Alicja Budziszewska

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Alicja Budziszewska.

  • Gdzie i kiedy się pani urodziła?

W 1937 roku w Warszawie.

  • Gdzie pani mieszkała na początku wojny?

Żytnia 43 mieszkania 47.

  • Bardzo proszę opowiedzieć o swoim domu rodzinnym. Jak pani pamięta, jak panią wychowywano, jak wyglądało dzieciństwo?

Dzieciństwo było dosyć ciężkie, bo było nas troje rodzeństwa, ja byłam najmłodsza. W czterdziestym trzecim roku Niemcy tatę rozstrzelali na Leszno 3, więc mama została sama z trojgiem nas, bez pracy i bez pieniędzy. Ponieważ tata był akowcem, należał na Woli, jak sądzę, więc oni po prostu pomagali mamie w ten sposób, że nas do Anina wywozili na trzy miesiące czy pół roku, żeby mamie ulżyć po prostu. No więc tam przebywaliśmy, w Aninie. I do czasu jak ja przyjechałam z Anina... Bo później brat pojechał jeden, później drugi, później nas było troje tam na miejscu. No więc w tym czasie, kiedy już wróciłam z tego Anina, to mama musiała zająć się jakąś pracą. Okupacja była, więc handlowała pod halą. Handlowała, [czyli] haftowała kożuchy, wzięła jakiś kożuch od koleżanki i sprzedała. Mówi: „Jak chcesz zarobić więcej, to idź i tego...”. Więc ja się oczywiście bawiłam na podwórku w piasku, bo nic tam takiego innego nie było. I proszę pana, w tym momencie, jak tatę rozstrzelali, to mówię, było bardzo ciężko, bardzo ciężko. Bo jeszcze Niemcy przyszli do nas i wszystko zabrali z domu, wszystko zabrali jeszcze, co było. Była rewizja, bo brat rodzony oskarżył niestety brata rodzonego. Więc tu było okropnie. Te czasy były okropne. Później, kiedy Powstanie się zaczęło, Niemcy zaczęli wkraczać na Wolę od strony Jelonek, od tej strony, no więc wtedy już na tej Woli się źle działo...

  • Mogę jeszcze zapytać o okres przed Powstaniem?

No więc mówię, mieszkaliśmy tam, nic takiego ciekawego nie było. Mama poszła pod tą halę, chłopcy poszli do szkoły. Nieraz mnie do szkoły brali. To też w ogóle były historie, bo jak oni wyszli z domu, zamknęli mnie na klucz, no to ja w okno: „Zabierzcie mnie do szkoły, bo ja wyskoczę z okna”, więc ten średni brat wracał się po mnie i mnie zabierali. W szkole trochę rozrabiałam, siedziałam między nimi w ławce, no to pani dyrektor, [ja byłam] taka dziewczynka, pytam się: „Jurek, a co ona mówi?”. – „Cicho bądź”. Do drugiego mówię: „Zdzisiek, a co ta pani mówi?”. – „Cicho bądź”. „No, Grobelny, weź siostrę, na korytarz wyrzuć”. No to mnie na korytarz wyrzucili. Na korytarzu jak to na korytarzu, co tu robić? Przecież czterdzieści minut jeszcze tej lekcji. No to ja sobie wybrałam ze śmietnika papier, zrobiłam sobie piłkę i kopałam sobie piłeczkę. Tak sobie kopię, kopię, no to ta woźna pogoniła mnie: „A ty co ty tu robisz?”. Ja mówię: „Czekam na braci”. – „No to masz stać cicho, a jak nie, to uciekaj”. No i tak to było, więc to był czas okropny.

  • A jaka to była szkoła?

A to było tu, na Żelaznej, róg Żelaznej i Wolskiej. Tam oni chodzili do szkoły.

  • Jak dużo starsi byli pani bracia?

No, jeden brat jest najstarszy, [rok urodzenia] trzydziesty czwarty, [starszy] prawie o trzy lata i osiem miesięcy. Drugi brat jest trzydziesty piąty, no to już ten średni nie żyje, teraz już dziesięć lat teraz będzie. A ja byłam najmłodsza, ja trzydziesty siódmy.

  • A jeszcze spytam o pani tatę. Czy pani wiedziała, że tata był w konspiracji?

Hmm, nie no, ja wiedziałam, ja jako dziecko słyszałam, bo ja nawet taki przypadek znam, pamiętam…

  • Czy pani doświadczyła w domu czegoś takiego…

Nie, nie, nie, bo tata jeszcze był muzykiem, proszę pana. Tata był muzykiem i on codziennie rano wychodził do pracy. Oni grali na Ząbkowskiej czy gdzieś tam, był jakiś taki lokal i tam grali. A też jeszcze takie występy mieli, różne takie, więc tata wychodził rano. Wychodził rano z domu, bo tam mieli próby (nie wiem, gdzie oni mieli te próby). No i właśnie mówię, taki był przypadek, że oni wrócili, bo ich było pięciu (nawet mam tu zdjęcie taty, właśnie jak grają gdzieś u kolegi pod domem, blisko, tu gdzieś, na Woli). I mama robiła ajerkoniak. Pamiętam, widzę, bo ja to wszystko w oczach widzę, bo ja oczami pracuję, wszystko w oczach widzę. Ja do dziś wiem, jak moje mieszkanie wyglądało, co w mieszkaniu stało, gdzie stało – ja wszystko pamiętam w tej chwili. I pan sobie wyobrazi, właśnie przyszedł ten ojca brat, przyszedł, strasznie udając pijanego, strasznie udając pijanego. No więc mama mówi... A u tatusia już paru kolegów było, siedzieli. [Mama] mówi: „Jak taki jesteś pijany – a on udawał, on udawał. – Jak jesteś pijany, to weź połóż się, odpocznij trochę. Prześpisz się, wstaniesz i potem tego”. A on nie spał, tylko on podsłuchiwał, proszę pana, i zakapował. Gdzie oni grają, że mają broń, bo jeden z tych, co na harmonii grał, Poldek chyba, Poldek, to on mieszkał tam gdzieś, jak Tyszkiewicza. Tam już były tereny takie troszkę działkowe, jak to na tyłach Woli, i tam mieli zakopaną broń. I jak oni byli w lokalu na Ząbkowskiej, zajechały trzy samochody Niemców. Jak oni podjechali, no to oni pouciekali. Tata ze sceny skoczył przez kuchnię, wyskoczył na podwórko i tam schował się w śmietnik. Dlatego tata może też między innymi zginął. Bo tamtych puścili później. Tamci, ten na klatkę, ten gdzieś tego, a tata miał przy sobie broń, więc skoczył do tego śmietnika. Szukali tatę czterdzieści osiem godzin. Tamtych połapali od razu, ale wiedzieli, bo nazwiska mieli, więc szukali jeszcze jednego. [Obszukali] wszystkie piwnice, mieszkanie po mieszkaniu, klatka po klatce. Nie było kącika, gdzie by nie tego… No, w końcu... A że ojciec już nie wytrzymał tego, bo ktoś tam rzucił śmiecie, to on się dusił w tym, więc wyszedł. Jak wyszedł, no to go złapali. I wtedy właśnie za to, że go szukali tyle czasu i to wszystko tak się odbyło, no i wtedy on siedział jeszcze, pamiętam, w alei Szucha, bo z mamą tam jeździłam. Tam jakieś paczki mama zawoziła. I później siedział na Pawiaku i z Pawiaka [trafił] tu, [gdzie] rozstrzelali. To jest 25 października czy listopada, bo mam w aktach, 25 czy 26 października chyba, tutaj na Woli. I tak to się skończyło. Właśnie już później pomagali nam – tak jak mówię, AK nam pomagało, bo przecież mama została bez grosza.

  • Wspomniała jeszcze pani o tym, że była w pani mieszkaniu rewizja.

No, Niemcy, tak, tak.

  • Czy była pani świadkiem, czy była pani wtedy w domu?

Byłam, byłam, tak, byłam. Tylko właśnie nie pamiętam, czy wtedy braci nie było, czy tylko ja byłam i mama. Mieliśmy taki kredensik, taki kuchenny kredens, stał tak na tej ścianie i, proszę pana... Bo tam stało łóżko, chłopcy spali, tu stał ten kredensik, mieliśmy kuchnię. I oni właśnie, pamiętam... Tak bym nie wiedziała, po co oni przyszli, ale że oni te szuflady otwierali i zobaczyli jakieś pieniądze, to zabrali. Na tyle byli bezczelni, że to zabrali. Byłam w mieszkaniu. Byłam i to dwóch Niemców przyszło, to to pamiętam, bo… Tutaj na Woli to też chodziliśmy do tej beczki śmiechu, [która] przecież tutaj była na Woli, to na Woli to też tych Niemców [było wielu], to też na tym wesołym miasteczko nie raz jak się oni przewalali w tych buciorach... Och, tu się krążyło ciągle tych parę lat, niestety.

  • Dobrze, przejdźmy do Powstania.

No więc zacznę tak. Jak się zaczęło tu, to oni nas przerzucili na Starówkę. To było [mówione] tak: „Nic nie bierzcie, dlatego że za dwa dni wrócicie”. No więc [skoro] za dwa dni, to mama wyszła tak jak teraz, dosłownie.

  • To był 2 sierpnia, tak?

Tak, to był gdzieś 2 sierpnia. Drugi, trzeci, tak gdzieś na początku sierpnia, no więc poszliśmy tak na letniaka. No więc rano poszliśmy tam. Był schron Rybaki 3/5, proszę pana. To był taki dom składający się... Tam była studnia jakby w tym, front był od ulicy, tu był dom i tu był cały… A ta ściana jedna to wychodziła tuż nad Wisłę. Tylko to była jedna pusta ściana, olbrzymia, bo to był dwu- czy trzypiętrowy dom (chyba trzypiętrowy dom), to tylko takie maleńkie okienka były od strony Wisły, więc ja myślę, że to może były od łazienek. Bo ja na tych piętrach górnych nie byłam, bo siedzieliśmy w schronie, ale będąc w schronie, mieszkaliśmy pod schodami, jak się do piwnicy schodziło, to mama mówi: „Tam nie idziemy”. Bo schron był cały zawalony, tam ludzie siedzieli w kucki dosłownie. Więc my pod te schody, od razu wskoczyła mama. To chociaż człowiek się wyciągnął tam na jakichś szmatach czy co tam było, nie mam pojęcia, już nie pamiętam. W każdym razie nie [leżeliśmy] na gołej ziemi, ale coś tam leżało. No i proszę pana, tak siedzieliśmy i ciągle oni wpadali do nas, chrzestny właśnie, bo on pilotował nas, bo mama została sama, więc on pilotował nas. On był ode mnie starszy o... Zaraz... Ja miałam pięć lat, to on miał chyba szesnaście czy siedemnaście, on ode mnie był jedenaście czy dwanaście lat starszy, bo to młody chłopak był. I proszę pana, on ciągle pilotował nas wszędzie, zawsze: „Wszystko będzie dobrze, nie bójcie się”.
No ale tak, ponieważ Niemcy stali po tej stronie Wisły, a Rosjanie stali po tamtej stronie Wisły, „wyzwoliciele”, tylko stali cały czas i nic... Pewnego dnia właśnie było tak, że rannego przyprowadzili, proszę pana, właśnie też tego jednego od nich, z akowców. Ten Tadziu (Tadziu chyba) strasznie tak miał wszystko rozerwane, aż serce mu tak waliło, i on tak prosił: „Zabijcie mnie. Zabijcie mnie, bo ja już nie chcę żyć”. To była ta historia. Druga historia była też... Było takie małżeństwo, stomatolodzy, nie wiem, może lekarze. To też była taka historia, że mieli dwie córki. Jedna taka starsza dziewczyna była, czternaście, piętnaście lat, szesnaście lat. Ta druga była taka starsza ode mnie, bo ja taka najmłodsza tam byłam chyba. No i tam też tak było, że tam tak tłukli w ten dom niesamowicie, granaty rzucali, że oni poszli do ubikacji (my byliśmy po tej stronie w tym budynku, ta ubikacja była po przeciwnej stronie, po przekątnej) i tam były jeszcze tak na brzegu, trzy takie przedwojenne te ubikacje... Proszę pana, nie ma ich, nie ma ich, nie ma ich. W końcu ta żona coś zaczęła wrzeszczeć: „Słuchajcie, idźcie, bo coś długo ich nie ma”. Nie ma chętnego do wyjścia, bo tam ciągle strzelanina, ciągle te górne partie się paliły, ciągle tam się tłukli. [Ta kobieta] błaga, prosi, krzyczy – nie ma komu. Niech pan sobie wyobrazili, kto poszedł? Moja mama. Mama była bardzo odważna. To był człowiek tak odważny, że pan sobie nie wyobraża. To była taka historia z nią, że (jeszcze tego momentu wrócę) jest łapanka pod Halą Mirowską, a ona nie ucieka, tylko ona prosto na nich wali. I oni mijają ją, lecą za tymi, co uciekają, a ona śmiało. Ona wszędzie chodziła tak, jakby się nic nie działo. I tutaj też właśnie [matka dwóch dziewczynek] krzyczy, prosi, błaga tych mężczyzn, tych, co siedzieli w tym ogólnym schronie, i nie ma komu iść. Więc mama już nie wytrzymała i idzie pierwsza. Mówi: „Jak nie ma komu, to pójdę zobaczyć”. No, jak mama wyszła, wychodzi, to poszedł jakiś pan za nią. Pamiętam też, że dwoje poszli. Wchodzą tam, a ten ojciec leży niestety zabity. No, odłamek odskoczył i zabił. Ta dziewczyna jeszcze siedziała w tej ubikacji, więc była ranna. Przyprowadzili ją, mama, ten pan chyba na rękach [ją niósł], bo ja już nie wiem, jak to było, że ja już nie byłam. Mama mnie zawsze odsuwała od tego jako dziecko małe. Tylko właściwie [tyle] że tą dziewczynkę widziałam, tamtą dziewczynę. No to wtedy też ją [ktoś zabrał]. Kto ją zabrał, nie wiem. Wiem, że na noszach do szpitala ją zanieśli, ale ona w szpitalu zmarła. I ta matka została z tą młodszą. I tego, co się z tym panem stało, to też nie wiem. Ja już tego nie widziałam.
Tam ciągle się coś działo, tam ciągle ludzie ginęli. No ale siedziało się, siedziało się do ostatniego dnia Powstania. No to już później proszę pana…

  • Czy mogę jeszcze zapytać, czy chodziła pani głodna?

A nie, głodna nie chodziłam, bo mężczyźni poszli, w nocy okradali te magazyny niemieckie. I Niemcy za to też tak strzelali, bo wiedzieli, że ktoś gdzieś z tego terenu. Bo wszystko grabili w te wory i tak je ciągnęli po ziemi. Tylko zostawili, pamiętam, [niezrozumiałe] czy jakieś tam drewniaki zostawili i podpalili to wszystko. To było mniej więcej tak jakby pomiędzy tą naszą ulicą a [miejscem] tak jak stoi mennica, to było na tym odcinku, bo to był taki wielki dom. Więc były te ziemniaki... No, głód był, ale co – to się jadło, to co było, te suchary, suchary i ziemniaki. Wody jeszcze trochę było gdzieniegdzie w kranach na tych dolnych piętrach, to przynosili. Jakiś kubeł znaleźli czy jakiś dzbanek i tam gdzieś coś zagotowali. Gdzie to robili, to nie wiem, bo nie tu, ja tego tutaj nie widziałam. Czy w tym schronie, czy gdzieś w jakimś mieszkaniu na pierwszym piętrze, tego już nie widziałam. Nic nie mogę powiedzieć, bo nic nie pamiętam, nic nie widziałam. Wiem, że było od czasu do czasu trochę co zjeść, ale to się jadło, wszystko suche. Te konserwy się otwierało czy te ziemniaki moczyli z wodą, czy te konserwy, nie powiem panu, bo już jedzenia kompletnie nie pamiętam.

  • Wychodziła pani poza schron?

Poza schron? Oczywiście, proszę pana. Gdzieś tam polecieli, gdzieś tam poszli, gdzieś tam gdzieś tego i mama wchodzi tam [po powrocie], a ja sobie siedzę na środku tego podwórka, w piasku się bawię. Ja się bawiłam, w ogóle nic mi to nie przeszkadzało.

  • Czy miała tam pani jakichś znajomych, koleżanki, kolegów, z którym pani się bawiła?

Nie, proszę pana, nie, bo tutaj jak nas przerzucili na Starówkę, tu to wszystko było z Woli, ale w ogóle nawet z naszego budynku... Tu też była kamienica czteropiętrowa, wielka i to ona jeszcze sąsiadowała z poprzednią. Tam dalej była fabryka marmolady. Więc tutaj nikogo takiego znajomego nie było. Właśnie to takie dziwne, bo tylu znajomych, nawet pamiętam nazwiska, sam dozorca... Co się z nimi stało, gdzie oni uciekali? Bo tam z nami nie byli, tam ich nie było.

  • A pani bracia?

A, więc moi bracia to było tak... Właśnie, do tego wrócimy, bo oni byli jeszcze w tym czasie w Aninie. To też tak było, że mama przyjechała po mnie, bo tak, przypuśćmy, trzy miesiące tam byliśmy i w tym momencie…

  • A u kogo państwo byliście?

To był jakiś pensjonat AK. Właśnie chciałam się z kimś takim spotkać, kto by może to wyjaśnił. Bo brat – mam takie nowe zdjęcie – właśnie brat ten najstarszy to był wojskowym całe życie, teraz już jest na emeryturze. On mieszka w Choszcznie, tam poszedł do wojska i tam został. On tam się ożenił i tam został. Do niego też dzwoniłam, bo pamiętam, że on ma takie zdjęcie, właśnie takie [gdzie jest] cała ta grupa. Bo mówię: „Jurek, jest takie zdjęcie, jest budynek, kilka okien, piętrowy, jednopiętrowy albo dwupiętrowy – mówię – i tam na dole stoi cała ta grupa”. Ten Stasiu, bo tam [był] taki Stasiu, osiemnastoletni chłopak. Nie wiem, czy on tam pracował, czy skąd on tam, czy też jakiegoś akowca syn, nie wiem. Tylko [pamiętam, że] on na harmonii grał. Tam było bardzo fajnie, jedzenie było, spanie, wszystko było. I mówię: „Tam jest takie zdjęcie, on stoi z harmonią na środku. Poszukaj tego zdjęcia, bo masz to zdjęcie, zabrałeś ode mnie z domu. Bo tam właśnie siedzę. Ja miałam ciemne włosy, szatynka, więc ja siedzę w takiej grzywce, [włosy] na takiego głupiego Jasia obcięte, na ziemi siedzę, a ty ze Zdziśkiem stoisz z boku po lewej stronie. Zobaczymy, jak to zdjęcie wygląda – mówię – poszukaj go”. No więc nie wiem, powiedział: „Będę go szukać”. Mówię: „Weź to powyciągaj, te wszystkie śmiecie, bo masz te zdjęcie”. On ma też [zdjęcie] mojego dziadka, mamy ojca, które jak poszliśmy po Powstaniu do siebie, to nic nie było, nic. Mama znalazła tylko zdjęcie ślubne ojca na wpół spalone, brata wpół spalone, i koniec. Nic więcej nie było. Więc ja mówię: „Masz to zdjęcie dziadka. Poszukaj, bo bym dała tutaj do Muzeum, bym dała tak samo to zdjęcie”. Bo to właśnie ten Anin, takie pamiątkowe zdjęcie, ktoś kto tam był, to musiał być z tego AK. Oni nas wysyłali i zabierali, no więc ja byłam tam trzy miesiące z tym starszym bratem. Później mama zabrała nas, pojechał ten średni, a że był taki trochę rozrabiaka, taki był bardzo energiczny, więc później pojechał ten starszy, wysłali go i ja zostałam z mamą i w tym czasie jest Powstanie. Oni ich wywieźli, zabrali z tego Anina, całą tę młodzież, nie wiadomo gdzie. Całe Powstanie w ogóle nie wiedziałyśmy, gdzie oni są. Dopiero mama po Powstaniu zaczęła ich szukać i odnaleźliśmy ich w Konstancinie, w „Anusi”. Bo oni tak byli [wożeni]. Jak mama przez Czerwony Krzyż szukała, to [okazało się, że] ich wywieźli najpierw do księży salezjanów, do księży salezjanów w Raciążu, chyba to był Raciąż. Później gdzieś ich tam z tego... Najpierw w jakimś pegeerze byli, a później do tych księży ich dali. Tak, chyba tak, już teraz nie opowiem panu dokładnie.

  • W każdym razie już po wojnie mama ich odnalazła?

Tak, właśnie jak się zaczęło Powstanie, ich wywieźli. Mama odnalazła ich dopiero po Powstaniu, tak, to już był czterdziesty piąty rok, tak. Oni ich tak przesyłali, bo wiem, że byli najpierw w tym pegeerze, później dali do księży salezjanów. No i później od tych księży salezjanów (bo nie wiem, czy oni nie chcieli służyć, czy jak tam było) przywieźli ich do „Anusi”. Mama tak szukała, to powiedzieli, dali adres, gdzie oni są. Wie pan, [tak] złożyło się, że oni byli w tej „Anusi”, w Konstancinie, a my mieszkałyśmy w Konstancinie po Powstaniu, bo stamtąd też pochodziła również moja prababcia. Dziadek był z Czerniakowskiej, tata z Czerniakowskiej, ale stamtąd pochodziła i tam była rodzina. Jak już Powstanie się zakończyło, to pojechałyśmy do Skolimowa. I mama dopiero tam ich odnalazła, w tej „Anusi”. To już była właśnie dla tych dzieci willa „Anusia” i oni tam byli. No i później już byli w domu.

  • Powróćmy jeszcze do Starówki. Czy pani pamięta, czy brała pani udział w jakiejś mszy? Czy coś takiego się odbywało, jakieś życie religijno-kulturalne?

Nie, nie, nie, to był tłok. Ludzie bali się wychodzić. Ludzie tam się załatwiali, to była masakra. Tam każdy siedział jeden przy drugim. To tam nie było, że ktoś wychodził. Jak naprawdę ktoś musiał, no to gdzieś tam wyskoczył na podwórko. No bo do tej ubikacji to nawet nie było za bardzo jak dojść. Tam było ciężko dojść, bo ciągle od strony Wisły walili i na to podwórko to ciągle leciało. Ja się dziwię, że żyję, bawiąc się ciągle w tym piasku. Bo co ja miałam robić pod tymi schodami, w tej norze siedzieć... Więc mówię, tak siedzieliśmy do ostatniego dnia, jak już się skończyło. Więc to jeszcze było tak, że tu już wyprowadzili z tego dużego pomieszczenia, wyprowadzili wszystkich do tych kanałów, bo to wszystko wracało kanałami. Bo z tej ulicy Rybaki 3/5 było przejście, dwa domy było przejście tak przez podwórko i tam jakoś, nie wiem, do jakichś kanałów. I oni wyszli, więc mama mówi tak do mnie… Aha, to było tak, tak. Już pusty jest ten cały schron, jest pusty, my tylko siedzimy. Mama tam zbierała może jakieś jedzenie, nie wiem, i wie pan co, ja tak stoję przed tymi schodami i tak patrzę na podwórko, światło mi bije tak z tego [wejścia] i wie pan co, granat rzucili w tę ścianę i widzę, ten granat walnął. Ja mówię: „Mamo, Niemcy wchodzą”. Bo właśnie [wchodzili] tą dziurą, wywalili tę dziurę i niech pan sobie wyobrazi, ja patrzę, a ten Niemiec wchodzi do tego schronu. Więc my wtedy szybko schodami na górę i przez to podwórko jedno, drugie, trzecie. No i [mama] mówi: „Teraz się już nie śpiesz. Pójdziemy, niech oni sobie pójdą, a my sobie wyjdziemy na końcu”. No bo nie chciałyśmy [wyjść]. Wiedziałyśmy, że oni nas zaprowadzą do Pruszkowa. Bo gdzie nas zabierali wtedy? Tylko tam. No więc na tym podwórku czekamy na tym trzecim przejściu. Mama patrzy, taki otwarty ten kanał, cisza, mówi: „No to idziemy”. Więc kanał był pusty. Tylko maleńki ciek, dosłownie tam był taki cieniusieńki kanaliczek, malutki, jakby dodatkowy był i tam była ta kropelka wody. Więc tam nic nie było, nie wiem, czy to była woda, czy nie. Więc tak sobie idziemy, tak pomaleńku, spacerkiem sobie idziemy. No, taka cisza, to mama mówi: „Uda nam się, wrócimy do domu”. Mama wychyla głowę, a tu stoi Niemiec, proszę pana. Stoi Niemiec i woła nas. Mama wyszła i ja wyszłam. A to już oni byli, ta cała grupa od nas, tu z tego [schronu] to była na Długiej. Długą szliśmy. No i on ten kanał zamknął. Wie pan, oni wszystko wiedzieli. Ja powiedziałam do tego swojego chrzestnego – jak oni wszystko wiedzieli, gdzie co się dzieje, gdzie kto. No, nie wiem naprawdę, czy to był wywiad niesamowity, niesamowity w czasie okupacji, w czasie tego Powstania – to było coś niesamowitego.
I tak sobie idziemy. No więc musieliśmy grupę dogonić, bo poganiał nas. Mama moja tak mówi: „Słuchaj, udaj, że kulejesz, że jesteś chora”. No więc ja tak sobie utykam na nogę i tak sobie idziemy na końcu, byłyśmy ostatnie. No i tak sobie idziemy, później sobie idziemy Wolską, teraz już jest Świerczewskiego [właściwie aleja Solidarności], przedtem była Wolska. Prowadzili nas do kościoła Świętego Wojciecha, już [w drodze] do Pruszkowa. Idziemy, idziemy na końcu, już jesteśmy na Woli, przed [ulicą] Syreny, mama mówi do mnie tak: „Słuchaj, zwolnij. Nie idź”. Bo już tak odsunęłyśmy się do tej całej grupki. Mówi: „Słuchaj, wskoczymy w Syreny i tam uda nam się, uciekniemy”. No i tak idziemy, już mama miała robić ten skok w Syreny, a ten Niemiec zatrzymał się i [mówi], żeby dołączyć. No to dołączyłyśmy. No więc w porządku. I w tym kościele… Wie pan, ile w tym kościele siedziałam... Na pewno ze trzy doby. Pamiętam ten słup, przy którym siedziałam. Tam to już w ogóle nie wolno było chodzić. Tam się załatwialiśmy, gdzie się siedziało, tam się gdzieś kucnęło. Tak było. Tylko jeden jedyny Niemiec stał w tym głównym wejściu i wszyscy siedzieliśmy tak sobie na podłodze, bez niczego, tak jak teraz bym sobie usiadła na podłodze, i tak się siedziało. Mama moja też jak zwykle mówi: „Słuchaj…”. To był taki przydział. Ten Niemiec, który stał w tych drzwiach, on dostawał pół bochna chleba. Nie tam bocheneczek, pół bochna dosłownie. A nam dawali na dwie osoby, na parę czy coś, dawali ćwiartkę tego chleba. No to mama też jak zwykle mnie wysyłała. No, ja tak troszkę miałam szczęście, bo takie zawsze poszłam, zawsze coś dostałam. [Na przykład] w tramwaju cukierki, jakiś Niemiec dał mi garść cukierków. No, jakoś miałam to szczęście. I on tak ten chleb trzymał i ja tak do niego pokazuję, że jestem głodna, żeby mi dał kawałek. No i nie odmówił, nigdy. Byliśmy tam trzy doby na pewno, jak nie cztery, to już naprawdę nie pamiętam, co to mogło być, ile. Wiem, że dwa, trzy razy po ten chleb chodziłam do tego Niemca, co dzień był inny. No i proszę pana, później jak już wyszliśmy już z kościoła… W ten kościół to bomba też przecież walnęła, to też tam mama prawie by zginęła, bo poszli, chcieli zobaczyć Warszawę, jak płonie. Na tę wieżyczkę tam włazili. I oni schodzili, schodzili, już byli dosłownie może piętro, dwa, trzy, a w tą iglicę walnęła bomba. Tak że cała ta wieża też była rozwalona. No ale nic się nikomu nie stało. No i właśnie potem nas prowadzili przez tę Wolę, Gołąbki do tych hal.
[...] Jak [było] w tym Pruszkowie, też [dokładnie] nie pamiętam. Wiem, że siedziałam w hali, wchodzimy i mama mówi: „Siadaj szybko na tory”. Bo tłuszcz, ropa, wszystko to było pozalewane, cała ta ziemia była nasączona, bo przecież to były te hale, co pociągi naprawiali, parowozy, to wszystko, więc to było w smarze upaćkane, całe te podłogi. Więc na tej szynie siedziało się, to już było coś innego niż na tej ziemi. No i proszę pana, niech pan sobie wyobrazi – właśnie dlatego jeszcze wrócę do tego AK, do tego mojego chrzestnego – niech pan sobie wyobrazi, że oni wiedzieli. W Pruszkowie nie wiem, czy my siedzieliśmy trzy dni, czy tydzień. Też panu nie powiem, bo kalendarza nie ma, zegarka nie było absolutnie. Człowiek żył tak jak gdzieś w buszu.
I jak już do pociągu nas wsadzili... Nie wiem, czy ja byłam, czy my byliśmy w ostatnim wagonie, czy w przedostatnim. W Rozprzy była taka maleńka stacyjka. Dlaczego wiem? Bo wie pan co, jak cały wagon świński nas napchali w ten [wagon], no więc to wszystko było stojące miejsca. I wie pan co, to okienko małe, takie co jest w rogu, żeby troszkę powietrza dochodziło... No więc pociąg stanął. Każdy mówi: „Co się stało? Gdzie stoimy? Co, już tu są Niemcy? To wyrzucą nas? To zabiją?”. No bo nie wiadomo, gdzie się przecież jechało. Więc mama podsadziła mnie w to okienko i mówi: „Co tam widzisz? Co tam jest?”. Ja mówię: „No, stoimy gdzieś tu, na jakimś poboczu. Gdzieś tu coś takiego... tory widzę”. I tam taka maleńka budka. Tam widzę dwóch Niemców. No to pamiętam nawet tę stacyjkę, że dwóch Niemców widziałam. Może siedział trzeci czy czwarty tam w środku, przyjmował telefony, te inne łączenia. Zobaczył, jak te pociągi szły, i z ludźmi, i z amunicją. Różne przecież pociągi. Przecież oni też parokrotnie wysłali jakiś pociąg tutaj. No i czekamy, czekamy i czekamy. I stoimy, stoimy. A niech pan sobie wyobrazi, co oni zrobili. A chrzestny właśnie tam stamtąd [niezrozumiałe]. Ilu ich tam było, nie wiem. Wie pan, jak się widziałam z chrzestnym, to nigdy o tym nie wspominałam, nigdy do tego nie wracałam. On już teraz nie żyje. I niech pan sobie wyobrazi, że odpięli, a my tak czekamy, czekamy. Odpięli nas i ten skład pojechał, a nie wiem, czy dwa, czy trzy, czy jeden wagon odpięli w tej Rozprzy. Dwa wagony, bo mi się wydaje, że drugi był ten za mną lub przede mną. I rozpędzili nas do tych różnych gospodarzy.
No wie pan co, ja jako małe dziecko i mama, to nam się może… Bo wiem, że tam później Niemcy buszowali, wszystkich wyciągali. Wie pan, jak było jakieś małżeństwo czy może jakiś ktoś, może Żydzi czy ktoś tam jechał z nami, nie wiem, no to ich wyciągali. Bo tam jednak paręnaście osób... Jak pytam Agnieszki, to tam ma [informacje], że w Rozprzy właśnie dużo ludzi zginęło. No więc ja mówię, nam było łatwiej, bo ja jako dziecko małe, mama, no to po prostu jak byliśmy u gospodarza, no to się nikt nie pytał nas. Jeżeli był jakiś mężczyzna, to już podejrzewali, że już… A po drugie szukali tam w tej wsi, szukali po tych różnych wsiach. No i mama mówiła, że tam dwa tygodnie siedzieliśmy u tego rolnika, u tego gospodarza, i w końcu mówi: „Wiesz co, słuchaj, jednak musimy już iść, bo oni też pieniędzy nie mają, ciężko, i my też nie mamy. Co będziemy tutaj siedziały, będziemy ludziom robiły kłopoty. Idziemy do domu”. No i z tej Rozprzy też przeszłyśmy. Nie wiem, czy pieszo szłyśmy, czy ktoś gdzieś nas podwiózł, nie mam pojęcia. Tego też kompletnie nie pamiętam. Wiem, że po tych dwóch tygodniach mama mówi: „Idziemy do domu. Idziemy do Warszawy”.
No i w końcu do tej Warszawy to też… Przyszliśmy do tego Konstancina, do tej babci. Boże, to tam też bieda, nędza, wszy, myszy, wszystko na raz, brud. No i mama też mówi: „Zostajemy tu. Musimy zrobić porządek”. No i później rodzina przyjechała, właśnie syn, córki, ojca siostra jedna, druga. Ale one przyszły z Warszawy, bo one były na Górnośląskiej, mieszkały na Czerniakowskiej. I mama mówi: „Ja już mam dosyć tej Warszawy. Ja tam nie pójdę w te gruzy znów siedzieć. Ja już się nasiedziałam”. Bo oni w ogóle wyjechali wszyscy do Grójca, uciekli i siedzieli w Grójcu. I oni w tym Powstaniu to nie byli. No to przyjechali. No to mama mówi: „Ja już mam dosyć. Ja siedziałam tam. Wy sobie idźcie, a ja sobie pójdę do rolnika. Ja tu zarobię czy pójdę do Piaseczna. Pojadę, sprzedam, coś zahandluję, będę żyła”. No i tam kilka lat mieszkaliśmy, do roku pięćdziesiąt dziewięć chyba, tak. No i widzi pan, to było tak.
Natomiast dużo takich innych fragmentów było jeszcze, wie pan. Bo też taki moment był, wie pan, co siedzimy w tych schronach, siedzimy i niech pan sobie wyobrazi, gdzieś [słychać] jakiś płacz. Gdzieś słychać dziecko, gdzieś płacze, maleńkie dziecko płacze gdzieś. „Co tu... No gdzie, no gdzie?” No latają po tych piętrach, tu gdzieś, tu gdzieś. No nie ma nigdzie. A gdzieś wieczór, cisza… Nie że tam już noc, nie, a nieraz i w nocy też śpią i gdzieś słychać płacz dziecka. „Co tu, cholera, robić? Co tu robić?” No więc, wie pan, co, no też moja mama oczywiście jeszcze z kimś. Nie wiem, czy poszedł jeden mężczyzna, czy dwóch. W nocy, proszę pana, wyszli poza ten budynek na trawę i dziecko leżało przy tym naszym domu. I to dziecko wzięli tu, do naszego schronu. Kto tym dzieckiem się zajął, [nie wiem], mama w każdym bądź razie nie. Przyniosła to dziecko i ktoś tam się tym zaopiekował. Nie wiem, czy to była dziewczynka, czy to był chłopczyk. Wiem, że było małe dziecko w becie. To też taka, wie pan… Moja mama to naprawdę, to bohater był niesamowity. To był człowiek tak odważny, że… Ja taka nie jestem. Ja mogę być trochę odważna, jak jestem z kimś. Tak [będąc] sama, to nie jestem taka. Mama była niesamowita. Więc co jeszcze takiego ciekawego... Jeszcze coś miałam panu powiedzieć, uciekła ta myśl. Może pan coś jeszcze się zapyta, to może przypomnę coś. No tutaj na tej Starówce...
  • Czy pani pamięta, jaka była atmosfera? O czym się mówiło?

Proszę pana, nic się nie mówiło. Nie że cisza była całkowita, zupełna cisza. Pewno ludzie sobie szeptali, rozmawiali. Wie pan, no też człowiek się bał, że w każdej chwili możemy zginąć. Wie pan, no tak jak człowiek siedzi w komisariacie, no to co będzie pan… To siedzi zamyślony, zadumany: „Kiedy wyjdę”, prawda. To samo było i tu, ta sama myśl. Ktoś tam drugiemu relacjonuje, jak tam milczeliśmy, to podzielili się czymś. Bo wie pan, ja nawet nie wiem, jacy tam byli ludzie, czy mieli z sobą to jedzenie, czy oni byli przygotowani na to, że tu ich przyprowadzili. Tego panu nie powiem, bo tam nawet nie wchodziłam. Tam ciemno było, nie było światła, nie było nic. Tylko tak jak z tej klatki te schody troszkę [były oświetlone], a tak to ciemno, siedzieli w ciemności. Oni tam cały czas siedzieli w ciemności. Tak że na ogół była cisza. Jakieś tam szepty były, bo każdy myślał: „Boże, kiedy to się skończy? Kiedy my wyjdziemy?”. No to jak [najpierw mówiono, że] będzie dwa dni. „Dwa dni, no to kiedy?” A mija trzeci, mija miesiąc, a my tam siedzimy. Więc każdy z tą myślą, kiedy wyjdzie, kiedy się skończy to wszystko. Dlatego mówię, że to było takie wyczekiwanie, to było wyczekiwanie, kiedy to się skończy. Tam dzieci nie było przeważnie. Tam dzieci nie było, ja tam byłam taka jedna. Też taka byłam odważna „bohaterka”. Co tam, że walili, że strzelali – mnie to nie obchodziło. Ale teraz to się odbija troszkę. Powiem panu, że jednak teraz na starość mi to wychodzi.

  • Czy pani mama coś pani mówiła o Powstaniu potem, już po zakończeniu? Jak mama to oceniała? Czy dawniej się o tym mówiło?

Proszę pana, powiem panu szczerze, że to się wspomina. Jak oni byli tu, to się opowiadało, gdzie oni byli, co oni robili, jak ich przewozili i tak dalej, i tak dalej. Ale o samym takim Powstaniu to powiem panu, że to… No ja też już jako taka dziewczyna to ja się wyłączam całkowicie z tego. Człowiek się wyłączył. No bo wie pan, poszłam do szkoły, skończyłam szkołę, poszłam do roboty. No to wyszłam rano, przyjechałam wieczorem. Mama siedziała w domu, nie pracowała, więc mama to… Tata przyjeżdżał, to się wspominało takie różne historie, opowiadało się. Czy sąsiadom, co tam wszyscy byli. Jak w Skolimowie. Przecież oni wszyscy byli stamtąd. Tam się urodzili, tam mieszkali, oni byli też ciekawi, jak to było, to się to opowiadało. Ale po prostu to się brało jako takie, ja wiem, przeżycie jakieś. No bo tego strachu to było wszędzie pełno. Ale trzeba było jakoś się z tym pogodzić, z tą myślą, że to po prostu było, minęło i już człowiek jest wolny. Myślało się już o tym, co będzie jutro. Tak to mówią. Było, było tych różnych historii. To są takie rzeczy, których człowiek nie zapomina, powiem szczerze, bo zawsze się do tego wraca. Ale wie pan, ja teraz też muszę powiedzieć, że teraz na tą rocznicę siedemdziesiątą to ja już będę miała siedemdziesiąty siódmy rok… Siedemdziesiąty siódmy, bo niedawno go skończyłam w listopadzie. No to mówię, to chociaż muszę raz iść na taką uroczystość w końcu, jeszcze przed śmiercią może, prawda. Należy mi się, czy nie?

  • Zapraszamy.

Jako dziecko Powstania. Proszę pana, no z tatą… Tata też, no tak, rozstrzelali go, ciężko było i to wszystko przez kochanego braciszka. To było okropne. Wie pan, mama się męczyła strasznie, strasznie się męczyła. Też niech pan tak [sobie wyobrazi], troje dzieci, nakarmić ich.

  • Skąd państwo dowiedzieli się o tym, że to wina brata taty?

No proszę pana, skąd? Bo tam i drugi szwagier mieszka na jednym piętrze, na Czerniakowskiej. Bo on pracował dla gestapo, rozumie pan. Później jak wrócił z Niemiec, bo jeszcze do Niemiec wywieźli, to u nas na Torwarze był wielkim komunistą, kierownikiem magazynu, u sportowców pracował. To był taki człowiek, wie pan, no. Bo wiedzieli, że on wtedy był. Proszę pana, jeśli nikt o tym nie wiedział, a on, właśnie on, bo zaraz po nim, jak on był u nas, od razu tam ich wszystkich tam napadli. Tak że on to wszystko doniósł. Wiedzieli, że dla policji on pracuje. I dlatego tutaj to wiedzieli, że to on. Bo przecież jak nazwiska mieli, [wiedzieli], gdzie mieszkają, gdzie mają broń, wszystko wiedzieli, wiedzieli niestety. Tamci powychodzili. Tata najgorzej, dlatego że go tyle szukali. Bo tamci siedzieli jakiś czas, ale wszyscy powychodzili. To tata też tą broń wyrzucił...

  • Czy jest jeszcze jakieś wspomnienie, które się pani teraz nasuwa?

Wie pan, takie młodzieńcze, jak człowiek, jak to dzieciaki, za okupacji jeszcze jak dzieciaki chodziły na półkolonie... Jak ja tam byłam, to ten najstarszy brat miał ze mną taką hecę ciągle, bo oni poszli na te półkolonie, a ja zostawałam w domu na podwórku, na podwórku Żytnia róg Młynarskiej. No, tramwaj ciągle latał, samochody przecież jeździły. No to ja się bawiłam… Oczywiście ja się bawiłam – w piasku, w rynsztoku. Miałam takie warkoczyki i robiłam różne cyrki. Pościągałam te wstążki, w tym piachu zagrzebałam, buty zagrzebałam w tym piachu. Przychodzi mama: „Jurek, gdzie Alka ma wstążki?”. – „A ja nie wiem”. – „A gdzie ma buty?” – „Nie wiem”. „Aha”. I do niego. Ile oni za mnie dostali lania... Czyli byłam niedobra dziewczyna.
Później jeszcze taki fajny był moment, jak oni chodzili na tę półkolonię, tam właśnie na Tyszkiewicza. No, ja zostałam sama w domu, też tak na podwórku, i mi się znudziło na tym podwórku bawić się i tam poszłam do nich. Miałam takie ładne paltko i to paltko to był taki niebieski materiał, a tu było takie błyszczące. Ja sobie to paltko odwróciłam na lewą stronę, bo to było ładniejsze jak to, i w tym paltku poszłam pod te ogródki jordanowskie. Stoję tam, stoję, wołam. Widzę, brat jeden, wołam, patrzę, drugi. To nie oni byli. Wszystko mi się wydawało, że to oni. Jak oni przyszli, w końcu jakoś doczekałam się, że ktoś tam podszedł do tej furtki i mówi: „Co ty, mała, chcesz?”. Ja mówię: „Ja tu mam braci dwóch, przyszłam do nich”. – „Jak się nazywają?” – „No Grobelni”. To wzięli mnie i wpuścili. Jak mnie zobaczyli w tym palcie z podszewką na tą drugą stronę, to mówię, no mieli ze mną kłopoty. No mieli ze mną, niedobra byłam. [...]


Warszawa, 5 lutego 2014 roku
Rozmowę prowadził Bartosz Mazurek
Alicja Budziszewska Dzielnica: Stare Miasto

Zobacz także

Nasz newsletter