Witalis Waldemar Skorupka „Orzeł”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Witalis Waldemar Skorupka. Urodziłem się 16 lutego 1923 roku w Sokółce, w województwie białostockim. Pod koniec okupacji mieszkałem z rodzicami w Warszawie, ale ogólnie okupację spędziłem na terenie Siedlec.

  • Jaki był pana pseudonim?


„Orzeł”.

  • Jaki był pana stopień wojskowy?


Starszy sierżant Armii Krajowej, w akcji „Burza” zastępca dowódcy plutonu.

  • Proszę opowiedzieć o akcji „Burza”. Jak się zaczęła?

 

Akcja „Burza” zaczęła się w lipcu 1944 roku. Na miesiąc przed Powstaniem Warszawskim była koncentracja oddziałów Armii Krajowej 8. Dywizji 22. Pułku Siedleckiego, gdzie wchodziła w skład kompania „Kedywu”, czyli dywersji, w której uczestniczyłem w wielu akcjach. W lipcu spędziliśmy na koncentracji na terenie Siedlec prawie dwanaście dni. Kiedy miasto Siedlce było otoczone przez armię sowiecką, było bronione przez pułk grenadierów niemieckich z Wehrmachtu, z Pomorza i niedużą jednostkę pancerną SS. Broniło się dwanaście dni i dwanaście nocy. Było bombardowane. Zostało trochę zniszczone w 1939 roku, a potem w 1944 roku. W czasie walki obroniliśmy przez wysadzeniem więzienie, elektrownię, wiadukty... Oczekiwaliśmy, że miasto będzie atakowała dywizja, która się koncentrowała w okolicy Białej Podlaskiej. Dowódcą dywizji był generał Bitner, pseudonim „Halka”, który z całym sztabem w lipcu w czasie koncentracji został wywieziony do Związku Radzieckiego, a większość żołnierzy albo wcielono do armii idącej ze wschodu – 1. Dywizji Kościuszkowskiej, albo wywieziono ich w głąb Rosji. Mój pluton z dowódcą ocalał w czasie wyjścia z miasta. Po zdobyciu Sowieci transportowali nas na zaplecze miasta.

  • Jakie pan miał zadanie? Być przyjaźnie nastawionym do Sowietów?


Tak. W czasie walk mieliśmy bezpośredni kontakt z oddziałami rosyjskimi atakującymi miasto. Jedenaście czołgów przedostało się od strony warszawskiej, od dworca kolejowego w kierunku na Sokołów, gdzie wycofywała się armia niemiecka, cofając się na Sokołów-Białystok. Po prostu z tego okrążenia jednostki niemieckie wycofywały się łącznie z kotłem niemieckim. Przez Warszawę przed Powstaniem Warszawskim wędrowały dwie dywizje SS – „Grossdeutschland” i „Viking” – w przededniu Powstania Warszawskiego na odbicie kotła brzeskiego.

  • Co pan robił?


W czasie walk mieliśmy rannych i straty, natomiast nawiązaliśmy kontakt z oddziałami radzieckimi, bo takie było polecenie. Rosjanie w pierwszych dniach bardzo chętnie korzystali ze wszystkich informacji i żołnierzy do walki. Potem normalnie rozbrajali albo wywozili na wschód. Nawiązaliśmy kontakt – konkretnie mój pluton – z jednostką broni pancernej. Proponowaliśmy, żeby szli uderzeniem przez miasto, a nie poza miastem, łąkami w kierunku na rzekę Sekułę, gdzie były torfowiska, dlatego że do naszej grupy dołączyła grupa żołnierzy Wehrmachtu z Pułku Grenadierów Pomorskich. Pułk przeprowadził przedwojenny kapral Wojska Polskiego, który nawiązał z nami kontakt i miał zaszytą w mundurze książeczkę kaprala Wojska Polskiego. Przechował jako dowód, że jest Polakiem. Na Pomorzu brano przymusem do Wehrmachtu – okolice Bydgoszczy, dawnego korytarza pomorskiego i większość Pomorzan służyła w Pułku Grenadierów Pomorskich.

  • Przyszli w tych mundurach?


Tak, w mundurach i w tych mundurach z nami byli. Chcieliśmy ich wykorzystać...

  • Jak przyszli? Tak normalnie? Przecież byście do nich strzelali. Jak nawiązaliście kontakt?


Oni nawiązali z nami. Doszli z jakąś białą [flagą]... i ten kapral został doprowadzony do dowódcy. Nawiązał kontakt. Powiedział, że ma grupę Polaków, którzy nie mają zamiaru się bić, a ponieważ wiedzą, że oddziały polskie (od kresów począwszy, od Wilna) partyzanckie walczą, chcieli przejść na stronę tak jak na wielu frontach przechodzili Polacy, którzy przymusowo byli wcieleni. Jak w Afryce, tam masę żołnierzy przeszło.

  • Jak przyjęliście tych żołnierzy?


To samo było w Polsce. Polacy wcieleni przymusem do armii niemieckiej usiłowali nawiązać kontakt. Dowodzący oddziałem porucznik Gilewicz, pseudonim „Krukowski” zaproponował im, że przy pomocy tych w mundurach Wehrmachtu będziemy likwidować stanowiska (bo likwidowaliśmy, rozbrajaliśmy przy pomocy tych Polaków, którzy przeszli na naszą stronę) Niemców, i że oni będą wiedzieli, gdzie są punkty oporu. Niemcy przeważnie otrzymywali broń pancerną z Panzerfaustów. W różnych miejscach byli ulokowani, a w kierunku na Sokołów było parę czołgów ustawionych poza domami i mieliśmy informacje. Proponowaliśmy, żeby rosyjska jednostka jedenastu czołgów uderzyła przez miasto, że łatwiej będzie likwidować stanowiska obrony niemieckiej, jak iść łąkami i torfowiskami. Z jedenastu czołgów ocalał tylko jeden, a co ciekawe za czołgami T-32 (słynne czołgi rosyjskie) przyjechała ich piechota, przeważnie Azjaci. Nie mieli innych pojazdów. Za niektórymi czołgami mieli sanie. Na saniach jechali żołnierze Azjaci. Ciągnęli sanie. Olbrzymie sanie zdobyli w jakichś dworach zamiast pojazdów. Żołnierze siedzieli na czołgach i na saniach. Trudno mi dzisiaj określić, ile było, ale były sanie.

  • To było lato?


Tak. Lato.

  • Jak pan i koledzy przyjęliście żołnierzy Wehrmachtu?


Przyjęliśmy jako Polaków, bo zaufaliśmy temu kapralowi, i że mówią po polsku. Potem zostali wywiezieni w głąb Rosji, a kapral zginął w końcowych walkach, zresztą zginęło trzech tych Polaków z Pomorza.

  • Jak się nazywał ten kapral?


W tej chwili nie pamiętam, ale musiałbym się z moim jeszcze żyjącym środowiskiem i córkami naszego dowódcy skontaktować, w którym zachowanym archiwum są nazwiska tych ludzi. On był pochowany. Potem po wojnie została powiadomiona rodzina, że zginął w obronie kraju i rodzina brała jego zwłoki do swoich grobów na Pomorze.

  • Resztę tych, którzy przeżyli, Rosjanie wywieźli na Syberię?


Wszystkich. Poza tym Rosjanie nam zarzucili w pierwszym czytaniu, że współpracujemy z Niemcami, bo mamy żołnierzy w mundurach niemieckich. Tłumaczyliśmy, że zostali siłą wcieleni do armii niemieckiej i przeszli na naszą stronę. Proponowali, że wermachtowcy Polacy ułatwią im przejście przez miasto, bo znali hasła, znali punkty oporu i tak dalej, ale oni uważali prawdopodobnie, że ich chcemy wprowadzić w zasadzkę. Moja mama urodziła się w Rosji w Mariupolu nad Morzem Azowskim w rodzinie polskich kolejarzy i mówiła, żebym się uczył języka rosyjskiego. Potrafiłem rozmawiać z Rosjanami. Gromada jeńców się tam kręciła, były obozy jeńców rosyjskich. Tłumaczyłem im i poza tym Rosjanka – komisarz, która pierwsza z nami rozmawiała, jak się zorientowałem o jej narodowości, miała gazetę „Żołnierz Wolności” drukowaną w Chełmie, nie w Lublinie. Dopiero w końcu września władza sformowana na Wschodzie przez Chełm przeniosła się do Lublina i ta gazeta była drukowana w Chełmie. Był Komitet Wyzwolenia Narodowego z Bierutem, Osóbka-Morawskim, Żymierskim i tak dalej. Ona nam tę gazetę wciskała, bo miała Polakom rozdawać, że taka władza idzie. Pierwsze pytanie, jakie było rzucone, to: Za kogo wy prawisielstwem? Za jaką władzą? Mówię: My za Londynem. Nasze prawisielstwo jest w Londynie. Ona mówi: Nicziewo, z Moskwy idio wasze, toże prawisielstwo z Londynu i wasze. – „Nasze tu i z Londynu się porozumieją i będziemy wspólnie walczyć przeciwko Niemcom”. – „To będziemy wspólnie walczyć”. Zaproponowaliśmy im wtedy uderzenie w kierunku na Sokołów-Białystok, gdzie armia niemiecka, te resztki się wycofywały z kotła. To był 24, 25 albo 26 lipca 1944 roku. Oni nam powiedzieli, że uderzenie zrobią poza miastem. Kocioł się zamykał, droga została przecięta armii rosyjskiej od strony Kałuszyna, konnej, nie pancernej i potem poszli w kierunku na Rembertów. Dlatego wybuchło Powstanie Warszawskie, bo czołgi się od razu pokazały blisko Warszawy i walki się tam rozpoczęły w kierunku Rembertowa, dlatego wybuchło Powstanie 1 sierpnia, ale to był koniec lipca. […]

 



  • Ci Sowieci to byli najpierw przyjaciele? Jak zaczęli was traktować później?


Tak. Mówili, żeby nasze zgrupowanie razem atakowało Niemców czołgami. Dowódca powiedział, że nie znamy współdziałania z czołgami, z bronią pancerną, niech idą pierwsi za czołgami żołnierze rosyjscy, radzieccy, a my w drugim rzucie. Poprowadził nas w drugim rzucie, w oddaleniu. Jak się zbliżali do domów przedmieścia w kierunku na Sokołów, to zza tych domów wyjechały niemieckie czołgi, parę czołgów było spalonych, masę domów było spalonych w mieście w czasie walk i jeden po drugim płonęły jak zapałka. [Niemcy] zaczęli bronią maszynową siec po tej tyralierze rosyjskiej, a politrucy rosyjscy strzelali do żołnierzy, żeby szli do przodu. Strzelali do swoich żołnierzy, politrucy zabijali swoich żołnierzy! My leżeliśmy w oddaleniu. Na naszych oczach się to wszystko odbywało. Błyskawicznie cofnęliśmy się do rogatek warszawskich, bo to się wszystko działo przy rogatkach warszawskich, jak się wjeżdża do Siedlec, przed rzeką Sekułą. Jest taka rzeka Sekuła, a przedmieście było w kierunku [niewyraźnie] w prawo. Z tych czołgów jeden uciekł i my przejęliśmy masę tych popalonych, rannych, którzy się uratowali. Dworzec był zdobyty, opanowany przez inne jednostki, więc mój dowódca mnie wysłał z patrolem. Mówi: „Witalis, idź do następnej jednostki, porozmawiaj, że mamy rannych czołgistów, żeby ratować tych rannych”. Jak się dostałem do jednostki rosyjskiej, która się znajdowała w okolicy dworca siedleckiego, to rozmawiałem z jakimś wyższym oficerem, do którego doszedłem. Mówiłem mu, że rosyjscy żołnierze z pancernej jednostki są ranni. Ten pułkownik czy oficer mówi do jakiegoś: Tam ranne nasze soldaty. On mówi: Towarisz polkownik! To nie z naszej czaści – to nie nasi żołnierze. W ogóle się nie zainteresowali. Trzech żołnierzy i jeden oficer tak byli poparzeni, że popełnili samobójstwo. Nie mogli wytrzymać odniesionych ran, oparzeń. Po prostu strzelali do siebie.

To już był koniec walk. Wtedy naszą grupę przejęli łącznicy armii sowieckiej łącznie z tymi, którzy do nas przyszli z Wehrmachtu i w kierunku na Wiśniew – to jest w kierunku na Łuków jak z Siedlec – zboża były. Pewnie jeszcze nie zdążyli sprzątnąć. Na polach było masę zbóż, a my mieliśmy z magazynów niemieckich papierosy, alkohol w manierkach i tak dalej. Poza tym w „Kedywie” mieliśmy mundury zrzutowe angielskie i broń zrzutową. W czasie akcji byliśmy w mundurach. Zalegliśmy w zbożu, pierwsza grupa poszła z innymi i tych potem złapali i wywieźli, względnie wcielili do armii, a moja grupa, zalegliśmy w zbożu. Zacząłem rozmawiać z tym lejtenantem, a on mówi: „Ja Ukrainiec, a wy akowcy. Takich jak wy, to stale wywożą w głąb Rosji, czy wy wiecie?”. Mówię: „Tak, wiemy” – bo mieliśmy Ostrą Bramę, informacje w gazetkach, w „Biuletynie Informacyjnym”. Informowali, co się dzieje z 27. i 30. Dywizją Wołyńską czy z brygadami wileńskimi. Te informacje docierały, ale rozkaz był na współpracę. Od Ostrej Bramy począwszy po działanie 27. Dywizji, 30. Dywizji czy tych zgrupowań innych dywizji już na Mazowszu zadaniem była mobilizacja i pójść na pomoc Warszawie, do Powstania Warszawskiego, do czego nigdy nie doszło, bo zgrupowania partyzanckie i mobilizowane były rozbrajane albo wcielane na siłę do pseudo-demokratycznej armii lubelskiej, kościuszkowskiej.

  • Co się stało z panem?


Ten oficer jak z nami wypił, mówi: „Wy wracajcie z powrotem. Powiem, że wy się mnie urwaliście – mówi –Jak przyjdzie wasze arużjo wziemlu – ja Ukrainiec wcielony do armii radzieckiej już niedawno z terenu Ukrainy – jak wasze prawisielstwo przyjdzie z Londynu, to wy sobie tę broń wyciągniecie”. Nasze zgrupowanie było stosunkowo mocno uzbrojone. Mieliśmy zapasy amunicji, zresztą te magazyny dopiero niektóre w późniejszych latach zostały wykryte czy wydane. Potem część broni była w lesie do amnestii 1947 roku w oddziałach.

  • Proszę opowiedzieć jak to było, że pan szedł z rozkazami do Warszawy.


Weszliśmy do miasta, rozbroiliśmy, schowaliśmy broń, bo mieliśmy odpowiednie miejsce skrytek, przebraliśmy się w mundury cywilne i dowódca pułku, który w tym czasie dotarł do miasta, pułkownik major „Ziemowit” Zawarczyński, dał rozkaz dowódcom, którzy ocaleli, żeby się ukrywać, bo będą wyłapywać. Po tych akcjach nasze twarze i działania pokazały się wobec ludności, a byli różni. Zbierali z pobojowisk, broń, która nas interesowała, amunicja, broń, jakieś pozostałości w magazynach i tak dalej. Dowódca pułku dał rozkaz, żeby do miasta wmaszerowali (w gminie Wiśniew był Batalion BCh podporządkowany Armii Krajowej) koledzy, którzy chcą wejść do miasta – oficjalnie wmaszerowali z batalionem BCh. Dzień czy dwa po walkach ten batalion ze sztandarem 22. Pułku, który ocalał z wojny 1939 roku – zresztą potem władza komunistyczna spaliła ten przedwojenny sztandar 22. Pułku Piechoty – wmaszerował do miasta. Wiadomo, że w tym batalionie BCh byli nasi ludzie. Przejęli najrozmaitsze funkcje ochrony pewnych obiektów, które ocalały, i stworzyli tak jakby pierwszą [służbę porządkową] – jeszcze się nie nazywała Straż Obywatelska, nie wiem, czy milicja, ale już funkcjonowali, mieli broń i pilnowali.

  • Co pan robił?

 

Ukrywałem się, krótko mówiąc, ale parę dni po tym zostałem wezwany przez majora. W mieszkaniu konspiracyjnym zobaczyłem pułkownika Janczara, inspektora Komendy Głównej Armii Krajowej, zamordowany w więzieniu praskim 6 marca 1945 roku, aresztowany przy stole wigilijnym koło Węgrowa w 1944 roku w dekrecie o faszyzacji kraju. W tej samej celi, z której wyprowadzono go na stracenie, potem siedziałem w 1945 roku jesienią z karą śmierci. Inspektor odznaczał mnie zresztą dwa razy w czasie okupacji. Dowodził naszym zgrupowaniem, kiedy wysadzaliśmy w grudniu Urlaubzug, niemiecki pociąg.

  • Po co on pana wtedy wezwał?


Wezwał mnie i powiedział tak: „Wiemy, że jesteś z Warszawy, i że masz rodzinę w Warszawie. Potrzebujemy do Powstania Warszawskiego przenieść określone, zaszyfrowane meldunki o sytuacji, jaka jest w związku z koncentracją tych oddziałów. Już generał Bitner i ci inni, którzy mieli jako duża jednostka iść w kierunku Warszawy, są dosłownie zlikwidowani przez wkraczającą armię sowiecką. Dostaniesz dobre lewe papiery milicyjne”. Wtedy komendantem ochrony, która potem nazywała się milicja, był porucznik Grzebisz zamordowany w 1945 roku, a jego zastępcą był starszy cenzusem sierżant policji granatowej Żaczek, który za okupacji nie służył, a był dowódcą żandarmerii i 22. Pułku. Wystawili mi mocne papiery, że jadę do Warszawy w poszukiwaniu rodziny. Dostałem odpowiednie zaopatrzenie, odpowiednią ilość dolarów, zaszyfrowane zeszyty i w mundurze angielskim, w którym byłem, z opaską MO, rowerkiem... To już był wrzesień, Praga została zdobyta 17 września, a ja może 20 września już byłem w Warszawie na Pradze, kiedy prawa Warszawa została zdobyta. Przyjechałem z zadaniem do wykonania, a ponieważ miałem rodzinę, która mieszkała na Sadybie, a jako chłopak znałem okolice i wiedziałem jak w kierunku na Siekierki można przepłynąć, a jeszcze plus miałem taki, że ojca najstarszy brat, stryj Feliks, był drogomistrzem na odcinku Warszawa-Otwock, Warszawa-Mińsk Mazowiecki. Ten odcinek drogi miał w nadzorze i miał ładny trzypiętrowy dom przy pętli na Gocławku. Niecałe 900 metrów za ostatnią pętlą po prawej stronie miał dom.
Dobrnąłem do Warszawy. Dwa razy mi tylko sprawdzali papiery. Miałem odpowiednie papiery. Wiadomo, że broni przy sobie nie miałem. Dobrnąłem do Warszawy szczęśliwie, z zapasem żywności, alkoholu i tych innych. Dojechałem do domu stryja. Ta część Pragi była ostrzeliwana przez Niemców, bo Niemcy byli po drugiej stronie. Warszawa płonęła. Wiadomo – już Powstanie trwało od 1 sierpnia, a to był 20 września. Popatrzyłem, że domu stryja nie ma, tylko kupa gruzów. Nikogo nie miałem w tej okolicy, żebym mógł się zatrzymać albo uzyskać jakieś informacje o stryju, więc udałem się mniej więcej w kierunku ulicy Marsa, tak jak jest ta nowa prasa wybudowana, tam były jeszcze drewniane domy. Zobaczyłem starszą panią i zapytałem: „Czy mógłbym u pani zanocować?”. Ona mówi: „Proszę bardzo”. Mówię: „Przyjechałem na poszukiwanie swojej rodziny, która jest po drugiej stronie, bo może Powstanie i front pójdzie bardzo szybko za Wisłę”. Wojska wszędzie multum. Rosyjskiego i polskiego wojska pełno wszędzie. Pani zrobiła posiłek, miałem zapasy żywności. Mówię: „Proszę pani, czy pani nie zna Feliksa Skorupkę, który był tu drogomistrzem? Miał dom wysadzony w powietrze po drugiej stronie”. Mówi: „Wiem, że był tu drogomistrz, ale – mówi – proszę pana, jego dróżnik na pewno wie, gdzie jego mistrz jest”. Dróżnik mówi: „Tam, dwie ulice dalej mieszka”. Dróżnik też dostał swoje, bo na tej samej trasie przed Aninem miał po prawej stronie domek. Doglądał odcinek drogi, bo to były podzielone drogi. Rano udałem się do tego pracownika mojego stryja i on mi powiedział: „Pana stryj po wysadzeniu w powietrze ze stryjenką mieszka w Rembertowie, żyje i pełni już funkcję drogomistrza w Otwocku, w starostwie. Te odcinki drogi do niego należą”. Miałem zadanie, określony cel i jak tylko raniutko wstałem, to rowerkiem pojechałem w kierunku Wałów Miedzeszyńskich, w kierunku na wieś Błota. Tam była wielka hodowla chrzanu i gospodarstwa badylarskie, ale przeważnie chrzan był, w każdym razie bardzo blisko dotarłem do wałów. Spotkałem ziemlankę, w której byli z 3. Dywizji Traugutta, która potem robiła desant na Powiśle. Chłopaki z 27. Dywizji Wołyńskiej.
Miałem bimberek, miałem dobre kiełbasy suszone. Usiadłem z chłopakami. Widzą mundur, opaskę milicyjną, zaczęli ze mną swobodnie rozmawiać. Zorientowałem się, że to przyzwoite chłopaki. Mówię: „Słuchajcie! Muszę się dostać na drugą stronę”. – „Co? Chcesz się do Powstania dostać? Co ty tam opowiadasz... ale my ci pomożemy. Chodzi patrol na zwiad, na drugą stronę Wisły przepływa i oni cię przerzucą. Mamy kumpli, którzy chodzą za językiem na drugą stronę. Na razie kładź się z nami tu w ziemlance”. Oni mieli punkt pomiarowy artylerii dla jakiejś jednostki artyleryjskiej, bo tu stały jednostki polskie już po zdobyciu Pragi, które po desancie na Powiśle, jak Berling został aresztowany, zostały wycofane.

Stoję przy ziemlance skoro świt. Rosyjski patrol i polski – ktoś już doniósł, że z żołnierzami jest jakaś obca osoba. Poprosili mnie o papiery, wyciągnąłem kartę, że jestem urlopowany celem poszukiwania rodziny, a oni mówią: „Proszę zabierać wszystkie swoje rzeczy i iść z nami”. Wsadzili mnie w willysa, w samochód i zawieźli mnie koło Dworca Wileńskiego do Dyrekcji Kolei Państwowych, których budynki stoją do dnia dzisiejszego. W podziemiach tej dyrekcji urzędowała już NKWD i jakaś polska jednostka śledcza. Rower zostawili, moje rzeczy zrewidowali i też zabrali. Siedziałem w tej piwnicy i w nocy mnie wzięli na pierwsze przesłuchanie.

 

  • Znaleźli meldunki?


Nie.

  • Gdzie pan miał je ukryte?


Nic nie rozpruwali, tylko zabrali moje skierowania, zabrali żywność i alkohol. Meldunki miałem w rożnych miejscach: w naramiennikach zaszyte, krawcy zrobili specjalne... W każdym bądź razie mówiłem, że przyjechałem szukać rodziny: „Możecie dzwonić do Siedlec do milicji, do wydziału kryminalnego”. To od razu przejął wydział kryminalny, starszy sierżant policji Żaczek, którego też Rosjanie zamordowali. „Oni potwierdzą, kim jestem”. A oni do mnie mówią: „To odszukać to nie jest taka prosta sprawa! Nie mamy kontaktu z tym posterunkiem. Wskaż, kto by potwierdził, że nie jesteś szpieg niemiecki, że wszystko jest w porządku. Tu, na miejscu”. A ja mówię: „Starajcie się skontaktować”. Jak tylko wróciłem do piwnicy – w piwnicach pilnował taki stary żołnierz z którejś jednostki Wojska Polskiego. Obsługa tam była. Przynosili kawę i jakieś pseudo-zupki. Miałem w najbliższym miejscu ukryte dziesięć dolarów. Wyciągnąłem te dziesięć dolarów i mówię: „Słuchaj! Mój stryj mieszka w Rembertowie. Jak będziesz miał wolne, powiadom mojego stryja, że zostałem zatrzymany i że widziałem jego dom wysadzony. Powiedzcie, żeby potwierdził moją tożsamość”. Po jego akcencie zorientowałem się, że to jest kresowiak, że to uczciwy Polak. On mówi: „Dobrze, bo – mówi – możesz pojechać na Sybir”. Wszyscy kresowiacy mieli przeszłość. Na następne przesłuchanie mój stryj błyskawicznie przyjechał. Już w nocy mnie nie przesłuchiwali, tylko w dzień, a on już miał papiery drogomistrza pracującego dla władzy ludowej. Potwierdził moją tożsamość i mnie zabrał. Oddali mi rower, oddali mi wszystko. Byłem trochę u stryja w Rembertowie. Potem na rowerek i z powrotem do Siedlec. Jak dobrnąłem do Siedlec to już major „Ziemowit” – dowódca pułku był aresztowany. Nie wiedziałem, gdzie jest pułkownik Janczar. Okazało się, że był na terenie Sokołowa-Węgrowa, bo to był jego obszar inspektora dywizji.

 



  • Co pan zrobił z tymi niedostarczonymi meldunkami?


Przekazałem jednemu ze swoich oficerów, który ocalał. Dowódcy „Krukowskiemu”, Gilewiczowi, mojemu bezpośredniemu dowódcy. Zresztą w „Kedywie” zmieniło się iks tych dowódców w wyniku rozpracowania czy śmierci. Twórca „Kedywu” zginął na dworcu w Pilawie wiosną 1944 roku.

  • Za co pana drugi raz później aresztowali?


To bardzo długa historia.

  • Kiedy pana aresztowali?


Kiedy wróciłem do Siedlec – wiadomo, że się ukrywałem, bo już wyłapywali kolegów – byłem na kwaterze u Wandy Kokoszkówny. Była jeszcze jedna koleżanka, córka sędziego. One były w AK i mówią: „Słuchaj, Witalis (linia frontu stała na Wiśle, wojska pełno, prawie w każdym domu mieszkali Rosjanie), słyszeliśmy, że w Lublinie jest wyższa uczelnia (tam na kompletach zdały maturę, czyli chciały pójść na uczelnię). Wsadź nas w jakiś samochód w kierunku na Lublin. Pojedziemy, weźmiemy alkohol i zobaczymy, co się dzieje w Lublinie”. No i ja te dziewczyny wyprowadzałem ulicą Starowiejską od kierunku jak na Mordy, na Sokołów, Stok Lacki, to była siedziba mojego stryja, który miał tam gospodarstwo, gdzie spędziłem okupację. Na przedmieściu u państwa Kokoszków nocowałem. Wiadomo – byłem uzbrojony, byłem w mundurze, ale już wiedziałem, że wszyscy koledzy chodzili tylko z bronią i miałem kolta 11,4 w kieszeni na dole w mundurze. Miałem kurtkę, [byłem] w saperkach niemieckich. Idę z dziewczynami i na wysokości kościoła świętego Stanisława i szpitala w Siedlcach, stoi rosyjski patrol i przy patrolu stoi cywil. Do tego szpitala po prostu transportowaliśmy naszych rannych w końcowych walkach. Kolegów, którzy potem leczyli się w szpitalu, względnie umierali. Dowodził w szpitalu lekarz – doktor Howorko – późniejszy profesor Akademii Medycznej w Poznaniu. Niektórzy ludzie już dobrze znali nasze twarze po tych walkach. Zresztą od akcji, kiedy zabiłem dwóch gestapowców – likwidatorów getta siedleckiego w 1943 roku, kiedy zachowałem swoje życie przez nich...
Stoi grupa dwóch Rosjan i jeden cywil i pokazuje palcem. Czuję, że mnie zatrzymają. Cywil zostaje po drugiej stronie ulicy, a oni przecinają ulicę i dochodzą do nas. Pastoj! Dokumenty! Miałem dokumenty. Wyciągam dokumenty i mówię: Maje dokumenty w pariadke! Wtedy była rejestracja roczników 1920, 1921, 1923, 1924 rocznik i zdaje się 1919, podlegały mobilizacji pod karą śmierci. Wszyscy podoficerowie, oficerowie, pod karą śmierci. Było ogłoszenie: „Mobilizacja do armii”. W WKRze lekarzem, który badał wojsko był doktor Howorko.

  • Pana wtedy aresztowali?


Jeszcze nie.

  • Chodzi mi o pana aresztowanie, jak pan pojechał w 1945 roku do Warszawy.


Wtedy mnie nie aresztowali. Wyszedłem cało z tej pierwszej akcji. […] Najpierw śledztwo przeszedłem w więzieniu na ulicy Środkowej. Siedziałem na śledztwie w podziemiu, gdzie był Światło i inni, którzy zaczęli działać w Służbach Bezpieczeństwa.

  • Co to była za akcja? Gdzie pana dokładnie aresztowali?


Koledzy wykonywali akcję na elektrownię. Akcja polegała na tym, że koledzy zaczęli organizować ucieczkę, a była możliwa tylko, jeśli miało się pieniądze. Było założenie, że kupimy kuter – jakąś jednostkę, bo wybrzeże już było wyzwolone i było łatwo – i będziemy wiali na Zachód. Do tego potrzebne były pieniądze, natomiast kasa dywizji, naszego pułku w wyniku najrozmaitszych wydarzeń, jakie nastąpiły, była po prostu niedostępna, bo w czasie odprawy po walkach każdy z nas dostał jakąś ilość dolarów – jakby odprawę wojenną. Szczególnie „Kedyw” dostał. Kwota rzędu trzydzieści, czterdzieści dolarów wypadała na jednego żołnierza Armii Krajowej, ale potem w wyniku ataku na zgrupowania, które ocalały z tego pogromu, jedni szli do lasu, a inni chcieli się wyrwać na zewnątrz z kraju.

  • Pan chciał z kolegami zdobyć pieniądze i była akcja na elektrownię, tak? Co to za elektrownia? Gdzie ona była?


W tym czasie byłem na Wybrzeżu Kościuszki w formie obstawy. Cała grupa kolegów działała na terenie elektrowni. Stara elektrownia na Powiślu. Teraz to jest ruina.

  • W Warszawie?


W Warszawie. Wtedy jeszcze ruinka. Mojego późniejszego szwagra, Stacha, Jacenika, który z armią, swoją jednostką uciekał z linii frontu, bo był w 2. Armii Wojska Polskiego i tam też zaczęli wyłapywać akowców i przywozić już osądzonych. Miałem takich kolegów, którzy zdobywali Berlin, a po zdobyciu Berlina...

  • Wróćmy do pana. Chce pan zdobyć te pieniądze i jest akcja na ulicy, tak?


Zostałem aresztowany i nie wiem, czy koledzy zdobyli te pieniądze, czy nie zdobyli. Byłem w obstawie, a ponieważ mojego późniejszego szwagra – Jacenika – zaatakowano, to po prostu nie strzelałem do ludzi. Otworzyłem ogień, oni do mnie, przestrzelili mi prawe płuco i zostałem aresztowany.

  • W którym miejscu pan stał? Gdzie się to działo? Na jakiej ulicy? W którym miejscu?


Na Wybrzeżu Kościuszkowskim, bliżej w kierunku szpitala na Solcu. W tym rejonie, bo potem skręciłem w prawo.

 

Kiedy został pan ranny w płuco, upadł pan? Ubecy dobiegli?
Tak. No i zostałem aresztowany, a potem od razu przeżyłem śledztwo. Zawieźli mnie na ulicę Środkową, gdzie do dnia dzisiejszego (już nieraz tam byłem i były kręcone fragmenty) zachowały się cele, judasze, numery cel, napisy na ścianach, lepsze niż w alei Szucha. Areszt był na rogu Strzeleckiej i Środkowej. Dawniej była tam jakaś szkoła gminy żydowskiej, a w tej chwili mieszkają rodziny dawnych funkcjonariuszy, bo to zostało zlikwidowane. W tych piwnicach przy napisach i przy tych judaszach stoją ludzkie rzeczy, między innymi pierwsza cela, do której się dostałem – pod schodami, półtora metra na półtora – cela numer 1. Do dnia dzisiejszego jest tam judasz i wszystko tak jak było. Była tylko jedna puszka do załatwiania i do jedzenia, do wszystkiego i po schodach wciągali na śledztwo, z tym że nie rozpracowano, krótko mówiąc, co do mojej osoby wszystkiego. Jakby mieli środki przenoszenia takie jak współcześnie, to by nikt mnie na pewno już nie oglądał. Tyle miałem najrozmaitszych wydarzeń, od kiedy miałem strzelaninę z NKWD-owcami.

  • Jak to śledztwo wyglądało? Bili pana? Torturowali?


To urąga godności ludzkiej, krótko mówiąc. Trzeba było mieć żelazne zdrowie, żeby to wytrzymać i żeby wyjść z tego. W każdym bądź razie zostałem skazany.

  • Co oni takiego panu robili?


Torturowali po prostu. Miałem dużą odporność, że jestem zachowany w takim stanie.

  • Jak wyglądały te tortury?


Mieli najrozmaitsze sposoby. Wlewanie wody przez nos... Nie mówiąc o biciu.

  • Pamięta pan ich nazwiska?


To był późniejszy Światło, był Ukrainiec Łojek. Te nazwiska zachowały mi się w pamięci. Potem przewieziono mnie do więzienia praskiego przy ulicy 11 Listopada. To więzienie przed wojną było garnizonowe, potem Niemcy to trzymali, bo był garnizon niemiecki. Trzymali tam swoich żołnierzy czy swoich więźniów, a zaraz po wojnie, po zdobyciu Pragi to więzienie opanowało NKWD i UB. Naczelnikiem był Kazio Szymonowicz – sadysta, który stosował najrozmaitsze tortury, szczególnie z piątku na sobotę urządzał swój szabas. Był zresztą narkomanem. W tym czasie wielu moich kolegów, ciekawe postacie, siedziało w więzieniu. Potrafił zadawać takie pytania, bo słyszeliśmy w sąsiedniej celi: „Kto spalił Warszawę?”. Wiadomo – padały słowa: „Niemcy”. Przychodziły oprychy z pałami i biły tych więźniów w celi. Przechodzili do następnej celi i padało to samo pytanie: „Kto spalił Warszawę?”. – „Akowcy”. Bili bez względu na to, kto powiedział i co powiedział.
Warunki w więzieniu były straszne. Na betonie, codzienne egzekucje. Zostało tam wykonanych ponad 200 egzekucji. Jak zaczęli przepływać powstańcy z Warszawy, to tam byli mordowani. „Szare Szeregi” przepływały na tę stronę, a byli mordowani w więzieniu praskim. […]

  • Skąd pan wie, że ten oprych był narkomanem?


Znali go ludzie z wolności. Był naczelnikiem w Rawiczu przez jakiś czas. W Warszawie były dwa zamachy na niego. Uniknął śmierci, bo na zewnątrz zapadł na niego wyrok śmierci za to, co robił. Jakieś zgrupowanie na Pradze wydało na niego wyrok i przerzucili go do Rawicza.

  • On pana też brał na przesłuchania?


Torturował i bił ludzi. Rozprawa była w celi. Sąd siedział na stołkach, a my staliśmy. Było nas czterech oskarżonych, a ja byłem głównym oskarżonym, bo koledzy, moi żołnierze wpadli później. Zostałem aresztowany na lewe nazwisko, bo jako Waldemar Orliński. Kenkartę już miałem na inne nazwisko. Skazali mnie w czasie śledztwa. Byłem sądzony pod dwoma nazwiskami, jako Orliński i jako Skorupka. Po bardzo krótkiej rozprawie zapadł wyrok – kara śmierci. W tym czasie Armia Krajowa się ujawniała.

  • Kim byli pana koledzy w celi? Jakie dostali wyroki?


Zygmunt Wereszczuk dostał karę śmierci, Zbych Gałążych, Zdzich Okulus nie żyje, dostał dziesięć lat i Jerzy Jastrzębski też dziesięć lat. Mnie ułaskawiono, dlatego że koledzy – z moich akt wynika – pisali do Bieruta, że zlikwidowałem dwóch gestapowców, którzy byli likwidatorami getta i prokurator (nazwiska nie pamiętam, ale to było ładne, polskie nazwisko) pisze do Bieruta, że zasługuję na łaskę. W tym czasie ujawniała się Armia Krajowa, więc była przerwa w zabijaniu akowców, no i karę śmierci zamienili mi na dziesięć lat, z czego osiem lat odsiedziałem.

  • A ten drugi?


Między innymi w aktach przy mnie znaleziono na przykład wiersz porucznika „Ziutka” pod tytułem: „Bez komentarzy”. „Czekamy ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas z czarnej śmierci...”.

  • Co się stało z tym drugim, który też miał karę śmierci?


Już nie żyje. Automatycznie, jak mnie ułaskawiono, trudno, żeby mojego podkomendnego zlikwidowano.

  • Za co pan dostał karę śmierci? Jaki był zarzut?


Za posiadanie broni, artykuł dziewiąty – przynależność do Armii Krajowej, według Polski Ludowej udział w napadzie, propaganda antyradziecka – wiersz „Bez komentarzy”. Nazbierało się tego od groma. Wszystko to przewidywało wyroki, do kary śmierci włącznie. W tym czasie najwyższym wymiarem kary była kara śmierci, a Bierut ułaskawiał na dziesięć lat więzienia. Po ujawnieniu AK w 1947 roku dawano dożywocia, piętnaście lat i tak dalej.

  • Oprócz Polaków, powstańców, byli tam jacyś inni więźniowie?


Dziewięćdziesięcioprocentowa przewaga podziemia – NSZ, AK. W tym czasie jeszcze WiN-u nie było, bo to się jeszcze wszystko organizowało, a AK zaczęło się ujawniać. Pierwsze ujawnienie – „Radosław”, który został aresztowany we Wrześni.

  • Kto był w tych dziesięciu procentach?


Różni kryminalni, na przykład ze mną w celi siedział zbrodniarz, który zamordował żonę i dwoje dzieci. Modlił się za nas skazanych na karę śmierci. Siedział, klęczał, bez przerwy się modlił. Jak go zapytaliśmy – Obodziński się nazywał – dlaczego się tak żarliwie modli, to powiedział, że modli się o śmierć dla siebie, żeby był wyrok na nim wykonany. Dzielił się paczkami. My nie mieliśmy żadnych paczek, żadnej żywności. Jak wyszedłem, to moja mama by mnie nie poznała, bo urosła mi broda, ważyłem czterdzieści parę kilo, bo właściwie głód był.

  • Kryminaliści dostawali paczki, a akowcy nie mogli?


Nie.

  • Byli jacyś Niemcy?


To nie było tak, że można było mieć jakieś większe kontakty z innymi więźniami. Dopiero potem, kiedy organizowali z poszczególnych więzień transporty w głąb Polski, do Rawicza, do Wronek, gdzie tworzono więzienia dla więźniów politycznych. Jak przyjechaliśmy w 1946 roku pod koniec stycznia albo w lutym wagonami bydlęcymi, to tam na miejscu, we Wronkach od razu nas przemundurowano w mundury niemieckie. Zastaliśmy w mundurach polskich ponad 600 żołnierzy 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Między innymi mój przyjaciel Jerzy Urban, dobry Urban, miał karę śmierci. Był skazany w twierdzy w Poznaniu, a zdobywał Berlin jako przedwojenny porucznik chorąży rezerwy Wojska Polskiego, oficer artylerii przeciwlotniczej. Pod Berlinem ostrzeliwał niemieckie samoloty. Za opowiadanie kawałów i tak dalej dostał karę śmierci. Za dużo prawdy mówił i spotkałem go we Wronkach. Spotykało się masę kolegów.

  • Pan i pana koledzy zostaliście ubrani w mundury niemieckie?


Tak.

  • Dlaczego?


Potem mówili miejscowym strażnikom, że to są ci, którzy współpracowali z Niemcami, że to są folksdojcze czy inni. Oni po jakimś czasie się orientowali, że to są akowcy. Jako więzień w tym więzieniu miałem takie wydarzenie, gdzie strażnik Lis, który wywoził trumną urzędową z otwieranym dnem na cmentarz… Koło tysiąca więźniów leży we Wronkach na cmentarzu. Dno się otwierało i wrzucali do dołu. Ten Lis, stary strażnik, który pełnił służbę za Wilhelma w tym więzieniu, za tamtej demokracji Polskiej Rzeczypospolitej, za Hitlera i za władzy komunistycznej. Ciągle był strażnikiem. Po prostu miasto żyło z więzienia. To było jedno z największych ciężkich więzień budowanych przez Wilhelma.

  • Jakim ten Lis był strażnikiem?


Był od wywożenia, na przykład tylko w niedziele pełnił dyżury. Była taka sytuacja, że siedziałem w celi skazany do końca wyroku za gryps do Mikołajczyka, który podpisaliśmy – myślałem, że do końca wyroku będę siedział w „szafie”. Były takie „szafy”, całe dwa oddziały, gdzie były cele pojedyncze. Góra metr czterdzieści szerokości, trzy i pół z łóżkiem przypinanym do ściany, jeden stołeczek i rurka, na której można było się powiesić. To wszystko. W ósmym miesiącu siedzenia – miałem siedzieć do końca wyroku w tej „szafie”, bo w więzieniu we Wronkach znowu przeżyłem następne śledztwo za gryps do Mikołajczyka. Ten stary strażnik Lis w pewnym sensie uratował mnie przed śmiercią samobójczą, bo uważałem, że jak mam tyle lat siedzieć w takich warunkach... On powiedział, że będę siedzieć do końca wyroku, to w pewnym sensie mnie uratował. Kiedy byłem załamany, siedziałem pozbawiony spacerów, paczek, listów – rodzina myślała, że mnie już nie ma – drzwi się otworzyły, miał dyżur, to była niedziela i mówi: „Synu! Pewnie chcesz się powiesić, bo tu już niejeden na tych rurkach się powiesił”. Mówię: „Tak”. On mówi: „Słuchaj! Tyle lat jestem tu strażnikiem, tylu więźniów tu przeszło i większość wyszła na wolność. Jesteś młody, też wyjdziesz, tylko bądź silny, wierz w Boga, módl się...”. I tak dalej. Mówi: „Pewnie głodny jesteś”. Mówię: „Tak”. Faktycznie byłem głodny. Żona mu dała kanapki, to dał mi swoje kanapki. W pewnym sensie w krótkim czasie z tej celi wyszedłem. Jak wyszedłem, pracowałem na warsztacie krawieckim, a uczyłem się dopiero pedałować na maszynie, bo igły nie umiałem trzymać, guzika, bo byłem najmłodszy synek, miałem starsze siostry. Byłem kochanym braciszkiem, więc nic mi nigdy nie dawali robić. Tam się uczyłem, jak się szyje na maszynie, a potem koledzy, którzy ocaleli, moi żołnierze, ten Zdzich Okulus i Jastrzębski wystukali, że jestem czapnik i umiem szyć czapki oficerskie. Późniejszy dyrektor departamentu był wtedy kapitanem, a jego zastępca był majorem. Kapitan był naczelnikiem, a major był zastępcą. Widocznie jeden był lepszy komunista, a drugi gorszy. Drugi był szewcem z Lublina, który przed wojną siedział w tym więzieniu. Boguwola – szewc z przedmieść Lublina. Przed wojną, za komuny, siedział w tym więzieniu, a potem był naczelnikiem. Powiedzieli mu, że jest taki więzień Skorupka, który umie szyć galowe czapki oficerskie. Mam swój ryngraf, który oni oglądali pierwsi, a który przeniosłem przez wszystkie lata od 1943 roku, z napisami AK, który dostałem od swojej dziewczyny.

  • W którym roku pan wyszedł?


W 1953 roku.

  • Gdyby pan wiedział, co pana spotka, że będzie pan skazany na karę śmierci, na tortury, śledztwo, wstąpiłby pan drugi raz do Armii Krajowej i walczył?


Myślę, że tak. Myślę, że tamto pokolenie, jeśli bym żył ponownie w tych warunkach, tamto dwudziestolecie stworzyło wielką daninę krwi z polskiej młodzieży.

  • Dlaczego przyjął pan pseudonim „Orzeł”?


Dlatego że była taka moda, bo byliśmy harcerzami. Tamto wychowanie zadecydowało, powstanie styczniowe, historia, która w szkołach była wciskana młodzieży. Żyliśmy historią. Poświęcenie dla kraju to nie był żaden problem.

Siedlce, 25 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Witalis Waldemar Skorupka Pseudonim: „Orzeł” Stopień: starszy sierżant, zastępca dowódcy plutonu Formacja: 22. Pułk AK Dzielnica: Siedlce

Zobacz także

Nasz newsletter