Alina Zuzanna Woźniak „Alina”

Archiwum Historii Mówionej


Nazywam się Alina Zuzanna Woźniak, urodziłam się 11 sierpnia 1924 roku w Warszawie. Byłam łączniczką III Batalionu Pancernego „Golski”, czyli VI Zgrupowanie, mieszczącego się w gmachu Architektury na rogu ulicy Lwowskiej i Koszykowej.

  • Proszę opowiedzieć trochę o swoim życiu przedwojennym, to znaczy gdzie pani mieszkała, kilka słów o rodzinie, rodzicach, rodzeństwie...

 

Przed wojną moja rodzina mieszkała na Wołyniu, gdzie uczęszczałam do państwowego gimnazjum w mieście Sarny i zdążyłam skończyć trzy klasy gimnazjum. Moja babka była właścicielką majątku ziemskiego, którym administrował mój ojciec. Był dosyć znany jako działacz gospodarczy, w swoim zakresie. W każdym razie kiedy 17 września przez radio dowiedzieliśmy się, że wkroczyła Armia Czerwona, moja babka była u siebie w swoim majątku ziemskim...



  • Jak ten majątek się nazywał?


Nazywał się folwark Berducha i jeszcze ten cały, duży majątek nazywał się Berducha Czabel. Obejmował grunty w dwóch miejscowościach – Berducha i Czabel. I ponieważ moja babka w roku 1920 była zakładniczką zatrzymaną przez tak zwanych bolszewików i dodam jeszcze, że moja babka urodziła się właśnie w sąsiedniej wsi w stosunku do folwarku Berducha, w majątku Tynny, który należał do jej ojca. Ale wyszła za mąż za obywatela ziemskiego Jana Leszczyńskiego, który miał majątek ziemski pod Berdyczowem. I w czasie rewolucji rosyjskiej już trzeba było ten majątek (majątek pod Berdyczowem nazywał się Chalczyniec) opuścić. [Babka] miała majątek w Żytomierzu i z rodziną mieszkała w Żytomierzu. W Żytomierzu władze ciągle w czasie rewolucji rosyjskiej się zmieniały. Przychodzili biali Rosjanie, bolszewicy, Ukraińcy, [niezrozumiałe] i to był taki mętlik. Ale kiedy w czasie jednej z tych zmian przyszli bolszewicy, brali zakładników spośród znaczniejszych obywateli. Ponieważ dziadunio było chory, leżał, wzięli moją babkę jako zakładniczkę. Zawieźli ją do Moskwy, gdzie musiała czyścić, sprzątać wychodki. Potem, kiedy powstało już państwo polskie w 1918 roku rząd polski wymienił Polaków – zakładników, na więźniów – jeńców sowieckich. I wtedy moja babka wróciła do Żytomierza, ale kiedy Piłsudski doszedł do Kijowa, wróciła do Żytomierza. Ale wtedy nagle Budionny przerwał front i musiała z moją matką tak jak stały – w letnich sukienkach, uciekać. Dziadunio w dalszym ciągu był chory, ale później został stamtąd wywieziony. Uciekły do majątku swojego brata, brata mojej babki – Tynne, całość nazywała się Tynne. W roku 1932 brat mojej babki zmarł i ona odziedziczyła po nim część tego majątku Tynne pod nazwą – majątek Berducha Czabel. I tym majątkiem Berducha Czabel administrował mój ojciec, który był z zawodu agronomem. Ponieważ babka już miała doświadczenia z Rewolucji Rosyjskiej, więc jak tylko posłyszała przez radio, że wojska – Armia Czerwona przekroczyła granicę, kazała zaprzęgać konie i przyjechała do Sarn. Mój ojciec w tym czasie był w Sarnach, też zdawał sobie sprawę z tego, że nie może zostać. A ojciec zaprosił do naszego domu w Sarnach niejakiego adwokata Rettingera z Lublina z synem, który przed bombardowaniami uciekał na wschód. Ale kiedy okazało się, że Armia Czerwona wkroczyła do Polski, to natychmiast adwokat Rettinger postanowił znów wracać w kierunku zachodnim i mój ojciec wsiadł do ich samochodu i wyjechał tego samego [dnia] – 17 września opuścił Sarny w samochodzie adwokata Rettingera. A moja babka przyjechała tego samego dnia. Jeszcze przyjechał z nią leśniczy z żoną, rządca, kierownik tartaku (bo był tam tartak, w majątku Berducha) i jeszcze przyjechała do nas na lato bratanica mojego ojca Władysława Braciejewska z rodziną, która mieszkała przed wojną w Berlinie. Ona i jej mąż Edmund byli działaczami polonijnymi. Edmund Braciejewski był prokurentem Banku Słowiańskiego w Berlinie, który to bank głównie zajmował się interesami Polonii. I ponieważ oni byli działaczami polonijnymi i więcej niż my i spodziewali się, że może wybuchnąć wojna, bali się represji ze strony Niemców i przyjechali na wakacje do Polski. I właśnie byli u nas tak, że właśnie oni przyjechali do naszego domu w Sarnach. Wkrótce, po kilku dniach, po wkroczeniu władz sowieckich zaczęli sowieci nas odwiedzać, robić rewizje w domu. Pytali moją matkę: Gdie wasz munż? A moja matka skończyła gimnazjum rosyjskie w Żytomierzu, więc dobrze znała język rosyjski, więc odpowiadała, że on [niezrozumiałe – ros.] – Nie zwariował, żeby siedzieć w domu. Po paru tygodniach, ponieważ ten dom był dosyć nowoczesny – stosunkowo, jak na czasy przedwojenne, bo był skanalizowany i tak dalej, wyrzucili nas z tego domu i przeprowadziłyśmy się do domu pomocy domowej – Hani Kasjaniuk. I w ten sposób już zniknęłyśmy z pola obserwacyjnego towarzyszy sowieckich. Ponieważ nasz dom mieścił się naprzeciwko byłej rezydencji starosty powiatowego, a z jednej strony graniczył z obiektem wojskowym tak, że oni mieli nas doskonale na oku. Ale ponieważ dom im odpowiadał, więc nas wyrzucili, a my już nie byłyśmy w polu bezpośredniej obserwacji i w najbliższym czasie wyjechałyśmy z Sarn i przez Białystok dotarłyśmy do linii demarkacyjnej – poradzono nam jak można przejść i zostałyśmy przewiezione w nocy łódką przez Bug. Znalazłyśmy się w ten sposób w strefie okupacyjnej niemieckiej. Najpierw pojechałyśmy do Krakowa i tam znalazłyśmy schronienie u sióstr Felicjanek w Krakowie. Z początku nawet chodziłam tam do gimnazjum, ale wkrótce gimnazja i wszystkie polskie szkoły średnie Niemcy zamknęli. A mój ojciec był w Warszawie i jego brat Aleksander wiedział, że my pojechałyśmy do Krakowa i mój ojciec wysłał tego brata Aleksandra na poszukiwanie nas i tak się szczęśliwie złożyło, że w niedzielę poszłyśmy na mszę do Kościoła Mariackiego, a przed kościołem czekał na nas brat ojca Aleksander. I ojciec nas zabrał do Warszawy, a ściślej do majątku Radziejowice, ponieważ dostał posadę administratora majątku Radziejowice – własność hrabiny Krasińskiej, właścicielki Królikarni, która przebywała za granicą, w Jugosławii. A poprzedni przedwojenny administrator, który był oficerem rezerwy trafił do Katynia. Jednym słowem – posada administratora majątku Radziejowice wakowała i mój ojciec dostał tę posadę. Majątek Radziejowice niebawem trafił pod zarząd powierniczy, […] i początkowo, ponieważ ojciec pochodził z zaboru pruskiego, władał doskonale językiem niemieckim, więc początkowo władze niemieckie zatrzymały go na tym stanowisku. Po jakimś czasie majątek ten – Radziejowice przeszedł spod zarządu powierniczego, czyli […] pod zarząd majątków będących własnością Rzeszy niemieckiej. Wtedy mój ojciec został zwolniony z tej posady. Ale przed wojną organizował – ponieważ majątek mojej babki miał duże, znaczne lasy i produkował drewno, nawet został założony tartak – nawet z grupą innych działaczy, można powiedzieć, zorganizowana została spółka producentów drzewnych w której zasiadał i arcyksiążę Habsburg, kilku Potockich i także mój ojciec Józef Woźniak. Ta spółka producentów drzewnych nigdy jeszcze nie zdążyła rozpocząć swojej działalności przed wojną, ale te znajomości z byłymi wspólnikami zostały zachowane i wspólnie z jednym z udziałowców tej spółki – Stefanem Potockim mój ojciec założył przedsiębiorstwo do handlu drewnem, które też przez jakiś czas działało i zatrudnił tam między innymi brata Aleksandra.

Ale jednak to nie trwało długo, bo Niemcy zaczęli się interesować moim ojcem. Na pewno ktoś im go wskazał. Pewnego dnia do naszego mieszkania (mieszkaliśmy przy ulicy Śniadeckich 10) zapukało kilku panów w cywilnych ubraniach i mówiących dobrze po polsku. Otworzyła im moja babka. „Czy zastaliśmy pana Woźniaka?” Babka myślała, że to jacyś panowie w interesach, powiedziała: „Nie ma go, ale niech panowie pójdą na Wilczą, tam jest biuro i w biurze jest jego brat.” Okazało się, że ci panowie to byli gestapowcy. Zrobili rewizję w tym mieszkaniu, biurze na Wilczej, zaaresztowali brata mego ojca Aleksandra. Od tej pory już ojciec nie mógł mieszkać w domu. I Aleksander – brat ojca, mój stryj, znalazł się na Pawiaku, a po kilku tygodniach Niemcy go... został potraktowany jako zakładnik. Jeżeli za zabicie, czy jakieś inne wykroczenie ze strony Polaków, Niemcy odpłacali z nawiązką. Za zabitego jednego Niemca rozstrzeliwali kilkudziesięciu, albo kilkuset Polaków i stryj Aleksander znalazł się na liście rozstrzelanych zakładników. Te listy były wywieszane na ulicach miasta Warszawy. I Niemcy często przychodzili do naszego mieszkania, robili rewizję, a mój ojciec się ukrywał i mieszkał pod Warszawą.

Żeby zakończyć wątek mojego ojca – zatrudnił się w jakiejś firmie też handlującej drewnem i wyjechał w towarzystwie kilku innych panów na teren Ukrainy. W mieście Poskirowie spotkał zięcia siostry mojej babki, który już przed wojną był posądzony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, ale z powodu u dowodów został uniewinniony i w czasie wojny on już... W dalszym ciągu okazało się, że współpracuje z Niemcami. I mój ojciec spotkał go na ulicy w Poskirowie, na chwilę odszedł od panów z którymi był w tej podróży, po chwili wrócił i mówi: „O, pokłóciłem się z Beniaszewiczem” – bo tak się ten pan nazywał – „bo on mówił, że Niemcy wygrają wojnę.” A mój ojciec wiedział kim jest ten pan, więc było z jego strony w ogóle lekkomyślnością podejmować takie tematy. Ale z drugiej strony też wiedział, że tamten pan nie jest jego przyjacielem. Nazajutrz mój ojciec poszedł do Gebitzkomisariatu, czyli urzędu niemieckiego na teren Ukrainy, żeby dostać jakąś przepustkę. Gdzieś tam musieli, mieli jechać i stamtąd nie wrócił. Panowie, którzy byli w tej podróży z moim ojcem znowu spotkali tego pana i on powiedział im tylko: „O, widziałem pana Woźniaka. Wsiadł do samochodu, pojechał do Równego, był bez nakrycia głowy.” A w Równym było największe niemieckie więzienie w tamtych czasach i z tego więzienia tylko jeden gryps na kawałku pakunkowego papieru do nas dotarł, gdzie mój ojciec pisze, że – zadenuncjował mnie pan taki i taki... Potem koleje wojny, losy wojny okazały się niepomyślne dla Niemców, armia niemiecka zaczęła się cofać i Niemcy tych więźniów, którzy byli w więzieniach rozstrzeliwali. Pewnego dnia zapukał do naszych drzwi jakiś jegomość, nieznany człowiek. Moja matka tylko otworzyła drzwi, on tylko powiedział, że: „Mąż pani został rozstrzelany” i poszedł. I wiadomo, że wszystkich tych więźniów – Polaków, może i innych narodowości Niemcy rozstrzelali. Gdzie zostali pochowani? Tego nie wiadomo...

  • Z czego pani i pani mama, z czego panie żyły?


Jeszcze miałyśmy jakieś zasoby, poza tym jeszcze był jakiś samochód ciężarowy – jeszcze był drugi brat mojego ojca Jarosław i ten samochód był własnością mojego ojca i on zajmował się transportami. A więc też nam częściowo pomagał. Jeden brat Aleksander został rozstrzelany jako zakładnik i lista była wywieszona na ulicach, a Jarosław po Powstaniu trafił do obozu koncentracyjnego, w tej chwili, w danym momencie nie potrafię powiedzieć [do którego] i też tam zginął. Po wojnie w 1946 roku gazety podały, że ten pan, którego mój ojciec spotkał na ulicy w Poskierowie wydał w ręce Niemców trzech braci Woźniaków. Co do mojego ojca to wiadomo, bo towarzysze podróży byli jego świadkami. Brata Aleksandra też wzięli zamiast mojego ojca. Co do Jarosława, to już nie mam bezpośrednich dowodów, ale skoro gazety napisały o tym, napisał „Głos Ludu” i „Gazeta Pomorska” – aresztowanie szpiega niemieckiego, który wydał w ręce Niemców między innymi trzech braci Woźniaków. Jeszcze na ten temat można by więcej mówić, ale to już nie wiąże się z moją osobistą historią...

  • Czy pani się uczyła w trakcie okupacji?

 

Tak. Najpierw skończyłam w Sarnach trzy klasy gimnazjum, potem miałam przez rok, może krócej prywatną nauczycielkę, która mnie przygotowała do egzaminu już konspiracyjnego w Gimnazjum Kowalczykówny tak zwanym, które mieściło się przy ulicy Wiejskiej. Popularnie było nazywane Szkoła Panien Jadwig, ponieważ były dwie przełożone, obie Jadwigi i mówiło się o nich Pani Czarna i Pani Biała. Była to jedna z bardziej ekskluzywnych szkół w Warszawie. Między innymi posyłał do niej swoje córki Jarosław Iwaszkiewicz, więc raczej była to szkoła prowadzona na niezłym poziomie. Skończyłam tam czwartą klasę gimnazjum i oficjalnie średnich i wyższych szkół nie było w Polsce – nie mogło być, bo Niemcy na to nie pozwalali, ale pod pokrywką różnych kursów zawodowych działały i szkoły średnie zawodowe i szkoły wyższe. No i wstąpiłam do Liceum Handlowego Gąseckiego przy ulicy Królewskiej, które przed wojną było Liceum Towarzystwa Oświaty Zawodowej. Ponieważ w czasie wojny Towarzystwo Oświaty Zawodowej nie mogło już istnieć, były dyrektor szkoły prowadził, kontynuował te szkoły pod nazwą Prywatna Szkoła Handlowa Gąseckiego. I skończyłam tam to dwuletnie Liceum Handlowe i zdałam maturę. Była to też dobra szkoła, język niemiecki wykładał tam prof. dr Józef Polak, przed wojną germanista wykładający na SGH. Przychodził z wykładami Jan Stanisław Bystroń, znany i jeszcze jeden był profesor wyższej uczelni – Gorzechowski, który na SGH wykładał geografię ekonomiczną. I tam skończyłam to dwuletnie Liceum Handlowe. Potem udało mi się dostać na tak zwane kursy handlowe, czyli do Miejskiej Szkoły Handlowej profesora Lipińskiego, która była kontynuacją SGH – Szkoły Głównej Handlowej. I skończyłam tam dwa lata studiów. Ale ponieważ po Liceum Handlowym wydawało mi się, że mam pewne i w wykształceniu humanistycznym, zapragnęłam jeszcze zdać maturę humanistyczną tak, że będąc już studentką konspiracyjnej SGH uczęszczałam na komplety Liceum Kowalczykówny i w lecie 1944 roku zdałam tam maturę, a równocześnie przerobiłam dwuletni program studiów SGH.

  • Czy pani pracowała w czasie okupacji?


[...] Nie. To już było niemożliwe, bo już miałam...

  • Czy miała pani jakieś dokumenty, które panią chroniły?


To SGH nazywało się: kursy handlowe, Miejska Szkoła Handlowa, więc to dawało pewną legitymację kursów handlowych Miejskiej Szkoły Handlowej. Zdarzały się też wizytacje Niemców, ale to zwykle byli... kierownictwo było uprzedzone. Wtedy chowali prędko dokumenty i jakiś wykład się zaczynał na poziomie takim, żeby nie budził zgorszenia, że tak powiem, Niemców.

Nie pracowałam w czasie okupacji.

  • Czy uczestniczyła pani w konspiracji?


I w konspiracji też nie byłam. Z początku jako nowa osoba w Warszawie nie miałam takich kontaktów, ale wszystkie koleżanki z kompletu humanistycznego należały do „Szarych Szeregów”. I ponieważ byłam już bardzo obciążona, bo miałam, przerabiałam, zdawałam egzaminy na drugim roku SGH i równocześnie miałam te... zdałam w lecie 1944 maturę humanistyczną – byłam już dosyć obciążona, także miałam już wtedy kontakty, mogłam wstąpić do konspiracji, ale z drugiej strony i Niemcy... nasz dom był pod obserwacją, częstą w każdym razie Niemców i już byłam bardzo obciążona, więc odkładałam to na jesień, że tak powiem. Moje koleżanki z tego kompletu były dosyć... kilka z nich poległo w Powstaniu Warszawskim. Zginęła Ania Nelken, Dorota Łempicka, Irka Jaczynowska – wszystkie spoczywają na Powązkach. Ocalała Zofia Stefanowska, która była potem żoną Stefana Traugutta, profesora polonisty i sama jest profesorem polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, z tego samego kompletu. I tylko kilka koleżanek z tego kompletu poległo w czasie Powstania. [...] Jak tylko Powstanie wybuchło...

  • Ale proszę powiedzieć, jak pani pamięta lipiec 1944? Czy już było wiadomo, że coś się będzie działo?


No, było wiadomo, ale ponieważ nie byłam w ścisłej konspiracji, tylko miałam te koleżanki tak, że ja dokładnie nie wiedziałam. Ale widać było, że coś będzie się działo.

  • Czy była tak atmosfera na ulicach w mieście...?


Była atmosfera, była. Między innymi taką scenę przeżyłam – Niemcy, wojska niemieckie były masowo przemieszczane na zachód i stałam kiedyś w Alejach Jerozolimskich, a jechała wielka kolumna Niemców. Nie można było przejść przez ulicę, bo jechali ci Niemcy non stop. A ja stałam na chodniku i czekałam kiedy będzie można przejść, przeskoczyć Aleje Jerozolimskie. A obok powoli przejeżdżali na ciężarówkach Niemcy. Stałam i zaczęłam się uśmiechać patrząc, że Niemcy uciekają. Zaczęłam się może nie śmiać, ale się uśmiechać. Przejeżdżał samochodem młody Niemiec i powiedział: Du lachst? Aber nicht lange wilst du lachen! To były prorocze słowa. Du lachst, to znaczy: ty się śmiejesz, że my uciekamy, ale nie będziesz się długo śmiała! I to się sprawdziło.

  • Jak pani pamięta 1 sierpnia?

 

No, pamiętam... też zaskoczył mnie u moich – bo mieszkałyśmy z matką i z babką przy ulicy Śniadeckich. Byłam u koleżanki na ulicy Chmielnej i około piątej godziny wracałam do domu i już słychać było strzały i trzeba było się chować po bramach, ale jeszcze do domu dotarłam. Tak, że w godzinie „0” wracałam do domu i jeszcze [do niego] dotarłam.

 

Ale ponieważ już wiedziałam, że Powstanie wybuchło, nazajutrz rano zgłosiłam się do gmachu Architektury i zostałam przyjęta na łączniczkę do batalionu „Golski”, nazajutrz po godzinie „0” rano. I byłam łączniczką przy kwaterze głównej batalionu „Golski” z tym, że zasięg naszych operacji nie był [rozległy]. Obsługiwałyśmy tylko teren batalionu „Golski”, nie dalej. Początkowo też mój przydział w czasie Powstania się zmieniał, bo początkowo byłam przy Kwaterze Głównej, potem byłam przydzielona do kapitana „Harpuna” – to był Cichociemny, skoczek, który w czasie okupacji przyleciał z Anglii i jakiś czas byłam przydzielona do kapitana „Harpuna”, a potem byłam podkomendną porucznika „Jerzego”, gdzie właściwie miałam niewielkie prace biurowe. Pisało się sprawozdania, codziennie wypełniało się tak zwane [niezrozumiałe]. Nie znam ścisłego odpowiednika w języku polskim, w każdym razie podawało się tam stan ludzi i stan broni w tym [niezrozumiałe].

W tym czasie jeszcze w zgrupowaniu „Golski” można powiedzieć, że istniało jakieś życie kulturalne. Była świetlica na najwyższym piętrze. Przychodzili artyści scen polskich – Mieczysław Fogg, śpiewaczki, Maryla Karwowska. Śpiewali arie operowe, ale także i piosenki, które powstały w czasie Powstania. I recytowane były także wiersze, które powstały w czasie Powstania. Między innymi zapamiętałam początek takiego wiersza: „Co w danej chwili dzieje się w całej Polsce, a my piwnicami, schronami...” W Polsce, w różnych dzielnicach Polski to się dzieje, tamto – to był jesień, żniwa, a my piwnicami, schronami...

I tak się zdarzyło, że ponieważ mieszkanie nasze było stosunkowo niedaleko od Architektury, pewnego dnia przyszłam do domu i można powiedzieć, że był głód w czasie Powstania, bo jedyne pożywienie, jakie w batalionie „Golski” otrzymywaliśmy, to była gotowana, ześrutowana pszenica przenoszona w workach przez Aleje Jerozolimskie z browaru Haberbuscha i Schielle. Przyszłam do domu, gazu już nie było, byłam głodna. Mojej matki też nie było, zresztą chodziła także budować barykady. Muszę powiedzieć, była zimna grochówka, którą zjadłam na głodny żołądek i zachorowałam na żołądek. Miałam trzydzieści osiem, czy trzydzieści dziewięć stopni, a w tym czasie był nalot na Architekturę i to pomieszczenie biurowe, w którym siedziałam zawsze jako podkomendna porucznika „Jerzego” zostało zbombardowane. Bomba od drugiego piętra, bo Architektura miała dwa piętra, aż do piwnicy przeszyła cały pion i to miejsce, gdzie zawsze siedziałam. A ocalałam dlatego, że byłam chora na żołądek i nie było mnie [wtedy]. Ale to też było ocalenie nie na długo, bo tydzień przed kapitulacją przechodząc przez podwórze gmachu Architektury zostałam trafiona odłamkiem granatnika w lewe udo.

W podziemiach Architektury był szpital polowy tak, że natychmiast mnie przeniesiono. Straciłam nawet na chwilę przytomność. Natychmiast była zrobiona operacja i leżałam w tym szpitalu polowym, gdzie także zachodzili jeszcze, żeby trochę rozerwać rannych artyści, śpiewacy. Sąsiednie łóżko koło mnie zajmował człowiek, który został zestrzelony. Mówił dobrze po polsku, ale przyszedł do Polski z wojskami sowieckimi. Mówił dobrze po polsku, ale wiadomo było, że on, nie wiem... No w każdym razie, czy on był Polakiem, czy on nie był Polakiem – był ranny i leżał koło mnie. Przyszedł z tamtej armii.

 

  • Jakie panowały warunki w tym szpitalu?


Wyżywienie było trochę lepsze dla chorych. Siostry były bardzo oddane tak, że... kierowniczką szpitala była dr Alicja Piotrowska – doskonały chirurg tak, że można powiedzieć, że jak na [tamte warunki]... Operacja była pod narkozą.

  • Ale czy udawało się zachowywać na przykład czystość?


Tak. W miarę możności było wszystko tak, jak można było. I już przed kapitulacją przyszedł ksiądz, my może jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest kapitulacja, ale wszystkim udzielił rozgrzeszenia in articulo mortis . To znaczy, że już nie wymagana była spowiedź, tylko żal za grzechy i wszyscy... wszystkim grzechy zostały odpuszczone in articulo mortis...



  • Czy wcześniej brała pani udział w jakimś życiu religijnym?


W życiu religijnym... no, o tyle, że byłam wierząca i...

  • Ale czy w czasie Powstania brała pani udział we mszy?


W czasie Powstania były odprawiane msze.

  • Gdzie?


Tam, na terenie Architektury, nawet były udzielane śluby. Pamiętam jeden taki ślub – panna młoda miała w charakterze bukietu kwiat pelargonii ścięty z doniczki tak, że były i msze odprawiane.

  • Czy często?


W tej chwili nie potrafię na to odpowiedzieć. Co niedziela na pewno, a czy częściej – nie, w tej chwili to już się zatarło w mojej pamięci.

  • A czy te koncerty o których pani wspominała odbywały się często?


[...] Koncerty? Często, często. Też nie potrafię powiedzieć jak często, ale często. Przychodzili właściwie, no...

  • To były duże zgromadzenia?


Była świetlica na drugim piętrze, chyba był jakiś fortepian, też już nie pamiętam, ale chyba był. W każdym razie byli ci śpiewacy i recytowano utwory, z których wiele powstało w czasie Powstania.

  • A czy pani jako łączniczka miała jakieś inne obowiązki oprócz prac biurowych?


To wtedy można było wyjść.

  • Ale czy pani jeszcze coś robiła oprócz tych prac biurowych?


W tym czasie jak byłam przydzielona do tego, to już nic nie robiłam. Tylko te prace biurowe.

  • A wcześniej?


A wcześniej byłam łączniczką tak, że tylko byłam wysyłana na terenie zajętym przez zgrupowanie „Golskiego” z meldunkami.

  • A jak pani pamięta ludność cywilną i jej reakcje na Powstanie powstańców?


Nie miałam do czynienia z szerokimi rzeszami ludności, tylko w ramach mojej rodziny. Wiem, że moja matka chodziła i budowała barykady, a ponieważ byłam w zgrupowaniu, nawet nie miałam kiedy z kim się kontaktować tak, że nie potrafię [powiedzieć].

  • Co pani matka, pani mama uważała na temat pani udziału w Powstaniu?

 

Nikt z nas nie zastanawiał się nad tym, uważaliśmy, że tak trzeba, że musimy to robić i że musimy walczyć. Nie mieliśmy czasu na refleksje – trzeba było działać. Z drugiej strony pewien jakiś taki pesymizm, zły nastrój wprowadzały audycje... już nie wiem jakie to było radio. Londyn? Ponieważ nie wolno było w czasie okupacji niemieckiej mieć aparatów radiowych, ale jednak okazało się w czasie Powstania, że te ukryte aparaty były. I jak się szło z meldunkami, to słychać było to, co... radio Londyn, czy jakieś tam inne nadawało i niestety nadawało „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej do Ciebie, Panie wznosim ten głos, skargę – jęk to ostatni. Od takich modłów bieleje włos...” Więc to nie działało dobrze na nas.



  • Czy miała pani jakieś inne źródła informacji?


Nie, nie miałam.

  • Nie czytała pani gazetek?


Nie. Jakieś tam były wydawane biuletyny, ale to też zrzuty przychodziły. To były zrzuty – przeważnie trafiały nie na nasze terytorium, tylko na terytorium Niemiec tak, że nie było żadnych, nie było wielu informacji.

  • A czy w pani otoczeniu dyskutowano kwestie polityczne? Dlaczego Rosjanie nie chcą pomóc?


Nie, nie. Nie było... nie miałam na to czasu, byłam zajęta moimi obowiązkami.

  • Czy miała pani jakieś bliskie koleżanki w tym oddziale?


Miałam kilka. Z niektórymi kontaktowałam się nawet do obecnych czasów.

  • Kogo?


Hanka Nowak na przykład. Była jeszcze koleżanka też z Miejskiej Szkoły Handlowej – Hala Korciupińska, która była w tym samym zgrupowaniu, ale po wojnie wiem, że wyszła za mąż za Anglika i co się z nią potem stało to nie wiem. Kilka właśnie i z tego kompletu, poległy koleżanki i inne też znajdowałam... na podwórzu gmachu Architektury był, powstawał taki prowizoryczny cmentarz tak, że jak się przechodziło, czasem się bywało, zdarzało się, że bywałam na pogrzebach, a czasami...

  • Jak one wyglądały?


Też był ksiądz i w miarę możności jakoś to się odbywało uroczyście. A czasami było tak, że nie... no, byłam łączniczką, więc cały czas nie mogłam być na tym podwórzu, ale przechodząc znajdowałam tabliczkę ze znanym nazwiskiem. Kolega też z Miejskiej Szkoły Handlowej, pamiętam – Andrzej Herc-Ukański – nie wiedziałam nawet, że był w tym zgrupowaniu, ale zobaczyłam, że zginął.

  • Co pani postrzegała jako największe zagrożenie?


Jako największe zagrożenie? Naloty, ostrzeliwanie. Sama zresztą zostałam trafiona tak, że... I potem była kapitulacja.

  • Jak pani wspomina ten moment i skąd pani się dowiedziała, że to już koniec?


To już nie potrafię powiedzieć – powiedziano nam, że jest kapitulacja i że będzie ewakuacja. Ale tydzień przedtem byłam ranna, miałam wysoką temperaturę, miałam trzydzieści dziewięć stopni i ponieważ moja matka była niedaleko, wiadomo było, że ranni będą ewakuowani, ale nie wiadomo było jak to nastąpi. Moja matka przyszła i zabrała mnie, na noszach mnie zaniesiono. Najpierw do granicy, gdzie jeszcze była władza powstańcza. Potem mnie przeniesiono do szpitala Dzieciątka Jezus. Tam dostałam łóżko – nosze, a miałam jeszcze nogę na wyciągu. W szpitalu Dzieciątka Jezus zaopatrzyli mnie w łóżko – nosze, a moja matka mi towarzyszyła, a stamtąd wywożono rannych do obozu przejściowego w Pruszkowie. Moja babka i cioteczna babka już odłączyły się od nas. Nie udało się nam razem – moja matka mnie pilnowała, a one wyszły z innymi osobami, którym Niemcy kazali wychodzić, opuszczać Warszawę. Trafiłam do obozu przejściowego w Pruszkowie, a jeszcze jak jechałam z nogą na wyciągu ze szpitala Dzieciątka Jezus, to taka furka – wóz zaprzężony w konia wywoził. To tylko pamiętam, że jakiś Niemiec już w średnim wieku, czy trochę więcej podszedł i zobaczył, że leży ranna i z nogą na wyciągu, no to okazywał swoją życzliwość, coś tam mi poprawiał tak, że chciał pokazać, że on nie jest wrogiem. W tym szpitalu, nie w szpitalu – w hali w obozie przejściowym w Pruszkowie albo kierowano do dalszych szpitali, dalej położonych, ale był Polak, dr Mazurek, który powiedział, że mam trzydzieści dziewięć stopni i nie powinnam doznać dłuższego transportu i sprawił, że zostałam skierowana do szpitala podmiejskiego. Najpierw do Komorowa, tam nie było miejsca i moja matka przesiedziała całą noc na krzesełku, a ja na tym łóżku – noszach. Później mnie zaniesiono do EKD i potem to łóżko – nosze stało w poprzek wagonu przy otwartych oknach i zawieziono mnie do Podkowy Leśnej, gdzie mieściła się filia ewakuowanego szpitala wolskiego i tam byłam przez kilka miesięcy w willi byłego dyrektora EKD – Maniewicza...

  • I tam pani doczekała wyzwolenia?


Tak, tak.

  • Czy była pani po wojnie w jakiś sposób represjonowana?


Nie przyznawałam się do tego, że brałam udział w Powstaniu. Pisałam tylko, że ojciec aresztowany przez Niemców zaginął i że ranna w Powstaniu Warszawskim. I to tak jakoś przeszło.

  • Jakie są pani dzisiejsze refleksje na temat Powstania?


Myślę, że było nieuniknione. To było... no, wielka strata młodych istnień, nie mówię tu o stratach materialnych, ale gdyby nie to Powstanie, to pewnie bylibyśmy siedemnastą Republiką Radziecką – takie były plany podobno Stalina tak, że to jest bardzo trudna kwestia do osądzania, ale... I gdyby nie było Powstania, to też nie wiadomo co by Niemcy z nami zrobili. Nie wiadomo...

Warszawa, 28 lipca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Miązek
Alina Zuzanna Woźniak Pseudonim: „Alina” Stopień: łączniczka Formacja: batalion „Golski” Dzielnica: Śródmieście Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter