Anatoliusz Nowakowski „Max”

Archiwum Historii Mówionej
  • Proszę opowiedzieć o swoim domu rodzinnym, w którym pan się urodził i wychowywał?

Urodziłem się w Warszawie na ulicy Chełmskiej 25 w rodzinie wieloosobowej, w dużej rodzinie, bo nie tylko mieszkała nasza rodzina, ale jeszcze ciotki, stryjkowie.

  • W tym samym domu?

Tak. To był wielorodzinny dom, który kupił dziadek, czyli ojciec mojego ojca. Byłem siódmym dzieckiem z kolei.

  • Czym się zajmował pana ojciec?

Mój ojciec (to nie do końca był jego zawód) był kolejarzem na kolejce dojazdowej Warszawa-Nowe Miasto […], ale nie tylko, bo później ojciec zajął się gospodarstwem ogrodniczym, które kupił jeszcze dziadek w Warszawie. My, jako rodzina, pomagaliśmy. Ci, którzy mogli już cokolwiek robić, to pomagali w gospodarstwie. Rodzina po prostu do pewnego czasu była pełna, a później z winy ojca nasza rodzina rozeszła się, to znaczy matka i część dzieci poszła w jedną stronę, ojciec w drugą stronę. Na początku byłem jeszcze na tyle mały, że zostaliśmy u ojca, a matka z córkami, które już były starsze, pracowały na utrzymanie [brata i siostry uczących się].

  • Rozdzielenie rodziny nastąpiło jeszcze przed wojną czy później?

To było przed wojną.

  • Czyli został pan z ojcem. Kiedy zaczął pan chodzić do szkoły i do której?

Normalnie, jak miałem siedem lat. Szkoła nasza mieściła się w Warszawie przy ulicy Dolnej. Najpierw to był budynek Dolna 19, później Dolna 25. Tam w czerwcu w 1939 roku skończyłem szkołę podstawową. Na zakończenie, [w lipcu] […] szkoła zorganizowała obóz pieszy w Polskę. [Do Lublina] koleją a od Lublina do miejscowości Włodzimierz [pieszo] (dzisiaj to już jest na Ukrainie). To dotyczyło właśnie tego okresu zaraz bezpośrednio po skończeniu szkoły.

  • Czy wędrując po Polsce z obozem, widzieliście jakieś rzeczy, które was dziwiły, na przykład wojsko? Czy coś zwróciło waszą uwagę?

[W tym czasie nie było widocznych oznak zbliżającej się wojny]. Zwiedzaliśmy tylko niektóre obiekty i czas nam schodził na wędrówce, bo przeważnie to było dwadzieścia, trzydzieści kilometrów dziennie do przejścia. Oczywiście posiłki, noclegi w szkołach, bo to były wakacje.

  • W każdym razie nic dziwnego się nie działo? Nie zauważyliście tego?

Wtedy nie, wtedy jeszcze wszystko było normalnie.

  • Kiedy wróciliście z wycieczki?

Wycieczka trwała dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach wróciliśmy. Miałem jeszcze takie zajęcie [po obozie], że byłem jako starszy dla dzieci na półkoloniach w Warszawie. To było w parku naprzeciwko Łazienek. Tam jeszcze chodziłem na zajęcia, opiekowałem się nieco młodszymi dziećmi. [Były to tak zwane półkolonie, rano dzieci przychodziły na zajęcia rekreacyjne, śniadanie, obiad i o szesnastej do domu. Zajęcia odbywały się w Parku Agrykola].

  • Jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku?

To znaczy przed samym 1 września już były oznaki. [Napięcie wzrastało z dnia na dzień, prasa donosiła o prowokacjach niemieckich na terenach przygranicznych, ostrzegano przed dywersantami].

  • Czy chce pan coś jeszcze powiedzieć na temat szkoły, do której pan chodził i którą skończył w 1939 roku.

Jeżeli chodzi o szkołę, to w szkole była atmosfera patriotyzmu [i kultu dla marszałka Piłsudskiego]. Były organizowane zbiórki na dozbrojenie armii, czy to jakieś kupienie karabinu maszynowego, czy jakaś składka na zakup łodzi podwodnej. To się odbywało w ten sposób, że został wywieszony szkic okrętu i na tym naklejało się znaczki, które się kupowało. To były fundusze, które później były przekazywane ministerstwu na zakup [sprzętu wojskowego]. Osobiście o przygotowaniach i o tym, co może być w czasie wojny, miałem bardzo optymistyczne wyobrażenie. Zdawało mi się, że nawet, jak Niemcy zaatakują, to zanim dolecą do Warszawy, to nasza artyleria ich po prostu strąci, że nie będą mogli dotrzeć do Warszawy. Pierwszego dnia września okazało się, że to wszystko, to jest mylne wyobrażenie o tym, jak to wygląda. [Okazało się już pierwszego dnia, czyli 1 września po południu, gdy doświadczyłem nalotu bombowego na Warszawę w godzinach szesnasta –siedemnasta].

  • Czy w szkole należał pan do harcerstwa, czy do jakiejś innej organizacji szkolnej?

Nie, do harcerzy nie należałem, [bo ojciec nie pozwalał, byłem potrzebny do prac w gospodarstwie]. Natomiast brałem udział w tych wszystkich akcjach, które miały pomóc Polsce walczyć z najeźdźcą.

  • Jak pan zapamiętał 1 września?

Właśnie przed 1 września były oznaki, bo była mobilizacja, był taki okres, że ludzie ciągle rozmawiali o tym, czy będzie wojna, czy Niemcy wypowiedzą wojnę, czy nie wypowiedzą, jak to się potoczy. O ile pamiętam, 1 września był taki moment, że około godziny dziesiątej był komunikat, że Niemcy zbombardowali miasta takie jak Leszno czy Trzebinia, że są ofiary, że nalot był barbarzyński już od razu na samym początku, natomiast nad Warszawę o godzinie dziesiątej nadleciał samolot zwiadowczy. Pokrążył i odleciał. Artyleria go ostrzeliwała, ale uszedł cały.

  • Pan miał wtedy czternaście lat. Jak pan zareagował na ten samolot? Czy pan się bał? Czy był pan zaciekawiony?

Wtedy to jeszcze nie było potrzeby […] bać się [pojedynczego samolotu] Niektórzy myśleli, że to polski samolot, że to może jakieś ćwiczenia, więc tego tak się jeszcze nie brało pod uwagę, natomiast o godzinie czternastej słuchałem przez radio komunikatu – przemawiał generał. Nazwiska nie pamiętam, ale on tak charakterystycznie przemawiał wolno i dobitnie do żołnierzy, że Niemcy wypowiedzieli wojnę, że potrzeba odeprzeć najeźdźcę, że żołnierze mają strzelać wolno, celnie, każdy strzał się liczy. Coś w tym duchu.

  • Pan tego słuchał i zapamiętał?

Tak, słuchałem tego w radiu. Natomiast przed godziną siedemnastą… Moja siostra pracowała w fabryce trykotaży Jan Matuszewski na Jedwabniczej i po pracy zawsze brała do domu jeszcze jakieś roboty wykończeniowe, które wykonywaliśmy w domu. Trzeba było to przynieść i odnieść. Wiedziałem, że siostra z tymi paczkami będzie szła, więc poszedłem do fabryki, żeby jej pomóc. Akurat w momencie, kiedy doszedłem do tego budynku, nadleciały samoloty niemieckie – już normalny nalot. Zaczęły zrzucać bomby zaczynając już od parku Sieleckiego właśnie w stronę tej fabryki. Zrzucane bomby wybuchały kolejno, tak jak leciał samolot, więc pierwsza upadła w parku, zabiła jedną dziewczynę, która tam mieszkała, natomiast następna bomba spadła na budynek właściciela fabryki. Miał fabrykę, a po drugiej stronie był budynek mieszkalny, który zajmował. Oczywiście wyleciały wszystkie szyby [w fabryce], bo to było tak blisko, a robotnicy nie zeszli jeszcze z budynku. Nastąpił wzrost kurzu, bo fabryka zawsze miała do czynienia z różnymi materiałami. Ci ludzie po schodach pobiegli na dół do piwnicy, żeby się [schować]. Wskoczyłem do budynku fabryki. Tam się już krzątano. W piwnicy był punkt, gdzie była przygotowana woda, rozdawano tampony – gaza maczana w [wodzie] – bo było [podejrzenie], że Niemcy mogą użyć gazu, a jak [bomba wybuchła], to był dym i kurz, nie było wiadomo, co to jest. Straż fabryczna oczywiście wyciągnęła i założyła maski. Wyskoczyłem na drugą stronę budynku, pytam się tego strażaka czy strażnika: „Panie, gaz?”. On głową kiwa, że tak, ale nie miałem maski, miałem tylko ten tampon. Okazało się, że żadnego gazu nie było. Trochę się uspokoiło, samoloty przeleciały, bomby zrzuciły. Później to już tak zrzucały, że część bomb w ogóle spadła na łąki poza Czerniakowską, [tam nie było już żadnych zabudowań] […]. Pozostały tylko leje po tym. Na tym zakończył się pierwszy dzień [wojny]. [Miesiąc wrzesień – pierwsze dni września, to bombardowania i szybki marsz Niemców w kierunku Warszawy, zamieszanie i panika ludności, ucieczka ludzi przed zbliżającymi się Niemcami na wschód. Z kolegą też mieliśmy taki zamiar. Na szczęście niezrealizowany, gdyż niemieckie samoloty bombardowały i strzelały do uciekinierów, ludzie ginęli na drogach, to samo w mieście, żywności, walka o chleb i obawa o życie. W wywiadzie pominąłem ostatnie dni września przed kapitulacją. Mieszkaliśmy przy ulicy Czerniakowskiej 67 w oficynie parterowej, obok stał budynek w budowie (stan surowy), wykorzystywany później jako schron w piwnicznych pomieszczeniach, w którym wraz z innymi mieszkańcami kryliśmy się w czasie nalotów i przed pociskami artylerii, noce spędzaliśmy tam. Ostatnie dwa dni przed kapitulacją Niemcy rozpoczęli huraganowe bombardowanie Warszawy. Artyleria waliła z dział, budynek kiwał się od wybuchów, nie wychodziliśmy ze schronów. Pamiętam ostatni dzień przed kapitulacją Warszawy. O świcie kobieta zauważyła zbliżającą się piechotę niemiecką od strony placu Bernardyńskiego, Polacy byli na linii ulicy Chełmskiej. Otworzyli ogień do Niemców z broni maszynowej i rzucali granaty. Część Niemców schroniła się w tym budynku, w którym byliśmy w piwnicy. Jak nasi rzucali granaty to Niemcy kryli się na klatce schodowej - jeszcze bez schodów, były tylko drewniane trapy, w pierwszych godzinach nie wiedzieli o naszym istnieniu. W ten sposób znaleźliśmy się na samej linii frontu, kobiety, mężczyźni i dzieci. W pewnym momencie dwóch Niemców zeszło do piwnicy z granatami w ręku, oddzielili mężczyzn od kobiet i dzieci, kazali tak zostać. Walka trwała gdzieś do godziny jedenastej. Polska artyleria otworzyła ogień, w wyniku tego, pocisk armatni rozwalił ostatnie piętro, dach zwisał, budynek się zakołysał, bitwa trwała gdzie do godziny jedenastej trzydzieści. I nastąpiła cisz, nastąpiło zawieszenie broni, następnie kapitulacja. My w dalszym ciągu w tym schronie, dopiero koło czternastej wyszliśmy ze schronu. Mieszkanie otwarte, pełno Niemców na podwórzu, rozpalili ognisko, karabiny ustawili w kozły, pili soki w bramie budynku, ciała zabitych Niemców zostały owinięte płachtami. Następnego dnia na ulicy Chełmskiej stanęły kuchnie polowe, samochody ciężarowe, Niemcy rozdawali zupę i wojskowe bochenki chleba, inni robili zdjęcie i filmowali, aby pokazać światu jacy są humanitarni. Rozpoczęła się okupacja – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo].
  • Kiedy zaczął pan ponownie chodzić do szkoły?

Po 1 września nie od razu chodziłem do szkoły, ale później z uwagi na to, że trzeba było mieć jakiś zawód, więc [zapisałem się] do szkoły mechanicznej na Narbutta. Tam skończyłem trzy klasy. Później szkoła została przeniesiona do Śródmieścia, ale ciągle były łapanki, więc nawet chodzenie do szkoły, [było niebezpiecznie a] to była szkoła wieczorowa.

  • Co pan jeszcze robił w czasie okupacji? Czy pracował pan oficjalnie?

Tak, oczywiście. Siostra pomogła mi dostać się do fabryki, [w] której [ona pracowała]. Ta fabryka wykonywała dalej produkcję, którą wykonywała wcześniej, [przed wojną] […]. Zatrudniłem się w tej fabryce i pracowałem przy poważnych, dość dużych maszynach dziewiarskich, które wytwarzały materiały typu milanez na damską bieliznę. Oczywiście praca polegała na [obsłudze] maszyn […]. Zarabiałem [tam jakieś pieniądze, pomagając matce].

  • Jak pan spędzał czas poza pracą i szkołą?

Chodziliśmy kąpać się na Forty i nad jeziorko Czerniakowskie [czasami], do lasu potrafiliśmy się wybrać z kolegami [oraz] granie w piłkę, [byliśmy bardzo młodzi]. [… ]

  • Czy w czasie okupacji był pan świadkiem jakichś drastycznych sytuacji stworzonych przez Niemców: łapanki, rozstrzeliwania?

Starałem się nie być złapanym w łapankach, ale raz byłem z kolegą i staliśmy przy budce z napojami chłodzącymi, kupiliśmy oranżadę. Piliśmy oranżadę, podjechała żandarmeria, taka buda policyjna, i od razu tego kolegę zgarnęli. Stałem obok, [a mnie nie ruszyli, tylko jego]. Później okazało się, że gdzieś nieopodal rozbroili Niemca i ten Niemiec wskazał na niego, bo oni zaraz [po tym] jechali i patrzyli po ludziach, [szukali sprawcy] i on wskazał na niego. Od razu wzięli go na Szucha. Został aresztowany.

  • Który to był rok?

To mógł być 1942 rok. Jeśli chodzi o łapanki, to one były dość często. Też byłem złapany dwukrotnie.

  • Kiedy to było? Czy pamięta pan daty?

Pierwszy raz to było w roku 1942.

  • Jaki to mógł być miesiąc lub pora roku?

Pierwszy raz to było lato. Po prostu wracałem do domu i nie zdawałem sobie sprawy, [nic nie wskazywało, że odbywa się łapanka]. To było w okolicach godziny policyjnej, ale jeszcze chyba nie było godziny policyjnej. Idąc ulicą Chełmską… Tam była dawna szkoła. Kiedyś to się nazywało prijut. To był jakiś pocarski klasztor. Tam później była szkoła podstawowa, a w czasie okupacji Niemcy bardzo często, jak przyjeżdżali [przez Warszawę na wschód], to zajmowali tę szkołę jako miejsce postoju na koszary dla siebie. Wtedy, jak [stali tam] Niemcy, to [przed] bramą szkoły stał wartownik. Idąc normalnie, widzę, stoi wartownik, a [nadchodził] mrok. Po drugiej stronie stał samochód ciężarowy, tak zwana buda. Nie przeczuwając niczego sam [wszedłem im w ręce] i mijając [wartownika], wartownik stał przy bramie i wtedy od razu mnie zatrzymali, i do budy. Zawieźli nas na Pawiak.

  • Czy dużo osób było już w tej budzie?

To była łapanka ogólnowarszawska. Z różnych stron, z różnych dzielnic przywozili tam całe grupy, całe samochody ludzi. Zawieźli nas na Pawiak. Na Pawiaku nie było w ogóle miejsc, jeśli chodzi o cele. Pamiętam, że wsadzili nas do łaźni. Tam była łaźnia, na podłodze był beton, drewniane drabinki, tak jak to jest w łaźni. Dużo ludzi było wtedy złapanych. Tak przenocowaliśmy. Rano zaczęli zamiatać na podwórzu. Było okienko od piwnicy. Ci, co zamiatali, więźniowie, którzy już tam wcześniej byli, do nich były różne pytania: „Co [teraz] będzie?”. Oni mówili tak: „Dostać się tu jest łatwo, ale wyjść stąd, to nie jest takie proste”. Tak było do około godziny jedenastej. [Po tym] wyprowadzili wszystkich na dziedziniec Pawiaka i spośród złapanych wybrali orkiestrę, bo tam byli różni [ludzie] i byli grajkowie, którzy zostali złapani i kazali im grać.

  • Zostali złapani razem z instrumentami?

Tak, wracali do domu i zostali złapani. Oni przygrywali, Niemiec sobie usiadł na krześle w cieniu, a my wszyscy [staliśmy] na słońcu, bo to był bodajże lipiec, upał był dość spory. Zaczęli segregować ludzi. [Brali] od każdego dokumenty. Oczywiście Niemców było więcej, dowódca tylko sobie siedział, a tu każdy pokazywał dokumenty, [były] jakieś tłumaczenia [złapanych] i tak dalej. Oni decydowali, [o podziale]. Zaczęli dzielić na grupy. Zorientowałem się, że do jednej grupy brali starszych. Chciałem, żeby udało mi się do tej grupy dostać, a nie do [tych młodych]. [...] [Druga grupa] to była grupa przeważnie młodych ludzi. Do tych młodych ludzi mnie [dołączyli]. Jeszcze było tak, że jak ktoś był za bardzo natrętny i tłumaczył, że ma rodzinę, że to czy tamto, chciał się jakoś bronić, to od razu kazali mu ganiać wokół podwórza więziennego i jeszcze po drodze potrafili dać mu kopniaki albo karabinem mu przyłożyć. Tak kilka osób ganiało wokół [podwórza]. Trwało to gdzieś do godziny drugiej popołudniu. Przyjechały dwa czy trzy samochody. Załadowali nas do samochodów i zawieźli na Skaryszewską. Na Skaryszewskiej był obóz przejściowy [obok Dworca Wschodniego], który był punktem wysyłkowym robotników do Rzeszy.

  • Ile miał pan wtedy lat?

Miałem wtedy siedemnaście lat. Na Skaryszewskiej był budynek jakiejś szkoły, która była zajęta przez Niemców właśnie na ten cel. [Budynek] był oczywiście obstawiony strażą, nie było możliwości ucieczki. My byliśmy na piątym piętrze. Nie było gdzie spać, nie było się gdzie położyć, bo ci, którzy byli trochę wcześniej, to już sobie jakoś zorganizowali [miejsce], a reszta, to gdzie, kto mógł, to się położył. Czekaliśmy na to, co się będzie działo. W każdym razie nie trwało to tak długo, bo co jakiś czas przychodził jakiś z pilnujących więźniów, wyczytywał z listy i zabierał tych ludzi. Żeby się jakoś położyć, było łóżko, na którym była tylko rama i siatka druciana, taka jak do płotów, ale też była zerwana, to zdjąłem drzwi od ubikacji, położyłem na to i na tym spałem. Był taki moment, że w godzinie obiadowej przynieśli zupę – miska zupy – ani łyżki, ani nic. Kartofel można było sobie zapałką [wyłowić], a resztę to się popijało. To było jedyne pożywienie, więc zająłem się zupą, a tam czytali listę tych, których zabierali. Powiedziałem, że jakby wyczytali moje nazwisko Nowakowski, to żeby mnie zawołali. Po jakimś czasie, jeszcze nie dokończyłem zupy, przyleciał ktoś i mówi: „Ty, czytali Nowakowski, ale już tam jeden poszedł”. Okazało się, że był drugi Nowakowski. Było tak, że na górze było pierwsze [czytanie], a na dole było znowu [czytanie listy], więc do tego, który czytał listę, powiedziałem, żeby mi powiedział. On się pyta: „Jak nazwisko? Jak imię?”. Powiedziałem, że nazywam się Anatoliusz Nowakowski, to on mówi, że już jeden poszedł, chyba Tadeusz. Imię się tylko różniło, ale nazwisko było to samo, to ja biegiem na dół. Tam na nowo czytali wszystkie nazwiska i sprawdzali z dokumentami. Mówię, że to ja jestem tutaj na liście. On nie bardzo chciał, ale nie było innej rady. Wyszedłem. Rodzina mi załatwiła, że mnie po prostu wykupiono stamtąd. [Dokonał tego mój starszy brat Józef, który zginął 27 sierpnia 1944 roku].

  • Czyli na liście, którą tam wyczytywano, byli ludzie wykupieni?

[Tego nie wiem, mogły być różne powody wyreklamowania]. Zwolnieni. Ktoś wyreklamował sposób. [Dla mnie najważniejsze było nie wyjechać, Niemcy wybierali ludzi młodych zdolnych do pracy].

  • Czy pan wie, jak rodzina dowiedziała się, że pan jest na Skaryszewskiej?

[W czasie tego transportu trzeba było się spieszyć, pisać kartki i wrzucać na ulicę, gdzie normalnie toczyło się życie Polaków]. Jak jechaliśmy samochodami przez Warszawę, to każdy pisał karteczkę i wyrzucał na ulicę. Jechaliśmy z Pawiaka z getta przez most nie Poniatowskiego, tylko ten drugi, tak zwany most Kierbedzia. Te kartki dotarły do rodziny. Nawet jedna karta dotarła po czasie, kiedy już byłem w domu. W ten sposób uniknąłem wywózki na roboty do Niemiec.

  • Czy w tym czasie, kiedy trafił pan na Pawiak, miał pan coś wspólnego z konspiracją?

Wcześniej miałem jeszcze wtedy, kiedy nie było jeszcze organizacji AK, tylko to nazywało się Związek Walki Zbrojnej i właśnie poprzez kolegów [do tej organizacji wstąpiłem].

  • Czy pamięta pan nazwiska kolegów, którzy wprowadzili pana do tej organizacji?

To byli raczej znajomi koledzy, którzy [mnie znali]. To się tak odbywało, że chodziło o zaufanie, żeby ktoś nie sypał. Nazwisk nie pamiętam w tej chwili. To się na tym skończyło, że nie z naszej winy jakoś się to rozpłynęło. Później nastąpiła zmiana organizacji i tamto po prostu zakończyło się śmiercią naturalną. [Pamiętam przysięgę]. […]

  • Czy jak był pan na Pawiaku, to był pan jeszcze w Związku Walki Zbrojnej?

Tak, ale Pawiak wtedy był przejściowy pomiędzy Pawiakiem a Skaryszewską. Tu nas przywieźli, tu nas zweryfikowali i podzielili na grupy, i wywieźli na [Skaryszewską]. To raczej z samą polityką nie miało nic wspólnego. [Było przypadkowe złapanie w celu dostarczenia siły roboczej dla produkcji wojennej w Niemczech]. […] Groziło nam wywiezienie na roboty [przymusowe] do Niemiec. Nie paliłem się do roboty w Niemczech.

  • Kiedy drugi raz był pan na Pawiaku?

Drugi raz to był grudzień 1943 roku. Wracałem po prostu od dziewczyny i szedłem sobie z Mokotowa ulicą Chełmską, minąłem kościół Świętego Kazimierza przy Sieleckiej i tak sobie pomyślałem, że chyba już dotarłem do domu, chociaż miałem jeszcze kawałek, ale wszystko spokojnie, pusto na ulicy. W pewnym momencie słyszę za sobą, że jedzie samochód ciężarowy, a że to był już grudzień, trochę śniegu spadło, to miał założone łańcuchy na koła. Łańcuchy trochę dzwoniły, jak jechał. Jedzie samochód, to jedzie, przecież to nic nadzwyczajnego. Jak ten samochód zrównał się ze mną (ja szedłem po chodniku, on jechał po drodze), zatrzymał się. Z szoferki wyskoczył żandarm z pistoletem w ręku, [krzyknął]: Hände hoch!. Ci z budy też [wyjęli] karabiny tak i od razu [do mnie]: Ausweis!. Podałem mu, on popatrzył i [mówi]: „Nie pracuje?”. Mówię: „Pracuję”. Już nie było żadnej mowy, [wsadzili mnie do budy]. Za chwilę pokazał się ktoś następny na ulicy, więc oni do niego z daleka [krzyczą]: Hände hoch!. On zaczął podchodzić, oni go wołali, żeby [szybciej] przyszedł. On zaczął trochę utykać, więc jeden z Niemców podszedł do niego i karabinem go przez nogi uderzył. Ten Niemiec legitymując go zadał mu kilka pytań, a on cały czas tylko mówił, że ma klucze od domu, że zaraz tu blisko na Czerskiej mieszka, żeby mu pozwolili, żeby on chociaż klucze oddał, bo rodzina i tak dalej. Od razu [Niemiec] go uderzył i kopem na samochód. Później nikt więcej się nie trafił. On usiadł i ja na ławce [obok w samochodzie].

  • Tylko was dwóch było?

Na razie dwóch. Niemiec wszedł na budę i mówi: „Który to na ulicę Czerską?”. Mówił trochę po polsku. Ten powiedział: „To ja”. Tamten go od razu zaczął bić z jednej i z drugiej strony [po twarzy]. Później jeszcze, dojeżdżając do Czerniakowskiej, moja siostra wyskoczyła z domu i tak jakby czuła, że może mnie gdzieś złapali i jak zobaczyła, że jestem w tej budzie, to zaczęła prosić Niemców. Dobrze, że jeszcze jej nie wsadzili do budy. Zaraz później kawałek dalej pokazał się jakiś człowiek, ale dość daleko i oni do niego też krzyknęli, że ma stać i: Halt!. Zaczął uciekać, więc od razu strzelili w tym kierunku, ale to było na tyle daleko, że on mógł ujść i jego nie złapali ani nawet tam nie podjeżdżali. Zawieźli nas na ulicę [Willową], gdzie była żandarmeria. Tam kiedyś [obok] było kino, [po wojnie] był teatr. To mała uliczka z boku [ulicy Puławskiej] i tam stała żandarmeria. Zawieźli nas, postawili przed żandarmerią i tam czekaliśmy. Przyjeżdżały samochody z różnych stron. Później mieli nas zawieźć na [Pawiak]. Wtedy [jeszcze] nie wiedziałem gdzie. W każdym razie załadowali nas [do] budy i powieźli. Zastanawiałem się, jak uciec, [czy nie wyskoczyć w czasie jazdy ulicami Warszawy], ale nie było możliwości. Byli wartownicy, plandeki naokoło zakryte, pełny samochód. Można było próbować, ale było wiadomo, że zastrzelą. Bramy też były pozamykane, więc żebym nie wiem, jak uciekał, to nie było gdzie. Dowieźli nas do Pawiaka.
Na Pawiaku nas rozładowali na podwórzu i od razu wyszło kilku gestapowców. Przeszli wzdłuż szeregu złapanych. Mnie szpicrutą z głowy strącił kapelusz. Wtedy miałem już osiemnaście lat, można powiedzieć, że w 1943 roku miałem prawie dziewiętnaście. Oczywiście załadowali nas do budynku, drugie piętro i kolejka do kancelarii. Wszystkich ustawili w kolejce, w której byli różni ludzie, bo przyjeżdżali kolejkami dojazdowymi. Na przykład z Mokotowa, z Nowego Miasta ludzie wieźli na przykład różne wiktuały: mięso, chleb, mąkę, boczek. Byłem zorientowany [jak się zachować], więc mówię, że jak ktoś ma jakieś jedzenie, to niech rozda, podzieli [wśród nas], bo to wszystko zabiorą. [Mówię]: „Rozdajcie to”. I tak się stało, [posłuchali]. Każdego spisywali. To trwało dość długo, więc był czas. Jeszcze rozmawialiśmy ze sobą. Był taki [mężczyzna], który w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, gdzie jest, bo był pijany. Dopiero następnego dnia, jak wytrzeźwiał [nie było mu wesoło]. Spisali, pozabierali wszystkie ostre narzędzia, paski, sznurowadła, jak to się dzieje w więzieniu.
Dostałem się do celi 202. Tam już było pełno ludzi, ale jeszcze przybywało. W sumie w tej celi po całkowitym załadowaniu było nas dwudziestu ośmiu. Byli różni ludzie: był kapitan żeglugi wielkiej, byli inżynierowie, nauczyciele, handlarze, robotnicy – cały przekrój. Było dwadzieścia osiem osób w jednym niedużym pomieszczeniu, sienniki z mielonej słomy, siana. To się na noc rozkładało, na dzień kładło się pod ścianę. Pobudka o szóstej rano. Oczywiście śniadanie było nieco później. Zaraz było szkolenie [nas], bo tam było kilka osób, które siedziały już dużo wcześniej. [Szkolenie polegało na tym jak więzień powinien zachowywać się wobec straży więziennej]. Tam był facet – kapo – który mówił, jak należy się zachowywać, co robić, jak się nie narażać na represje. Oczywiście słuchaliśmy tego wszystkiego i wiedzieliśmy, jak postępować. Pokazał nam, jak na przykład przechować [papierosy]. Najgorzej mieli palacze. Po prostu głód nikotynowy prowadził do tego, że oni by sprzedali cokolwiek, aby tylko zapalić skręta. Zapałki były pozabierane. Jak ktoś miał kamień od maszynki, to się obsadzało w kawałek drewna, wystarczyła żyletka albo kawałek metalu czy szkła, żeby stworzyć iskrę. Paliło się chusteczkę tak, żeby nie spaliła się całkowicie, żeby został jeszcze [nie do końca spalony materiał]. Wtedy wystarczyła iskra i chustka zaczynała się na nowo żarzyć, i od tego można było przypalić papierosa. [Nazywano to „Pulwer”]. Ludzie sprzedawali paski, co mieli, żeby tylko papierosa zapalić. Był jeszcze taki rytuał, że jak Niemcy wchodzili do celi, to jak już słychać było klucz w zamku, to kapo krzyczał: „Zbiórka w dwuszeregu”. Wszyscy od razu się ustawiali, Niemcy wchodzili i on wtedy krzyczał: „Baczność!”. Podchodził do Niemca i meldował. Całą formułę pamiętam: Ich melde Zelle zweihundert zwei. Acht und zwanzig Männchen. Niemcy [powiedzieli]: „Spocznij”. […] Trwało to kilka dni.
Wreszcie któregoś dnia przyprowadzają jakiegoś pobitego, zmaltretowanego więźnia i mówią, że przy nim znaleźli broń, on był w transporcie, i tłumaczył, że jemu to ktoś podrzucił, więc mówią: „Kto to zrobił, niech się przyzna [jeśli nie, to stu będzie rozstrzelanych]”. Następnie [powiedzieli]: „Macie czas do godziny dwunastej”. Zakomunikowali to i wyszli. Mówimy, że mamy z głowy. Mówię: „Czy to jest prawda, czy to nie jest prawda [stu zostanie rozstrzelanych]”. To był czas, kiedy rozstrzeliwania były na porządku dziennym, więc [nie miejmy złudzeń]. On jeszcze powiedział, że stu będzie rozstrzelanych. Nie było wątpliwości, zresztą w tej sytuacji, która już wtedy panowała w Warszawie [w celi]. Powstał grobowy nastrój. To było gdzieś około godziny dziesiątej, do godziny dwunastej-pierwszej, kiedy mieli przynosić obiad, nic się specjalnie nie działo, tylko nasze rozmowy między sobą, co będzie dalej. Każdy był przekonany, że to będzie ostatni [dzień życia]. Później przychodzi godzina dwunasta. Oczywiście wyprowadzali nas z celi na korytarz [z kilku cel tego piętra], w dwuszeregu ustawieni. Niemiec szedł (zawsze kilku gestapowców) i [mówi]: „Czy ktoś ma coś w tej sprawie do powiedzenia?”. To się zawsze odbywało z udziałem tłumacza. Grobowa cisza, nikt się nie odezwał, bo kto się odezwie [w takiej sytuacji].
Z powrotem [zamknęli] nas do celi. Przychodzi pora obiadowa, nam już nie przynoszą obiadu. Mówimy: „To już nas skreślili z ewidencji. Nawet tej zupy, tej lury nie dadzą”. Rzeczywiście, nie dają nam już żadnego posiłku. O godzinie czternastej zaczęli wywoływać z celi do kaplicy więziennej, która była na drugim piętrze. Tam chyba były trzy stoliki i gestapowcy [prowadzili] przesłuchania. Oczywiście wypytywali o różne rzeczy. Po przesłuchaniu już nie wróciłem do tej celi, w której byłem, tylko do innej. Tam znowu było kilku [młodych ludzi].
  • Czy pamięta pan, o co pana pytali w czasie przesłuchania?

Wszystkie personalia: ojciec, matka, co kto robił. Do innej celi nas [zaprowadzili]. Tam już było kilku młodych […] ludzi. Dalej się nic nie dzieje, nie dają nam nic do jedzenia, nie wiemy, co będzie dalej. Później nastał zmrok, zaczęli nas wyprowadzać z celi na korytarz i tam było sprawdzanie personaliów. Był jeden wartownik. Tam było tak, że każde piętro było oddzielone kratami. Żeby wyjść nawet na schody, to trzeba było przejść przez zakratowane drzwi, a na parterze była już kolejna kontrola, znowu pytali co, kto i jak, i ładowali do samochodu.
Wtedy jeszcze na górze, jak wyszliśmy, to prawdopodobnie jakiś Polak ze Śląska (Niemcy brali nawet i Polaków do wojska, bo tak było) prawdopodobnie gwarą śląską mówi: „Chłopaki nie bójta się, nic wam nie będzie”. Ten na górze nam to powiedział. Jakaś otucha była. Później zeszliśmy na dół, załadowali nas do samochodu. W tej budzie był tylko jeden wartownik, ale Niemiec wyjął papierośnicę z papierosami, poczęstował tych, co palili.
Po całkowitym załadowaniu zawieźli nas w aleję Niepodległości. Tam były budynki Ministerstwa Obrony Narodowej, które do dzisiaj stoją. One nie były zniszczone ani w czasie wojny, ani w czasie okupacji. Tam nas sprowadzili do pomieszczenia suterenowego. Było pełno łóżek piętrowych. To były koszary, po prostu sypialnia dla wojska niemieckiego. Jak nas tam zaprowadzili, to schodziło się po schodkach. Na schodkach pokazał się później jakiś pułkownik niemiecki i [wygłosił krótkie] przemówienie, że Niemcy są silne, że Niemcy zwyciężą, że Niemcy nie potrzebują pracy przymusowej, że my sami mamy zdecydować, czy chcemy pracować, że nam proponują pracę w Kraftparku. To był tak zwany park samochodowy, więc tam potrzebowali ludzi do pracy. Dla mnie to było dziwne. Zastanawiałem się, co tu jest, czy to chodzi o jakąś propagandę, tu rozstrzeliwują zakładników, a tu wypuszczają. Okazało się, że wermacht potrzebował trochę ludzi i wzięli z Pawiaka tych, którzy nie byli politycznie aresztowani, tylko z łapanki, bo to było z łapanki. Pułkownik powiedział, że dzisiaj nas zwalnia do domu i jutro rano o godzinie ósmej mamy się stawić tu, bo jeżeli ktoś się nie stawi, to znajdzie się z powrotem tam, skąd nas przywieźli, ale jeżeli ktoś przyniesie zaświadczenie, że pracuje w tym czasie i już jest zatrudniony, to oni go zwolnią. Szybko taki dokument zaniosłem i w ten sposób wyszedłem [z Pawiak w sposób nieoczekiwany. Co stało się z tymi co nie znaleźli się w grupie, tego nie wiem].

  • Proszę opowiedzieć o konspiracji, w której pan był.

Miałem serdecznego kolegę, który mieszkał w tym samym podwórzu. On już wcześniej dostał się do oddziału i był w partyzantce. Był ranny, ale później wrócił, a że to była partyzantka lewicowa, to on nie chciał już dalej z nimi pracować i nawet się obawiał, czy go nie spotkają jakieś represje z tego powodu. Stale obawiał się tego. Po pewnym czasie obaj postanowiliśmy poprzez znajomości konspiracyjne, że wstąpimy do oddziału. Właśnie do tego oddziału wstąpiliśmy.

  • Jak trafiliście do tego oddziału?

Wszystko to odbywało się w ramach znajomości, zaufania kolegów do siebie. Jeżeli ktoś miał jakieś sprawy nie bardzo, [nie był pewny], to się go w ogóle nie brało pod uwagę. […] Były ścisłe zasady konspiracji, że można było kogoś polecić, można było kogoś przedstawić tylko wtedy, kiedy on zasługiwał na zaufanie.

  • Czy pamięta pan, kto pana polecił?

We dwóch, ja z tym kolegą, poszliśmy. Wiedziałem, gdzie oni mają zbiórkę, podano nam [adres]. Na ulicy Czerniakowskiej, numeru nie pamiętam, ale to było tak jak Chełmska dochodziła do Czerniakowskiej, tam już dalej nic nie było, tylko skrzyżowanie, a dalej już były łąki, pola, trochę w lewo. Tam był budynek parterowy. To był budynek własny dowódcy, który nas zwerbował, [przyjął do oddziału].

  • Pamięta pan jego nazwisko albo pseudonim?

Mnie się myliły dwa nazwiska, ale o ile pamiętam, to był Nadolski, bo jeśli chodzi o pseudonimy, to nie używaliśmy specjalnie między sobą, bo każdy znał się, że ten jest Tadek, ten jest Jurek. Mieliśmy spotkania właśnie w tym miejscu. Budynek był parterowy ogrodzony drewnianym parkanem.. Dalej było pole, łąki w stronę Siekierek.

  • Czy pamięta pan, kiedy pierwszy raz poszliście na to spotkanie? W którym roku, w jakim miesiącu przyszliście do tego oddziału?

To mógł być kwiecień, maj 1944 roku. Mieliśmy zbiórki, czasami pojechaliśmy do lasu kabackiego na przykład na szkolenie albo nad jeziorko Czerniakowskie, gdzie było się łatwo zebrać, bo byli kąpiący się, plażujący, więc nie budziło to żadnych [podejrzeń. Normalni plażowicze].

  • Jakiego rodzaju były to szkolenia?

Zapoznawanie się z bronią, jak organizacyjnie utrzymywać konspirację, żeby nie spowodować jakiejś [wsypy]. Poza tym było tak, że na potrzeby tej organizacji były potrzebne środki, więc środki były zdobywane w ten sposób, że robiło się skok. Najbardziej pamiętam, że zrobiono skok na fabrykę, w której pracowałem, więc wtedy podjeżdżał samochód, brali kasę, jaka była możliwa i jakieś jeszcze towary, które łatwo było później sprzedać i otrzymać środki na działalność konspiracyjną.

  • W jakiej akcji brał pan udział?

Mieliśmy, tylko do tego nie doszło… Na początku 1944 roku była słynna kontrybucja za jakieś napady, która została zdeponowana w banku KKO – Komunalna Kasa Oszczędności. Myśmy mieli napaść na ten bank i tą kontrybucję odzyskać, ale do tego nie doszło. Nie wiem, dlaczego. Były jakieś przeszkody i do tego nie doszło. Natomiast w drugim skoku, to nie mogłem brać udziału, bo tam pracowałem. To by było szaleństwo, żebym się tam pokazał. Później było tak, że mieliśmy opłacone obiady w restauracji. Restaurator był również członkiem tej organizacji. To była restauracja na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej. To był ten [restaurator], który miał samochód, tego fiata, który miał być użyty do Powstania.

  • Jaka to była organizacja, w której brał pan udział i jak się nazywał pana najbliższy kolega, który razem z panem należał do tej organizacji?

To był nieduży oddział AK. Kolega, z którym właściwie razem wstąpiłem do tej organizacji, nazywał się Tadeusz Ośmiałowski. To był właśnie ten, który już był wcześniej w partyzantce i on zawsze mi tłumaczył: „Trzymaj się mnie. Ja już mam doświadczenie, ty jesteś jeszcze świeży. Ja już [trochę] przeszedłem, byłem ranny w lesie”. Wrócił do Warszawy i nie chciał mieć z tą organizacją nic wspólnego, bo to była organizacja lewicowa. Nawet się obawiał, czy go czasami nie będą prześladować, bo przestał się z nimi w ogóle kontaktować.

  • Proszę opowiedzieć o przygotowaniach do Powstania w organizacji akowskiej, do której należał pan z kolegą.

[Na zbiórce] przedstawiono nam, jaką bronią dysponuje oddział. Była jedna pepesza – radziecki automat – jeden czy dwa karabiny kb i poza tym była przeważnie broń krótka. To była dziewiątki visa, był jeden sten – angielski pistolet maszynowy – i granaty. Za całe uzbrojenie dostałem na początek Powstania jeden granat obronny i to było całe moje uzbrojenie wychodząc do Powstania, z tym że liczono, że w trakcie [walki] uda się jeszcze coś zdobyć albo po jakimś czasie któryś żołnierz zginie i tak było. [Z naszej trójki został ciężko ranny kolega i ja przejąłem jego broń]. […] Jesteśmy już przygotowani do godziny „W”. Mieliśmy przygotowany już ten samochód, była już przygotowana flaga biało-czerwona. Przychodzi moment, kiedy mamy wyjeżdżać z obejścia i ten samochód dojeżdża do [bramy]. Zapakowałem się do tego samochodu na tylne siedzenie. Dojechaliśmy do bramy, więc nam otwierają bramę i w międzyczasie zgasł silnik. To był stary samochód, uruchamiany jeszcze na korbę.

  • Czy to było 1 sierpnia?

[Tak, było to tuż przed godziną „W”]. Kolega próbował uruchomić samochód, ale on nie zaskoczył, więc wysiedliśmy z samochodu, bo to trwało dość długo. Wreszcie później samochód zapalił, brama otwarta, flaga jest, wjeżdżamy, ale [chłopcy] zaczęli wsiadać do samochodu i dla mnie miejsca już nie starczyło. Z jednej i z drugiej strony był mały stopień, więc po prostu jechałem na zewnątrz samochodu. Tak dojechaliśmy przed obecną ulicę Gagarina, ale wcześniej zeszliśmy już z samochodu i poruszaliśmy się wzdłuż murów domów po obu stronach [ulicy]. Doszliśmy tak przed ulicę Gagarina i tam dzieciaki, ludzie, bo wtedy jeszcze była atmosfera entuzjazmu, krzyczeli: „Panowie chodźcie. Tutaj mieszkają folksdojcze”. [Wskazywali ich mieszkania].

  • Czy ludność cywilna już wiedziała, że Powstanie rozpoczęło się?

Tak. Przeważnie to dzieci [biegały za nami i informowały o niemieckich folksdojczach].

  • Gdzie wasza grupa miała się zameldować? Gdzie mieliście dotrzeć?

Mieliśmy dotrzeć do placu Napoleona w Śródmieściu i jako obiekt ataku mieliśmy mieć Pocztę Główną na placu Napoleona. [po drodze] weszliśmy do jednego pomieszczenia w budynku, [ w którym mieszkali folksdojcze]. Oczywiście było zamknięte, więc ktoś strzelił w zamek i otworzyliśmy drzwi. Wewnątrz zobaczyliśmy tylko kobiety i dzieci, nie było żadnych mężczyzn. Nie było co robić, więc zostawiliśmy ich i poszliśmy dalej. Tak doszliśmy do obecnej ulicy Gagarina, ale wtedy trochę to inaczej wyglądało, i tam szedłem ja i obok mnie dwóch kolegów prosto dalej ulicą Czerniakowską w kierunku Śródmieścia. Ni z tego, ni z owego padł strzał i środkowy [kolega] (ja byłem z prawej, drugi z lewej) pada [i wije się z bólu, a my rozglądamy się skąd padł strzał].

  • Kto to był? Pamięta pan nazwisko?

Nazwiska nie pamiętam. W każdym razie on dostał postrzał [w brzuch], miał uszkodzony kręgosłup i jeszcze inne narządy. Od razu ludzie zabrali go do [punktu] opatrunkowego, a ja przejąłem jego pistolet – […] vis polskiej produkcji. Rozejrzałem się, bo nie wiedziałem, czy to ktoś z budynku strzelił, ale później doszedłem do wniosku, że to musiał być strzał w prostej linii i ten, który celował, to jak szło trzech, to najpewniej mógł zabić czy trafić środkowego, bo jakby nie trafił, to jeszcze miał dwóch [obok]. Akurat tak się złożyło, że padł [środkowy]. Popatrzyłem po oknach i zdawało mi się, że coś tam [widzę] i strzeliłem raz w okno. Dzieciaki zaczęły krzyczeć, że tu mieszka Niemiec. Poszliśmy sprawdzić ten budynek. Na ostatnim piętrze (to było bodajże drugie albo trzecie piętro) był pokój. Oczywiście otworzyliśmy drzwi, chociaż były zamknięte, ale było pusto, nie było nikogo, ale było radio. Wzięliśmy to radio, żeby mieć możliwość [słuchania]. Później, jak była kolacja, to w międzyczasie z tego radio usłyszeliśmy komunikat radziecki. Było powiedziane: Zawtra budziem w Warszawie. To było 1 sierpnia 1944 roku.

Poszliśmy potem pod parkanami do ulicy Hołówki. Tam były bloki mieszkalne, a później przerwa, kawał pola. Ludzie tam w czasie okupacji nasadzili kartofle, marchewki, żeby sobie [ułatwić zdobycie wyżywienia]. Nie wiem, czyj to był teren. Dalej był klasztor Nazaretanek. Cały ten obszar był odkryty i od strony ulicy Podchorążych był zakręt do ulicy Nowosieleckiej. […] Tam było murowane ogrodzenie i na nim Niemcy mieli olbrzymi bunkier, który miał dobry ostrzał na cały ten terenu. Po drugiej stronie Czerniakowskiej były Filtry, właściwie stacja pomp dla Filtrów. Czerpali stamtąd wodę. Do dziś tak samo to wygląda, tamtędy nie było możliwości przejścia. Nasz samochód wjechał na pole ostrzału i od razu został ostrzelany. Kierowca wyskoczył, ale nie miał się gdzie skryć, bo tam był tylko parkan z siatki, siatkowa brama i dwa betonowe słupy. Stanął za słupem, ale dostał postrzał w szczękę. […] To już był drugi ciężko ranny.

  • Ilu was było w samochodzie?

Wtedy w samochodzie byli tylko ci, co byli wewnątrz, a my byliśmy pod parkanami na ulicy. Tu musieliśmy się zatrzymać, bo Niemcy tak ostrzeliwali ten odcinek, [że nie można było się wychylać poza ogrodzenie przy ulicy Hołówki]. Po drugiej [ulicy] stronie było ogrodzenie, częściowo dość wysoka podmurówka, a później pręty wysokie, masywne (pewnie i do dziś jeszcze stoją) [ogrodzenie] stacji pomp. Z tamtej strony w kierunku na Czerniaków od strony Śródmieścia pojawiła się jakaś kobieta i dziewczyna, które starały się przebiec. Oczywiście biegły pochylone. Przebiegły parę kroków [i padły]. Niemcy tak ostrzeliwali teren, że tynk sypał się z murku i one za chwilę padły, zostały tam zastrzelone. To było w tym miejscu, [po prawej stronie ulicy w kierunku Śródmieścia przy ogrodzeniu stacji pomp]. Na ulicy Hołówki w kierunku bunkra były obsadzone przez powstańców bloki, których okna wychodziły na ten goły plac i bunkier, który tam stał. Niemcy mieli bardzo dobry ostrzał, bo raz, że dobrze widzieli z góry, a poza tym nie było żadnych innych przeszkód. Nie było się gdzie schować. Nasz samochód utknął […]. W samochodzie być może, że na moim miejscu, bo po uruchomieniu samochodu nie zabrałem się, [wsiadł ktoś inny] ciężko ranny, ale rano jeden i drugi zmarł. Przeżył tylko kierowca i nawet mieliśmy z nim kontakt po [Powstaniu. Tu należy jeszcze nadmienić, że oprócz tego bunkra, Niemcy mieli koszary, (przed wojną stało tam wojsko polskie), oddziały, które atakowały koszary z kierunku południowego z ulicy Podchorążych wdarły się, forsując mur, na teren koszar, ale nie zdołały ich opanować. Po krótkiej walce zostali wybici na terenie koszar].

  • Pamięta pan, jak on się nazywał?

Właśnie też nie znam nazwiska, ale to na pewno jest do ustalenia, bo to był restaurator. To było [przy] zbiegu ulicy Czerniakowskiej i [Chełmskiej] w kierunku Mokotowa, to było po prawej stronie […]. To był budynek murowany, [dwu lub] trzypiętrowy.

  • Jaką decyzję podjęliście, skoro nie dało się iść dalej do Śródmieścia?

Starano się rozpocząć rozpoznanie gdzie są Niemcy i jak wygląda sytuacja, wysłano mnie i jeszcze dwóch chłopaków w celu zbadania, jak daleko są Niemcy. Poszliśmy ulicą Chełmską i dochodząc do ulicy Sieleckiej przy Sieleckiej naprzeciwko kościoła na Chełmskiej (ludzie gromadzili się grupkami przed domami) [i] powiedzieli nam, że [Niemcy] strzelają od Rondzia. Rondzio to był folksdojcz, który miał dwa sklepy i nieduży murowany budynek, a ja mieszkałem prawie że na [przeciwko tego folksdojcza przy] Chełmskiej 25.
To było dwa [numery] od kościoła, urodzony tam znałem każdy kąt, jeśli chodzi o znajomość terenu, więc jak mi powiedzieli, że strzelają od Rondzia, to mówię: „Chodźmy, obejdziemy [ich] od tyłu…”. Tam był ogródek, nie było żadnych zabudowań […]. Z drugiej strony był jednorodzinny parterowy domek z ogródkiem. Jak weszliśmy na to ogrodnictwo, zarośla były […] już duże, bo to przecież sierpień, więc z tamtej strony można było wejść, bo była jakaś osłona. Przebiegając dróżką w ogrodzie spojrzałem w lewo, patrzę, żandarm z automatem i ręką podciąga swoich żołnierzy dalej do przodu [ulicą Stępińską]. Oczywiście on był odwrócony w inną stronę i mnie nie widział, krzyknąłem do chłopaków, że są Niemcy i żebyśmy się wycofali. Mnie jeszcze towarzyszył mój starszy brat. On jeszcze wtedy nie należał do organizacji, ale chciał mnie chronić i pomagać mi. Wyskoczyliśmy z ogrodu. Był budynek parterowy, murowany i brama [była zamknięta]. Sama brama była nieco cofnięta, był mur. Była możliwość skrycia się. Jak Niemcy doszli do ulicy Chełmskiej, to zaczęli pruć z broni maszynowej po ulicy, musieliśmy trochę przeczekać. Wycofaliśmy się. Wiedzieliśmy już, że Niemcy [idą] od strony koszar, które były właśnie na ulicy Podchorążych, ulicą Stępińską doszli już do Chełmskiej, a to było naprzeciwko ogrodu mojego ojca, bo mój ojciec miał ogród (ponad dwie morgi ziemi) i prowadził ogrodnictwo. To było bardzo blisko i cały teren był mi znany. Wróciłem do oddziału. W międzyczasie dałem granat bratu, a ja już miałem wtedy pistolet.

  • Jak miał na imię pana brat?

Brat miał na imię Gabriel, [lat 21].

  • Brat wycofał się razem z panem?

Tak. Później jeszcze będzie dalej jego historia. Wróciliśmy [do oddziału]. Kiedy wracaliśmy obok budynku, w którym była restauracja, wyszedł człowiek z karabinem Mauser z wojny z 1939 roku i [miał do tego] chlebak naboi. Dał mi ten karabin. Mówi: „Ja już nie będę brał udziału w tym, ale macie, to się przyda”. To spadło z nieba. Po dwóch godzinach miałem już pistolet, granat i karabin. Poszedłem do oddziału. Sprawdziliśmy karabin. Wszystko oczywiście w porządku, amunicja również była. Cały chlebak naboi to w naszych warunkach była [to duża rzecz].
Tak to trwało, meldunki się zbierało. Przychodzi wieczór, ludzie zorganizowali kolację, różnego rodzaju kanapki, herbata. […]. […] [Przed Powstaniem] Niemcy mieli dość silny oddział artyleryjski. Na Czerniakowie było duże gospodarstwo, można powiedzieć dworek blisko jeziora Czerniakowskiego. Dwa dni przed Powstaniem Niemcy zwinęli ten oddział, [zabrali działa] i na naszych oczach przejechali przez Czerniakowską. To był właśnie [sygnał widoczny], że Niemcy wycofują się z Warszawy. […]
Dzień przed Powstaniem staliśmy sobie w kilku z naszej organizacji przy tej restauracji, rozmawiając. Przyjechał osobowy samochód niemiecki. Zatrzymał się przed domem na Czerniakowskiej, w którym mieszkałem. Okazało się, że złapał gumę. Wiózł oficera. Oficer był w mundurze Luftwaffe, kierowca zajął się lewarowaniem i zmienieniem koła, natomiast oficer przeszedł się. Poszedł w kierunku przeciwnym niż jechali po Czerniakowskiej. Szedł po chodniku i później, jak wracał, […] zauważył, że zainteresowali się nim chłopcy, którzy szukali okazji, żeby jeszcze zdobyć gdzieś broń. On miał pistolet przy pasie. Zorientował się i zszedł na jezdnię. Wtedy ruszyli w trzech z tej naszej grupy, która tam stała. Przyspieszył kroku w stronę środka jezdni i na samym skrzyżowaniu, gdzie Chełmska z Czerniakowską się zbiegły, jeden z naszych wyprzedził go, drugi był mniej więcej tak jak on, a trzeci był z tyłu. Ten pierwszy, jak wyprzedził go trochę, to wyciągnął pistolet i powiedział do niego: Hände hoch!. Niemiec zamiast podnieść ręce do góry, to złapał się za kaburę. Kolega strzelił dwa razy. Wtedy Niemiec z jezdni doszedł do chodnika i na rogu chodnika na płytach położył się. Sam położył się twarzą do ziemi i umarł, ale jeszcze z jezdni przeszedł na chodnik. Wtedy koledzy podbiegli, zabrali mu broń i wszyscy musieliśmy znikać. Najpierw przyjechał samochód żandarmerii, ale stwierdzili, że on nie żyje, to go nawet nie brali, tylko został na jezdni. Odjechali, przyjechała polska policja granatowa. Polska policja została przy nim jakiś czas. Później przyjechał niemiecki wóz wojskowy i zabrali go furmanką wojskową. To był oficer Luftwaffe. [Żadnych represji Niemcy w tym przypadku nie zastosowali].

  • To było dzień przed wybuchem Powstania?

To było dzień przed Powstaniem.

  • Po wysłuchaniu informacji z radia, że Sowieci jutro będą w Warszawie, jaka zapadła decyzja? Co robiliście dalej?

Decyzja była taka, że nasz dowódca zasięgnął już języka od innych w pobliżu oddziału i wyraźnie powiedział, że Powstanie upadło, że nic z tego nie będzie.

  • Jak nazywał się pana dowódca?

Nadolski, ale […] nie jestem pewien, bo tam były jeszcze inne osoby, które mogłyby być, a których nie pamiętam. On zadecydował, że wychodzimy z Warszawy. Brat poszedł do domu, bo to było parę kroków.
Przed godziną dwunastą w nocy ruszyliśmy oddziałem w kierunku Czerniakowa, plac Bernardyński, później Sadyba. Na Sadybie w [forcie] byli Niemcy, a właściwie to były bunkry z ziemią, z jednej strony fosa, która przechodziła z jednej na drugą stronę przez ulicę Czerniakowską, a kolejka wilanowska, która chodziła z Warszawy do Wilanowa, zawsze skręcała ulicą Okrężną. Na moście przy fosie był posterunek niemiecki i Niemcy stali w bunkrach, które są do dziś. Musieliśmy iść tak, jak szła kolejka. Tory kolejki wychodziły już poza mostem i przechodziły znowu na prawą stronę do Wilanowa. Unikaliśmy przejścia przy posterunku niemieckim. Tak doszliśmy prawie do pierwszych zabudowań Sadyby. Na tym odcinku po lewej stronie była figura Świętego Jana (ona chyba stoi jeszcze). Obok to już było sporo wolnego miejsca i Niemcy mieli tam ustawiony reflektor, który włączano, jak były naloty. Wokół Niemcy mieli rozstawione namioty, była ochrona reflektora i w momencie, kiedy przechodziliśmy grupą, to było słychać pewne odgłosy. Jak szliśmy wzdłuż torów, wartownik wystrzelił na alarm, Niemcy wyskoczyli z namiotów i zaczęli bezładny ogień. Było ciemno. Przed dwunastą, jak zaczął padać deszcz, była taka pogada, że mało co było widać, natomiast lało. W czasie [ucieczki] nie było nawet widać, gdzie człowiek biegnie. Szybko staraliśmy się pokonać ten odcinek. Kierowałem się tylko odgłosem kroków, bo w zasadzie nie było nic widać.
Wtedy ten mój kolega, który zawsze mówił, że mam się go trzymać, w miejscu, jak już zaczęła się Sadyba, pierwsze domy odskoczył gdzieś w bok w prawą stronę. Tam było boisko, kawał wolnego terenu, a później zaczynały się domy. On tam odbiegł. Od tego czasu już go nigdy w życiu [go] nie spotkałem, czyli albo go Niemcy trafili, albo go później złapali i rozstrzelali. W każdym razie już go [nie spotkałem]. To był czwarty z tego oddziału człowiek, który zginął.
Później szliśmy już dalej. Doszedłem, dogoniłem oddział i zeszliśmy [w bok] tak, żeby nie iść przez sam Wilanów, bo Wilanowie znowu stali Niemcy. Mniej więcej pośrodku między [ulicą Sobieskiego] a Czerniakowską przekroczyliśmy jezdnię, która idzie do pałacu i do Powsina i po łąkach, przez pola, omijając Natolin… Tam był [nieduży kwadrat lasu, […], ale ominęliśmy go też bokiem i przeszliśmy w stronę Ursynowa pod górę. Tam była wieś, zabudowania wiejskie i zatrzymaliśmy się w obejściu gospodarskim w stodole. Byliśmy już tak przemoczeni, że nie było suchej nitki. Cały czas padało.
Chwilę tam pobyliśmy i zrobił się krzyk, że Niemcy przyjechali do Ursynowa. Musieliśmy się zwijać i poszliśmy dalej w kierunku lasu kabackiego. Dotarliśmy tam już w spokoju i [weszliśmy] do leśniczówki, w której było już kilka innych ugrupowań, które działały na terenie podmiejskim jak Konstancin-Jeziorna. Tam była atakowana papiernia, w której stacjonowali Niemcy. Zdobyli tam trochę broni, ale później oni właśnie przegrupowali się i [przeszli] do lasu kabackiego [później do lasu chojnowskiego, był to oddział imienia Brygadiera Mączyńskiego, porucznik „Antek”].
W lesie kabackim była narada między dowódcami oddziałów, szykowali jakieś pożywienie, bo w ogóle do tej pory nie było możliwości, żeby cokolwiek zjeść, a my byliśmy w stodole. Tam było żyto, siano, więc jakiś czas zabawiliśmy. Po naradzie przyszedł dowódca i powiedział, że rozwiązuje oddział. Miał kasę oddziałową, rozdzielił pieniądze pomiędzy nas i powiedział, że każdy, jeśli może, jeśli ma gdzieś rodzinę czy możliwości przechowania, to żeby się po prostu starać przedostać i ukryć jakoś.
Po tym była rozmowa, kto co robi, więc ja zaraz z jednym z naszych kolegów oddziałowych powiedziałem, że mam ojca chrzestnego w Żabieńcu zaraz za Piasecznem, więc mówię, że jeżeli uda nam się tam dotrzeć, to będziemy mogli przetrzymać jakoś ten okres.
Nie czekając już nawet na obiad w czasie deszczu, a lało jak z cebra, ruszyliśmy pomiędzy Powsinem a dalej ulicą, która prowadzi do Piaseczna (teraz to jest Puławska), doszliśmy do jednej z chałup. Biedna pojedyncza kuchnia, tam nie było wiele miejsca. Nad [sama] kuchnią lał deszcz, bo dach przeciekał. Tam mieszkał gospodarz, biedny człowiek. Przyjął nas, dał nam coś zjeść i powiedział, że nas przenocuje. Skorzystaliśmy z tego, porozmawialiśmy, poszliśmy spać. Rano nastąpiło pierwsze moje niepowodzenie. Kolega mówi, że ten gospodarz powiedział, że jednego to może przechować. Kolega się zgodził, więc zostałem sam, […] miałem iść do swojego [ojca chrzestnego], wychodzimy przed dom.
Jestem już przygotowany, że idę dalej, w tym czasie przyszedł inny chłopak, a my się akurat żegnamy. Okazuje się, że też jest sam, więc mówimy: „To w takim razie idziemy obaj dalej”. Ruszyliśmy dalej. Schodząc z pochyłego terenu patrzymy [przed siebie]. (Tam była droga od Puławskiej na Chyliczki w stronę Konstancina Jeziornej.)
Zauważyliśmy od razu, że stoi buda, Niemcy i ludzie zatrzymani na tej szosie. Nie było innego wyjścia, tylko schowaliśmy się w snopy skoszonego żyta (było ustawione w snopki). Przesiedzieliśmy tak około godziny. Okazało się, że Niemcy odjechali, pusto się zrobiło, żywego ducha nie ma. Ruszyliśmy i trochę zboczyliśmy, żeby nie iść w tym kierunku, w którym samochód odjechał. Poszliśmy dalej. Przekroczyliśmy drogę i po jakimś czasie zmęczeni usiedliśmy w rowie za pagórkiem.
W tym czasie patrzymy jedzie pluton Niemców na rowerach. Mieliśmy szczęście, że przejeżdżając obok oni nas nie widzieli i nie zauważyli, a w tym czasie zaczęła się kanonada, zaczęły strzelać działka przeciwlotnicze, ale na wprost. Strzelały w kierunku lasu kabackiego. Było słychać strzał, później jakiś czas cisza, a później rwanie się pocisków, a one strzelały dość szybkim, bo [były to] tak zwane zenitówki, [które seriami] strzelały, że miały zawsze po kilka pocisków za jednym pociągnięciem. Jeden pocisk leciał za drugim. One się rozrywały [na drzewach lasu]. Mówimy: „Jednak Niemcy będą likwidować tych, którzy w lesie kabackim się [zostali]”. Udało nam się przejść [ten odcinek jeszcze przed atakiem Niemców, który był do przewidzenia, złapanych Powstańców rozstrzeliwali na miejscu].
  • Czy miał pan przy sobie broń?

Miałem broń i mój kolega też miał broń, ale on później został, więc miałem tę jedną broń. Z drugim kolegą doszliśmy do wsi, do drogi blisko rzeczki Wilanówki, która tam przepływa. Miałem jeszcze do przejścia do Żabieńca wzdłuż tej rzeczki, dalej był most na tej rzece, szosa między Warszawą a [Górą Kalwarią, zaraz za Piasecznem]. W każdym razie matka jednego z tych, którzy brali udział w Powstaniu, powiedziała, że jej syn też poszedł do Powstania i dała nam jeść, dała nam bochenek chleba i następnego ranka ruszyliśmy dalej. Jeżeli byłby tam ktoś z organizacji, to chcieliśmy, żeby przeprowadzili nas, ale nie było nikogo i ruszyliśmy sami wzdłuż rzeczki. Deszcz cały czas padał (to była trzydniówka). Idąc, nie chcieliśmy dojść do mostu, bo na moście Niemcy podobno stoją, więc musieliśmy tą rzeczkę przekroczyć wcześniej, ale nie bardzo nam się chciało wchodzić do wody. W pewnym momencie patrzymy, po drugiej stronie rzeczki stoi mała chałupa, kajak przy brzegu, mężczyzna i chłopak. Krzyknęliśmy do nich, chłopak wsiadł w kajak, przypłynął. Przewieźli nas na drugą stronę i już bezpiecznie dotarliśmy do Żabieńca. Oczywiście rodzina przyjęła nas bardzo serdecznie, dali jeść, kazali się rozebrać, położyć spać, [wysuszyli ubrania].

  • Czy ktoś z pana rodzeństwa brał udział w Powstaniu?

Z mojej rodziny udział brało dwóch braci [i szwagier, mąż mojej siostry Zofii]. Jeden brat do momentu, kiedy po niego przyjechał starszy brat, nie był nigdzie w żadnej organizacji, a starszy brat był w AL-u. To była Armia Ludowa.

  • Jak ten starszy brat miał na imię?

Józef, [lat dwadzieścia siedem].

  • A ten drugi brat?

Gabriel, [lat dwadzieścia jeden].

  • Czy to ten, który był z panem pierwszego dnia?

Tak. Było tak, że przyjechał do niego [Józef] na rowerze po jednym czy już po dwóch dniach Powstania i mówi: „Chodź, dobrze idzie”. Oni stali na ulicy Górskiej w pobliżu Belwederskiej. Tam stał ich oddział. Wziął go na rower i pojechali. Później z tego, co się dowiedziałem z relacji innych wiem, że zostali wysłani na patrol. Mój brat miał granat, który dostał ode mnie i wyruszyli we trzech na patrol. Na Belwederskiej koło ulicy Tureckiej (to taka maleńka ulica bez końca, to znaczy bez przejazdu) natknęli się na Niemców. Brat rzucił ten granat. On nie wybuchł. Niemcy od razu ich ostrzelali. Starszy brat przeskoczył na drugą stronę przez murek i kawałek prętowego ogrodzenia obrośniętego winem. Jak tam przeskoczył, to już był chroniony murkiem, a Niemcy tych dwóch tak postrzelali, że mój brat miał (matka to wszystko policzyła) pięćdziesiąt dwie [dziury po kulach].

  • Rany?

Tak.

  • A starszy brat?

Starszy brat nie był nawet ranny. On zginął dopiero 27 sierpnia od wybuchu pocisku. Dostał [odłamek pocisku] w pachwinę i [zmarł] z upływu krwi. Po pewnym okresie czasu został przewieziony na Sadybę i tam w szpitalu powstańczym zrobiono operację, ale życia mu nie uratowali, bo odłamek wyjęto, ale gdyby była transfuzja, to może by i żył, a z powodu upływu krwi po prostu zmarł, został pochowany zaraz obok szpitala. Młodszego brata to nie mogli wziąć z tego miejsca, bo Niemcy ciągle strzelali i nie można było [do niego] dotrzeć. Jeden [z nic] był na początku ranny, to wołał pomocy. Nikt mu nie mógł pomóc. Dopiero moja matka sama [w nocy] ściągnęła za nogi brata i zajęła się tym, żeby go pochowali. Pochowali go u mojego ojca na polu w pół-trumience. Jak wróciłem w marcu do Warszawy [z moim stryjecznym bratem, to pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to postanowiliśmy pochować na cmentarzu obu braci].

  • Jak długo przebywał pan u rodziny w Żabieńcu?

[W sumie nie cały tydzień]. Gdzieś przed wieczorem przylecieli nasi gospodarze i powiedzieli, że Niemcy przyjechali do Żabieńca i nie możemy zostać, bo nie możemy ich narażać, więc przed samym zmrokiem wyszliśmy do lasu. Żabieniec stykał się bezpośrednio z pierwszym drzewami lasu chojnowskiego. Poszliśmy wzdłuż tego lasu, przeszliśmy szosę na drugą stronę [szosy]. Doszliśmy do zagrody chłopskiej, w której była wdowa z dziećmi. Oczywiście nie odmówiła nam, dała coś jeść i spanie. To było pierwsze spanie, że można się było w cieple wyspać, bo była pierzyna. Rano, po małym śniadaniu, pożegnanie i wychodzimy, żegnamy się. Przychodzi jeniec sowiecki i mówi, że on też szuka możliwości dostania się do partyzantów albo gdzieś, bo nie ma innego wyjścia. Mówimy: „Jest nas dwóch, to będzie trzech”.

  • Dokąd poszliście?

Poszliśmy do lasu. Ten Rosjanin nam opowiadał cały czas o Związku Radzieckim, jak to tam dobrze jest. Bardzo pozytywnie się wypowiadał. To był oficer sowiecki, więc może miał lepsze wyobrażenie niż pozostali, ale w każdym razie opowiadał nam jak potrafił, a my [rozumieliśmy], co mogliśmy zrozumieć. Chodziliśmy po lesie, a on nam tak opowiadał. Około południa wyszliśmy w tym samym miejscu, co weszliśmy. Ten Rosjanin odłączył się od nas, powiedział, że dalej pójdzie sam.[ …] Po drugiej stronie Żabieńca była też wieś […] i tam spotkaliśmy znajomych z Warszawy. Oni tam mieli rodzinę. Siostra jego przyjechała na wieś i zastało ich tam Powstanie, zostali. Mieliśmy parę złotych z żołdu, był sklep, można było sobie coś kupić i jakiś czas tam egzystowaliśmy. Okazało się, że pieniądze się kończą i nie ma nas kto żywić. Nawiązałem kontakt z tym kolegą, który został u chłopa, postanowiliśmy wrócić do niego. Po rozmowie powiedział, że jemu również skończyły się pieniądze i że też nie może tutaj już dalej być.[…] Umówiliśmy się, że[…] będziemy szukać partyzantów.

  • Jaki to był miesiąc?

To był w dalszym ciągu sierpień. Warszawa płonęła na naszych oczach. Pożegnałem się z tymi, u których jakiś czas byłem, za ostatnie pieniądze kupiliśmy chleb, papierosy i poszliśmy do lasu. Tak chodziliśmy we dwóch po lesie (to ten kolega, który ze mną z Powstania wyszedł). Zmęczeni usiedliśmy w zaroślach przy ścieżce leśnej odpoczywając sobie na brzegu. Patrzymy, jedzie facet na rowerze, bez koszuli, tylko spodnie panterki, esy-floresy. Zatrzymaliśmy go. Miał na plecach Stena, więc już widać, z kim mamy do czynienia, mówimy, że chcemy się dostać do oddziału, jesteśmy z Warszawy z Powstania. On mówi: „Dobra, to poczekajta tutaj, ja będę wracał, bo jadę do innego oddziału z meldunkiem”. Tak było. Po jakimś czasie wrócił, ale mówi: „Pieszo to będzie trwało, to ja pojadę dalej na rowerze, a wy idźcie prosto tą drogą, to dojdziecie. Będzie stał wartownik[…]. Tam my stoimy”. Tak się stało. Ten kawałek przeszliśmy. Na posterunku stał Rosjanin. Poczęstowaliśmy go papierosem, pierwsze nasze rozmowy z nim, patrzę, idzie facet w mundurze wojskowym i to jest [mój] znajomy, który mieszkał bardzo blisko w naszej dzielnicy [na ulicy Kaszubskiej] i znaliśmy się doskonale. On mówi: „To nie ma problemu” [z przyjęciem do oddziału. Dowódcą oddziału był Bolesław Ostrowski, pseudonim „Lanca” , porucznik, który szedł na pomoc Warszawie z lasów solskich na Zamojszczyźnie].

  • Jak on się nazywał?

Nie pamiętam tego. On właściwie był w tym oddziale „Lancy”, który przyszedł z lasów solskich z Rzeszowskiego, z Zamojszczyzny, z tym że oni mieli przyjść do Warszawy, bo to był apel do wszystkich oddziałów, żeby szli na pomoc Warszawie. Dotarli do lasu chojnowskiego i tam się zatrzymali, i w międzyczasie myśmy tam trafili. Oddział był dobrze uzbrojony. Rozważali właśnie, czy dalej będą szli, żeby iść do Warszawy. Okazało się, że na razie byliśmy w tym oddziale. Oczywiście mieliśmy zaopatrzenie, bo oddział wiedział, jak to się załatwia, to znaczy po prostu od chłopów brało się żywność, zostawiało im się pokwitowanie, bo musieli się też legitymować Niemcom, że nie mogą oddać, bo ktoś już zabrał, [czyli partyzanci].

  • Jak długo byliście w tym oddziale?

W tym oddziale byliśmy już [prawie] do końca tego oddziału. [Oddział został rozbity przez Niemców, oddział „kałmuków”, którzy natknęli się na oddział „Lancy” w okolicy Skierniewic i zawiadomili Niemców. Doszło do tego, gdy w czasie patrolu, trzech na koniach, w tym bratanek porucznika „Lancy, zostali pojmani przez „kałmuków”. Porucznik „Lanca” chciał odbić krewniaka, powiadomieni Niemcy okrążyli oddział „Lancy’ i rozbroili. Kilku chłopców zginęło, zginął erkaemista „Wilk” i porucznik „Leliwa’ z NSZ, porucznikowi „Lancy” udało się wyjść z tego z życiem – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo]. Na dzień wojska była defilada, uroczystość, msza. Inne oddziały, które też były w lesie chojnowskim przyszły do nas i była mała uroczystość jak w wolnej Polsce. Oddział miał kilka koni, które były ze stadnin, więc można powiedzieć, że to były konie nawet wyścigowe, tak że mały oddział kawalerii. Mało tego, każdy miał broń. Nie było tak, że tylko któryś jest uzbrojony i doświadczenie z partyzantki mieli już dość duże.

  • Czy brał pan udziału w jakiejś akcji zbrojnej tego oddziału?

Były takie [akcje], że na szosie robiło się zasadzkę na wozy niemieckie i ostrzeliwało się, zabierało się im broń, […] niektórzy zostali w walce zastrzeleni. Ponadto to nie był nasz wyczyn, ale z innych oddziałów likwidowali tak zwane ogniska artylerii albo reflektorów ustawione w terenie, albo reflektory i artyleria ustawione razem. To były nieduże zgrupowania Niemców i na takie się napadało. To nie byli nasi jeńcy bezpośrednio wzięci do niewoli, ale mieliśmy dziewięciu, a z uwagi na to, że byliśmy najbardziej zbrojnym oddziałem w okolicy, to tych jeńców przyprowadzili do nas. U nas ci jeńcy byli jakiś czas. To byli zupełnie inni ludzie. To nie byli butni Niemcy, byli grzeczni, potulni, a do tego pilnował ich jeden z więźniów więzienia mokotowskiego, który w czasie Powstania uciekł, udało mu się wyjść z więzienia mokotowskiego. On opowiedział swoją przeprawę, Niemcy weszli do nich [do celi], oni się przygotowali i zabili jednego Niemca ławą, zdobyli broń, ale nie mogli wyjść, bo Niemcy [panowali nad resztą więzienia]. Więzienie mokotowskie było tak skonstruowane, że uciec z niego to nie była prosta sprawa, bo jakby chcieli przejść przez podwórze, to by ich wystrzelali, […], natomiast ci, którym udało się zdobyć broń, nie mieli możliwości wyjść. Później po dachach, […] udało im się jakoś wyjść. On w czasie Powstania przedostał się do lasu chojnowskiego i przyszedł do naszego oddziału. […] Miał jedną ranę w oku. On znał postępowanie Niemców i to on ich pilnował.
Kontynuacja nagrania przeprowadzona 26 maja 2011 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna

  • Kiedy dołączył pan do oddziału „Lancy”?

To było gdzieś w połowie sierpnia 1944 roku.

  • Gdzie stacjonował oddział?

Oddział stacjonował w lesie chojnowskim. Tam nie było jakiegoś osiedla, ale nazwa była Nowinki. Było jedno gospodarstwo leśniczego. Oprócz tego było nieduże gospodarstwo rolne z budynkiem murowanym, a opodal, kawałeczek dalej był [drewniany] pensjonat „Społem”, taki dom wypoczynkowy. Oczywiście nie był w tym czasie wykorzystywany. Porucznik „Lanca” zrobił tam świetlicę. Był fortepian, w ogóle wyposażenie letniskowe. Jak były wolne chwile, to można było tam sobie pójść i spędzać czas.

  • Ilu was było w oddziale „Lanca”?

Ten oddział mógł liczyć, dokładnie nie mogę powiedzieć, ale gdzieś w granicach czterdziestu-pięćdziesięciu ludzi.

  • Jakie pan miał wyposażenie? Czy miał pan broń?

[Do oddziału przyszedłem z własną bronią – pistolet vis, kaliber dziewięć. W oddziale dostałem jeszcze niemiecki pistolet Parabellum kaliber dziewięć z dużą kabura poniemiecką, a w razie potrzeby byłem amunicyjnym przy rkm]. Jeśli chodzi o wyposażenie oddziału „Lancy”, to był to oddział już wprawiony w walce, który szedł na pomoc Powstaniu Warszawskiego z lasów solskich na Lubelszczyźnie, a w zasadzie na granicach Rzeszowskiego. Przeprawili się przez Wisłę, doszli do lasu chojnowskiego i tam właśnie zatrzymali się. Tam dołączyłem do oddziału. […] Mieliśmy o tyle ułatwioną sprawę, że zaraz na początku do wartownika, z którym rozmawialiśmy wyszedł sierżant i to był mój znajomy z Warszawy. Okazało się jeszcze, że w oddziale jest jeszcze jeden znajomy z Warszawy, który z tym oddziałem przebywa już dłuższy okres [czasu].

  • Pamięta pan nazwiska tych znajomych?

Właśnie, nie [pamiętam].

  • A pseudonimy?

To nazwisko na pewno gdzieś się znajdzie z uwagi na to, że on był zaraz pierwszym zastępcą po poruczniku „Lancy”. Zostaliśmy przyjęci bez żadnego ale i rozpoczęliśmy naszą [działalność, służbę w oddziale].

  • Jakie zadania pan tam wypełniał?

Przeważnie to były warty. Jak wypadało chronić oddział, mieliśmy rozstawiane posterunki i na tych posterunkach pilnowaliśmy oddziału, żeby nikt nas nie zaskoczył. Blisko leśniczówki, gdzie stacjonował porucznik „Lanca”, mieliśmy wykopany kwadratowy dół i [nad] nim ustawiony karabin maszynowy. Pamiętam nazwisko celowniczego. Był to „Wilk”. Pomagałem mu przy amunicji, to znaczy byłem amunicyjnym, [nosiłem] skrzynki z nabojami.

  • W jaką broń był jeszcze wyposażony oddział?

Oddział był dość dobrze wyposażony już w momencie, kiedy przyszedł do Lasu Chojnowskiego. Którejś nocy nadleciał ciężki samolot. Czy to był angielski, czy amerykański, czy obsługiwany przez Polaków, bo też tak było, że nasi piloci latali, [tego] nie wiem. On miał za zadanie na pewno zrzucić broń na kompleksy leśne. Na pewno mieli informacje, że w Lesie Chojnowskim jest sporo uchodźców i partyzantów, a szczególnie Powstańców z Warszawy nie za bardzo uzbrojonych, więc każda broń, jaka mogła się pojawić, mogła się przydać. Wartownik, który tej nocy stał na warcie, miał na szczęście latarkę i jak ten samolot nadleciał, to on mu zrobił kilka znaków szczególnych. Ten samolot poleciał, zrobił krąg, a w międzyczasie wartownik (to był jeden z tych moich kolegów z Warszawy) obudził od razu porucznika [„Lancę”]. On poderwał cały oddział i w momencie, kiedy samolot nadleciał drugi raz, to tylko można było patrzeć po niebie, bo tak w lesie, to nic nie widać, a na niebie sylwetka samolotu była bardzo widoczna i widać było odrywające się pojemniki i spadochrony. Otrzymaliśmy wtedy dziewięć pojemników z bronią, pojemniki spadły na las. Od razu dowódca ustawił nas w tyralierę i weszliśmy do lasu, żeby jak najszybciej przejąć zrzut. Oczywiście w lesie było tak ciemno, że trudno było się poruszać, ale niektórzy mieli lampy od wozów chłopskich. [Weszliśmy] w las po omacku, ale szliśmy. Doszliśmy do miejsca, gdzie pojemniki na spadochronach wisiały od samej góry lasu aż do [ziemi, nie było trudno je ściągnąć].

  • Udało się wam przejąć wszystkie pojemniki?

Wszystkie, co do jednego, bo to było bezpośrednio[po zrzucie]. One jeszcze leciały, a my już staraliśmy się zorganizować przejęcie, bo na tym to polegało, [szybko aby ktoś nas nie ubiegł].

  • Co było w tych pojemnikach?

Pojemniki były blaszane wielkości dużej tysiąckilowej bomby. Oczywiście pozbieraliśmy wszystko, [zwinęliśmy] spadochrony. Dwa czy trzy wozy zostały zaprzężone i też wjechały do lasu. załadowaliśmy wszystko. Przywieziono to do oddziału. Później następowało zapoznanie z tym, co mamy. Tam były dwa PIAT-y (granatniki do strzelania z ramienia do czołgów), dwa erkaemy Breny angielskie (lekki karabin maszynowy, ale dość skuteczny). Poza tym było trochę broni z włoskiego frontu: karabiny mauzer, poniemieckie (to na pewno była broń zbierana z pól we Włoszech), włoskie Fiaty (pistolety maszynowe przypominające wyglądem [niemiecki] pistolet maszynowy Bergmann). Oprócz tego dostaliśmy jeszcze kilka rewolwerów Smith-Wesson, tak zwane kolty, do tego amunicja i granaty. To było przekładane sortami wojskowymi, żeby się w czasie upadku nie potłukły, nie odkształciły. Ta broń została wypróbowana, przestrzelona, [sprawdzona czy jest spawana] obok naszego oddziału, a to wszystko odbywało się kilometr od Zalesia Górnego, gdzie stali Niemcy, tak że Niemcy byli doskonale zorientowani, bo karabiny grzały dość głośno, [strzały słyszeć można było daleko].
Powstała sytuacja, że mamy więcej broni niż ludzi, co się rzadko zdarzało, jeśli chodzi o Powstanie, bo przeważnie byli ludzie, a nie było broni. Porucznik „Lanca” postanowił przyjmować zgłaszających się, bo tam często trafiali się ludzie, którzy dotarli do lasu i nie mieli możliwości przeżycia, starali się zawsze dostać do jakiegoś oddziału, żeby mieć zapewniony byt. Po prostu oddział powiększał się z uwagi na to, żeby było komu władać bronią. Doszło do takiej sytuacji, że mieliśmy już nowo przyjętych członków do oddziału. Było tak, że to był nie dukt, ale taka szersza droga [w lesie], gdzie wozy jeździły, ludzie się poruszali, biegła […] równolegle do torów, prowadziła do Zalesia Dolnego. Tam [nieco dalej na północ od nas] stał oddział „Obroży” z Konstancina-Jeziornej, [oddział imienia brygadiera Mączyńskiego, którego dowódcą był] Porucznik „Antek”. Czasami sprawdzaliśmy tych ludzi, którzy do nas przechodzili, czy to przypadkiem nie [nasłani szpiedzy niemieccy lub zwiadowcy]. W pewnym momencie przechodził gość, który w jednym z [tych] nowoprzyjętych partyzantów rozpoznał Bahnschutza z Zalesia Górnego, [którzy] tam, jak przyjeżdżały pociągi, to zabierali ludziom, to co wieźli, [przeważnie żywość]. Bahnschutz ten to folksdojcz, świetnie mówił po polsku, zresztą na pewno w Polsce był urodzony i wychowany [w cywilnym ubraniu], ale Niemiec i w jakiś sposób, nie wiem, jak do tego doszło, że musiał być skierowany, bo to nie była jego samorzutna decyzja, żeby dostać się do oddziału. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że [w oddziale] jego wystawiają na wartę, on się porusza normalnie, a jest szpiegiem [i ma do wykonania określone zadanie], bo tak to trzeba nazwać i przechodzący mieszkaniec, który znał go, nie wiem czy osobiście, czy z widzenia, ale po prostu potrafił go [rozpoznać] i zameldował [w oddziale], że to jest szpieg, że to jest Niemiec. Oczywiście od razu został aresztowany. Byłem nawet przy jego przesłuchaniu, przyznał się i został zamknięty Najdziwniejsze, że to wszystko działo się w momencie, kiedy tego popołudnia Niemcy zaatakowali bliżej Zalesia Dolnego oddział „Obroży” brygadiera Mączyńskiego i tam rozpoczęły się walki, [tego popołudnia Niemcy zostali odparci. Było to 25 sierpnia 1944 rok, 26 sierpnia ruszyła pacyfikacja lasu Chojnowskiego].

  • Kiedy to było?

To był jeszcze sierpień, [25 i 26 sierpnia. Oddział „Obroży”] częściowo odparli atak Niemców i na tym się skończyło, ale przyszedł wieczór i oddziały zaczęły [koncentrować się, dołączać do naszego oddziału]. Stało się jasne, że Niemcy będą atakować, że ten atak popołudniowy był [rozpoznaniem dużej pacyfikacji], więc te oddziały zaczęły ściągać do nas, do porucznika „Lancy”, jako do oddziału najbardziej doświadczonego i najlepiej uzbrojonego. Poza tym chodziło o to, żeby była koncentracja i żeby była możliwość dowodzenia [wszystkimi oddziałami]. Przecież trzeba było myśleć o obronie, ewentualnie o przebiciu się [i wyjściu z okrążenia].
Mieliśmy już [wcześniej] informację od rolnika. To był człowiek, który nie był takim zwykłym chłopem. Na pewno miał wyższe wykształcenie. Mieszkał z matką kilometr od miejsca, gdzie stacjonował oddział „Lanca”. On miał możliwość poruszania się, bo był mieszkańcem. Potrafił się wybrać do Zalesia Górnego, do Piaseczna i mówił, że Niemcy szykują jakąś akcję, bo coraz więcej wojska tam przybywa. Oprócz tego, że Niemcy tam mieli swoje oddziały, w Zalesiu Dolnym stacjonował oddział artylerii węgierskiej.
[My] byliśmy w bezpośrednim zapleczu frontu na Wiśle, więc Niemcy chcąc oczyścić teren, żeby nie mieć nikogo na zapleczu, a tam było gdzieś z osiemset ludzi z Warszawy i oddział porucznika „Lancy”, i ludzie, którzy tam stacjonowali, więc Niemcy mając na uwadze, że mają takie sąsiedztwo, przygotowali pacyfikację. Zorganizowana była bardzo dokładnie, bo jeżeli nawet zdarzyło się, że mieli u nas swojego człowieka, szpiega. [W czasie tego zamieszania z przygotowaniem do wymarszu, dowódca dał rozkaz rozstrzelania szpiega. Dokonać tego miał adiutant porucznika i erkaemista „Wilk”. Wyprowadzili go na dukt leśny, aby wykonać rozkaz, kazali mu uciekać, adiutant miał pistolet maszynowy – włoski fiat, a erkaemista rewolwer Colt i mięli go zastrzelić. Adiutantowi zaciął się pistolet, Niemiec uciekł, erkaemista strzelał, ale nie trafił i Niemcowi udało się zbiec. Relację tę otrzymałem później, bo w tym czasie byłem na posterunku, nie mogłem w to uwierzyć, że to mogło się stać. Miało to fatalne skutki dla mieszkańców, gdy Niemcy opanowali las. Niemiec miał wiedzę na temat ludzi współpracujących z partyzantami i później wskazywał kogo należy rozstrzelać na miejscu. Zginął wtedy leśniczy i wielu innych okolicznych mieszkańców. W lesie koło leśniczówki jest kilka grobów. Więcej informacji o tym co się działo otrzymałem od wieśniaków mieszkających nieopodal tych zdarzeń. Gdy już byłem żonaty i pojechałem z żoną i dziećmi i pytałem ludzi o zastosowane represje przez Niemców. Ich relacje potwierdziły jak Niemcy spacyfikowali las] – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo]. Według mojej [wiedzy], do ataku na nas [Niemcy przygotowali koło] trzech tysięcy piechoty, były samochody pancerne i tyralierą od strony północnej, [od Zalesia Dolnego i Piaseczna] w kierunku strony południowej Niemcy atakowali [o świcie, paląc leśniczówki, domostwa opuszczone przez partyzantów, rozstrzeliwując, współpracujących z partyzantami, mieszkańców.

  • To było w sierpniu 1944 roku?

Tak. Oddziały przyłączały się [nocą] do nas do zgrupowania. Mnie akurat wypadła warta.[...] Tam był mały strumyk, mała kładka, drzewa, tak że zawsze byłem osłonięty, dalej był las i słyszałem ciągle ruchy, bo coraz to nowe oddziały przychodziły, do godziny drugiej w nocy byłem na warcie. Po godzinie drugiej zostałem zmieniony przez następnego wartownika. Poszedłem do stodoły, położyłem się spać. Obudził mnie [o świcie] wielki rwetes. Wyskoczyliśmy ze stodoły, patrzę, za lasem widać kłęby dymu, coś się pali, u nas rwetes, wyciągają konie, wozy, zbierają sprzęt, ładują wszystko na [wozy taborowe] bo mieliśmy i konie, i wozy [i wyposażenie oddziału].
W tym momencie w czasie zamieszania mnie znowu wysyłają na wartę, bo już następne godziny minęły i wypadło mi iść na wartę. Wystawiono mnie na wartę kilometr od oddziału [w kierunku południowym], na skraju lasu wysokie drzewa, a dalej była duża polana i rolnik, który współpracował z nami. Stoję na warcie i wypatruję, kiedy nadejdą Niemcy, a tu już niektóre leśniczówki się palą. Po pewnym czasie przybiegł rozprowadzający warty i mówi: „Zwijamy posterunek. Wychodzimy”. Biegiem z powrotem w kierunku oddziału. Przychodzimy, nie ma już nikogo, oddziału nie ma. Z uwagi na to, że tam były wozy i konie, to po śladach było widać w jakim kierunku poszli. Tak jak ja stałem na drodze wzdłuż torów kolei radomskiej, to oni poszli na wschód, oczywiście w zagajnik, zagajnik był dość duży. Goniliśmy oddział po śladach. Później nastąpił zakręt i co najważniejsze, doszli do tej drogi, gdzie stałem na warcie. Gdybym tam stał wyszli [by na mnie], ale stało się inaczej. Zobaczyłem, że idzie cały szereg, wszystkie oddziały po dwóch stronach drogi, słońce było wtedy piękne, ranek był ciepły, pogoda piękna.
Kurzyło się, bo były konie, wozy, a droga była piaszczysta. Zawsze oddział [w marszu był ubezpieczony]. Jak już dotarliśmy do tego całego oddziału, to jako oddział wartowniczy w czasie postoju mieliśmy warty, a w czasie marszu mieliśmy ubezpieczenie albo na szpicę, albo boczne ubezpieczenia, albo tylna straż.

  • Czyli był pan w oddziale wartowniczym?

W tym czasie tak, bo to się zmieniało. [W marszu ubezpieczaliśmy oddział i jako amunicyjny zbliżając się do nasypu i torów kolei radomskiej, na szpicy oddziału mieliśmy za zadanie chronić oddział w czasie przejścia przez nasyp i tory]. Maszerowaliśmy. Wtedy nastąpił zakręt w kierunku torów kolei radomskiej, to znaczy [do] linii Warszawa – Radom, Kielce, Kraków. [Na tej linii Niemcy mięli pociąg pancerny blokujący stronę zachodnią lasu, z tym że w momencie naszego przejścia pociąg był w innym miejscu].

  • Dokąd doszliście?

[Zadaniem naszym było przebicie się z okrążenie (przejścia przez tory), w pobliżu miejscowości Ustanów]. Oczywiście nasyp był bardzo wysoki. Tu było nisko, a nasyp był wysoko. W momencie, kiedy dochodziliśmy do nasypu, Niemcy otworzyli ogień ze strażnicy kolejowej. Wtedy byłem znowu amunicyjnym przy karabinie maszynowym, więc od razu ustawiliśmy [rkm] wzdłuż torów i ostrzelaliśmy Niemców. Ucichli. Nie wiem, czy zostali tam zabici, czy trafieni. Wtedy w tym momencie całe [zgrupowanie] partyzantów z okrzykiem: [„hurra”] ruszył na nasyp i przekroczył ten nasyp. [Ten okrzyk] był w zasadzie niepotrzebny. […] Niemcy mieli na torach pociąg pancerny w zupełnie w innym miejscu. Tak że intuicja naszego dowódcy zadziwiła mnie, [była taka trafna]. Dziwiłem się, bo do wyboru [miał] bronić się tam, gdzie byliśmy, ewentualnie wyjść, próbować się przebić. Dowódca wybrał właśnie ten moment i kierunek właściwy, bo mimo że tam był pociąg pancerny, to to był najsłabszy punkt, bo jeżeli on nie był tam, gdzie trzeba, to [ułatwiło nam przekroczenie torów tak dobrze chronionych przez Niemców. Obrona w miejscu postoju byłaby zgubna dla nas, gdyż Niemcy mieli kolosalną przewagę nad nami, w ludziach i sprzęcie].

  • Dokąd doszliście z oddziałem?

Przeszliśmy tory. Niemcy zastrzelili nam [dwa] konie, jeden wóz taborowy został na torach. Za torami była wieś. Szliśmy przez wieś w stronę kompleksu lasów, który był nieduży, ale wokół lasu były okopy z pierwszej wojny światowej. Porośnięte, pozawalane, ale były. Były rowy. Wszystkich ludzi, którzy wyszli stamtąd, „Lanca” obsadził wzdłuż rowów, [w kierunku torów i wsi z zamiarem obrony, gdyby Niemcy zaatakowali].
  • Koło jakiej wsi był ten zagajnik?

[Było to w pobliżu Ustanowa]. Wiem tylko, że jak przechodziliśmy przez wieś, to ludzie płakali, bo widzieli, co się dzieje, że wszędzie się pali, więc reagowali na to zdenerwowaniem o swój los i o to, co może ich spotkać, bo było wiadomo, jakie represje Niemcy zastosują.
[…] Na skraju tego lasu mieliśmy porozstawiane stanowiska ogniowe. Byliśmy przygotowani na to, że w momencie, kiedy Niemcy będą nacierać i dojdą na odległość skutecznego strzału, to będziemy się bronić. Ludzie, [mieszkańcy wsi] zaczęli wynosić cały dobytek w pole, do stogów, byle nie został w domach, bo liczyli się z tym, że Niemcy spalą całą wieś. Ludzie zniknęli, wieś została pusta, a my leżąc, czekaliśmy na rozwój wypadków. [… ] Nadjechał pociąg pancerny, zatrzymał się. Wysypali się z niego Niemcy i przeszli do wsi, więc cały czas byliśmy w pogotowiu. Oni przeszli wieś, splądrowali, ludzie uciekli, więc ich nie było. Jakiś czas buszowali po wsi, ale nie atakowali nas, [nie wiem, czy nie widzieli, że jesteśmy tak blisko]. Po pewnym czasie zwinęli się, wsiedli do pociągu i odjechali.
My leżeliśmy tak prawie do północy, trwaliśmy [w tych okopach]. To znaczy niedokładnie, bo przed północą przyszła informacja, że mamy opuszczać stanowiska i zbliżyć się do leśniczówki, bo przygotowywali posiłek. Przecież my przez ten dzień nic nie jedliśmy, bo nie było możliwości. Jak już Niemcy odeszli, próbowaliśmy wejść do pierwszych chałup, że może coś się znajdzie do jedzenia. Tam oczywiście był przygotowany posiłek. Nawet pamiętam, co tam było, był rosół ze świni, w kostkę krojona ugotowana wieprzowina i do tego ziemniaki.

  • Jak długo tam byliście?

Po posiłku część oddziałów, które do nas dołączyły, rozwiązano i część ludzi miała się ulotnić, [a reszta, oddział porucznika „Lancy” postanowił iść w Góry Świętokrzyskie i pozostała część oddziałów, Ci, którzy nie zdecydowali się iść do domów. Z „Lancą” pozostał mały oddział NSZ].

  • Co działo się z panem?

Z porucznikiem „Lancą” ruszyliśmy w drogę, oczywiście mając za kierunek naszego pochodu Góry Świętokrzyskie. Pierwsza noc to był marsz z [przewodnikiem], miejscowym człowiekiem znającym teren, drogami nieuczęszczanymi, raczej polnymi… Około świtu doszliśmy do pierwszej wsi, w której należało się zatrzymać. Oczywiście znowu warta. Zamknęliśmy wieś tak, że do wsi każdy mógł wejść, ale nikt nie mógł już wyjść. Byłem znowu na stanowisku przy karabinie maszynowym ustawionym przed wsią. Byliśmy głodni, więc koledzy zostali, a ja poszedłem do wsi. W pierwszej chałupie porozmawiałem i ludzie przygotowali nam lane kluski na mleku, cały gar lanych klusek. [Chłopaki bardzo się ucieszyli].

  • Pamięta pan, jak nazywała się ta wieś?

Nie pamiętam.

  • Ile dni byliście w drodze?

[Nie liczyłem, szliśmy nocami, nie było nazw, drogowskazów, rano jakiś posiłek i spanie]. Co noc był marsz. Na dzień zapadaliśmy we wsiach w stodołach, posiłek, pożywienie i nocą znowu marsz, oczywiście drogami nie bardzo uczęszczanymi. [Zawsze braliśmy przewodnika z miejscowej ludności].
[Po całonocnym marszu] doszliśmy do jednej wsi, do której wchodziło się (to był już teren górzysty) tak, że schodziliśmy z lasu drogą do wsi. Wyglądało na to, że wieś w porządku, gdzieś leciał dym z kominów, ale jak weszliśmy do tej wsi, to okazało się, że to była wieś, którą Niemcy (słynna wieś) [spalili, mężczyzn rozstrzelali].

  • Czy pamięta pan, jak się nazywała?

To jest ta wieś, w której wymordowano wszystkich mężczyzn, zostały tylko kobiety i dzieci. Spalili domostwa. Ludzie oczywiście postawili tam sobie później różne szałasy, ale ten atak Niemców na tę wieś był właśnie za partyzantów, to było jeszcze przed Powstaniem.

  • Jak przyszliście do tej wsi, to co zastaliście? Same kobiety i dzieci?

[Zastaliśmy tylko kobiety i dzieci oraz prowizoryczne budynki pobudowane na zgliszczach]. W tej wsi zatrzymaliśmy się, ale okazało się, że za dwie godziny przyjechali Niemcy, więc musieliśmy się wycofać do lasu. Niemcy odjechali, myśmy wrócili tam [z powrotem]. Pamiętam, że gospodyni piekła nam gęś. W międzyczasie, jak przyjechali Niemcy, to ona tę gęś zakopała, bo bała się, że może mieć jakieś nieprzyjemności. Później to była normalna rzecz, że po nocy znowu opuszczaliśmy kolejną wieś.
Tak szliśmy aż w Góry Świętokrzyskie, gdzie był pewien obszar, gdzie można powiedzieć, że była wolna Polska. Była wieś, gdzie na chałupie, w której stacjonował dowódca, była biało-czerwona flaga, regularne oddziały [w mundurach, nie wszyscy oczywiście]. Miały rusznice przeciwpancerne do czołgów, ciągle były jakieś potyczki, Niemcy atakowali [lub] oni atakowali Niemców [w zasadzkach na drogach]. […]
[Po zakwaterowaniu się] dowódca wysłał nas, żeby zorganizować jakieś zaopatrzenie, więc [udaliśmy się] do dworu. Piękny dwór, wszystko elegancko, właściciel przyjął nas bardzo elegancko w holu, [była] kawka, [wysłuchał nas o potrzeby zaopatrzeniowe]. Oczywiście zarządził, że mają nam dać byka, który był tak duży, że ważył z pięćset kilogramów.

  • Pamięta pan nazwisko właściciela dworku?

Nie. Rozmawialiśmy z nim i on po prostu z góry wiedział i mówił: „Dotąd, dopóki Sowieci tu nie weszli, to ja jestem, a jak tylko Sowieci wejdą, to już będzie po mnie”. To, co było nam potrzeba, to nam dał. Dał nam paszę dla koni, dał nam chleb, mąkę, ziemniaki, nawet okowitę, żeby można było się rozweselić.

  • Jaki to był miesiąc?

To już był początek września. Sporo czasu zajęło nam dojście, [marsz przebiegł wolno, konie, wozy, tabory ze sprzętem jaki oddziały posiadały].

  • Pamięta pan, jak nazywał się ten wolny kawałek Polski, o którym pan mówił?

Nie, nie pamiętam w tej chwili. To było w lesie, teren był bardzo dogodny do obrony, Niemcy przeważnie nie zapędzali się w ten teren. Tam nasz dowódca był na spotkaniu, na rozmowach z dowódcą tego terenu, ale nie zdecydował, że zostaje tam. „Lanca” postanowił wrócić z powrotem pod Warszawę. Jak postanowił wrócić, to zaczął się marsz w drugą stronę: w dzień spanie, w nocy marsz. Musieliśmy się jeszcze bardziej kryć, musieliśmy bardziej maskować się, bo wtedy już w ogóle było trudno poruszać się. Doszło do tego, że my nawet, jak zatrzymywaliśmy się na postój w dzień, żeby nie poruszać się w ciągu dnia, to zapadaliśmy w zagajnik, a później chojaki, drzewa, to wszystko się podnosiło, maskowało się [ślady], że tam w ogóle ktoś przeszedł, wjeżdżał, bo mieliśmy konie, tabory. Trudno było z wyżywieniem [oddziału], coraz trudniej było się poruszać niezauważonym. [Zaczęły się choroby, kilku chłopców zachorowało na czerwonkę].

  • Dokąd doszliście?

Z powrotem… Po drodze, wracając do lasów chojnowskich, zatrzymując się w jakichś wsiach, było bardzo dużo ludzi, którzy zostali wysiedleni z Warszawy i mieli oparcie u chłopów i u rolników. Zawsze pytałem o wieści z Warszawy, bo oni byli wysiedleni nieco później i mieli różne wiadomości. W jednej wsi spotkałem ludzi, którzy powiedzieli mi, bo pytałem o rodzinę, o braci, że zginął jeden brat i zginął drugi brat. Wiedziałem to już w lesie. Ponadto, jak byliśmy w tym dworze, to właściciel tego dworu już nas uczulił na to, że Sowieci nie patyczkują się, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju oddziały partyzanckie, że nie należy się spodziewać przychylnego przyjęcia, tylko że może nas spotkać więzienie albo wysyłka. Mieliśmy już pewną jasność, że nie można w ogóle wierzyć w to, że będą jakieś możliwości, że my się ujawnimy, a oni nas potraktują jako [sojuszników w walce z Niemcami, to już wiedziałem w lesie, ja już wtedy wiedziałem o Katyniu, wiedziałem, że to Niemcy wymordowali polskich jeńców].

  • Gdzie się zatrzymaliście, wracając pod Warszawę?

[W marszu w kierunku] do Warszawy. Zatrzymaliśmy się znowu w lesie chojnowskim [w pobliżu spalonej leśniczówki, poprzednie miejsce postoju w szczerym lesie, a był to już październik 1944 roku, spadł pierwszy śnieg. Pamiętam spanie pod świerkiem na ziemi, żywności].

  • Jak długo tam byliście?

To już nie był długi okres, ale pamiętam, że idąc kiedyś przez wieś Baniochy, było nas trzech chłopaków, z drugiej strony dzieciaki przybiegły, że idą Węgrzy, [trzech żołnierzy z karabinami, my również z bronią]. My zawsze mieliśmy wyobrażenie Węgrów, że Polak Węgier dwa bratanki, więc nie obawialiśmy się specjalnie Węgrów. Postanowiliśmy się jakoś spotkać. Dzieciaki były łącznikiem. Oni z tej strony, a my z drugiej. Wreszcie doszliśmy, przywitaliśmy się z nimi, na różne sposoby że dogadaliśmy się z nimi. Wzięliśmy ich do naszego dowódcy.

  • Ilu było tych Węgrów?

Było ich trzech czy czterech. Byli uzbrojeni, byli z bronią. Potem było spotkanie z naszym dowódcą. Ustalili, że jutro czy pojutrze przyjadą ich dowódcy do naszego dowódcy na rozmowy, a wtedy była taka możliwość, to znaczy nasz dowódca i ci, którzy jeszcze z nami maszerowali, żeby ewentualnie wykorzystać moment i z Węgrami przedostać się na Węgry. Do naszego dowódcy bryczką przyjechali oficerowie węgierscy w randze pułkownika, majorów i nieduży oddział konny. Przeprowadzili rozmowy, że ewentualnie może nastąpić taka sytuacja, ale nie robili nam wielkich nadziei, bo sami byli już przez Niemców nie za bardzo traktowani jako sojusznicy.

  • Jaka zapadła decyzja po spotkaniu?

[Spotkanie dowódców odbyło się we wsi Baniocha]. Zapadła taka decyzja, że na razie to nie jest aktualne. Oczywiście był poczęstunek. Przyjęliśmy osłonę tych dowódców. Zabraliśmy im, to znaczy oni nie oddali, wzięliśmy od nich granaty niemieckie, oni mieli za pasem granaty tłuczkowe. Powiedzieliśmy: „Wam się to nie przyda. Nam się to przyda”.

  • Co się działo dalej z oddziałem „Lancy”? Czy brał pan udział w jakiejś potyczce z Niemcami w lasach chojnowskich?

[Głównie to w czasie wyjścia z okrążenia, kiedy Niemcy pacyfikowali tereny leśne. Będąc amunicyjnym karabinu maszynowego, ostrzelaliśmy strażnicę kolejową z której Niemcy otworzyli ogień do naszych oddziałów przekraczających tory. Ogień nasz był na tyle skuteczny, że zlikwidowaliśmy ich stanowisko ogniowe, umożliwiając nam bezpieczne przekroczenie nasypu i torów. Nasz straty to jeden wóz taborowy i zabite dwa konie pozostałe na torach. W tym czasie], jeśli chodzi o spotkania [zbrojne] z Niemcami, to „Lanca” [raczej] ich unikał. A dlaczego [„Lanca”] wrócił [z powrotem do Lasu Chojnowskiego], to są moje domysły. Gdzieś w okolicach Skierniewic miał żonę i jeszcze jakąś rodzinę, i widocznie chciał działać, ale tu, w okolicach Warszawy. Jak wróciliśmy do Lasu Chojnowskiego, to oczywiście wszystko było spalone, nie było żadnego oparcia, ze wszystkich leśniczówek zostały tylko zgliszcza. Mogliśmy nocować tylko w szczerym lesie pod chojakiem. Pierwsze śniegi zaczynały już padać. Wtedy „Lanca” postanowił zmniejszyć oddział, zakopać broń i tak właśnie się stało.

  • Pamięta pan, jaki to był miesiąc?

To już był październik. Pamiętam moment, kiedy zrobiono zbiórkę i powiedziano, że ci i ci zostają, a ci i ci muszą odejść.

  • W jakiej grupie pan się znalazł? Czy pan został z oddziałem, czy musiał odejść?

To było tak, że część postanowiła od razu wyjść z lasu i szukać jakiegoś rozwiązania, każdy na własną rękę. Nas zostało trzech warszawiaków. Zostaliśmy w lesie sami, bez żadnego uzbrojenia, mieliśmy [tylko] broń osobistą, którą od początku zachowaliśmy, natomiast cała masa broni [oddziału], a tego było dość dużo, została zakopana łącznie z wozami. W zagajniku niedaleko miejsca, w którym przedtem staliśmy, wykopano duże doły, które zostały później zasypane.

  • Co zrobiła ta wasza grupa?

[Byliśmy zaskoczeni, więc nie mieliśmy żadnego planu, co ze sobą zrobić w tej sytuacji]. Okazało się, że ten rolnik, który nam pomagał, był dla nas jakby zwiadowcą, on nam przynosił różne informacje [przed pacyfikacją] o tym, co się dzieje poza lasem i w Piasecznie, w Zalesiu. Jego dom Niemcy spalili również. On był z matką. Jak dotarliśmy do niego, to on już sobie pobudował chatę, właściwie szałas, żelazna kuchenka na zewnątrz, krowa razem z nimi. Jakiś czas byliśmy z nimi, trochę pomagali nam ludzie ze wsi Wojciechowice. To była wieś opodal. Tam mieliśmy dobre kontakty, żeby przeżyć.

  • Jak długo tam byliście?

Ładnych kilka dni.
  • Co działo się z panem dalej?

Musieliśmy się zastanowić, co robić dalej. Mieliśmy informację, że w Zalesiu Dolnym jest część ludzi, która po rozwiązaniu oddziału w Lesie Kabackim, dotarła z Warszawy do Zalesia Dolnego i tam mieli dom prywatny. Oni tam przebywali, więc postanowiliśmy wyjść do nich z lasu. Weszliśmy po zachodniej stronie Piaseczna i szliśmy po ulicy, oczywiście zarośnięci, zawszawieni, a po drugiej stronie idą Niemcy. Już z samego wyglądu mogli nas zatrzymać, ale udało nam się. Doszliśmy do naszych poprzednich towarzyszy. Tam nas oczywiście przyjęli, spalili nasze ubrania, dali nam inne, wykąpali. Mój kumpel postanowił szukać swojej rodziny i się oddalił..
Zostałem ja. Zapytali się nas: „Gdzie macie broń?”. Mówię: „Zakopaliśmy w lesie u gospodarza w stodole zakonserwowaną”. Coś mi strzeliło do głowy, że mogę ją przynieść. Mówią: „No to przynieś tę broń”. Jak samobójca postanowiłem pójść po nią.
Musiałem przejść, a Niemcy jeszcze stali. Już wtedy rozbroili Węgrów, to znaczy w artylerii pozabierali im zamki. Taka artyleria oczywiście już jest do niczego.
Wybrałem się. Z drugiej strony lasu poprzez pola dotarłem do tego miejsca, do tej stodoły. Wyczyściłem broń i postanowiłem wrócić. Znowu idę poprzez pola i przed sobą widzę wieś (to była nieduża wieś). Las był niedaleko po prawej stronie. Idąc w kierunku wsi, patrzę, na drodze stoi Niemiec na warcie przed wsią. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, bo myślę, czy cofnąć się, wracać, a miałem pistolet za pasem, marynarka zapięta i postanowiłem sobie [idę dalej]. Dzisiaj można powiedzieć, że to była głupota. Postanowiłem iść. Przechodziłem koło tego Niemca, a on mnie nie zatrzymał, a byłem przygotowany na to, że jak on mnie zatrzyma, to nie mam innej możliwości, jak tylko strzelić. Miałem przygotowany pistolet.
Po pobycie w Zalesiu Dolnym, zresztą już wcześniej, wiedziałem, że moja rodzina jest pod Warszawą w Pyrach. Tam jest Dąbrówka, Pyry naprzeciwko Lasu Kabackiego po prawej stronie jadąc w stronę Piaseczna. Tam [mieszkał] mój stryjek, część rodziny tam się zatrzymała. Wiedziałem już o tym i wybrałem się do nich. Tam była moja siostra, jej mąż, mój ojciec [i młodszy brat. Natomiast matka i dwie, starsze ode mnie siostry w czasie Powstania zostały wywiezione do Niemiec].

  • Pamięta pan, jaki to był miesiąc?

To był październik.

  • Październik 1944 roku?

Tak. Po tym, jak spotkałem się z rodziną, dowiedziałem się wszystkiego o tym, jak zginęli moi bracia, bo tam była [również] jego żona. Pokazywała odłamek, którym brat dostał. Wtedy Rosjanie już ostrzeliwali bezpośrednio zaplecze frontu niemieckiego na Wiśle i te pociski potrafiły przelecieć tam aż na [drogę do Piaseczna]. Teraz to jest ulica Puławska, która idzie do Piaseczna. Ojciec obawiając się, że jak Sowieci ruszą znad Wisły do ataku, to dojdzie tutaj do jakiejś dużej [bitwy], postanowił, że przeniesiemy się. Załatwił bilety na kolejkę do Nowego Miasta i razem wyjechaliśmy za Nowe Miasto. Tam u rolników mieliśmy oparcie, każdy gdzieś się zakwaterował i starał się jakoś żyć. Tak było do czasu 17 stycznia, gdzie ruszyła sowiecka ofensywa na Zachód. Pamiętam dzień, w którym we wsi dwa kilometry od nas, Niemcy cofając się zostali zaatakowani przez Sowietów. Samoloty sowieckie atakowały na szosie […] wojsko cofające się do Niemiec.

  • Kiedy wrócił pan do Warszawy?

Do Warszawy wróciłem dwa dni po rozpoczęciu ofensywy sowieckiej. […] Kiedy Niemcy zaatakowali w ten pierwszy dzień (to było popołudniu), następnego dnia ja ze swoim znajomym postanowiłem pójść i zobaczyć, co się działo. W momencie, kiedy dochodziliśmy do tego miejsca, gdzie były pospychane [do rowów] konie, rozbite wozy po wczorajszym ataku samolotów sowieckich, nadleciały samoloty, które otworzyły ogień z karabinów maszynowych i słyszę świst [bomby i wycie samolotów].

  • Czyje to były samoloty?

W tym momencie to jeszcze nawet nie wiedziałem [czyje, ale były to niemieckie, bo atakowały ruskich]. Do nas dołączył jeden z wieśniaków z tej wsi i tak idąc rozmawialiśmy. Nie doszliśmy jeszcze do miejsca, gdzie były porozbijane wozy, słyszę świst bomby, więc ja i ten wieśniak lecieliśmy do rowu, żeby się skryć. Mój znajomy wskoczył na lewą stronę do rowu i jeszcze nim dobiegliśmy do rowu, jak nastąpił wybuch. Mnie obsypało ziemią, a wieśniaka zabiło. To był pierwszy dzień po tym, jak rozpoczęła się ofensywa [sowiecka z za Wisły].
[Wracając z powrotem do domu, na wsi był taki] epizod, gdy Sowieci pytając nas o drogę… U nich to było zawsze: Kuda do Berlina?. Pytali się: Kakaja dieriewnia? albo coś innego. My zawsze objaśnialiśmy. Na pustej drodze, bo to nie była główna droga, jechał jeden samochód ciężarowy. Zatrzymali się i pytali się też o drogę. Powiedzieliśmy, gdzie prowadzi, a on się pyta: A Zawadzkowo to ty znajesz?. To znaczy [generała] Zawadzkiego. Nie wiedziałem, co powiedzieć, ale mówię: „Tak, był – mówię – rzeźnik na Belwederskiej”. Ten wyciąga pistolet i każe odejść pięć kroków i mierzy w nas bronią. My patrzymy na niego jak na głupiego. Miałem znać generała Zawadzkiego. Kto o nim słyszał wtedy? Na tym się skończyło, [nie strzelił].
Do Warszawy wybraliśmy się następnego dnia rano. Znowu jechał sowiecki samochód ciężarowy, tylko w odwrotną stronę (nie jechali na Berlin, tylko w drugą stronę), a drogi były zawalone. Trzema rzędami waliło wojsko, czołgi, piechota, wszystko, co możliwe. Jak oni zapytali się o drogę, to my wykorzystaliśmy, że oni jadą w stronę Warszawy i zabraliśmy się z nimi. Dojechaliśmy w okolice Mogielnicy i oni musieli gdzieś skręcić. Wysiedliśmy i jakoś dotarliśmy do Grójca. W Grójcu przenocowaliśmy u znajomych i wróciliśmy do Warszawy następnego dnia pod wieczór. W Warszawie był już mój ojciec, który tam miał murowaną, betonową piwnicę [ i tam zamieszkał, bo budynki były spalone].

  • W której części Warszawy?

[Sielce, obecnie dolny Mokotów]. W Warszawie [przy] Chełmskiej. Wszędzie wszystko było rozwalone, co krok leżały trupy. Były w budynkach, przed budynkami. Kilka dni przebywałem w Warszawie. Wróciłem na wieś i później przyjechałem do Warszawy ze swoim stryjecznym bratem. Pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy, to postanowiliśmy zrobić pogrzeby braciom, którzy zginęli [w czasie Powstania]. Na polu mojego ojca był pochowany starszy ode mnie o dwa lata brat. Był pochowany w pół-trumience.

  • Jak brat miał na imię?

Gabriel. Oczywiście był bardzo płytko pochowany, więc jak otworzyliśmy, to ciało już się rozłożyło, z twarzy skóra już schodziła, ale było widać serię pocisków, jak był postrzelany. Na wózku ręcznym dwukołowym zawieźliśmy go na cmentarz na Czerniakowie, wykopaliśmy grób (odkopaliśmy grób, bo mieliśmy tam grób rodzinny). Pochowaliśmy go. Następnie poszliśmy odkopać drugiego brata, który leżał na Sadybie obok szpitala, w którym został zoperowany, ale z uwagi na transfuzji krwi zmarł i tam został pochowany. Również zobaczyliśmy, jak wygląda. Był w bardzo dobrym stanie, bo był zakopany głęboko w piachu. Pierwsza rzecz, to pochowaliśmy braci.

  • Co pan robił do zakończenia wojny?

Zostałem powołany do wojska. W kwietniu 1945 roku. Oczywiście nie mogłem się przyznać, [do przynależności do AK], bo była komisja, która badała, co kto robił. Szybko to się działo, ale nie przyznałem się, że w ogóle gdzieś należałem, więc dali mi spokój. Udało mi się dostać do lotnictwa. Skierowali nas do szkoły w Dęblinie na kurs strzelców pokładowych radiotelegrafistów. Oczywiście półtora roku było szkolenie i później przesłano nas do pułku [w Łęczycy koło Łodzi]. Lataliśmy na samolotach P2 nurkująco-bombardujących. To były dwusilnikowe samoloty, w których miałem do obsługi radiostację i dwa karabiny maszynowe.

  • Do kiedy był pan w wojsku?

W wojsku byłem do początku 1948 roku. Oczywiście nie chciałem zostać. Proponowali nam służbę zawodową, ale nie chciałem zostać, chociaż lotnictwo mi się podobało. W wojsku nie miałem zamiaru służyć, z uwagi na to, że tam nic się nie robi i nic ma się czasu.

  • Jak dalej potoczyły się pana losy? Gdzie zaczął pan pracować?

Jeśli chodzi o dalsze losy, to jak wróciłem do Warszawy to oczywiście chciałem pracować w Locie, to by mi pasowało, ale nie mogliśmy się tam dostać. Głównym dyrektorem LOT-u był nasz dowódca pułku lotniczego, tak że mieliśmy szanse, ale nie mogliśmy się jakoś dostać [do naszego byłego dowódcy pułku, ciągle był w rozjazdach]. Zacząłem pracować w PKO jako urzędnik [w dziale finansowym].

  • Czy był pan represjonowany mimo, że nie przyznał się pan do swojej przeszłości?

Nie przyznałem się, nie mieli punktu zaczepienia. Inna rzecz, że był taki moment, kiedy w szkole dęblińskiej (był to maj) były działania podziemia, gdzie strzelali do sowieckich oficerów. W Dęblinie do szkoły oddelegowali oficerów sowieckich i pilotów. Następuje seria zabójstw [wyższych oficerów sowieckich w tym dwóch majorów lotnictwa].
Wszystko było rozwalone, więc chodziliśmy kąpać się do Wieprza (około kilometra biegiem). To była taka gimnastyka. W pewnym momencie patrzymy, a na wodzie coś leży. Była płytka woda, łacha, więc jeden z naszych kąpiących się poszedł tam zobaczyć. Jak doszedł do tego, to mówi: „E, chłopaki, tu leży nieboszczyk”. Wziął za rękę, podniósł i pokazał. Mówimy: „Dawaj go do brzegu”. [Przyciągnął] go, [trup był całkiem goły] i tam były różne komentarze, [na jego temat]. Podobno coś powiedziałem nie tak jak trzeba, a był na tym kursie Żyd, który nazywał się Machluk. On doniósł do Informacji (wywiad sowiecki nazywał się Informacja).
Wezwali mnie. Przesłuchiwał mnie major [sowiecki]. […] Z tego tytułu nie miałem jakichś [większych] nieprzyjemności, [poza przesłuchaniem z tego donosu].
Później w pracy, [w PKO] to było tak, że napadali na tego, [czy] tamtego. W pewnym momencie [szukając haków na nieprawomyślnych, władze postanowiły] przeorać urzędników bankowych, starych pracowników wyrzucić i przyjąć nowych. Oczywiście po sześciotygodniowym kursie na stanowiskach obsadzali ludzi, których brali z różnych zakładów pracy bez przygotowania i robili z nich dyrektorów, naczelników, służby takie, który miały za zadanie pilnować porządku komunistycznego. Oczywiście zawsze brali pod uwagę, że stary pracownik to musi być trefny. Wzięli mnie kiedyś na rozmowę i zaczęli wypytywać, co mogę powiedzieć o swoim kierowniku. Mówię: „Kierownik zna się na robocie, dużo mnie nauczył. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń”. Nie chciałem współpracować [i wtedy zaczął się] okres, że przychodziłem do pracy i od razu dostawałem rano telefon, żebym przyszedł do kadr i wypełnił ankietę [personalną. Metoda bardzo często stosowana w PRL-u].

  • Długo to trwało?

Jakiś czas to trwało. Wreszcie później się odczepili, bo pisałem w kółko to samo, nie było powodów, żeby [do czegoś się przyczepić]. Takie rzeczy się zdarzały. To przeważnie robili ludzie, którzy zostali wzięci z jakichś podrzędnych stanowisk pracy, ale lojalni wobec władzy. To wystarczyło.



Warszawa, 17 i 26 maja 2011 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna
Anatoliusz Nowakowski Pseudonim: „Max” Stopień: strzelec Formacja: Obwód V Mokotów, oddział „Lancy” Dzielnica: Czerniaków, lasy chojnowskie

Zobacz także

Nasz newsletter