Anna Krystyna Skorupska

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Anna Skorupska, urodzona 28 września 1934 roku.

  • Jak nazywała się pani, kiedy jeszcze nie była mężatką?


Widbek. Nie wiem nawet, skąd to nazwisko, w każdym razie to nazwisko mojego ojca. Urodził się w 1900 roku.

  • Jak miał na imię?


Jan.

  • A mama?


Eugenia. A mama się urodziła na Litwie. Na Litwie, we Władysławowie.

  • A z domu jak mama była?


Głowacka. Dziadek Głowacki, Ludwik, a babcia Anna (zdjęcia są w tym małym pokoiku).

  • A pani urodziła się w Warszawie?


Urodziłam się w Radości, ale cały czas mieszkaliśmy w Warszawie, dlatego że jeździliśmy za ojcem. Ojciec […] pracował w wielkiej takiej firmie budowlanej. […] Dygat. Pamięta pani „Jezioro bodeńskie”? Czytała pani? To była maturalna sprawa kiedyś.

  • Tak nazywała się firma budowlana, w której pracował tata?


Tak. Budował tak: Sanguszki, Wytwórnia Papierów Wartościowych, wieżę raszyńską, Wojskowe Zakłady Kartograficzne – nazywały się wtedy Instytut Geograficzny. Tu przepracowałam 17 lat, w Alejach Jerozolimskich, tam gdzie stoi ten żołnierz na warcie, w białym hełmie. [Pracowałam jaka] kartograf z zawodu, tam kreśliłam mapy tyle lat, 17 lat. W dowodzie mam. Stary, nie oddałam starego dowodu – mam wszystko w tym dowodzie, te pieczątki wszystkie tam, jak przechodziłam z miejsca na miejsce, bo w trzech instytucjach pracowałam.

  • Wróćmy do taty. Czyli tata pracował w firmie i powiedziała pani, że państwo się z tego powodu przenosili.


Tak. No tak. Ojciec był budowlaniec, a ojciec pana Stasia Dygata… Mam zanotowane jego dane wszystkie, bo był chrzestnym ojcem moim – ojciec Stasia Dygata, [a nie Stanisław Dygat]. On budował tyle tych domów w Warszawie, miał wielką firmę i ojciec dwadzieścia lat u niego pracował, u Dygata, ale starszego. […]

  • Czy pani była jedynym dzieckiem państwa Widbeków?


Siedmioro. […] Zbyszek, Rysiek, Heniek, ja, trzydziesty czwarty rok, Wiesiek, trzydziesty piąty, Zosia, trzydziesty ósmy, Basia, czterdziesty. W kinie Roxy się urodziła. Kino było róg Młynarskiej i Towarowej, z lewej strony budynek, który rozebrali, jak trasę budowali, rozebrali ten budynek, kino tam było. Jak bomba strzeliła w nasz dom na Tyszkiewicza…

  • Czyli państwo mieszkali w Warszawie na Woli, na Tyszkiewicza. Pod jakim numerem?


Tyszkiewicza 28. Byliśmy tam, też bomba rąbnęła i musieliśmy uciekać. Wie pani gdzie? Do kina. Do kina Roxy. Bo ojciec tam pracował. Skończyła się praca taty w tym [zakładzie] budowlanym i nie było mieszkania. Przenieśliśmy się do tego kina. Pod kinem Roxy są pokoje dla artystów i tam żeśmy zakoczowali. Wszyscy chłopcy pracowali. Rysiek jeździł na rikszy i rozwoził towary. No, to już okupacja, trochę za daleko poleciałem.

  • Chciałabym, żebyśmy wrócili do momentu, który pani pamięta, bo przed wojną to pewnie pani wiele nie pamięta, bo była pani bardzo małym dzieckiem.


Pięć lat.

  • Pięć lat. Ale czy zapamiętała pani coś z momentu wybuchu wojny w 1939 roku?


Wiem tylko tyle, pani Aneczko, że my ciągle mieszkaliśmy gdzie indziej. Gdzie ojciec pracę dostał, gdzie ta ekipa tego pana Dygata szła, [tam mieszkaliśmy]. Zosia się urodziła w Ursusie, ja w Radości, Wiesiek w Warszawie i pozostali chłopcy wszyscy w Warszawie się urodzili. Ale mama wyszła za wdowca, który już miał trzech synów: Zbyszek [Widbek], Rysiek, Heniek [Widbek]. Batalion „Bończa”, wszyscy wyszli 6 sierpnia z domu. […]

  • Powiedziała pani, że jeden z braci jeździł rikszą podczas okupacji.


Tak, tak. Rozwoził… Nawet powiem pani, jak wyglądał. Bardzo go kochałam, tego średniego brata. Najstarszy, Zbyszek, to dwudziesty czwarty rocznik. Jak się ja urodziłam, to on miał dziesięć lat. No i tak się złożyło, że najbardziej [byłam zżyta] chyba z tym, co rikszą jeździł. Rozwoził towary do sklepów. Na rogu Wolskiej i Towarowej były właśnie sklepy (dzisiaj to już trasa W-Z), Szklane Domy tam dalej. I jeździł tą rikszą w ciągu dnia – ziemniaki, kapusta, kubełki, a wieczorem ławeczka, kocyk, jakieś takie siedzisko dobre i gości po Warszawie woził na imieniny czy gdzie ktoś sobie życzył. Miał takie spodnie dotąd, tu zapinane, bo to rower był i ta riksza była duża, ciężka. Przy śmietniku na Tyszkiewicza stawiał tę swoją rikszę.

  • Ile miał lat, kiedy jeździł rikszą?


No, a my żeśmy się chowali tak w siódemkę.

  • A proszę powiedzieć, ile miał lat brat, kiedy…


24 kwietnia 1924 roku się urodził najstarszy. Po dwóch latach Rysiek, a po roku Heniuś. Ten dziennikarz, który tutaj jest w tej książce, co przylatywał do Warszawy ze zrzutami. Oni byli w „Bończy” na Starówce, najpierw na Karolkowej…

  • Ale pani mówi już o Powstaniu, a ja jeszcze pytam o okupację. Czyli zaczął pracować jako piętnastoletni… Bo pracował w okupację czy jeszcze…


W raczej w okupację. [Najstarszy] pracował w palarni kawy na Wolskiej, na samym końcu ulicy Wolskiej. Rysiek jeździł rikszą. A młodszy, Heniuś… To było tak: Zbyszek, dwudziesty czwarty rok, Rysiek dwa lata po nim, dwudziesty szósty, a Heniuś dwudziesty siódmy. Ale matka umarła w trzydziestym drugim roku, Wacia – pierwsza żona – i stąd aż tyle dzieci. A ojciec szybko się jakoś tak zabrał. Nie wiem, czy mogę już Pani powiedzieć, bo są rzeczy takie, o których nie można było nawet mówić. Pani to na pewno Warszawę zna, a Pan jeszcze lepiej. Ulica Wolska w kierunku Towarowej… Nie mówię o trasie, tylko ta Wolska ulica. Tak się złożyło, że jak my całą okupację mieszkaliśmy na Starówce, na Starym Mieście – Wąski Dunaj 6.

  • Czyli na Tyszkiewicza przenieśliście się dopiero w pewnym momencie?


Dopiero jak Powstanie [się zbliżało]. Ojciec już nie pracował, chłopcy tylko jeszcze przychodzili, bo na Tyszkiewicza było… Oni już dorośli byli, dziadek w międzyczasie umarł, ojciec Waci, [pierwszej] żony.

  • Czyli na Tyszkiewicza było mieszkanie?


Było, i tam chłopcy pomieszkiwali. Za okupacji to tak: dzisiaj tu, jutro tam. Ojciec przecież jest akowcem. Później pani pokażę, są w książce, Andrzej Rumianek opisał. […]

  • Czyli ojciec był w konspiracji i podobnie bracia.


Podobnie bracia, wszyscy trzej. Widbekowie – taki artykuł jest w tej książce [o Batalionie] „Bończa”. To Andrzej Rumianek napisał, ja mu pomagałam trochę. On całe życie pracował jako szef produkcji w Domu Słowa Polskiego, a ja z nim razem, przez ścianę, bo on miał osobne wejście. Dyrektorem był w Domu Słowa Polskiego Feliks Sikora, też Powstaniec. Bardzo długo pracował. Już powinien być na emeryturze, ale jeszcze sprawny taki był.

  • Jak pani zapamiętała moment wybuchu Powstania. Czy pamięta pani, jak wybuchło Powstanie?


Wszystko pamiętam.

  • Proszę powiedzieć.


Przyszli chłopcy wszyscy trzej, bo każdy z pracy przyleciał. Mama pracowała na Lesznie, ugotowała kapuśniak.

  • A mama pracowała, mimo że miała tyle…


W Niemców w szwalni. Na Lesznie. Duży numer, nie pamiętam [dokładnie], gdzieś mam zapisane. Wróciła z pracy, zaczęła gotować zupę, bo zawsze tak było, a my byliśmy w ochronce na Górczewskiej. Na Górczewskiej, tam gdzie pączki dobre sprzedają […]. Przyszli wszyscy z pracy, o dziwo – wszyscy naraz – i zaczęli zbierać, chodzić po mieszkaniu. A nas już czworo było…

  • Ale mówi pani, że była pani w ochronce, a mówi pani też o mieszkaniu na Tyszkiewicza.


Tak, właśnie jak na Tyszkiewicza mieszkaliśmy. Ochronka była na Górczewskiej, taki po lewej stronie budynek.

  • Czyli już wróciliście z ochronki do domu?


Tak. A oni bez przerwy latali i tak zbierali: skarpetki, rząd skarpet w łazience. Chłopcy sami prali skarpety tylko i majtki, a mama resztę. Pani sobie wyobraża: siedmioro dzieci w jednym dużym, wielkim pokoju na Tyszkiewicza! Same łóżka stały. Nas czworo i ich troje – siedem osób. Jakbym Pani pokazała gar, jak mama zupę gotowała, to ja nie mogłam uwierzyć. Jak myśmy wrócili do Warszawy… Mama ze Szwecji, bo do Szwecji ją zabrali…

  • To zaraz dojdziemy do powrotu, ale…


Oni pozbierali, pozbierali… „A wy gdzie?” Patrzy, że oni zapasowe… Na co dzień to chodzili w takich płótniakach. To były niby te pierwsze płócienne buty, espadryle się nazywały czy jakoś tak, sznurek, taka wysoka ta… Wszyscy mieli te płócienne buty. Ale patrzy mama, patrzy: jedzą, a pod stołem zdejmują te espadryle i wkładają buty. Mama mówi: „Wybieracie się gdzieś? Jest czwarta niecała. A wy gdzie?”. – „Do Powstania jedziemy”. – „A gdzie macie zbiórkę?”. A ten najstarszy brat, Zbyszek, mówi: „Nie możemy mamie powiedzieć, ale już idziemy”. – „Nigdzie nie pójdziecie!” Ciach na klucz. A już plecaki, takie torby zapakowane, zmiana bielizny, tam coś jeszcze, nie wiem. Oni tak łazili po mieszkaniu i co znaleźli, to do tych worków. To nie były plecaki nawet, to takie worki mama poszyła. „Mamo, idziemy do Powstania”. – „Nigdzie nie pójdziecie!” Ale poszła do kuchni, płacze. Myślała, że płaczem [ich zatrzyma]. Troje dzieci, wychowywała ich od dziesięciu, dziewięciu i ośmiu lat. Synowie wysocy: Zbyszek jest tego wzrostu co ten pan, Rysiek troszkę mniejszy i lżejszy, a Heniuś to w ogóle jałopa, bo to już był dwudziesty siódmy rok, to takie dziecko. Cały dzień, cały dzień, gdzie tylko się dało, to zarabiał. Siedmioro dzieci! Niech pani sobie wyobrazi: teraz dziewczyna idzie z dzieckiem, siada na ławce, cyckiem karmi – tu u nas – jedno i mówi ciągle, że taki kłopot z tym dzieckiem, tyle zabiera czasu. A siedmioro! Stół większy jak ten. Jak siadali, to nie było miejsca dla wszystkich nieraz. Ale to byli kochane chłopaki! Niech pani sobie wyobrazi: nie było dżinsów, nie było takich ubiorów jak tu, tylko wszystko się kupowało na Kercelaku. Wie Pani, gdzie Kercelak? Kercelak to tu, gdzie było kino W-Z. Mama tam kupowała swetry, różnego… Wyrosło dziecko ze swetra – przynosiła do domu, pruła i tym chłopakom swetry robiła. Wszyscy chłopcy robili na drutach, naprawdę! […] No i pamiętam, że stanęliśmy w oknie. Mama płacze. Teraz to tam na Tyszkiewicza elektrociepłownia jest, wodę grzeją. [Wtedy] tam były działki, piękne działki – drzewa owocowe rosły. I jak alarm był – sygnał, że schodzić do piwnicy – to nigdy do piwnicy żeśmy nie schodzili. Nie wiem, czy to jakiś omen, czy coś. Mama tych czworo dzieci, zanim ubrały się, [nakazała]: „Na drugą stronę Tyszkiewicza!” – na te działki. Tam były drzewa, to co na działkach. A kule to tak świstały nad głowami! Mama: „Który głowę podniesie, to zginie!”. To my żeśmy leżeli między tymi kartoflami, wie pani, cebula, to… I tak leżeliśmy cicho, cichutko, aż odwołali ten alarm. Pani to będzie wiedziała na pewno: na rogu Tyszkiewicza i Górczewskiej – stoi do dziś dnia ten dom – tam był szpital dla Niemców. Dla Niemców! Do dziś dnia stoi ten dom. Myśmy tam często chodzili, leżeli ranni Niemcy. Jednopiętrowy. A na dachu stał taki Niemiec, co miał [niezrozumiałe]. A Powstańcy na Ewangelickim. Na Ewangelickim, tu na Młynarskiej.

  • Pani powiedziała, jak ci bracia wychodzili do Powstania…


No ale oni poszli przez te działki, razem poszli, w jednym [momencie].

  • A taty nie było w ogóle? Tata nie wrócił przed Powstaniem do domu?


Tata umarł w czterdziestym roku. W 1900 urodził się, a umarł w marcu 1940. roku. I nie na Tyszkiewicza, tylko wtedy mieszkaliśmy chwilowo na ulicy Smoleńskiej. A to dlatego, że rodzona siostra mojego taty na końcu Smoleńskiej miała dom i tam często przebywaliśmy. To rodzona siostra mojego ojca, Zofia Majewska. Ja pamiętam, że właśnie to Powstanie niby się tak zbliżało, opiekowała się nami trochę ta ciocia Zosia. Też miała syna jednego, jednego chłopca tylko.

  • Jak miał na imię?


Janek Majewski. Mieli wielką kwaszarnię kapusty, wie pani – na tej cholernej ulicy na Tyszkiewicza na samym końcu. Mama tam pracowała. My sami w domu, a mama deptała – niech pan nie słucha – deptała w beczkach kapustę.

  • To normalna rzecz.


Najpierw się myły dziewczyny wszystkie, które brały udział. A nas pilnowała taka daleka kuzynka, nazywała się Janka Dzięciołówna. To jest jakaś chrzestna mojego ojca, córka, córeczka, ale nie jego, tylko jakaś… No i ta Janeczka się nami na tej Smoleńskiej trochę opiekowała. Wszystko było dobrze, dopóki tata był. Pracował w kinie, chłopiec najstarszy, Wiesiek, w tej palarni kawy, Rysiek rykszą jeździł, a najmłodszy, Heniuś, który miał najwięcej chyba szczęścia, bo wyszedł z tego Powstania, jak to się mówi, nietknięty… A co robił każdego dnia, niedziela, sobota: „Mamo, jadę. Już jadę, bo na mnie czekają”. Gocław. Gocław każdej niedzieli, każdej soboty. A był zdolny chłopak, ojciec się nie mógł nacieszyć tym Heniem. […]

  • Czy możemy się tutaj zatrzymać? Bo to nie jest chronologiczna ta opowieść. Zaczęło się Powstanie. Bracia poszli do Powstania, […] a państwo zostali na Tyszkiewicza.


Tak.

  • To była Wola. Czyli wiadomo, że to była dzielnica, gdzie na samym początku Powstania działy się rzeczy straszne.


Kochana, powiem pani tylko tyle. Siedzieliśmy już w piwnicy wszyscy. Ta kamienica i nasza kamienica, podwórko, śmietnik, riksza Rysia, a na cmentarzu ewangelickim Powstańcy. Na rogu Górczewskiej i Tyszkiewicza szpital niemiecki, a na dachu strzelec. Mama rano wstała w ten dzień Powstania. Wielki kocioł do prania bielizny wyszorowany do białości piaskiem i tam jakimiś [środkiem]… Kawa gorąca. I z sąsiadką… Sąsiadkę mieliśmy wspaniałą, trzy córki, piękne. Chłopaki się wszyscy kochali w tych dziewczynach, w tych sąsiadkach.

  • A jak się nazywała sąsiadka?


Nie pamiętam. Wróciły po Powstaniu, te dziewczyny nawet wróciły. Były sanitariuszkami wszystkie trzy – trzy kolejno urodzone, tak jak to kobieta może rodzić, żeby tylko dziewięć miesięcy. Wszyscy się kochali w tych dziewczynach. Nasze mieszkanie – tak, dziewczyny – tak, a tutaj (trzy mieszkania) pan Zbyszewski – mówi coś pani to nazwisko? – fotograf, na rogu Staszica miał zakład fotograficzny. I on zginął. Bomba uderzyła i zburzyła jego mieszkanie do samej piwnicy. Pamiętam, te dziewczyny, takie ładne, to jak chłopaki poszli do Powstania, to trochę się nami opiekowały. One były już pełnoletnie, takie fajne, a przede wszystkim pracowały – pracowały w szwalni, pracowały gdzieś na Lesznie, razem z moją mamą, mama im załatwiła tę pracę. Te dziewczyny też do Powstania poszły – wszystkie trzy.

  • A pani została z mamą i z rodzeństwem?


A ja z mamą zostałam. Ale co, 6 [sierpnia] rano, niedziela… Mam ten kalendarz od pani… […] 6 sierpnia – chłopcy wymaszerowali [wcześniej], już wiadomo, nie było ich w domu, tylko my – już stały samochody niemieckie na Tyszkiewicza, trzy. Ile kamienic, przed każdą [kamienicą samochód]. I wypędzanie. Wypędzali wszystkich. Mało tego, sąsiad spod nas, taki młody, ładny chłopak, tak żeśmy się lubili z tym chłopakiem, wynosiliśmy mu takie fotosy z kina, fotosy artystów, jak szło kino, „Dorożkarz numer 13”, „Hej, jak przyjemnie”, takie polskie filmy tylko. A Niemcy siadali, ale nie oglądali, tylko pili – ci, co ochraniali na widowni. Brudzili! Nie chcę więcej nic mówić. Ale siedzieli, spali, wszystko w mundurach gdzieś. No a mama ten kocioł [zaniosła] na cmentarz ewangelicki, tam już Powstańcy. Jak wróciła z tą moją sąsiadką z tym pustym kotłem, to mówi: „Już nie ma ratunku, musimy stąd iść”. A rano, szósta godzina, czołgi podjechały i do domu Wawelberga. Ja nawet tam od Powstania nie byłam. Wszyscy mi mówią: „Idź, tam są najlepsze pączki”, teraz już, jak stara jestem. W tym domu Wawelberga w podwórku… Mężczyźni rozbierali tę barykadę. Mama nas ustawiła czworo, tak dziesięć, dziewięć lat, Zosia osiem, a Basia cztery (urodziła się w kinie, w kinie „Roxy”). „Siedźcie tu, za ręce się trzymajcie”. Tego nie zapomnę do końca życia (wzięłam takie uspokajające proszki). Wypędzili nas na ulicę. Staliśmy wszyscy długo, a oni wyganiali z piwnic, wie pani, tych wszystkich mieszkańców, bo właściwie życie było w piwnicach. Jak żeśmy stanęli murem, to się dziwiłam, skąd tyle ludzi. Ja dziesięć lat miałam, to już takie niegłupi dzieciak, tym bardziej że byłam najstarsza. No, bracia jeszcze starsi, ale ich nigdy w domu nie było, bo przecież to byli mężczyźni. Ja patrzę, tych Niemców tyle, Boże kochany, gdzie nas gnają. Ile ulica Tyszkiewicza, tyle [ludzi] – jeden za drugim, jeden za drugim, jeden za drugim. W ostatniej chwili mama poleciała jeszcze na górę, a na kuchni – kuchnia węglowa była – wisiał taki jasiek, poszewka taka. Skórki od chleba nawet, bułka niedojedzona – kto nie zjadł, to suszyła to, suszyła to na tym, bo kuchnia była węglowa. I mama w ostatniej chwili złapała tę poszewkę, nabrała wody w jakiś tam bidon czy coś, ale nie pamiętam, szklankę i… Wie pani co? Jak myśmy byli w kinie, to bomba uderzyła w Gerlacha. […] No i pamiętam, że taki sznur ludzi już wypędzonych z Tyszkiewicza 30, tam gdzie skład węgla, i następny, i tam gdzie Tereska mieszka teraz, tam te domy przy działkach – to było tyle ludzi z piwnicy wygnanych na ulicę Tyszkiewicza, przy tych działkach, bo tam były działki tylko. I tak żeśmy stali, stali, aż Niemcy powypędzali wszystkich. Pamiętam, że nie w moim domu, tylko w naszej oficynie w podwórku był drugi dom i były takie ładne piwnice (to był dom czynszowy, bardzo ładny, czyściutki), tam mieszkał Mietek Rostkowski, też Powstaniec. Chłopaki tam chodzili w karty grać wieczorem albo tego, to taka znana, dobra rodzina, koledzy zresztą z jednego batalionu. I wie pani co? Tak żeśmy właśnie [się zastanawiali], co z nami zrobią. Oni nas do kościoła zagnali. Wszyscy się zmieścili na tym placu [Kościoła] Świętego Wojciecha. Ranni, wszyscy, kto tylko tam… Usiedliśmy na tej trawie. Kościół jest ogrodzony takim trawnikiem. [Byli tam] ranni, młodzi, dzieci cudze się pogubiły. Matko Święta, szukamy tych naszych sąsiadów, dwoje dzieci zginęło, kobieta ranna, cała szczęka taka straszna… Mamuśka złapała taką apaszkę (jak Grażynka ma), podwiązała jej tę opadającą szczękę. Młoda kobieta, w ogóle nie wiedziała, co się z nią dzieje. Położyła się na trawie. Nie wiem, może umarła, może co… A my siedzieliśmy. Woda. Jest do dziś dnia, ten kran. Mama poleciała, wodę od księdza wzięła, wszystkich napoiła, kogo mogła. Kobiety nosiły koszule, halki to się nazywało (pani to nie pamięta, [wtedy] równowagi na nocniku nie mogła złapać). [Mama] opatrywała tych biednych rannych ludzi. Miała w tej swojej torebce, kochana, cuda. Nie wiem, co to było, w każdym razie otwierała – nie na suwak, tylko na guziczki takie – otwierała taką torbę i tam cuda były naprawdę. Bandaże miała, jakieś uspokajające leki, jakieś na krwotoki… Taka była uczynna. A my siedzieliśmy na tej trawie i czekaliśmy, co dalej. Po południu – na dworzec do Pruszkowa. Od tego czasu cały czas przysyłają mi, wie pani, te zaproszenia.

  • Czyli na Dworzec Zachodni przeszliście?


Nie, nie, nie. Tu, Pruszków.

  • Ale jechaliście z Dworca Zachodniego.


Tak, tam najbliższa droga. Prosto z kościoła, całą noc szliśmy – całą noc szliśmy do tego Pruszkowa.

  • A, czyli szliście z kościoła na piechotę do Pruszkowa. Proszę powiedzieć, jak wyglądała ta droga do Pruszkowa.


Jak nas wypędzili tutaj spod Kościoła Świętego Wojciecha, szliśmy… Jeszcze [wcześniej] zatrzymaliśmy się przy tym szpitalu niemieckim i w domu Wawelberga, po lewej stronie ten dom Wawelberga… Zatrzymaliśmy się – nas zatrzymali właściwie – i już dużo ludzi było, okropnie dużo takich chorych, rannych. A ja, dziesięć lat, pętałam się pomiędzy tymi naszymi sąsiadami. Oni wszyscy z dziećmi, z maleńkimi dziećmi. Pani Bulzakowa, która sklep miała w naszym budynku na parterze – dziecko darło się jak jasny piorun. Głodny był. Wypędzili, on bez śniadania, bez niczego. A ona biedna, tylko walizeczkę czarną miała przy sobie. Sklep prowadziła na Tyszkiewicza. On prosił wody, pić. Trzy lata miał ten chłopiec. Mama wyjęła taki suchar, bułkę, namoczyła w wodzie i dała temu chłopcu. On Zbyszek miał też na imię, pamiętam. Mówi: „Byniu, masz, jedz, bo będziemy maszerować. Musisz mieć siłę. Ty jesteś żołnierz, będziesz maszerował”. Już wiedziała, co się święci, bo Niemka mówiła, [to znaczy] Polka, która po niemiecku mówiła, latała pomiędzy nami. Tak, nie wiem, co to jest… Jest na zdjęciu. […] On tak tę bułę jadł, ten dzieciak, że aż płakał, taki był głodny. A ta pani tak pilnowała tej walizki. Ja przypuszczam, że ona miała może pieniądze, może jakieś kosztowności, może co – mąż był bardzo bogaty, bogata rodzina. Sklep mieli na Tyszkiewicza, w naszym domu na parterze.
No i już kazali się szykować i ruszyliśmy, ruszyliśmy tam do tego Pruszkowa. Jeszcze zatrzymaliśmy się… Tego już nie chcę mówić, tego, co ja widziałam… Stanęliśmy na rogu… szpital na Płockiej jest. Tam rozstrzelali strasznie dużo ludzi w tym szpitalu, na tym wielkim holu. Pędzili nas i zatrzymali nas tam przy tym szpitalu. Uciekali ludzie ranni z tego szpitala, a mama i jej podobni, jak starsi… I czołg zlikwidował barykadę na rogu Płockiej i Górczewskiej. Moja mama mówi: „Trzymajcie się za ręce” i postawiła nas koło takiej kawiarenki, takie słodycze tam [sprzedawano]. „Nie ruszajcie się stąd”. I do tego dołu po barykadzie tych wszystkich rozstrzelanych ludzi za nogi ciągnęli ci, co byli dorośli, i do tego dołu. Potem przyszedł taki ciężki wóz niemiecki (w stanie wojennym SKOT-y mówili, a wtedy to ja nie pamiętam) i wszystko nagle ziemia pochłonęła. Dużo ludzi zginęło, między innymi nasz sąsiad, młody chłopak, dwadzieścia chyba lat miał. Wiem, że dwudziestą rocznicę dorosłości świętowaliśmy u niego. Pod nami mieszkał, okno miał na tego, ale samotny był. Ręce miał poparzone, bo spychał z tej barykady spalony tramwaj na rogu Płockiej i Górczewskiej. To tak pamiętam, że już nigdy nie zapomnę. I tak żeśmy właśnie stanęli, mama ciągnęła jakąś kobietę, mężczyzn kilku. Pamiętam, do tego dołu przyjechał z tamtej strony, od Płockiej, taki ciężki samochód i ziemię nagarnął, żeby mógł dojechać niemiecki czołg. I ten czołg przyjechał, stanął na tym, ubił to wszystko i ruszyliśmy już wtedy. To już była szósta po południu, jeszcze widno, bo to sierpień. I ruszyliśmy do tego cholernego Pruszkowa. Basia miała cztery lata. Mama ją na ręku niosła – całą noc. Zatrzymywaliśmy się co jakiś czas i odpoczywaliśmy. Ale zdążyliśmy tylko usiąść, a Niemiec już krzyczał i groził. Oni pilnowali, żeby ludzie nie uciekli. Tu pod Warszawą ktoś tam uciekł, to zastrzelili go, ale mama nam oczy zamykała, żebyśmy nie widzieli, starszym, bo Basia to gówno widziała. Ale tyle ludzi tam było, tyle ludzi, Boże kochany. Minął czas, minął czas, nas wywieźli do obozu.

  • A proszę powiedzieć, czy długo w Pruszkowie pani i państwo się zatrzymali?


Cały dzień. Rano…

  • Rano doszliście do Pruszkowa.


Do Pruszkowa, na perony. Były dwa albo trzy perony. […] Ten wagon – kolejarz i taka pielęgniarka pewnie, bo miała jakiś czepek czy coś, przyniosła nam wodę i chleb. Wagony nie miały ławek tak jak wagony w pociągu, tylko deski. Nie było plastiku nawet, tylko deski i takie okieneczko. Ja nie dosięgałam, a nawet mama do tego okienka nie dosięgała, bo to były takie bydlęce wagony. Niemiec otworzył: „Wsiadać!”. Same kobiety, same dzieci, różne: dwanaście, trzynaście, dziewięć, Basia cztery, Zosia sześć, brat mój pięć. Ja byłam najstarsza, trzydziesty czwarty rocznik, 28 września. Pamiętam, że tak żeśmy się trzymali, odwracali co i raz. W tym Pruszkowie kazali siadać, kłaść się albo tego, i krzyczeli. Była pomoc, była pomoc. Nie mogę tego ukryć. Ludzie z tego Pruszkowa przychodzili, włazili na ten peron. Ja pamiętam, dostałam – to nie butelka, termos czy coś takiego, ale to zupełnie inne – dostałam napój taki jakiś, może to był kompot. Myśmy się po łyku [napili] w tym Pruszkowie, czworo nas było. Basia w drodze zgubiła jeden but i mama ją cały czas niosła do Pruszkowa. Ona cztery lata miała, urodziła się w czterdziestym roku. […] A w tych wagonach jeszcze żeśmy siedzieli dość długo, ale już wiedzieliśmy, że… Ja nie wiem, skąd ci ludzie wiedzieli, że jedziemy do Oświęcimia czy [gdzieś], bo tak głośno było [o tym]. Tam kogoś zabrali, kogoś skazali… No ale mama mówi: „To chyba już koniec. Już nie wytrzymamy”. Pociąg ruszył i ruszył – jak żółw. Wagony wypełnione ludźmi. Wszystko się tam w tych wagonach działo. Same kobiety, same dzieci. A w Pruszkowie dostałam w głowę malutkim kamyczkiem. Ten kamyczek był zawinięty w papier. Na drugim peronie z tysiąc mężczyzn, wypełniony po brzegi peron. Sami mężczyźni i chłopcy, chłopcy starsi, czternaście lat. Pani wie, że chłopak czternaście, piętnaście lat to dopiero… Bo widać było, że te perony były puste, wagonów nie było. Perony puste. Mężczyźni zawijali kamyczki w kartki i rzucali do nas. I adres: „Jestem tutaj, Andrzej, taki a taki, Tyszkiewicza 26. Będą nas wieźć najprawdopodobniej do Majdanka” – adresy wymieniali na tych kartkach. Kto złapał, która kobieta złapała… Dzieci nawet to skakały tam na te tory, bo nie dorzucali tych kartek […]. No i odnalazły się dwie osoby, nie wiem, czy ojciec, czy mąż, czy syn. Krzyczeli: „My jesteśmy tutaj, sami mężczyźni jesteśmy”. Najstarszy pan i tam krzyczy do niego: „Florian!” czy „Feliks! Ile pan ma lat?”. A słyszę tam, jak on odpowiada. No ale to starzec. Ale młodzi przeważnie. Oni gdzie indziej polecieli pociągiem, nie wiem gdzie. Z pierwszego toru, z pierwszego peronu mężczyźni. A my w ten wagon: „Breslau”. Dobra, to była gubernia.

  • Do Wrocławia pojechaliście?


Tak, Breslau. Wie pani, minęło życie, raz tylko byłam we Wrocławiu i niestety nie mogłam tam być: to była taka wielka szkoła, ten obóz, w takiej podkowie [ustawione] budynki. Tu łaźnie i coś tam jeszcze, tu wielka sala, wielka, z przyrządami jakimiś, drabinami jakimiś, to co kojarzyłam, a tu nic nie było, tylko były magazyny. I kobieta, która nam po niemiecku tłumaczyła tego komendanta. Komendant bez ręki, nie wiem, czy lewej, czy prawej, chyba prawej, chodził ze szpicrutą. To jest taki z drutu czy z czegoś, taki okręcany – taki bicz. Dzielił [nim] po kolei, wie pani. Ludzi tyle do tej sali weszło. Ja mówię do Wieśka: „Co mamy robić?”. Ona mówi tak: „Tam sienniki – zakryte, daszek taki, taka wiata – niech mama – po polsku do nas – weźmie sienniki dwa, słoma jest tam w takim specjalnym pomieszczeniu, [niech] wypcha dwa sienniki dla was, takie z juty”. Wie pani, co to jest juta? Mama poleciała tam, nam kazała siedzieć. Na środku tego obozu był wielki trawnik i klomb z kwiatami. Usiedliśmy na tym ogrodzeniu, takie krótkie, mama: „Siedzieć, nawet się nie ruszać!”. Wypchała te sienniki z bratem, z Wieśkiem (Wiesiek miał dziewięć lat). Wzięliśmy te sienniki na salę. Cała sala zapełniła się – to była wielka sala gimnastyczna – zapełniła się siennikami, tylko siennikami. I to było przez wszystkie miesiące nasze spanie.

  • Jak długo tam państwo byli?


Nie wiem dokładnie, w każdym razie powiem pani, sprzedał nas ten komendant i jednoręki Niemiec. Zresztą ma pamiątkę od mojego brata Wieśka. Nie wiem, co on tam zrobił, co przewinił, w każdym razie [komendant] złapał go tak – miał dziewięć lat – do góry podniósł i coś mu powiedział czy go uderzył – my żeśmy z daleka to widzieli. [Brat] ugryzł go w nos, tego komendanta! Takie manto dostał – dziewięć lat chłopak. Krótkie spodenki, białe, pamiętam, które już nie były białe. On chodził w takich… jak się takie buty nazywają, dzieci chodziły w takich tych… najtańsze, jakie można sobie wymarzyć. A normalnie to boso chodził. Po podwórku, tu, na działkę to boso, potem mył nogi. No i mama tak usiadła na tym sienniku, miała torebkę (jest takie zdjęcie w szpitalu na Czystym, ta sama torebka) i w tej torebce miała adresy spisane: Zbyszek, Rysiek i Heniuś. No i nasze, jakbyśmy się zagubili gdzieś czy co. Mieszkaliśmy – na kartce – Tyszkiewicza 28, drugie piętro.

  • Czyli to były takie karteczki dla was.


Tak, tak. No bo pogubiły się dzieci. No ten [kolega], nie pamiętam, jak on miał na imię, żeśmy przyjaźnili się trochę. Na przykład jego mama bardzo dobrze gotowała. To był jedynak. Poparzone ręce miał, bo spychał gorący tramwaj na rogu Płockiej i Górczewskiej. Kazali. Zdjął kurtkę, taką cienką, położył tę kurtkę na tramwaj. Ich było ze trzydziestu, ten tramwaj spychali, żeby czołg przejechał. On był taki dobry chłopak. Tak żeśmy się długo trzymali. Wreszcie nie wiem, czy on uciekł, czy jego po drodze gdzieś tam zastrzelili, ale już w Pruszkowie tego chłopaka, sąsiada, nie widziałam. Za to spotkaliśmy sąsiadkę, państwo Rostkowscy, koledzy równolegli [moich braci]. Mietek Rostkowski, Powstaniec. Tak pamiętam ich wszystkich, tak mi było żal. I ta mama… „Tu wrzodzianka” – ten Mietek. […] Mama wygnała nas do kuchni. On usiadł, siadła, umyła mu tę szyję (jeszcze w domu byliśmy), wzięła igłę, ugotowała tę igłę w jakimś garnuszku. Jak wcisnęła temu chłopakowi igłę w szyję, to na ścianę ropa wyleciała! A on ukląkł przy mamie i w rękę pocałował. To dorosły chłopak był. Tak się poczuł po tym. I oczywiście mama: ciach, ciach, ciach, ciach, ciach. Bandaż miała taki już ubrudzony trochę, ale tak jakoś go zakręciła pod ramię tu i… I [potem] on zginął. On zginął.

  • Wróćmy jeszcze do tego obozu. Jak długo tam byliście? Już się robiło chłodno, bo pani…


Nie, kochana, byliśmy, nie wiem ile. W każdym razie przyjechał facet ze wsi Kaski, gmina Galewice, powiat Wieruszów. Przyjechał, zapytał dzieci czy kogoś, gdzie jest komendant. Myśmy pokazali. Wyszła ta dziewczyna, ta młoda kobieta, ta pomocnica tego komendanta: „O co chodzi?”. – „Ja mam prezent dla pana komendanta”. Poszedł gdzieś, nie wiem, jakiś taki budyneczek stał, gdzie lody sprzedawali czy coś, bo po drugiej stronie była lodziarnia. [Miał] taki pakunek, owinięty w papier, nie było żadnych folii. Mięcho przywiózł dla tego komendanta. Mięcho – świnię zabitą, ale to nie była świnia, tylko prosiak, taki do pieczenia. Ten zapach szedł z komendantury aż na tę salę do nas. I przyszedł na salę. Myśmy siedzieli wszyscy na siennikach. Przyszedł z tym komendantem i z tą panią, która mówiła po niemiecku. On mówi do mamy, ja słyszałam to wszystko i nawet rozumiałam, co to znaczy. Bo mama powiedziała tak: „Chcecie żyć? To idźcie z tym panem”. Tylko najstarsze dzieci. A on sam, Bolesław na imię miał, i mama zapisała adres: wieś Kaski, gmina Galewice, poczta Wieruszów. W torebce… Jak się nazywa w torebce ten materiał?

  • Podszewka.


Podszewka. Kopiowym ołówkiem. Lizała ten płyn i pisała. On się podpisał pod tym, ten pan Bolesław, przedstawił się: Bolesław. Od tej pory znam. I wie pani co? Mówi tak: „Niech pani będzie pewna, że tych dwoje dzieci biorę”. Ja i Zosia. Ona jest z trzydziestego ósmego roku, to miała ile, cztery lata, a ja dziewięć.

  • Sześć miała.


[…] No i mówi tak: „Chcecie żyć, to idźcie z tym panem. Będziecie żyć, a ja będę miała mniej kłopotu, bo przecież widzicie, jak wyglądacie”. Mieliśmy wszy. Zgoliła nam mama [włosy], jak się dało, nożyczkami i tam czesała tym grzebieniem. Bo już byliśmy długo: sierpień, wrzesień, październik. To tyle, co pamiętam. Dlaczego? Bo zbierałam u tego gospodarza owoce w ogrodzie. Jabłka leżały pokotem. Piękne jabłka.

  • Czyli ten gospodarz zabrał was jeszcze w sierpniu z obozu czy później?


Już był wrzesień. Jabłka leżały, gruszki w sadzie, to co pamiętam; stóg po żniwach, ze słomy – to, co pamiętam. Bo gospodyni kazała mi wchodzić po drabinie na ten stóg, bo tam po drabinie wchodziły kury i jajka znosiły. To ja wchodziłam po tej drabinie, dała mi fartuszek taki, wybierałam z gniazd jajka i oddawałam jej. Tak że to musiało być później. W każdym razie jak przyjechaliśmy już na miejsce pociągiem – nic nie mówić po polsku. Brat się położył na ławce, usnął jak kamień. Pociągi były prawie puste.

  • Ale mówi pani, że też był brat, a mówiła pani na początku, że była tylko pani i Zosia.


Tak, a te dwoje zostało. Dwoje: Wiesiek i najmłodsza, Basia, cztery latka.

  • W jakim pociągu brat się położył?


Ten pan nas wsadził do wagonu, ten, co nas kupił, pan Bolesław. Tylko tyle pamiętam.

  • Zabrał panią i siostrę.


Tak, Zosię. Ja nie spałam, to wiem na pewno. Pociąg ruszył, kartka taka była za siatką, dokąd zmierza. Przeczytałam, bo czytać już umiałam, pisać umiałam, bo bracia nas uczyli. Do szkoły nie chodziliśmy wcale. Na Koło chodziliśmy w niektóre dni tylko, bo to były tajne komplety. No i ja pamiętam, że Zosia strasznie przeżywała. Ona taka biedna, ona była najdelikatniejsza, nic nie lubiła –nie lubiła tego, tego, a była taka jak nitka, całe życie zresztą. Miała jasne włosy, a w Powstanie osiwiała, tyle siwych włosów, reszta blond – takie miała przeżycia. Wyłaziła z tego mieszkania, gdzie nas pan Bolesław zakwaterował. Ciągle wychodziła za furtkę – do mamy. Zosia zawsze jak jadła – łyżka, widelec, nóż… Myśmy nie patrzyli, aby zjeść szybko. Ona zawsze miała swoje krzesełko, takie małe, trzydziesty ósmy rocznik. Nie wiem, dlaczego mama akurat ją… Najbardziej delikatna była. Mama ją tak trochę podkarmiała, na przykład skwarki z zupy nam zabierała i Zosi dawała. Ona wyglądała jak taka duża lalka. Taka była chudziutka i te włosy kręcone, białe takie, obcięte. Jak gospodyni wyszła do nas, jak nas odebrała, to nagrzała wody na ogniu, przyniosła taką wielką balijkę drewnianą, włożyła taki korek do tej balijki, wody gorącej nalała, kazała nam się kąpać. Brudni byliśmy jak diabły. I pierwszy raz… nie wiem od ilu… Tam w obozie były umywalki, mama nas myła. Nie było ciepłej wody, tylko zimna. A mama nas myła i kąpała, i nogi kazała myć. Ale pamiętam, że w pościel białą jak rąbnęliśmy się, to spaliśmy podobno do południa, do dwunastej godziny. Potem powiedziała mi, co będę robić tutaj. Pan Bolesław (dam pani ten rękopis mój, bo to opisałam) mówi tak… Taki chłopaczek [był], już chodził, synek tego gospodarza. Mówię pani, że miałam taki kłopot z tym dzieciakiem. Szczał w majtki, łaził tam, gdzie nie można, taki był sprytny. Właził po drabinie na stóg wielki, musiałam go ciągle pilnować.

  • Pani miała się nim zajmować?


No, miałam się zajmować. A Zosia wyłaziła za furtkę i gdzieś maszerowała ciągle do mamy. Potem dała nam kosze ta pani – taka fajna, gruba, cycki takie ładne, ładna kobieta, podobała mi się. Kolacja. Jak nam dała po kąpieli mleko z kożuchami, ciepłe mleko. Siedzimy z Zosią i patrzymy w to mleko i ten chleb, taka pajda. „Mleka nie”. – „Dlaczego?” Na wierzchu takie te kożuchy – nie, nie napiliśmy się. Ani jedno nie żarło, ani chłopaki kożuchów w mleku. Mama miała specjalne sito takie, przecedzała. A ona, mądra kobitka, przelała to mleko, od razu wyrzuciła dla kota te śmietanki, a nam dolała czarnej kawy, takiej zbożowej. Najedliśmy się jak bąki, za wszystkie czasy. Chleba pod dostatkiem, nie ćwiartka przydziałowa w obozie. Taki bochen był okrągły [w obozie], nie było takich chlebów jak tu, taki okrągły był, akurat na cztery, każdy swoją ćwiartkę. Dla mamy już nie starczyło. Ta Niemka, co była w obozie, ona była Polką, tylko że po niemiecku bardzo dobrze szprechała, to ona mówi tak: „Które z was da kawałek mamie?”. Ona miała porcje rozkładane tak: ile tych ludzi jest, to tyle tych ćwiartek. No to każdy odłamał skórkę, bo mama była młodą kobietą przecież, czternasty rocznik, to jeszcze trzydziestu lat nie miała. To mama tę skórkę wzięła i tę skórkę jedną ode mnie, drugą nie pamiętam od kogo, i chrupała tę skórkę. Obiad to były paskudne zupy. Kuchnia przyjeżdżała, tam nie było stołówki, nie było nic, nic kompletnie. Sala czysta, sala piękna. Podłoga ładna była, można było nawet spać na tej podłodze. Trzeba było utrzymać porządek, żeby porządek wszędzie był, żeby czysto, żeby nie było wszy. Wszy były, choroby były i różne rzeczy. Nie wiem, ile byliśmy, ze dwa miesiące. W każdym razie kończyła się jesień, taka prawdziwa jesień. Te jabłka, gruszki w tym, myśmy wylatywały z Zosią i jadły do woli, ile się da. Gotowała zupę, dawała chleb. „Pilnuj tylko tego dzieciaka, tego chłopca”. Taki ładny, grubiutki, taki fajny chłopaczek. Prowadzałam go, a ona mówi, żeby się nie przewrócił, bo on jest chory na coś tam. To tak pilnowałam, żeby przypadkiem… On miał ze cztery latka może, tyle co Basia ma chyba, ale łaził wszędzie, fajny był. Ja pamiętam, że ona mi dała taki szalik czy taką apaszkę, jak pani miała, i tak wzięłam go – na takie lejce wzięłam go i na tych lejcach go cały dzień prowadzałam. On nie spał tak jak dzieciak normalny, tylko łaził wszędzie. Wszędzie łaził, taki był wścibski. A on był dumny z tego, ten ojciec, że tego… No i któregoś dnia przyjechał z pracy, bo tam orał coś, samochodem takim dostawczym przyjechał, mówi: „Mój kolega szkolny jedzie do Breslau. On jest starostą w sąsiedniej wsi. Jak się nazywają mama i te pozostałe, Basia i Wiesiek?”. Mama mówi: „No a co, pan chce, wziąć te dzieci?”. O Jezu… Mama już rozchorowała się z tego wszystkiego. Była chora, ale radziła sobie. Pojechał ten człowiek biedny, dobry, taki fajny, pociągiem oczywiście, nie było samochodu. Wałówa dla komendanta. Nie wiem dlaczego, on nie miał żadnej paczki. Nie miał żadnej paczki, jak wszedł do komendantury. A myśmy stali pod oknem i patrzyli – na parterze ta komendantura była. Coś tam wręczał temu komendantowi, a ona tam mówiła, bo to Polak był (taki Polak jak ja Francuzka, ale dobry człowiek) i widocznie [dał] pieniądze czy co, nie wiem. W każdym razie przyszedł na salę i do mamy: „Gdzie te dwoje dzieci, co zabrał mój kolega?”. Siedzieli na tym sienniku. Wiesiek był chory, sikał w majtki, coś okropnego. Tylko jedne spodenki miał. To była już późna jesień. No ale jakoś tam radziła sobie, przy wiatraku, przy tym. Prały przecież kobiety. Przecież każdy musiał żyć jeszcze. [W obozie były] trzy posiłki: rano kawa i chleb ze smalcem, w południe zupa o drugiej i kolacja taka sama, tylko margaryna albo smalec, albo marmolada, ale nie było przydziałów takich, dostawaliśmy trochę więcej. No ale były kobiety, które miały po czworo dzieci, i też musiały dostać, a niektóre nie jadły w ogóle niczego, chore były. W każdym razie stało się. Mama ubrała, kopiowym ołówkiem napisała nazwisko, imię, datę urodzenia. Chodził do pierwszej klasy na ulicy Górczewskiej do szkoły (tam szkoła była, właściwie taka ochronka). No ale zabrał nas i znowu ta sama…

  • To znaczy wy już byłyście, a zabrał dwójkę młodszych.


Z sąsiedniej wsi. To tak jak wieśniacy się znają, wie pani – sąsiad pomaga sąsiadowi przy żniwach albo przy wykopkach – i przyjaciele. Ale już nie do nas, nie do mnie. Przywitaliśmy się, powiedzieliśmy co i jak, ucałowaliśmy się. A mamę na drugi dzień zawieźli pociągiem do Ravensbrück, do pracy. Same kobiety, młode, stare – jak nie było dzieci. No ale mama została sama. Trzydzieści lat. I co. Nie wiem, z opowieści tylko znam. Ravensbrück to nawet nie wiem, gdzie leży. Nawet mama dostała za ten pobyt w Ravensbrück malutkie odszkodowanie. […]

  • A proszę powiedzieć, kiedy się spotkaliście?


W Boże Narodzenie.

  • W Boże Narodzenie.


Ta pani, ta gospodyni… Wiesiek poszedł do innych, a Basia do takiej pani młodej. Ona już ją nawet chciała zaadoptować. Małe, chude, rude… W rodzinie nie mieliśmy rudych w ogóle, gdzieś był podobno [jeden], ale Basia była ruda – taki łeb wielki, kręcone włosy. Ale w rodzinie u ojca byli podobno. W każdym razie ta pani opiekowała się tą Basią. A Wiesiek, dziewięć lat: woda ze studni, trawa dla królików, bo królików, kurczę pieczone, całe klatki, kopanie grządek, woda ze studni. I tak żeśmy żyli, aż biedna mama [wróciła] z Ravensbrück. Pierwszy wyzwolony obóz w Ravensbrück. […] Mama nie miała ani jednego zęba. Tu ją nakłuwali – doświadczenia takie robili tam w tym Ravensbrück. Ciągle ją pytałam, już dorosła byłam: „Co oni ci robili?”. Szpik wyciągali. […] Tak miała nogę całą siną od tego kłucia, kłucia, kłucia.

  • Eksperymenty medyczne.


Wytrzymała wszystko.

  • Ona wiedziała, gdzie jesteście? Rozumiem, że przyjechała do was.


Tak. Ze Szwecji. Ledwie ją odszykowali tam w tej Szwecji. […] Hrabia Bernadotte – tak się nazywał – sfinansował cały ten obóz w Ravensbrück, te kobiety do Szwecji. Tam mama odżyła. Jakbym pani pokazała zdjęcie z paszportu, które było zrobione w Gdyni, jak brali do Szwecji te wszystkie więźniarki, to ja mamy nie poznałam. Łysa, bez zębów. Ja nie wiem, co ona jadła tam w tym Ravensbrück. O, takie doły! Nie poznałam jej. W każdym razie jak wróciła z tej Szwecji, to oczywiście zostawiła walizki u sąsiadki, [w niej] ubrania dla nas ze Szwecji. A król Gustaw… Dwie takie kobiety były. Muszę pani powiedzieć o królu: wysoki, szczupły (mam zdjęcia, ale te zdjęcia są u Basi, bo ona jest najmłodsza, 1940 rocznik). […] Król Gustaw stoi na podwórku, piękny pałac, starszy, chudy pan, bez kapelusza, kapelusz trzyma sekretarka, i rozdaje prezenty kobietom, które chcą wrócić do Polski. Moja mamusia pierwsza wyskoczyła. Pamiętam, że ryczała jak wół. Już wyglądała nieźle. Odrosły jej włosy, wstawili jej zęby, nie wiem, co jeszcze. Miała buty piękne. Włosy były jeszcze krótkie, miała taki turban – przed wojną kobiety nosiły taki turban, jakoś tak, że tu się wiązało. Ten król do każdej z tych kobiet… Kilka było takich, co wracały do Polski tym „Batorym”. To pamiętam, że król do każdego podszedł, podał rękę, wypytywał. […] No i mama dostała pudełeczko. Podeszła sekretarka i każdej z tych kobiet dała pudełeczko. Pudełeczko było zamknięte w takiej torebeczce, na takie coś. No i oczywiście spakowała się, [miała] dwie walizki, takie ciężkie, wielkie, [w nich] ubrania dla dzieci. A ja już przestałam tam pracować i Zosia była już adoptowana w drugiej miejscowości. Ta pani miała swoich dwoje dzieci, ale [wzięła] i Zosię. A jej mąż był… Jak w takim małym mieście [nazywa się] nie burmistrz, tylko wtedy były inne funkcje. Ale pamiętam, że już były papiery do sądu złożone, że będzie adoptowana. Swoich miała dwoje i jeszcze Zośkę. Zosia była gdzie indziej. Na Boże Narodzenie spotkaliśmy się wszyscy. To był już grudzień. Poszliśmy do kościoła i ksiądz grzmi: „Są u nas dzieci, proszę naszych wiernych, złóżcie się po parę groszy, one nie mają butów!”. Pani zobaczy, jakie oni mają buty! A my mieliśmy, ale takie nie wiadomo co. Najgorszy był Wiesiek, bo chłopak, to pani wie, więcej robił, pracował, wodę nosił, wiadro ciężkie… A ja też miałam z tym urwanie głowy. No i w każdym razie ksiądz mówi: „Wojna się skończy, ja to wiem, ja to wiem od Boga, jutro, pojutrze”. Oj, taka nadzieja! Pamiętam, że w to Boże Narodzenie żeśmy się spotkali u tych gospodarzy, gdzie był Wiesiek i Basia. Basia – cztery lata – cała we wrzodziankach, pękały te wrzodzianki. A ta pani, która się nią opiekowała, stawiała wielką, piękną balię drewnianą, ciepła woda. Kąpała ją, myła. I wie pani co? Tego to pani w życiu nigdy nie zobaczy! Miała tę wodę, jak usiadła – ona miała cztery lata – tak dotąd wody. Jak wyjęła ją z tej balii, zawinęła ją w dwa prześcieradła, posadziła sobie na kolana (ta pani to młoda osoba, w pani wieku) i klepała ją tak po tych wrzodziankach. Ja stałam, patrzyłam i Wiesiek, a to prześcieradło po jakimś czasie całe czerwone! Te wrzodzianki popękały, a ona się śmiała, nic ją nie bolało. No taka biedna, nie dość, że ten łeb rudy taki, to jeszcze tak strasznie zachorowała. No ale co zrobisz, ona została tu u tej pani, Zosia pojechała do starosty. Adoptowali ją. On był starostą, wieś Kaski, gmina Galewice.

  • Powiedziała pani, że mama w grudniu przyjechała do was?


Tak, ze Szwecji. Zostawiła tylko [rzeczy] u sąsiada (Mietek Rostkowski, przyjaciele) i według adresu na torebce wsiadła do pociągu, kierunek gubernia, choć to już było trochę inaczej. Ale przyszedł ksiądz do niej, zaczął rozmawiać, wyspowiadał mamę i mówi: „Proszę pani, ja wiem, bo ja tam mam brata księdza w tej miejscowości. Wieś kaski, gmina Galewice. Niech pani jedzie do Wieruszowa, bo tam jest bardzo dużo dzieci oderwanych, czy jak on to powiedział, z obozu. I mama bez słowa wysiadła tam, gdzie powiedział ten ksiądz, i trafiła do nas wszystkich.

  • Była wielka radość.


Niosę wiadro ciężkie z wodą, bo przy naszym domu był kanał. Kanał taki, czyściutka woda i takie rośliny rosną. Moim zadaniem było nosić wszystkie wiadra ocynkowane (nie plastikowe jak teraz) z wodą dla zwierząt. Pasłam krowę, dwóch baranów i kozę. I miałam przykazane – oprócz dziecka – że mają nie ogryzać młodych drzewek, żeby były w kupie, żeby się nie pogubiły. Krowa piękna, taka biało-czarna. Pamiętam, gospodyni doiła i przynosiła od razu to mleko, takie prosto od cycka. W każdym razie dobrze nam tam było. I znowu miałam dziecko obce, inne. Przyszedł do mnie ten gospodarz, pan Bolesław, i mówi – mówił na mnie Andzia, nie wiem dlaczego: „Muszę was oddać, nie daję sobie rady”. On pracował, prawdopodobnie miał jakieś stanowisko czy coś, a żona cały dzień tylko z tym synkiem małym. No, ja pomagałam, co mogłam. Zosia to nic, bo to patyk był taki. „Ale zawiozę was do mojej matki. Ona mieszka w Galewicach. Będziecie się mogli widywać, bo obok jest druga wieś i w tej wsi jest Wiesiek i młodsza, Basia. Na Boże Narodzenie się spotkamy”. I tak było. Wszyscy żeśmy się spotkali na Boże Narodzenie ładnie. Mama nie wiem, kiedy przyszła, w każdym razie była już jesień. Szła drogą, a ja stoję. Na tym kanałku była taka kładka, żeby się wchodziło na nią i czerpało wodę. Idzie elegancka pani ścieżką przy drodze. Patrzę, taka podobna do mamy, daleko, ale coraz bliżej naszego domu. A już byłam u matki i to samo robiłam, co tam, bo to rodzina była – matka tego pana Bolesława i córka z małym dzieckiem, jeszcze mniejszym.

  • A proszę powiedzieć, kiedy wróciliście do Warszawy?


Na drugi dzień, jak mama przyjechała.

  • Na drugi dzień?


Przywiozła prezenty dla mojej babci. Ona mnie nauczyła robić na drutach, ona mnie nauczyła gotować. Cały boży dzień przy garach stałam, całe dni. Miałam osobną taką… jak to się nazywa, gdzie się trzyma żarcie…

  • Spiżarka.


Spiżarka! Wszystko tam miałam. Miałam łóżko żelazne, a ona spała z matką razem na takim łożu dużym – ta matka tego, czyli córka tej pani. Dziewczynka to była chyba Brońcia. Tam przeżyłam u nich wyzwolenie, przeżyłam klęskę Niemców. Byłam u tej babci nie wiem ile, nie pamiętam, ale długo. Zosia była u starosty, a brat Wiesiek i najmłodsza Basia jeszcze w innej miejscowości. Były takie małe miasteczka, jak to gubernia. Tam nie było takich wiejskich chałup. Jedyna wiejska chałupa to była „mojej” babci. Ona miała ziemię, kopała kartofle, my pomagaliśmy, a ja pasłam zwierzęta na łące.

  • Proszę powiedzieć jeszcze, jak wyglądał ten powrót do Warszawy i kiedy się spotkaliście z braćmi.


Proszę panią, do Warszawy to na drugi dzień, jak tylko świt. Pozbierała nas wszystkich…

  • Czyli jak mama przyszła, to zaraz na drugi dzień.


Tak, wiedziała, gdzie jest Zosia.

  • To już było po wyzwoleniu, to już było w czterdziestym piątym.


Tak, tak. Ksiądz nam grzmiał na tego… Najgorsze, że Niemcy uciekli. Tam było dużo Niemców. Nie wiem, jak to się stało, uciekali, ale w nocy przychodzili do nas, byli po cywilnemu. Jeden miał cywilne ubranie, takie jak pan tutaj, koszulę i spodnie, nie dżinsy, tylko ubrania niewojskowe, ale Niemcy, z bronią. Z lasu wyszli, a my przez okno patrzymy – Niemcy idą! Babcia mówi: „Schowajcie się, idą Niemcy!”. Babcia kopała kartofle, taka fajna baba wiejska. A my – nie. Patrzymy. Dwaj Niemcy przez pole nasze idą, przez pole kartoflane. Przyszli, klękają przed babcią. Babcia ani be, ani me po niemiecku, ale widać, że chce, żeby coś dać. Trzech ich było. Babcia wyciągnęła, co miała, ja nie pamiętam co, to oni pochłonęli w ciągu pięciu minut. Byli bardzo głodni. Wyciągnęli zdjęcia rodzin, wie pani, rodzin. Młodzi chłopcy to byli. Z lasu wyszli, czyli jeszcze jakieś niedobitki. Bo ksiądz już grzmiał, że jest wolna Polska. Wróciła z obozu siostra mojej gospodyni. No i tak, babcia, co mogła, to dała. Weszła na strych, ściągnęła… Męża mojej gospodyni młodej Niemcy zabrali do obozu, bo był tam jakimś… cholera wie, jak to się nazywa. Wiem, że miał kenkartę czy coś, miał dokument taki. W każdym razie [mama], jak ten ksiądz powiedział, tak przyszła. Patrzę, idzie pani jakaś – tam same wiejskie baby – elegancki płaszcz, płaszcz z takiego tweedu, walizkę taką pod pachą niesie ciężką. Ja stoję na tej kładce, wodę nabieram, a mama z drogi krzyczy: „Anula!”. Tak zawsze mnie nazywała. No już nie będę pani mówić… Rzuciłam to cholerne wiadro, biegiem lecę do niej! Ona tą walizę postawiła, wchodzi do mieszkania. Pierwsze, co zrobiła… No, wyściskałam ją. To nie ta kobieta, co na paszporcie, mówię pani: elegancka, włosy odrosły, piękny płaszcz, buty dotąd, sznurowane takie (takie dostała od Szwedów) nie kozaczki, tylko takie te. I babcia mówi: „No, uciekłaś nam. Uciekłaś nam, jaskółko!”. A już była u Zosi. Już była u Zosi, bo musiała przejść przez to miasteczko tam, na piechotę wszędzie zasuwała. No i oczywiście radość wielka. Brońcię wykąpałam ostatni raz. Kołyskę miała, taką drewnianą kołyskę. No i rano, skoro świt, ja już gotowa wyjechać. Babcia mi dała na odchodne woreczek z wełną, z wełną pozwijaną. Bo ja robiłam ładne rzeczy: rękawiczki zrobiłam babci do kopania, do tego, różne rzeczy. A tej małej, tej Brońci, to takie szelki zrobiłam jak u tego chłopaka. Zrobiłam takie nosidełko, że mogłam ją wziąć – ona miała roczek – wziąć i gdzie ona szła, to ja za nią, ale pilnowałam. No i na dworzec… Nazywał się pan Słonina. […] Rejestrował, księdzu pomagał. Przyszedł i: „Ja was zawiozę na dworzec”. O Jezu, bryczkę miał! Wsiadłyśmy jak wielkie panie do tej bryczki. Przykrył nas kocem, bo to późna jesień już. Gniły jabłka w sadach, już było po wykopkach. No i pamiętam, że zawiózł na ten dworzec. Mama mówi, żeby nie wchodził do naszego przedziału. My sami byliśmy: Zosia, ja, Wiesiek i Basia. Pozbierała nas jak Niobe. (Pani wie, kobieta Niobe pozbierała swoje dzieci). […] No i tak żeśmy wrócili. Rano, Warszawa Wileńska. I co z nami? Mieszkanie zburzone. […] I tak żeśmy rozmawiali i mówimy: „To do stryjka idziemy”. A stryjek… Mój ojciec w czasie okupacji na ulicy Piwnej, na Starówce, po prawej stronie, po schodkach się wchodzi, po trzech schodkach, a mieszkaliśmy na Wąskim Dunaju 6. Pracy już nie było, ojciec nie miał pracy. Już umarł ten starszy pan, Dygat. I tak mówi: „Tu na Smoleńskiej mieszka – ojciec tam umarł na tej Smoleńskiej – brat Stefan”. Szewc. Ma tu taki drewniak jednopiętrowy. Idziemy tam z mostu ruchomego. Tak ten most się kołysał fajnie. Żeśmy dojechali tam na miejsce, na Pragę, na Smoleńską. Ciemno było jak nie wiem, a światła wyłączali. Mama puka tam. Stryjek Stefan był szewcem, całą okupację Niemcom robił buty. Robił buty z cholewami – musiał, właśnie na Piwnej… […]

  • Ale ten warsztat miał na Piwnej?


Na Piwnej. Na drugiej stronie jest McDonald’s teraz. […] Po drugiej stronie był warsztat… Krótko tam mieszkaliśmy, ale w czasie okupacji. Niemcy przychodzili, buty kazali sobie robić z cholewami. Oni wszyscy chodzili w butach z cholewami. Tylko ci policjanci – policjanci, co byli w ochronie, Polacy znający oczywiście niemiecki.

  • Czyli jak wróciliście do Warszawy, to zamieszkaliście na Piwnej?


I tak, i tam jeszcze żeśmy posiedzieli troszkę. Ale powiem pani, ale niech pan nie słucha… Ojciec mój już nie pracował. Mieszkaliśmy jeszcze… Jak pani zobaczy, jak zbombardowali Gerlacha (Gerlach to jest taka firma, co produkuje stojadła), róg Pańskiej i Towarowej – w nocy bomba strzeliła i my byliśmy w kinie. Ale nie na seansie, tylko noc była. Alarm. A my pod sceną materace poukładaliśmy. Tam się Basia urodziła w czterdziestym roku, w październiku. Jak ta bomba strzeliła w tego Gerlacha, wszystko poszło w cholerę. Na ulicach leżały piękne widelce, noże. Chłopcy polecieli do tego Gerlacha, pozbierali łyżki – łyżki takie, wie pani, żeby było czym jeść. Inne rzeczy ich nie interesowały, tylko te łyżki przynieśli do kina. Mama do torebki schowała. Uratowały nas te łyżki, bo tak to byśmy chłeptały jak psy tę zupę we Wrocławiu, w tym Breslau. No i tak szczęśliwie żeśmy wylądowali. Nie było gdzie spać, nie było. Nasze mieszkanie było zburzone…

  • Czyli, czy ja dobrze rozumiem, że mieszkaliście w warsztacie szewskim…


Tak, ale w czasie okupacji tylko.

  • Ale jesteśmy już gdzie indziej. Powrót do Warszawy.


Nie było mieszkania, nie było, więc zaczepiliśmy się u sąsiadki, pani Rostkowskiej, na podłodze spaliśmy. A rano pojechaliśmy na ulicę Działdowską w Warszawie. BOS – Boże, odbuduj stolicę! Taka czerwona wielka tablica. Tam dostawaliśmy żywność jakąś i co najważniejsze – już było bardzo zimno – dostaliśmy koce wojskowe, Wiesiek jakąś kurtkę i buty. Taka była pomoc. „Nie mamy mieszkania”. – „Zajmujecie takie, jakie chcecie: Młynarska 7, Młynarska 16, Młynarska 25”. Same znajome kamienice. Myśmy tam przemierzali trzy razy dziennie co najmniej w czasie okupacji. No i tak żeśmy dotarli i mama mówi: „Młynarska 7”. W podwórzu jedna oficyna, w podwórzu druga oficyna, drugie piętro. Mamie się spodobało. Jeden pokój – jeden pokój bez kuchni, bo już w drugim pokoju mieszkał lokator, taki biedny człowiek, taki późniejszy aktor zresztą, Niwiński się nazywał. Już mieszkał w tym pokoju z balkonem. Balkon był zarwany, nie można było wychodzić. Ale mieszkał, [miał] duży pokój, a mama zajęła ten mały – mały pokój na nieszczęście swoje. Dach przeciekał, lód na ścianach, podłoga ładna, drewniana, ale przeciekało. Wszędzie musieliśmy stawiać puszki blaszane, bo kapało z dachu. I tak żeśmy [mieszkali] w tym mieszkaniu do pięćdziesiątego czwartego roku, do mojego ślubu.

  • Tam znaleźli was bracia, którzy wrócili?


Bracia wrócili z oflagu. Nie wiem, kto ich tam wyzwalał, w każdym razie byli wyposażeni. Wacia, żona mojego najstarszego brata, i brat robili na drutach piękne swetry w czasie okupacji. Siadali wieczorem przy okrągłym stole… Basia, moja siostra, ma zdjęcie: nie wiem, kto tam był jeszcze, w każdym razie nas czworo, ich troje (tych braci) i mama. Mama tylko pilnowała, żeby mieli co zjeść, i pestki dłubała. Wszyscy robili. Kercelak! Mama kupowała stare spodnie, stare żakiety, pruła. Wszyscy mieli rękawiczki, wszyscy mieli szaliki. I tak mama kombinowała, żeby żyć.

  • I wrócili też wyposażeni.


Tak, tak. Wyposażeni bardzo. Ale mama kartkę pisze na drzwiach: Młynarska 7. Ten dom, który stoi przy pedecie. Wtedy nie było pedetu, cała ta ulica była do Wolskiej – zburzona. Nie było tramwajów, nie było nic. Jakieś tam samochody prywatne jeździły, ciężarowe, podwozili ludzie. No, ja pamiętam, że się…

  • No i znaleźliście się wszyscy na Młynarskiej 7.


W tym mieszkaniu, kochana, zimno, mokro. To było takie mieszkanie rozkładowe tak zwane. Nasz pokój był najmniejszy, ten od Młynarskiej był drugi, duży z balkonem, jeszcze od podwórka było mieszkanie już zajęte przez rodzinę i w kuchni, prawdziwej kuchni, mieszkała taka starsza, siwa pani krawcowa (też przeszła swoje, już nie chcę mówić), pani Ziutka. Opiekowała się nami – pani Józefa, a Ziuta kazała mówić. Miała kuchnię, paliła w tej kuchni, u nas nie było kuchni. Poszła do tego BOS-u, a ten pan mówi – tam takie małżeństwo pracowało: „Pani kochana, jak pani ma na imię?”. – „Gienia”. – „Ile u was jest?” – „Pięcioro: czworo dzieci i…”. A on mówi: „Co, jeszcze coś, tak?”. – „No, jeszcze może wrócą moi synowie: Zbyszek, Rysiek i Heniek”. Bo wyzwolili ten oflag Amerykanie – nie ruskie, Amerykanie wyzwolili. Nie wiedziała jeszcze, że Heniek zginął w Londynie – ostatni dzień wojny. Już była podpisana [kapitulacja], już nie bombardowali, nie było alarmów, nie było nic. No i rzeczywiście, nas w tym mieszkaniu było tyle i jeszcze Zbysio, mój najstarszy brat Zbyszek z żoną, z matką żony i z synem przyjechali. Nie wiem, gdzie on znalazł tę Wacię. Pobrali się gdzieś tam w piwnicy w Powstanie. Ksiądz im dał ślub, na Dobrej ślub dostali, na podwórku ksiądz dawał im ślub. Żyli na razie na kartę rowerową. No i popowracali wszystkie ptaki. Ciasno się zrobiło!

  • No tak, ale mówi pani, że aż do ślubu pani tam mieszkała.


Pani Aniu, tego pani nie wie i pan też na pewno nie. Był okres, że bracia byli, ojciec już nie żył, bo w czterdziestym roku w marcu umarł. Jest taki pałacyk na Wolskiej, przy zajezdni tramwajowej. Nie wiem, co tam dzisiaj jest, nigdy nie widziałam, co tam jest, bo nie mogłam tam dojść. Było tam Gestapo, tam trafili moi bracia z łapanki. Moja mama poszła na Kercelak, sprzedała coś. Nikt z nas nie widział, co ona ma w tej torebce. Nie wiem, co miała. Była bardzo bogatą dziewczyną z domu. Urodziłam się w Kleszczelach, województwo białostockie, bo mama na Litwie, a ja się urodziłam tam w tych Kleszczelach. Najpierw w Radości mieszkaliśmy, ale tam to byłam mała. Ja pamiętam, że mówimy: „Co z wami będzie? Tu jest jedno to mieszkanie”. Przyjechał brat, zanocował, już za nim przyszli – akowców szukali. Mama mało nie umarła. Zbyszek przyszedł, przespał się, rano pukają do drzwi. Skąd oni wiedzieli? Jest – Witbekowie. W tej książce Andrzeja Rumianka jest Zbigniew, Ryszard i Henryk. Wszyscy należeli do AK.

  • Czyli się po prostu znaleźli już po Powstaniu.


Już znaleźli. Mama mówi: „Zbyszek, mieszka tu moja taka znajoma”. Ania się urodziła w Radości. […] „Uciekajcie, uciekajcie, bo sąsiada aresztowali! Gdzieś go wywieźli, już ślad zaginął”. To takie czasy były, czterdziesty szósty, czterdziesty siódmy rok.

Warszawa 15 września 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Anna Krystyna Skorupska Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także