Alicja Jeśman
stopień
cywil
dzielnica
Wola


Jeśman Alicja, urodzona 11 marca 1928 roku w Warszawie.

  • Proszę powiedzieć, czy miała pani rodzeństwo? Czym zajmowali się pani rodzice?


Mój ojciec był blacharzem, moja matka zajmowała się krawiectwem. Byłam jedynaczką.

  • Jak pani pamięta przedwojenną Warszawę?


Mieszkałam na Woli na ulicy Leszno 86. Właściwie pamiętam całe Śródmieście, ale dokładnie pamiętam moją dzielnicę, która potem była dzielnicą getta. Jeden budynek ode mnie był narożny dom i główna brama do getta. Pamiętam ulicę Leszno, gdzie w okolicy synagogi mieszkali bogaci Żydzi. Teraz to jest niedaleko placu Bankowego. Pamiętam Nowolipki, pamiętam dokładnie swoje podwórko. W tym domu było kąpielisko, bo przed wojną nie było tak dobrze, żeby wszędzie były wanny. Niestety, żeby się kąpać w wannie, to ci, którzy nie mieli w mieszkaniach, musieli chodzić do kąpieliska. Pamiętam tramwaj jadący po ulicy Leszno, pamiętam bardzo ruchliwą ulicę Chłodną, która łączyła się ze Śródmieściem i tam jeździł tramwaj podczas okupacji. Pamiętam ulicę Marszałkowską. Podczas okupacji chodziłam do szkoły na ulicy Zgoda. To była szkoła Hoffmanowej, tajne nauczanie. […]

  • A co to była za łaźnia?


To była państwowa łaźnia. Była [tam], dlatego że w tym domu była podziemna woda, to znaczy jakiś strumień. Dlatego zrobiono łaźnię. Dom, w którym mieszkałam od ulicy, był jednopiętrowym budynkiem. Po lewej stronie była osobna oficyna, w której mieszkałam i która wyglądała na dużo starszą niż inne budynki. Podwórko było tak duże, że od ulicy Żelaznej przylegały do naszego trzy małe podwórka i łączyły się tylko wysokim płotem. Najwyższy budynek był czteropiętrowy, w którym na dwóch czy trzech piętrach było kąpielisko. Były wanny, wanna kosztowała złotówkę. Tyle kosztował kilogram cukru. W naszym domu nie było łazienki, więc chodziliśmy się kąpać do kąpieliska. Było to miejsce bardzo ruchliwe. Przed sobotą przychodzili biedni Żydzi kąpać się pod prysznicem. Prysznic był w dużych pomieszczeniach, które znajdowały się w piwnicy. Kosztował bardzo tanio. Wzdłuż całego podwórka stała kolejka, bo Żydzi muszą się wyczyścić ze swoich grzechów, biorąc kąpiel. Symbolicznie [wyczyścić], w każdym razie jest to w jakiś sposób związane z religią, że kąpią się akurat przed świętem, które jest w sobotę.

  • Czyli wszyscy korzystali tej łaźni?


Tak, wszyscy korzystali. Tylko że największy tłok był [przed sobotą]. Na tym podwórku był duży, piękny ogródek. Dbał o to jeden z lokatorów.

Pamiętam, że były piękne bzy, ogródek był ogrodzony akacjami. Jako małe dziewczynki wróżyłyśmy: „Kocha, nie kocha…”, obrywając listeczki. Pamiętam pierwszy dzień wojny w tym podwórku. Jak wszyscy wierzyliśmy, że wojny nie będzie, ale w Warszawie szykowaliśmy się, robiąc zaciemnienia okien z układanych w harmonijkę papierowych zasłon. W piwnicy były przygotowane zapasy żywności. Zwykle była kapusta robiona w domu, na miejscu, w beczce. Przyjeżdżał człowiek z kapustą i od razu to wszystko przygotowywał. Była także przygotowana marchewka w piasku, inne [warzywa], tak że mogłyśmy przeżyć jakiś okres czasu. Ziemniaki się tarło i robiło się placki ziemniaczane, bo w czasie działań wojennych nie było chleba. Matka była bardzo zapobiegliwa. Pierwszy dzień wojny pamiętam jak dziś. W całym podwórku było nas siedmioro. Najstarszy chłopak miał chyba z szesnaście lat. Była jeszcze tylko wiadomość, że Niemcy wkroczyli do Gdańska. Piękne, błękitne niebo, a na nim jak piękne, białe ptaki samoloty. Nie było jeszcze żadnego alarmu. Nie było syren i nagle usłyszeliśmy… karabin maszynowy. Strzelali z broni przeciwlotniczej. Samoloty leciały dalej, ponieważ były tak wysoko, że broń ich nie dosięgła. Pamiętam bardzo eleganckie sklepy nie tylko na ulicy Marszałkowskiej. Pamiętam sklepy na Nalewkach, to była dzielnica żydowska, gdzie można było wszystko kupić.

W mojej okolicy był największy w Warszawie bazar, nazywał się Kercelak, czyli plac Kercelego. Można tam było wszystko kupić, ale mój profesor medycyny – Czyżewicz – opowiadał przedwojenną opowieść na temat placu Kercelego. Jako młody asystent na oddziale ginekologiczno-położniczym został wysłany na targ, żeby kupić królicę. Badanie na obecność ciąży nazywało się badaniem Zondeka i handlarze wołali w ten sposób: „Królica dziewica na badanie Zondeka!”. Poszedł, kupił i wrócił zachwycony, tylko okazało się, że to był samiec. Taka śmieszna ciekawostka.

  • Jak pani pamięta wybuch Powstania 1 sierpnia?

 

Dobrze pamiętam. Były wakacje. Tego dnia pojechałam na plac Teatralny. W okolicy mieszkała starsza ode mnie koleżanka, od której miałam pożyczyć lekturę wakacyjną. Było popołudnie. Po wyjściu od niej na mieście był już wielki ruch. Wydawało mi się, że gdzieś z odległości słyszałam strzały gdzieś na placu Teatralnym. Wszyscy raczej śpieszyli się do domu. W ostatniej chwili, tuż przed godziną rozpoczęcia Powstania, znalazłam się na ulicy Leszno. Wtedy ludzie chowali się po bramach, ponieważ ulica Leszno miała nadal istniejącą bramę do getta i istniejący tam bunkier, w którym byli Niemcy z karabinem maszynowym. Przebiegłam na moją stronę, wbiegłam do bramy i wtedy wyjrzałam przez wizjer, takie małe okienko. Po drugiej stronie były dwie bramy. W prawej stała schowana grupka, żeby Niemiec nie mógł ich dosięgnąć. Wtedy do następnej bramy wyskoczył młody człowiek. Wnęka bramy była tuż obok. Chciał ją otworzyć, ale nie mógł, bo była zamknięta na stałe. Drugie wejście było od drugiej strony. Nagle padł strzał. Nie było krwi, nic. Po prostu przysiadł jak w przysiadzie i tak został. Nie wiem, kiedy go zabrano. W każdym razie to była pierwsza śmierć, którą widziałam.

Potem w naszym podwórku zjawili się chłopcy z Kampinosu i atakowali budynek szkoły, która była na ulicy Żelaznej. W tej chwili jest częścią budynku gminy Wola. Po wojnie dobudowano front od ulicy Leszno. W tej części przez cały czas szkoły stacjonowali Niemcy. Drugim miejscem, gdzie stacjonowali żandarmi, była ulica Chłodna róg Żelaznej. Półokrągły budynek, istnieje [jeszcze]. Wtedy nie było żandarma w budce, w której zawsze stał, ponieważ getto było już puste. Obstrzał na ulicę Leszno był natomiast już od pierwszej chwili Powstania.

  • Pani potem przeszła z rodzicami na Grzybowską?


Nie. Mój ojciec brał udział w Powstaniu i był na tyłach dawnego dworca, bo był w Zgrupowaniu „Gurt”. Ulica Chmielna, Zielna, mieli wypady na dworzec.

  • Jak się tata nazywał?


Bronisław Koszwa, pseudonim „Jemioł”.

  • Czy przeżył Powstanie?


Tak. Był w niewoli. Mam od niego list przysłany do Niemiec. Z tym przyszłam.

  • Pani była z mamą na ulicy Leszno?


Tak. W wolnych chwilach do dnia 7 sierpnia ojciec przyszedł do nas dwa razy.

Chyba 7 sierpnia powiedział nam, że natychmiast musimy stąd uciekać, przenieść się do Śródmieścia. Zorganizuje nam pobyt w okolicy, w której on jest. Na razie miałyśmy się przenieść do ciotki, która mieszkała na ulicy Grzybowskiej. To było naprzeciwko zakładów AGRIL. To były zakłady produkujące sery. U ciotki byłyśmy kilka dni. Poszłyśmy do Śródmieścia. Między różnymi ulicami przechodziło się przez barykady. Żeby nie chodzić po ulicach, gdzie były obstrzały, przechodziło się przez cudze mieszkanie. Poszłyśmy do ojca. Tam znalazłyśmy go i po raz pierwszy byłam na placówce. Jedni spali, drudzy wychodzili właśnie z bronią. Większość to byli młodzi ludzie. Mój ojciec był może jednym ze starszych, bo miał już chyba czterdzieści dwa lata. Tam umówiłyśmy się z ojcem, że przyjdzie do nas 14 sierpnia. Będzie rano, żebyśmy były gotowe. Przeprowadzi nas do siebie. Czternastego dnia o świcie do podwórek weszli Niemcy. Były trzy podwórka. [Niemców] było tak dużo, że w tych trzech podwórkach stali jeden obok drugiego i wołali do nas: Raus! Myśmy wyszły z budynku razem z dosyć liczną rodziną. Na ulicy Grzybowskiej szłyśmy między dwoma barykadami – niemiecką i polską. Kazano nam przejść na drugą stronę, więc szybko przebiegłyśmy. Wpadłam do barykady, zablokowałam Niemca i nie mógł strzelać. Mama mnie wyciągała, stłukłam sobie kolano. Tak mu przeszkadzałam, że wypchnął mnie do góry. Szłyśmy lewą stroną Grzybowskiej. Po lewej stronie był mur. Nie wiem, czy to było w miejscu, gdzie w tej chwili jest Muzeum Powstania, czy troszkę wcześniej. Był wybuch i grupa osób idących przede mną – pięć, sześć osób – została jak gdyby oblana ogniem. Nie wiem, czy to był wybuch benzyny, czy jakichś innych chemikaliów. Nagle te osoby stały się żywymi pochodniami. Z włosów zrobiła się nagle czapeczka, tak się pali włos. W strasznym bólu doszli do warsztatów samochodowych na ulicy Towarowej (w tej chwil jest tam salon samochodowy). Tam nas zbierano. Szczęśliwie nic nam się nie stało. Byłyśmy na tyle przygotowane na wyjście z miasta, że mama wzięła jakieś drobne kosztowności, a nie byliśmy bogaci, miałyśmy dodatkową bieliznę, coś z ubrania i jedno futro. Z warsztatu już większą grupą gnano nas piechotą do kościoła. Powiem o oparzonych, że to było tak duże oparzenie, że nie wydaje mi się, żeby ci ludzie mogli przeżyć.


  • Czy to były wojska Wehrmachtu?


Myślę, że różne, bo mundury były różne.

  • Mógł to być Wehrmacht czy SS?


Nie. Myślę, że SS była do zadań większego gatunku. Ale po mundurach nie umiem powiedzieć, bo wydaje mi się, że były różne, miały różne kolory. A może ja to sobie tak wyobrażam. W każdym razie poparzonych ludzi Niemcy zabrali do szpitala, tak zrozumiałam z tego, co mówili. Skończyłam dwie klasy gimnazjum i dwa lata uczyłam się po niemiecku, ale ze szkolnego niemieckiego nie jest tak łatwo zrozumieć mówiących wrogów.

  • Wierzy pani w to, że zabrali ich do szpitala?


Tak. Dlatego że moja kuzynka, Wanda Okolska, która była w tym samym zgrupowaniu, co mój ojciec, brała udział w Powstaniu, była ciężko ranna i wzięta do szpitala przez Niemców. W niemieckim szpitalu miała amputowaną nogę. Miała wiele ran, była postrzelona na barykadzie. Miała także częściowe postrzelenie drugiej nogi w okolicy pięty.

  • W niemieckim szpitalu była po Powstaniu w październiku? Pani opowiada o sierpniu, a wiadomo, co się wtedy działo na Woli, jak mordowali.


Zaraz, zaraz.

Jestem świadkiem tego, co się tam działo [oraz wiem to] z opowiadania człowieka, który przeżył na Woli, chowając się w śmietniku. Przed wojną były olbrzymie śmietniki. Śmieci wsypywało się od góry i wybierało od dołu. Według mnie do śmietnika mogło wejść pięć, sześć osób. Schował się w śmietniku. Wiem, że na Woli zabijali wszystkich. Zabili wszystkich ze szpitala na Płockiej. Wydaje mi się, że do siódmego dnia [Powstania]. Z tego co ogólnie wtedy wiedziałam, po siódmym dniu przestali mówić, że to są bandyci, że to nie są żołnierze. Zabijali, bo uważali, że powstańcy to są bandyci. Zabijali dzieci, starców i wszystkich, kogokolwiek spotkali. Natomiast wychodząc z warsztatu przy Towarowej, idąc do ulicy Wolskiej była wolna przestrzeń po placu Kercelego i tam był stos trupów pod pierwsze piętro. Ten stos do dziś pamiętam. W jedno miejsce sprzątali trupy z Woli, prawdopodobnie w celu spalenia, ponieważ wtedy brali ludzi z Pruszkowa do sprzątania. To mi opowiadał znowu inny pan, [mówił], że sprzątał te trupy. Osobiście je widziałam i według mnie to był olbrzymi stos, który na pewno był co najmniej pod pierwsze piętro. To miejsce nadal jest niezabudowane.

Niezależnie od tego, co widziałam, a widziałam – jak widać – niestety dużo, to w każdym narodzie są różni ludzie. Wydaje mi się, że mogę wierzyć w to, że wzięli ich do szpitala. To już było w okresie, kiedy nie zabijali wszystkich. Brali do niewoli. Myślę, że wielu powstańców zabijali na miejscu, ale ja byłam osobą cywilną. Opowiadam tylko to, co widziałam osobiście.

  • Co się działo dalej?


Dalej szłam ulicą Wolską do kościoła. W kościele było wiele osób. Nie było miejsca na [toaletę]. Trzymali nas tam wiele godzin. Chodziło się za prezbiterium, bo tam było ustronniejsze miejsce. Potem, zgromadziwszy większą ilość ludzi, prowadzono nas do Pruszkowa. To były warsztaty kolejowe i wielkie hale, w których nas zbierano. Przychodziły tam panie z RGO. Była taka organizacja, która miała prawo wejścia na teren tego obozu. Zajmowały się przede wszystkim organizowaniem jedzenia. Myśmy z matką zostały poinformowane, że mamy iść do niemieckiego lekarza, który tam był, i powiedzieć, że mamy biegunkę. Bardzo się bali chorób zakaźnych – czerwonki, tyfusu. Z tego powodu przeprowadzono nas do osobnego baraku czy hali, w której byli ranni i między innymi chorzy. Takich jak ja, młodych ludzi, myślę, że było więcej. W tym baraku znaleźli się młodzi ludzie, którzy nie wyglądali jako chorzy, ale byli tak samo poinformowani. [Chciano] uratować choć trochę młodych ludzi. Przenocowałyśmy tam jedną noc. Potem przyszła nowa zmiana esesmanów. Pamiętam jak dziś, że to już na pewno byli esesmani. Otworzyli wielką bramę. Znalazł się w niej esesman z całą grupą ludzi. Tak samo wściekły, jak widziałam ich często chodzących z psami po ulicach Warszawy, gdzie kogoś szukali i tak dalej… Wtedy krzyczał: Raus! Alle raus! Mamę ciągnięto na jedną stronę, mnie na drugą. Dzielono nas w zależności od wyglądu i wieku. Mama nie była stara, ale ponieważ była siwa, to wyglądała na dużo starszą niż była. Odepchnęła Niemca i poszła za mną. Powiedziała, że niezależnie od tego, co się z nami stanie, to będziemy razem. Wtedy zagnano nas do wagonów towarowych, które stały tuż obok na peronie. Wagony były bardzo różne, niektóre były po węglu. W tym, w którym byłam, były ślady po słomie. Myślę, że były używane jeszcze wcześniej do wywożenia innych ludzi do Oświęcimia czy gdzie indziej, ponieważ były wszy i pluskwy. W każdym razie wagony szczelnie zamknęli i wszystko było zamknięte do chwili przekroczenia polskiej granicy.

Nad każdym wagonem było miejsce, gdzie stał Niemiec z bronią, żeby nikt nie mógł uciekać. Jedyne okienko było zakratowane. Stojąc na nierównościach ściany wagonu, trzymałam się tych krat i wyglądałam, żeby widzieć świat. Jak wjechaliśmy do Niemiec, to robili postoje, że mogliśmy wyjść i załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Przedtem trzeba to było robić publicznie w wagonie. Nie wiem, czy ktoś z [więźniów] miał jakieś wiadro, czy może tam było, tego nie umiem powiedzieć. To było wstydliwe, ale wtedy nie miało wielkiego znaczenia. Opowiem pewne zdarzenie dla kontrastu. Wozili nas według mnie jakieś dwa, trzy dni. Nie pamiętam, bo nie zatrzymywaliśmy się na stacjach. Wjechaliśmy na wysoki nasyp i pociąg się zatrzymał. W dole był piękny basen, gdzie bawiły się dzieci, pływali ludzie, normalne życie. Było piękne lato. To wszytko trudno było sobie wyobrazić, że w tym brudzie, smrodzie, przy tej ilości trupów, które widziałam, ktoś na świecie może się jeszcze bawić, cieszyć życiem. Tak było. To było już na terenie Niemiec. W końcu przywieziono nas do Drezna. Było pięknym miastem, całkowicie niezniszczonym. Poznałam je dopiero potem.

  • Pani tam pracowała?


Tak, ale najpierw byłam w obozie przejściowym. Obóz był w okolicy olbrzymiego młyna, [który] był budynkiem prawie bez okien. Były tam baraki, łóżka trzypiętrowe, mieszkało się niezależnie od płci. Dostawaliśmy dziennie dwie kromki chleba. Rano kawę; dostawaliśmy [też] coś, co miało być zupą, ale najczęściej to był groch czy brukiew. Często były także pływające robaki z tego grochu. Ale to nie przeszkadzało i jadłam tę zupę. Pamiętam, że rano rozdawano kromki chleba. Byłam głodna i tak ustawiałam się w kolejce, żebym dostała z przylepką. Wydawało mi się, że będzie więcej. Na zewnątrz były koryta z kilkoma kranami, tak że można się było myć. Ponieważ mama była zapobiegliwa, miałyśmy jakieś mydło. Miałyśmy rzecz, która teraz nie istnieje, gęsty, metalowy grzebień, którym wyczesywało się wszy. To było bardzo potrzebną rzeczą. Mama ostrzygła mi włosy na bardzo krótko, żeby wszy nie trzymały się mojej głowy. Żeby się jakoś ustrzec, codziennie myłyśmy głowę. W barakach były pluskwy. To zwierzę już właściwie nie istnieje. Nikt tego nie wie, że żywi się ludzką krwią. Wszy, które były hodowane podczas całej wojny na szczepionkę przeciwko tyfusowi, były karmione przez specjalnych ludzi. Albo więźniów, albo ludzi, którym płacono. Na rękę zakładano klatkę z wszami i karmiły [się], żeby Niemcy mieli szczepionkę. Byłyśmy tam na czas kwarantanny chorób zakaźnych. Myślę, że kilka tygodni. Z nami (z mieszkania ciotki) znalazł się także wujek. Pod obóz przychodzili Polacy mieszkający w Niemczech, którzy szukali swoich rodzin. Czasami, jeżeli mogli, to przyjeżdżali nawet z daleka, żeby szukać. Pod obóz przyszła pani, która szukała swojej rodziny i przez kilka dni jak gdyby zaprzyjaźniła się z mamą. Zaproponowała mamie, że postara się dla mnie i dla mamy załatwić pracę szpitalu. Ona pracowała w szpitalu jako sprzątaczka poza granicami Drezna. W Niemczech jest dłużej i może nam to załatwić. Trudno jest to powiedzieć, ona nie załatwiła tego dla drobiazgów, którymi mama się z nią podzieliła, może to był także dodatkowy cel. Nie byliśmy bogaci, więc nie było tego dużo, nie były to jakieś brylanty – drobne pierścionki, kolczyki, coś, co ma normalnie żyjący człowiek. Mama się z nią umówiła. W dniu, w którym się skończył nasz okres kwarantanny, zrobiono apel na wielkim placu. Byliśmy ustawieni jak żołnierze. Ślązak mówiący po polsku z niemieckim akcentem krzyczał do Polaków z takiej jak gdyby ambony. „Ty polska świnio, wystąp!”. Przychodzili jakby kupcy, chcący wziąć sobie zdrową siłę roboczą, i wybierali wśród nas. Podszedł do nas Volksturm. To jest pomocnicza służba wojskowa, przeważnie starzy ludzie, bo młodzi byli w wojsku. Zabrał nas i wyprowadził z terenu obozu. Przed wyjściem z obozu dostałyśmy płótno z napisem żółte „P” na zielonym tle. Miało to być na tekturce przypięte do ubrania agrafką, żeby było wiadomo, jakiej jesteśmy narodowości. Szłyśmy do szpitala, który był niedaleko obozu. Nazywał się Friedrichstadt Krankenhaus i był na takiej samej ulicy. Wprowadzono nas bezpośrednio do wielkiego gabinetu, w którym za wielkim biurkiem siedział małej wielkości człowiek. Posadzili nas i w pewnej chwili on krzyczy do nas: „Pej! Pej! Pej!”. Nic więcej. Było powiedziane, że znamy niemiecki. Może ja trochę [znałam], mama wcale. Trzeba się było jakoś ratować, więc musiałyśmy powiedzieć, że znamy niemiecki. Ja się porozumiewałam. Wyrzucił nas z gabinetu ze wściekłością. Potem dowiedziałam się, że nie miałyśmy litery „P”, tego ohydnego fioletowo-żółtego znaku na naszym ubraniu. Zaprowadzono nas do jadalni, w której był sami niemieccy pracownicy. Może byli jacyś obcokrajowcy, ale takich nie widziałam. Na obiad był wtedy Eintopfgericht, czyli wszystko w jednym garnku. Zjadłyśmy po talerzu, nadal byłyśmy głodne. Powiedziałam mamie, że musimy się przyzwoicie zachowywać, żeby nie wiedzieli, że jesteśmy głodne. Dostałyśmy jeszcze po gruszce. Obiad był królewski, bo coś w tym garnku było.

  • Czy panie zaczęły pracować w tym szpitalu?


Nie. Potem przewieziono nas do szpitala w miejscowości Arnsdorf (Arnsdorf był przed wojną). To był olbrzymi szpital psychiatryczny, który po wykończeniu własnych chorych psychicznie, których rodzina nie mogła zabrać, opróżniono i otworzono szpital. Część dla ludności cywilnej, w której nas zatrudniono, a większa część była zajęta dla wojska. Zatrudniono mnie na oddziale chirurgicznym, moją mamę piętro wyżej na oddziale ortopedycznym. Mieszkałyśmy razem z Polkami, które były przedtem.

  • Co pani tam robiła?


Myłam podłogi, ubikacje, nie podawałam basenów. To była czynność pielęgniarek.

  • Czy dostawała pani za to wynagrodzenie?


Myślę, że jakieś miałam. Powiem, jak mieszkałyśmy. Pani Maria Kirsch (bo tak się nazywała) uratowała się z własną córką gdzieś spod Stanisławowa. Ukrywała córkę koleżanki. Początkowo ukrywała się. Okazało się, że w tym pomieszczeniu było nas razem dziewięć. Była jak gdyby przywódczynią tych kilku osób. [Pozostałe] osoby także pracowały na innych oddziałach. Mieszkałyśmy razem w piwnicy, ale okno było dosyć wysokie. Duże pomieszczenie, dziewięć łóżek. Była kuchenka, w której mogłyśmy coś ugotować, ale jedzenie dostawałyśmy osobno, jak każdy inny niemiecki personel. Nie byłyśmy traktowane inaczej, jeżeli chodzi o jedzenie. Były tam cztery osoby z Warszawy, to znaczy my dwie i jeszcze dwie młode dziewczyny troszeńkę starsze ode mnie. Miałam koło szesnastu lat, a one już po osiemnaście lat. Była jeszcze Helena, która miała może dziewiętnaście lat. Mówię dokładnie, ponieważ na dziewięć Polek były cztery Żydówki, które w ten sposób ukrywały się w Niemczech. W paszczy lwa uchowały się Żydówki.

  • Pani wiedziała, że to są Żydówki?


Przyznały się. Nie ukrywały przed nami. Pani Maria była Żydówką spod Stanisławowa. Przed wojną była położną. Jej córka przyjaźniła się z bardzo bogatą koleżanką, której rodzice mieli wielkie kopalnie. Zginęli, kiedy one bawiły się, będąc w domu u pani Marii, więc opiekowała się [tą dziewczynką]. Ukrywały się u zakonnic w tamtej okolicy, potem w Krakowie. Zakonnice powiedziały, że dalej nie mogą ich ukrywać, że mają złe warunki. Wtedy pani Maria, której mąż był w Wojsku Polskim w niewoli w Niemczech, napisał jej, że najlepiej będzie, jeżeli ona zgłosi się na ochotnika do pracy do Niemiec. W ten sposób znalazła się w Niemczech. Nie umiem powiedzieć, jaki to był termin, każdym razie była tam zadomowiona.

  • Czy utrzymywała pani po wojnie kontakt z tą rodziną?


Moja matka do śmierci utrzymywała kontakt tylko z jedną z nich, z Ireną. Wiem tyle, że pani Maria z córką mieszkała po wojnie we Wrocławiu. Mam gdzieś notatki matki, ale po wojnie jej nie widziałam.

  • Jak nazywała się Irena?


Nie umiem powiedzieć.

  • Czy pani doczekała się końca wojny w Dreźnie?


To jest jeszcze bardzo komplikowane. Nie [doczekałam w Dreźnie]. To jest długie opowiadanie. Nie znam nazwy [tej miejscowości]. Blisko przyszły wojska radzieckie. Była wiosna. Władze niemieckie i personel opuścili szpital. Oprócz bardzo ciężko chorych pacjentów, których Niemcy nie zabrali, byli także obcokrajowcy. Pani Maria – która była bardzo przedsiębiorcza – i moja mama jako najstarsze dowiedziały się, że kucharka próbowała się otruć. Uratowały ją, zrobiły płukanie żołądka. W jednym budynku myśmy stworzyły szpital.

  • Dlaczego kucharka chciała się otruć?


To była Niemka. Tak strasznie bali się wojsk radzieckich. Cały personel uciekł. Wszystkich chorych zgromadziłyśmy w jednym budynku. To trwało jakiś czas. Zajmowałam się na przykład robieniem opatrunków. Mniej chorzy pomagali przy posiłkach. Natomiast Niemcy z wioski czy z miasteczka przywozili bańki z mlekiem, żywność, tylko mniej i stawiali w tym samym miejscu w zależności od tego, jak mniej więcej zajmuje jeden budynek. Nikt nie wchodził na teren szpitala. Myśmy się opiekowały tymi chorymi. Jest taka scena. W tej chwili bym tak nie postąpiła. Był pacjent bardzo dobrze traktowany przez personel, mógł być wysoko urodzony. Nie miał obydwu nóg i Niemki bardzo się nim opiekowały. Miał osobny pokój. W chwili gdy miałyśmy przewozić pacjentów, weszłam do pokoju, w którym był. Nad nim był olbrzymi portret Hitlera. Mówi do mnie, żebym zdjęła ten portret, ponieważ wejdą żołnierze radzieccy. W tej chwili bym tego nie zrobiła, ale wtedy jak umiałam powiedzieć po niemiecku, to powiedziałam, że to przecież jest jego wódz, jego prawie ojciec, tak go kocha, że wisi w jego pokoju, stracił dwie nogi i mimo wszystko to dla niego jest bliski człowiek. [Powiedziałam], że mu w tym nie pomogę. Wyszłam. Przeżył w naszym szpitalu te kilka dni, może dziesięć. Pewnego dnia wróciły Niemki, w chwili, kiedy zmieniałam opatrunki. Przyszła siostra i powiedziała, żebym wróciła do swojej pracy. Następnego dnia aresztowano wszystkie Polki, a także Polaków pracujących u okolicznych gospodarzy. W okresie kiedy byłyśmy tam, przychodzili do nas, odwiedzali, czasem przynieśli coś do zjedzenia, troszkę mąki, czegoś [innego], co mogli. W okresie kiedy pracowałam i nie było jeszcze tak blisko końca wojny, jeździłam z Heleną do Drezna.

  • Wyzwoliły panią wojska sowieckie?


Tak.

  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?


Myślę, że w lipcu 1945 roku. Zajęło mi jakieś trzy, cztery tygodnie od maja.

  • Czy pani kamienica ocalała?


W międzyczasie czekałam na karę śmierci, o czym nie powiedziałam. Czy to nie jest ważne?

  • Gdzie pani czekała na tę karę śmierci?


Aresztowano nas i trzymano w baraku poza miastem. Do Polaków przyjeżdżały ze wsi gospodynie. Poniżej była szosa, po której szły wojska niemieckie. Tak olbrzymia ilość, że nie wyobrażałam sobie, że oni jeszcze byli tacy mocni. Niemki przyjeżdżały przywozić chłopcom jedzenie. Często spełniali u tych pań różne funkcje, nie tylko pracowali, więc one przywoziły jedzenie. Mówiły, że w gminie są narady, co z nami zrobić. Jak wkraczały wojska radzieckie, to Polacy skarżyli się: „Ten Niemiec mi zrobił to, ten tamto”. Planowano więc nas rozstrzelać, tak nam powiedziała jedna Niemka. Po kilku dniach przyszła i powiedziała, że była narada, kto jest za, kto przeciw. Wstał jeden Niemiec i powiedział: „One przecież prowadziły szpital i opiekowały się naszymi pacjentami wtedy, kiedy nasze niemieckie pielęgniarki i cały personel uciekł ze szpitala”. Zmieniono zdanie i wywieziono nas do miasta, którego nazwy nie znam. Do dużego obozu, w którym przedtem znajdowały się tylko Rosjanki. Było ich koło dwudziestu kilku, wszystkie baraki puste. Nas, Polaków z okolicy, było koło dwudziestu kilku w różnym wieku. Był chłopiec, który miał, przypuścimy, koło siedmiu lat i był jego dziadek, a matką tego chłopca była jedna z tych dziewięciu [kobiet]. Jak nas wieziono do tej miejscowości, na dworcu widziałyśmy opuszczone flagi. Helena, która dobrze mówiła po niemiecku, oddaliła się na chwilę i rozmawiała z dwoma młodymi, świeżo pobranymi do wojska chłopcami. Mieli szesnaście, siedemnaście lat. Spytała się, dlaczego flagi są opuszczone. Wtedy z płaczem powiedzieli, że ich wódz, Adolf Hitler zginał na polu walki i że jest żałoba. Musiał to być 2 maja. W tym obozie byłyśmy kilka dni. Rano nagle stwierdziliśmy, że szlaban otwarty, nikt nas nie pilnuje. W mieście wywieszono białe flagi na znak poddania się. Najpierw przyjechali radzieccy motocykliści. Objechali całe miasto. Po kilku godzinach wjechało dwóch motocyklistów, potem dorożka wysłana czerwoną flagą razem z młotem i sierpem. W niej leżał dowódca tego odcinka, jak nam powiedzieli. Za nim szły wojska i zajmowały to całe miasto.

  • Czy pani mieszkanie ocalało?


Nie.

  • Cała kamienica była wypalona?


Tak, nie było nic. Nie mogłyśmy tam mieszkać. To nie było jeszcze najgorsze. Wracałam z wojskiem, miałam różne trudności [...].

Nagranie dodatkowe zarejestrowane 5 grudnia 2014 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Urszula Adamowicz.

Nazywam się Alicja Jeśman.

  • Jak wyglądało pani życie podczas Powstania, taki codzienny dzień?


Opowiadałam już przedtem moje przeżycia pierwszego dnia Powstania, jak wracałam do domu. Byłam dzieckiem bardzo bojącym się wojny i okres na przykład oblężenia Warszawy czy jakichś bombardowań spędzałam w piwnicy, która była naszym schronem w budynku obok naszego domu. Podczas Powstania ze względu na to, że było to skrzyżowanie ulicy Żelaznej i ulicy Leszno, tam pozostał jeszcze mur getta okalający duże getto i za nim znajdowało się wojsko niemieckie. Partyzanci, nie partyzanci, [po prostu] akowcy, którzy przyszli natychmiast pierwszego dnia do naszego domu, atakowali jakby w twierdzy za murem budynek koszar, które przed wojną było moją szkołą podstawową. Były to ataki zupełnie bezskuteczne. W pewnej chwili nawet była taka sytuacja, po kilku dniach, że Niemcy krzyczeli, ale także krzyki były po rosyjsku, żeby nie strzelać. Wydawało się, że oni chcą się poddać. Wtedy wśród nas, mieszkańców Warszawy, znalazł się ksiądz, który poszedł rokować. Mieliśmy nadzieję, że chcą się poddać. W chwili, kiedy ksiądz się ukazał i zaczął rozmawiać, zaczęły się ponownie strzały. Szczęśliwie ksiądz ocalał. Myślę, że może część tych żołnierzy, bo było tam nie tylko wojsko niemieckie, ale była także rosyjska RONA, to znaczy Rosyjska Armia Narodowo-Wyzwoleńcza [właściwie Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa], bo krzyczeli także po rosyjsku: „Nie strzelać”. Myślę, że ten bunt zdławili i nadal odbywały się walki.

W tym czasie przebywałam prawie cały czas w piwnicy, w której był nasz schron, ze względu na to, że budynki od strony ulicy Żelaznej, gdzie były koszary niemieckie, miały okna na przestrzał i na naszym podwórku były i odłamki, i można było nawet dostać kulą, ponieważ to była mała odległość i było niebezpiecznie. Poza tym wydawało mi się, że tam jednak będzie bezpieczniej. Moja mama wychodziła do naszego mieszkania w ciągu dnia, rozpalała ogień pod kuchnią, robiła jakieś placki z ziemniaków, bo mieliśmy zapasy, i w ten sposób po prostu żywiła mnie i moją babcię.

  • A ile osób było w piwnicy razem z panią?


To była piwnica pod dość dużym budynkiem, nie miała żadnych rzeczy, bo na górze było gimnazjum kolegium, więc nie było żadnej żywności składanej. Była wielka piwnica, znaczy korytarz, i bardzo dużo pojedynczych klatek. Tam miałam swoje legowisko razem z mamą, w jednym takim miejscu. Myślę, że w okresie kiedy był pożar w budynkach w okolicy placu Kercelego i wtedy przyszły tłumy, to było tak dużo, ile się zmieściło. Tego sobie nie można wyobrazić. W czasie tych wojennych przeżyć modliliśmy się, były wspólne modły, tak że ktoś czytał litanię albo mówił z pamięci, reszta odpowiadała. Więc było wyjątkowo źle.

  • Czy odczuwalna była panika wśród ludności cywilnej? O czym rozmawiano?


W ogóle się nie rozmawiało. Każdy miał swoje myśli. Były nawet awantury, że jakaś pani weszła ze swoim pieskiem, a nie ma powietrza do oddychania dla ludności. Chcieli wyrzucić tego pieska i tę panią razem, ale potem znaleźli się obrońcy. Była taka sytuacja w piwnicy, w której w pewnej chwili budynek, w którym byłyśmy w piwnicy, został trafiony i słyszeliśmy odgłos wpadającej bomby i świst wpadający. I taki człowiek, który siedział najbliżej przewodów kominowych, w pewnej chwili został zasypany sadzami i krzyczał: „Trafili nasz dom!”. Wtedy wszyscy zaczęli uciekać z tego schronu, zrobiła się wielka panika. Wszyscy szli w kierunku wyjścia. Szczęśliwie nikogo nie zabito, nie zadeptano, bo okazało się, że bomba wpadła do przewodu kominowego i z powodu dużej ilości sadzy prawdopodobnie nie wybuchła. Wpadła jakby w poduszkę i tylko byliśmy zasypani sadzami. I wszyscy byliśmy uratowani.

  • Czy później wrócono do tej piwnicy?


Myśmy nie wyszli z tej piwnicy, po prostu.

  • A proszę powiedzieć, na czym pani mijały godziny, no bo jednak było sporo czasu. Co pani robiła w piwnicy?


Wspominałam dzieciństwo. Moja pamięć sięga od tego, kiedy miałam dwa lata. Wspominałam mieszkanie, w którym byłam, w którym na stoliku stał gramofon z tubą. Mama nastawiała płytę i powiedziała w ten sposób: „Walc Straussa »Nad pięknym, modrym Dunajem«, tańczy Alicja”. I ja pamiętam, jak ja wychodzę z innego pokoju i choć byłam grubą dziewczynką, ja tańczę, a mama mi pomaga i mówi do mnie: „Raz, dwa, trzy. Raz dwa, trzy. Raz, dwa, trzy”. Ja starałam się myśleć coś, co było pięknego w moim życiu. Z takich ciekawszych rzeczy, to jest… nie byłam jeszcze w szkole, jak oglądałam pogrzeb marszałka Piłsudskiego. Przed wojną chodziłam na defilady razem z matką w Aleje Ujazdowskie, gdzie były defilady, w których nawet uczestniczył Piłsudski. Pamiętam, że były defilady, gdzie byli konni jeźdźcy i w rytm marsza koń prawie tańczył. Były to piękne chwile, bo w końcu mieliśmy sto dwadzieścia dwa lata niewoli, a dopiero w dwudziestym roku odzyskaliśmy niepodległość. W szkole śpiewaliśmy legionowe piosenki. „Legiony to…” i inne. I o tym myślałam. Myślałam także o pogrzebie Piłsudskiego. Razem z innymi dziewczynkami stałam [wtedy] pod kolumną Zygmunta, a na lawecie jechała trumna z marszałkiem Piłsudskim. I wtedy grano marsza żałobnego Chopina, gdzie melodię, myślę, że pamiętam do tej chwili, od tego dnia, kiedy grano ten marsz na pogrzebie marszałka. Wspominałam także moje dzieciństwo, gdzie w zimie jeździło się na łyżwach, na takich lodowiskach, które były na zewnątrz. Chodziłam na glinianki, ojciec mnie uczył pływać. Wspominałam, jak zjeżdżaliśmy na Bielanach, obok klasztoru było jedyne wzgórze w Warszawie, gdzie zjeżdżaliśmy.

  • Mówiła pani, że wspominała pani glinianki, tak?


Nie, już potem mówiłam, że zjeżdżałam sankami, bobsleje, które były własnej produkcji mojego ojca, wielkie sanie, na dziesięć osób, z kierownicą. Zjeżdżaliśmy w dół, w kierunku Wisły. W tej chwili tam jest ulica, którą poszerzono i nie ma tego wzgórza.

  • A czy w nocy udawało się pani spać?

 

Tak, jak nie było słychać samolotów nad głową. Bo samoloty wydawały specjalne odgłosy. Początkowo mruczały, potem jak były coraz bliżej, odgłos był coraz bliższy, a potem pikowały w dół, czyli leciały w dół, prosto, pionowo w dół, wtedy było słychać świst, zrzucały bomby. Wtedy było słychać upadek bomby, potem grzmot rozpadającej się kamienicy i znowu świst, jak leciał samolot i potem następny. Ale naloty zdarzały się także w nocy. Samoloty zawieszały takie oświetlające rakiety nad miastem, tak że jak czasami spałam w łóżku, a nie byłam w nocy w piwnicy, to wtedy kiedy chciałam przejść czy przebiec do naszego schronu, to ta rakieta tak oświetlała, że musiałam czekać chwilę, żeby móc przebiec do schronu, bo wydawało mnie się, że mogą mnie nawet zastrzelić z tego samolotu, który nisko latał. I wtedy, pamiętam, że pomyślałam sobie – ten wielki błysk taki, bo czasami bomba padała gdzieś blisko, ten błysk wybuchającej [bomby] otwierał jakby niebo. Było widać granatowe niebo z gwiazdami, wtedy kiedy my byliśmy pod bombami. Więc starałam się chować jednak w tym schronie, mimo że podczas Powstania Warszawskiego już byłam dużo większą dziewczynką, bo miałam około piętnastu lat, jak to się zaczęło.

 

Ale rozmawiałam z koleżankami, które brały udział w Powstaniu – ja nie byłam harcerką przed wojną i z tego powodu nie byłam zorganizowana w działalności – mówiły mnie te koleżanki, że one tak samo się bały, ale umiały pokonać swój strach, jak miały jakieś trudne zadanie. Bo moje koleżanki w większości były łączniczkami. Ale troszkę starsze ode mnie.

  • Czy pani miała jakąś koleżankę w czasie Powstania Warszawskiego, z którą pani trochę rozmawiała czy więcej przebywała? Był ktoś taki?


W piwnicy ani w moim domu nie było żadnych łączniczek, bo oni byli zajęci. Każdy był na swojej placówce. Wśród moich najbliższych przyjaciół to był Ryszard Wdowiński, brat mojej przyjaciółki z dzieciństwa, która mieszkała na tej samej ulicy i chodziliśmy razem do szkoły. Podczas okupacji mieszkali na placu Kazimierza, ponieważ mieszkanie było zamienione z Żydami, bo ta część należała do getta. Ryszarda Wdowińskiego nie widziałam. O nim dowiedziałam się po wojnie. Brał udział w Powstaniu, jego pseudonim jest „Koran”. Był ranny, w szpitalu na Starówce spalił się żywcem. Po wojnie, jak wróciłam do zrujnowanej Warszawy, znalazłam koleżankę, zamieszkałam w tej samej miejscowości, w gruzach. Ona poszła zidentyfikować zwłoki brata do parku Krasińskich, bo rodzice nie mieli siły psychicznej tam iść. Musiała wśród tych spalonych zwłok znaleźć swojego brata, Ryśka. Jego prochy są pochowane na cmentarzu powstańczym.

  • 7 sierpnia przyszła pani na Grzybowską. Jak tam wyglądało życie, taki zwykły, powstańczy dzień?

 

Z naszego domu przeszłyśmy przez sąsiednią posesję. Nie można było wyjść na ulicę, ponieważ Niemcy mieli ostrzał z bunkra, który stał na zewnątrz getta, na środku ulicy, róg Leszna i Żelaznej. Mieli ostrzał na ulicę Leszno. Mieli także ostrzał na wszystkie główne ulice, że komunikacja podczas Powstania Warszawskiego była przez sąsiednie posesje, przez dziury w cudzych mieszkaniach na parterze, gdzie przechodziło się na następne podwórko. Potem gdzieś była barykada, którą można było przebiegać w chwilach, kiedy była przerwa między strzałami, więc był sygnał, żeby przebiec. Barykady były budowane z różnych rzeczy, przede wszystkim z płyt chodnikowych, z jakichś starych samochodów, z różnych dużych części mieszkania, żeby zasłaniały i były wykopane w ziemi tak, żeby przebiegający był jako tako chroniony, żeby Niemcy nie widzieli poszczególnych osób. W ten sposób przeszłyśmy przez ulicę, przekroczyłyśmy barykadę na ulicy Leszno. Potem szłyśmy między różnymi podwórkami i tak dostałyśmy się na ulicę Grzybowską 68. Tam były trzy podwórka, ciotka mieszkała w trzecim podwórku. W tym okresie tam był jak gdyby spokój, bo nie było gdzieś blisko Niemców, natomiast Warszawa była ostrzeliwana cały czas z artylerii. Strzelały automatyczne pociski, takie jak… jest taki jeden, co nazywał się „Bóg Wojny” [„Ziu”]. Inne pociski automatyczne nazywaliśmy „krowy”, bo one przy nastawianiu wydawały taki zupełnie krowi ryk. Poza tym było bombardowanie.
Ale tam nie byłam w piwnicy. Wydawało nam się, że tam jeszcze jest oaza wolności. Nawet ponieważ ze sobą miałam mało bielizny i ubrania stamtąd, zaplanowałyśmy iść do ojca i odwiedzić go w Śródmieściu. Nie miałam czystej sukienki i mama z jakiegoś materiału, który znalazł się u ciotki, uszyła mi nową sukienkę, bardzo prostą.

  • Czy może pani opowiedzieć, jak ta sukienka wyglądała?


Mogę. Był to biały jedwab, „krep mat” się nazywał, w drobne kolorowe kwiatki. Ja w tej sukience mam zdjęcie pod moją szkołą po maturze, bo tak mało się miało ubrania. Była modna, ponieważ posiadała z przodu pewien skos, który falował na moim biuście młodocianym, i była zupełnie prosta. Bo to trzeba było mieć coś czystego, ale… I tak poszłam z matką w tej nowej sukience. Było piękne lato, tylko że niebo było zasłane dymem, bo już były pożary i ten dym siedział nisko, ale zasłaniał także niebo. Ja w książce napisałam: „jakby nieba już nie było, a na ziemi zostało tylko piekło”.

  • Czy ten dym utrudniał oddychanie?


Jak się było blisko, tak. W zależności od tego, jak blisko był pożar.

  • A u ciotki mieszkała pani w mieszkaniu?


W mieszkaniu, na trzecim piętrze, wysoko. Były trzy podwórka. Moich dwóch braci już nie było. Nazywali się Tadeusz i Ryszard Jordan. Ciotka powiedziała, że oni poszli do Powstania. Właśnie dziś odebrałam papiery jednego z nich. Natomiast młodszy, który był ode mnie młodszy, nie jestem pewna, nigdy go nie widziałam i nie wiem, czy brał udział w Powstaniu. Po wojnie mieszkali we Wrocławiu.

  • Jak tam pani spędzała czas?


Byłam krótko. Byłam tylko kilka dni, dlatego że byłam w mieszkaniu… Było szykowanie się do wyjścia, szycie sukni, więc właściwie nawet nigdzie nie wychodziłam poza mieszkanie. Mieszkanie było dość duże i tam była reszta rodziny, osoby starsze, więc my trzymałyśmy się w jednym pokoju.

Natomiast czternastego dnia, 14 sierpnia… Jeszcze nie powiedziałam, jak odwiedziłam ojca.

  • Proszę powiedzieć.


Ojciec zawiadomił nas, że musimy uciekać, dlatego uciekłyśmy na ulicę Grzybowską. Wiedziałyśmy, że on ma punkty, w których jest, miałyśmy adres i to była Zielna 2, Zielna 4. Znalazłam ojca w pobliżu, na tyłach dawnego przedwojennego Dworca Głównego. To było od ulicy Chmielnej. W mieszkaniu, do którego weszłam, byli właściciele mieszkania, ale byli także Powstańcy. Dzielni Powstańcy, po nocnym dyżurze spali gdzieś na siedząco, ubrani, z bronią w ręku, prawie z bronią w ręku. Natomiast inni właśnie wychodzili na swoje stanowiska, bo ten oddział miał stanowiska strzeleckie i pilnował Dworca Głównego, gdzie były wysadzone szyny, tak że Niemcy nie mogli tam dojechać z wojskiem do Śródmieścia. Więc oni mieli przede wszystkim takie strzeleckie punkty, żeby Niemcy nie mogli zdobyć tych torów. Więc wróciłyśmy z powrotem na ulicę Grzybowską do ciotki. Z ojcem umówiłyśmy się, że on przyjdzie po nas czternastego dnia o świcie, żebyśmy były gotowe.

  • Proszę powiedzieć, czy w tym okresie, najpierw na ulicy Leszno, a później na Grzybowskiej, widziała pani, jak przebiega Powstanie w innych rejonach miasta? Czy były wiadomości, co się dzieje w poszczególnych dzielnicach?


Ja ani nikt z nas nie miał żadnego pojęcia, co dzieje się dalej. W miejscach, które były tak zwaną w Śródmieściu oazą wolności na początku, a szczególnie wśród Powstańców, była powstańcza… wychodziły gazety, był specjalny biuletyn i oni byli informowani. Widziałam zdjęcia z czasów Powstania, gdzie ludność cywilna słucha raportów, ale ja takich rzeczy nie widziałam, ani nie widziałam żadnej gazetki.

  • Czy była pani świadkiem bądź ofiarą zbrodni wojennych popełnianych w trakcie Powstania?

 

Ja opowiadałam na początku, jak został zabity pierwszy żołnierz. Wychodząc czternastego dnia z ulicy Grzybowskiej, wołali do nas: Raus! Alle raus! Więc wychodziłyśmy, przeszłyśmy przez barykadę, między barykadami, blisko była barykada niemiecka. Kazali nam przebiec na drugą stronę. Wpadłam na tego Niemca, który był z karabinem maszynowym. Matka mnie wyciągała z tego. Myślę, że gdyby miał krótką broń, to by mnie zastrzelił. Ale wypchnął mnie, że ja wyszłam dalej. Potem szłam ulicą Grzybowską. I przede mną był wybuch, za płotem, bo szłam po stronie lewej i z lewej strony było jakieś mur, jakiś płot i tam był wybuch. I szły żywe pochodnie – pięć czy sześć osób paliło się żywcem, z włosów zrobiła się czapeczka. Ale nam się nic nie stało. Potem zbierali nas w większe grupy. Zatrzymaliśmy się róg Towarowej i Wolskiej w warsztacie samochodowym, który nadal istnieje, w którym jest salon samochodowy. Tu przed nami weszły osoby poparzone. Wydawało mnie się, że któryś z Niemców mówił, że trzeba ich oddać do szpitala. Uważałam, że wśród różnych narodowości są jeszcze ludzie, którzy mają współczucie. Ale nie byłam tego świadkiem, żeby oddali do szpitala. Dalej, idąc róg ulicy Towarowej i Wolskiej, był stos trupów pod pierwsze piętro, tak olbrzymi, że trudno to sobie wyobrazić. Później dowiedziałam się z książki wydanej przez dzielnicę Wolę na temat rzezi Woli.

  • Jak wtedy pani szła, to czy ludzie coś mówili na ten temat? Jak reagowali?


Proszę pani, jak człowiek się boi, to nie myśli i nie rozmawia. To nie jest kawiarnia.

  • Czy pamięta pani jakieś reakcje, na przykład ktoś płakał, ktoś krzyczał?


Nie, nie, nikt nie płakał. Szłyśmy, wystraszone, nic więcej. Nikt nikomu nie opowiadał. Nawet wtedy kiedy znalazłam się w Pruszkowie, nikt z nas nie opowiadał tego, co widział, chociaż widziałam nie tylko stos trupów. Potem byłam dalej gnana ulicą Wolską, która teraz jest po prostu częściowo zamknięta, do kościoła na ulicy Wolskiej, przy Sokołowskiej. To jest kościół Świętego Wojciecha. Tam było dość dużo już ludzi i tam zbierano nas w większe grupy. Potrzeby fizjologiczne załatwiało się za prezbiterium, bo tam było jakoś bardziej… Na podwórku, znaczy pod budynkiem kościoła, leżały pojedyncze trupy.

  • Jak wówczas Niemcy was traktowali, w kościele czy w trakcie tej drogi do Pruszkowa?


Z nienawiścią. Jak wołali: Raus! Alle raus! Ja pamiętam ten głos. Oni tak strasznie nas nienawidzili. Te kilka słów wystarczyło. Była olbrzymia nienawiść, nie tylko u tych, u wszystkich. Oni chcieli po prostu wszyscy nas zabić. To nie było to, że tylko SS czy tam wojsko i tak dalej – to była tak straszna nienawiść.

  • Czy pani miała ze sobą jakiś bagaż podręczny?


Tak, tak.

  • Proszę powiedzieć, co to było?


Tam była zapasowa bielizna. Nawet miałyśmy ze sobą matki futro i miałyśmy marynarkę dla ojca, bo on poszedł bez marynarki. My wzięłyśmy dla niego. Nie miałam zapasowych butów. Miałam bardzo eleganckie, wężowe pantofle, które odziedziczyłam po matce, sprzed wojny, takie pół korki, bardzo eleganckie. Byłam dość dobrze ubrana.

  • W tej sukience pani szła?


Podczas okupacji mimo wszystko staraliśmy się ubierać. Szyło się suknie z dwóch poprzednich, mieszając kolory. Moja mama umiała szyć, więc miałam na sobie ładną garsonkę, granatową, w jakieś pasy. Muszę powiedzieć, że byłam dobrze ubrana, jak szłam.

  • Czy nikt pani nie zaczepiał jako młodej dziewczyny?


Nie. Nie. Tego wojska nie było dużo. Chwilami to były pojedyncze osoby na dużą ilość ludności cywilnej. Więc nikt mnie nie atakował i nie widziałam, że tutaj, jak ja szłam przez Wolę, żeby kogoś zaczepiali. Nie byłam tego świadkiem.

  • Jak długo była pani w kościele Świętego Wojciecha?


Myślę, że tego samego dnia, może na następny dzień nas wyprowadzili, już wtedy dużo większą grupą, bo to były punkty zbiorcze, i wtedy prowadzili nas piechotą do Pruszkowa. Było widać z daleka, jak się obejrzałam, długą kolejkę, więc było nas dużo.

Wprowadzono nas do jakiegoś pomieszczenia, które przedtem było warsztatem reperującym sprzęt kolejowy. W środku były szyny i olbrzymie drzwi, które pozwalały, że pociągi wjeżdżały do środka i były tam reperowane. Przykucnęłyśmy na swoim bagażu i wtedy przyszła do nas po krótkim czasie pani z RGO (to jest taka charytatywna, polska organizacja […]), która powiedziała do mnie i do mamy, żeby zgłosić się do lekarza, który jest w tym pomieszczeniu, i powiedzieć, że jesteśmy chore, że mamy biegunkę i że jesteśmy chore, znaczy że to mógł być tyfus albo czerwonka. […]

Nagranie dodatkowe zarejestrowane 16 marca 2015 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Urszula Adamowicz.

Alicja Jeśman, z domu Koszwa.

  • Proszę opowiedzieć, co się działo od momentu pani aresztowania?


Trzymano nas w takim baraku, który był za miastem. W dole było widać idącą szosą olbrzymią ilość wojska niemieckiego, pokonanego wojska. Nie spodziewałam się, że jeszcze tak byli mocni i mieli taką olbrzymią ilość wojska. Pewnego dnia do baraku przyjechała Niemka do któregoś z Polaków, którzy byli razem z nami, bo nas tam było około dwudziestu siedmiu osób, w tym dziewięć Polek ze szpitala i reszta to byli Polacy, którzy pracowali w okolicy. Wszyscy byliśmy razem aresztowani. Przyjechała Niemka, ja spytałam jej, dlaczego jesteśmy tu zamknięci i chciałabym wiedzieć, co się z nami stanie. Na to ona powiedziała: „W gminie radni dyskutują i jest wniosek, żeby nas rozstrzelać, dlatego że jak wchodzą Rosjanie, Polacy skarżą się, że ktoś z Niemców zrobił mu taką czy inną krzywdę. Wtedy Rosjanie zabijają Niemców. Więc postanowili nas profilaktycznie rozstrzelać”. Byłam tak zdenerwowana tą wiadomością, że wzięłam rower tej pani, która przyjechała z jedzeniem dla tego Polaka, który pewnie spełniał jeszcze inne funkcje w tym gospodarstwie. Wsiadłam i chciałam uciekać. Ale w tym areszcie była moja matka. Po krótkim okresie czasu zorientowałam się, że tu nie ma ucieczki. Nie wiem nawet, czy powiedziałam mamie, że jest tak poważna sytuacja, że mogą nas w krótkim czasie rozstrzelać. Za kilka dni przyjechała ta sama pani i powiedziała: „W gminie była narada. Wstał jeden z Niemców i powiedział: »Wy chcecie ich rozstrzelać. A jak nasze pielęgniarki i cały personel uciekł, to one opiekowały się naszymi najbardziej ciężko chorymi pacjentami«”. Zmieniono zdanie. Postanowili wysłać nas do obozu, który był w miejscu, gdzie prawdopodobnie przyjdą Amerykanie. Następnego dnia zaprowadzono nas na stację kolejową. Tam zauważyłyśmy, że wiszą flagi niemieckie, ale mają czarną wstążeczkę. Nie wiedziałyśmy, co to znaczy. Helena, która najlepiej mówiła po niemiecku z tej naszej grupy, oddaliła się troszkę i spytała nowych, młodych żołnierzy niemieckich, którzy byli świeżo wzięci do wojska, mieli około szesnastu lat, co się stało, że jest żałoba. A oni powiedzieli: „Nasz ojciec, nasz wódz, zginął na polu walki w Berlinie”. Myślę, że to był dzień albo dzień później po samobójstwie Hitlera w bunkrach w Berlinie.
Zawieziono nas do jakiegoś dość dużego obozu. Tam był obóz dla Rosjanek, było ich dwadzieścia kilka. Cały obóz był pusty. Wybraliśmy sobie blisko, bo między nami byli i mężczyźni, zdecydowali, żeby tak blisko gdzieś z boku był barak, bo wszystkie były puste. Ale dowiedziałyśmy się, że tych Rosjanek było ponad dwa tysiące, a zostało tylko dwadzieścia dwie. Nadal byłyśmy więźniami. Był szlaban, było zamknięte. Myślę, że po dwóch czy trzech dniach szlaban rano [otwarty] – stwierdziłyśmy, że jest otwarty szlaban, że całe miasto jest obwieszone białymi flagami, że się poddają. Niemcy przed tym otworzyli dla swojej ludności magazyny wojskowe, które były na terenie tego miasta, i w tym ostatnim dniu Niemcy rozdzielali… znaczy walczyli o to, żeby zdobyć jak najwięcej żywności. Ale były tam i alkohole, taki był bogaty magazyn, bo oni zwozili wszystko z całego świata.
Czekałyśmy, była zupełna cisza w mieście, nie było żadnej niemieckiej ludności, tylko białe flagi. Czekałyśmy pod obozem całą grupą. Nagle przyjechali Rosjanie na motocyklach, taki zwiad pierwszy, objechali miasto i wyjechali. Po godzinie czy dwóch przyjechali znowu. Ale wśród tych pierwszych Rosjan motocyklistów była zwykła, prosta dorożka, tak jak u nas w Polsce, wysłana czerwoną flagą, z gwiazdą i z młotem, a w niej siedział, jak potem się dowiedziałyśmy, dowódca tego odcinka. Nie znam rangi tego oficera, ale w każdym bądź razie tak dość oryginalnie wkraczał do tego miasteczka. Na następny dzień postanowiliśmy stamtąd uciekać, ponieważ było niebezpiecznie. Wojska radzieckiego nie było i mogli nas tam wtedy jeszcze Niemcy zamordować. Więc ruszyliśmy piechotą, wszystkie dwadzieścia siedem osób, w tym był nawet chłopiec siedmioletni, który razem z dziadkiem znalazł się z Warszawy, a jego matka Stefania była wśród nas, dość dawno w Niemczech. Szliśmy piechotą. Potem panowie zorganizowali jakąś furę, konia. W ten sposób, częściowo piechotą, wróciłyśmy z powrotem do Arnsdorf, to znaczy do miejscowości, gdzie był szpital. Przeszliśmy przez taką część Drezna, na wzgórzu i potem widzieliśmy zniszczone miasto Drezno. Była to w moim życiu trzecia kamienna pustynia. Po spalonym getcie, po spalonej Warszawie była tak samo pustynia, było Drezno. Szpital był zamknięty w Arnsdorf. Pani Maria pobiegła do gminy i dostała klucz. Nocowałyśmy tam w szpitalu, który był całkowicie pusty, nie było ani pacjentów, ani nikogo w środku. Na następny dzień wyszłam na rynek i tam zobaczyłam pierwszego polskiego żołnierza. Było to dla mnie coś niesamowitego. Pobiegłam na pobliski cmentarz, zerwałam kilka kwiatów i dałam mu te kwiaty. To były narcyzy, białe narcyzy.

  • A to była jakaś polska jednostka w ramach…


Tak, tam weszła chyba 1 Armia, ona była Berlinga. Więc tam weszła 1 Armia Berlinga, ale było niewiele tych żołnierzy w tej małej miejscowości, więc musiałyśmy stamtąd uciekać. W międzyczasie, idąc do Arnsdorf, wszyscy się gdzieś rozproszyli, zostało nas tylko około pięciu czy sześciu osób, każdy szukał jakieś innej drogi. Potem idąc w kierunku Polski, na wschód, byłyśmy tylko ja z matką i jeszcze jedna koleżanka. Nie było żadnych środków lokomocji. Wojna się jeszcze właściwie nie skończyła. Myślę, że był to jakiś 6 maja. Po drodze spotkałyśmy następny oddział polskiej armii, był to magazyn żywnościowy. Mieszkali w jakimś dworku, zbierali zwierzynę, która uciekła gdzieś do lasu albo była przez Niemców wypuszczona, i w ten sposób, zabijając zwierzęta, karmili armię. Dowódca tego, pan kapitan, powiedział, że jest niebezpiecznie, żebyśmy szły same, że lepiej, żebyśmy zostały razem z nimi. Że mama będzie im pomagać, żeby ugotować coś dla wyższych oficerów i dla nas, i żeby poczekać, żeby się zorientować, jaka będzie sytuacja w powrocie. Po dwóch czy trzech dniach przyjechała ciężarówka i byli tam oficerowie, którzy powiedzieli, że mają już rozkaz, że ich oddział jutro czy pojutrze ma rozkaz powrotu do Polski. Był to sąd polowy. Panowie zorganizowali z tego dworku stylowe meble, postawili na ciężarówce: „Panie będą łaskawe usiąść”. Nas było trzy. Była jeszcze jedna koleżanka, która była, myślę, że jakieś dwa lata starsza ode mnie. Przywieziono nas do jakiegoś miasta, w którym jak gdyby w jakimś urzędzie był sąd polowy. Na pierwszym piętrze siedzieli przy stole sędziowie i zaprosili nas na wieczór pożegnalny, który miał być tego wieczora. Kazali Niemcom opróżnić z trzeciego piętra mieszkanie, żebyśmy mogły spać w sypialni. Był to wielki luksus, spać w czystej, białej pościeli. Ale uzgodniłyśmy z mamą, że my nie pójdziemy na to pożegnanie, że na pożegnanie pójdzie mama. Wydawało nam się, że jest niebezpieczeństwo dla nas obu młodych. Mama zeszła na dół, wróciła po krótkim czasie, a panowie powiedzieli w ten sposób: „A dlaczego nie przyszły te młode panie?”. – „One są bardzo zmęczone”. – „Ta blondynka to jest pani córka, ale tę »czarnuchę« to nam pani przyśle”. Ta „czarnucha”, to byłam ja, jej córka. Rano koło godziny ósmej miał być wyjazd, stały samochody ciężarowe. Główny sędzia powiedział tak: „Zepsuł nam się samochód i nie będziemy mogli pań wieźć w kierunku Polski”. Potem popatrzył przez okno i powiedział: „Tam jest oddział pana kapitana – ja go nazywam Szewczenko, nie wiem, jak się nazywał – proszę spróbować, może on weźmie panie w kierunku Polski, ale tu w mieście nie mogą panie zostać, bo Niemcy was zamordują”. Wydawało nam się, że jesteśmy z deszczu pod rynnę. Ten oddział był oddziałem, magazynem mundurowym. Pan kapitan mówił po rosyjsku, żołnierze byli mieszani, byli i Polacy, i byli Rosjanie. Samochody były załadowane zdobyczami wojennymi. Były to nędzne zdobycze, ale były to bielizna wojskowa, ciepła, kalesony i jakieś bluzy. Załadowane było to wszystko w ciężarówki. Jechałyśmy we dwie początkowo na ciężarówce, potem jechałyśmy razem, ja z koleżanką, w kabinie.

  • Czyli panie zostały zabrane przez ten drugi oddział?

 

Tak, ten Rosjanin zgodził się, że nas weźmie. Nie było żadnej dyskusji, tylko powiedział: „Proszę bardzo, proszę wsiadać do samochodów, bo my już odjeżdżamy”. Byłyśmy uratowane.

  • Ile czasu zajęła podróż do Polski?


Myślę, że ze dwa tygodnie. Nie było żadnej możliwości, jeszcze nie chodziły pociągi. Ten oddział zatrzymywał się w pewnych punktach i czekał, aż inne części tego pułku czy jakiegoś innego oddziału zbiorą się, i potem był następny etap.

  • A czy paniom jako młodym dziewczynom w tym oddziale groziło jakieś niebezpieczeństwo?


Wszyscy się zalecali, ale starałyśmy się być osobno. Pierwszy postój był w jakimś dworku, w którym zastępca pana kapitana, Rosjanina, starszy oficer, wyznaczył pokój dla panienek za pokojem pana kapitana i wyjście było tylko przez pokój kapitana. Uciekłyśmy od tego zespołu żołnierzy do wioski, tam ukryłyśmy się w jakimś budynku i nie planowałyśmy tam wrócić. Choć nie było żadnej nadziei, że ktoś inny nas tam… Wieś była pusta. W każdym budynku wszystko było porąbane, całe meble i tak dalej, była kupka. Bo tam przeszła armia radziecka. Po jakimś czasie przyszedł delegat od pana kapitana, że pan kapitan nas wzywa. Więc poskarżyłyśmy się, że dostałyśmy pokój za panem kapitanem bez możliwości normalnego poruszania się i wiedziałyśmy, co to znaczy. Pan kapitan powiedział, że ponieważ przejechaliśmy już ponad sto czy sto pięćdziesiąt kilometrów, panie winne są nam pewne rzeczy, więc ustalił w ten sposób, że mama będzie gotowała dla szefostwa (tam było kilka osób) i dla nas także, a że my będziemy wiązać po dziesięć sztuk w magazynie te kalesony i te bluzy. Poza tym dał słowo, że nam się nic nie stanie. Dostałyśmy osobny pokój i wydawało nam się, że wszystko jest w porządku.
Ale czas oczekiwania, to pan kapitan wyjeżdżał, mówiło się, że on jedzie na polowanie, i zostawali sami żołnierze. Wśród tych żołnierzy był jeden młody pan z Wilna, który dość dużo rozmawiał z nami. Ale oni zawsze wszyscy byli z bronią, bo to jeszcze ciągle była atmosfera wojny, więc pewnego dnia, kiedy nie było kapitana, cały tłum żołnierzy zaczął dobijać się do pokoju, w którym byłyśmy my trzy, ale z nami był także ten młody pan z Wilna. Tamci krzyczeli, że wyłamią drzwi, żeby się do nas dostać. Na to on powiedział: „Jestem najstarszy stopniem, jeżeli któryś wejdzie, będę strzelał”. A potem nam powiedział: „Jestem klerykiem z Wilna. Ja was tu pilnuję. Oni nie wiedzą, że ja jestem duchownym”.
Potem jeszcze kiedyś było spotkanie. Pan kapitan przyszedł do magazynu i zaczął rozmawiać ze mną i z koleżanką. Ja miałam złoty łańcuszek i takie serduszko od chrztu. W pewnej chwili on tak wyjął ten łańcuszek i pyta się: „A to co?”. A ja mówię, że to pamiątka od chrztu. I on mi tak wrzucił to. Ja zrobiłam zdziwioną minę, a on mnie się pyta, dlaczego ja jestem taka zdziwiona. A ja mówię: „Bo wiem, że Rosjanie wszystko zabierają”. A on powiedział mnie, że wszędzie są różni ludzie, że on jest inżynierem z Moskwy, że ma dwoje dzieci, że przedtem nie miał nic wspólnego z wojskiem, że ma w domu żonę, dzieci i nie można wszystkich ludzi oceniać tak samo. Muszę powiedzieć, że w porównaniu z sądem, który chciał nas zostawić na pastwę Niemców, to był wielki dżentelmen. Dowieźli nas do Polski, gdzieś do Wielkopolski. Stamtąd już pociągiem dojechałyśmy do Łowicza, bo tam była rodzina mojego ojca. W ten sposób przyjechałam do Polski.



  • Kiedy to było?


Myślę, że od 8 maja to zajęło nam to chyba trzy czy cztery… Myślę, że więcej niż miesiąc.

  • Jak długo pani przebywała w Łowiczu?


W Łowiczu miałyśmy dobre warunki, ciotka miała duże mieszkanie i już w Polsce było jakie takie życie. Szczególnie na prowincji nie było kłopotów z żywnością, więc… Ale ja postanowiłam, że wrócę do Warszawy, do szkoły na 1 września. Miałam skończone podczas okupacji tylko dwie klasy gimnazjum, w gimnazjum Hoffmanowej, na tajnym nauczaniu. Wróciłam do Warszawy. Wszystko było zniszczone. Z mojego podwórka została tylko brama. Warszawa była oswobodzona w styczniu, w zimie. Ja przyjechałam 1 września czterdziestego piątego roku. Szukałyśmy jakiegoś lokum. Na bramach były napisy i kartki: „Jestem tu”, „Żyję” i tak dalej. W ten sposób odnalazłam swoją przyjaciółkę Zosię Wdowińską, która wraz z rodzicami mieszkała, bym powiedziała, w gruzach, na ulicy Poznańskiej. W krótkim czasie, kiedy zamieszkałam u Zosi, przyszła wiadomość, że ekshumowano żołnierzy Powstańców i są groby w parku Krasińskich. Jej brat, mojej przyjaciółki od dzieciństwa, był starszy ode mnie dwa lata, zginął. Był ranny, był w szpitalu i zginął na Starówce, spalony żywcem. Rodzice nie mieli siły psychicznej iść go zidentyfikować. Zosia poszła rozpoznać swojego brata. Był także jakby moim bratem.

  • I udało się go rozpoznać?


Tego nie wiem. Ja mam zdjęcie i dostałam wywiad z fotografem, który robił zdjęcie malusieńkiego szpitalika powstańczego. Były tam cztery łóżka, a rozpoznał, że to Powstańcy, po tym, że jeden z nich miał amputowaną nogę, a drugą miał w gipsie, i uciekał z tego spalonego łóżka. To zdjęcie było zrobione tuż po Powstaniu, jak ten fotograf, który fotografował z ramienia Delegatury Rządu, fotografował Powstanie. Myślę, że właśnie jednym z tych Powstańców był Ryszard Wdowiński, pseudonim „Koran”. Ale w rodzinie było więcej osób, które zginęły. Wśród czterech braci Hennebergów, którzy byli ciotecznymi braćmi mojego męża, jeden zginął w Niemczech w chwili, kiedy weszły wojska alianckie, przejechany. Wyszli trzej z obozu jenieckiego… [Został] przejechany przez amerykańskiego żołnierza i tam zginął. Przeżył Powstanie, przeżył głód w obozie jenieckim i zginął. Byli to Polacy z wyboru. Nazwisko ich jest Henneberg, mieli nawet tytuł „von”, ale walczyli… Ich ojciec Wilhelm Henneberg nie podpisał folkslisty, z tego powodu mieli nędzę, ale pomagali mojemu mężowi, który pochodził z Berdowicz, powiat Słonim, województwo nowogródzkie. Tam najpierw przyszła armia radziecka, zabrano jego ojca do łagru. Teraz, pisząc książkę, znalazłam dowody, że był wzięty do pracy… Siedemnastego dnia weszli Rosjanie, a po trzech dniach już zabrali jego ojca. Pracował w kopalni ołowiu pod Donieckiem. Znalazłam [informacje] u kuzynów z Wilna, ponieważ szukam dowodów i piszę wspomnienia wojenne, także ze strony mojego męża. Matkę zastrzelono, w krótkim czasie… Przyszedł człowiek, była lekarzem, była już wtedy tylko z siostrą, bo jak weszli Niemcy, męża wysłała do Warszawy, a tam została, licząc, że jej mąż jeszcze żyje. On w końcu chorował, bo ołów daje choroby nowotworowe w bardzo szybkim okresie czasu. Potem dowiedziałam się, że był wywieziony w tajgę i tam umarł. Mam z tego obozu jego ostatni list do kuzyna w Wilnie, jak błaga o jakieś nawet podarte ubranie i coś do jedzenia.

  • A wracając do pani przeżyć i wspomnień, jakie jest najtrudniejsze wspomnienie z Powstania Warszawskiego dla pani?


Myślę, że ten stos trupów. Tego sobie w ogóle nie można wyobrazić. Ja w tej chwili dostałam cztery zdjęcia, które przedstawiają około dziesięciu osób. To są jedyne z takiego filmu dokumentalnego o Powstaniu. Tam w tym miejscu jest napisane, że zabito pięćset osób. Proszę sobie wyobrazić tłum, pięćset osób. Natomiast jest inne miejsce… Ja pracowałam po wojnie w szpitalu na Kasprzaka i na Działdowskiej była przychodnia, do której przychodziłam. Ja chodziłam po prochach tych wszystkich ludzi, którzy zginęli na Woli. Przy ulicy Działdowskiej w okolicy szpitala dla dzieci jest monument, na którym jest napisane: „Tu zabito siedem tysięcy osób”. Znam rodzinę lekarza, który jedyny… nie, dwóch zostało nie zabitych w szpitalu na Płockiej. Zabijali wszystkich. Ale Niemiec powiedział do drugiego kolegi: „Wczoraj tu przywiozłem pacjenta i ten lekarz pomógł nam. Ten lekarz jest dobrym chirurgiem, może nam się przydać”. I w ten sposób pan doktor Wesołowski został z Płockiej żywy. Zabito i pacjentów, i zabito wszystkich. Te drobne trupy, które leżały pod kościołem na Wolskiej, to już nie robiły na mnie wrażenia. Wydaje mnie się, że w tym stosie tam jeszcze… To była Wolska 2, 4, 6. Tam jeszcze było drugie pięćset osób. Ale z zeznań, z książeczki „Powstańcze miejsca na Woli” [wiem, że] w pobliżu było następne pięćset osób. Jaki to jest tłum ludzi.

  • Czy te obrazy później do pani wracały, w snach?


Muszę powiedzieć, że ja jeszcze niestety tym żyję. O tym wszystkim nie można zapomnieć. Motto mojej książki jest: „Zakopmy miecz wojny, nienawiści, bo mózg wszystkich ludzi ma ten sam kolor”. To dotyczy całej mojej książki, ponieważ ja opisuję wszystko od pierwszego dnia wojny. Opisuję życie w Warszawie, szkołę, umieszczam nazwiska nauczycieli. To byli bohaterowie, którzy chcieli z nas nadal robić ludzi, żebyśmy nie zostali jakimiś prymitywnymi ludźmi. Była historia, była łacina. Jako szkoła gospodarcza gotowałyśmy coś w garnku, niewiele było żywności, a w tym czasie były przedmioty takie, że normalny program mogłam zrobić. Straciłam dwa lata szkoły. Pierwszy rok, w trzydziestym dziewiątym roku, zaczęto budować getto i nasz budynek Leszno 86 prawdopodobnie miał należeć do getta, bo było ogłoszenie, że dzieci z tego domu nie mogą chodzić do szkoły. Bo Żydom zabronili od razu chodzenia do szkoły, natomiast my, Polacy, mieliśmy pozwolenie tylko i wyłącznie na podstawowe wykształcenie i szkoły podstawowe były czynne. Natomiast z moim adresem dostałam się do szkoły na Bema, dość daleko, ale dopiero po roku.

  • Czy jest jakieś pani wspomnienie z Powstania Warszawskiego, które ma bardziej pozytywny wydźwięk? Coś, co można by nazwać dobrym wspomnieniem?


To jest bohaterstwo. Bohaterstwo nie tylko tych, co z bronią w ręku walczyli, ale i bohaterstwo moich koleżanek, które były łączniczkami. Jedna z nich, z którą chodziłam do gimnazjum i zrobiłam razem maturę, była ranna, nazywa się Wanda Okolska. Straciła nogę i miała bardzo krótki kikut. Drugą nogę i tułów miała ranny. Była ranna na barykadzie. Mieszkała u wujostwa Okolskich. Wuj był dyrektorem szpitala Dzieciątka Jezus. Natomiast tam była wielka tragedia, ponieważ Konrad Okolski zginął w pierwszych dniach Powstania na Woli. Oni przyjęli kuzynkę i ona znalazła wśród nich rodzinę. Zrobiła maturę, potem skończyła biologię. Ale władze komunistyczne, nie, stalinowskie, dały jej przydział pracy do rzeźni, żeby sprawdzała mięso. A tam było ślisko. Na kamieniach była woda, a ona chodziła o kulach. Była taka dość duża i ciężka, miała całe dłonie jako jeden wielki odcisk. Protezę miała dopiero po kilku latach. Z dwiema jeszcze koleżankami ze szpitala Dzieciątka Jezus na ulicę Wawelską prowadziłyśmy ją piechotą.

  • Jaka po latach jest pani opinia na temat Powstania Warszawskiego?


Ja może powiem nie moją opinię, chociaż ja ją podzielam. Dostałam z Muzeum Powstania wywiad ciotecznego brata Jacka von Henneberga, który opowiada dzieciństwo. Między innymi opowiada, jak ojciec mojego męża, bo oni wszyscy byli w majątku w Berdowiczach… Opowiada dzieciństwo i opowiada, jak brał udział w Powstaniu. I na pytanie on odpowiedział, wtedy mówi się to, co człowiek myślał, kiedy miał te siedemnaście czy piętnaście lat: „Wiedzieliśmy, że to jest samobójstwo, ale nie było innego wyjścia”. Czy teraz jakiś siedemnastolatek może powiedzieć coś takiego? To nie są czcze słowa. 

Warszawa, 25 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
 
Warszawa, 5 grudnia 2014 roku i 16 marca 2015 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Adamowicz

Zobacz także


łączniczka

Alicja Budniakiewicz „Lilka”

Alicja Budniakiewicz, z domu Golec. Urodziłam się 2 września 1924 roku w Warszawie. Proszę opowiedzieć o swoim...

więcej
cywil

Irena Figarska

Nazywam się Irena Figarska, a moje panieńskie nazwisko w czasie Powstania było Irena Niemczuk. Bardzo proszę...

więcej
cywil

Janina Stefania Stańska

Nazywam się Janina Stańska, jestem urszulanką szarą, jestem warszawianką urodzoną w...

więcej
strzelec, łącznik

Leopold Purek „Szczypior”

Nazywam się Leopold Purek. Co pan robił przed wojną? Przed wojną, przed 1939 rokiem,...

więcej

Izabela Skorupka

Alicja Budniakiewicz „Lilka”