[Nazywam się Jan Maciejewski].
Pamiętam to dokładnie, bo akurat wysiadłem z kolejki EKD, z Włoch wróciłem. Mieszkałem na Nowogrodzkiej, między Kruczą a Marszałkowską, pod 20, w samym środku. Fragment mojego domu jeszcze pozostał. Jak budowali Hotel Forum na rogu Marszałkowskiej, [pozostał] fragment oficyny z mojego domu, reszta była wypalona. Później mama mówiła mi, jak wyprowadzali ludzi. Przyjechałem kolejką. Nie dojechaliśmy jeszcze, bo przystanek był miedzy Poznańską a Marszałkowską. To był dworzec kolejki EKD, tak się kiedyś nazywała. Staliśmy, a strzelali z Poznańskiej. Na poczcie róg Poznańskiej i Nowogrodzkiej szwaby siedzieli – z dachu, z okien strzelali. Wszyscy plackiem się położyli w kolejce, leżeliśmy, jakoś ucichło. Głowę lekko wychyliłem poprzez oparcie, tak żeby mnie w oknie nie było bardzo widać. Nikogo nie było. Dałem nura prosto do bramy, bo akurat do chodnika tory dochodziły. Już w bramie siedziałem, zaraz przed Poznańską, to już byłem dobry. Ucichły strzały, udało mi się przebiec na drugą stronę, czyli w kierunku Marszałkowskiej.
Pojechałem [wcześniej] do Włoch, bo mojej mamy brat, który u nas został, mieszkał, chory był. Miałem pszenicę, żeby kaszę zrobić, z tą kaszą jechałem do domu. Nieważne. Po ścianie, plecami do ściany – jeszcze jeden facet przede mną był – żeśmy się dociągnęli do Marszałkowskiej. Walili dalej, bo widać było po pociskach. W strzelaniu byłem obyty. Ten, co przede mną stał, przeleciał. Patrzę: fiuu, mózg razem z pociskami poleciał z jego głowy do jezdni. Mówię: „Wesoło jest!”. Ale byłem trochę, nie wiem, głupio odważny. Czekałem oparty o kratę sklepu. Oparłem się tak, że jak bym mógł, to bym w ten mur wszedł, tornister trzymałem. Stałem tam więcej jak pół godziny, a oni pukali sobie, gdzieś dalej strzelali. Tu nikogo nie było, nie musieli strzelać. Strzelali trochę z karabinu maszynowego. Jaki to był, cholera go wie, bo nie było widać. Przecież nie będę się oglądać. Ale jak chwila ciszy była, wykorzystałem. Susem, ile miałem siły w nogach, przeleciałem, szyny tramwajowe przebiegłem, wpadłem za budynek. Strzału żadnego nie było Z tornistrem biegłem, ciężkawy był, ale przeleciałem. Do domu przyleciałem. Mama się pyta: „Co tam się dzieje?”. − „Mamo, przecież by mnie utłukli przez tę kaszę!”. Ale doleciałem, powiedziałem jak. Koniec na tym, że się dostałem szczęśliwie. Później, wieczorem wstałem, patrzę: hurgot, śmietnik wyciągają. Śmietniki w podwórkach były w kubłach żelaznych. Wyciągają śmietnik do bramy. Mówię: „Mamo, muszę iść, zobaczyć, co się dzieje”. Barykadę robili przy Marszałkowskiej. Poleciałem, powiedziałem, co jest, przyszedłem, położyłem się spać. Na drugi dzień żołnierza widziałem w wojskowym mundurze przedwojennym. Chodził z opaską, fajny, „Lech” miał pseudonim, tak się przedstawiał. Mówi: „Co, chciałbyś powalczyć?”. − „Wie pan, co ja bym chciał? − taka rozmowa drętwa była − Chciałbym”. − „Mama ci pozwoli? Ile masz lat?” − „Skończyłem akurat szesnaście”. W 1931 byłem rodzony. „Człowieku, takich chłopaków jak ty, mamy sporo. Nie bój się, spytaj się mamy, czy ci pozwoli”. Został przy wejściu do klatki schodowej. Poleciałem: „Mamo, czy będę mógł iść walczyć w Powstaniu? Bo Powstanie jest, wszyscy idą walczyć. Ten pan, co w mundurze chodzi, jest właśnie Powstańcem. Powiedział, że tyle lat mam, że mogę iść”. Moja [mama] była patriotką, ale to inna sprawa. „Nie bądź za mądry, nie mądrz się!” – jak to zwykle matki. Mówię: „Co się będę mądrzył, jak nic nie wiem?”. Poszedłem do niego, powiedziałem, że mama pozwoliła. Inteligentny chłopak, niemiecki znał perfekt. Przyszedł ze mną do mamy podziękować, że mi pozwoliła. „Bardzo ładnie pani zrobiła − wiedział jak mam na imię − że Jasiowi pozwoliła”. − „Proszę pana, przecież bym go nie utrzymała w domu, on lubi strzelać przecież”. Fakt, w rodzinie się napukałem z tych flowerów.
Byli wojskowi, kuzyn jakiś dalszy, ale nie pamiętam, z kim byli. Mój ojciec był [w wojsku], szablę miał, ale gdzie służył, nic nie wiem. Dokumenty wszystkie się spaliły i koniec. W każdym razie z mamą poszedłem szablę zdać do starostwa, bo jak weszli Niemcy, to zaraz rewizję robili i kazali oddać. Radia szukali, broni, szabla też.
Tak było, że – wracam do Powstania – [Powstaniec] też podziękował mamie i poszliśmy na Kruczą. Żurawia przy Wspólnej był budynek, między Wspólną a Hożą, do tego budynku mnie zaprowadził na górę. Jakieś dowództwo tam było, oficerów z AK było trochę. Przysięgę złożyłem, dostałem opaskę, legitymację, przydział. On to wszystko załatwił za mnie, bo przecież nie znałem reszty tych ludzi. Już byłem przydzielony – Mańkowski, do Mańkowskiego – już wiedziałem, w tej grupie się trzymam. Nawet na kwaterze nie spałem nigdy, bo mieliśmy kwaterę róg Kruczej i Nowogrodzkiej, w tym budynku, a [mieszkałem] parę domów dalej, to do domu leciałem. Tam i zjeść co miałem, bo mama robiła coś do jedzenia. Ale nie zawsze mogłem, to inna sprawa.
Tak już się tam wczepiłem, przydzielił mnie i już cały czas z tym plutonem chodziłem na akcje. Czasu nie miałem prawie, bo myśmy mieli dość ciężkie punkty do walki. To była strona nieparzysta Alej, czyli jak wejdziemy od Marszałkowskiej, to po prawej stronie, tak jak muzeum. Domy już były częściowo poburzone, już były wcześniej walki. Przydzieli nam [odcinek], gdzie jest barykada, przejście. […] Jest znane zdjęcie, zawsze warta stoi przy bramie. Barykadę chcieliśmy robić. Barykadę żeśmy zrobili, ale przejścia nie można było zrobić, bo się [trochę] wykopało w głąb i już był tunel ze Śródmieścia.
Przez Aleje, poprzeczna, [numer] dwadzieścia ileś. Nawet jest fragment barykady, jest początek, a po drugiej stronie jest koniec barykady. Nie można było nic zrobić, bo beton był od tunelu, ale to taki beton, że żadne wybuchowe środki nie dawały rady. Wiercili dziury, powkładali, nic. Kawałek odleciał, koniec. A jak się worków nakładło wzdłuż, to podjechał z muzeum czołg, stanął przy Brackiej, dwa, trzy razy strzelił i po barykadzie, worków nie ma. Miał łatwy cel, strzelał tylko po jezdni. Tak że ludzi trochę zginęło. Mój kolega też zginął. Rozmawiam z nim, patrzę, a on ma rozwaloną klatkę. Odwróciłem go – już go nie ma. Z rykoszetu dostał, bo występ był przy bramie, murek z prętami. Pocisk wpadł, o pręt się [odbił], prosto mu w klatkę. A brama była otwarta. Po chłopaku. Nie tylko on jeden zginął. Tak że myśmy mieli ciężkie punkty. Nie tylko my zresztą. Było ciężko głowę wysadzić. Przy muzeum, jak budynek odbiliśmy, wjechał czołg w bramę szkoły. Tak mnie korciło, żeby na czołg wskoczyć, wziąć ich peryskop! To są dobre lunety ściągające. Wziąłem coś i poleciałem, na Nowogrodzkiej, numer domu 22, to lewa strona, na wprost Niemcy siedzieli w budynku od Alej. Leżał szkop na dużym stole stołowym, erkaem miał. Tak walił! Było przejście w domu po naszej stronie, w korytarzu. On zauważył, że tam przelatują ludzie. Były drzwi otwarte akurat na wprost okna w jakimś mieszkaniu. Zauważył, że przelatują, to pruł na amen, w murze dziurę wywalił z karabinu. Chciałem zobaczyć, jak to wygląda. Tylko tyle zdążyłem zobaczyć, że tam leży… Nagle jak mnie nie trzaśnie w głowę! Nawet hełm już miałem wtedy. On mnie prosto w szkło wycelował. To snajper musiał być, z erkaemu by nie trafił tak od razu. Musiał gdzieś snajper siedzieć i trachnął mnie w szkiełko, już było po lunecie. Tak że było ciężko w ogóle wysadzić głowę.
Ten budynek myśmy też odbijali. Nie pamiętam nazwisk wszystkich oficerów, nie znałem po prostu. Tam było takie stanowisko wychodzące na podwórko domu, na Aleje. Postanowili wpierw do piwnicy przez okienka piwniczne wrzucić granaty – po dwa, po jednym, ile kto miał – żeby w piwnicy hurgotu narobić. Myśleli, że Niemcy wylecą z tego domu, z piwnicy. Nic podobnego. Później żeśmy jeszcze podpalili butelki, rzuciło się. Z budynku na Nowogrodzkiej – to wysoki też budynek – na dach tamtego granatów trochę się rzuciło, żeby blachę podziurawić, i butelkami się zapaliło i się paliło. W każdym razie ani jeden Niemiec nie wyszedł. „Gdzie te diabły siedzą?” – tak się mniej więcej mówiło. Z „Lechem” byłem. Niemiecki znałem trochę, bo mnie sąsiad Żyd uczył niemieckiego od małego, a [„Lech”] też. Poszedł pod wyjście z piwnicy, do nich po niemiecku mówił, żeby wychodzili, że budynek jest zajęty, żeby się poddawali, bo będą spaleni. Taki moment zauważyłem, że… Bo z okienka do piwnicy gruz był usypany do podłogi. „Rzuć karabin!” – jeszcze on mówił. Żeby broń tyłem podawać, wszystko im powiedział. Patrzeć – idzie karabin, wysuwa się. Nagle strzał w piwnicy, a on jedzie z powrotem z tym karabinem, czyli go drugi Niemiec zatłukł. To też była ciekawa rzecz, bo dwa granaty wrzuciło się, w jedno okienko z kąta i w drugie, i nikt nie wyszedł. Jak się okazało, oni mieli przejście na podwórko i tam wyszło ich czterech czy trzech, paru wyszło. Rwałem się, żeby ich odprowadzić do dowództwa na Kruczą, ale nie, bo już jakichś tam ustawili i zaprowadzili ich. Niemcy się poddali. Ten z tego stołu też zginął. Gdzieś go diabli wzięli, nie było go, no uciekł gdzieś. Mieli przejścia. Co się dziwić – tak jak my, tak i oni mieli. Dom też się zdobyło – to był drugi dom od Marszałkowskiej czy trzeci, już nie pamiętam. Teraz jest pozmieniane wszystko. Tak że do Kruczej mieliśmy wszystkie domy wolne od szkopów.
No ale to było stanowisko barykady, to też nie było wesoło, stale tam podjeżdżali. Szło się na górę i butelkami się w nich rzucało, jak jechali. Tam spalili czołg. Namówił mnie… jak on się nazywał… aktor, Zenek. On w „Podwieczorkach przy Mikrofonie” występował, był w stopniu porucznika już wtedy. Zenek… Imię się pamięta, a nazwiska nic. Jak coś potrzebuję, to muszę gdzieś po książkach szperać. On mnie [namówił] (jakiś sierżant jeszcze był), żebym sobie nogi owinął, bo działko przeciwpancerne stało przy drzewie, im przyszło do głowy, że to działko jakoś odczepię czy coś. Już nie pamiętam. Gdzie! Mnie wykryli, to ja na brzuchu cały czas się czołgałem dobre kilkanaście metrów, ale nie było głośno, bo w szmatach, bez broni byłem, nic nie było słychać, nogi poowijane jakimś workiem. Ale wykryli cholery, łachudry. Zdążyłem zauważyć, że to działko jest łańcuchem przyczepione do drzewa. To co zrobię? Nic. Wycofałem się. Początkowo jak rak, tyłem, w kierunku muru, jak najbliżej. Doszedłem do bramy, jakoś się podczołgałem. Wpadłem, mówię, że to jest nie do wzięcia, bo łańcuch jest do osi. Dlaczego to działko było, to nie wiem, bo przecież „goliaty” tam puszczali, małe „czołgi” naładowane wybuchowym [materiałem]. Ale załatwiło się jednego „goliata”, bo celnie któryś rzucił, kable z tyłu sterownicze mu odcięło i on został. Wysadzili go sami Niemcy, walnęli w niego. Od strony Żywca strzelali, od Marszałkowskiej, od muzeum, od dworca. Raj tam mieli Niemcy, po tamtej stronie nasi nie mieli co nawet robić.
Tak że to jedno to zeszło… No, nic nie wyszło z całej naszej barykady. Następny dom żeśmy musieli odbić: Marszałkowska róg Nowogrodzkiej. Narożny dom, spod którego przelatywałem na drugą stronę. Już „ukraińcy” siedzieli w tych domach. Na górę żeśmy poszli, na poddasze, na strych. Przez okienka trochę żeśmy obserwowali. Kręcili się, było ich trochę. No ale wykryli wariata… Niektórzy to się nie zastanawiali: wsadził karabin [w okienko], są takie okienka do powietrza – jak rąbnęli granat jeden, drugi, dostał prosto i gotowy. Tadzio Dobrowolski, kolega, starszy ode mnie. Zaczął pracować akurat w Gazowni Miejskiej, jego ojciec tam pracował, on też. Napracował się.… Zginął. A dom był odbity, bo na naszą stronę nie przeszli, tylko tam siedzieli. Ostrzeliwali też, bo i z poczty strzelali, z Poznańskiej, tak że ich było sporo. Tak na marginesie: z tego domu wyskoczyli „ukraińcy”, było ostatnie zawieszenie [broni] i wzięli mnie do niewoli. A w zawieszenie się nie bierze do niewoli, ale takim ciemniakom nic nie dociera do mózgu. Niemcy ich po to trzymali, że oni byli od roboty już czysto mokrej. Nie daj Boże, jak kobiety były, szkoda mówić.
Na Widok widziałem, leżały. Butelkę miała jedna w pochwę wsadzoną, leżała. Musieli ją dobrze wymordować. Na Widok wszystkie kobiety wymordowali. Nie wiem nawet, jaki numer to był, ale to znane było, że tam wszystkie kobiety wycięli. Klombiki były kiedyś na podwórkach, to tam właśnie. To sadyści byli, zwyrodnialcy – cięli nożami.
Nie, nie, to nie z moich oddziałów, bo to szli od strony Starówki. Jakiś oddział zajął Widok, a w Alejach nie wiem, kto był. „Cristal”, wszystko już było zajęte przez naszych – róg Nowego Światu, Bracka, Orbis jak teraz jest – to było już przez naszych zajęte, [druga] strona też przez naszych, ale nie można było nic działać. Niemcy jeździli czołgami, piechotą nie chodzili, strzelali, w Kruczą. W Bracką jakoś nie, bo nie było żadnego ruchu. Na Kruczej przejścia były, kwatery, inne rzeczy, tak że tam ludzi było [dużo]. Podjechali i walnął. Też dostałem małym odłamkiem, zatoczyłem się, ale nie było rany, bo miałem kurtkę ciepłą, watowaną. Odłameczek mały był, ale jak walnął, to zawsze siła jest. Tym pociskiem w latarnię obok trafił, stąd wybuch pocisku. Ale tragedii nie było. W Alejach Niemcy nie chodzili piechotą, absolutnie, tylko z czołgów walili. Wiedzieli, że tu jest pełno wojska, to bali się chodzić, bo by ich wycięli nasi co do sztuki. Już trochę amunicji było. Ruscy nam przecież pomagali, niech ich szlag nagły trafi.
Kukuruźniki latały, to już była trochę późniejsza faza Powstania. Kukuruźniki do wojny są dobre w użyciu, bo on, cholera, cichy jest, zmniejszy obroty silnika, jak szybowiec leci. Jego nie słychać, nagle bum! Zrzucili na przykład pół krowy na jezdnię, w piach, w gruz walnęli. Naczyścili się, ale do zjedzenia poszła. Jak zrzucali amunicję w Alejach, to na podwórko. To nie był dom, co barykada wychodziła, tylko brama dalej, tam podwórko było. Zrzucili w skrzyni bez spadochronu. Amunicja, gilzy – wszystko było pogięte. Dawali potem chłopakom, żeby to rozbierać, żeby proch wysypywać. Takie rzeczy. Ale oni mądrzy są – „cały czas nam pomagali”. Tak było, że na Nowogrodzkiej dom żeśmy odbili. Później było jakieś stanowisko na drugim piętrze czy coś, na balkonie, workami obłożone. Nie można było wyjść, bo z poczty walili jak w kaczy kuper, jak to się mówi. Mieli przecież jak na dłoni. Nikt nie wychodził, bał się. Oficerowie też wiedzieli, że nie można wysłać chłopaka z bronią, bo go zatłuką za minutę. Krótko to trwało. „Tadek” zginął, jeszcze jeden, też go nie znałem.
Później żeśmy się przerzucili, jak żeśmy stamtąd poszli, na szkołę „agrilowską”, na Nowy Świat, żeby tę szkołę odbić od szkopów. To też był budynek [zniszczony]. Raz dostał jakąś pigułą, klatka schodowa była całkiem zwalona, stopni nie było, tylko wisiały stopnie na prętach, po tych prętach się człowiek opuszczał. Cała szkoła była w naszych rękach, odbiliśmy ją. Żeśmy strzelali jedni do drugich. To był wypalony budynek, nie było [nic] widać w ogóle. Strzelił jeden z karabinu, drugi, nic nie widać w pyle. Rannych było trochę. Z „Lechem” poszedłem do okien, które wychodziły na ogród szpitala Łazarza. Tam było coś jeszcze widać, ale nikogo nie było, nie było w co strzelać. [„Lech”] zobaczył jakiegoś Niemca, strzela, nie trafił go. To było za daleko, drzewa jeszcze były, w ogrodzie rosły, młodsze, starsze drzewa. On miał karabin, wolał z karabinu strzelać, był dobrym strzelcem, a ja takiego szmajsera wziąłem po szkopie. Jak zacząłem strzelać z okna, to zasypał się i zapiaszczył się, nici z tego. Trzeba było go czyścić później, ale wszystkiego się człowiek nauczy. Tak że [szkołę] odbiliśmy. I co tam było ciekawego. Podobno dali jakiegoś oficera ze Starówki, żeby dowodził tą częścią budynku. A to był prawie koniec budynku, brama, mała klateczka schodowa była. On polazł na górę, nie wiedział, że my na dole jesteśmy, i nie zostawił nikogo z żołnierzy, żeby pilnowali parteru. Szkopy się zaczęli gnieździć powoli na parterze. Jeden zszedł i od razu dostał, dopiero się szum zrobił. Tego porucznika jakiś z dowódców wyrzucił na zbity łeb stamtąd. Jak można zostawić wojsko bez żadnej osłony? Przecież walka uliczna to nie jest walka w polu. Wystarczy głowę wysunąć kawałek, snajperzy siedzą, ciachnie i do widzenia. To bardzo ciężkie walki są, trudne po prostu. Ale jakoś to wyszło, że ja zostałem… „Jur”, jak on… […] Umarł, byłem na jego pogrzebie. […] Ten, co zginął przy mnie, w plecy mu walnął, to on jest „Bill”, Malarski Jerzy on się nazywał… Jego tu nie ma [w przeglądanych źródłach], nie wiem, czy dostał krzyż, czy nie dostał. Mańkowski to mój dowódca, należał do kompanii „Osa”. O, „Dryblas”. „Dryblas” sobie w muzeum sam nogi przestrzelił. Jak on strzelał, to diabli go wiedzą. Któryś zauważył: leżał na plecach, nogi miał o ścianę oparte. Później okazało się, że ma dwie nogi przestrzelone. Może strzelali, jak dym był od kanonady. „Dryblas” nazywał się [Wiesław] Jasiobędzki.
Nie, u nas tego nie było. Nie, takich świństw nie było. Był jeden kolega, Malinowski się nazywał, nie znam jego pseudonimu. On się bał panicznie, jego całą okupację matka do piwnicy [zamykała]. Jak Niemiec szedł od Marszałkowskiej, Nowogrodzką, to do piwnicy go zamykała, żeby nie wylazł na ulicę. Ale jak szliśmy na muzeum, on w nocy papierosa zapala. Wariat czy co? Każde światełeczko widzialne przecież, a Niemcy siedzieli zaraz obok – on papieroska zapala. Oficer go ochrzanił, za przeproszeniem, wyrzucił, kazał mu iść z powrotem na kwaterę i do widzenia. […]
O Szpital Łazarza to nie myśmy walczyli. To tam z dołu, od Czerniakowskiej, Rozbrat, tamte oddziały. Ale szpital był odbity, tylko ogród nie, szkopy chodzili po ogrodzie cały czas. „Jur”… Nie ma go tutaj [w przeglądanych źródłach]. „Dryblas”… Na niego „Dryblas” mówili, bo był najwyższy. Na politechnice [pracował]. Nie wiem, czy jeszcze pracuje, nie, na emeryturze już dawno jest, naukowiec. […]
Nic. Albo się szło do domu i spało się, albo jedzenie jakieś dawali, to się poszło pokręcić. Nic się nie robiło. Raz się wybrałem… To też wesoła rzecz była. Na rogu Żurawiej i Kruczej był lokal Narcyz, kawiarnia ładna, przedwojenna, fortepian. Ktoś puścił kaczkę, że będzie Fogg śpiewał. Poszedłem. Faktycznie, już siedzieli na krzesłach, krzesłach, był fortepian, przyszedł Fogg. Nagle jak nie rąbnie! Jeszcze nic nie zaśpiewał. Trzasnęli przed budynkiem pigułę, tę „krowę” walnęli, tak zwanego wyjca. To niebezpieczne, bo nie wiadomo, czy burząca, czy „luftmina”, czy powietrzna. Powietrzna – krew z ust idzie i nic więcej. To pod fortepian… Fogg się zwinął do takiego pomieszczenia, reszta na podłogę. „Krowa” jedna walnęła i koniec, już było po koncercie. Śmialiśmy się później.
O, Makowiecki, strzelec. Umarł, byłem na jego pogrzebie. Ja bym on nie poznał. Kiedyś się starałem, pisałem do gazet niepotrzebnych. „Gdzie ty piszesz? […] Człowieku, trzeba było nie pisać, my tych gazet nie czytamy”. – „Skąd mam wiedzieć?” Z zagranicy przyjechałem, to [skąd] mam wiedzieć, co oni czytają. Bo ja opisałem swój przebieg [udziału w Powstaniu] dowódcy. On się Przecławski się nazywał, kierował grupą wszystkich naszych Powstańców. Powiedział mi, co mam robić, co mam przynieść. To co miałem, jakiś świstek w domu znalazłem, to przyniosłem. Legitymację zniszczyłem, bo mnie wieźli, musiałem ją zniszczyć. Jak by zobaczyli, to by mnie w czapę dali. A ja i tak byłem w opasce. Też to jakoś głupio zrobiłem, bo nic nie przebierałem się, zresztą kiedy, jak mnie wzięli pod ręce „ukraińcy”, oczy zawinęli. Co miałem robić?
Było czterech facetów na rogu Marszałkowskiej, po stronie EKD, po przeciwnej, nieparzystej. Staliśmy, rozmawialiśmy. Czterech nas było Powstańców. „Cześć”. – „Cześć”. Nikt z nas się nie znał. Nagle wyleciała banda „ukraińców”. Otoczyli nas, za ręce trzymali, drugi oczy zawiązał raz dwa, pod rękę prowadził, gdzieś przez bramę, po wertepach. Ponieważ wszystkie domy znałem dobrze, [wiem, że] zaprowadzili mnie na podwórko tyłu hotelu Polonia. Nikogo tam nie było. Oczu mi nie rozwiązali, dopiero przyszedł jakiś sierżant, malutki kurdupel, z laską. (Później się z kimś zgadałem, on też go prowadził […] w czasie Powstania). No i oczy mi rozwiązał, patrzę, jestem na Polonii. Zaprowadził mnie na pierwsze piętro, wpuścił do przedpokoju, wejście, jakiś wielki apartament. Patrzę, a tam – o rany Julek! – stół zastawiony, taki jak przez całe moje mieszkanie: szynki, wódki, co tylko chciał. Mnie ślina poleciała. A miałem ze sobą… Walthera to nie miałem, jak byłem na Marszałkowskiej, tylko bagnet mi wisiał z tyłu. Zaprowadził mnie na pierwsze piętro, gdzie ten stół. Patrzę, wychodzi jakiś z „trzepaczkami” na pagonach, na naramiennikach, oficer. Po polsku mówi. Mówię: „Aha, to ty Ślązak albo z Pomorza”. Oni polski znali, niemiecki też. Ale grzeczny, sierżanta wywalił, kazał mu czekać za drzwiami. Obaj zostaliśmy. Wyciągnął mi bagnet, położył na parapecie na oknie, papierosem mnie poczęstował. Miałem papierośnicę, szkopowi utłuczonemu wyciągnąłem z kieszeni, w Alejach jeszcze. Papieroski eleganckie, „ofersztolce” się nazywały, znane, płaskie papierosy. Papierośnica ze skórki kozłowej, cieniutka, ładna, czerwona. On mnie poczęstował, zapaliłem. Wpierw mnie się pyta: „Jak pan tu przyszedł?”. − „Sierżant mnie przyprowadził, bo mnie złapali »ukraińcy« na Marszałkowskiej, przed domem na rogu”. − „Aha”. Już się więcej nie pytał. Nalał wódy w kieliszek, przyniósł mi. Stałem oparty o parapet okna. „Napijesz się?” Na pan mówił, nie na ty, grzecznie. Mówię: „Nie, dziękuję, nie piję w ogóle. Palić, to palę, ale nie piję”. Jeszcze się pytał, co robiłem. Mówię: „Po żywność chodziłem, a tu walczyłem”. − „Gdzie pan walczył?”. − „Koło muzeum”. Zdziwił się. „No dobrze”. Jeszcze powiedział [coś takiego], że mnie to zatkało. [Spytał]: „Gdzie pan ma broń?” − „Zostawiłem, po co mi? Zawieszenie broni jest”. Nawet nie wiedziałem, że jest zawieszenie broni, dopiero się na ulicy dowiedziałem. Cisza taka, co za diabeł? Do tej pory walili jak cholera, a tu cicho. Wyszedłem na ulicę, przed dom, dopiero mi powiedzieli, że jest zawieszenie. Poszedłem. Jakiś oficer niemiecki z naszym się wita, rękę sobie podawali. Mówię: „To nie jest tak niebezpiecznie”.
Nie pamiętam tego. Rano było, przed dziesiątą. W domu coś zjadłem, mama jakąś zupę miała, zjadłem trochę zupy. Dnia to nie pamiętam, takich detali nie pamiętam. No ale ostatnie zawieszenie to łatwo, to był 2 października chyba. Jest rozkaz z pierwszego, a zawieszenie było, zdaje się, 2 października, tak że to był dzień wcześniej.
Koniec, już nie było… On zawołał szkopa, sierżanta i po niemiecku mówił. Wiedziałem, co mu mówi. Wcale się nie przyznawałem, że znam niemiecki. Czasem nie jest dobrze od razu się chwalić. Oni też mają swoją głowę. Kazał mnie zaprowadzić na Raszyńską róg Niemcewicza. Tam jest do tej pory szkoła. On mnie prowadził. Tam widziałem tę kobietę przy wieży, co jest na Filtrach, przy Lindleya. Przeprowadził mnie przez Filtry, na Oczki. Jak żeśmy skręcili z Poznańskiej – ogródki działkowe kiedyś były między Nowogrodzką a Poznańską – przez te działki, w Oczki. Żeśmy doszli do połowy Oczki, tak jak prosektorium teraz jest. Patrzę, jabłka wywalone, ładne na chodniku leżą. Już byłem w kombinezonie, bo kombinezon dostałem, pasem byłem ściągnięty. Pytam się szkopa, czy można. – Ja, ja. Naładowałem za bluzę trochę jabłek i żeśmy poszli do szkoły. Tam to od razu w pysk dostałem.
Od takiego esesowca, jakiś młody esesowiec. Jak mnie przyprowadził, to mnie sprowadził do piwnicy, tam mieli biura. Coś się jego spytałem, a on mnie trzasnął i do widzenia, już nie zadawałem więcej pytań. Zdjęcia mi zrobili pod murem, z rękami do góry. Cały czas opaskę miałem, tylko hełm zostawiłem, hełmu nie miałem ze sobą. Podejrzewam, że ta opaska mnie uratowała, bo wiedzieli, że się nie maskuję. Był barak koło budynku, na terenie szkoły na Niemcewicza. Wchodzę, siedzi jakiś starszy facet. Mówię: „Dzień dobry”. Nic nie odpowiada. Pytam: „Skąd pan jest, jak się pan tu dostał?”. On nic. „Głuchy – mówię – cholera! Niech nie gada”. Usiadłem na ławce przy oknie w baraku, patrzyłem. Widać było wszystko, co się dzieje na zewnątrz. Siedziałem, wypaliłem chyba dwa czy trzy papierosy. Patrzę, jedzie jakiś samochód do bramy – bo to tuż przy bramie – wjeżdża, a na nim trzech naszych akowskich oficerów z zawiniętymi oczami. Jeden wyskoczył z samochodu, poleciał do piwnicy. Wyszedł ten, co mnie trzasnął, obejrzał, coś do siebie powiedzieli, zeszli na dół, pojechali gdzieś z oficerami. Siedziałem, jeść mi się chciało jak diabli, ale jakoś szczęśliwie się ułożyło, bo obiad był zaraz. Nasze baby mi przyniosły, Polki, kuchnię prowadziły Niemcom. Przyniosła mi śledzi z kartoflami, trzy połówki śledzia, ziemniaki na misce, ale do picia nic nie było. Zjadłem. Ten facet prawie nic nie ruszył, to opędzlowałem w try miga. Będę się przejmował! On siedział jakiś… Nie wiem, czy dostał od Niemców, czy co. Dziwny człowiek, nie odzywał się wcale. Ona poszła, zabrała miski. Mówię: „Co tu się napić? Dzbanek jest, ale pusty”. Jak po miski przyszła, to przyniosła kawy, napiłem się tej kawy. Już szarówa się robiła. Patrzę, jakaś furmanka wjeżdża na teren szkoły, słomą wyłożone wszystko, trzech szkopów. Też jeden poleciał do piwnicy. Wyszedł ten, co mnie trzasnął. To jakiś oficer, nie wiem, jaką rangę miał. Coś bełkotali ze sobą. Wszedł, kazał mi siadać na tę furę. Usiadłem, już się ciemno zrobiło, wyciągnąłem legitymację, ładnie w drobny maczek [podarłem], w słomę zamieszałem. Nic się specjalnego nie stało. Zawieźli mnie do akademika. Jeszcze przed tym zdjęć narobili bohaterskich, niby mnie rozstrzeliwali. Stałem jak kołek drętwy, nic nie reagowałem, mózg mi nie pracował jakoś. Repetują: „Odwracaj się”. Kazali przodem do ściany, stałem przodem, repetują, celują we mnie. Żaden nie strzelił. Później kątem oka zauważyłem, że z boku stał, robił zdjęcia. To też dobre, psychicznie działa na człowieka coś takiego. Wyjechałem do akademika. „Ukraińcy” znowu – cholera, zakochali się we mnie chyba – wysadzili mnie z fury, zaprowadzili do bramy. A w bramie „ukraińcy”. Wiedziałem tylko, że to po rosyjsku, ale nic nie rozumiałem, co mówią. Skąd miałem znać ten język? Zaprowadzili mnie na górę, rozebrali dokładnie, pas, wszystko. Zrewidował, papierosy zabrał, zapalniczkę zabrał. Dokumentów innych poza legitymacją nie miałem. Do celi mnie wsadził. Nikogo nie było, ciemno jak u Murzyna, żadnej żarówki, światła, nic. Łóżko – same sprężyny, bez żadnego materaca, żelazne łóżko. Mówię: „Niech będzie, jakie jest, takie jest”. Położyłem się na tych sprężynach. Rano się czułem, jakby mnie kto młotkiem obił. Jak się szaro zrobiło, to po cichutku… Są tam okienka, do tej pory wszystko jest tak, jak było, kwadratowe okienka. Nie sięgałem, ale jak łóżko podsunąłem, to widziałem dokładnie cały plac Narutowicza. Ludzie szli z tobołami wypędzani na Dworzec Zachodni. Ludzi pędzili na wywózkę. Rano przyszedł jakiś gestapowiec, miał parabelkę urzędowo za pasem, mówię: „Oho, coś się święci”. Tak sobie pomyślałem, ale nic nie mówię, nic się nie odzywam. W ogóle jakiś drętwy byłem, nie wiem dlaczego. Nie myślałem o żadnych zabiciach czy coś, nic. Ciekawe, bo gestapowiec, cholera, też po polsku, łamaną polszczyzną mnie pyta. Zabrał mnie ze sobą do swojego pokoju, dwa czy trzy pokoje dalej, pytał się, jak się nazywam. Powiedziałem, jak się nazywam, Armia Krajowa, jaki stopień, wszystko powiedziałem. Mnie [nie] zależało, w czapę dadzą, to dużo narobią… W kombinezonie byłem, przecież było zimno, cholera, już zimne noce, październik przecież, nie ma śmiechu. Kazał mi wrócić, do celi poszedłem, [to znaczy] do tego pokoju. Za jakiś czas przyprowadzają młodego nygusa, ale trochę starszy ode mnie. „Co tu robisz?”. − „Uciekałem przez Pole Mokotowskie, złapali mnie”. Na Mokotów do rodziny chciał się dostać. Przyprowadzili go, już nas dwóch jest. Jeszcze jednego później, starszy facet, to już nas trzech. Na drugi dzień przyszedł ten sam oficer z dwoma „ukraińcami”, oni po cywilnemu, w swetrach. Pytał się jego po polsku, czy on Powstaniec. On mówi, że nie. Ten to chociaż mówił, a tamten na Raszyńskiej to niemowa jakiś. Kiwnął oczami na „ukraińców”. Jak podszedł, to jak go trzepnie raz, jak go trzepnie drugi! A stał przy ścianie, tylko głową się odbijał, zaraz krew się polała. Jeszcze raz dostał porządnie, zsunął się i leżał. Co my mu pomożemy, jak nie ma nic. Wody nie było w dzbanku, stoliczek malutki w rogu stał, miski można postawić, kubeł na sanitarne sprawy. No nic, krwawił. Aha, przynieśli jedzenie jeszcze. Później rozdawali obiad, brzękali łyżkami, słychać było. Mówię: „Będzie zaraz jakieś jedzenie”. Nic nie mówił. Zapuchnięty, całkiem rozwalona głowa, miał rozciętą całą prawie. Przynieśli jedzenie, no to żeśmy zjedli, ale on przecież [nie mógł]. Żeśmy na łyżkę brali, dmuchali, żeby to letnie było. Ręką odpychał, nic nie mógł powiedzieć, nic nie jadł – ani pić, ani nic. Nie, później, jak wodę przyniósł, to z łyżki trochę widać było, że trochę połknął. To był jeden dzień, co zjadłem obiad u nich. Na wieczór przyniósł jeszcze po kromce chleba razowego, bez niczego, kawa, to też się zjadło.
Zaraz powiem. Na następny dzień, co zjadłem ten obiad (też nie pamiętam, jaki to dzień, nieważne), przyszedł oficer. Zawołał mnie do siebie, dał mi kartkę, takie pisemko. Tam [było] moje imię, nazwisko, moje dane, co mu podałem. Ja byłem tym w kombinezonie. Tam, pomimo że w pokoju spałem, to zmarzłem, żadnego grzejnika nie było przecież. Dał mi palto z wielbłądziej wełny. To piec, nie palto! Leżało na podłodze pod oknem. Pewno zatłukli jakiegoś i te palto zostało. Bo studenta, to jeszcze ja byłem, to zatłukli „ukraińcy”. Dał mi to palto i powiedział: „Bierz i już”. Kazał mi wracać do celi. [Tam te] palto przymierzyłem, [drugi więzień] śmiał się: „Wyglądasz, człowieku! Rękawy tyle za długie!”. − „Co się martwisz, zawijaj mi te rękawy”. Zawinął i dobrze. Pas od kombinezonu na wierzch założyłem, spiąłem sobie. Że trochę przydługie na mnie było, to nie martwiłem się tym, miałem ciepło. Wielbłądzia wełna jest bardzo ciepła, to nie owcza wełna, to grzeje jak ta lala. Jak się ubrałem, to przyszedł po mnie oficer, żebym szedł. Nawet się nie pożegnałem. Poszedłem. Nie wiedziałem, gdzie idę, nie mówiłem „do widzenia” ani nic. Sprowadził mnie na dół. W bramie stali żołnierze, kazał mnie odprowadzić do kolumny, co cywile wychodzili z miasta, włączył mnie tam.
Na Zachodni żeśmy poszli, maszerowaliśmy sobie. Opaskę miałem pod paltem, nie zdjąłem opaski. Z Zachodniego nas popędzili piechotą do Ursusa, do zakładów. W Ursusie stał ładny towarowy pociąg. [Pojechaliśmy] do warsztatów, hala była z obrabiarkami, słoma. Widać było, że ludzie tu byli wcześniej. Do hali [nas] zaprowadzili, czekaliśmy. NSDAP, hitlerowcy, czarni, SS, cała śmietanka szwabów była, oficerowie wyżsi, pejcze w łapach. Nic się nie odzywałem, tylko się patrzyłem, czy w łeb gdzieś nie dostanę znienacka. Nie, jakoś się obyło. Zrobiła się pora obiadowa, obiad rozdawali, czyli zupę. Ludzie, cywile, co wychodzili z mieszkań, gary sobie pobrali, miski, a ja nic, nawet czapki nie miałem. Zupę dawali, ludzie zjedli. Jakiś facet starszy przyszedł, bardzo miły zresztą, do dzisiaj go pamiętam, mówi: „Proszę pana, czym pan będzie jadł? Przecież pan nic nie jadł, a oni zaraz skończą. − Dłużej był trochę, znał układy. − Pan idzie do kuchary, co wydaje zupę na hali”. Było okienko, poleciałem raz dwa, mówię: „Proszę pani, mnie teraz złapali, nie mam w co wziąć, nic nie mam, łyżki żadnej, puszki”. − „Pan poczeka”. Przyniosła mi puszkę. Kiedyś były ogórki pięciolitrowe, przyniosła mi [taką] puszkę z zupą i łyżkę dała do tego. Zjadłem zupy, ledwo dałem radę, umyłem [puszkę] – woda była – i idę z tą puszką do niej, a ona: „Pan sobie to weźmie, to mnie niepotrzebne”. − „Bardzo pani dziękuje”. − „Co pan będzie [oddawał], jak pan nic nie ma?” Tak było, faktycznie. Przyszedłem z powrotem i [mówię] temu gościowi: „Musze gdzieś drutu znaleźć, żeby uszy zrobić od puchy”. Tak było, że znalazłem drut, przy jakiejś maszynie dziurę się wywierciło w blasze. Już byłem dobry. Łyżkę miałem, to już nie narzekałem. Z tą puchą aż do obozu się dojechało. Pchły były – niech je szlag trafi – w tej słomie. Rano wypędzili nas wszystkich przed halę, zaraz był peron, stał pociąg towarowy. Darli gęby jeden przez drugiego, rozdzielali kobiety od mężczyzn, kobiety krzyczały, płakały. Co to da, jak z nimi nie ma płaczu. Nikt nie wiedział, gdzie jedzie. Przecież nie tłumaczyli, że jedziecie do obozu. A może do Oświęcimia, może gdzie, nie wiadomo. Trafiłem do wagonu, nie było dużo osób, nawet tłoku nie było. Jak już pociąg ruszył – nieduże okienka są przy suficie w wagonach towarowych – było otwarte na oścież. Jak pociąg jechał, to dęło zimnem, a ja w palcie – nic. Myśmy siedzieli jedno koło drugiego na podłodze, dookoła, na środku beczka jako ubikacja służyła, przykryta szmatami. We wszystkich wagonach tak żeśmy jechali. Jechaliśmy od rana, już ciemno się prawie robiło. Do Częstochowy żeśmy dojechali. Co ujechał, to zatrzymywał się. Przyjechaliśmy. Jakaś kobieta uciekała, to ją od razu zastrzelili przy samym pociągu, tak że ludzie widzieli to i nie uciekali.
Dojechaliśmy […] do Rzeszy, to był Śląsk, Jaworzno Szczakowa. Tam nas przetransportowali. Tam był obóz, w którym mieli nas odwszawić i higienę zaprowadzić. Wszystkich rozgonili po barakach. Były drewniane łóżka z siennikami, miski stały. Myśmy nie wiedzieli, co będzie. Ślązacy w czarnych mundurach niemieckich chodzili z bronią za pasem. Następnego dnia rano dali kawę. Wypędzali z baraków, kazali iść pod kuchnię. Dali chleba, dali kosteczkę malutką margaryny na pół bochenka chleba razowego. Ludzie to zjedli, później obiad. No i chętnych do roboty szukali. Jak się, wariat, wybrałem i wcale nie żałowałem. Jeszcze jeden gość [poszedł] ze mną, razem dwóch. Przydzielili nas do kuchni, żeby węgiel taczkami wozić do pieców. Dobrze żeśmy trafili – jakie żarełko było, jej. I zupa, i kawałek mięsa się trafił. Babki to Polki przecież, Ślązaczki. Węgiel woziliśmy im, najedzeni, dzień zleciał na tym. Część szła do kąpieli, do odwszalni i tak dalej. Na drugi dzień nasz barak i jeszcze jeden był przeznaczony do kąpieli. Poszliśmy, wykąpaliśmy się elegancko. Wszystkich [zdezynfekowali] lizolem czy karbolem. Jak byli mężczyźni, to kobiety pędzlowały mężczyzn, a jak kobiety, to mężczyźni pędzlowali kobiety. Kubeł miał, mop na kiju, jakieś płótna wisiały, maczał [i smarował] pod pachami i po karku jeszcze. Potem do baraku, a po drodze jeszcze odzież się brało z baraku, od razu się przebierało i szło się do czystego niby baraku. Barak to niech go szlag trafi. Żeśmy zostali, bo następnego dnia formowali transport. Nikt oka nie zmrużył, takie pluskwy były w baraku. [Byłem] pocięty, bo tną pluskwy, z sufitu zlatują. Taka była odwszalnia. Następnego dnia rano kawa, chleb i [byliśmy] wyprowadzani na peron. Już stał gotowy transport wagonów, były ustalone grupy, gdzie jaka grupa jedzie, do jakiego miasta, do jakiego obozu. Mieli z góry widać poustalane. Trafiłem na Hanower, jeszcze kilkanaście osób do Hanoweru. Pogoda wtedy się ładna zrobiła, żeśmy jechali. Później nas w Hildesheim – miasto w Niemczech – zatrzymali, bo samoloty leciały amerykańskie albo angielskie. Słychać było, jak ich pigułami częstują, ziemia chodziła, a dzionek taki piękny jak teraz, niebo takie! Wypędzili nas do schronu, a schron to rów taki jak okopy wojskowe, odkryte. Z baraków wypędzili i kazali do schronu. Wsiedliśmy w pociąg i dojechaliśmy do Hanoweru. Tam od razu na Hainholzu obóz był, rozdzielili nas, każdy przydzielony był do swojego obozu. Prace, wszystko było załatwione. To niemiecka organizacja, oni mają organizację… Nasi nigdy nie będą mieć takiej. Wszystko z góry było pozałatwiane. Siedziało się w tym obozie. Myślałem, że mnie do wojskowego obozu wezmą. A skąd, do cywilnego. W transport mnie wpakowali, z cywilami pojechałem. A mnie nie obchodziło, czy będę w wojskowym, czy w takim. Ważne, że przeżyłem. Się będę martwić. No i tak się doczekało.
Pracowałem przy samochodach i Niemcy odzwyczaili mnie od spania. Mnie i sporą grupę ludzi usadowili w obozie Hainholz – dzielnica jest w Hanowerze. Jest dworzec, na dworcu nas wysadzili i z dworca od razu sprowadzili do obozu rozdzielczego. Tam już żeśmy zostali. Przeprowadzili nas, dali literkę P każdemu, ausweis, legitymację, która obowiązywała. Deputat dali na drugi dzień. Do roboty trzeba było iść, przy samych torach. Hainholz jest trzy razy taki jak nasz [Dworzec] Zachodni towarowy. To był duży dworzec przelotowy. Nie wolno było w barakach zostawać, trzeba na środek dworca. Też nie wszyscy chodzili, urywali się, pod wagonami leżeli albo gdzieś, żeby szkopy nie widzieli, że się ktoś kręci. Tak że spania nie było prawie. To była trasa przelotowa dla Amerykanów i Anglików, bo jak lecieli z Zachodu, to im pasowało przez Hanower na wschód dalej lecieć. Później wracali, też alarm był. Na okrągło był alarm, jak dwa dni były bez alarmu, to ludzie wypoczęci byli, bo spali przeważnie. Myśmy mogli chodzić po mieście, nikt tego nie zabraniał, ale komu w głowie były spacery, jak się tyrało w robocie. Tak jakoś zleciało. Później się skończyła wojna, Amerykanie nas wyswobodzili. [Zanim skończyła się wojna], pracowaliśmy w zakładach samochodowych, to przy Hainholzu było, blisko. Niemcy dawali do remontu wojskowe wozy z frontu, to roboty było do diabła i ciut. Widać, że coś Niemcy wyczuli albo byli poinformowani, bo nasz szef warsztatów samochodowych, ze swastyką i na czarno, gestapowiec, ale jakiś grzeczny… Też w pysk dostałem, bym zapomniał. Tłukła artyleria od wieczora i pociski nad Hanowerem chyba przelatywały, bo dalej wybuchało to wszystko. Tam, gdzie żeśmy byli, żaden pocisk nie spadł. Myśmy polecieli prędko do swojego zakładu – ani jednego Niemca już nie ma, puste pokoje, biuro puste, wszystko puste. Wcześnie nawiali! Był sklep spożywczy, starsze małżeństwo prowadziło, z nami dobrze żyli, chleb wykombinowali czasem, jakieś kiszki, Blutwurst, niemiecki przysmak, metka po naszemu. Kiedyś, jak nalot zrobili na Hanower, to wesoło było. Pigułę jemu walnęli koło domu, do nas przyszedł, prosił, żeby posprzątać. Nas było pięciu, chętnie żeśmy poszli, posprzątali. Przygotował chleba, kiełbasy, margaryny, herbaty, jakichś owoców. Wszystko się paliło. Bibułkę nawet dał, porządny Niemiec. Wszyscy dostali, zadowolony był. Później, jak żeśmy przyszli [i zobaczyliśmy, że Niemcy] uciekli, tośmy poszli do niego. On mówi, że nie wie, co się stało, że ich nie ma. Wszyscy w nocy byli, na samochody się popakowali i uciekli. Czyli wiedzieli, że już koniec jest z nimi. Rano słychać szum czołgów, z dala jadą czołgi, to wesoło będzie. Faktycznie, patrzymy, jadą wolniusieńko czołgi amerykańskie. Murzynów pierwszy raz widziałem tylu, na czołgach oblepieni. Języka nikt nie zna, ani be, ani me. Myśmy białą flagę wywiesili, żeby w nas nie walnęli czasem, na kiju prześcieradło niemieckie jakiś żołnierz wywiesił przed bramą. Zatrzymali się: Polen, Polen – po niemiecku też ani be, ani me. Wreszcie jeden – Polen, Polen – widać się kapnął, poszedł i przyprowadził za parę minut jakiegoś polskiego Amerykanina, też wojskowego. „Z Chicago?” − „Z Chicago”. Jaka radość! Poleciał z powrotem, przyniósł pakę tekturową. Wszystko – papierosy, porcje śniadaniowe mieli – poprzynosili, nadawali nam tego wszystkiego. Czołgi pojechały. Siedzieli chyba godzinę. Czołgi jechały, wcale nie strzelali, bo już pusto, Niemcy pouciekali, nie mieli po co strzelać. [Amerykanin był] zadowolony, że pierwszy raz z Polakami rozmawia, też cieszyliśmy się, że tak ładnie się wszystko skończyło.
Koniec. Skończyła się okupacja, obóz się skończył. Później jeszcze w tym obozie numery robili. Pociąg za pociągiem jechał z armią całą, czołgami, wszystko jechało, szły transporty z wojskiem. Myśmy poszli do obozu. Zatrzymaliśmy się w obozie na jakiś czas. Patrzymy, wjechał długi pociąg, nie widać było końca, Amerykańców pełno. Co z nimi rozmawiać, jak nikt nic nie potrafił. U nas była taka pani, żona inżyniera, jej mąż chory, znała angielski, niemiecki. Dopiero się zaczęło! Miała butelkę gorzały, kieliszki, poszła z tą wódą do nich. Tłum Amerykańców się do niej zleciał, poczęstowała ich. Ile oni naznosili żarcia! Oficerowie, tak jak nasi, nie wtrącali się, a byli oficerowie. Po kieliszku wlała, każdy łyknął troszeczkę. Oficerowie zeszli na dół, postrzelali sobie do puszek na belce, potrenowali. Murzyni, biali, różni byli. Jakieś wybuchy były, petardy, to sygnał dla nich, że będzie odjazd pociągu. Pojechali.
No ale później to już było dobrze, żeśmy chodzili, kombinowało się. Z wagonów się nabrało rzeczy, bo przecież zostawili wszystko i uciekli. Było pełno ubrań, to sprzedawali, na chleb wymieniali, no bo skąd weźmie pieniędzy, jak nie ma. Tak się jakoś życie potoczyło, do dzisiaj mi się bardzo dobrze toczy. Nie ma szczęścia człowiek w życiu – nic nie pomoże. Święty Boże nie pomoże.
W 1949 roku. Aha, [zanim wróciłem do Polski] jeszcze do RAF-u się dostałem. Bo przyjeżdżali później do naszego obozu. Był taki zwyczaj, że jak ta polska armia była, to szukali polskich obozów, do Polek jeździli. Znałem taki obóz w Diepholzu też – do Diepholzu mnie pociągnęło. Jeździłem tam, jeszcze dwóch chłopaków, żeśmy w trójkę jeździli. Dziewczyny były, potańcówki się robiło – nie było żadnych bezeceństw. Obóz był na terenie lotniska poniemieckiego; bloki na dwa piętra, sale duże. Tam tego wojska do cholery musiało być, bo tych bloków było z pięć czy coś. Przyjeżdżali tam i rafowcy, i z armii, maczkowcy, różni przyjeżdżali, ci, co blisko mieli. Dawali samochody. Samochód żołnierzom dać, żeby do dziewczyn pojechać, to u nas nie do pomyślenia. A tam co sobota zawsze samochody jechały, parę samochodów. Znajomości sobie pozawiązywali, dużo pożeniło się z kobietami. Było przecież tam sporo kobiet, bo to typowo cywilny obóz. Ja też taką fajną Marylcię tam poznałem. Ona mieszkała z tyłu Teatru Polskiego (zapomniałem, jak ta ulica się nazywała). Przyjeżdżał tam [też] do jednej pani, ja ją znałem, rafowczyk, też się w niej zakochał i cześć, nie ma siły. Mówił do mnie: „Jasiu, jak chcesz, to cię wezmę. Pójdziesz do nas, będziesz u nas siedział. Co się będziesz obijał po tych obozach?”. Wziął mnie na ich lotnisko, do RAF-u, i w RAF-ie siedziałem cały czas. Życie – takie. Nie ma co nawet mówić.
No ale później tak było, że matka zachorowała i musiałem wracać niestety. Uprzedzali mnie: „Nie jedź. Głupi jesteś? Jesteś akowcem i jedziesz do Warszawy? Jesteś ich śmiertelnym wrogiem, a oni dla ciebie…”. − „No ale jak ja matce pomogę, jak sama została?”. Brat jej umarł po drodze, jak go wieźli na wygnanie po Powstaniu, sama schorowana była. Dowódca dywizjonu mi mówi: „Panie Jasiu…”. Tam nie ma na „ty”, nikt do nikogo na „ty” nie mówił, żaden oficer ani nic. Tam nie ma tych chamskich obyczajów. Zresztą tam obowiązują przepisy króla i za to każą. U nas napiszą tych praw i nic nie każą, dlatego tak „ładnie” jest. On mówi: „Co pan zrobi? Jak pan mamie pomoże? Niech pan wysyła mamie paczki”. A, bo wyszło, że ma raka piersi. (Bo on później przysyłał, tak przeskoczyłem). Nie wiedziałem, na czym to polega. Wziąłem list, poleciałem na sick quarters, był szpitalik na naszym lotnisku, specjaliści sami byli, dałem, a on mówi: „Panie, to jest poważna sprawa. Bez operacji się nie obędzie przy tym schorzeniu. Musi być operacja”. − „Wie pan, panie doktorze, mama sama jest. Nie ma żadnej pomocy, nikogo nie ma. Z rodziny ja zostałem tylko jeden”. − „Co tu pomóc panu? Nic nie pomożemy. Zależy, jaki to stan”. Dobrze mi radził. Poszedłem do dowódcy, mówię: „Chyba pojadę. Powiedział mi lekarz, że to jest poważne, musi być operacja”. − „Ty wysyłaj paczki, człowieku…”. Bo on taki był fajny, „dziubasy” na nas mówił, na wszystkich. Nieważne, jaki miał stopień wojskowy, oficer, nie oficer: – „No, »dziubasie«, ty mi nie podskakuj!”. Taki wesoły facet był. Wszyscy mnie uprzedzali, bo z Rosji wyszli, kacapów przecież znali jak swój mały palec. Opowiadali, że jak dwa pociągi stanęły w przeciwnych kierunkach, jeden musiał być okradziony. Tacy złodzieje! My może od nich też trochę szkolenia przejęliśmy. Mówili, żeby uważać na siebie. „Jak pojedziesz, to chociaż gębę na kłódkę zamknij, nie rozmawiaj z ludźmi, bo nie wiesz. Będzie szpicel na szpiclu siedział w Polsce. Tak cię załatwi, że nie będziesz wiedział, kiedy, jak i co”. Niby racja i tak robiłem, jak przyjechałem. Jeszcze dowódca dał mi zezwolenie, żeby wszystkie najlepsze rzeczy, jakie są w zwrocie, [mi dali]. U nich w każdym dywizjonie jest jednostka return and issue, czyli zwrot i wydawanie. Na przykład [jak ktoś] z wojska odchodzi, kończy służbę, to mundur i wszystko zdaje. To musi być czyste, po pierwsze, tam są takie przepisy, nie może być uszargane. Ja tam jak się zadekowałem, grzebałem, nie było mnie widać. Wygrzebywałem różne rzeczy i matce przysłałem. Mówili: „Wysyłaj, mama sprzeda, będzie miała parę złotych, to może jej na pomoc, na opłacenie starczy”. Później, jak się dowiedziałem, to raczej niewesoło było, bo trzeba było pięć tysięcy mieć na sprowadzenie aparatu z Wawelskiej do elżbietanek na Mokotów, gdzie mieszkaliśmy po wojnie. Tak było, że nie dałaby sobie rady sama. Później, jak zrobili operację, jak przepalili mięsień sercowy na lampach, to piętnaście przeszło lat w łóżku [spędziła, żadnego] chodzenia. Tak jak ja, nie mam mięśnia przepalonego, za to mam pamiątkę po papierosach. Chciałem być elegancki, to paliło się. Było co, to się paliło, a teraz się nie pali i nie chodzi się. Tak zrobili, że przepalili mięsień i matka do śmierci musiała [leżeć] w łóżku. Po mieszkaniu tylko co przeszła, ziemniaki obrała, obiad mogła ugotować, a tak to nic. Później ja też żałowałem, bo faktycznie, jakbym się ich posłuchał i przysyłał, to może jednak… Bo niańkę mama spotkała, blisko mieszkała. Niania dużo jej pomagała po wojnie.
Żadnej nie miałem. Byłem normalnie [żołnierzem], jeździłem samochodem, to funkcji nie ma żadnych – tak jak każdy żołnierz. Tylko ja nie miałem takich uprawnień jak rafowcy, bo to był pomocniczy oddział, nie był typowo rafowski. Ale mundury, wyżywienie, przydziały tośmy dostawali, no i pensje nie taki, żołdu nie było takiego, jak oni mieli. Daj Boże, żebym miał to do tej pory. Trzech takich było jak ja, jeszcze taki nypelek, mały chłopak. Gdzieś go wynalazł jeden z nich i wziął do siebie, pilnował.
Oczywiście. Roboty w ogóle nie mogłem znaleźć. Po pierwsze, okradli mnie – od razu powiedzieli: „Wiedz, że w Polsce są sami złodzieje”. Tylko do Legnicy przyjechaliśmy… Bo tam jeszcze jechała misja specjalna, co odwozi wojskowych do granicy i do widzenia. Żeśmy przyjechali do Legnicy i wszystkich zaraz prowadzili do dużej szkoły przy dworcu. Bagaże zostawić kazali i nas wzięli do PUR-u (PUR to Państwowy Urząd Repatriacyjny). Tam dopiero wydali dokumenty obowiązujące w Polsce. Jak żeśmy poszli, to okradli tylko nas, w mundurach cośmy byli. Cywila żadnego nie obrobili. Bo oni wiedzieli, że my ciekawe rzeczy wieziemy, starych butów się nie wiezie. Obrobili nas w tym czasie. A żeśmy siedzieli tam chyba z pięć godzin, zanim nas pofotografowali i wypisali papierki, co im potrzebne. Tośmy poszli, powiedzieli: „Bardzo ładnie żeście nas załatwili, bo nas okradli”. − „Jak to, okradli?” − „Pozabierali bagaże”. Mnie zostawili worek z kocami, jeszcze walizka, co sam robiłem, nieduża walizeczka na drobne rzeczy, różne papiery – to zostało. Za kawę wymieniałem, [były] materiały, buty prywatnie robione, [dla] mamy materiały na sukienki, miałem tego pięć tobołów. A bo jeden [był], taki Rider, też do Polski wracał. Był z bombowego dywizjonu 131 z Alnhorn. Na Żoliborzu gdzieś mieszkał. Jego też obrobili, też pamiątkę miał od razu na dzień dobry. [Potem] jeden drugiego pilnował. Bo już jak nas obrobili w szkole, to trzeba było iść tak jak stąd do tego domu na dworzec, bliziutko, przy dworcu, na tej samej ulicy. To już jeden pilnował, a tam jeszcze wzięło się jakąś kobietę, żeby pilnowała na miejscu. Już dużo do pilnowania nie było, ale zawsze. Znieśliśmy to na peron, później w pociąg. Bilety nam od razu wydali, sto złotych dali, pół chleba i kosteczkę masła. Tak jak Niemcy dawali – dobrze dawali u nas. Sto złotych. Myśmy nie wiedzieli, co to jest za wartość. Skąd wiedzieć? Powiedział: „Panie, to żadnej wartości [nie ma]. Sto złotych to jest zero. Co pan za to kupi?”. Tak było. Przyjechałem do Warszawy, musiałem dać dwa koce, sto złotych dorożkarzowi na Dworcu Głównym, żeby mnie zawiózł na Mokotów. Tramwajem sam sobie bym nie dam rady. [Ten, co był ze mną] – tak samo: drynda i na Żoliborz. Tak myśmy się rozstali. Ciężkie życie miałem. Do dzisiaj mam takie samo. Co poradzić? Przeszło, minęło. Tylko żałuję, że wróciłem, to inna sprawa.
Cieszyłem się. Czego miałem żałować? Jak bym żałował, to bym siedział w piwnicy tak jak mój kumpel. Matka go zamknęła na kłódkę i siedział z kapustą, pilnował. Wariatka jakaś była ta jego matka. Wziął papierosa, to się cały czas trząsł, taki był zdenerwowany, tak się bał. W nocy idiota idzie i pali papierosa sobie, okropne. Też umarł.
Z Powstania miłych nie mam, bo nie miałem czasu na miłostki. Miałem koleżankę, mieszkała na Wilanowskiej, na Czerniakowie. Zosia Waszkiewicz, też umarła dziewczyna. Była chora, a leczyli ją na co innego, była chora na płuca, a ją leczyli na żołądek. Też fachowcy byli, tak jak i teraz. Pani patrzy na to wszystko? To jest moja robota, maluję sam. Ale już nie mogę tego robić.
Nie no, amatorsko. W 1939 roku miałem piękny album. Ja jako chłopak nigdy nie chodziłem, nie lubiłem po prostu… Dzieciak. Nikt mnie nie kazał chodzić, tylko lubiłem coś robić. Jak byłem mały, to miałem różne ciekawe zabawki, pociągi, bawiłem się. Ojcu raz pomogłem rybkom wodę wymienić, to akwarium spadło na podłogę – żeśmy wymienili wszystkie rybki. Bo potknąłem się i za akwarium się złapałem. Ale nie krzyczeli na mnie, absolutnie. Sam się bawiłem. Do matki mówią kobiety: „Jasio to jakiś dziwny. Inne drą pyski od rana do wieczora, a on siedzi cicho i nic”. Jak już większy trochę byłem, modele samolotów sobie robiłem. Z plasteliny lepiłem, miałem różne wzory. Był pokaz „Łosiów” nas Polu Mokotowskim, bombowców naszych. Poszedłem z wujkiem, zawsze chodziłem, obejrzałem, podglądałem. Przyszedłem i zaraz go z plasteliny robiłem. Do usztywniania brałem ze szczotki ryżowej słomki ryżowe, są dobre, malutkie. Modeliki to ładnie usztywnia. Robiłem takie rzeczy. Później zacząłem rysować kredkami, miałem ładny albumik. Wszystko się popaliło w diabły.
Nie, mnie to nie ciągnęło wcale. Nie wiem, dlaczego. Miałem swoją robotę, robiłem modele samolotów. Zrobiłem jeszcze model – wujek ze mną poszedł na Pole Mokotowskie – latający, ze śmigiełkiem, nakręcany. Nie chciał lecieć, to wujek mi pomógł, ja jemu, razem żeśmy to poprawili. Jak poleciał, nie potłukł się wcale. Żeśmy do domu wrócili. Nie chodziłem na podwórko, zawsze coś robiłem sobie w domu. I malowałem. Tak mnie zostało. W szkole rysunki – same piątki. Moja pani, co mnie uczyła rysunków, mówi: „Maciejewski, nie męcz się. Po co będziesz malował, jak wiem, że i tak dobrze zrobisz”. Tylko chłopaki mnie podsuwali papiery, żeby trochę namalować. Podpadłem nieraz za pomoce. Teraz na stare lata kiedyś mnie wzięło, żeby pomalować. Poćwiczyć to trzeba, to jasne. Olejne się szybko nie maluje, olej schnie i schnie i cały czas mokre.
Wieszam i niech schnie w tym czasie.
Bałem się, że będzie gorzej, ale jest dobrze. […] Tę barykadę to, co mówiłem, [ktoś] śmietnik ciągnął wieczorem. Na drugi dzień poleciałem, trzeba było wyrywać płyty chodnikowe, targać. To waży, to nie dla takiego chłopaka jak ja, to ciężkie było. Później z torów wyciągnęli „ekadowską” kolejkę, ledwo ją trochę na bok przesunęli skosem, wywalili na bok. Przyjechał, dwa razy dmuchnął z działa – już po barykadzie jest. Później drugą rzecz żeśmy zrobili w połowie pomiędzy Kruczą i Marszałkowską, na skos. No bo tak bramy wychodziły, bo zawsze między bramami trzeba było robić barykady, żeby ludzie po chodniku nie latali. To też [czołg] przyjechał i do widzenia.
O, mama nie wiedziała, co ze mną się stało, jak się do niewoli dostałem. Zginąłem jak amen w pacierzu, nie ma, koniec. „Gdzie Jasio?” – wypytywała się. „Nie”. Dopiero na drugi dzień poszła pod barykadę, co na środku była, z osiemnastego, i ktoś jej powiedział, że widział. Później mi mama opowiadała. [Kobiety] mówiły: „Widziałyśmy Janka, szedł do Marszałkowskiej, a tam, widziałyśmy, jak zabrali kilku”. Matka się zmartwiła wtedy. Ale chociaż wiedziała, że nic mi się nie stało, tylko że mnie zabrali. A tamtych nie widziałem. Tylko ja byłem na tym podwórku, tamtych nie widziałem wcale.
W ogóle nie było przejścia.
Nie, Niemcy zrobili sobie barykadę na Marszałkowskiej. Wzdłuż Alej to była barykada, bo jak ja wyszedłem na róg, to ta barykada już była rozwalona. Tylko nie wiem, kto tę barykadę budował. Ładna budowa – usypane wszystko na wysokość człowieka mniej więcej, żeby się nachylił, żeby nie było go widać. Też dostała, była trochę porozwalana. Wprowadzili mnie do bramy i koniec z widokami. A tak to tylko barykady i barykady. Wzdłuż Kruczej, też przy Kruczej, na poprzecznych, jak Żurawia, Wspólna, Wilcza.
A, jeszcze „gołębiarza” żeśmy prowadzili. Ha, ten to cwaniaczek był. Ale zabrali nam tego gołębiarza. Z „Lechem” żeśmy prowadzili, ludzie zarąbać chcieli. Ubrany był elegancko, renifery, rękawiczki. „Foksterier” jakiś był po prostu, czyli folksdojcz. Tam wykryli go nasi. Nie zatłukli go, tylko do niewoli go wzięli. „Lech” go prowadził, a ja za nim szedłem. Jak jest Wilcza, pierwsza albo druga brama od Marszałkowskiej, to on w tym domu siedział na strychu i przez okienko wywietrznikowe miał bardzo dobry widok, bośmy patrzyli później. Strzelał na Wilczą przy Mokotowskiej. Tam był sklep z pieczywem i dużo ludzi przychodziło po chleb. Akurat przy wejściu do sklepu z chlebem latarnia była. On jakoś chyba strzelał w tę latarnię, że ginęli od rykoszetów. Też cwaniak. A to przecież kawałek drogi, od Marszałkowskiej prawie do Mokotowskiej. Zamknęli [ten sklep] później, inaczej pieczywo było wydawane, bo już go nakryli. Jeszcze jeden był, ale jego nie dorwali w ogóle. To byli Polacy przecież, to folksdojcze byli. Ile człowiek się natyrał, na leżąco worki się podawało. Nie dawałem rady, przecież taki worek z piaskiem to ważył. Niecały przecież, ale zawsze piach waży, ziemia ciężka jest. Człowiek skonany.
Tak, w Alejach.
Nie wiem, raczej do młodych należałem. Młodszych ode mnie chyba nie było. Może, nie wiem, nie powiem tego. Zresztą wszystkich nie znałem. Jak zrobił zbiórkę na podwórku na Kruczej, to kupa ludzi. Najlepszy był mój wujek, kuzyn z ojca strony. Był majorem na Mokotowskiej. Poszedłem z karabinem kiedyś go odwiedzić, a on mówi do ciotki: „Weronia, chodź no tu! – do ciotki – Zobacz, jak ci się wydaje: karabin większy czy on?”.
Nie, nie, karabin to od „Lecha”, „Lech” mi dał pod opiekę. Miał gdzieś iść, coś załatwić sobie albo do jakiejś babki poszedł, nie wiem. A szmajser był zdobyczny, z Alej. Szwabowi zabrałem z bramy.
Dostał w łeb. Nas dwóch strzelało do niego, który trafił, nie wiem, w każdym razie dostał. W kark dostał kulę i drugą w pierś, leżał. W jego butach do niewoli poszedłem – porządne buty miał. Papierośnicę od niego czerwoną też wyciągnąłem. Czy ja go trafiłem, czy kumpel go trafił, tego nie wiem. Buty dobre miał, a w niewoli jak drewniaki dali, to niech ich szlag trafi z tymi drewniakami, w tym chodzić nie można było. Śnieg przyszedł, to się kotyry czepiały pod drewnem, takie kule. Myśmy szli wzdłuż torów do pracy z obozu, to się co chwila w szynę kopało, żeby to odwalić. Nie było jak tego odbić. O ziemię to można było długo, a o szynę, jak się trąciło, [była] twarda, to odskoczyło, dopiero kawałek można było dojść. Bolało, bo sztywna skóra była.
Normalne sznurowane buty, takie wojskowe.
Nie, kamasze – tak się nazywają. Z cholewką. Ściągnąłem, byłem zadowolony.
Nie, świństw nie robili. Oficerowie sami mi dawali, jak szedłem na stanowisko. Czasem tak było, że szło się na stanowisko, to nie było, to trzeba było brać od tego, co schodził. Karabin jeden, załóżmy, leżał na stanowisku z żołnierzem. Jeden przyszedł, to zostawiał, nie brał tego nigdzie. A były takie [sytuacje], że można było swoją broń mieć.
Walther to już inna sprawa. To od takiego obok z bramy. Nie wiedziałem nawet, że ma pistolet przy sobie.
„Siódemeczka”, malutki, piękna rzecz. No i koalicyjkę miałem, to mnie ten w Polonii to zabrał. Znaczy [broni] nie zabrali, bo zostawiłem w domu, tylko miałem futerał, kaburę, a Walther został w domu. Waltherek to ładna broń. Z niego chyba tylko jeden raz czy dwa razy strzeliłem. Szkoda mi go było, ładny rewolwer. Walthery to w ogóle były dobre rewolwery. Niemcy nie mieli złej broni, co tu dużo mówić, mieli broń dobrą.
Warszawa, 13 września 2007 roku
Rozmowę prowadzili Anna Kraus i Robert Markiewicz