta drabina szła cała przed czołgami. Czyli czołgi były osłonięte drabiną z Polakami, a oni byli jeszcze za tymi czołgami. Teraz, co robić? Rzucać? Przecież to Polacy – nie można strzelać. W końcu dowódca barykady, bo tam była barykada przy Mazowieckiej, przy placu Napoleona i wtedy on skoczył na tą barykadę i krzyknął do tych Polaków: „Słuchajcie! Upadnijcie wszyscy!”. Oni padli, wtedy zaczęli nasi strzelać, a my zaczęliśmy rzucać na czołgi butelki samozapalające z benzyną. Jeden czołg się zaczął palić, więc Niemcy się zaczęli wycofywać. Do Niemców też strzelaliśmy, paru zostało zabitych. Czołgi się wycofały, ale Niemcy zostali i zaczęli krzyczeć: Hilfe, hifle! Za chwilę przyszło trzech Szwabów z białą flagą. Zaczęli machać flagą, dowódca nasz powiedział: „Nie strzelać, przerwać ogień”. Oni przyszli, że chcą zabrać jeńców. Pozwoliliśmy im, dowódca pozwolił zabrać tych jeńców. Czołgi się, naturalnie, wycofały. Tak ten atak odparliśmy.
Wiele też było innych spraw, których nie będę przytaczał, bo to za długo by wszystko trwało. Później na Woli do „Parasolu” przyjęty został oddział „Narocz”. To był oddział, który szedł z Wilna, pod dowództwem porucznika „Damazego”. Walczył pod Wilnem, potem się wycofali, bo część NKWD aresztowała Powstańców i wywieźli na Sybir, ale jemu się udało wymknąć z tego i doszedł do Warszawy. W Warszawie się zameldował jako zwarty, bardzo dobrze uzbrojony oddział, więc włączyli go do „Parasola” i został na Woli. Ale potem [Niemcy] jak uderzyli na Wolę i Ochota padła. Potem na Woli już zaczęli Niemcy się wdzierać do cmentarzy na Powązkach, po prostu nie było już możliwości obrony na tym terenie, to się zaczęli wycofywać, a dowódca nasz dostał rozkaz ze Starówki, że ma się zgłosić gdzieś do jakiegoś budynku, gdzie ma zabrać worki dokumentów pewnych. Więc on z chłopcami poszedł, zabrał worki i zjawił się w PKO. Do generała „Montera” tam się zameldował. [„Monter”] był dowódcą całego Powstania i tam mieściło się całe dowództwo, sztab generała „Montera”. Więc tam przyszli z tymi workami, włączeni zostali… Aha! I z niego, ponieważ dobrze był uzbrojony, to go włączyli, [dodatkowo] kilku tam innych kolegów, utworzyli kompanię ochrony Kwatery Głównej. Najpierw „Obroża”, jeśli chodzi o mnie, potem „Parasol”, a teraz kompania ochrony Kwatery Głównej. Włączyli nas, bo jak się dowiedzieliśmy, że oni są z „Parasola”, to sam dowódca „Harnaś”, tego oddziału, który tam kwaterował, powiedział, że mamy się zgłosić do PKO, bo tam przybył oddział z „Parasola”. „Tam będziecie między swoimi”. To podziękowaliśmy, zasalutowaliśmy i przyszliśmy i włączono nas do kompanii ochrony Kwatery Głównej, jeszcze w dodatku samodzielny pluton osłony sztabu. Notabene ciekawa sprawa, wielu historyków i pisarzy niepoprawnie piszą o tej kompanii, pomija pewne rzeczy, tak że ja w tej książce pewne rzeczy naświetlam, bo tam jest dużo nieścisłości.

  • Mógłby pan wymienić teraz kilka z tych nieścisłości?

Tak. Na przykład nienazwane były dokładnie kompanie. Kompania ochrony Kwatery Głównej – nazwali to zupełnie jakoś inaczej, nie napisali, że to jest samodzielny pluton osłony sztabu. To były takie rzeczy. Jeszcze mało jest opisane, co myśmy tam robili. Przecież myśmy mieli zadania swoje. Głównym zadaniem naszym, jak już walki skończyliśmy u „Harnasia”, co opowiadałem, to było tak: osłona kanałów, bo trzeba było, jak Starówka już potem była okrążona i miała kapitulować niedługo, to [przechodzono] przez kanał. Zresztą łączność stale była utrzymywana kanałami ze Starówki do dowództwa w tym budynku PKO. Tak to wyglądało, że byliśmy tak: osłona kanałów, udział w ataku na budynek PAST-y, udział w ataku na komendę na Zielnej w Warszawie i na komendę policji na Krakowskim Przedmieściu i potem jeszcze na Wareckiej, jeszcze na Królewskiej, tak że w kilku takich akcjach uzupełniających braliśmy udział.
Na Paście to chodziło o to, że Niemcy się przebijali, jak już płonęła PAST-a, okrążona była, to się przebijali, bo do Ogrodu Saskiego to było z 250–300 metrów, niedaleko, więc mieli możliwość, gdyby nie było pewnie tutaj zaryglowania, to mogli się dostać do swoich. Tym bardziej że stamtąd też wyruszyły czołgi do tych Niemców, chcieli ich oswobodzić stamtąd. Dostaliśmy rozkaz, żeby zaryglować to wyjście i tam się udaliśmy, nas było jedenastu wtedy. I jeszcze Niemcy się bronili, bo budynek się palił, oni wycofywali się na górę, na tarasy. Widzieliśmy, jak się poruszają, więc ostrzeliwaliśmy ich, pomogliśmy oddziałom, które walczyły, wzmocniliśmy to i osłoniliśmy tą lukę, żeby oni nie mogli się wycofać. Jeszcze jednego jeńca żeśmy złapali, który wycofywał się z okienka piwnicy. Jednym słowem tam braliśmy [udział]. Potem jak padła ta placówka PAST-y, to się dostało do niewoli stu trzynastu Niemców i większość z nich to byli w SS, SA, a kilkunastu tylko było z Wermachtu. A co ciekawe, w gmachu poczty, PAST-y, było kilkunastu Polaków, których Niemcy, ci esesmani zamknęli w piwnicy i zamknęli ich i na stracenie ich zostawili, nie zajmowali się nimi. Ale tam się znalazł, miał pseudonim Karl, znaczy imię Karl, to był Niemiec, który zdezerterował z formacji lotniczych, przebrał się w mundur Wermachtu i tam się znalazł przypadkowo, w tym budynku PAST-y i on dostarczał tym ludziom jedzenie, wodę i opiekował się. Przez dwadzieścia dni ich karmił, bo inaczej oni by umarli z głodu. Oni zresztą to wszystko potwierdzili, tak że tego Niemca myśmy na specjalnych warunkach traktowali. Natomiast wszystkich z SS – sąd polowy się odbywał zaraz na drugi dzień, jeszcze w nocy nawet, codziennie rozstrzeliwały ich tam oddziały specjalne, egzekutywy. W banku na placu Dąbrowskiego zostali rozstrzeliwani. Natomiast Wermacht został ulokowany w piwnicach, były trzy piętra pod ziemią. Na pierwszym piętrze to były niektóre urzędy, drugie piętro pod ziemią mieścił się szpital wojskowy, a trzecie piętro pod ziemią to były właśnie [pomieszczenia] dla tych jeńców, różnych zatrzymanych, z Wermachtu, tych, którzy nie podlegali rozstrzeliwaniom, tylko po prostu byli w naszej niewoli. To tak trwało. Potem jeszcze była [akcja] na komendę policji, znowu różne przygody…

  • Czy może pan też o tym opowiedzieć?

Na Krakowskim Przedmieściu były oddziały, do których dołączyli się nasi granatowi policjanci, jako ci, [którzy] z Niemcami razem przeciwko Polakom wystąpili – granatowa, polska policja. Było tej granatowej policji sporo i sporo Niemców. Naturalnie zostali okrążeni. Jak zwykle materiały wybuchowe, bramy i wejścia zostały wysadzone i jakoś dostaliśmy się do środka. Niemcy się bronili, walki były, naszych trochę zabitych było, nie z naszego oddziału, tylko z innego. W budynku PAST-y brał udział Batalion „Kiliński”, a tutaj to już nie pamiętam, jak się nazywał ten oddział. W każdym razie myśmy byli jako uzupełnienie tego oddziału. Nie jako kompania ochrony Kwatery Głównej, tylko uzupełnienie tego oddziału.

  • Jakie były wasze zadania?

Zadania były, żeby razem z nimi walczyć przeciwko Niemcom. Po prostu był opracowany atak, jak to należy robić. To już ten oddział, który to robił, opracowane miał wszystko, a myśmy byli razem z nimi, pomagać strzelać po prostu. Tam znaleźliśmy olbrzymie – pierwszy raz w życiu w ogóle widziałem i do dzisiaj jeszcze nie widziałem – radio wielkie. Po prostu tak olbrzymie radio, chyba dwudziestolampowe, któreśmy zarekwirowali, wzięliśmy to radio i zanieśliśmy naszemu dowódcy, żeby on miał duże radio. Szperaliśmy, żeby coś znaleźć jakąś żywności czy coś, i znalazłem cały woreczek suszonych gruszek. Bardzo dobre, słodkie te gruszki były. To [zostało] zarekwirowane, no i sporo cukru znaleźliśmy, tośmy to zabrali. Później jeszcze na Królewskiej był ostrzał, to ostrzeliwaliśmy „ukraińców” i Niemców, którzy byli w Saskim Ogrodzie, z gmachów na ulicy Królewskiej.

Na końcu już mięliśmy dużo tych jeńców, bo tam było blisko dwustu. Oni się nie mieścili tam, więc był rozkaz, żeby przemieścić się na drugą stronę Alei. Aha, co jeszcze tam. Jeszcze taka była sprawa, że ci jeńcy, co tam byli, tam było czterech oficerów niemieckich. Niektórych pamiętam nawet nazwiska, jeden Dirske nazywał, drugi jakiś Ligenza się nazywał, to był tam Leutnant i Oberleutnant. […] W piwnicach gmachu PKO było już prawie dwustu jeńców i nie mogli się pomieścić. Wobec tego trzeba było ich wyprowadzić i [mieli iść] na ulicę Hożą do kina „Urania”. Tam przygotowali już dla nich pomieszczenia i mięliśmy ich ulokować w tym kinie, w sali, żeby oni tam byli. Ale przedtem, nim oni zostali wyprowadzeni, to jeszcze trwały walki na ulicy Wareckiej 11a. Tam znowu Niemcy, podobnie jak tutaj na Świętokrzyską, gdzie walczyliśmy u „Harnasia”, u tego, co wspominałem, to też próbowali czołgami wjechać, więc też musieliśmy się bronić. W końcu przedostaliśmy się przez przekop, na drugą stronę, do kina. Inni koledzy… Ja byłem wcześniej, walczyłem, ale koledzy, co zostali, przeprowadzili wszystkich jeńców. Był płytki wykop, bo nie można było głębszego zrobić, bo pod spodem był już tunel i tam były pociągi, jeździły. Był strop, już nie można było głębiej tego robić, a niedaleko, na ulicy Nowy Świat, na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskiej, był duży, wysoki budynek Banku Gospodarstwa, BGK. Tam stali Niemcy i ostrzeliwali, cały czas mięli wgląd w Aleje Jerozolimskie. Łączność między południową stroną Warszawy a północną była tylko przekopem, a przekop był niski. Wprawdzie trochę ziemi usypano na wierzchu, były jakieś worki z piaskiem, ale trzeba się było czołgać, jeżeli się chciało przejść, bo kto wstał, to już nie wstał więcej, bo został zastrzelony, bo widać go było z BGK. Tak przeczołgaliśmy się tam. Zresztą ci Niemcy, jak myśmy ich prowadzili, to też się czołgali, bo się bali, żeby od swoich nie zginąć. Wszystkich przetransportowali i ich ulokowali.
Potem pamiętam moment – to było już 16 września – jak nadleciały sztukasy. Rano to było, za piętnaście dziewiąta, miałem służbę przy wejściu do kina z kolegą, pseudonim „Czarny”. Miałem z nim przy barykadzie, przy wejściu, służbę nocną do godziny dziewiątej. Tak gdzieś za dwadzieścia dziewiąta koledzy przechodzili przez bramę, koledzy z naszego oddziału, bo byli na patrolu i po drodze gdzieś dostali jakieś masło, zorganizowali jakieś [rzeczy], i wódkę. Nieśli tą wódkę i mówią: „Chodź, »Wit«, tutaj tego…”. Oni kwaterowali, my zresztą też, na scenie tego kina, spaliśmy sekcjami. On mówi: „Chodź, »Wit«, pójdziemy sobie, kieliszek wódki się napijesz”. Mówię: „Słuchaj, mowy nie ma. Nie mogę zejść przecież z posterunku, dopiero o dziewiątej będzie zmiana. Po dziewiątej to wpadnę. Poza tym na czczo ja nigdy nic nie wypiję ani nie zapalę papierosa. Na czczo mowy nie ma”. – „To słuchaj, idź tam do peżetek…” Tam był taki sklepik, Liliput się nazywał, taki sportowy, i tam była nasza kuchnia. Mówi: „Idź tam, tam ci dadzą, raz, dwa coś zjesz i przyjdziesz do nas”. To temu koledze powiedziałem: „Słuchaj, uważaj, jak coś będzie, to gwizdnij, żeby mnie tu nie nakryli, że ja uciekam ze stanowiska. Zjem, potem ty zjesz i pójdziemy o dziewiątej na tą scenę, zobaczymy, co oni tam poprzynosili, jakie wiktuały i co”. Czekałem, jeszcze jeden kolega długo jadł. Talerzy nie miała ta łączniczka czy sanitariuszka, bo to różnie było, jak była ta obsługa. Raz jedni, raz drudzy obsługiwali. Chyba za piętnaście dziewiąta już była czy za dziesięć, [kiedy] usłyszeliśmy taki szum – nisko przeleciały sztukasy, zupełnie nad samymi dachami. Mówię: „O cholera, coś tu będzie”. A kolega zaczął się śmiać. Za chwileczkę one nawróciły, zaczęły pikować i zaczęły bombardować, właśnie naszą kwaterę. Całe kino i cały kwartał do ulicy księdza Skorupki został zbombardowany. Pierwsza bomba uderzyła w sam środek tych jeńców. Było blisko dwustu jeńców. Na sali jeden przy drugim leżeli, w środek walnęła bomba pięćset kilo w nich, druga w scenę, tam gdzie miałem pójść, żeby spróbować wódki, trzecia, gdzie się przebierali aktorzy, dalej gdzieś. Wszystko tam zostało zburzone, oczywiście tych jeńców… A ja byłem w tym sklepiku Liliput. Przejście ze sklepiku Liliput do kina, do sceny i tam gdzie miałem swoją służbę, to były otwory przebite w murze i tam myśmy widzieli, mięliśmy łączność i przejście. Jak te bomby spadły… Tam była taka lada, obok tej lady stałem, kolega za tą ladą. Jak bomby spadły, to zobaczyłem żółty błysk i coś mnie oczy bardzo zabolały. Okazuje się, że jak wybuch nastąpił, to ten pył, to wszystko, dostałem w oczy, tak że nie widziałem na jedno oko, w ogóle już do dzisiaj mam kłopoty z jednym okiem, bo już było uszkodzone. Kolega, który stał koło lady, to podmuch był tak silny, że lada go pchnęła, przewróciła, złamała mu nogę. Drugi też stał, to go przewróciło. No i po tych bombach – mnie oczy bolą, ciemno się zrobiło, nic nie widać. Potem to wszystko opada – jesteśmy zasypani. Zasypało nam wyjścia, nie ma nic. Co tu robić? Najgorszą sprawą było właśnie, żeby człowiek nie miał uciętych nóg albo nie został [tak] zasypany, że nie ma ratunku, bo nie było przecież spychaczy ani nic, tylko wszystko rękami się robiło. Teraz stwierdzamy, że jesteśmy zasypani. Łączniki, co tam były, potem ta kuchnia, kilku, co wolne mieli, koledzy, też tam byli. Jeden miał pseudonim „Stary”, on się trochę jąkał, mówi: „Aj, je-esteśmy za-asypani”. Chodzimy, nie ma wyjścia. W końcu jakoś, jak całe kurze opadły, widzimy jakieś światełko gdzieś wysoko, w narożu tego sklepiku. Doszliśmy tam, patrzymy, a tam jest prześwit. Runął [róg], cegły zawaliły się, zrobiła się taka hałda gruzów, ale było przejście. Więc tam szybkośmy poszli, zaczęliśmy cegły wyrzucać i wydostaliśmy się przez przejście i wszyscy się wydostali. Ja tak idę z tym okiem, jednym widzę, tu się osłaniam, trzymam tak te drugie, bo mnie to boli, a na to [pierwsze] jakoś widziałem jeszcze coś. Ci jeńcy – tam straszna masakra była. Na tych piętrach, nogi, ręce, porwane to wszystko. Jeden z jeńców patrzy, idzie tak do mnie i mnie tak łapie za szyję i mówi: „»Wit!«”. Znali mnie, pseudonim, bo nieraz chleba im dałem, nieraz jakiegoś papierosa przyniosłem. Niektórzy bili tych jeńców, ale to zupełnie głupota. Po co to robić? Ja byłem sprawiedliwy, traktowałem ich normalnie i oni mnie po prostu szanowali i ten, jak… On przeżył. Znaczy on nie był ranny, tylko jak mnie zobaczył, do mnie szedł i rzucił mi się na szyję: „Wit”, lebst du noch!. „Żyjesz jednak?” Mówię: „Tak. Żyję”. Okazuje się, że ich zginęło wtedy ponad stu. Uratowali się teraz tylko ci oficerowie, którzy mieli [miejsce] obok sali głównej, były jeszcze dodatkowe pomieszczenia. Ci oficerowie tam byli, to się ten strop zawalił, ale jeszcze była luka, tak że się uratowali. Były kasy biletowe, gdzie też koledzy byli w tych kasach. Kasy zostały. Nasi zginęli tylko ci, co byli na scenie. Ich było dziewięciu chyba (opisałem to wszystko), wszyscy zginęli oczywiście. Potem ich odgrzebywaliśmy. Każdy miał… O, tu jest [napisane], trzynastu zginęło. Odgrzebywaliśmy ich, jeden z nich to był napuchnięty, wargi miał tak [obrzmiałe], widać było, że się udusił. Po prostu – zawalone, powietrza nie było, ratunku nie było żadnego, bo na tę scenę przecież ta bomba strzeliła. Straszna rzecz. Oczywiście później zrobiliśmy tablicę, kto zginął, pseudonimy, wykopaliśmy grób, mogiłę całą, wstawiliśmy krzyż i tablica.
Zaprzyjaźniłem się z kolegą starszym ode mnie, miał dwadzieścia dwa lata, pseudonim miał „Dzidek”, Zieliński. On miał narzeczoną. Jak jeszcze byliśmy na PKO, na Świętokrzyskiej, to on miał narzeczoną chyba na ulicy Złotej i do niej przychodził. Mnie kiedyś poprosił, z nim poszedłem do tych rodziców, do niej. Przedstawił mnie jej, ci rodzice, oczywiście co mieli, poczęstowali nas czymś. Umawialiśmy się tak, że jeżeli on… To ona zresztą najwięcej prosiła: „Słuchajcie, jakby cośkolwiek się stało czy coś – do mnie się zwraca – »Wit«, jakby się coś »Dzidkowi« stało, to natychmiast mi daj znać. Tak samo ty, jakby jemu się coś stało, żebyśmy mięli tą łączność”. Tak samo rodzice. Wszyscyśmy się tak poumawiali, że jak się komu coś stanie, żeby się po prostu porozumiewać. Powiedzieliśmy, że naturalnie tak. To oświadczenie między sobą przyrzekliśmy wtedy, jak już mięli nas ewakuować na drugą stronę Alej. Poszliśmy na drugą stronę Alej i było to bombardowanie i na tej scenie zginął „Dzidek”. Teraz tak, ja miałem przejść przez przejście, o którym wspominałem, płytkie. To było nie tyle, że niebezpieczne, ale chodzi o to, że żeby przejść, trzeba było mieć przepustkę. Nie można było sobie tak chodzić. Poprosiłem dowódcę, żeby mi dał przepustkę. On mówi: „Po co wy chcecie tam iść?”. Mówię: „Muszę powiadomić narzeczoną »Dzidka«, który zginął tutaj”. On mówi: „Nie ma powodu w tej chwili. Jak będzie jakiś [wolny czas], to dostaniecie przepustkę i pójdziecie. Teraz nie wolno nigdzie chodzić! Macie tutaj być na warcie, stać i robić to co trzeba”. To zostałem, nie zawiadamiałem jej. Parę dni upłynęło. Kiedyś miałem wartę przy barykadce, bo barykadka była na drugiej stronie ulicy. Siedziałem sobie na krześle, tak się bujałem. Patrzę, idzie ona! Ona idzie tak ulicą, idzie sobie, idzie, tak ogląda. Tych grobów pełno, różnych, nie tylko ci, ale ten nasz [grób] duży był, bo tych trzynastu i jeszcze oddzielny rotmistrza był, to dużo tego. Ona tak stanęła przed tym i się tak patrzyła na tą tablicę. Patrzy, patrzy. Raptem się złapała za głowę i rzuciła się na ten grób, zaczęła drapać, rozbijać to. Myślę sobie: „Co tu zrobić? Muszę się gdzieś schować, bo przecież ona jest…”. Ona zaczęła się rozglądać i wtedy mnie zauważyła. Jak doleciała do mnie, zaczęła mnie walić, okładać pięściami: „Coś ty! Dlaczegoś mnie nie powiedział!?”. Mówię: „No nie było okazji”. W końcu dwóch sanitariuszy się znalazło, przebiegli, przynieśli zastrzyk uspokajający, dali jej zastrzyk. W końcu ona mówi: „Ja ci tego nigdy w życiu nie wybaczę”. I poszła sobie. Poszła do siebie, przez przekop się dostała. Proszę sobie wyobrazić, że później, po wielu latach, już w siedemdziesiątym piątym czy którymś, jesteśmy na Powązkach, przy grobach tych naszych kolegów. Też ten grób tego „Dzidka” jest i pisze : „Dzidek”. Jest ona, już z nowym chłopcem, już tyle lat upłynęło. Poważny mężczyzna, ona też. Aleśmy się poznali. Ona mówi: „No »Wit«, tośmy się tu spotkali po tylu latach. Wiesz, tak się stało, samotnie nie mogę. Wyszłam za mąż. Tak że wybaczam ci to, żeś mi nie dał [znaku]”. Ale co roku, z nim razem, przychodziła na grób tego „Dzidka”, przynosiła kwiaty i zawsze się modliła. Więc takie były ciekawe przypadki.
Były inne też. Były smutne i były też zabawne i wesołe. Jakeśmy tam na przykład chodzili, co mieliśmy wolne, nie mieliśmy żadnej służby, nie było żadnych zajęć. Sklepy były otwarte, fryzjer był otwarty. Myślę sobie: „Fryzjer otwarty, pójdę do fryzjera”. W tym uzbrojeinu, w panterce, to wszystko, do fryzjera poszedłem. Pełno ludzi było, to mówię: „Poczekam trochę”. Było dwóch fryzjerów, jeden mówi: „Nie! Wojskowy nie czeka”. Wziął mnie na ten [fotel] i pyta mnie się: „Strzyżenie?”. Mówię: „Nie, golenie”. To on mnie namydlił, tak się uśmiechał głupio. Namydlił mnie, brzytwę ostrzył, tak mnie ogolił, kończy to golenie, już mnie wodą kolońską wyciera, mówi: „No, będzie pan płacił podwójnie”. Mówię: „Dlaczego podwójnie?”. – „Raz za golenie, drugi raz za wyszukiwanie zarostu”. Tak że zaczerwieniłem się, tam pełno ludzi stało, patrzyło się na to, bo ten zarost to gdzieniegdzie tylko, bo osiemnaście lat miałem. Tylko żeby dodać sobie męskości, to sobie kazałem się golić. „Golenie proszę”. Prawda, to tak ładnie brzmiało. Takie były też zabawne sprawy.
Mieliśmy też na placu Napoleona był basen, pływaliśmy sobie w basenie. Raz wykąpałem się tam, cały byłem pięknie umyty, wychodzę, a bomby spadły na drapacz chmur. Ciemno się zrobiło, cały byłem brudniejszy jak wtedy, co niewykąpany.
Co dalej. Potem jeszcze były sprawy, że zbliżał się już koniec. Aha, jeszcze może refleksje, które człowiek przeżywał. Jak szedłem na to Powstanie, to nie tylko czułem, że to jest obowiązek – z chęcią szedłem, bo chciałem. Przecież jestem Polakiem, muszę bronić ojczyzny, musze się przecież wykazać. Ale jak już Powstanie wybuchło, jak zaczęli do wiwatu nam dawać, oświadczenie jeszcze Londyn dał przez radio swoje (jeszcze przy okazji zaraz coś powiem), że tylko będą indywidualne zrzuty Liberatorami czy innymi samolotami, a brygada Sosabowskiego nie przejdzie, nie przyleci, bo do innych celów została użyta… Tak słuchałem tego, 8 [sierpnia], pamiętam, to było, jak przyszliśmy już do PKO. Miałem służbę na dole przy tych Niemcach. Tak siedzę sobie, były betonowe wymurowane fundamenty, do budowania budynku. Siadłem tak, myślę: „Jezus Maria. Mam osiemnaście lat, trzeba zginąć”. Wtedy po raz pierwszy zapłakałem. Wstyd mi było, odwróciłem się, żeby nikt nie widział. Po prostu serdecznie się wypłakałem wtedy. Tak mi było żal życia, że człowiek musi zginąć. Nie ma mowy, wiadomo, jasne było. Zamiast pomocy to myśmy dostawali [komunikaty], stale codziennie były [nadawane], „Z dymem pożarów”, te chorały śpiewali. Pomoc, parę samolotów, to, co zrzucili, to nic się nie liczyło, to jest zero, kropla w morzu. Rosjanie odmówili lotnisk, bo Amerykanie chcieli wysłać wielką armadę, taką po sto czteromotorowych samolotów, żeby zaopatrzenie porządne było. [Chcieli], żeby [Rosjanie udostępnili] lotniska, jak będą wracać, bo tam i z powrotem to za daleko było przelecieć, to żeby tam wylądowali. Rosjanie nie pozwolili. Tylko indywidualnie przylatywały samoloty. Zezwolili dopiero 24 września, jak wiedzieli, że już Powstanie upadnie, i rzeczywiście cała armada tych stu czterech samolotów czteromotorowych nad Warszawą, na wysokości dwa i pół kilometra, leciały. Olbrzymi szum, warkot. Jak widzieliśmy to, to zaczęły wylatywać [ładunki] i myśleliśmy, że to jest desant. Z początku były takie jakby postacie, a to były worki z zaopatrzeniem. Na Gęsiówce, na Woli to wyzwoleni zostali też Żydzi. Oni [byli] z nami, też pomagali, handlowali, zawsze coś. Oni zawsze do handlu byli dobrzy. Jak oni to zobaczyli: „Oj, skoczkowie! Oj skoczkowe!”. Przerażeni, myśleli, że to jest desant skoczków spadochronowych. Potem zobaczyliśmy, że to nie skoczkowie. Zresztą osiemdziesiąt procent tego poszło na stronę niemiecką, no i tak to się skończyło z tymi samolotami. Potem człowiek się opanował, trzeba było walczyć normalnie.
Były przypadki, że nie wolno było nadaremnie strzelać, że trzeba oszczędzać amunicję. Kiedyś byłem na ulicy Królewskiej, na czwarte piętro wszedłem i patrzyłem stronę Saskiego Ogrodu, gdzie Niemcy mięli swoje kwatery. Patrzę, za drzewami stoi dorożka. Bez konia, tylko dorożka i na kozie sobie siedzi „ukrainiec” i sobie piłuje paznokcie. Widzę go, troszkę dalej jak pani, ale widzę go, że on siedzi. Mam scenę, przecież jakbym go puknął, to go ustrzelę. Ale tak, mógłbym to zrobić, ale sobie myślę tak: „Strzelę, to oni przecież jak nawałę ognia otworzą, to przecież my nie mamy czym odpowiedzieć”. I taki facet siedział i nie dostał w czapę. Oczywiście jak był jakiś atak, to wtedy naturalnie się strzelało. Nie ma. Ale w takich przypadkach [jak opisałem], trzeba było uważać. Taka była tam walka. Co by tam jeszcze ciekawego. Różne rzeczy były. Jakby pani jeszcze o coś pytała, to mogę jeszcze coś odpowiedzieć.
Teraz tak. Jak wspomagaliśmy atak na PAST-ę, to jeden z kolegów miał aparat fotograficzny. I on przyszedł, robił nam zdjęcia, tak że tutaj mam parę zdjęć tam zrobionych. Zachowały się, on to przechował, potem się spotkaliśmy. Pracował na Hucie i zdjęcia mi dał, tak że się to przechowało. Aha, jeszcze przepraszam, jedno. Na Złotej było kino „Palladium”. Niemcy to nazwali „Helgoland”, ale to było dość ładne kino, najładniejsze kino w Warszawie. W czasie Powstanie, jak już wybuchło, to [wyświetlano] nasze kroniki filmowe. Bardzo odważni ludzie, z filmami jeździli, wszystko fotografowali na pierwszych liniach i te filmy puszczali w tym kinie. Myśmy przychodzili, oglądaliśmy, oczywiście niektórzy siebie rozpoznawali: „A tu jesteśmy! Tam!”. Zaczęliśmy komentować, zawsześmy „Rotę” śpiewali, „Jeszcze Polska” śmy tam śpiewali. „Vivat! Brawo!”. Takie były też ciekawe sprawy.
Potem przed samym bombardowaniem, co na scenie zginęli chłopcy, co mówiłem, przyszedł do nas Fogg, śpiewak. Przyszedł i z jakąś jeszcze śpiewaczką i jeszcze ktoś, trzy osoby przyszły. Na tej scenie, jeszcze była niezbombardowana, bo to było dzień przed bombardowaniem, pięknie śpiewał. „Bluzeczkę zamszową”, „Bujaj mnie, bujaj”, różne, myśmy słuchali, z nimi zaczęli śpiewać. Ja się wstydziłem udzielać, ale kolega zaczął śpiewać „Czarny”, dyszkantem śpiewać: „Bujaj mnie, bujaj”. No i było bardzo wesoło, Fogg. Mieczysław Fogg się bardzo udzielał w Powstaniu i podtrzymywał nas na duchu, śpiewał.

Ale wie pani, co to z tego, to było pseudowesołe. Myśmy wiedzieli – nie ma pomocy. Jak można było zostawić nas bez pomocy? Skoro do Roosevelta Mikołajczyk pojechał przed wybuchem Powstania i miał z nim rozmowę, . Powiedział mu Roosevelt, że on da całą militarną pomoc, jaką potrzeba, żebyśmy robili Powstanie. Nie powiedział dosłownie: „Powstanie”, tylko dał mu, powiedzmy, powiedział mu, że oni udziela militarnej pomocy. Dlatego to między innymi zaważyło, że Powstanie wybuchło. Może gdyby takiego poparcia oni nie udzielali, to może by nie było. Druga była sprawa, znowu Rosjanie. Mięli tą Wandę Wasilewską, która krzyczała: „Bierzcie Polacy za broń! Chwytajcie! Już idziemy z pomocą! Armia Radziecka się zbliża! Będziecie wyswobodzeni! Łapcie za broń”. Takie były sprawy, tak że to też docierało do nich, do tego dowództwa, więc nie wiem, czy można ich tak potępiać, że oni spowodowali wybuch Powstania, nie mając pewnych gwarancji.
Poza tym, chce wam powiedzieć, wiecie, Anglicy mi się nie podobają zupełnie. Oni dopiero po miesiącu uznali nas za kombatantów, 1 września dopiero oficjalnie ogłosili, że Powstańcy w Warszawie są regularnym wojskiem i należy się liczyć, że jeżeli będą represje, to będą jeńcy niemieccy również ostrzeliwani w Anglii, „w naszych obozach jenieckich”. Wtedy dopiero się troszeczkę Niemcy mitygowali, bo tak to mówił: „Bandyta!”, w łeb i koniec. Jak ktoś miał jeszcze panterkę czy opaskę, to w ogóle nie było gadania. Później się troszeczkę zaczęli liczyć z tym. Miesiąc trzeba było czekać, żeby nas uznali za kombatantów? Po tym jak Polacy ich bronili. Ilu lotników zginęło, jak była bitwa o Anglię, jak Niemcy chcieli tam lądować, to bronili, żeby nie było tej inwazji. Nieładnie się zachowywali. Anglicy to nie… Albo Francuzi. Jak było w trzydziestym dziewiątym roku? Po co nas namawiali do tego? Trzeba było robić tak jak Czesi. Niech se idzie Hitler tam. My stoimy neutralnie.
Ale jak to było? Polska była w takiej sytuacji, że chyba nie było innego wyjścia, tylko to Powstanie musiało się odbyć. Nie żadne dwieście tysięcy, tylko wciąż… Im później, tym więcej [według publikacji] ginie tych Powstańców. Sto trzydzieści tysięcy ludności zginęło w Warszawie. Nie żadne sto pięćdziesiąt, jak się mówi, sto osiemdziesiąt, teraz dwieście już piszą niektórzy. [Może] chcą się, wie pani, pochwalić czymś, ja nie wiem. Dwieście tysięcy, że zginęło, a może milion będzie niedługo. Warszawa została zburzona, ale została odbudowana. Niektóre dzielnice to były takie, że trzeba było właściwie je zburzyć, bo takie rudery były. No ale niektórych było żal, zabytkowe były, różne kościoły. Tak że duże zdziwienie jest. Dzisiaj jak z perspektywy się patrzy na to, to tak sobie myślę. Jakbym dzisiaj miał iść na Powstanie, to bym na pewno poszedł na Powstanie, ale z innym trochę nastawieniem. Z obowiązku bym po prostu poszedł. Wtedy szedłem z radością i z chęcią. Tym bardziej że jeszcze przed samym Powstaniem, dwudziestego drugiego, trzeciego, czwartego, Niemcy uciekali, bo ich rozbili za Bugiem. Dywizje niemieckie były w rozproszeniu, uciekali po prostu. Wtedy miało wybuchnąć Powstanie! Dwudziestego trzeciego, jak oni uciekali, a nie jak już oni się zorganizowali i czekali tylko, co będzie dalej. Uważam, że data była niedobra, nieszczęśliwa była, bo oni już wszystko wiedzieli, że będzie Powstanie. Mieli szpicli swoich i tak dalej. Gdyby to było [wcześniej], może też by nie było wygrane Powstanie, ale przede wszystkim mielibyśmy broń. Jakby to było dwudziestego trzeciego, to przecież oni uciekali, na furach, piechotą, różnie. Tej broni było pełno, mielibyśmy broń. A tak, nie było broni. Też była sprawa, na przykład, co mi się też dziwne wydaje – na dwa tygodnie przed wybuchem Powstania przecież dowództwo liczyło się z tym, że będzie Powstanie. Wysyłali karabiny maszynowe, ciężką broń, jaka była w konspiracji, wysyłali na Wołyń, żeby wspierać partyzantkę, która pomagała radzieckim wojskowym regularnym. Tam posyłali to, a tu ogołacali Warszawę. Potem Warszawa nie miała broni. Co dziesiąty miał broń. My byliśmy dobrze uzbrojeni, bo miałem stena, tak że o sobie nie mówię, ale nie było broni po prostu.

  • Jak sobie z tym radziliście? Jak później zdobywaliście broń?

Wie pani, jak zdobyliśmy PAST-ę, to broń była. Jaka była, taka była, brało się tą broń, dzieliło się oddziałom, które miały [wyznaczane zadania] albo na barykady. Dowództwo dzieliło to. Dwa pistolety zdobyliśmy na ulicy, idąc, na ulicy koło ulicy Bagno, zapomniałem. Koło Grzybowskiej. Dwóch z Flakartillerie Niemców szło…
Może od początku. Ponieważ za tą szafą widzieliśmy, że jest mało broni. Co to jest? Tego dowódcy naszego, który został po śmierci „Misia”, inny, to prosiliśmy, żeby on nam dał [jakąś broń]. Pójdziemy, weźmiemy pistolety i pójdziemy po mieście, zaczniemy chodzić po prośbie, znaczy to się mówi „po prośbie”, czyli trzeba było zdobyć broń. Najpierw nie chciał, potem się zgodził. Nas poszło ze czterech. Chodziliśmy, chodziliśmy. Wszędzie Niemcy po pięciu, po siedmiu chodzili. Nigdzie nie było tak, żeby można było ich zaatakować. W końcu znaleźliśmy. Dwóch szło. To od razu śmy wyskoczyli: Hande hoch! A oni zaczęli sięgać po broń. Jeden z kolegów nie wytrzymał i zaczął strzelać, zabił ich na miejscu. Niepotrzebnie zupełnie, bo oni powinni się poddać, co tam, dwa pistolety oddali. Zresztą pistolety zabraliśmy. Tak zdobyliśmy dwa pistolety. Potem stale miałem… Ja się nie nadawałem do takich walk, żeby tak strzelać do człowieka. Po prostu mi się to śniło w nocy. Po co było strzelać? Oni mówi: „Jakbyśmy nie strzelali, to oni by strzelili”.
Tak że były też takie sprawy – sądy się odbywały codziennie. Skazywani byli jeńcy, ci, którzy byli, podlegali jako bandyckie formacje. Skazywano ich na śmierć. Kiedyś zawołał mnie dowódca, porucznik „Damazy”, powiedział: „Słuchajcie, bierzcie stena, tu będziecie mieć jeńca, jest skazany na karę śmierci. Zaprowadzicie go, będzie wykonany na nim wyrok. To oddacie temu z egzekutywy go. Na plac Dąbrowskiego pójdziecie z nim, zaprowadzicie go”. Ja niechętnie, ale rozkaz dano, to idę. Stał Niemiec. Mówię: Vorwärts, stena trzymam i sobie idziemy. Przodem, trochę bokiem idziemy, idziemy. Nadlatuje sztukas, pikuje ten sztukas. Tutaj jest jeniec, uciekać nie mogę, przecież ja go muszę doprowadzić tam, gdzie trzeba. A tutaj widzę, że zaraz bomba uderzyła, bo on pikuje prawie. To ten Niemiec mnie szarpnął i do bramy wciągnął: [niezrozumiałe]. Myśmy tak upadli razem i za jakieś dwie, trzy sekundy bomby rzeczywiście spadły troszeczkę dalej, ale rozprysk tych cegieł był taki, że na pewno jeżeli nie bylibyśmy zabici, to mocno ranni. Otrzepaliśmy się, idziemy sobie. Właściwie to życie uratował sobie i mnie, ale on zginął zaraz. Doprowadziłem go na miejsce, czekam. Tego z egzekutywy nie ma. On sobie siedzi, tak jak pani tutaj, ja tutaj, mam tego stena na kolanach. Pytam się: Wollen Sie rauchen? – Ja, ja. Dałem mu papierosa, bo widzę, że taki blady. On przeczuwał, co będzie. Dałem mu papierosa, zapalił papierosa. Danke – powiedział. Siedzę. W końcu przybiegł z egzekutywy, z łopatą. Dał temu Niemcowi łopatę. „Idziemy!”. Jeszcze go pchnął, kopnął. A ten Niemiec już wychodząc, odwrócił się jeszcze i mi pokiwał: Danke schon. Myślałem, że mi serce pęknie. Jak on się tak do mnie odezwał, to było dla mnie naprawdę… Teraz tak. On poszedł, myślałem: „Co on będzie robił z nim?”. Tak mnie ciągnęło, żeby zobaczyć, co on będzie robił. Wyszedłem, tak za okno i z okna patrzę na podwórko, trawą porośnięte było. Daje mu ten szpadel, on kopie, wykopał trochę tej ziemi. Klęka przed nim, że on ma dzieci, zaczął krzyczeć, po niemiecku trochę rozumiałem, tak że [rozumiałem go]. On nic. Strzelił mu, nogą [wepchnął] do tego [dołu]. Do dzisiaj mnie prześladuje to, co ja widziałem. No ale takie rzeczy, co oni wyprawiali… Tylko ja przyszedłem, to powiedziałem temu dowódcy: „Panie poruczniku, proszę mnie pod sąd dać, ale nie używać do takich rzeczy. Nie mogę”. Się uśmiechnął: „No dobrze, dobrze”. Już mnie do takich akcji więcej nie używał. Nie mogłem po prostu na to patrzeć, byłem za wrażliwy na to. Jak jest walka, biją się, strzelamy do siebie wzajemnie, biegniemy, to wtedy jest wszystko w porządku, ale tak, patrzeć na człowieka i zabijać – nie mogłem. To różne były historie, które można by opowiadać tutaj do rana. Jeżeli pani ma jeszcze jakieś pytania, to bardzo proszę.

  • Chciałam zapytać jeszcze o wasz stosunek do Niemców czy w ogóle do nieprzyjaciela, może też do „ukraińców”?

Przede wszystkim zależy, jakie formacje były. Formacje bandyckie, to znaczy SS, SA, jeszcze jakieś inne, to podlegały pod sąd wojenny, a Wermacht, Flakartillerie, Luftwaffe, to oni nie byli, ich nie rozstrzeliwali. Więc tych rozstrzeliwali, sąd był krótki, bo się musiał odbyć, to była formalność i rozstrzeliwali ich, a tych innych normalnie traktowano jako jeńców wojennych. Jedli to samo co my. Myśmy też mieli nie najlepsze jedzenie. Przeważnie była plujka z owsa, to się tak pluło, i im tę zupę też dawaliśmy. Tak przetrzymaliśmy. Chociaż byli niektórzy, którzy się pastwili. Nawet nie interweniowałem, bo bierze pałkę i bez zdania racji rano wstaje, krzyczy: Aufstehen!, i wali tego Niemca po głowie. Mówię: „No co ty walisz?”. – „To jest Niemiec!” – „No to co, że Niemiec? Jest w niewoli, to po co go walisz”. To na mnie zaczęli mówić, że jestem nienormalny. Okazuje się później, on tak bił tych Niemców, a potem jak dostaliśmy się do niewoli, to tego („Kusy” się nazywał), co tak walił w tych Niemców, poszukiwali. „Czy tu jest »Kusy« Kosiński?” Szukali go Niemcy, bo wiedzieli, że potem, jak była kapitulacja, to tych jeńców zdaliśmy. Niemcy ich przejęli z powrotem i oni dalej żyli i o tym mówili wszystko. To prawdopodobnie mówili, jak traktowali jedni, jak traktują inni, tak że było różnie.
Jeśli chodzi o Niemców, to ciekawa sprawa, bo niektórzy mówią, że ich bili. Może tak było, ale to co ja przeszedłem i w czasie całej okupacji, i w czasie niewoli, jak byłem w obozach jenieckich czy na Arbeitskommando, nie miałem żadnych przykrości, traktowano mnie zupełnie po ludzku. Inna rzecz, że troszkę po niemiecku umiałem, bo jedną klasę gimnazjum skończyłem, to troszkę umiałem po niemiecku. Niemiecki był obowiązkowy. Nie miałem po prostu z ich strony żadnych represji. Niektórzy opowiadają, że tak. Albo przesadzają, albo naprawdę tak było. W każdym razie w tych obozach, gdzie ja byłem i na Arbeitskommando, gdzie myśmy byli, było w porządku, Niemcy się nie pastwili nad nami. Był nawet przypadek, że powinni nas rozstrzelać. Pracowaliśmy w tak zwanej Technische Nothilfe. To była organizacja do ratowania tych, jak bomby spadły, to oni naprawiali energetykę, kable czy wodociągi, rury. My byliśmy jako ci, co mają to przygotować, a ich fachowcy to wszystko [naprawiali]. W tym Technischnenotilfe przychodził majster, brał nas ośmiu czy dziesięciu, szliśmy na określone miejsce i wykonywaliśmy swoją robotę i potem wracaliśmy do obozu, do naszych baraków. Kiedyś, proszę sobie wyobrazić, taka jest sprawa. Idzie nas tak chyba ośmiu, jest majster, który nas prowadzi, i w pewnym momencie jeden młodociany, on miał chyba z piętnaście albo szesnaście lat, mówi: Meister! Ich muss weg. Na stronę chce iść. Co on chce? Że chce iść na stronę, wysikać się. To stajemy wszyscy, niech idzie. To on poszedł za taki dom, nie było go chwilę, potem przychodzi spokojny. Idziemy dalej i akurat śnieg spadł. Rzadko tam spadał, ale akuratnie spadło z pięć centymetrów śniegu tam, gdzie on poszedł. Tam pisze: Deutschland kaputt. Sikał, Deutschland kaputt napisał. Jak ten Niemiec zobaczył, [niezrozumiałe], zaczął się drzeć: „Co ty jesteś, głupia świnia! Co ty robisz!”. To powinien wtedy wziąć, strzelić… Jakby był jakiś esesman, to od razu by go [zastrzelił]. Co jemu do głowy strzeliło, żeby napisać sikaniem Deutschland kaputt? Myślał, że zrobi wielką rzecz, takie też były przypadki. Ale tu chodzi o to, jak się zachował ten Niemiec. Mówiłem, że on głupi, że my go ukaramy i tak dalej. Istotnie, potem jak przyszliśmy, mężowi zaufania wszystko powiedzieliśmy, tam trochę go ochrzanił. Powiedział, że: „Głupota, żeby więcej takich rzeczy nie robić, bo chcemy przeżyć. Niedługo wojna się skończy. Nie wolno takich rzeczy robić”. Tak że takie też były historie.

  • A w czasie Powstania jaki jeszcze mieliście kontakt z innymi narodowościami?

Mieliśmy tylko [styczność] z Polakami, którzy wylądowali później, zza Wisły. Jak już Rosjanie zajęli Pragę, to było chyba czternastego albo trzynastego, gdzieś. W ogóle [Sowieci] nie mieli zamiaru wychodzić i nas wyzwalać. Czekali, żeby Hitler nas mordował dalej, a oni sobie ładnie czekali. Ale tam był generałem Polak, Berling miał nazwisko, i on prosił, żeby jednak pomóc tym Polakom trochę. To się tam zgodzili, Rokossowski był głównym dowodzącym. Zgodził się, ale nie dał ani łodzi pontonowej, ani nie dał osłony lotniczej, ani artyleryjskiej, tylko tak przeprawiali się. Połowa ich utonęła w Wiśle, bo Niemcy zaczęli strzelać, to nocą oświetlili reflektorami, ale dotarli tutaj. Byli dobrze uzbrojeni, ale to była garstka. Niedużo ich było i nie umieli się zachowywać, nie umieli się kryć, dużo ich zginęło. Potem się wycofywali, jak już trzeba było, to podjeżdżały pontony. To i Czerniaków już padał, to przyjechały łodzie i w nocy niektórych i Powstańców zabrali i tych.
Nie miałem styczności z obcokrajowcami. Owszem jeden był, Holender to był, „Bob” pseudonim miał „Bob”, [nazwisko Anton] Zietze i on według opowiadania był w konspiracji, ale Niemcy, nie wiedząc o tym, wysłali go, [podobnie] jak Polaków, na przymusowe roboty. Ich też wysyłali – nas tam, a ich tu. Ten Holender został wysłany [na roboty do Polski] i na Okęciu pracował przy zakładach lotniczych. Jak wybuchło Powstanie, to on stamtąd uciekł i się szwendał po ulicy. Nie wiedział, co robić, tu strzały, tu Niemcy. Nie wiedział, chodził, gdzie są Polacy. Zaczepia jednego, że on jest Holendrem, że on chce do dowództwa, że on chce walczyć przeciwko Niemcom. Nikt nie chciał z nim rozmawiać, to ten po francusku zaczął mówić, też nikt nie umie. To po holendersku. Holenderski jest zbliżony do niemieckiego. „A, to szwab jest!” To gdzie wzięli i do piwnicy zamknęli. Trzy piętra, co mówiłem, gdzie jeńców przetrzymywaliśmy, to jego też wpakowali. Teraz miał przesłuchanie, nie potrafił się wybronić. Skazali go na karę śmierci. Kiedyś miałem służbę w nocy, na dole. Był kozioł, przejście żeby było i tak dalej. Miałem pistolet, siedziałem, pilnowałem, żeby był porządek. Wychyla się ten [Zietze] – później to wszystko wiedziałem, że Holender, z początku nie wiedziałem – on się wychyla i mówi: Posten, Posten, że on chce ze mną porozmawiać. To mówię: „Chodź tu, bliżej”. On tak przed kozłem drutu i stołem stoi i mówi, że on jest Holendrem, że przejechał tutaj na roboty, że jego przywieźli na roboty. On rozmawiał ze wszystkimi, skazali go na karę śmierci, a on jest niewinny, żebym ja to powiedział dowódcy. Mówię: „No dobrze”. Ten kolega, co ze mną miał [wartę, mówi]: „Co ty się przejmujesz jakimś szwabem?”. Mówię: „Słuchaj, a może on jest Holendrem”. Podał mi, jak się nazywa i żebym zameldował. Kończymy służbę, przyszedłem i zameldowałem dowódcy, że: „Melduję tutaj, podał się jeden za Holendra i on chciał się dostać do pana, do dowódcy, żeby porozmawiać, kto on jest”. – „Tak?” – się zainteresował, o dziwo, ten „Damazy”. Mówi: „To przyprowadźcie go. Macie tu kartkę, zostawcie mu, żeście zabrali jeńca i wyprowadźcie go i przyprowadźcie go do mnie”. Zawołałem go, to on już weselszy był, że pamiętałem, że on idzie już ze mną do dowódcy. Poszliśmy na górę. Zobaczył go „Damazy” i po francusku dobrze mówił, ten mówił też po francusku. Rozmawiali po francusku i zaprowadził go do dowódcy gmachu, pseudonim miał „Admirał”, i siedzieli chyba ponad godzinę. Ja czekałem tutaj, na korytarzu, oni tam gadali, w końcu wychodzi, rozpromieniony, wesoły. Damazy mówi: „No słuchajcie »Wit«! To dobrzeście go przyprowadził, to jest Holender! Teraz włączy się do naszych oddziałów, będzie walczył z nami”. Pyta go się: „Gdzie chcesz?”. On mówi: „Ja chcę, gdzie »Wit« jest!”. Mówię: „No dobrze, niech przyjdzie do nasze sekcji”. – „To go weźcie, zagospodarujcie i będzie w waszej sekcji i już”. Tak on ze mną był cały czas. Ciekawa sprawa, bo on po prostu był bardzo odważny i strzelał tak jakby… Jak to powiedzieć, nic nie wskazywało, że on jest jakimś szpiclem albo coś, że on naprawdę jest Holendrem, że walczy przeciwko Niemcom. Później uciekaliśmy raz z niewoli, jak byliśmy na Arbeitskommando pod granicą holenderską. W trzech uciekamy, znaczy nie zgłaszamy się do kolumny, tylko uciekliśmy w stronę rzeki Maas. W krzakach się zametrynowaliśmy, on, ja i „Jawa”, we trzech. [Postanowiliśmy], że przepłyniemy rzekę i będziemy na stronie już angielskiej. Chcieliśmy uciec po prostu z niewoli. No i tak czekaliśmy, tych, co pracowali, odwieźli już na komenderówki, nie doliczyli się… Trzech no to nie ma, uciekli, to koniec z nimi. Myśmy czekali. Teraz jest taka mgła, że nic prawie nie widać. Słychać angielskie głosy, po wodzie to niesie, słyszymy. To jak? Płynąć teraz? Nie wiadomo jak, gdzie, to doczekamy do rana. Proszę sobie wyobrazić, że psy szły z Niemcami, wytropiły nas psy. Zaczęli krzyczeć, wycofali nas z tych wyklin z powrotem, do baraku nas zamknęli i mówi: „No co? Co? Będziecie… Rozstrzelamy was tutaj!”. My co mieliśmy mówić. Jeden z nich mówi: „Słuchaj, odwieziemy ich tutaj do tego”. Słyszymy, że oni między sobą rozmawiają. Zamknęli nas do baraku, do jakiegoś pomieszczenia. Mówi: „To poczekajmy do rana. Zobaczymy, jak się rozwidni”. Się rozwidniło, oni mówią: Raus, do samochodu, i odwieźli nas na Arbeitskommando z powrotem. Powiedzieli, że oddają ich. Cale szczęście, że był to Wermacht, bo jakby to był SS, to by nas trzepnęli. Tak jak wróciliśmy z powrotem, to tak, Niemcy nas zamknęli do oddzielnego [pomieszczenia] za karę (zamknęli już na naszej komenderówce), do innej piwnicy, a Holendra do innej piwnicy. Potem jak już nas ewakuowali, to Holender zniknął. Nie wiadomo, gdzie się podział. Pytamy się: „Co jest?”. Powiedzieli, że został rozstrzelany. Rozstrzelali go, bo może doszli do tego, że… A jak się okazuje, że ten dowódca „Damazy” potem jeździł do Anglii, do Holandii, bo też na statkach pracował jako pomocnik i przy okazji sobie odwiedzał. Dostał się do holenderskiego ruchu oporu i przedstawił, że Anton Zietze był taki tutaj, u nas, uciekał z „Witem”, ale go Niemcy go podobno rozstrzelali. „Czy wiecie coś o nim?” – „My go szukamy! To jest szpieg niemiecki! To jest Holender, który przeszedł na folksdojcza, na Niemca i my jego szukamy!”. Teraz oni go szukają, nie wiadomo, co z nim. Okazuje się później, jeden z moich kolegów, który dostał się do Australii (znaczy przez drugiego, któryś się tam z nim spotkał, bo ja nie jeździłem do Australii), przekazał, że on żyje, ten Holender, ale to już było później. Już był na wózku inwalidzkim, już schorowany był i miał różne przeżycia. Okazuje się, że on żył cały czas, ale mu nic nie zarzucali, że on był, on sobie żył ładnie. I teraz ja nie wiem, czy fałszywie nadali ci z konspiracji holenderskiej, czy tu… no nie wiem. Nie wiem. Naprawdę do dzisiaj nie wiem, czy on był umaczany w pomoc Niemców, tym bardziej że on był na Okęciu, na lotnisku pracował, więc właściwie Niemcy mu tak zaufali, że pracował. To by wskazywało, że był jednak szpiclem. Z drugiej strony on tak walczył… Diabli wiedzą. Już go nie widziałem nigdy. Napisałem do niego, on mi w ogóle nie odpisał później. Tak się to skończyło.
  • Był pan świadkiem zbrodni wojennych popełnionych w czasie Powstania?

Nie. Zbrodni wojennych. Ma pani na myśli, czy jedna, czy druga strona miałaby [je popełniać]? Nie. Jeżeli chodzi o likwidacje Niemców, to jak powiedziałem, były pokoje prokuratury, sądów, na pierwszym piętrze, na parterze i pierwsze piętro podziemia zajmowali. Odbywały się sądy, wobec Niemców, przeciwko Niemców. Oni, to nic nie wiem, żeby było z ich strony. Tak że nie zetknąłem się z tym.

  • Słyszał pan relacje, jak oni traktowali ludność cywilną czy jeńców polskich?

W czasie okupacji?

  • Głównie w czasie Powstania.

W czasie Powstania to przecież byłem cały czas… W rękach niemieckich byłem dopiero, jak kapitulacja była, tak że ja nie wiem. Wiem tylko że słyszenia, że oni niektórych rozstrzeliwali, a niektórych wyprowadzali za barykady i prowadzili do Pruszkowa. Tam w obozie selekcje przeprowadzali i jednych rozstrzelali, drugich nie rozstrzelali i tak się to odbywało. Tak że ja nie miałem styku, żebym z nimi razem gdzieś był. Tylko dowiadywałem się od kogoś, że ten powiedział, tamten, albo ktoś nie poszedł i wrócił się z powrotem.

  • Jak pan zapamiętał dzień kapitulacji?

Przyznam się ze wstydem, że się cieszyłem. Niektórzy płakali, a ja, wie pani, się cieszyłem, że przeżyłem. Wtedy jak pani mówiłem, że ósmego mnie ogarnął taki smutek, że jestem młody i muszę umierać, to teraz co. Nie udało się Powstanie, to jest wielki smutek, ale z drugiej strony – żyję! Mam dziewiętnasty rok, żyję. Uznają nas za jeńców, za kombatantów, to pójdziemy do niewoli i będziemy żyli jakoś. Po prostu jak się zebraliśmy, wzięliśmy, otworzyliśmy butelkę wina, wypiliśmy to wino i zaczęliśmy mówić: „No słuchajcie. Co?”. Niektórzy mówili: „A cholera, niedobrze”, narzekali, a niektórzy, tak jak mówię, byłem zadowolony, że żyję, tak po prostu powiem. Tylko mogę powiedzieć. Byłem patriotą naturalnie, wszędzie, ale żyć się chciało, naprawdę. Tak że później, jak już byliśmy wyzwoleni, już po tej niewoli ja uciekałem raz, drugi raz uciekłem, to się udała ucieczka, to się człowiek cieszył, że jest się wolnym. Zupełnie co innego. Już Anglicy byli, Amerykanie, wie pani, to wszystko było co innego. Przyjechałem do Polski.

  • Jeszcze wcześniej wspominał pan coś o defiladzie.

Tak. Jak była defilada 4 albo 5 października, sformułowano nas w oddziały i prowadzono nas ulicami, odpowiednio, na plac Narutowicza. Było podium ustawione, stał generał „Monter”, salutował. Przechodziliśmy tam, salutowaliśmy i jak przeszliśmy za te podium, to tam były kosze olbrzymie, tam stali Niemcy, pełno tych koszy było. Myśmy odpinali pasy, rzucali broń czy co kto miał i do tych koszów wrzucali. Proszę sobie wyobrazić, że Niemcy tylko salutowali w ten sposób nam, nie hitlerowskim pozdrowieniem, tylko salutowali – myśmy salutowali, że oddajemy broń i oni też salutowali. Nie wiem, przypuszczam, że filmowali, żeby pokazać dla propagandy, bo przecież oni nie byli tacy rycerscy, przecież oni tak mordowali… Ale tak było. W ten sposób miałem satysfakcję, że mnie zasalutowali. Jak podszedłem dalej, oddany został pistolet czy to, co miałem, to już pod karabinem formowali kolumny i szliśmy piechotą do Ożarowa, do fabryki kabli. Myśmy całą noc przespali. Na drugi dzień wyjechaliśmy pociągiem.
Jechaliśmy przez Berlin. W Berlinie się zatrzymaliśmy się. Niektórzy krzyczeli: A du… [niezrozumiałe] Banditen. Ale nie było większych incydentów, żeby kogoś bili albo coś, takich nie było. Tak dojechaliśmy. Aha, potem jeszcze jak już wróciłem do Polski, to….

  • Kiedy to było?

To było we wrześniu czterdziestego szóstego roku. Dwa lata tam byłem. Wróciłem do Polski, bo tak. Z jednej strony mama pisała, otrzymałem list, żeby przyjeżdżać. Okazuje się, jak matka później mówiła, że to Niemcy zajęli im mieszkanie, kazali pisać, [to znaczy] nie Niemcy, tylko Rosjanie jak weszli, to byli z oddziałów komunistycznych, to wiedzieli, że jestem za granicą, bo to nie było tajemnicą. Wszyscy się znali. Jak oni przyszli, to wszystko [im] opowiadali. To [namawiali], żeby napisała, żeby wracać, więc napisała list. Poza tym audycje były, piosenki nadawali polskie i śpiewali po polsku. „Wracajcie Polacy”, to zdecydowałem się. Jak przywieźli nas już do strefy radzieckiej, to jak zobaczyliśmy te portrety olbrzymie Stalina, na cztery piętra wielkie, tośmy zobaczyli: „Gdzie my [przyjechaliśmy], uciekajmy stąd”. Ale już było za późno, już musieliśmy wrócić. Anglicy nas wieźli pięć godzin z Münster do strefy radzieckiej, a oni nas wieźli dwa tygodnia z tej strefy do Wrocławia. Co chwilę stawali, wódkę pili z maszynistami, różne rzeczy się odbywały. W końcu nas dowieźli do Wrocławia. Jak nas dowieźli, to potem do obozu przejściowego nas zamknęli. Stamtąd wyszedłem, wsiadłem w pociąg, dałem konduktorowi, nie wiem, papierosy czy coś i on mnie kazał siąść gdzieś i dojechałem do Wrocławia. Naturalnie adres… Bo rodzice z Włoch się przeprowadzili do Wrocławia, bo potem [Niemcy w Warszawie] poniszczyli to wszystko, zbombardowane to było, więc do Wrocławia. Miałem adres, przyjechałem.
Wchodzę, na ulicy Kurkowej to było, wchodzę na drugie piętro, pukam i słyszę glos matki swojej: „Kto tam?”, jeszcze trochę przez nos mówiła. „No ja, Tadek”. – „Jaki Tadek?” – „No ja, no mamo!” Matka otworzyła mi: „Jezus Maria, po coś ty tu przyjechał?”. – „Mama pisała”. – „Tak, pisała, bo kazali. Ojciec siedzi w obozie…” W obozie ojca zamknęli, bo wyceniał winiarnię jednemu kapitanowi z UB i wycenił mu, ile to kosztowało, prawie niezniszczona była. On powiedział, żeby mu dziesięciokrotnie obniżyć mu to. Ojciec mówi: „Gdzie to? Przecież ja nie mogę obniżyć! Jestem przysięgłym biegłym sądowym, to nie mogę przecież za bezcen…” –„To nie”. To go na drugi dzień zamknęli do Jaworzna, do obozu. Tak że ojciec, jak ja przyjechałem, siedział w Jaworznie. Potem wyszedł, też go wypuścili. Jak przyjechałem, to matka mówi: „Słuchaj, coś ty zrobił. Chodź, zaraz musisz się zacząć uczyć. Nic, żadnych zebrań nie rób. Nie okazuj żadnych [dowodów], że byłeś w AK. Nigdzie nie byłeś”. Zapisała mnie na kurs powtarzający zakres gimnazjum. Potem rok wstępny liceum zrobiłem. Jak skończyłem to, już dostałem się na pierwszy rok architektury, zostałem aresztowany przez UB. Oczywiście byłem zamknięty. Najpierw w UB siedziałem, cztery czy pięć dni, a potem mnie dali pod Rejonowy Sąd Wojskowy we Wrocławiu na ulicę Sądową, do więzienia na ulicy Sądowej, i pół roku siedziałem sobie.

  • Jak pana znaleźli? Bo pan się nie ujawnił?

Nie ujawniłem. Nie wiem jak. Wszystko wiedzieli. Były organizacje i nasze, i komunistyczne, i jedni drugich penetrowali, tak że właściwie wiedzieli. Jak się ujawniłem? Na granicy trzeba było pokazać dokumenty. To ja dokumenty jak wyjąłem, to miałem też legitymację AK. Przypuszczam, że może oni to odnotowali. Wie pani i tak może [by to odkryli], bo inni mnie znali, i tak by mnie zamknęli. Dzięki temu, sadzę, że nasz dowódca „Radosław”, [dowódca] całego zgrupowania, on poszedł na współpracę, jak to mówią, tylko nie tak [dosłownie, to znaczy] on przyrzekł, że nie będziemy przeciwni temu ustrojowi, nie będziemy do WiN-u wstępować, dalej konspirować, tylko włączymy się w nurt odbudowy kraju. On zagwarantował i dlatego myśmy krócej siedzieli w więzieniu. Niektórzy to kara śmierci i to… Jak siedziałem w więzieniu, to rozmawiałem z tymi, co byli po wyroku, mieli karę śmierci. A w drugim więzieniu na Kleczkowskiej to codziennie gilotyna pracowała dzień i noc i ścinali gilotyną niemiecką, zostawioną tam, akowców. A szczególnie, jak już ktoś był w AK, a potem jeszcze przeszedł do WiN-u. Utworzenie WiN-u to było zupełnie niepotrzebne, bo nic nie dało właściwie, tylko jeszcze dużo Polaków zniszczyli. To ciekawe, bo aparat ucisku, Urząd Bezpieczeństwa, więzienia i to wszystko, to przeważnie Żydzi opanowali. Dzisiaj się mówi, że myśmy nie pomagali Żydom i tak dalej. Bzdura kompletna, to co uprawiano.

  • Jak pana tam traktowali? Jak pan wspomina czas spędzony w więzieniu?

W więzieniu byłem dobrze traktowany. Najpierw, jak tylko mnie przyprowadzili, to prowadzili mnie korytarzami, pootwierane były różne pokoje, bo przesłuchania wstępne były, niektórzy byli okrwawieni, na podłodze niektórzy leżeli. Mnie zaprowadzili do jakiegoś pokoju, stałem, za maszyną siedział jakiś ubowiec, w mundurze ich wojskowym, i zaczął pisać. „Nazwisko! Imię!” – wszystko żeby krótko opowiedzieć. I mówi: „Jesteście oskarżeni za posiadanie dwóch pistoletów i za usiłowanie obalenia ustroju socjalistycznego”. Taki [zapis] miałem w tym. Oskarżał mnie prokurator, nazywał się Lachowicz, to był Żyd zresztą. Matka potem chodziła do niego, błagała, żeby mnie [niezrozumiałe] wypuścili, on powiedział: „Jak winny, to nie będzie, a niewinny to wyjdzie”. No i tak po pół roku mnie w końcu wypuścili. Ale tak: paczki mogłem dostawać, dostawałem. Otwierali celę… Aha! Zapisała mnie matka jeszcze do ZWM-u. Jak tylko przyjechałem, mówi: „Natychmiast zapisz się do ZWM-u, to może nie będą cię tak tego…”. Może to, że mnie tam zapisała do ZWM-u, może [dlatego] lżej przeszedłem to więzienie, bo mieliśmy celę. Zrobili z nas korytarzowych, że sprzątaliśmy, to chodziliśmy wolno, więcej ruchu mieliśmy, nie siedzieliśmy tylko tam po siedmiu w celach, no więc to… Ale innych też traktowali [nienajgorzej], nie było tam przypadku, żeby kogoś tam bili. Jak już z UB odprowadzili do sądu, do okręgowego, na Sądową ulicę, to już żadnemu nic nie tego. Nie bili tam, nic, kompletnie. Tak że nie można tu im coś zarzucić. Oczywiście, że oni tam przecież mordowali, przecież straszne rzeczy wyprawiali, ale tam, w tym [więzieniu], jak ja przeszedłem, to nie było takich rzeczy. Poza tym krótko siedziałem, pół roku to nie… Później odszkodowania tam niektórzy pobrali, w końcu mnie też dalej odszkodowanie, zapłacili mi. Dwa lata temu dopiero dali mi, po tylu latach!

  • Mam jeszcze jedno pytanie. Przed główną rozmową pan wspominał o młodej Żydówce, której pomogliście. Mógłby pan to jeszcze raz opowiedzieć?

Różne były przypadki. Więc przypadek, co moja mama uratowała tę Żydówkę, to ja szedłem… Mieszkaliśmy na drugim piętrze, a na dół się schodziło do piwnicy. Szedłem po węgiel do piwnicy.

  • To było przed Powstaniem, w czasie okupacji.

W czasie okupacji, to było po upadku getta. Jak tam zlikwidowali getto, to niektórzy pouciekali jeszcze i chowali się, gdzie mogli. Niektórych ratowali, wywozili, a niektórych zabijali – różnie było. I jak schodząc tam, do tej piwnicy po węgiel, tam były takie schody ażurowe. Ja wchodzę tam, a tam ktoś siedzi. Okazuje się, że tam siedziała Żydówka, taka jedenaście-dwanaście lat może miała, i się tak trzęsła. „Co ty?” – się zaczęła [trząść, jąkać] i nie wiedziała, co powiedzieć. Ja mówię: „Siedź tu, nic nie mów”. Poleciałem szybko do góry, zostawiłem ten kubeł i węgla nie mieliśmy. Poleciałem do góry, do mamy. „Mamo, tam jest Żydówka!”, „Jezus Maria! Toć nic nie mów! Cicho bądź! Nic! Ja zaraz to załatwię”. Poszła tam na dół. Był taki dozorca, który pracował w piekarni i rozwoził chleb. Polak był taki, porządny Polak, że można było mu zaufać. Powiedziała mu: „Słuchaj, tutaj jest taka Żydówka, trzeba ją ratować, bo to dziewczynka jest”. – „Dobra, to ja jadę, chleb rozwiozę i przyjadę. Furmanką będę jechał, to do kosza takiego wielkiego ją wrzucę, przykryję i [wywiozę] tam na wieś. Mam znajomych, tam odwiozę”. Tą Żydóweczkę wzięli, tam jej coś dali wypić, zjeść coś. Do tego kosza wsadził i tą dziewczynkę tam odwiózł. Potem się już nią nie interesowaliśmy, bo ona tam prawdopodobnie przeżyła, bo tam nieraz tam miał kontakty i mówił, że wszystko jest w porządku. To, co ja sam o sobie, ale ile było osób, co uratowali Żydów. Przecież przechowywali Żydów. Ze słyszenia wiedziałem..

  • W pana otoczeniu bliższym też?

Proszę?

  • Ktoś był w pana otoczeniu bliższym?

W otoczeniu bliższym nie miałem Żydów, nie. Tak sięgam pamięcią – nie. Potem już, jak studiowałem, to miałem dwóch kolegów Żydów i bardzo fajnie się kolegowaliśmy. Ale w czasie okupacji to styczność… Widziałem Żydów na przykład w getcie, bo pracowałem w getcie jako pomocnik murarza.
  • Długo?

Pracowałem chyba z pięć miesięcy, dlatego że trzeba było mieć jakieś wynagrodzenie. Ojciec nie miał, nie zapisał się na folksdojcza, to roboty żadnej nie miał jako inżynier, nikt mu nie dawał, tak że trudno było wyżyć. Matka też zaczęła jakieś… Wujek był krawcem, więc tam on coś szył, ona to sprzedawała, handlowali jakoś i w ten sposób się żyło. Więc ja pracowałem też tam, to zawsze coś zarobiłem. I przydzielili mnie do getta, bo tam budowali jakąś strażnicę czy coś, i tak na granicy, przy ulicy Chłodnej już – tam było getto i jest dzielnica polska – to tam pracowałem. Widziałem różne sceny – bili tych Żydów strasznie. Jako robotnik, pomocnik murarza, tam widziałem różne rzeczy.
Oczywiście wolno mi było – bo miałem przepustkę odpowiednią – wolno mi było po getcie chodzić, tak że do środka też tam wchodziłem. Nędza straszna. Ciasno tam było, przede wszystkim, chodzili tam ci wszyscy [Żydzi], tak żal nam ich było. Brali ich, robili selekcję i część z tych zdrowych pędzili na roboty poza gettem, no to szli na roboty. Potem, jak wracali, to Polacy tam nieraz zaopatrywali ich w żywność. Ktoś miał jakiś chleba kawałek czy kiełbasy czy czegoś, to ich rewidowali tam (czy jakieś kartofle dostał). Jak zaleźli coś, to ich wtedy grzmocili i bili, a najwięcej bili Litwini. Proszę sobie wyobrażać, że Litwini w wojsku niemieckim to byli tak… Ja widziałem taki przypadek, że jednemu tam kartofle wyleciały, ja siedziałem tam, patrzę się, wapno tam wnoszę – idzie cała ta grupa tych Żydów, wraca już do bramy, bramę otwierają, oni mają wejść. Rewidują, popychają, kopią i jednemu właśnie wylatuje jakaś żywność. Jak ten Litwin złapał karabin, co miał w ręku, to tą kolbą tak bił tego Żyda, że ten się przewrócił; jeszcze go walił, aż pękła ta rękojeść kolby. I teraz Litwini tacy są dobrzy! Może nie cały naród, ale tam byli tacy… oni i Łotysze. Łotysze to tak się zachowywali… Oni gorzej traktowali tych Żydów jak Niemcy, naprawdę. A ja miałem nieraz takie przypadki, że… Jak rewidowali tam, to nieraz całe hałdy tej żywności tam się nazbierało. I ten Niemiec, który mnie tam puszczał – zawsze przechodziłem przez tą Sperre, przez te wejście, bramę do roboty, to pokazywałem ausweis i on mnie tam pamiętał. Tam dwa czy trzy tygodnie pracowałem, to ten sam wartownik stał, to już mnie znał. Guten Tag, guten Tag! Kiedyś idę do domu, a ten mnie woła: Chodź, chodź! Woła mnie do takiej bramy i wyjmuje mi gęś zabitą, jeszcze tam coś. Ja mówię: „Nie, ja nie chcę gęsi”. Co ja będę brał gęś, cholera, Żydowi zabrali, a ja będę brał. A on [krzyczy], że ja muszę wziąć, bo on… Jezus Maria! Tę gęś mi wpakował do takiej teczki, jeszcze jakieś coś. Wie pani, ja to musiałem gęś zabrać, musiałem wziąć. Przywiozłem do domu tę gęś, matka mówi: „Co to jest? Co ty…”. Ja opowiedziałem. Jezus Maria, co tu zrobić teraz? Trzeba ją zjeść, no nie ma rady. Tą gęś przyniosłem przez jakiś taki sposób.
No i wywozili potem, wywozili tych nieboszczyków w takim czarnym, dużym powozie zakrytym. Końmi to wywozili, to też… Jak przyjeżdżali, to walili, bili ich strasznie. Ale też oni byli… Tam kiedyś ojciec chciał kupić… Aha, bo oni tam handlowali. Więc za żywność mieli jakieś tam pończochy jedwabne, ojciec chciał kupić matce, dał im tam jedzenia, ona, ta Żydówka, co przedawała, zapakowała pończochy. I ojciec przychodzi: „Wiesz co, Wanduszko, kupiłem ci pończochy. Dałem jedzenia im, to pończochy takie mam”. Matka rozpakowuje, a tam szmaty same były. Tak że oni też nie zawsze byli, wie pani, tacy… Ja się nie bawiłem w takie handle.
Natomiast w fabryce jak pracowaliśmy, świece robiłem na maszynie, już się nauczyłem później. Oblewało się ten materiał i świeca się formowała, wyciągało się te świece, pakowało, to szło przeważnie na front wschodni, do tych ziemianek niemieckich, jak tam walczyli ze Związkiem Radzieckim. I teraz mnie coś, jakaś głupia myśl, [naszła]. Jak się wlewało materiał, to woda jest cięższa, a parafina lżejsza. To ja z tej kadzi wypuszczałem pomieszaną wodę z parafiną, wlewałem do tych pistonów, do tej maszyny i potem, jak to zastygło, wyciągałem, to wyjeżdżało wszystko do góry, oczywiście wyjmowałem i ta świeczka była taka, że ona była otoczona parafiną, a w środku była z góry woda. Jak pani nacisnęła, woda wylatywała. Jako sabotaż to zrobiłem, wie pani. Tak sobie pomyślałem, dosłownie. I to zrobiłem. Jezus Maria! Za jakieś dziesięć dni przyjeżdża jakaś cała [grupa], tych Niemców się tam nazjeżdżało i innych. „Sabotaże! Kto to robił!? Do majstra!”. Wtedy dostałem pietra takiego, bo oni szukali, kto to robił te świece. Majster mówi: „No, to trudno teraz powiedzieć, kto to robił”. To dobry Polak był, Brylski się nazywał ten majster. On uratował mi właściwie życie i wytłumaczył, i dyrektor tej fabryki też. Ta fabryka to była fabryka świec i mydła, była [własnością] Hawliczka, Czecha, który się spolszczył i tutaj, w Polsce otworzył fabrykę. Więc jak mówią, że nie wiedzą, kto. Ale potem tak tłumaczył tym Niemcom, że to się może zdarzyć. I pokazał, zawołał ich do tych kadzi. Wielkie takie beczki były, gdzie gotowali parafinę i tam były dwa krany – jeden od puszczania z wodą, a drugi już sama parafina szła. I pokazał mu, że tutaj [pracownik] mógł się pomylić, bo dużo świec robi, tysiąc kilo, tak im tłumaczył. Tysiąc kilo robiąc dziennie, mógł się pomylić i zamiast tu, nalał tego. I to wyszło, jak tak zrobił dwa razy, to tyle tam poszło tego. I potem jeszcze przyszedł dyrektor i mówi: „Tak, to jest prawda – po niemiecku mówił świetnie. – Tak to jest. My nie mamy [sabotażystów], wszyscy pracują, dla Niemców robimy”. Potem był taki staw, tam on karpie hodował. Kazał nałapać karpi, przyjęcie im zrobił, wódki postawił. Rozjechali się na bańce, wszyscy pojechali i się uratowałem. I ten majster powiedział i ja się puknąłem w głowę: „Człowieku, jaki ty robisz [sabotaż]?”. To jak ten, co nasikał i Deutschland kaputt – tak samo głupi byłem. Co ja Niemcom zaszkodziłem w tym, że ja świeczkę robiłem? Jaki człowiek był głupi, prawda? No, ale to tak wmawiali nam, uczyli nas – wszędzie Niemcom trzeba szkodzić, każdy gdzie może. No to ja mogłem te świece zrobić takie, że ta świeczka się nie paliła. Więc tak to było z tymi świeczkami.

  • Dobrze, to dziękuję bardzo za rozmowę.

No to bardzo fajno. Jak będzie coś potrzeba jeszcze, to jestem do dyspozycji państwa. Było mi bardzo miło.


Piasek, 19 kwietnia 2013 roku
Rozmowę prowadziła Agata Czarniak
Tadeusz Stanisław Mikulik Pseudonim: „Wit” Stopień: kapral Formacja: Batalion „Harnaś”; kompania ochrony Kwatery Głównej AK Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter