Alojzy Leszek Gzella

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Alojzy Leszek Gzella. Urodziłem się 19 czerwca 1932 roku w Pelplinie, województwo gdańskie.

  • W jakim oddziale był pan w czasie Powstania?


W czasie Powstania, po 3 sierpnia, po takiej informacji, którą wywieszono na drzwiach wejściowych naszego domu, zgłosiłem się na Wilczą i zadeklarowałem uczestnictwo w Szarych Szeregach. Później się okazało, że jesteśmy przeznaczeni do poczty powstańczej.

  • Proszę powiedzieć, w jakiej dzielnicy był pan podczas Powstania?


To było Śródmieście, ulica Marszałkowska 56, czyli tuż, tuż, przy Piusa XI, teraz Piękna, i tak mniej więcej gdzie jest kino Polonia, w czasie okupacji ono się nazywało Apollo.

  • Proszę opowiedzieć, gdzie pan się urodził i w jakim domu? Kim byli pana rodzice?


Mój ojciec był nauczycielem. Urodziłem [się] w tej właśnie rodzinie. Mama nie pracowała nigdzie, bo ojciec pracował. To już wystarczyło, jak na owe czasy. I mieszkaliśmy początkowo w Pelplinie. Później ojciec przez jakiś czas musiał zrezygnować z pracy nauczycielskiej, był gdzieś w Brześciu, na jakimś takim, myśmy to określali, zesłaniu, bo jak wiadomo, na Pomorzu była tylko endecja, czyli Narodowa Demokracja, innych partii nie było, ani ludowych, ani komunistycznych. Po powrocie podjął pracę w trzydziestym szóstym roku w Lubawie. Lubawa była siedem kilometrów od granicy pruskiej, niemieckiej. I tam zacząłem, właściwie mogę powiedzieć, że miałem zacząć w trzydziestym dziewiątym roku naukę w szkole powszechnej.

  • Czyli nie zdążył pan jej jeszcze rozpocząć.


Nie, bo już rozpocząłem wtedy, kiedy teren był zajęty przez Niemców i szkoła była niemiecka. Tak że my nawet byliśmy w pierwszej klasie karani za rozmowy po polsku.

  • Proszę powiedzieć, jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku? Co panu utkwiło w pamięci?


My z naszego mieszkania w Lubawie musieliśmy się przenieść i obserwowaliśmy z poddasza przez takie małe okienko, co dzieje się na zewnątrz, bo groziło nam, tak uważano, że duży budynek może być zbombardowany. A my mieszkaliśmy w takim budynku, gdzie był bank. Więc parter był zajęty przez urząd bankowy, a piętra przez lokatorów. I tam mieszkaliśmy przed wojną. Natomiast ten trzydziesty dziewiąty rok i 1 września zapamiętałem, obserwując, jak wchodzi oddział niemiecki do miasta. I oni maszerowali tak jak [na] jakiejś manifestacyjnej imprezie, w szeregu. I nam się wydawało… Nie wiedzieliśmy, że to są Niemcy. Nam się wydawało, że deszcz padał i te mundury zostały takie zmoczone, i dlatego one tak dziwnie wyglądają. To był oddział już niemiecki. Od 27 sierpnia na pograniczu, czyli w kierunku Iławy od tej Lubawy już były rozmaite napady na strażnicę polskiego oddziału ochrony pogranicza. No i byliśmy później zaskoczeni, kiedy nam powiedziano, że niestety Niemcy wkroczyli do miasta. Ojca nie było, bo jako oficer rezerwy poszedł do wojska, walczył gdzieś pod Kutnem, no i później znalazł się w niewoli, w Częstochowie. Ponieważ Pomorzacy znali język niemiecki dobrze, więc ojca wytypowano tam, żeby wypisywał nie oficerom, ale żołnierzom polskim z tego jenieckiego obozu zaświadczenia, że mogą wrócić i opuścić obóz jeniecki. I ojciec sobie sam wypisał też i na tej podstawie wrócił do Lubawy.

  • W którym to roku było?


Trzydziesty dziewiąty.

  • W trzydziestym dziewiątym już ojciec wrócił?


Tak, tak. W trzydziestym dziewiątym wrócił, no, ale to już były rządy niemieckie. W związku z tym tych endeków Niemcy aresztowali i ojciec znalazł się w więzieniu. W tej Lubawie było piękne więzienie, piękne sądy i piękny tak samo szpital obok. I tam przebywał ojciec. Ale to takie śmieszne chyba było. Strażnicy tego więzienia to byli Polacy, ci sami, którzy przed wojną służyli jako strażnicy więzienni. I oni na Boże Narodzenie w trzydziestym dziewiątym roku zezwolili tym nauczycielom i innym aresztowanym na wyjście z więzienia, żeby w jakiś sposób z rodziną spędzić Wigilię. No więc ojciec wrócił do domu i do więzienia już nie poszedł z powrotem na wyznaczony termin, tylko uciekł, przedostał się do Warszawy. My natomiast do Warszawy wyjechaliśmy w końcu czterdziestego roku. To była okrutna zima. Jechaliśmy furmanką, później przez Wisłę przechodziliśmy pieszo do Kutna, z Kutna gdzieś tam do Warszawy już pociągiem przejechaliśmy.

  • Pan wracał do Warszawy z mamą i z kim jeszcze?


I z bratem starszym, i siostrą, znacznie młodszą, tak że wracaliśmy we czwórkę. I ojciec nas odebrał. Wiedzieliśmy, jaki tam jest adres, odebrał nas już w Warszawie i tak zamieszkaliśmy. Wpierw, na początek mieszkaliśmy przy ulicy Chałubińskiego, a później przeprowadziliśmy się do tego budynku Polonii, obecnie, gdzie było kino. Poprzedni mieszkańcy tego domu byli Żydami. To znaczy nie wszyscy, ale tego mieszkania, które nam przypadło w udziale, byli żydowskiego pochodzenia. Oczywiście myślę, że spolonizowani zupełnie, bo książki, które pozostawili w domu, a do getta byli zmuszeni, do przejścia do getta, były polskie, historyczne. Bardzo wtedy zacząłem wertować te książki, bo i obrazki były, i trochę historii.

  • Czyli do szkoły zaczął pan chodzić jeszcze w Lubawie?


Tak.

  • I w styczniu, na początku czterdziestego roku, państwo przyjechaliście do Warszawy?


Nie, na koniec.

  • Na koniec czterdziestego roku.


Tak. Bo my otrzymaliśmy (ojca już nie było) nakaz opuszczenia Lubawy w ciągu dwudziestu czterech godzin i z mamą wyjechaliśmy do rodziny, do Pelplina, i tam byliśmy prawie do końca roku. I w grudniu czterdziestego roku przenosiliśmy się do Warszawy.

  • Proszę powiedzieć, jak pan zapamiętał szkołę z tego pierwszego okresu, tę niemiecką? Czy były jakieś trudne przeżycia dla dziecka w tym wieku?


No myślę, że tak, zwłaszcza że wtedy nauczycielami były osoby niemieckiego pochodzenia. Pamiętam, naszą wychowawczynią była nauczycielka bez prawej ręki, czyli taka okaleczona, ale tą lewą ręką i piórnikiem potrafiła tak bić… Bo trzeba było ręce wyciągnąć, jak usłyszała, że się rozmawia po polsku, na przykład. Tak że ten pierwszy okres pobytu w szkole przypominam sobie bardzo negatywnie. Wyjechaliśmy do Pelplina, w Pelplinie znowuż do szkoły poszliśmy – myślę o bracie i o mnie – i tam przez jakiś czas do tej szkoły chodziliśmy. Ale później jakiś sygnał mama otrzymała od ojca i zdecydowaliśmy się przez, to się nazywało „zieloną granicę”, ale to była Wisła zmarznięta i przechodziliśmy właśnie przez tę Wisłę do Kutna, i pociągiem.

  • Po przyjechaniu do Warszawy, po przeprowadzce zaczął pan chodzić do szkoły?


Nie, nie. Chodziłem na… Więc może by trzeba zwrócić uwagę, że ci Pomorzacy tworzyli w Związku Zachodnim taką grupę jak gdyby zupełnie oddzielną. Bo nie czuli się w tej Warszawie, no właściwie tam, prawowitymi osobnikami. Więc my kontaktowaliśmy się tylko miedzy sobą – myślę o Pomorzakach. No i tam był ksiądz Lis, który nigdy w sutannie nie chodził, ksiądz Glamowski. I ja u tego księdza Glamowskiego chodziłem przez jakiś czas na takie komplety. On to prowadził niedaleko naszego domu. Tak że dopiero do piątej klasy trafiłem do szkoły.

  • W którym to było roku?


No, to musiał być, myślę, czterdziesty trzeci, czwarty, w tym okresie. Szkoła była na Polnej, tam budynek tam przetrwał, jest nadal, bo kiedyś odwiedzałem to. I tam chodziłem do tej szkoły, ale nie byłem z tego zadowolony, jakoś tak się czułem obco. My mieliśmy jednak pewne skażenia i naleciałości gwarowo-kociewskie, bo ten Pelplin to Kociewie, czyli jeszcze nie Kaszuby, ale Kociewie. I to wyróżniało nas na niekorzyść środowiska, tak że właściwie miałem tylko chyba trzech kolegów, z którymi kontaktowałem się poza lekcjami szkolnymi.

  • Należał pan w tej szkole do harcerstwa?


Nie, nie, nie było harcerstwa i nie należałem do konspiracyjnej drużyny harcerskiej, w której był mój starszy brat.

  • Proszę przypomnieć, jak brat miał na imię?


Stanisław. Nie żyje już. I on właściwie skontaktował się po wojnie z drużynowym, który prowadził drużynę harcerską w Warszawie w czasie okupacji, w czasie też Powstania Warszawskiego. To był „Jurek Biały”, Jerzy, czyli Jerzy Filiński, architekt po wojnie. No, miałem z nim jednorazowe takie spotkanie, brat częściej. On brata pamiętał, mnie miał prawo nie pamiętać, bo ja byłem w tym najmniejszym zastępie, czwartym. Drużyna nosiła imię Tadeusza Kościuszki.

  • I to było w tym okresie przed Powstaniem.


Przed Powstaniem, no i później w czasie Powstania.

  • Proszę powiedzieć, co pan zapamiętał z okresu okupacji w Warszawie? Czy był pan świadkiem jakichś drastycznych sytuacji?


No, mnie się wydaje, że sporo było takich faktów. Byłem świadkiem na przykład egzekucji.

  • Gdzie?


Na Jerozolimskiej, róg Marszałkowskiej. Tam jest jakiś pomnik poświęcony tym, którzy zginęli (przypadkowo zupełnie gdzieś przechodziłem). To to było przeżycie dla chłopaka…

  • Miał pan wtedy jedenaście lat.


No tak, tak że to niesamowite. Widzi się, jak strzelają, jak ci, którzy tam stoją ze związanymi rękami, padają. Tak że tego typu historii było sporo.

  • Czy jak pan był świadkiem tego rozstrzeliwania, był pan z kimś z osób dorosłych?


Nie, nie. Akurat wtedy byłem przypadkowo na tym rogu i Niemcy zatrzymywali ludzi, którzy przechodzili, chyba po to, żeby widzieli to rozstrzeliwanie, tę egzekucję. Czyli był taki zabieg propagandowy prawie że. Tak że tego nie widziałem zupełnie. No, w tym naszym domu, w którym mieszkaliśmy, przy Marszałkowskiej 56, było kino i ludzie przychodzili do tego kina. Niemcy kilka razy dokonywali takiego nalotu na kino, na widownię, wybierali ludzi i ładowali na ciężarówki, wywozili ich. To też widziałem i obserwowałem. Mieliśmy okna wychodzące i na podwórze, czyli na ten rodzaj tych domów w suterenie, i na Marszałkowską. Bo mieszkanie było duże, pięciopokojowe, czyli takie właśnie spore. I to obserwowaliśmy, kilka razy obserwowaliśmy, jak wygarniali ludzi z tego kina. No i później ich los już możemy sobie wyobrazić, jaki był.

  • Czy pan orientuje się, jak ojciec utrzymywał rodzinę, czy gdzieś pracował oficjalnie?


Ojciec pracował w administracji i może dlatego udało się to mieszkanie zająć czy otrzymać z tej administracji. Tę administrację prowadził taki Niemiec z Tczewa, który pojawił się też w Warszawie i on organizował, czyli jemu chyba zlecono organizację administracji tych domów pożydowskich. I ojciec w tej administracji też pracował. Pracował tam wspomniany ksiądz Lis. Później na Pomorzu był proboszczem. I jeszcze inni koledzy, ci Pomorzacy, którzy tam byli w tym Związku Zachodnim. Myślę, że to pozwoliło funkcjonować jakoś dosyć normalnie, jeżeli cokolwiek w czasie okupacji było normalne, bo była jakaś pensja, było też zatrudnienie. Myślę, że administracja funkcjonowała dosyć sprawnie, ale dzięki temu Niemcowi z Tczewa to ci Pomorzacy, którzy tam się znaleźli, mieli jakieś zatrudnienie, mieli jakąś możliwość funkcjonowania w obcym przecież środowisku, w obcym mieście, zupełnie obcym.

  • Czy pan miał jakiś kontakt z Żydami, z dziećmi żydowskimi?


Raczej z dziećmi żydowskimi nie, bo czterdziesty rok, czterdziesty pierwszy, później to już getto powstawało. Ale sobie przypominam, że w naszej piwnicy ukrywał się przez parę dni jeden z Żydów, młody człowiek. Przypominam sobie, jak przywieziono go samochodem. Wyszedł, szybko wszedł do kamienicy, później takie schody były niskie, prowadzące do piwnicy. Z tym że to wszystko było śmieszne, bo w tej piwnicy nie było normalnie ścian, tylko takie drewniane szczeble, które odkrywały. Czyli, jak kto inny wszedł do piwnicy, to mógł go zobaczyć. Ale tam była kupa węgla i on kładł się za tym węglem, żeby go nie było widać. Wejście do piwnicy było jedno. Czyli on słyszał, że ktoś wchodzi, i tam kładł się za ten stos węgla. Później jeden z moich krewnych, Szczeblewski, odebrał go od nas i gdzieś załatwił, zorganizował jakiś pobyt normalny, bo w tej piwnicy no to przecież była skandaliczna sprawa. Tam nie było ani okien żadnych, bo to taki dosyć nowoczesny dom, wybudowany w latach trzydziestych, w tej Warszawie, więc żyć tam nie można było. I przynosiłem z góry, matka dawała, żeby przynieść mu jakiś pokarm, jakiś obiad czy coś takiego. To kilka razy przechodziłem tam. Myślę, że głównie dlatego dzieci to robiły, żeby nie zwrócić uwagi otoczenia. Aczkolwiek w tym domu był bardzo dobry dozorca, pan Pietrzak się nazywał, Józef Pietrzak, taki, który rozumiał to wszystko. Później w Powstaniu tak samo był aktywny, czynny taki.

  • Proszę powiedzieć, jak to się stało, że pan uczestniczył w Powstaniu, w Szarych Szeregach. Kiedy pan się dostał do tego oddziału?


Na drzwiach wejściowych do naszej kamienicy Marszałkowska 56 pojawiła się taka informacja ręcznie wypisana, że chłopców do drużyny harcerskiej zaprasza się, był adres: Wilcza 41. I my tam poszliśmy z bratem i się zapisaliśmy do tej drużyny. To było 3 sierpnia…

  • Czterdziestego czwartego roku.


Czterdziestego czwartego roku. Chyba 8 sierpnia zdawałem, to się nazywało, nie przysięga, tylko harcerskie postanowienie, prawda, i byłem wtedy już prawdziwym harcerzem.

  • Jakie zadania w czasie Powstania pan otrzymywał?


My roznosiliśmy listy, pocztę. To była poczta harcerska, poczta powstańcza. Dziewczęta przyjmowały te listy, ostemplowywały i nam rozdawano. Pamiętam, że jednego dnia otrzymałem siedemdziesiąt dwa listy. Nie byłem w stanie tego roznieść w ciągu jednego dnia, bo to wszystko było zlokalizowane mniej więcej od Koszykowej, Poznańskiej, Wilcza, Hoża – w tym terenie.

  • Jak pan sobie radził z przechodzeniem i w roznoszeniu tej poczty?


No, nie było akurat ostrzału, aczkolwiek my budowaliśmy na rogu tej Koszykowej i Marszałkowskiej barykadę. Z tego urzędu administracji, z wysokiego parteru i piętra, meble… Zostały tam biurka jakieś i tak dalej, wyniesione i poukładane na tę barykadę. No to w tym uczestniczyłem tak samo, w tej zabawie, powiedzmy, tworzenia tej barykady. Ostrzał był z ulicy Piusa XI, czyli Pięknej. Tam była placówka, mała PAST-a tak zwana, stamtąd Niemcy ostrzeliwali, ale tylko to przejście Piękna na Koszykową, czyli to, co było w zasięgu ich obserwacji. Bunkier był z jednej, z drugiej strony tej PAST-y i z tego bunkra ostrzeliwali. Ale ta PAST-a została też w czasie okupacji zajęta, zwyciężona, czyli Niemcy musieli poddać się. Po prostu brakowało im jedzenia, brakowało im amunicji. Wielokrotnie byłem na rogu tego domu, bo po pięćdziesiątym szóstym numerze jeszcze był pięćdziesiąty czwarty i tam był narożny dom. I tam jedno mieszkanie było zajęte przez Powstańców i oni z piętra ostrzeliwali bunkier PAST-y, bo to tak było właściwie na przestrzał. I pamiętam, jak PAST-a padła, Niemcy zostali wyprowadzeni stamtąd i przeniesieni, przeprowadzeni gdzieś do takiego miejsca. Ale to nie było w tym kinie Apollo, tylko gdzieś indziej. Natomiast tutaj my zaczęliśmy obserwować, jak to wszystko wyglądało. Naprzeciwko tych bunkrów, pamiętam, był samochód ciężarowy i na tym samochodzie zastrzelony żołnierz niemiecki. Oni chcieli wcześniej uciec i dokonali takiego wypadu. Nie udał się, ale kilku z nich padło. I ten żołnierz niemiecki na tym otwartym ciężarowym samochodzie leżał. Oczywiście buty mu zabrano, czyli myślę, że to już działanie nie było niemieckie. I ten trup tak leżał tam, już się czuło właśnie rozkładające się ciało. Tak że sobie to przypomniałem. Bo to zupełnie było niesamowite, że człowiek leży… Człowiek leży, nie? Bo to takie… Dziecko to tak odbiera, przecież [byłem] chłopak, tak że to pamiętam.
Jeszcze sobie przypomniałem, że w tej samej kamienicy my mieszkaliśmy na szóstym piętrze, a na piątym piętrze ten sam rozkład mieszkania zajmowała taka pisarka. Z tym że to już na ten ślad trafiłem później, w „Dzienniku” Nałkowskiej, która to opisywała. Tam przychodziła też na te spotkania. Natomiast jak groziło bombardowanie Warszawy ze strony sowieckiej w czterdziestym czwartym roku, to my uciekaliśmy z góry do piwnicy. W tej piwnicy już zorganizowano takie pomieszczenia, ławka, siedzenia były. I te dwie panie, ta pisarka…

  • Pamięta pan, jak się nazywała?


Tak, tak. To była Zofia Schenk, baronowa zresztą, ale pisała pod pseudonimem Rita Rey, przez „y”. Później trafiłem na jej rozmaite [dzieła], wydane wcześniej ([trafiłem] po wojnie, bo ona żyła jeszcze po wojnie też parę lat) powieści, opowiadania. Natomiast nas śmieszyło jako chłopaków to, że te dwie panie, czyli ta pisarka (nie wiedzieliśmy wtedy, że to jest pisarka) schodziły do piwnicy z nutami pod pachą. I to nas wręcz bawiło. Że nuty, to wiedziałem, bo moi rodzice oboje grali na fortepianie, tak że w tych nutach to tam trochę się orientowałem. Że te kobiety… Wszyscy tam noszą coś albo do jedzenia, albo cieplejsze okrycie jakieś, a one nuty mają pod pachą. To właśnie była Rita Rey. No, nigdy nie miałem okazji jakoś bliżej rozmawiać z nią czy… Tak zbiegaliśmy po schodach z tego szóstego piętra, nie czekając na windę. I jak się pojawiały one gdzieś, to się mówiło „dzień dobry” i się biegło dalej. Ale to zapamiętałem.

  • Czy z tego okresu, kiedy pan chodził z tą pocztą polową, harcerską, spotkał się pan z sytuacjami, które na panu wywarły wrażenie, na przykład jak pan dostarczał te listy rodzinie czy nosił pan listy do innych oddziałów?


Nie, to już listy były przekazywane adresatom. Nie zawsze się udawało, bo raptem nie było tego adresata. Ale wchodziło się do takich schronów piwnicznych, no i tam trzeba było odczytać nazwisko. A, to tam ktoś się zgłaszał. I pamiętam, że jakaś tam też była rodzina, bo dzieci były i kobieta, i ona zareagowała: „Ach, żyje. No patrz, żyje”. Czyli taka reakcja satysfakcji z tej wiadomości. A te listy były na kartkach pisane. To nie tam w kopertach, bo to przecież ludzie nie mieli tego, tylko często zwykła kartka i adres był podany.
No, przypominam sobie też coś zupełnie niebywałego. Na Pięknej mieszkali rodzice profesora Wesołowskiego, późniejszego [profesora] Wesołowskiego. Później z nim się miałem okazję skontaktować. I od tego profesora do rodziców kartkę przenosiłem, list jakiś z wiadomością. I byli tak bardzo zadowoleni, usatysfakcjonowani. Do mnie ten ojciec profesora Wesołowskiego mówił „kawalerze”. I ta matka zapytała: „A ile kawaler ma lat?”. I ja wtedy pomnożyłem przez dwa i mówię: „Dwadzieścia cztery”. I zupełnie sytuacja niesamowita. Nie wiem, co mi się stało, że tak… Bo ona zapytała: „Ile wiosen pan ma?”. Nie, „kawaler”, „ile pan kawaler ma wiosen?”. I to zacząłem przez dwa mnożyć. No, absurd kompletny. Ale sobie przypominam, poczęstowano mnie tam herbatą i dziękowano mi za ten list. Czy coś potrzebuję, czy coś chcę, pytano. I to było takie bardzo serdeczne, bo akurat nie było takiego… To już było po likwidacji tego bunkra niemieckiego, małej PAST-y. Tak że oni w tym domu mieszkali i tam nie było takiego zagrożenia w tej chwili, kiedy tam przynosiłem ten list.

  • Czy rodzice nie protestowali, że bierze pan udział w Powstaniu?


No, myślę, że nie było takich, nie pamiętam takich jakichś… Mama bardziej przyjmowała to z troską i taką obawą: znowuż idziesz, znowuż idziecie. Ojciec natomiast był w tym budynku w Powstaniu, takim, no nie wiem, jak to powiedzieć: ani stróżem, ani przecież administratorem, ale działał tam, organizował jakieś spotkania z tymi ludźmi. Tam na przykład na dziedzińcu tego domu odbywały się msze święte w niedzielę.

  • Uczestniczył pan w tych mszach?


Tak, tak. One chyba dopiero… Nie były w tę pierwszą niedzielę, tylko w następną niedzielę. I tam odprawiał mszę świętą wspomniany ksiądz Glamowski, który pochodził z Pomorza, z Brodnicy. Po wojnie wrócił do Brodnicy i tam został wtedy proboszczem. Tak że te msze święte i ten śpiew, i te błagalne, modlitewne jak gdyby reakcje ludzi, którzy płakali też na tym dziedzińcu, były wzruszające, bo przecież wtedy sobie jeszcze nie zdawałem sprawy z wartości religii. Chłopak w takim wieku inaczej na to wszystko patrzy.

  • Czy roznosił pan również jakieś biuletyny, informatory, oprócz listów.


Tak, parokrotnie. Na Kruczej była drukarnia, już bym teraz musiał sobie uzmysłowić, który numer. Bo do tej drukarni chodziliśmy i na Wilczą 41, do budynku szkoły, w której Szare Szeregi miały swoją pocztę, przynosiliśmy biuletyny i później się je roznosiło. Tak że dosyć może nieregularnie ja uczestniczyłem w tym odbiorze z drukarni, bo tam jak było tych listów sporo, to człowiek się nabiegał. Oczywiście było to wszystko ułatwione, bo na ogół ludzie byli w schronach, czyli w piwnicach i tam się dopiero wyczytywało, czy ktoś jest taki, żeby oddać, przekazać. Nie trzeba było po mieszkaniach chodzić, było to wszystko dosyć takie, no, powstańcze, wojenne, czyli nie wskazywało na taką jak gdyby konieczność roznoszenia tych listów po mieszkaniach.

  • Do którego sierpnia czy września uczestniczył pan w tej poczcie polowej?


Do końca, do końca byliśmy. Jeszcze kilka listów zostało nierozniesionych. Pamiętam, jak ogłoszono 2 października koniec Powstania. A opuszczaliśmy, znaczy musieliśmy opuścić Warszawę 8 października i wtedy wychodziliśmy.

  • Pamięta pan, jak wyglądało to wyjście pana i rodziny z Warszawy?


No, takie dosyć traumatyczne, bym dzisiaj powiedział, dlatego że nie wiedzieliśmy, gdzie idziemy. Ulicą 6 Sierpnia prowadzono nas. Trafiliśmy do Ursusa i tam w hali Ursusa byliśmy chyba z trzy dni i dopiero Niemcy dokonywali podziału. Tam cały czas był problem, żeby nas nie rozdzielono. Ojciec brodę już zapuścił, [wyglądał jak] starszy człowiek, ale baliśmy się, że starszy brat może być rozdzielony.

  • Ile brat miał wtedy lat, w Powstaniu?


O dwa lata starszy.

  • Czyli czternaście, tak?


Tak. Tak że… tyle że był wyrośnięty, duży, chłopak duży. Tak że myślę, że to…

  • Udało się to, że nie byliście państwo rozdzieleni?


Tak, udało się. I rzeczywiście już odbywało się to rozdzielanie na dworcu, na dworcu… pewnie Śródmieście obecne czy Dworzec Główny w Warszawie. Tam władowano nas do takich wagonów towarowych, odkrytych i jechaliśmy trzy doby. W Miechowskim… Miechów, tak? Nas wyładowano. Bo myśleliśmy, że jedziemy do jakiegoś obozu, a tutaj było sporo takich cywilnych osób, to nie były przecież organizacje, które tam oczywiście… Akowców też trochę było wśród tych podróżujących. I nas wyładowano na stacji w Miechowie, a tam podjeżdżały furmanki z rozmaitych wsi i załadowywano nas na te furmanki, ale to już było poza niemiecką jak gdyby działalnością. Nas wyrzucono na peronie i koniec, pociąg pojechał dalej. Czy z innymi? No, myślę, że nie wszystkie wagony zostały tam opróżnione. I przyjechaliśmy do takiej wsi, tam mieszkaliśmy przez jakiś czas u gospodarzy.

  • Pamięta pan, jak się ta wieś nazywała?


W tej chwili nie pamiętam, ale mam to odnotowane. Nie byłem tam po wojnie w tej wsi, ale mam to gdzieś zanotowane. I stamtąd moi rodzice napisali do babci, czyli na Pomorze, do tego Pelplina, że jesteśmy tu, przeżyliśmy i jesteśmy… I od babci dostaliśmy wiadomość, że brat mojej matki jest w Grójcu. On przyjechał przed Bożym Narodzeniem w czterdziestym czwartym roku z tego Grójca do nas i nas zabrał do Grójca. My w Grójcu przeżywaliśmy już wejście armii radzieckiej.

  • Jak pan to zapamiętał?


No też trochę z takim właściwie niepokojem. My w tym Grójcu byliśmy… Tam się chodziło do kościoła, mieszkaliśmy w takiej chatce na parterze, tylko parterowej. Pamiętam, jak Niemcy uciekali, a Rosjanie wkraczali. I przez ten Grójec kilkakrotnie zdarzało się, że niemieckie samochody dokonywały ucieczki w kierunku zachodnim. Rosjanie samochodami ich gonili, zastrzelili i później wracali tacy zadowoleni, że udało się. My to Boże Narodzenie też spędzaliśmy w Grójcu. A później, jak tam Rosjanie wkroczyli pewnie siedemnastego czy może dzień wcześniej do Grójca, to w tym naszym domu, w tym mieszkaniu było spotkanie z jakimś oficerem rosyjskim. Więc to było dosyć śmieszne, bo ten oficer… Tam oczywiście alkohol i jedzenie jakieś było, ale on się zainteresował takimi naszymi znajomymi spośród… Małżeństwo było, gdzie mężczyzna znał dobrze rosyjski język. I ten Rosjanin, oficer, który tam wypijał alkohol, zaczął go podejrzewać, że on musi być przecież jakimś uciekinierem z armii rosyjskiej, bo zna język rosyjski. To śmieszne było zupełnie. Więc w ostatniej chwili on się zorientował, że jest w niebezpieczeństwie. Więc tam i mój ojciec, i ten wujek Sielski, starali się załagodzić sytuację. Temu oficerowi wlewali alkohol, żeby on szybciej się upił, a on nie był taki szybki, bo umiał pić alkohol. No ale to łagodnie właściwie skończyło się, tak że nie było problemu żadnego wtedy w czasie tych spotkań, które odbywały się. Tam kilka było takich spotkań wódczanych, pamiętam. W Grójcu taka bimbrownia była… Nie wiem, jak to się nazywa teraz, produkcja wódki, ale to były wielkie hale. I pamiętam, ja te hale odwiedzałem. Więc były takie kadzie olbrzymie z tym alkoholem. Smród był od tego alkoholu olbrzymi. I ci Rosjanie, przecież to było zupełnie dzikie towarzystwo… […]

  • Mówił pan o halach i o kadziach z alkoholem.


I ci Rosjanie jak tam docierali, to pili alkohol z tych kadzi. Pamiętam, że któryś się przechylił i wpadł do tego alkoholu, utopił się. To zupełnie było niesamowite. Bo już był pijany, nie umiał pewnie wydostać się i tam go wyciągnęli, za nogi wyciągnęli z tej kadzi alkoholowej. Tak że to było równie dramatyczne jak inne okupacyjne przeżycia. No, tam byliśmy, ale to już może nie dotyczy…

  • No proszę powiedzieć, jak długo zostaliście państwo w Grójcu.


Na początku lutego, bo ten… To pomorskie myślenie to było takie: pieszo, ale na swoje, czyli na Pomorze. I my ruszyliśmy na swoje. Ten wujek nasz zakupił konia, mieliśmy furmankę i to trzy rodziny tą furmanką na Toruń jechaliśmy. I właściwie… A tam jeszcze walki trwały. Bo to zupełnie było bez sensu tak się za frontem wpychać, no ale w każdym razie tak to wyglądało. I my, pamiętam, że jechaliśmy do Torunia, w Toruniu przez ten most pontonowy, bo ten most był zniszczony, przedostaliśmy się na drugą stronę Wisły i wracaliśmy do Lubawy. Tam ten wujek [pojechał] do Pelplina, bo on stamtąd był, a my pojechaliśmy do Lubawy. To był czterdziesty piąty rok. No i ojciec w tej Lubawie zaczął organizować już naukę w szkołach. No i to znowuż było… Ja tam maturę zdawałem, więc ten czas był, taki kontaktów z młodzieżą, z rówieśnikami. Oni wszyscy lepiej mówili po niemiecku niż po polsku, dlatego że oni tam chodzili do szkół niemieckich przez te prawie pięć lat.

  • Ale ten kontakt z młodzieżą był bez problemów, normalny.


Bez problemów, bez problemu. W każdym razie w tej Lubawie założyliśmy od razu drużynę harcerską w czterdziestym piątym roku. Też przyjęliśmy imię drużyny Tadeusza Kościuszki. Pewnie to był wpływ, że nie umiałem, nie umieliśmy sobie wymyśleć innego imienia, jak tylko to, co z tej okupacji wynieśliśmy z Warszawy. No tak. Jechaliśmy tam. I sobie przypominam, że przestrzegano nas, żeby nie mieć żadnych dokumentów, które by świadczyły o tym, że byliśmy w Warszawie. Bo my z Grójca jechaliśmy już, czyli… Pamiętam, jak ojciec tam też zapowiedział: „Słuchajcie, wszystko, wszystko trzeba zniszczyć, nie można śladów żadnych zostawić”. To było dramatyczne. Ja tylko wyniosłem finkę, którą zdobyłem w czasie Powstania Warszawskiego. Na Wilczej spotkałem dwóch oficerów polskich i jeden miał finkę, którą miał tak z przodu, tak że widoczna była. No, a ja przecież harcerz, nie? I bez finki? Więc minąłem go, wróciłem. „Panie poruczniku, czy pan by sprzedał tę finkę?”. I on tak spojrzał na mnie, mówi: „Chłopcze, to jest finka, którą przywiozłem z Finlandii – z jakiegoś tam spotkania – to jest moja pamiątka. Nie mogę ci jej dać, bo to jest pamiątka, a sprzedać w ogóle nie ma mowy”. I odszedł. Ja przeprosiłem i też tak… Bo taka ładna była ta finka, czerwoną miała taką oprawę. I gdzieś po kilkudziesięciu metrach jak on odchodził, zawołał mnie. Odwrócił się, zawołał: „Ej, druhu…” tam czy coś, bo ja miałem jakąś opaskę harcerską. Zdjął z pasa tę finkę, mówi: „Masz na pamiątkę od porucznika »Irysa«”. I tę pamiątkę mam. Tu żona mówi: „Przynieś ją, żeby pani zobaczyła”, ale też zapomniałem.

  • Czy ponosił pan jakieś konsekwencje tego, że uczestniczył pan w Powstaniu? Co prawda, jako dziecko, ale jednak był pan w Warszawie.


Tak, z tym że na Pomorzu w całym tym mieście, niedużym mieście, tej Lubawie, nie było innej rodziny, która by przeżyła okupację w Warszawie czy w Powstaniu. Oczywiście na terenie Generalnej Guberni tak, bo tam nauczyciele byli powyrzucani na przykład, aresztowani. Nie wszyscy uciekli przecież i nie udało się… Ale przypominam sobie, że chyba w czterdziestym ósmym roku, było to już po takim kongresie harcerskim, gdzie likwidowano Związek Harcerstwa Polskiego, a tworzoną tę Służbę Polsce, w Bydgoszczy zaczęło się tak tworzyć jak gdyby takie groźne zaplecze. Ojciec kiedyś, w czasie obiadu, powiedział: „Chłopcy, od dzisiaj nie mówimy nic, że byliśmy w Powstaniu”. My tego nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi. Dlaczego niby? Jednak chwaliliśmy się od czasu do czasu w rozmowach z kolegami, z rówieśnikami. No, ojciec wiedział, że to może w jakiś sposób zagrozić. Po maturze złożyłem podanie na studia i na dwa kierunki się zgłosiłem: i historię, i anglistykę. Nie zostałem przyjęty. Ale w tak zwanym międzyczasie dowiedziałem się, że istnieje KUL w Lublinie i że tam przyjmuje się bez egzaminów, wystarczy, że się człowiek zgłosi. To taki Gerski był, który z tej Lubawy trafił na studia rolnicze. Wtedy jeszcze nie było tej Akademii Rolniczej chyba, tylko to był wydział ACS-u, czyli… Nie wiem, czy to miało jakiś związek, ale sam fakt, że nie przyjęto mnie na te studia, spowodował, że musiałem przyjechać do Lublina. No, tutaj studiowałem tę polonistykę. Później moja siostra też tu przyjechała, też studiowała tutaj. Brat również na KUL-u, na klasyce studiował. Tak że być może, że to… Bo nigdy nie starałem się sprawdzić tego w żadnych IPN-ach czy… Jakoś nie mam takiego pełnego zaufania. Wiem, ile to kombinacji rozmaitych, takich politycznych, związanych z kierunkiem. […]

  • Czy jeszcze do swoich wspomnień z okresu okupacji czy Powstania chciałby pan coś dodać?


No właśnie w tym budynku szkolnym na Wilczej, na parterze, znajdowało się takie laboratorium organizujące butle z benzyną, które miały służyć do walki z Niemcami. I pewnie ktoś w tym laboratorium, myślę, że rzucił papieros niewygaszony i to wybuchło. I cały budynek zaczął od dołu (bo to było w wejściu do laboratorium, było w wejściu z bramy do szkoły) płonąć. My byliśmy wewnątrz i zaczęliśmy uciekać. Więc uciekaliśmy w górę na czwarte piętro, bo tam było czwarte piętro, ale dym był niesamowity, duszący i taki jak to benzyna, więc nie było to sympatyczne jakieś (to złe określenie, ale…). W każdym razie uciekaliśmy na górę i z ostatniego piętra starsi chłopcy dokonywali właściwie ekwilibrystyki, bo…

  • Zaczął pan mówić o tym, jak ci starsi chłopcy z tego czwartego piętra uciekali, czyli co, zaczęli skakać?


Nie, tylko trzymając się rynny, takiej na wysokości i po parapecie przechodzili, taki kwadrat prawie że, i w tamtej części już pożaru nie było, tylko w tej głównej. I ja również zdecydowałem się tak uciekać, ponieważ tutaj nie można było mieć nadziei, że to się nie będzie paliło do końca. Bo tam wiedzieliśmy o tym, że jest produkcja tych butelek z benzyną. No i to była pierwsza moja wspinaczka taternicka, bo jak sobie przypomnę, jak później poszedłem, już po wojnie, na teren tej szkoły (ona też nie była zniszczona, spalone wnętrza były), to sobie pomyślałem, że jako dorosły nigdy bym nie odważył się tak przejść. Ale tak to było. A wtedy niektórzy chłopcy właśnie z zastępu starszego ([na przykład] taki „Hermes” był) wyskakiwali z tego piętra i jeden z nich połamał sobie nogi, no bo to różnie tam bywało. Tak że to był dramat niesamowity.
My to na tę Wilczą przechodziliśmy z Marszałkowskiej, tuż pod barykadą, na drugą stronę i tam przez podwórza dostawaliśmy się na Wilczą do naszej szkoły, naszej placówki harcerskiej. I na tym terenie trawiastym, pamiętam, kiedyś ułożono rannych, rannych Niemców, bo oddział, czyli niemieccy jeńcy, gdzieś tam byli skomasowani, a poza tym jak bomba niemiecka trafiła tam, na to powstańcze miejsce, to również Niemcy zostali poranieni. Przypominam sobie, jak tam przechodziłem, człowieka, który leżał, miał całą głowę rozwaloną i mózg wychodził, takie te lepiące się – dla mnie to było przerażenie, mnie to zatrzymało. A ten gość powiedział: Bitte, ich will rauchen. „Chcę, tak…” Ja tam przecież papierosów nie miałem żadnych, ale on mnie zobaczył i tak… Nie wiedziałem, jak zareagować. To było dosyć dramatyczne przeżycie dla młodego chłopaka w ogóle. Zresztą takich przypadków, gdzie śmierć była taka bliska, gdzie tych trupów czy rannych było tak dużo, to właściwie rzecz niewyobrażalna zupełnie.

  • Pan uczestniczył w Powstaniu, będąc dzieckiem. Jak dzisiaj pan patrzy na Powstanie i na swój udział w nim? Czy to miało sens? Czy to było ważne? Czy to było potrzebne?


Myślę, że wtedy nie rozważano tego w kategorii, czy to jest potrzebne. To było jak gdyby naturalne. My byliśmy pod okupacją niemiecką. Wydaje mi się, że jak wchodziliśmy do tego pomieszczenia na rogu Pięknej, wtedy Piusa XI, i w oknie, w kierunku tego bunkra były ustawione lusterka tak, żeby to było widać, co tam się dzieje… I żołnierze polscy, akowcy, strzelali od czasu do czasu, jak widzieli, że tam coś w tych bunkrach się dzieje. Czyli to był taki sygnał, żeby Niemcy wiedzieli, że tutaj się ma ich na oku. Pamiętam, że kiedyś jeden z tych akowców mówi: „Chcesz postrzelać? Postrzelaj sobie”. Tylko mnie się wydawało, że to jest zupełnie niemożliwe, gdzie ja mam strzelać i co, ten karabin duży jest dosyć – nie byłem zupełnie zorientowany. Ale to jak chłopak reaguje się: „No to dlaczego nie? No strzelę”. No strzeliłem, ale to tak właściwie było mniej więcej w kierunku, a nie do jakiegoś celu. Myślę, że nie można – przynajmniej dla mnie – nie można tutaj tego rozważać w kategoriach, czy to było potrzebne, czy można było tego uniknąć, czy w ogóle… jak się zachować. Jak Lublin zdobywano w czterdziestym czwartym roku, w lipcu na ulicy Lubartowskiej z tamtej strony akowcy atakowali niemieckie oddziały i Niemcy uciekali. Uciekali później w kierunku Warszawy. Ale główny cel tych ataków to był Majdanek. Majdanek zupełnie gdzie indziej. Dlatego że tam ludzie przecież byli uwięzieni i im groziło, każdego dnia groziło niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo życia. Tak że wydaje mi się, że te formy, różne formy działania przeciwko okupantowi były uzasadnione i nie widziałbym tutaj jakichś takich krytycznych spojrzeń. Wiem, że zastanawiano się w publicystyce, w pracach historycznych, jaki sens miało, skoro tyle ludzi zginęło, cywilów w tym Powstaniu Warszawskim. Ale nigdy nie spotkałem się później, chociaż miałem kontakt z tymi dorosłymi już wtedy osobami, które były przez Powstanie uwięzione w tej Warszawie, i nigdy takiego krytycznego spojrzenia na to działanie od nich nie słyszałem. Później oczywiście w publicystyce historycznej to spotykało się krytyczne spojrzenie na to wszystko.
Ja sobie przypominam też „Bora” Komorowskiego, bo jak wychodziliśmy z Warszawy w tym takim pędzonym marszu, to gdzieś na 6 Sierpnia… Nie wiem, czy ta ulica teraz tak się nazywa, od placu Zbawiciela w kierunku Pól Mokotowskich. Tam jakiś przypadek musiał zdziałać, że gdzieś, z jakiegoś pomieszczenia był wyprowadzany „Bór” Komorowski. I w tym tłumie, który tam maszerował, „O, Komorowski, o, to dowódca”. To patrzyło się na to z jakimś dużym zainteresowaniem. Na pewno krytycznie bym do tej sprawy nie podchodził. Natomiast wady jakie były: no, brak broni, brak amunicji, brak również żywności. My tak samo w naszej drużynie harcerskiej z tej Wilczej dwukrotnie przechodziliśmy na teren… przez Aleje Jerozolimskie. A tam barykady były bardzo niskie, bo nie można było kopać ziemi, ponieważ tunel był pod Alejami, więc trzeba było przebiegać. Chodziliśmy do fabryki, na teren fabryki i stamtąd przynosiliśmy ziarno, zboże, do naszej placówki i później to dziewczęta przygotowywały. Od czasu do czasu udawało nam się zjeść coś na miejscu, przygotowane przez harcerki, również z Szarych Szeregów dziewczyny trochę starsze, które umiały to robić i przygotować.

  • Tak że reasumując, pan do Powstania ma bardzo taki uczuciowy, myślę, stosunek.


To były dwa miesiące mojego życia, tego młodego życia i to w takich ekstremalnych właściwie warunkach, że trudno przekreślić to wszystko. To na pewno wpłynęło na jakieś też mentalne patrzenie na historię, na tę historię. Tak że krytycznie tego nie oceniam.

Lublin, 10 stycznia 2018 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna

Alojzy Leszek Gzella Stopień: listonosz, harcerz Formacja: Harcerska Poczta Polowa Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter