Teresa Krzyżanowska

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Teresa Krzyżanowska, byłam w czasie Powstania w Warszawie. Miałam wtedy dwanaście lat.

  • Chciałabym panią zapytać o sam początek wojny. Jak pani pamięta 1 września?

Wtedy miałam siedem lat, byłam na wakacjach z mamusią. Ojciec był w wojsku. Mamusia była przerażona. Mówiła, że wojna to straszna rzecz i tyle [pamiętam] z tamtych czasów.

  • A jeszcze wcześniej kilka dni albo kilka miesięcy przed początkiem wojny? Czy zapamiętała pani jakaś napiętą atmosferę?

Na pewno tak. Ojca powołali do wojska na wiosnę 1939 roku. Pracował w elektrowni warszawskiej. Ponieważ już zbliżała się wojna, to był kilkakrotnie wzywany do elektrowni służbowo. Przyjeżdżał w mundurze oficerskim, bo był oficerem rezerwy i wszyscy pracownicy elektrowni go widzieli w mundurze.. Ciekawa rzecz, że pod koniec 1939 roku, późną jesienią Niemcy ogłosili, żeby oficerowie zawodowi i nawet oficerowie rezerwy zgłaszali się i zarejestrowali. Ojciec tego nie zrobił. Jeden z pracowników (a ojciec miał ich pod sobą 200) podszedł do ojca i mówi: „Panie inżynierze, a pan to co, zarejestrował się pan?”. Ojciec mówi: „Nie, a ja w wojsku byłem?”. – „No nie, rzeczywiście”. Do końca wojny, to znaczy do Powstania, mimo że było czterech folksdojczów wśród tych 200 ludzi, to nikt ojca nie wydał. Ojciec do końca, do Powstania pracował w elektrowni.

  • Pani ojciec działał w konspiracji, tak?

Tak.

  • Od początku wojny?

Chyba tak.

  • Jak wyglądała Warszawa przed wojną, życie w Warszawie?

[…] Na ileś dni przed Powstaniem, może miesiąc, już wyczuwało się, że coś zaczyna się dziać. Niemcy uciekali, Alejami Jerozolimskimi nie można było przejść, dlatego że cały czas oddziały niemieckie, tabory niemieckie przechodziły i żeby przeciąć Aleje Jerozolimskie trzeba było długo stać i czekać na przerwę w przejściu oddziałów niemieckich. Tak że już się czuło. Poza tym słychać było cały czas artylerię bolszewicką, jak to wtedy mówili. Dzień i noc było słychać. Wiadomo było, że front był już bardzo blisko Warszawy, skoro było ją słychać. Niestety jak Powstanie wybuchło, to umilkła artyleria radziecka, była kompletna cisza. Potem usłyszeliśmy ją chyba czwartego dnia Powstania, ale to było bardzo krótko i znowu była cisza. Po prostu wstrzymali wszelkie działania, czekali, aż Warszawa się wykrwawi.

  • Chciałabym panią zapytać jeszcze o jakieś ulotki albo napisy antyniemieckie przeciwko okupantowi. Czy pani to pamięta? Czy działali konspiratorzy, może jeszcze przed Powstaniem i później, czy to było widoczne na ulicach Warszawy?

Były napisy rozmaite, tak.

  • Czy pamięta pani jakieś?

Trudno mi powiedzieć. Na pewno były takie: „Dla Niemców pracuj jak żółw”. Poza tym pamiętam, bardzo dużymi literami napisane: „PPR wróg”. To było w Alejach Jerozolimskich, bardzo blisko Marszałkowskiej. Ten napis ogromnymi czarnymi literami był bardzo długo.

  • Chciałabym jeszcze wrócić na chwilkę do oczekiwań Warszawy w stosunku do Rosji podczas Powstania Warszawskiego. Jaki był stosunek do tego warszawiaków? Czy oni wierzyli cały ten czas w to, że Rosja nadejdzie z pomocą?

Na początku tak, potem nie. Zresztą dosyć szybko już nie.

  • Czy pamięta pani pierwsze bombardowania w czasie Powstania?

Po kilku dniach zaczęły się takie bombardowania. W pierwszym momencie działania niemieckie były na Woli. Palili domy, wyżynali ludność, rozstrzeliwali na podwórkach. Natomiast u nas jeszcze nie. Zaczęły się kilka dni później, jak Niemcy się zorientowali, w którym miejscu są Niemcy, a którym miejscu są Polacy, które miejsca są zajęte przez powstańców. Wtedy się zaczęły straszne naloty. Myśmy mieszkali na Siennej 28 w domu pracowników elektrowni. W miejscu gdzie stał nasz dom, są schodki od sali kongresowej w Pałacu Kultury. Nasz dom został zburzony 31 sierpnia. Do 30 sierpnia byłyśmy w domu z mamusią, ojciec był w elektrowni. Bombardowania były coraz gorsze, już domy po drugiej stronie Siennej legły w gruzach. Równoległa do Siennej następna ulica obok była Śliska, tak że okienko naszej piwnicy wychodziło dosłownie na chodnik ulicy Śliskiej. Było takie bombardowanie, już ostatnie przed naszym wyjściem z domu, że bomba upadła w chodnik ulicy Śliskiej. U nas cały dom się zachwiał, posypały się cegły, posypał się pył, ale zostaliśmy jakoś. Były takie bombardowania, które trwały czasem bez przerwy trzy godziny. Wszyscy byli w piwnicach wtedy, wszyscy się modlili. Nie było ludzi niewierzących, wszyscy się modlili. Jak trwoga, to do Boga. Była ciocia naszych sąsiadów, która prowadziła wszystkie modlitwy, ona rozpoczynała różaniec, rozmaite inne modlitwy czy litanie do Matki Boskiej. Kiedyś po takim bombardowaniu, które trwało trzy godziny, już wszyscyśmy się żegnali z życiem. Skończyło się bombardowanie, cisza, wyszliśmy, patrzymy, na podwórku pełno szkła, pełno cegieł, kawałki papy z dachu. Natomiast pamiętam swoje zdziwienie, że jednak słońce świeci i my żyjemy. Bo już przestaliśmy na to liczyć w ogóle, że przeżyjemy, dookoła padały bomby. Właśnie 30 sierpnia było duże bombardowanie. Poza tym nie tylko bomby nas prześladowały, ale i tak zwane krowy. To były pociski, wyrzucali sześć pocisków i przed wyrzuceniem tych pocisków słychać było odgłos jakby ryczała krowa. Dlatego nazywali te pociski „krowami”. One przynosiły bardzo duże zniszczenie.
Łącznikiem do elektrowni był pan Furmańczyk. Elektrownia miała swoje tereny na ulicy Kolejowej i on codziennie przechodził z ulicy Kolejowej koło naszego domu na Siennej. Wstępował zawsze do nas, ponieważ to był dom elektrowni. Wszyscy pisali kartki do mężów czy do ojców, którzy byli w elektrowni, i szedł dalej do elektrowni. Jak już było tak bardzo źle 30 sierpnia, to on mówi: „No to zbierajcie się i zaprowadzę was do elektrowni. Ja was przeprowadzę”. Tak jak żeśmy stały, niewiele rzeczy zabierając, ruszyłyśmy razem z nim. U nas jeszcze w czasie Powstania były dwie panie i dziewczynka. Te panie to były żony pracowników elektrowni. Ponieważ przewidywane były walki na terenie elektrowni, więc się pracownicy umówili, że ci, co mieszkają – bo w obrębie samej elektrowni też był jeden dom dla pracowników – że te rodziny pracownicze przejdą właśnie do domu na Sienną. One się u nas zjawiły około drugiej w dniu wybuchu Powstania i już przez cały miesiąc u nas były. Dziewczynka była trochę starsza ode mnie i wszystkie nas pan Furmańczyk przeprowadził do elektrowni. Od tego czasu już byłyśmy razem z ojcem. Elektrownia miała bardzo piękne schrony po drugiej stronie Tamki, to znaczy nie w obrębie ogrodzenia elektrowni, tylko naprzeciwko. To był też dom elektrowni, zresztą do dziś to jest dom STOEN-u i tam były pięknie urządzone schrony. Tak że w takim boksie w tym schronie dostałyśmy miejsce i tam nocowałyśmy razem z tymi dwiema paniami, z tą dziewczynką, które u nas przedtem były.
Elektrownia broniła się jeszcze tydzień. Przez długi czas na początku Powstania było światło, tak że elektrownia działała jeszcze w czasie Powstania. Już potem, po około dwóch tygodniach, nie było światła, bo były po prostu poprzerywane linie.

  • Jak byli traktowani pracownicy elektrowni? Czy przez to, że są odpowiedzialni za prąd w mieście, byli jakoś lepiej traktowani?

Pracownicy elektrowni mieli czapki ze znaczkiem z błyskawicami i to ich chroniło. Jak były na przykład łapanki, a widzieli, że pracownik elektrowni czy jakichś innych urządzeń miejskich, to wiedzieli, że to jest człowiek, którego praca jest im potrzebna. Musi być światło w mieście, z którego i Niemcy korzystali siłą rzeczy, więc to chroniło w pewnym sensie pracowników elektrowni.

  • Czy pani pamięta łapanki? Czy była pani może świadkiem jakiejś łapanki?

Tak, dwa razy.

  • Jak to wyglądało?

Raz to było letnie, słoneczne popołudnie. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich i nagle jakieś zamieszanie, panika, ludzie zaczęli uciekać. Nie było dokąd uciekać, bo tam tylko Ogród Ujazdowski. Byłam mała jeszcze i do rodziców mówiłam: „Chodźmy do ogrodu”. Ojciec powiedział wtedy: „Nie, do ogrodu nie. Tam nie ma się gdzie schować, tam nas dopiero złapią”. Poszliśmy w odwrotną stronę i jakoś wyszliśmy z tego. Może to był fałszywy alarm, w każdym razie była ogromna panika, wszyscy ludzie uciekali.
Drugi raz byłam z kim innym koło placu Kazimierza. Też krzyknęli, że łapanka. Wpadłyśmy do jakiejś kamienicy, przeszłyśmy przez podwórko, w drugiej oficynie weszłyśmy na piętro i przeczekałyśmy.

  • Chciałabym panią zapytać, jak podczas Powstania Warszawskiego wyglądała łączność między ludźmi, przesyłanie wiadomości? Kiedy jakiś dom został zbombardowany, jak ludzie radzili sobie z tym, żeby się znaleźć i porozumieć ze sobą?

Była poczta harcerska. Raz skorzystałyśmy z tej poczty, z mamusią napisałyśmy do przyjaciół i moja koleżanka przechowała tą karteczkę, bo to była mała kartka. Nie ma na niej stempli poczty harcerskiej, niemniej jednak ta kartka z Powstania została przechowana i ona mi ją oddała teraz niedawno. Pytamy się, czy żyją i co się dzieje z ich ojcem, czy jest z nimi. Właśnie ta kartka została. A tak to właśnie pan Furmańczyk przenosił wszystkie wiadomości. Tak że codziennie miałyśmy wiadomości z elektrowni i do elektrowni. To było największe zainteresowanie, bo wszyscy mężowie, ojcowie, bracia, tam pracowali i byli w czasie Powstania.

  • Ciekawi mnie, jak na co dzień wyglądało życie w Warszawie walczącej, powstańczej; żywność, ubrania, praca? Co robili ci, którzy nie walczyli, czy zajmowali się jakimkolwiek zarobkiem?

Nie, absolutnie. Żywność była ta, która była sprzed Powstania. Już przed Powstaniem ludzie robili zapasy. Wiem, że moi rodzice mieli zapasy mąki i mamusia jeszcze piekła chleb w czasie Powstania. Jeszcze byliśmy w domu, to mamusia żywiła kilkanaście osób. Pracownicy elektrowni mieli jeszcze drugi dom na ulicy Żelaznej i jak tam już było niebezpiecznie, to ci ludzie z Żelaznej (to była duża, sześciopiętrowa kamienica) przyszli do nas, do drugiego domu elektrowni. Zrobiło się bardzo ciasno, szczególnie w piwnicach. Przecież myśmy mieszkali na trzecim piętrze i nikt w mieszkaniu nie mieszkał, bo zbyt niebezpiecznie było, tylko w piwnicy. Jak tłum ludzi z domu na Żelaznej przyszedł jeszcze do nas, to zrobiło się bardzo ciasno i trzeba było żywić tych ludzi. Zresztą potem nas żywili, jak myśmy już swój dom stracili i nie mieliśmy nic już. Ale wtedy, póki jeszcze były jakieś zapasy, pewnie że nie było jakiegoś świetnego wyżywienia, ale zawsze jeszcze była mąka, jeszcze były kluski, jeszcze był chleb początkowo.

  • Jak zapasy się skończyły, co wtedy robili ludzie, jak zdobywali jedzenie?

Jedni drugim dawali, ci co mieli. Gorzej jak woda się skończyła, to był problem. Już o wodzie do mycia to nikt nie marzył, ale do picia, do jedzenia, przecież woda jest konieczna. Studni było bardzo mało w Warszawie, tak że z narażeniem życia ludzie chodzili do najbliższych studni, które nie były z reguły bardzo blisko. Jak już pod koniec Powstania byliśmy koło Politechniki, to studnia, do której wszyscy chodzili, była na podwórku gmachu Architektury przy ulicy Koszykowej. Tą studnię widać jeszcze dzisiaj, ona jest nieczynna, ale widać ją, można ją zobaczyć. Ranni byli przy tej studni, bo pocisk padł, tak że ta studnia jest historyczna. Cała okolica czerpała wodę z tej studni, stało się w długiej kolejce.
  • A zrzuty alianckie.

Pamiętam, że były chyba na początku Powstania. Trudno mi powiedzieć, czy to był czwarty, czy szósty dzień Powstania. Mówili, że były, ja ich wtedy nie widziałam, ale mówili, że w okolicach placu Krasińskich były zrzuty. W drugiej połowie Powstania były zrzuty na Polach Mokotowskich, niestety wpadły w ręce Niemców.

  • Czy pani była świadkiem takich zrzutów?

Nie.

  • Chciałabym jeszcze powrócić na chwilę do pani taty. Czy pani pamięta, w związku z tym, że pani tata działał w konspiracji, jakieś spotkania, które odbywały się w domu?

Tak, przed Powstaniem. Na tydzień przed Powstaniem prawdopodobnie już było pogotowie powstańcze. Wiem, że ojciec miał być na placówce elektrowni na Kolejowej. Mamusia nie chciała się rozdzielać i powiedziała, że my też idziemy na Kolejową i tam będziemy nocować. Poszłyśmy i rzeczywiście nocowałyśmy na Kolejowej. Powstanie nie wybuchło wtedy i rano przyszłyśmy do domu. Jeszcze tydzień byłyśmy w domu… Powstanie wybuchło 1 sierpnia, a to było… Wiem, że tydzień wcześniej. Poza tym pamiętam, że było zebranie. Ojciec nam wszystkim kazał wyjść z domu dla pewności, dla bezpieczeństwa, żebyśmy w razie czego nikogo nie widziały, nikogo nie poznały. Chodziłyśmy kilka godzin po ulicy. Pamiętam, że jak wyszłyśmy z mieszkania, to w bramie jacyś wysocy panowie byli i na liście lokatorów sprawdzają, gdzie jest… Domyśliłyśmy się, że oni idą do nas, bo patrzyli na listę lokatorów.

  • Czy były dla pani, jeszcze małej dziewczynki wtedy – może to troszeczkę dziwnie zabrzmi – jakieś rozrywki podczas walk, jakieś teatrzyki?

Wiem, że były, ale nie widziałam.

  • Powstańcza prasa. Czy docierały do pani „Biuletyn Informacyjny”?

Tak, docierał „Biuletyn Informacyjny” i w czasie wojny docierał. Ojciec nieraz z elektrowni przynosił „Biuletyn Informacyjny”. Czasem przynosił, rzadko zresztą przynosił, z reguły to czytał i potem nam powtarzał, a ten biuletyn szedł dalej do innych ludzi. Ale nieraz widziałam biuletyn w domu.

  • Lubiła pani czytać biuletyny?

Tak, bardzo mnie to interesowało. Już byłam duża wtedy, bo przecież miałam prawie dwunaście lat.

  • Chciałabym jeszcze zapytać, jak to było, kiedy jeszcze Powstanie całkiem nie upadło, ale kiedy zaczęły się pierwsze silne powstańcze niepowodzenia? Jakie były nastroje wśród warszawiaków?

Nastroje były dobre, długo były dobre. Ludzie wierzyli, że jeszcze jakoś… Potem przestali wierzyć. Wiem, że było ogromne rozgoryczenie, bo kilka dni później wybuchło przecież powstanie w Paryżu. Trwało bardzo krótko, bo alianci zajęli Paryż, ale tam byli inni sprzymierzeńcy. Wtedy nastroje opadły, ostygły. Ale w ogóle zapał był ogromny i radość, że jest wolność, że chorągwie polskie się wywiesza. Ogromna była radość.

  • Kiedy zaginęła wiara w to, że nadejdzie pomoc?

Po prostu z każdym dniem coraz gorzej. Myśmy były tydzień w elektrowni, to był już początek września, jak elektrownia padła. Już było bardzo źle, znowu były bombardowania i ojciec nas odprowadził do konserwatorium. Konserwatorium było w tym miejscu, gdzie teraz jest odbudowany pałac Ostrowskich. Tylko że pałac Ostrowskich jest mały, a konserwatorium to był ogromny budynek. Odbudowali tak jak był wybudowany w XVIII wieku, zdaje się. Potem pałac był rozbudowywany. Tam, gdzie jest wielki taras, to wszystko był jeden budynek konserwatorium. W tym budynku były oddziały „Parasola”, które po upadku Starego Miasta wycofały się do Śródmieścia i właśnie całe dowództwo „Parasola” mieściło się w konserwatorium. Inne oddziały też, no mnóstwo było. Konserwatorium było przepełnione. Wtedy kiedy nas ojciec odprowadził do konserwatorium, byłyśmy jeden dzień, a następnego dnia padła elektrownia. Wtedy już ci ludzie, którzy byli w elektrowni przyszli do konserwatorium. Zaczęło się okropne bombardowanie właśnie konserwatorium. Tam były mury grube, one miały metr do półtora metra grubości. W piwnicach takie strasznie grube mury były. Tak że jak bomba padła w róg konserwatorium, to się wszystko zachwiało, ale konserwatorium jeszcze stało. W końcu zbombardowane zostało, a myśmy wyszli stamtąd na godzinę i dwadzieścia minut przed zbombardowaniem.
Trzeba jeszcze powiedzieć, że jak wychodziłyśmy z domu, to trzeba było zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Mamusia zabrała trochę żywności, a nie zabrała na przykład złotego zegarka i jakichś innych rzeczy, które mogły się przydać później w warunkach wojennych. Natomiast ja zabrałam klatkę z kanarkami i przeniosłam ją do elektrowni. Kanarki żyły tydzień jeszcze, a jak już wychodziliśmy z elektrowni, to ojciec mówi: „Wysyp całą karmę dla kanarków na dno klatki i trzeba klatkę otworzyć, jak się będzie paliło, to niech lecą”. Tak zostawiliśmy te kanarki.
Z konserwatorium chcieliśmy wyjść w nocy. Szliśmy bardzo długo w nocy przez Nowy Świat, Chmielną, bo tu już robiło się coraz bardziej gorąco, coraz gorsze bombardowania były. Chcieliśmy przejść na drugą stronę Alej Jerozolimskich, gdzie był daleko większy spokój i były mniejsze bombardowania. Po prostu w niektórych miejscach jeszcze Niemcy siedzieli, więc oni mniej bombardowali tą część miasta. Ale bardzo trudno było przejść, dlatego że ulicami się nie szło przeważnie, tylko się szło podkopami albo piwnicami. Przebite były piwnice z jednego budynku do drugiego i można było parzystą czy nieparzystą stroną ulicy przejść długie odcinki ulic. Natomiast jak trzeba było przeciąć ulicę, to się szło podkopem pod ulicą. Największa trudność polegała na tym, że pod Alejami Jerozolimskimi nie mogło być podkopu, dlatego że przecież szedł tam tunel kolejowy. Wobec tego na wysokości ulicy Brackiej była dosyć wysoka barykada z jednej i z drugiej strony. Między tymi barykadami się przebiegało wierzchem, ulicą, a całe Aleje były pod obstrzałem. Z jednej strony Niemcy strzelali od strony mostu [Poniatowskiego], z drugiej strony od strony Ochoty. Tak że przejście przez Aleje było szalenie niebezpieczne. Jak wtedy w nocy wyszliśmy z konserwatorium, to szliśmy Nowym Światem, szliśmy Chmielną, na Chmielnej była barykada, stał żołnierz, powstaniec i powiedział, że nie przepuszcza dalej ludzi. Już się robiło jasno, noc się kończyła. Po prostu gdyby przepuścił takie tłumy przez Aleje Jerozolimskie, tak jak ludzie chcieli tam uciekać, to by była masakra. Wobec tego nie przepuszczał i myśmy po całej nocy rano wrócili z powrotem do konserwatorium.
Znowu się zaczęło bombardowanie. Zaczęłam płakać: „Chodźmy stąd, chodźmy stąd!”. Ojciec aż się rozgniewał na mnie, krzyknął: „No przecież widziałaś, że nie można wyjść, że nie ma jak wyjść!”. A ja tylko powtarzałam: „Chodźmy stąd, chodźmy stąd!”. Akurat trafił się jakiś pracownik ojca i mówi: „Ja was przeprowadzę. Znam przejście i was przeprowadzę”. Wyszliśmy z nim wpół do dziewiątej. Zdawało mi się, że pół godziny potem było zbombardowane konserwatorium, ale wyczytałam, że [bombardowanie było] dziewiąta pięćdziesiąt, czyli godzinę i dwadzieścia minut później.
Ten człowiek nas rzeczywiście przeprowadził piwnicami przy ulicy Chmielnej, potem piwnicami przez Bracką i do barykady w Alejach Jerozolimskich. Przelecieliśmy zgięci wpół na drugą stronę i udało się. Szukaliśmy miejsca, do kogo się udać, do jakichś znajomych. Nie było miejsca, a jak było miejsce, to nie było co jeść. W rezultacie doszliśmy na ulicę Lwowską, właśnie też takimi podkopami pod jezdnią. Przechodziło się pod jezdnią, szły rury wodne, rury gazowe, rury kanalizacyjne. Kanalizacyjne były najgorsze, bo były największe, trzeba się było przeciskać. Po prostu na brzuchu się przechodziło nad tą rurą. Tak że wyszliśmy stamtąd brudni, czarni, a wody nie było.
Doszliśmy tak do ulicy Lwowskiej 8, to było bardzo blisko Politechniki, a w gmachu Politechniki byli Austriacy. Było tam bezpieczniej, bo Niemcy nie bombardowali, bo to było ich wojsko, Austriacy. Natomiast Austriacy mniej strzelali, w ogóle byli trochę lepsi od Niemców. Tam najpierw zdawało się, że [będzie] bezpiecznie. Tak że odetchnęliśmy, bo nie było ciągłego bombardowania. Człowiek się bez przerwy nie żegnał z życiem. Potem też już było coraz gorzej i poszliśmy na Lwowską 10. Tam znów codziennie były modlitwy w bramie. Też byliśmy w piwnicy na węglu, koczowaliśmy u znajomych. Dzielili się z nami jedzeniem. Aha, we wrześniu powstańcy zdobyli zakłady Haberbuscha. Tam były składy jęczmienia zdaje się. Jak zdobyli jęczmień, to on się rozszedł wśród ludności i myśmy dostali trochę tego jęczmienia. Gotowało się zupę z niego. Wiele jego nie było, więcej było wody niż kaszy z jęczmienia. Ale w każdym razie można było to zjeść.
Doczekałyśmy już końca Powstania na Lwowskiej, do kapitulacji. Strasznie żeśmy przeżywali kapitulację. Jednak tyle zapału, tyle nadziei. Z jednej strony ludzie oddychali, że nie było ciągłego obstrzału, nie było bombardowania, był spokój, ludzie wyszli na ulice, zaczęli szukać rodzin, znajomych, chodzili. Spotkałyśmy z mamusią właśnie tą moją przyjaciółkę i jej mamę, do której pisałyśmy kartkę pocztą harcerską. Spotkałyśmy moją kuzynkę, ona nic nie wiedziała, co się z mężem dzieje; wyszła za mąż w czerwcu przed Powstaniem. On był też młody człowiek, dwadzieścia cztery lata wtedy miał, brał udział w Powstaniu. Był w tym miejscu gdzie był dawny Dworzec Warszawa Towarowa, po wojnie to była Warszawa Główna. To była Warszawa Pocztowa czy Towarowa, już nie wiem. W każdym razie stamtąd ostatnia wiadomość była od niego. Płakała, nie wiedziała, czy żyje, co się z nim dzieje. Znalazł się później… Tak było.

  • Jak Niemcy i ich sojusznicy traktowali powstańców i ludność cywilną już później, kiedy Powstanie się skończyło?

Przede wszystkim uznali powstańców za kombatantów. To jeszcze było w sierpniu, jeszcze był nasz dom i ojciec na moment przyszedł do nas do domu i tak się cieszył. Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi i ojciec mi tłumaczył: „Jeżeli Niemcy uznali nas za kombatantów, to znaczy, że nie będą rozstrzeliwać, bo uznali nas za żołnierzy”. Wobec tego kazali złożyć broń i oddziały szły później do niewoli. Właśnie koło Politechniki był taki punkt, gdzie się przechodziło. Mamusia uprosiła ojca, żeby już nie szedł do niewoli, tylko żeby szedł z nami. Zawsze mówiła, że już jak zginąć, to razem. Wyszliśmy razem z Warszawy 5 października.

  • Jak wyglądała Warszawa po Powstaniu?

Okropnie, to znaczy jak już było zawieszenie broni, jak już były pertraktacje na temat kapitulacji, to już można było wyjść na ulice. Strasznie, góry, doły, do pierwszego piętra gruzy, chodziło się ścieżkami po tych gruzach. Strasznie Warszawa wyglądała, w ogóle miasta prawie że nie było.
  • Gdzie trafiła pani razem z rodziną? Czy byliście państwo wszyscy razem później po kapitulacji, po wyprowadzeniu z Warszawy?

Tak, wyszliśmy przejściem właśnie koło Politechniki. Szliśmy w tłumie ludzi na piechotę do Dworca Zachodniego. Szliśmy między innymi ulicą Filtrową. Na chodniku leżały trupy ludzi, pamiętam ludzi spalonych, nogi mieli spalone. Taki mi obraz został w pamięci. Straszne, bo pierwszy raz widziałam coś takiego. Rannych już widziałam w czasie Powstania, ale takich spalonych ludzi jeszcze nie widziałam, pierwszy raz wtedy. Straszne wrażenie na mnie to zrobiło.
Pędzili nas tak do Dworca Zachodniego, podstawili pociąg i podwieźli nas nie do Pruszkowa, tylko do Ursusa, do obozu przejściowego. W fabryce ciągników w „Ursusie” był bardzo duży teren i zrobili obóz, tam były tysiące ludzi. Najpierw nas zagonili do wielkiej hali i nocowaliśmy na betonie. Ta hala była pusta. Na drugi dzień nas przenieśli do innego budynku, to był budynek magazynowy. Myśmy byli chyba na drugim piętrze tego magazynu. Tam były ogromne regały, prawdopodobnie na jakieś części do montażu ciągników. W każdym razie umieścili nas na półkach tych regałów. Były trzy kondygnacje regałów, się wchodziło. Tyle że można było tam siedzieć, oczywiście nawet nie można było się wyprostować, siedząc, i tak koczowaliśmy do następnego dnia. Następnego dnia wyprowadzili nas z tego budynku magazynów. Stał żołnierz niemiecki i robił selekcję, mówił: Links albo Rechts – jednych na lewo, drugich na prawo. Nikt nie wiedział, co to znaczy, dokąd nas wywiozą na prawo i co zrobią z tymi, co na lewo zostali skierowani. Myśmy wszyscy zostali skierowani na lewo: i mamusia, i ojciec, i ja. Natomiast nasza gosposia, która już była starsza, została skierowana na drugą stronę. Jak zobaczyła, że my w jedną stronę, a ona w drugą… Była szalenie przywiązana do nas, zresztą uważaliśmy ją za członka rodziny. Była u nas w domu dłużej niż ja żyłam, sześć lat przed moim urodzeniem, a dożyła 101 lat, w tym mieszkaniu właśnie. Tak że to już był członek rodziny. Ale wtedy jak zobaczyła, że nas na jedną stronę Niemiec skierował, a ją na drugą stronę, to podbiegła do tego Niemca, zaczęła się z nim szarpać i on w końcu machnął ręką, pozwolił jej przejść na drugą stronę. No i nas wszystkich wywieźli do Niemiec, razem z nią oczywiście.

  • Jak wyglądała droga, przewóz?

Pod samą fabrykę, tam była bocznica kolejowa, tak że dosłownie jak się wychodziło z bramy fabryki „Ursus”, to już były podstawione wagony, oczywiście towarowe i pakowali nas do tych wagonów. Średnio po sześćdziesiąt osób do wagonu bydlęcego, z zakratowanymi okienkami u góry. Każdy wychodząc z Warszawy, miał jakiś tobołek. Oczywiście to nie były plecaki, bo nie było tyle plecaków, przecież nikt nie liczył, że miasto opustoszeje zupełnie, że każą wszystkim ludziom wyjść z miasta. Przeważnie jakieś worki się wykorzystywało, czasem jakieś szelki się do nich doszywało, żeby był rodzaj plecaka. W każdym razie z tymi tobołkami weszliśmy do wagonu, ale Niemcy pakowali nas na stojąco. Jechaliśmy cztery dni, trzeba było jakoś przynajmniej usiąść na podłodze, a człowiek siedzący na podłodze zajmuje więcej miejsca niż stojący. W tych wagonach były poprzeczki pod sufitem, listwy i ojciec uwiązał nasze tobołki pod sufitem, na tych listwach, żeby było więcej miejsca na podłodze. Wieźli nas długo, bo cztery doby. Wypuszczali nas z wagonów dla załatwienia potrzeb naturalnych dopiero, jak już przejechaliśmy granicę Generalnej Guberni. Ludzi było ponad trzy tysiące, bo jak policzyliśmy, były pięćdziesiąt dwa wagony w pociągu. Bardzo długi pociąg, średnio po sześćdziesiąt osób, to ponad trzy tysiące osób jechało tym transportem. Jak wypuścili trzy tysiące osób na jakieś pole, to można sobie wyobrazić, jaki widok był. Oczywiście Niemcy z karabinami obstawili nas, żeby nikt nie uciekł. Ale to już było poza granicą Generalnej Guberni, więc i tak było trudniej uciec. Jechaliśmy dzień i noc, zresztą to był pociąg idący nie według rozkładu, więc czasem stał na stacjach, czasem stał w polu, potem znowu jechał. Czwartej nocy byliśmy na stacji w Bochum, zaczął się alarm, nalot angielski. Anglicy bombardowali w nocy, a Amerykanie w dzień. To były zupełnie różne naloty. Zaczął się nalot, maszynista zaczął uciekać. Pociąg ruszył ze stacji, dojechał niedaleko, na torowiska za stacją – ogromy obszar rozmaitych torowisk – i w tym momencie stanął. Zaczęło się bombardowanie pociągu.
Jeszcze trzeba powiedzieć, że mijały nas pociągi tak samo towarowe z wojskiem, bo to już było bliżej frontu zachodniego. Tam jechały transporty wojska, transporty amunicji, takimi samymi pociągami towarowymi. Anglicy przecież oświetlali [teren] rakietami na spadochronach, jasno było zupełnie wtedy i jak zobaczyli taki pociąg jadący w stronę frontu, to myśleli, że to jest albo wojsko, albo amunicja. Zaczęli bombardować nasz pociąg bombami zapalającymi i siekli z broni pokładowej. Tak że z naszego wagonu dwie osoby zostały zabite. Dziewczynka szesnastoletnia… (Potem – jak to się ludzie spotykają, losy się plotą. Mamusia po wojnie jechała ciężarówką, przecież pociągi nie chodziły zaraz po wojnie, to znaczy nie na wszystkich liniach chodziły pociągi. Taką ciężarówką w zimie jechała i zaczęła rozmawiać z jakąś panią. Okazało się, że jechała tym transportem i jej córka szesnastoletnia w tymże wagonie jechała i została zabita). Nasz wagon zaczął się palić, a myśmy byli zamknięci od zewnątrz. Jednej pani zapaliły się już włosy, bo stała przy okienku, wysoko to okienko było i jej się zapaliły włosy. Ugasili to i w tym momencie nas otworzyli. Oczywiście nie było czasu na odwiązywanie bagaży i branie swojego majątku z tobołków. Wyskoczyliśmy z wagonu, ja wyskoczyłam bez butów, bo było strasznie gorąco, przecież wagon był zatłoczony. Zdjęłam buty. Jak zaczęło się bombardowanie, to nikt nie myślał o butach w tym momencie. Wyskoczyłam z wagonu bez butów i zostałam bez butów. Wszystko się paliło. To były bomby zapalające, które padały na ziemię i dopiero po chwili wybuchał słup ognia na około dwa, trzy metry w górę i wszystko się dookoła paliło. Nie było gdzie się schronić w ogóle. Lecieliśmy przez torowiska, dopadliśmy do jakiegoś rowu i do tego rowu. Ale tłum, który się rzucił z tego pociągu, też szukał schronienia i następni ludzie znowu na nas do tego rowu chowali się. Na nich jeszcze następni. Pamiętam wrażenie, zdawało mi się, że się uduszę, ale się nie udusiłam.
Bombardowanie się skończyło. Anglicy zobaczyli, że to ludzie z tobołami wyskakują z pociągu, zobaczyli, że nie wojsko i przestali bombardować. Ale rzucone bomby jeszcze wybuchały jakiś czas. W końcu bombardowanie się skończyło. Nasz wagon już był spalony, z naszego dobytku już nic nie zostało. Aha, ojciec scyzorykiem odciął tylko swoją teczkę z dokumentami. Teczka też była przywiązana do tej poprzeczki i tyle ocalało całego majątku. Tak że zupełnie lekko dalej podróżowaliśmy, nie mieliśmy już zupełnie nic.
Rano podstawili następny pociąg i wywieźli nas nad Ren, to już było blisko granicy holenderskiej. Tam był obóz Spellen, prowizoryczny obóz postawili. Wieś Spellen, obok stacji postawili baraki. Ile tych baraków było, nie wiem, ale te baraki były zajęte, jak myśmy przyjechali. Wobec tego jeszcze dwa dni trzymali nas w wagonie. Już dawali jeść, a w Ursusie dali nam bochenek chleba na cztery osoby, na tą drogę. Po dwóch dniach opuściliśmy wagony, zaprowadzili nas do już opróżnionego baraku, bo jakiś transport odjechał. Kilka dni byliśmy w Spellen. Barak miał tylko ściany zewnętrzne, nie miał żadnych przegród, tylko podłoga. Wszyscy koczowali na podłodze. Chodziliśmy do wsi, bo nas już nie pilnowali. Tam już nie było dokąd uciekać, nie bali się, że uciekniemy. Chodziliśmy do wsi, zbieraliśmy kasztany jadalne i jedliśmy je. Tam rosły już kasztany jadalne, które wtedy widziałam pierwszy raz. Oczywiście nic nie można było dostać do jedzenia, bo wszystko w Niemczech było na kartki. Niemka w sklepie ukroiła kilka kromek chleba, bo ojciec prosił, żeby sprzedała trochę chleba dla dziecka. Powiedziała, że bez kartek nic nie może sprzedać, ale obejrzała się, czy nikt nie patrzy, ukroiła kilka kromek chleba i wsunęła ojcu za pazuchę. Ojciec mówi: „Potraktowała mnie jak dziada, dała mi kilka kromek chleba”. Ale cieszyliśmy się z tego. Potem, nie wiem skąd, ale ktoś miał kartofle i podzielił się z nami. Oczywiście nie było na czym ugotować, ale ludzie zawsze byli pomysłowi. Ktoś miał garczek i te kartofle ugotowali w garczku na dwóch cegłach. Kartofle były bez soli, w łupinach, ale nigdy nie jadłam takich dobrych. Wypadło po półtora kartofla na głowę. Nigdy nie jadłam takich dobrych kartofli jak wtedy.
Spotkaliśmy znajomą, żonę kolegi ojca, która była Austriaczką z pochodzenia. Mieszkała w Polsce, mówiła dobrze po polsku, ale z pochodzenia była Austriaczką i mówiła bardzo dobrze po niemiecku. Poszła do komendanta tego obozu, okazało się, że komendant był przekupny i za złoto wypisał jej zwolnienie. W tym momencie jak wracała od niego, spotkała moich rodziców. Powiedziała, że oni już mają zwolnienie, żeby iść do tego komendanta, wróciła razem z ojcem i przekonała znowu tego Lagerführera. Za trzy „złote świnki”, złote pięciorublówki, które ojciec miał zaszyte, on wypisał nam zwolnienie. To było zwolnienie z pieczątką dla siedmiu osób, bo byli jeszcze znajomi tej pani, Austriaczki z pochodzenia. Miała córkę w moim wieku, zresztą chodziła do tej samej szkoły co ja. Też u nas było siedem osób. Szybko ruszyliśmy z tego obozu ileś kilometrów do Wesel, żeby wsiąść do pociągu i żeby [odjechać] jak najdalej od tego obozu. Jechaliśmy całą noc różnymi pociągami, bo to okolice Essen, więc [kursowały] podmiejskie pociągi. Tu się jechało pół godziny jakimś, tu jeszcze [innym], tu był nalot, tu do schronu, potem znowu jakimś pociągiem podjechaliśmy. Ileś razy w nocy przesiadaliśmy się, ale Niemcy po tamtej stronie honorowali jeszcze to zwolnienie. Tak jechaliśmy cztery doby, bo to zwolnienie służyło za bilet, tak że różnymi pociągami dojechaliśmy… Gdzieś na stacji dali nam obiad, zupę z marchwi nam dali, a przecież myśmy byli tak wygłodzeni po Powstaniu, że wtedy najważniejszy problem to było jedzenie. Pamiętam jak dziś, jak ta zupa wyglądała, z fotograficzną dokładnością pamiętam, jak to wyglądało.
Tak dojechaliśmy aż do Łodzi, bo Lagerführer nie mógł wypisać zwolnienia do Generalnej Guberni, ale Łódź to było już Warthegau i on nam wypisał zwolnienie do Łodzi. Szczęśliwie dojechaliśmy do Łodzi w czternaście osób. Przyjechaliśmy w pół do ósmej wieczorem, godzina policyjna, ledwo dojechaliśmy do rodziny. Ojciec urodził się w Łodzi i miał tu swoją rodzinę. Dojechaliśmy do rodziny ojca, okazało się, że już nie mieszkają, bo zrobili dzielnicę niemiecką i wyrzucili ich z domu. Godzina policyjna, nie mogliśmy nigdzie iść już dalej, bo by nas złapali. Dozorca był przyzwoity, powiedział: „Nocujcie u mnie na podłodze w kuchni”. W czternaście osób znowu koczowaliśmy na podłodze w kuchni do rana. Rano trzeba się było wyprowadzić od dozorcy. Ojciec poszedł, znalazł rodzinę, rozlokował tyle osób i mieliśmy przechodzić przez zieloną granicę do Generalnej Guberni. W środę mieliśmy przechodzić, już tydzień ukrywaliśmy się w Łodzi. Tymczasem jeden z panów, który był na naszym zwolnieniu, wyszedł i Niemcy go złapali. Powiedział, że ma zwolnienie legalne i przyprowadził ten patrol niemiecki do ojca. Oni wiedzieli, że zwolnień nie ma żadnych, że to jest lewe zwolnienie. Wyłapali nas wszystkich i z powrotem natychmiast do obozu w Pabianicach, z Pabianic nas przewieźli po dwóch dniach do obozu pod Poznaniem. Stamtąd do obozu w Lehrte, to był bardzo duży obóz przejściowy w Lehrte koło Hanoweru. Tam nam dali już dokumenty, właśnie sfotografowali nas. Wszyscy wyszli jak z albumu przestępców, wszyscy mamy takie fotografie. Właśnie tam mam już napisane Teresa Hykiel Arbeiterin, a jeszcze się ładnie podpisałam pod tym: „Terenia Hykielówna”. […]
Do tego obozu przychodzili jeszcze rozmaici przedsiębiorcy, tak zwani kupcy, którzy kupowali niewolników. Nas zabrała firma, która budowała drogi na lotniskach. To była firma „Galdow”, rosyjskie nazwisko miał właściciel tej firmy. Wywieźli nas na lotnisko pod granicę duńską z kolei, na półwyspie Jutlandzkim. To było dwadzieścia, trzydzieści kilometrów od granicy z Danią. Bardzo duże lotnisko, jeszcze w trakcie budowy. Potem jak nasi rodacy odkryli, bo wszyscy przy łopacie pracowali, przy budowie dróg, to twierdzili, że tam jest wyrzutnia „V-2”. Czy to prawda, nie wiem, ale w każdym razie tak wszyscy Polacy twierdzili. Nie pracowałam przy budowie dróg jako nieletnia, tylko w kuchni żołnierskiej na lotnisku obierałam kartofle. Pracowałam nie tylko osiem godzin, ale nieraz dwanaście, czasem trzynaście godzin. W dzień obierałam tylko kartofle albo… Była dziewczynka o rok ode mnie starsza, miała trzynaście lat, to kazali nam przynosić w dużej wanience kartofle z kopców. Niedaleko na lotnisku były takie kopce, trzeba było wybierać z kopca kartofle i przynosić. Ciężka taka wanienka kartofli była dla dwunastolatków czy trzynastolatków. Wieczorem to nam kazał kucharz zmywać naczynia po kolacji. Na koniec – to się chyba dwa razy zdarzyło czy trzy – kazał mi myć wychodki żołnierskie. Wtedy to się już zbuntowałam, ale to było później.
W międzyczasie wydarzył się wypadek. Wieźli naszych Polaków i w tym baraku byli jeszcze „kupieni” przez tą firmę rozmaici ruscy, Ukraińcy, Ukrainki młode były, Kozak z rodziną, tak że było bardzo mieszane towarzystwo. To już nie było towarzystwo tylko z Powstania, bo w tamtym obozie była tylko ludność z Warszawy, a tu już przyłączyli nas do jakiegoś przypadkowego transportu. To lotnisko było duże, podwozili ich z łopatami otwartą ciężarówką o niskich bokach. Na stojąco ludzie jechali z łopatami. Kierowca tej ciężarówki wziął ostro zakręt, otworzyła się klapa ciężarówki i wszyscy z tymi łopatami wylecieli na pryzmę kamienia łupanego. Potłukli się okropnie, poranili się łopatami, a potem przez kilka dni nie chodzili do pracy, do tego stopnia już, że nawet nie pędzili nikogo do pracy. Przybiegła młoda Ukrainka do kuchni i krzyknęła: Wsje ubite! Zrozumiałam, że wszyscy zabici. Wyskoczyłam z kuchni, pobiegłam do baraku, to było blisko. Okazało się, że nie zabici, ale wszyscy poranieni, moi rodzice też. Ojcu potem kazali nosić obręcze, takie betonowe obręcze jak do studni. One były ciężkie, w kilku je przenosili. Ojciec czy za wcześnie poderwał, czy za późno puścił, w każdym razie – jak wtedy mówili – przerwał się. Skończyło się to strasznym atakiem bólu i już nie mógł w ogóle iść do pracy. Leżał w baraku na sienniku.
Atak trwał od środy do soboty. Ktoś z Polaków poszedł, znalazł lekarza niemieckiego. To znaczy on nie był dla nas, był na lotnisku, ale zgodził się przyjąć ojca i skierował ojca do szpitala. Wzięli ojca na noszach, do kolei było pięć kilometrów, ale jakoś ojca przewieźli. Potem koleją, też towarowym wagonem przewieźli do szpitala. W szpitalu był jakiś przyzwoity Niemiec, zresztą potem powiedział, że liczył, że zaraz będzie operacja i wziął ojca nie do baraku dla Polaków i ruskich, tylko do głównego budynku. Tymczasem jak ojca położyli na normalnym łóżku, dali jakieś lekarstwa, nie jadł brukwi, tylko dali szpitalne jedzenie, to poprawiło się, nie doszło do operacji. Tak że wypuścili ojca po jakimś czasie ze szpitala, ale już się nie nadawał do takiej ciężkiej pracy przy łopacie. Wobec tego nas przerzucili na drugie lotnisko pod Hamburg. Na drugim lotnisku byliśmy przez miesiąc. Tam były nawet trochę lepsze warunki. Jakiś żołnierz w nocy podstawiał nam pod drzwi menażkę z zupą. Tak że też byli dobrzy ludzie… może to był jakiś Ślązak, nie wiadomo. Uważałam, że trzeba mu podziękować, trzeba zobaczyć, kto to robi. Rodzice powiedzieli, że nie, bo jeżeli on to robi w nocy, to znaczy, że nie chce, żeby ktoś widział. Potem mógłby mieć przykrości przez to. Wobec tego nie ma co dziękować i ujawniać go. Trzeba trafu, że w tym momencie, krótko tam byliśmy, dowódca tego lotniska, Niemiec, pułkownik, uciekł samolotem do Londynu. […] Jak nowy komendant zobaczył, że Polak pracuje na tym lotnisku, to z miejsca nas wyrzucił dwadzieścia kilometrów dalej, do baraku.
Potem pracowałam już w fabryce, rodzice w drugiej fabryce i tak doczekaliśmy końca wojny. Po wojnie przyjechała delegacja Szwedzkiego Czerwonego Krzyża i z uwagi na chorobę ojca zabrali nas do Szwecji. Myśmy byli w strefie angielskiej, więc nie mogliśmy szybko wracać do Polski, bo nie było takich możliwości. Ci ze strefy rosyjskiej szybko wrócili. Nas zabrał Szwedzki Czerwony Krzyż na odżywienie, odchuchanie, byliśmy trzy miesiące w Szwecji i wróciliśmy pierwszym transportem do Polski.

  • Jakie było traktowanie pani ojca po wojnie jako byłego akowca?

Źle się skończyło. Budowana była elektrociepłownia na Żeraniu. Ojca jako specjalistę ściągnęli do budowy elektrociepłowni na Żeraniu, bo myśmy przez jakiś czas po wojnie mieszkali w Gdańsku. Ściągnęli, obiecując mieszkanie w Warszawie. Elektrociepłownia dostała w przydziale dwadzieścia pięć mieszkań, ojciec był na drugim miejscu. W tym momencie był Żyd, nazywał się Bielecki, był personalnym w ministerstwie energetyki i wytoczył ojcu sprawę, że był dowódcą w Armii Krajowej. Ojciec nie był żadnym dowódcą, był podporucznikiem rezerwy, więc był dowódcą odcinka, żadna wielka funkcja. Niemniej sprawa wyglądała poważnie. W tym momencie rozdzielili wszystkie mieszkania i jak już były rozdzielone, powiedzieli: „Przepraszamy, pomyłka. Rzeczywiście nie był dowódcą”. Ale mieszkania nie dostaliśmy. Męczyliśmy się jeszcze wiele, wiele lat bez mieszkania, w bardzo trudnych warunkach. Aż w końcu skończyłam studia, zaczęłam pracować w budownictwie i dostałam właśnie to mieszkanie spółdzielcze.



Warszawa, 1 sierpnia 2008 roku
Rozmowę prowadziła Anna Konopka
Teresa Krzyżanowska Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście

Zobacz także

Nasz newsletter