Teresa Węgrzynowicz „Teresa”

Archiwum Historii Mówionej

Teresa Węgrzynowicz, z domu Hilde, urodzona 26 września 1930 roku.

  • Proszę powiedzieć, gdzie pani była w harcerstwie?

Nazwa, którą myśmy poznały dopiero po wojnie, brzmiała zastęp „Szperaczy” w grupie wykonawczej przy „Pasiece”. Tyle wiem. W czasie okupacji uczono nas bardzo konspiracji, myśmy to traktowały o wiele bardziej serio niż nasi starsi koledzy, wobec tego ani się niczego nie dociekało, ani człowiek nie chciał się nic dowiedzieć, nie było między nami żadnej wymiany informacji na temat tego, co która robi, gdzie bywa, chociaż chodziłyśmy, jak się potem okazało, w różne dni, ale w te same miejsca bardzo często i miałyśmy do czynienia z tymi samymi ludźmi. To byli chłopcy z 3. kompanii „Parasola”, myśmy ich w jakiś sposób obsługiwały naszą pocztą, tak to dzisiaj rozumiem, ale nie jestem żadne dobre źródło ani żaden autorytet.

  • Jak wybuchła wojna, była pani małą dziewczynką, miała pani dziewięć lat. Na pewno pani coś zapamiętała, przecież dużo ludzi tutaj mieszkało, którzy z konspiracją na pewno się jakoś później zetknęli w czasie okupacji, różnie się ich losy potoczyły. Jak pani widziała tę całą zmianę życia, miała pani dziewięć lat i nagle wybuchła wojna?

Zmiana życia była szalona, dlatego że myśmy z mamą zostały same. Moi dziadkowie, którzy zajmowali mieszkanie na parterze, po szalonych zniszczeniach przenieśli się tutaj na górę, bo łatwiej było palić, łatwiej było w jakiś sposób żyć w ogóle. Jeszcze wtedy istniała moja niemiecka bona, która mnie wychowywała, potem Niemcy kazali jej naturalnie wrócić do Reichu, bo Niemka nie mogła być na służbie u Polaków. Dziadkowie w ciągu listopada i grudnia 1939 roku oboje zmarli, nie przetrzymali tego, co się działo. Zmiana była ogromna, nie było ani jednej szyby, ale to takie banały, bo Warszawa cała była bez szyb. Pamiętam tylko, jak okna były zabijane deskami, a źródłem światła były szyby wyjęte z dużych obrazów i wprawiane w deski.

  • Proszę powiedzieć o ojcu.

Tego nie będę poruszać, bo mam bardzo skomplikowaną sytuację rodzinną i szkoda czasu. Nie wiem jak to powiedzieć. Miałam dwie pary rodziców. Matkę rodzoną, która zmarła przy moim urodzeniu, i jej siostrę, którą nazywałam mamą, i którą do dziś uważam za matkę prawdziwą. Mój ojciec mieszkał zupełnie oddzielnie na Flory, żebyśmy byli jakoś blisko mimo wszystko, a moja prawdziwa, ale nie rodzona mama była żoną człowieka, który z natury rzeczy był moim wujem, jako jej mąż, był chemikiem, został jako oficer rezerwy zmobilizowany i dostał się do niewoli na wschodzie i zginął w Katyniu. Potem już wszystkie nasze losy były dwuosobowe, mama i ja. Trochę wybrnęłam z tej zawiłości.

  • Proszę powiedzieć, z czego się panie utrzymywały?

Mama była też chemikiem. W czasie okupacji kwitła taka działalność. To, co ona robiła, to były dwa środki słodzące – sacharyna i dulcyna. Dulcyna została wymyślona chyba wtedy w czasie okupacji przez grono z Politechniki Warszawskiej. Moja mama produkowała dulcynę. Były okresy głodu, ale potem już, jak weszła z dulcyną na rynek podziemny, [było lepiej]. Zresztą nie była w pojedynkę, to była cała pracownia, tak jak bimber się pędziło, to tutaj się pędziło Dulcyneę, żeby było z czego żyć. Tak żeśmy tutaj funkcjonowały.

  • Proszę powiedzieć, gdzie pani chodziła do szkoły?

Chodziłam do szkoły Roszkowskiej i Popielewskiej, to była prywatna szkoła na Bagateli 15, która w czasie wojny została przerobiona na szkołę krawiecką. Umiem do dziś na przykład cerować pończochy i przyszywać guziki. Obok tego szła w miarę możności cała edukacja na naszym poziomie dosyć dziecięcym. Krysia Pasiewska, koleżanka z zastępu i ja byłyśmy rocznikiem, który jeszcze był za młody do szkoły krawieckiej. Ewa Werbeliusz i Malina były już w pierwszej klasie krawieckiej, a my nie. Dla nas stworzono klasę, której nazwa dziś brzmi okropnie, klasa specjalna. Była to klasa specjalna dla tych za młodych dziewczynek, żeby można je było posłać do zawodówki. Tak to wyglądało aż do Powstania.

  • Gdzie się pani zetknęła z konspiracją? W szkole?

Jeszcze nie tak. Myśmy najpierw stworzyły własną tajną organizację, która nazywała się „Czajki”. Byłyśmy szalenie aktywne, pisałyśmy na płotach, na murach, robiłyśmy wieńce na groby, różne dziwne rzeczy. Potem nam się to znudziło, potem z tego wyrosłyśmy. Jakoś trafiłyśmy do harcerstwa szkolnego i trafiłyśmy całymi „Czajkami”. W „Czajkach” było wtedy osiem czy dziesięć dziewcząt, tak że sporo. Część z tych dziewcząt była strasznie zadowolona z tego szkolnego harcerstwa, a niektóre się buntowały. Byłam wśród tych, co się buntowały. Dla mnie było to coś nieopisanie sztucznego, jak mi na przykład kazali wierzyć, że świeczka wstawiona w drzwiczki pieca to jest harcerskie ognisko. Uważałam, że marnuje się nasz czas i siły na jakieś zupełne bzdury. Nie podobało nam się to.
Pewnego dnia zerwałyśmy z harcerstwem szkolnym i chodziłyśmy jak takie błędne owieczki, nie wiadomo było, co dalej robić. Wtedy właśnie starsza siostra Maliny, która miała dosyć duże rodzeństwo, wymyśliła nam kontakt, który się okazał wtedy kontaktem na „Parasola”, a myśmy tego oczywiście nie wiedziały. Całe „Czajki” stanęły tam do dyspozycji, ale w rezultacie zaczęłyśmy tylko my cztery. Postawiono nam dosyć wysokie wymagania w tym pierwszym kontakcie, powiedziano: „Pełna gotowość, stała dyspozycyjność, nieważne, co mówią rodzice, nieważne, co mówi szkoła, jak się zdecydujecie, to od tego momentu to dla was ma być najważniejsze”. [Zostałam], mimo strasznego z mojej strony uczucia ciężaru i lęku, jak temu podołam. Ale uważałam, że muszę podołać. Zostało nas cztery. Przydzielono nam zastępową Krysię Mikołajczyk, o której imieniu i nazwisku nie miałyśmy pojęcia przez cały ten czas, była „Kali” i koniec. Tak to wyglądało.

  • Czym się wtedy pani i pani koleżanki zajmowałyście?

Z początku był okres uczenia nas, ćwiczenia, między innymi ta nieszczęsna próba na Walicowie.

  • Proszę opowiedzieć.

To był jakiś wygłup, pomysł chłopców z „Parasola”, którzy, nie wiem, mieli za dużo czasu. 3. kompania „Parasola”, o ile wiem z późniejszych lektur i rozmów, była w fazie jakiegoś szykowania się dopiero, konstruowania. Była 1., 2., a 3. powstała najpóźniej i oni jeszcze ciągle byli w fazie organizacji, może mieli za dużo czasu, nie wiem. Myśmy były oddane im jako łączniczki. Zrobili sobie taką zabawę, to było na Walicowie, że myśmy miały wyznaczone godziny przyjścia, każda inną, jak się potem okazało. Tam była taka scena, taki sztafaż udający „sztabkę” w tym lokalu. To się zaczęło już od drzwi. Myśmy miały podane jakieś hasło i miał być jakiś odzew, tego odzewu nie było. Chłopak, który otwierał drzwi, w cywilu zresztą, łapał nas za ramię, mnie złapał za ramię i wciągnął do środka. Wtedy się okazało, że w ciemnym pokoju tego mieszkania parterowego siedzi jeden chłopak z rękami zaplecionymi na karku, a obok niego stoi, chyba też cywil, z czymś strzelającym wbitym między jego łopatki, potem jest biurko, za którym jest człowiek w mundurze gestapowca. Wtedy jak otworzyli paczkę, którą miałam zostawić pod tym adresem, to się okazało, że jest „Biuletyn Informacyjny” i był dorzucony do jakiejś kupki już tam leżących „Biuletynów”, tak że nie byłam chyba pierwsza. Było naturalnie pytanie: „Skąd to masz?”. Naturalnie była odpowiedź zawsze ta sama: „Nie wiem, jakaś pani podeszła do mnie na ulicy, powiedziała, że się źle czuje, powiedziała, żeby tutaj przywieźć”. I rechot, radość, że nic innego nie potrafisz wymyślić, tylko coś takiego głupiego: „Wszystkie mówicie to samo”. Oczywiście nie pamiętam już takich detali, co kto powiedział. Wiem, że był moment, kiedy ten gestapowiec, rosły chłop w pełnym umundurowaniu, siedział i tępo na mnie patrzył, to stwierdziłam, że nie będę rozmawiała przez pośredników, i zwróciłam się do niego po niemiecku, korzystając z tego, że byłam dwujęzyczna. To, mam wrażenie, ich strasznie speszyło, że nagle opowiadam płynnym niemieckim, a oni nie rozumieją, o co chodzi. Krzyknęli Halte M…, co znaczy „Zamknij pysk!” – i wyprowadzili tego chłopca, który niby był tam więźniem, i powiedzieli, że mam się namyśleć, bo za pięć minut wrócą i wtedy już będzie inna rozmowa. Bardzo się zlękłam tej innej rozmowy, ponieważ uznałam, że na pewno wszystko wygadam, jak zaczną się do mnie dobierać. Otworzyłam okno na podwórze, bo to było parterowe mieszkanie, i wyskoczyłam chyba z taką ukrytą nadzieją, że oni to zobaczą z innego okna i że po prostu mnie zastrzelą i będzie spokój. Aliści, nikt mnie nie zastrzelił. Doleciałam gdzieś do jakiegoś tramwaju. Już tutaj nie mam wspomnień takich ostrzejszych. W tramwaju zorientowałam się, że nie mam teczki. A w tym mieszkaniu, oprócz mojej mamy, gosposi zwanej w tamtych czasach służącą, mieszkała nasza zaprzyjaźniona rodzina z chłopakiem, który był w konspiracji. W ogóle rozpacz, bo przecież wiadomo było, że jak jadę tym tramwajem, a za chwilę mnie z tego tramwaju wyrzucą, to będą szybsi. Bardzo pomógł konduktor, który zatrzymał rikszę wręcz, jak mu powiedziałam, bo bełkotałam: „Nie mam pieniędzy, nie mam dokumentów, uciekłam z mieszkania, gdzie jest gestapo”. Zatrzymał najpierw tramwaj, a potem nadjeżdżającą rikszę i wpakował mnie do tej rikszy. Gdzieś do Klonowej żeśmy dojechali, potem już riksiarz nie chciał dalej [jechać]. Biegłam tu z górki, to jest troszkę ukośnie. Ale w domu była cisza i był spokój. Co więcej, nie wiem jak to się odbyło, bośmy nigdy o tym nie rozmawiały, jedna z dziewcząt Krysia Pasierbska była tu już na miejscu i powiedziała: „Przysłała mnie »Kali«, żeby cię uspokoić, że to była próba, jutro dostaniesz teczkę, książki, dokumenty i to wszystko”. Właściwie to ja ich znienawidziłam wtedy, co mi w jakiejś mierze zostało do dziś.

  • Proszę poopowiadać o rodzinach, które tutaj z panią mieszkały.

To byli kolejni tak zwani sublokatorzy, bo mama, żeby nas utrzymać, [wynajmowała] tamtą część mieszkania, która była o tyle wygodna, że miała własną łazienkę i sporo miejsca. To była jadalnia, tak zwany stołowy, tam kolejno mieszkali różni ludzie, których częściowo już nie pamiętam, niektórzy byli bardzo krótko. Najdłuższa obecność, bo do samego Powstania, była państwa Rudzkich, pani Barbara i Eugeniusz Rudzcy. Byli wysiedleni z Łodzi, on był oficerem zawodowym chyba w stopniu kapitana. Ich syn Jaś, który w czasie mieszkania tutaj robił maturę na kompletach, robił też maturę w szkole elektrotechnicznej i był też szeregowym żołnierzem Armii Krajowej. Pamiętam moje zupełne przerażenie i zaskoczenie, kiedy nagle nie wrócił na noc. Pani Rudzka, którą zwałam ciocią w miarę zaprzyjaźniania się, powiedziała mi: „On jest na ćwiczeniach. Nie martw się, on jest na ćwiczeniach”. Stopniowo odbywały się szczeble różnych wtajemniczeń. On zginął w Powstaniu, pierwszego dnia Powstania, 1 sierpnia, chyba o piątej piętnaście. W jego oddziale był tym pierwszym, który padł. W tym domu mieszkał też jego wielki przyjaciel, chłopiec z tej samej szkoły, Stefan Bogusławski zwany Stefulkiem. Razem byli w tym oddziale, też zginął, tylko Stefulek zginął 14 sierpnia na Narbutta. Wiem, że zginął też syn dozorcy Tadzio. Właściwie ci młodzi, którzy poszli do Powstania, to na ogół nie wrócili już. Tak było.

  • A w mieszkaniu pod państwem?

Był okres, kiedy państwo stąd zostali wysiedleni. To była dzielnica niemiecka. Zaraz przedłużenie Słonecznej to była Willowa, która rzeczywiście miała wille, które były zajęte przez oficerów gestapo pracujących na Szucha. Tak że to był okropny krąg. Tych domów nie było, to są powojenne. Ten dom stał w pustce, był omijany przez Niemców, ponieważ miał piece, tu nie było tego komfortu, zawsze się mówiło, że koło czterdziestego roku dom zostanie przebudowany i będzie centralne. Nie doczekaliśmy się, centralne powstało po wojnie, a chyba na szczęście pozostały tu piece i w związku z tym [dom] nie był bardzo lubiany. Jedyne mieszkanie, w którym zamieszkała rodzina folksdojczów, to było mieszkanie pod nami. To była folksdojczka bardzo niskiej kategorii, bardzo źle mówiła po niemiecku, dużo gorzej ode mnie, miała dwoje dzieci. Przypuszczamy, że wpadki, które były w tym domu, egzekucje, które się tutaj w tym domu odbywały, że to była jej robota. Ale to jest pogląd, który myśmy wyrażali tu, w tym mieszkaniu.
Po wojnie, rozmawiając z ludźmi, spotkałam się z przypuszczeniami, że zupełnie kto inny, nie będę plątać, kto to mógł być. Słyszałam co najmniej dwa nazwiska osób, które były podejrzane o sypanie w obrębie tego domu. Co było prawdą, nie wiadomo. Był czas, kiedy starałam się odtworzyć, bo na klatce C albo B odbyła się egzekucja w mieszkaniu. To było pięć osób ułożonych w taką gwiazdkę i wszyscy zastrzeleni, krew przeciekała przez sufity. Moczarski o tym pisał, cytuję fragmenty z Moczarskiego. Z Moczarskim widziałam się po wojnie, zupełnie nie kojarzył z tą folksdojczką, on zupełnie tego nie wiedział, w ogóle nie wiedział, że ona wydała Żydów, których przedtem przyjęła do siebie jako sublokatorów. To wszystko było poza nim, był bardzo zapracowany, ale właśnie on był tym człowiekiem, który był właściwy do rozstrzygania, kto tu jest zbrodniarzem, a kto nie.
Dwóch spośród tych rozstrzelanych ludzi to byli chłopcy z „Parasola”. Tam była jakaś tajemnicza historia. Zdaje mi się, takie słyszałam pogłoski, że drugie piętno, które na nich ciążyło, to było to, że byli Żydami. Do tego jeszcze w tym mieszkaniu nie zgadzała się ilość osób, tam było o jedną osobę za dużo. Były takie supozycje, że to był zrzutek radziecki, z którym te właśnie chłopaki miały współpracować jak gdyby wbrew „Parasolowi”, ale nie wiem. W każdym razie z Moczarskim próbowaliśmy oboje, ja bliżej, on troszkę z daleka, odtworzyć to, co tutaj się stało na tej sąsiedniej klatce schodowej. Ale nie udało się. Wtedy to były czasy, kiedy ludzie nie mówili, nie chcieli mówić, zamykali się. Ci nieliczni ludzie, do których dotarłam z 3. kompanii, bo to ciągle 3.kompania „Parasola” pętała się w tych wszystkich sprawach, tak mi się wydaje przynajmniej, nie chcieli ze mną rozmawiać, bali się po prostu. Były to czasy, kiedy tej przeszłości nie należało w ogóle ruszać. Może zapamiętałam, że to miał być zrzutek radziecki, a to w ogóle była czyjaś supozycja niczym nie poparta, nie mam pojęcia. W każdym razie odłożyłam to, nawet sporo napisałam na ten temat i nosiłam to Moczarskiemu, on to czytał, bardzo mnie zachęcał, żeby kontynuować, ale nie było materiału i na tym właściwie sprawa zgasła.
  • Proszę powiedzieć, czym pani zajmowała się na co dzień w konspiracji, jakie pani miała zadania?

To były dosyć banalne rzeczy. Nie pamiętam, jak to często było, dwa razy w tygodniu, trzy razy w tygodniu, codziennie, nie mam pojęcia. Codziennie nie, ale bardzo często, bo pamiętam udręki ze szkołą, z której trzeba było uciekać. Wzywała nas zastępowa i dostawałyśmy pocztę. Poczta to były takie maleńkie papieroski, bibułki poskładane i czymś, chyba kropelką jakiegoś kleju, sklejane. Ponieważ wtedy wszystkie mamy ubierały nas tak, żeby ubrania były jak najdłużej, to myśmy nosiły spódnice i sukienki z olbrzymimi zakładami, żeby można było popuszczać, mój patent był taki, że taki zakład był przez mnie nadpruwany w jakimś niewinnym miejscu i to była moja skrzynka na listy. Po czym zapinałam to agrafką i sunęłam. 3. kompania to była głównie Ochota i Wola. Taki był lokal, chyba nazywał się „Ananas” […], do którego bardzo często chodziłam. Potem się dowiedziałam, że Krysia Pasierbska, która mieszkała dwa domy dalej, też chodziła do „Ananasa”. Tam był duży ruch w interesie, ciągle trzeba było coś zanieść, przynieść. Czasem dostawałyśmy jakąś ambitniejszą przesyłkę. Chyba raz jeden niosłam jakąś broń. Oczywiście puchłam z dumy. Raz niosłam ten nieszczęśliwy chyba [pakunek], ubranko gestapowca. Kazali nieść ten mundur, czapkę to wszystko było oczywiście spakowane, ale wiedziałam, że to jest jakaś niesympatyczna przesyłka. To było stale to samo, aż do Powstania.

  • Proszę powiedzieć o Powstaniu.

W Powstaniu nie brałam [czynnego] udziału, dlatego Muzeum Powstania Warszawskiego właściwie nie powinno się mną zupełnie interesować. To było tak, że mama mnie wywiozła do Komorowa, bo były wakacje. Mama wynajęła pokoik i miałam zażywać świeżego powietrza, ale to było tuż przed Powstaniem i wtedy właściwie już trzeba było być codziennie w Warszawie, prawie codziennie. Zapamiętałam to jako pasmo udręki, ponieważ nie miałam pieniędzy na kolejkę, więc jeździłam na zderzakach na zewnątrz kolejki, nie jako jedyna, bo wtedy [były] tak zwane winogrona na tramwajach, kolejkach (obecnych WKD, wtedy EKD), to było normalne, oczywiste. Przyjeżdżałam do Warszawy, coś mi tutaj kazali znowu nosić, tak jak wtedy się to robiło. I przez kogoś, przez którąś z koleżanek dostałam polecenie od „Kali”, że mam się zgłosić do jakiejś intendentury. Zaczęłam tej intendentury z dość dużym obrzydzeniem szukać, bo ja chcę walczyć, a tu wymyślili jakąś intendenturę. Jakoś tak to się odbyło, że tej intendentury nie znalazłam czy adres miałam źle podany i miałam go dopiero zweryfikować, w każdym razie nie dotarłam do tej intendentury.
Jakieś trzy, cztery dni przed Powstaniem powiedziałam mamie twardo, że jeżeli nie wrócimy do Warszawy teraz, zaraz, już, to wracam sama, uciekam i wracam do Warszawy. Mama biedna nieszczęsna pod tą presją zwinęła nasz letni pobyt w Komorowie i wróciłyśmy do Warszawy. Ja prawdopodobnie nabawiłam się w jazdach na zderzakach jakiegoś potężnego zaziębienia, bo dość nagle, właściwie równocześnie z wybuchem Powstania, tak to zapamiętałam, dostałam bardzo wysokiej gorączki i właściwie nie nadawałam się do niczego poza leżeniem. Jeszcze był taki moment, że biegałam po piwnicach, ale już nie pamiętam dlaczego. W każdym razie schorowałam się. Ta choroba robiła wrażenie ciężkiej i coraz większej, a w naszej części Mokotowa nie było Powstania. Tu Niemcy byli tak ufortyfikowani w Instytucie Higieny – Willowa, Szucha, a tu otwarte pola, pola, pola. Do samej linii Łazienek nie było żadnej zabudowy, to wszystko było jak na patelni. Ktokolwiek się tam pojawiał, to pyk! – „gołębiarz” siedział chyba na Klonowej w tych wystających domach i załatwiał. Takie pojedyncze trupki leżały w różnych miejscach. Niemniej mama przerażona moim stanem uzbroiła nas w jakieś białe ręczniki na kijach i pewnego dnia – nie wiem, którego dnia Powstania – wyruszyłyśmy do późniejszego Instytutu Hematologii, w którym był szpital. Tam, po pierwsze […] stwierdzili, że mam obustronne zapalenie płuc i że właśnie to jest przyczyną gorączek i tego wszystkiego, wszystkiego po drugie, co śmieszne, tam spotkałam Ewę Berberyusz. To ona też potwierdziła w swoich wspomnieniach, że my, najbliższe przyjaciółki spotkałyśmy się tam jak dwie obce osoby. Może za duży był natłok tych wrażeń, wszystkiego, co się z nami działo. „A, jesteś, jest twoja mama, no to cześć”. Zupełnie chyba jakieś wygaszenie uczuć, że tak powiem, wyższych.
Wróciłyśmy tutaj też oszczędzone jakoś przez tego „gołębiarza”, przez tego snajpera. Tu było piekło, dlatego że ten dom był oddany we władania „ukraińcom”, to były po prostu rosyjskie oddziały pod komendą niemiecką. Potworne, potworne… Mam wypisy z cudzego pamiętnika robionego tutaj w tym domu, młoda kobieta, której mąż poszedł do Powstania i nigdy nie wrócił, i która miała dwoje maleńkich dzieci, notowała jednozdaniowe zdarzenia z pobytu w tym domu. Dopiero właściwie potem, wtedy jak je przeczytałam, dotarło do mnie, że dla nas Niemcy to był ratunek, ponieważ koszmarem byli tak zwani „ukraińcy”, którzy wygarnęli właściwie wszystkie dziewczyny i zgwałcili, gdzie się tylko dało, a następnie wyprowadzili wszystkich mężczyzn, łącznie z chłopcami z jakiegoś harcerskiego oddziału, którzy się nie dostali się na swój punkt przez tę idiotyczną piątą po południu. Byli u nas w piwnicy, to były niewiele starsze ode mnie chłopaki. Wszystkich rozstrzelano, ocalał właśnie pan Rudzki, czyli nasz sublokator, i jeden z dwóch dozorców. Ocalała też Zuzia, Ukrainka zresztą, którą moja mama zabrała ze schodów. To jest dziewczyna, która jak rozpoczęła się strzelanina, nie zdążyła nigdzie dojść. Ocaleli dzięki temu, że w tej części, dziś już przeze mnie nieużywanej, była duża łazienka z dużą wnęką na ręczniki i ze stojącą obok łazienkową, białolakierowaną szafą. Dorośli tą szafą zastawili wnękę ręcznikową, tam były ręczniki i szlafroki […] i to była skrytka. Rudzki i Zuzia, jak się zaczynała jakaś szamotanina i strzelanina, ryki tych pijanych „własowców”, jak się ich nazywało, to oni tam szli. Ich tam się zastawiało tą szafą. A ja z kolei leżałam w tym pokoju pod tą ścianą, bo to było stosunkowo najbezpieczniej, tak wymyślili dorośli, gdzie będzie najmniej pod obstrzałem. Leżałam tutaj. Na drzwiach była kartka: „Tyfus” w paru językach i również grażdanką wypisane dla nich i ich odrzucało od tych drzwi, tak że myśmy mieli nadzwyczajne szczęście. Potem zaczęłam dobrzeć, tak że jak nas wyrzucali, wyprowadzali stąd, to byłam już na własnych nogach.

  • Kiedy państwa wyprowadzali?

Nie jestem pewna, 26 albo 28 sierpnia, tak że stosunkowo wcześnie, ale tej daty ściśle nie pamiętam, który to był. To były same kobiety, same dzieci i wśród nich ten dozorca i Rudzki – dwa rodzynki. Ale to już inne oddziały nas wyprowadzały, Niemcy, więc ich to nie interesowało, dlaczego tych dwóch mężczyzn przeżyło. Jednego dozorcę rozstrzelali, takiego, który naszą klatką się zajmował, pan Bąk, mój ukochany, został rozstrzelany, a drugi przeżył. Tak to było.

  • Wtedy do Pruszkowa?

Najpierw do Pruszkowa, a potem z Pruszkowa do Niemiec. Myśmy tam dosyć długo siedziały z mamą, państwo Rudzcy wrócili wcześniej, już wiedząc, że syn nie żyje. Ja tam dużo chorowałam i wiedzieliśmy, że tutaj nie mamy wstępu, odebrano nam ten dom, przestał być własnością spółdzielców, bo tej dom budowany jako spółdzielnia mieszkaniowa, a został upaństwowiony. W tym mieszkaniu z nadania kwaterunkowego było kilka rodzin i wiedziałyśmy z mamą, że nie mamy dokąd wracać. Przymusiłam ją, żebyśmy tu wróciły, bo ona, jako chemiczka, miała propozycję na przykład z Francji, to zapamiętałam, z jakiejś firmy, z którą miała do czynienia zawodowo. Ale ja naturalnie znów tupałam nogami, histeryzowałam, że ja z nią nie pojadę w takim razie i wracam sama do Polski. I wróciłyśmy obydwie. Ale to był dopiero maj 1946 roku, tak że prawie dwa lata w tych Niemczech żeśmy spędziły.

  • Gdzie dokładnie panie były w Niemczech?

Nikt nie wie, że taka miejscowość istniała, to się nazywało Wennemen Kreis, czyli powiat Meshede, to było na pograniczu Zagłębia Ruhry i Westfalii, mała miejscowość i olbrzymi węzeł kolejowy. Tam wszyscy niewolnicy byli po prostu kupieni przez Baumaister Rail, czyli zarząd kolei, na takim targowisku w obozie przejściowym do prac na torach. Przez jakiś czas były to bardzo ciężkie prace, a potem w ogóle tej pracy nie było, bo alianci tak rąbali te tory, że już nie dało się nic naprawiać, to już wszystko było jedna wielka dziura, jeden wielki lej. Były straszne bombardowania. Jeśli się kiedyś czegoż zaczęłam naprawdę bać, to tam w tym obozie tych nalotów. Straszne bombardowania… Oni niszczyli te węzły kolejowa, a my jako robotnicy tej Baumaister Rail mieszkaliśmy praktycznie na torach. Tory były pokręcone, miedzy nimi były takie wyspy, na których stały baraki. Byłam tam po wojnie obejrzeć to sobie, ale już nie było baraków, z trudem wypatrzyłam, w którym miejscu był ten obóz. To nie był zresztą wielki obóz, bo te obozy były rozrzucone wzdłuż linii kolejowej, żeby te brygady niewolników były odpowiedzialne za odpowiednie kawałki tego toru. Potem to już nic pozytywnego dla Niemców nie mogło się wydarzyć.

  • Proszę powiedzieć, czy po wojnie miała pani jakieś kłopoty z tego powodu, że należała pani do konspiracji?

Nie, żadnych. Ja się nigdzie z tym nie zdradzałam, nie wstąpiłam nawet do żadnego harcerstwa. Uważałam, że ten niespełna rok w Warszawie, a przedtem „Czajki”, to już dosyć, że mam dość. Tak że żadnych kłopotów. Jedyny akcent, to z książką, której nie chciano mi wydać.

  • Czy mogłaby pani opowiedzieć, skąd się wziął pomysł, żeby napisać tę książkę? W którym to było roku?

Gdzieś w pierwszej połowie sześćdziesiątych lat, a może w połowie lat sześćdziesiątych, jakoś tak. Myślę, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można to nazwać autoterapią, bo ciągle jednak tkwiłam w jakimś zaklętym kręgu. Po szkole, bezpośrednio po maturze zaczęłam chodzić w góry, wspinać się, nawet wtedy z dosyć dużymi [sukcesami] (niemieckie słowo Erfolg mi przychodzi do głowy), dość skutecznie, dobrze się wspinałam. Był to jakiś ekwiwalent przeżywania jakichś sytuacji granicznych między życiem a śmiercią, bo jednak te ówczesne wspinaczki były najwyższej skali trudności, tylko takie mnie bawiły. Zresztą naturalnie miałam tam wypadek, leżałam w szpitalu. Potem przestałam chodzić w góry, bo doczekaliśmy się dziecka, więc w tym momencie powiedziałam: „Nie, moje dziecko nie będzie sierotą”, i przestałam chodzić po górach. Ale żyłam w takim kłębuszku wrażeń, przeżyć wczesnych. Ponieważ całą okupację pisałam pamiętnik, z tym że on był o wiele mniej dosłowny niż to, co potem z niego wytworzyłam na potrzeby książeczki. I napisałam i komuś z moich przyjaciół, przyjaciół, ludzi, którzy mieli troszkę podobne losy i przeczytali to z zainteresowaniem, to się podobało, ktoś mnie zaprotegował do „Czytelnika”. Tam oni to trzymali, trzymali, potem mnie wezwali i pamiętam, powiedzieli, że to nie jest dla nich tematyka, ich to nie interesuje, że gdyby to były wspomnienia obozowe, to tak, ale takich harcersko-akowskich to nie. I to sobie poszło leżeć, jak to mówią. Leżało blisko dwadzieścia lat, właśnie do czasu, kiedy po jakichś wspominkach ktoś z przyjaciół powiedział: „Słuchaj, powinnaś to napisać”. I właśnie wtedy mój mąż wypalił: „Ależ ona to napisała” – i wręczył temu komuś ten maszynopis. Ja się trochę broniłam, ale w końcu myślę sobie: „Ach, co to, niech czyta” Za moimi plecami Staś dał to dalej i tak to się skończyło. Pan Lech Isakiewicz był redaktorem. […]

  • Proszę jeszcze powiedzieć, wszystko, co pani napisała w tej książce, było oparte na faktach?

Tam jest trochę koloryzacji, jest trochę zmian, nie wiem dlaczego, ale tak jest. Większość, powiedziałabym, że w proporcji siedemdziesiąt procent do trzydziestu, co najmniej siedemdziesiąt procent to jest rzeczywistość. […]



Warszawa, 9 marca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Czoch
Teresa Węgrzynowicz Pseudonim: „Teresa” Stopień: cywil Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter