Anna Milewska-Zawada
stopień
cywil, służby pomocnicze
dzielnica
Powiśle

Nazywam się Anna Milewska-Zawada.

  • Proszę powiedzieć, czy pamięta pani początek wojny?


Byłam wtedy dzieckiem, […]. W domu było radio i chyba przez radio doszła do nas wiadomość, ponieważ mieszkaliśmy na wsi we dworze, zawsze mówię – w białym dworze z kolumnami. To było na wschodzie, na Podlasiu, między Radzyniem Podlaskim a Kockiem. Jak wiadomo, wrzesień był piękny. Pierwsze dziecinne wspomnienia to ciężarówka wojsk polskich. Wspaniali byli chłopcy, siedzieli tam w… Zacięłam się. […]

  • Na przyczepie?

 

Nie, wprost przeciwnie, w szoferce. Piękni chłopcy, młodzi, siedzieli w szoferce i myśmy z młodszą siostrą przynosiły im jabłka z ogrodu. Wspaniałe były zbiory tego lata. W zamian za to z wdzięcznością uchylili plandekę ciężarówy i tam ukazały się podługowate skrzynie i w nich leżały wspaniałe naboje, takie błyszczące, olbrzymie. Myśmy wiedziały, co to jest, że to nabój, tylko że znałyśmy naboje do dubeltówki myśliwskiej, której zresztą tata nie używał. Nie lubił polowania i słusznie.
Później, oczywiście, jak były […] zawirowania z frontem, ojca mojego powołali do wojska, ale opiekował się nami - bractwem dzieci i kobiet młodszy brat ojca, stryj Lech. Oczywiście, jak to zwykle w tej warstwie społecznej, udaliśmy się drogą do Zaleszczyk, na Zaleszczyki. Stryj jechał wolantem przed nami, natomiast za nim szły dwa wozy, półkoszki drabiniaste z dobytkiem i z dziećmi i jeszcze jakieś ciotki jechały, mama, ciotki i jakieś przyjaciółki mamy. Przejechaliśmy przez płonącą Włodawę. Na Włodawie, na Bugu płonął most i później już widocznie były działania wojenne, po czym kierowaliśmy się na Kowel. Nie dojechaliśmy do Kowla. Zatrzymaliśmy się […] w niedużej miejscowości, Lesko to się nazywało, i myśmy zatrzymali się u popa. Wtedy pierwszy raz w życiu uświadomiłam sobie, że jest jakiś jeszcze inny obrzęd poza religią [katolicką], bo był pop i popadia, i z dziećmi, popadiankami, bawiłyśmy się w ogrodzie i było w ogóle tak sielsko. Znowu w jakimś sadzie, pamiętam, spadały olbrzymie dojrzałe gruszki klapsy i tak spadały na ziemię, pac! Rozpryskiwały się na wszystkie strony.
Nagle w ten sielski dzień padły strzały, ale gwałtowne – kanonada karabinów maszynowych. Okazało się, że to nasi „wyzwoliciele” – już wtedy – zbliżają się. Wobec tego to musiało już być po 17 września. Zawsze mówię, że pierwsze strzały wojenne do mnie oddała Armia Czerwona. Ponad naszymi głowami (myśmy się schronili w ziemiance, w piwniczce wiejskiej) odbywała się regularna bitwa. Jednak polskie oddziały, z którymi się tamci nasi ówcześni „wyzwoliciele”, jak to się mówiło, zachodniej części, nie wiem, Białorusi, jednak się tam starli i zostali odparci, ponieważ myśmy się zdążyli załadować na wozy i stryj konie [popędził] batem i [uciekliśmy] z powrotem wpław przez Bug. Jeszcze nam konny oddział ułanów pomagał, bo saperkami tam nam zjazd zrobili łagodniejszy. Na Bugu była dosyć wysoka woda, bo pamiętam, że wóz tak podnosił się razem z naszymi bagażami. Niemniej wróciliśmy do domu rodzinnego. Nie, to nie był rodzinny, ale dla nas, dzieci, to był dom rodzinny. Ja się urodziłam w Warszawie, bo wszystkie nas mama rodziła dla porządku w Warszawie, co się przydawało w tak zwanym minionym okresie.


Tam pierwszy raz zobaczyłam czujkę niemiecką. Z moją siostrą w ogrodzie siedziałyśmy na porośniętej krzakami piwnicy lodowej, ogrodowej i zajechał ten klasyczny motor z przyczepą. Z daleka znaczki na hełmach zlały mi się i widziałam tylko biało-czerwone, a czarnego nie. Mówię: „A, to Polacy”. I wychyliłyśmy głowę i wtedy on karabin maszynowy, który miał na przyczepie, skierował [w naszą stronę], to my te główki [schowałyśmy], od razu żeśmy się schowały. Nie strzelali. I takie z kolei było moje pierwsze spotkanie z zasadniczym okupantem. Dzięki przytomności stryja Lecha uniknęliśmy wyzwolenia przez Armię Czerwoną.
Cała okupacja przeszła dramatycznie, bo moja mama zmarła na ciężką chorobę nowotworową. Natomiast ojciec został sam z trojgiem niedorosłych dzieci, trójka nas była, trzy siostry. Mnie oddano, zresztą z moją wielką ochotą i chęcią, do „Nazaretu”, do internatu. Dzięki temu stryj, starszy brat ojca, odbierał mnie co niedziela i sobota, z soboty na niedzielę. Trochę poznałam przedwojenną Warszawę, jeszcze wtedy niezburzoną. Byłam rok tam, w tym internacie na Czerniakowskiej. Z tym że w czasie okupacji nie wolno nam było, pensjonariuszkom, wychodzić i tylko osoby, które były tam zapisane z imienia i nazwiska i pokrewieństwa mogły nas zabierać na spacer czy na wyjście niedzielne. Po czym ostatnie wakacje 1944 roku jeszcze spędziłyśmy w domu na wsi.
Jak zaczął zbliżać się front wschodni, to już wiedzieliśmy, czym to pachnie. I znowu na wozy, tym razem na kolej. Jeszcze tam chyba jechaliśmy z Radzynia Podlaskiego prosto do Warszawy, żeby roztopić się w dużym mieście, żeby zniknąć, gdzieś tam schować się w bezimiennym tłumie czy w bezimiennej masie. Poza tym tam było mieszkanie stryja Jerzego, który […] mnie odbierał z „Nazaretu”. Tam u niego się zatrzymaliśmy, Tamka 45a. Ten dom stoi do dziś. Mało tego, brama, w której są szybki, chyba że teraz zmienili, nie daj Boże, takie były szybki fazowane, bardzo ładne, à la kryształy, one też przetrwały w tej bramie. Można było do niedawna to wszystko sprawdzić. Tam [spędziliśmy] pierwsze dni po przyjeździe tego lata, nie pamiętam, kiedy osiedliśmy u stryja. I zaczęło się Powstanie.

  • O Powstaniu za chwilkę, pani Anno, a wcześniej jeszcze popytam o niektóre sprawy. Proszę powiedzieć, z jakimi emocjami kojarzy się okupacja? Czy ta wędrówka wrześniowa z 1939 roku to był straszny strach czy to była raczej zabawa połączona z niebezpieczną przygodą? Jak to było? Czy pani to pamięta?


Pamiętam. Nie, nie było strachu. Było zdziwienie, dlatego raczej odbierałyśmy to jako dosyć groźną przygodę. Szczególnie pamiętam płonącą Włodawę. Po czym nocowaliśmy w tak zwanym mysim dworze, straszliwe myszy tam były. Taki dom był, nazwałyśmy to między sobą, siostrami, „mysi dwór”. Pachniało myszami i myszy latały cały czas w nocy, tak że mało spałyśmy. To też były połączone niesamowite wydarzenia wojenne i proza życia codziennego, też dziwnego, z którym myśmy się nie stykały do tej pory.
A potem pogoda była wspaniała, olśniewające wrześniowe dni, niezapomniane, ale nie było żadnej paniki w tym, bo nie tylko myśmy jechali. Po drodze były jeszcze konwoje inne cywilne, które przez Kowel na Zaleszczyki się kierowały, ale później była groza potyczki, która się nad naszymi głowami odbywała. Ale później już spokojnie żeśmy wracali. Tylko jedna z pań, przyjaciółek mojej ciotki, nie tyle mamy, co nawet ciotki, wołała tak do żołnierzy, którzy szli, polscy żołnierze już zdemobilizowani sami z siebie i karabinami tłukli o pnie drzew, żeby złamać, żeby zniszczyć broń, mimo że jeszcze byli w mundurach niekompletnych, ale to już widać było, że to jest wojsko w rozsypce. Ta pani krzyczała: „Żołnierze, gdzie wasza broń?! Żołnierze!”. Ale to już było wiadomo, że klęska się zbliża.

  • A proszę powiedzieć, czy rodzice z panią, z pani siostrami rozmawiali, mówili, że jest taka strasznie trudna sytuacja?


Nam nie potrzeba było mówić. Myśmy były pod tym względem bystre dziewczyny i wszystko się wiedziało. Przecież, jak mówiłam na początku, od razu widziałyśmy oddziały polskie stacjonujące u nas przed bramą majątku, cośmy im owoce wynosiły, tak że wiedziałyśmy, że to jest wojna, że to idą żołnierze na front, że mają pociski. To były chyba przeciwartyleryjskie pociski, duże, długie, piękne, takie błyszczące, mosiężne, złote.

  • A czy zachowania innych ludzi, innych Polaków w tym czasie zapamiętała pani?


Jeszcze była cała epopeja o mojej edukacji w czasie okupacji.

  • Za chwilkę o to też będę pytać, tylko jeszcze wrzesień 1939 roku. A proszę powiedzieć, czy wcześniej, jeszcze przed wrześniem, przed samym rozpoczęciem wojny, rodzice przygotowywali, że może być ciężko, możemy nie mieszkać w domu. Panie były bardzo małe.


Nie. Jakoś się nie mówiło. Już był, oczywiście, nastrój niepewności, bo pamiętam, że wspaniałym studebakerem, chyba nawet otwieranym, przyjechał stryjeczny brat ojca ze swoimi synami, dwoma chłopcami. Trochę jeden był starszy, a drugi młodszy od nas. Właśnie ten młodszy widocznie miał niedyspozycje żołądkowe i pamiętam, że myśmy tak trochę pokpiwały z niego. Oni właśnie wyjeżdżali z Warszawy i jechali na wschód, też zdążyli jeszcze przed nami, bo mieli samochód. Przez Rumunię dostali się później na Węgry i wylądowali w rezultacie w Afryce Południowej.

  • To był inny stryj niż ten, który…


To był stryjeczny brat ojca.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, kim byli pani rodzice.


Oboje byli po wyższej szkole rolniczej, po SGGW. Ojciec był inżynier rolnik, a mama była po ogrodnictwie. Ja zresztą też chciałam być ogrodniczką. Oczywiście, w ogóle nie wyobrażałam sobie życia w mieście, tylko na wsi, którą kochałam razem z moimi zwierzętami, grządkami w ogrodzie. Trochę mi to zostało, bo tutaj też mam kawałek ogródka.

  • Dobrze, to idziemy teraz w stronę edukacji. W którym roku zmarła pani mama?


W 1943.

  • Aha, czyli do 1943 roku pani spędziła czas u siebie w domu z rodzicami?


Tak.

  • I tam chodziła pani do szkoły? Pani już była wtedy w wieku szkolnym.

 

Właśnie ze mną był największy kłopot, ponieważ [o] starszej [siostrze], mówiło się, że już jest wyedukowana i już nie potrzebuje chodzić do szkoły. O młodszej mówiło się, że jeszcze jest małolat i jeszcze nie chodzi do szkoły. A ze mną był kłopot, bo jak to Niemcy – Ordnung must sein i trzeba było gdzieś… Oczywiście, były nauczycielki w domu i uczyłyśmy się prywatnie, oczywiście nielegalnie, ale mnie trzeba było jakoś przedstawić oficjalnie, że gdzież ja się uczę. Więc chodziłam do wiejskiej szkoły, która najpierw mieściła się w murowanym przedwojennym budyneczku, który w pewnej chwili Niemcy zajęli. Na skraju wsi to było. Ta szkoła potem przeniosła się do wiejskiej chałupy.
Kochałam swoją szkołę, ponieważ była to dla mnie wielka egzotyka, bo w domu nie miałyśmy rówieśników. Znaczy, przyjeżdżały kuzynki z Warszawy na okres wakacji, ale normalnie byłyśmy zdane tylko na własne towarzystwo. Natomiast tutaj byłam w szkole – pełno dzieci. Szkoła była niezwykle prymitywna, ale poczciwa. Była jedna nauczycielka, były ławki łączone z pulpitem. Oj, byłam kiedyś w muzeum, już nie pamiętam gdzie, i zobaczyłam taką ławeczkę z dziurą na kałamarz, bardzo się wzruszyłam. Szkoła była podzielona na dwie części, jedna część pisała, a druga czytała. Następna godzina, zmieniały się role, jedna część pisała, a druga czytała, ale były też kary cielesne. Pani nauczycielka miała tak zwaną łapę. To była gruba linia z rączką, gruba taka na ze cztery centymetry. To jak tam szczególnie chłopaki za bardzo rozrabiali, to było hasło: „Dawaj łapę!”. I wtedy się podawało rękę (to znaczy oni) i waliła tą linią w otwartą dłoń. Wtedy pierwszy raz miałam uczucie odpowiedzialności za własną osobę i troszkę za własną pozycję, bo wiedziałam, że nie dam nigdy ręki. To znaczy, nie sądzę, żeby akurat była taka okoliczność, ale na wszelki wypadek powiedziałam, że nie pozwolę się uderzyć. A z drugiej strony, nie umiałam nigdy tabliczki mnożenia, miałam kłopoty z matematyką i siedziałam w jednej ławce z kowalówną, córką kowala, i tak mi podpowiadała, bo wiedziałam, że jeżeli nie odpowiem, to powinnam zostać ukarana, a z drugiej strony wiedziałam, że… I tutaj były [moje] pierwsze socjalno-psychologiczne wątpliwości, to zabawne, pamiętam to do dziś.


Po wojnie, dokładnie czterdzieści lat później, spotkałam się z tą Irką, bardzo serdecznie żeśmy się przywitały, bo Andrzej, mój mąż, mnie zawiózł w prezencie imieninowym w te okolice, ale nie pojechałam tam do domu. Nie chciałam sobie zmazać tego filmu dziecięcego, który się ma przed oczami.

  • A proszę powiedzieć, czy pani pamięta zabawy szkolne?


Nie, w szkole nie było zabaw, bo to… Były lekcje robót domowych, to chłopcy rąbali drzewo, a dziewczynki to nie wiem, pieliłyśmy grządki albo tam… [Oczywiście wtedy] kiedy jeszcze ten domek był niezajęty przez Niemców. A później nie było na takie historie czasu. Tylko pamiętam, że szło się polami, tak zwaną steczką na skos przez pola. To była piękna zabawa, po kwitnących zbożach ciągnęło się ręką i potem całe były w tym proszku kwitnących zbóż.

  • A pamięta pani może Niemców? Przewijali się przez życie szkolne?


Nie. Jedno, co pamiętam, to było pismo niemieckie, gadzinowe, „Ster” się nazywało i uderzyły mnie obrzydliwe obrazki. To znaczy one były, za przeproszeniem, w stylu socrealistycznym, ale to było dla mnie uderzające – masywne postacie, szare, pamiętam, z minami zadziornymi, takie to było obce zupełnie. To świetnie pamiętam. Przez tę grafikę przezierał nazizm, oczywiście jeszcze się tego tak nie nazywało. Nie wiedziałyśmy. Naprawdę, było to sielskie dzieciństwo. Dlatego też w pierwszych dniach Powstania myśmy też sobie nie zdawały sprawy z grozy sytuacji.

  • Dobrze, a potem pani zmieniła szkołę i przeniosła się do Warszawy.

 

To znaczy moja edukacja wiejska skończyła się dosyć dramatycznie, bo mimo mojej miłości do szkoły mama przecięła edukację, ponieważ przynosiłam okropne wszy. Tak, taka była rzeczywistość. Pamiętam też wyczesywanie [ich] godzinami tak zwanym gęstym grzebieniem, one tak pac, pac, pac, padały. Potem sabadilla, nacieranie, i mama powiedziała: „Dosyć! Trudno!”. Płakałam, kochałam szkołę i swoich kolegów i kwitnące pola, przez które się szło, ale trudno. Wiem, że zdawałam jakiś egzamin, tak że szkołę powszechną zaliczyłam oficjalnie.
Potem niby oficjalnie skończyłam edukację, bo przecież Polacy, jako niższa kategoria ludności, nie byli przewidziani do wyższych studiów czy nawet do gimnazjum, a pierwszą gimnazjalną właśnie robiłam u sióstr nazaretanek, nielegalnie oczywiście, bo nasza klasa w ogóle nie istniała. Tam świetnie siostry były zorganizowane i robiły nam próbne alarmy, a w razie czego miałyśmy się schować za klauzurę, którą siostry może w swojej naiwności czy prawości uważały, że Niemcy nie przekroczą. Było nas tam kilkanaście dziewczyn, nie wszystkie były w internacie pensjonariuszkami, ale były również i Żydówki, dopiero później myśmy się zorientowały, a tak, to były tam troszkę inne, nie takie kartoflane jak my.
Na przykład uczyłyśmy się francuskiego, też nielegalnie. Lekcje były przez siostry odbijane na bibułkach i w razie sygnału alarmowego nie wolno nam było od razu zrywać się, uciekać, tylko jak siedziałyśmy parami, każda bibułkę czy te materiały miała składać tej zewnętrznej. Pierwsza wstawała, wszystkie zbierała ze swojego rzędu, po lewej stronie druga wyznaczona i dopiero wtedy, jak wszystkie materiały zostały zebrane, myśmy się miały tam grupować i parami przechodzić przez drzwi do klauzury. Ale jakoś nie doszło nigdy do żadnego najazdu.

  • A proszę powiedzieć, czy dziewczyny były z całej Polski? Wiedziałyście, skąd jesteście nawzajem, czy za bardzo nie miałyście informacji o tym, kim która jest?


Za bardzo nie. Nie, to w tym wieku cielęcym, to tak się nie bardzo [interesowałyśmy]. Zresztą później tyle szkół zmieniłam, zdaje się sześć szkół przez jedno gimnazjum, bo tak mnie rzucało po całej Polsce. Natomiast była ze mną w pewnej chwili Żabińska, córka dyrektora zoo. Ona jakiś czas była w internacie, ale straszny skandal wybuchł, bo uciekła i się mówiło: „Żabińska uciekła”. I rzeczywiście uciekła, już później nie wróciła. Była Irka Czerwieńska, pamiętam, [i] taka malutka była. Poniatowska, pamiętam, jak się nazywała, jak miała na imię? No, tak.


  • A proszę powiedzieć, czy z tego okresu, kiedy mieszkały panie w internacie, pamięta pani Niemców? W Warszawie było ich bardzo wielu.


Tak, ale myśmy były bardzo izolowane, tak że nie miałam żadnej styczności z okropnościami okupacyjnymi, zostały mi one oszczędzone. Nawet jak ze stryjem chodziłam, bo przecież chodziliśmy, chyba raz tylko gdzieś żeśmy się kryli przed łapanką, ale to nie było zbyt dramatyczne, jakoś tak żeśmy się cofnęli, coś tam, to się zapowiadało. Oczywiście, pamiętam te takie… Oni chyba trójkami chodzili, w buciorach walili, ciach, ciach. Takie kontrolne chodziły nie oddziały, tylko jak to nazwać? Posterunki kontrolne.

  • A proszę powiedzieć, pani przed wojną też była w Warszawie, prawda?


O, nie, przed wojną tośmy przyjeżdżały do babci, która już zresztą w czasie okupacji nie żyła, na odwiedziny, ale to tylko taki był przyjazd rodzinny.

  • A czy widziała pani jakąś różnicę? Czy widać było, że trwa wojna w mieście? Mimo że pani była izolowana w internacie, ale jednak od czasu do czasu pojawiała się pani u stryja.


Tak, ale mówię, nie odczuwało się. Akurat ja nie trafiałam na to, szczęśliwie. Tamka, na której mieszkał, była boczną uliczką, jeszcze wtedy mało używaną, mało przelotową, i jakoś tam było spokojnie. Zawsze schodziłam po ciastka. Była ciastkarnia bardzo dobra, której tradycja przetrwała jeszcze po wojnie. (I tam dzisiaj chyba jest, tylko była chyba po drugiej stronie ulicy, natomiast teraz jest po nieparzystej).

  • To może tyle o okupacji. To proszę powiedzieć, jak pani pamięta początek Powstania na Tamce?


Samego początku to nie wiem jak. Nie mam w pamięci takiego momentu, cezury, że się zaczęło, ta słynna godzina „W”. Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam tylko nastrój ulicy, że było ożywienie. [...] Samego momentu wybuchu to, jak mówiłam, nie pamiętam. […] Pamiętam natomiast doskonale nastrój ulicy, nastrój całej dzielnicy, radosny powiew dosłownie szedł, bo myśmy mieszkali na trzecim piętrze z balkonem, więc się wychodziło na balkon i powiewały wszędzie sztandary, chorągwie biało-czerwone, tak się zrobiło wesoło, radośnie, w ogóle ludzie się uśmiechali do siebie. Niezwykły ruch był, mimo że tam nie było powodu do ruchu, ale jakoś tak pełno ludzi biegało tak jak mrówki i z tego balkonu, myśmy, dzieci, oglądały. Poza tym w pewnym momencie, właśnie nie wiem, jak to było, ale na początku sierpnia pojawił się czołg. To się mówiło czołg „Kubuś”! Też oczywiście oflagowany na biało-czerwono i z triumfem jeździł Tamką. Gdzieś tam od Kopernika zjeżdżał na dół aż na wysokości chyba Dobrej zawracał i [jechał] wśród wiwatów. To była Rzeczpospolita Polska odzyskana, wolna!

W sąsiednim pałacu Ostrogskich odbywały się koncerty poetycko-muzyczne. Nie pamiętam, czy może to mi się nałożyło z jakąś jej inną audycją, że występowała młodziutka Basia Hesse-Bukowska. Nie wiem, czy to możliwe, ale w mojej pamięci tak to zostało. Nawet jeżeli moja pamięć zafałszowała ten fakt, to ona mi się tam uplasowała właśnie na koncertach chopinowskich, oczywiście; i potem mówiono patriotyczne wiersze. Całe akademie się odbywały i chyba dwukrotnie one miały miejsce i dosyć długo to się odbywało. Tak że w ogóle nastrój był podniosły, radosny, wspaniały.

 

Po czym zmieniła się ta sytuacja. Gdzieś tak w połowie miesiąca już, sierpnia, jak zaczęły się walki o elektrownię i wtedy „Kubuś” już zniknął, natomiast myśmy robiły barykadę, od której to zaczęła się nasza rozmowa dzisiejsza, bo to nie były kukiełki żadne, tylko to były beczki. Wspominałam o beczkach, które my, dzieci, toczyłyśmy, robiąc barykadę, która powstawała gdzieś na wysokości ulicy Cichej czy w tej okolicy. To było kilkadziesiąt metrów, bo beczki to już dorośli wytaczali, olbrzymie beki dębowe, puste, po winie, ze składu win za murem, na którym jest osadzony pałac Ostrogskich. To była przednia zabawa, bo beczki turlały się z wielkim hurkotem, myśmy popychali, oczywiście jakieś chłopaki tam się dołączyły do nas.

Myśmy były, szczególnie ja z młodszą siostrą, starsza była intelektualistka i mimo że ten sam interwał wieku był między mną a młodszą i mną a starszą, to ona odbijała od nas intelektualnie i fizycznie. [My byłyśmy] takie dwa głupole, pierwsze do psoty, a byłyśmy przyzwyczajone do samodzielności na wsi. Łaziłam po drzewach, brodziłyśmy po łąkach, po lasach, tak że nic, co przygodowe, nie było nam obce, więc tutaj była okazja wielka do takiej [przygody]. Kiedyś nawet mówiłam, że właściwie może powinnam mieć legitymację kombatanta, a nie…
Ale jednak nie tylko była taka zabawa z barykadą, bo to już musiało być po 18 sierpnia, ponieważ 18 sierpnia został ranny nasz wuj, Władysław Siła-Nowicki, znana zresztą postać, który był wtedy właśnie w polowym szpitalu ciężko ranny w płuca. Zresztą to już była dwukrotna jego rana w czasie Powstania. Leżał w szpitalu uczynionym w podziemiach PKO na Jasnej. Nie wiem – jakimś przeczuciem czy coś – czuł, że nie jest tam bezpiecznie i pamiętam, że jego mama się kontaktowała z moim ojcem i tam on mówił: „Zabierzcie mnie stąd! Zabierzcie!”. I ojciec, już nie pamiętam, sam chyba czy kogoś zorganizował i tego rannego na noszach, a był dużym, potężnym człowiekiem, wynieśli stamtąd i przetransportowali go przez Nowy Świat, przez wykop w Nowym Świecie (bo tam przy Wareckiej było przejście, bo z BGK był obstrzał niemiecki na ówczesną Pierackiego, dzisiejszy Foksal) do budynku japońskiej ambasady. Tam zrobiony został szpital tymczasowy, prowizoryczny. I chyba 2 dni później, proszę sobie wyobrazić, wpadła bomba pięciusetkilowa kanałem windy i wybuchła tam na dole, siejąc grozę i masakrę w tym polowym szpitalu na Jasnej. Tak że jakiś dziwny instynkt go ochronił. Pamiętam, że tata mnie wziął ze sobą i dźwigaliśmy materace czy coś tam, na Pierackiego, tak że również byłam w przygotowaniach tego szpitala, bo tam nie tylko wuj był, ale jacyś jeszcze inni ranni. Pamiętam te wnętrza, dziwne, olbrzymie lustra były, takie na całą ścianę. Ciemno tam było, bo widocznie wieczorem chodziliśmy tam z tatą.
Tak że takie mam przygody na poły patriotyczne, oczywiście, bezwiednie zupełnie, traktowane jako przygoda pomocnicza. Byłam bardzo szczęśliwa i dumna, że zostałam zabrana na taką akcję z ojcem.

  • A czy spotkała pani tam jakichś żołnierzy polskich, Powstańców?


Tak, po upadku Starówki już przechodzili kanałami, tam właśnie przy Wareckiej było wyjście. Nie wiem, z której strony to było, czy z tej strony Nowego Światub czy z tamtej, bo tam była Warecka, a tu Ordynacka. Ci żołnierze wszyscy zatrzymywali się w piwnicach, tak że… Ale ja mam klaustrofobię i nie chciałam schodzić do piwnicy. Ciągle coś wymyślałam, aby tylko nie zejść, bo sobie wyobrażałam, że mnie tam zasypie to wszystko.

Potem już, jak mówiłam, jak zaczęły się walki o elektrownię, już sielanka zniknęła i zaczęła się rzeczywiście prawdziwa bitwa. Niemcy wtedy regularnie wysyłali samoloty i Tamka była regularnie bombardowana. Cała parzysta strona została właśnie wtedy zniszczona od Cichej aż tutaj, do Kopernika. Tu, gdzie jest „Złota Kaczka”, restauracja, tam były przecież domy i te domy zawaliły się, można powiedzieć, nie tyle na moich oczach, co na moich uszach. Ponieważ właśnie w tym czasie, jak broniłam się przed schodzeniem do piwnicy, zostałam na trzecim piętrze sama, wszyscy zeszli, i wtedy był nalot na pierzeję vis-à-vis i od tego czasu jednak schodziłam do piwnicy. Wtedy się ostro wystraszyłam, ale pamiętałam obrazy ze zbombardowanych domów, mieszkań, że zostawały futryny drzwi. Wiem, że najpierw stanęłam w futrynie drzwi wejściowych, ale od wybuchów łańcuch trzepał się, więc wtedy weszłam do łazienki, bo łazienka była w środku mieszkania i tam wydawało mi się najbezpieczniej, ale jakoś ten dom ocalał. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby akurat… Jeszcze tam były chyba dwa piętra nade mną. Ale już później nie ryzykowałam, schodziłam do piwnicy. To było straszne, bo tak ciemno, przy świeczkach, ogarkach, jęki, tam ranni byli wśród tego tłumu mieszkańców, cywilów, głód był, nie było co jeść, było ciężko z wodą, jakąś wodę się nosiło. Już, oczywiście, w kranach nie było wody, więc nosiło się gdzieś wiadrami.
6 września, jak dziś pamiętam, wyciągnęli nas z piwnic „ukraińcy”. Wychodi! Uchodi! Niby tak zabrzmiało to swojsko, ale groźnie, bo już krążyły między ludźmi straszliwe opowieści masakr na Zieleniaku, na Ochocie, więc to była groza. Wtedy dopiero zobaczyłam pierwszego trupa, bo jak nas tam wyprowadzali, to w prześcieradle czy tam coś, nieśli kogoś również. Przegonili nas, myśmy już byli tak trochę przygotowani do ewakuacji, każda z nas miała swój kuferek, swój węzełek ze swoimi skarbami. Tak bocznymi drogami poprzebijanymi przez ściany przeprowadzili nas na uniwersytet. Pamiętam, zawsze tak jakoś chodziłam swoimi drogami, więc odłączyłam się od grupy rodzinnej i przeszłam nad murem za pałacem Kazimierzowskim i tam na dole widziałam morze ognia! Płonęło całe Powiśle, tak mi się zresztą wydawało.
Później, tej samej nocy konwojowali nas na Wolę do kościoła Świętego Wojciecha i to była groza. To była groza – już pełna. Moją starszą siostrę, która, jak mówiłam, różniła się i fizycznie od nas, była rozwinięta i wysoka, cała była, ubrudziłyśmy błotem, żeby ją uchronić, bo tam pijani, głównie ci „własowcy”, wyciągali dziewczyny, gwałcili po bramach. A jak się ktoś przewrócił, to już koniec był z nim, bo fala ludzi płynęła, nie wiem, mniej więcej, szeregami, po kilka osób w szeregu, nie dwójkami, ale tam czwórkami czy nawet szóstkami.
Postój był już nad ranem w kościele Świętego Wojciecha. To jest charakterystyczne, że nie wiem, tu mi się film urwał, jak myśmy się przedostali z kościoła Świętego Wojciecha do Pruszkowa. Czy myśmy szli, czy nas wieźli? To przecież kawał drogi. Dopiero mam te obrazy od rampy, można powiedzieć, mimo że to nie była rampa, tylko tak za bramą dochodziło się, stał gestapowiec na rozstawionych nogach, tutaj z asystą trzymali psy warczące i takie zionące i tak nachodziło się na niego. Trzymał pejcz w prawej ręce i jak tak machał: na lewo, to znaczy na roboty, a na prawo, bo tak mu było łatwiej na tą stronę, to do zwolnienia. Szła jeszcze z nami nasza stara służąca stryja. Taka staruszka, jeszcze się przygarbiła, z jakimś tobołkiem, to machnął na prawo, a myśmy trzy z ojcem i dwie ciotki z nami szły, to machnął na lewo – na roboty.

 

W Pruszkowie przebyliśmy trzy dni, też to było dosyć upiorne. W zajezdni kolejowej, bo tam były szyny i wykopy, tak jak tam wjeżdżały wagony do reperacji czy coś, to tam wszystkie nieczystości, a również i zmarłych zsypywano do tych [wykopów]. To chwilowo, bo oni tam nie zostawali długo, bo jednak były służby porządkowe. Rozdawali zupę, to kto miał puszkę czy cokolwiek, menażkę czy słoik, to tak wyciągały się ręce z tymi naczyniami i on tak lał po wszystkich wielką chochlą. To pamiętam, bo byłam bardzo dumna, bo tam wyrwałam kawał chleba przez te trzy dni czy coś tam [jedliśmy]. Po czym ojciec mój, który był wtedy w uniesieniu uczuciowym, bo był zakochany świeżo w swojej drugiej żonie, to znaczy przyszłej drugiej żonie, widocznie taki pod wpływem emocji, w tej sytuacji postanowił nas ratować. Tak troszkę przycisnął siostrę miłosierdzia, która miała opaskę Czerwonego Krzyża i mu ją dała. [Nosił] jako sanitariusz. Znał niemiecki, ale nie tak bardzo dobrze, tylko że był postawnym, przystojnym mężczyzną i wprost przeciwnie niż u naszych przyjaciół Rosjan, u Niemców wzbudzało to mir, i wepchnął nas jako troje dzieci samotnych, bez opieki, do Niemca, doktora, tak troszkę poza kolejką, który wypisał zwolnienie. Po czym, jak był transport do ewakuacji, to tam ten moment doskonale pamiętam, bo Bahnschutz stał z karabinem po jednej stronie, wysoka ta lora była, więc trzeba było podpychać kobiety czy nas tam podsadzać. Ojciec nas tam podsadzał, podsadzał, a w pewnej chwili sam się podsadził, zwinął tą opaskę i pojechaliśmy i znaleźliśmy się pod Częstochową. Na tym mój udział w Powstaniu się skończył. Nie wiem, który to był dzień. 6 [września] nas zabrali, 7 [września] to była Wola i potem ze trzy dni, w połowie września gdzieś.


  • Czy pamięta pani swoje emocje? Czy się pani bała, czy to było doświadczenie absolutnie niecodzienne?


Nie, byłam taka niezależna, nie poddawałam się takim nastrojom. Przyjmowało się rzeczywistość. Człowiek się adaptował momentalnie, ratował, a jednocześnie, jak mówię, zawsze coś tam usiłowałam zobaczyć, nie być bierna. Nigdy nie byłam bierną osóbką, którą niosła fala. Tak że pewnie się bałam, w jakimś tam sensie wszyscyśmy się bali. Taki autentyczny strach to było, jak mówiłam, przejście z uniwersytetu na Wolę, bo to było realne zagrożenie i tak tuż, tuż, bo od czasu do czasu tupoty były, szarpaniny w ciągu tego upiornego pochodu. Tylko że to było w nocy, to tym bardziej, bo noc nie była znowu taka ciemna, bo to słynne sierpniowe noce. Nie, wrześniowe wtedy już.

  • A proszę powiedzieć, bardzo zwyczajne sprawy, czy pamięta pani, poza tą zupą i pajdą chleba, którą udało się pani zdobyć, co jeszcze na Tamce jedliście? Jak to było?


Ojciec gdzieś zdobywał jedzenie od... Jak przypomniała mi moja młodsza siostra, robił wycieczki do swojej przyszłej teściowej, ona miała widocznie jakieś zapasy, bo przyniósł mąkę, pamiętam, i właściwie ta służąca, Zofia, zrobiła kluski. Już był duży głód i jak właśnie to bombardowanie [się zaczęło], co mnie zastało na trzecim piętrze, to jeszcze dojadałam te kluski, bo to w trakcie obiadu nastąpił nalot i tak mi było żal zostawić tego talerza. Wtedy się bałam! Wtedy się bałam, jak zaczęły walić bomby naprzeciwko. To było przez szerokość ulicy w końcu!
To były momenty strachu, ale Powstanie nie zakodowało się mi w mojej pamięci i w moim umyśle jako coś takiego strasznie przerażającego, nie.

  • A proszę powiedzieć, czy miała pani jakieś marzenia, że bardzo pani chciała, aby coś się stało, by być w jakiejś sytuacji, żeby uczestniczyć czy coś znaleźć? Czy coś takiego pani pamięta?


Ale co miałam znaleźć?

  • Nie, nie wiem. Jakieś marzenia, sytuacje, bo niektóre dzieci miały takie bardzo szczególne marzenia w tym czasie i dlatego o to pytam.


Chyba nie, bo myśmy były troszeczkę emocjonalnie wyciszone po śmierci naszej mamy. Tak że cóż, tamte uczucia i tamta strata była tak duża, że rzutowała na naszą psychikę. Teraz dopiero mogę sobie to uświadomić po latach. Dlatego z zewnątrz bodźce to tak troszkę jak przez filtr uczuciowy przechodziły. A sytuacja była tak nieporównywalna do naszej normalnej codzienności dziecięcej, że to też się inaczej przyjmowało, jako coś zupełnie nieprawdopodobnego. Oczywiście tak nie myślałam, ale teraz mogę to tak nazwać, jak podróż w nieznany kraj zupełnie, miejski.

  • A proszę powiedzieć, czy dało się zauważyć na Tamce z pani punktu widzenia, wzmożone życie religijne?


Tak, właśnie, też były, w każdym podwórku były kapliczki z Matką Boską i tam kwiatki się stawiało i różańce, bardzo często o wieczornej godzinie zbierały się przeważnie kobiety, bo mężczyźni czy chłopcy byli w walce na froncie. Tam żeśmy się modliły.

  • Pani z siostrami też w tym uczestniczyła?


Też, oczywiście. To należało do tych obrzędów i wierzyłyśmy, wierzono w skuteczność tych modlitw. Należało to robić.




Warszawa, 7 kwietnia 2010 roku
Rozmowę prowadziła Anna Bosiacka

  • A czy spotkała pani tam jakichś żołnierzy polskich, Powstańców?


Tak, po upadku Starówki już przechodzili kanałami, tam właśnie przy Wareckiej było wyjście. Nie wiem, z której strony to było, czy z tej strony Nowego Światub czy z tamtej, bo tam była Warecka, a tu Ordynacka. Ci żołnierze wszyscy zatrzymywali się w piwnicach, tak że… Ale ja mam klaustrofobię i nie chciałam schodzić do piwnicy. Ciągle coś wymyślałam, aby tylko nie zejść, bo sobie wyobrażałam, że mnie tam zasypie to wszystko.

Potem już, jak mówiłam, jak zaczęły się walki o elektrownię, już sielanka zniknęła i zaczęła się rzeczywiście prawdziwa bitwa. Niemcy wtedy regularnie wysyłali samoloty i Tamka była regularnie bombardowana. Cała parzysta strona została właśnie wtedy zniszczona od Cichej aż tutaj, do Kopernika. Tu, gdzie jest „Złota Kaczka”, restauracja, tam były przecież domy i te domy zawaliły się, można powiedzieć, nie tyle na moich oczach, co na moich uszach. Ponieważ właśnie w tym czasie, jak broniłam się przed schodzeniem do piwnicy, zostałam na trzecim piętrze sama, wszyscy zeszli, i wtedy był nalot na pierzeję vis-à-vis i od tego czasu jednak schodziłam do piwnicy. Wtedy się ostro wystraszyłam, ale pamiętałam obrazy ze zbombardowanych domów, mieszkań, że zostawały futryny drzwi. Wiem, że najpierw stanęłam w futrynie drzwi wejściowych, ale od wybuchów łańcuch trzepał się, więc wtedy weszłam do łazienki, bo łazienka była w środku mieszkania i tam wydawało mi się najbezpieczniej, ale jakoś ten dom ocalał. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby akurat… Jeszcze tam były chyba dwa piętra nade mną. Ale już później nie ryzykowałam, schodziłam do piwnicy. To było straszne, bo tak ciemno, przy świeczkach, ogarkach, jęki, tam ranni byli wśród tego tłumu mieszkańców, cywilów, głód był, nie było co jeść, było ciężko z wodą, jakąś wodę się nosiło. Już, oczywiście, w kranach nie było wody, więc nosiło się gdzieś wiadrami.
6 września, jak dziś pamiętam, wyciągnęli nas z piwnic „ukraińcy”. Wychodi! Uchodi! Niby tak zabrzmiało to swojsko, ale groźnie, bo już krążyły między ludźmi straszliwe opowieści masakr na Zieleniaku, na Ochocie, więc to była groza. Wtedy dopiero zobaczyłam pierwszego trupa, bo jak nas tam wyprowadzali, to w prześcieradle czy tam coś, nieśli kogoś również. Przegonili nas, myśmy już byli tak trochę przygotowani do ewakuacji, każda z nas miała swój kuferek, swój węzełek ze swoimi skarbami. Tak bocznymi drogami poprzebijanymi przez ściany przeprowadzili nas na uniwersytet. Pamiętam, zawsze tak jakoś chodziłam swoimi drogami, więc odłączyłam się od grupy rodzinnej i przeszłam nad murem za pałacem Kazimierzowskim i tam na dole widziałam morze ognia! Płonęło całe Powiśle, tak mi się zresztą wydawało.
Później, tej samej nocy konwojowali nas na Wolę do kościoła Świętego Wojciecha i to była groza. To była groza – już pełna. Moją starszą siostrę, która, jak mówiłam, różniła się i fizycznie od nas, była rozwinięta i wysoka, cała była, ubrudziłyśmy błotem, żeby ją uchronić, bo tam pijani, głównie ci „własowcy”, wyciągali dziewczyny, gwałcili po bramach. A jak się ktoś przewrócił, to już koniec był z nim, bo fala ludzi płynęła, nie wiem, mniej więcej, szeregami, po kilka osób w szeregu, nie dwójkami, ale tam czwórkami czy nawet szóstkami.
Postój był już nad ranem w kościele Świętego Wojciecha. To jest charakterystyczne, że nie wiem, tu mi się film urwał, jak myśmy się przedostali z kościoła Świętego Wojciecha do Pruszkowa. Czy myśmy szli, czy nas wieźli? To przecież kawał drogi. Dopiero mam te obrazy od rampy, można powiedzieć, mimo że to nie była rampa, tylko tak za bramą dochodziło się, stał gestapowiec na rozstawionych nogach, tutaj z asystą trzymali psy warczące i takie zionące i tak nachodziło się na niego. Trzymał pejcz w prawej ręce i jak tak machał: na lewo, to znaczy na roboty, a na prawo, bo tak mu było łatwiej na tą stronę, to do zwolnienia. Szła jeszcze z nami nasza stara służąca stryja. Taka staruszka, jeszcze się przygarbiła, z jakimś tobołkiem, to machnął na prawo, a myśmy trzy z ojcem i dwie ciotki z nami szły, to machnął na lewo – na roboty.

 

W Pruszkowie przebyliśmy trzy dni, też to było dosyć upiorne. W zajezdni kolejowej, bo tam były szyny i wykopy, tak jak tam wjeżdżały wagony do reperacji czy coś, to tam wszystkie nieczystości, a również i zmarłych zsypywano do tych [wykopów]. To chwilowo, bo oni tam nie zostawali długo, bo jednak były służby porządkowe. Rozdawali zupę, to kto miał puszkę czy cokolwiek, menażkę czy słoik, to tak wyciągały się ręce z tymi naczyniami i on tak lał po wszystkich wielką chochlą. To pamiętam, bo byłam bardzo dumna, bo tam wyrwałam kawał chleba przez te trzy dni czy coś tam [jedliśmy]. Po czym ojciec mój, który był wtedy w uniesieniu uczuciowym, bo był zakochany świeżo w swojej drugiej żonie, to znaczy przyszłej drugiej żonie, widocznie taki pod wpływem emocji, w tej sytuacji postanowił nas ratować. Tak troszkę przycisnął siostrę miłosierdzia, która miała opaskę Czerwonego Krzyża i mu ją dała. [Nosił] jako sanitariusz. Znał niemiecki, ale nie tak bardzo dobrze, tylko że był postawnym, przystojnym mężczyzną i wprost przeciwnie niż u naszych przyjaciół Rosjan, u Niemców wzbudzało to mir, i wepchnął nas jako troje dzieci samotnych, bez opieki, do Niemca, doktora, tak troszkę poza kolejką, który wypisał zwolnienie. Po czym, jak był transport do ewakuacji, to tam ten moment doskonale pamiętam, bo Bahnschutz stał z karabinem po jednej stronie, wysoka ta lora była, więc trzeba było podpychać kobiety czy nas tam podsadzać. Ojciec nas tam podsadzał, podsadzał, a w pewnej chwili sam się podsadził, zwinął tą opaskę i pojechaliśmy i znaleźliśmy się pod Częstochową. Na tym mój udział w Powstaniu się skończył. Nie wiem, który to był dzień. 6 [września] nas zabrali, 7 [września] to była Wola i potem ze trzy dni, w połowie września gdzieś.


  • Czy pamięta pani swoje emocje? Czy się pani bała, czy to było doświadczenie absolutnie niecodzienne?


Nie, byłam taka niezależna, nie poddawałam się takim nastrojom. Przyjmowało się rzeczywistość. Człowiek się adaptował momentalnie, ratował, a jednocześnie, jak mówię, zawsze coś tam usiłowałam zobaczyć, nie być bierna. Nigdy nie byłam bierną osóbką, którą niosła fala. Tak że pewnie się bałam, w jakimś tam sensie wszyscyśmy się bali. Taki autentyczny strach to było, jak mówiłam, przejście z uniwersytetu na Wolę, bo to było realne zagrożenie i tak tuż, tuż, bo od czasu do czasu tupoty były, szarpaniny w ciągu tego upiornego pochodu. Tylko że to było w nocy, to tym bardziej, bo noc nie była znowu taka ciemna, bo to słynne sierpniowe noce. Nie, wrześniowe wtedy już.

  • A proszę powiedzieć, bardzo zwyczajne sprawy, czy pamięta pani, poza tą zupą i pajdą chleba, którą udało się pani zdobyć, co jeszcze na Tamce jedliście? Jak to było?


Ojciec gdzieś zdobywał jedzenie od... Jak przypomniała mi moja młodsza siostra, robił wycieczki do swojej przyszłej teściowej, ona miała widocznie jakieś zapasy, bo przyniósł mąkę, pamiętam, i właściwie ta służąca, Zofia, zrobiła kluski. Już był duży głód i jak właśnie to bombardowanie [się zaczęło], co mnie zastało na trzecim piętrze, to jeszcze dojadałam te kluski, bo to w trakcie obiadu nastąpił nalot i tak mi było żal zostawić tego talerza. Wtedy się bałam! Wtedy się bałam, jak zaczęły walić bomby naprzeciwko. To było przez szerokość ulicy w końcu!
To były momenty strachu, ale Powstanie nie zakodowało się mi w mojej pamięci i w moim umyśle jako coś takiego strasznie przerażającego, nie.

  • A proszę powiedzieć, czy miała pani jakieś marzenia, że bardzo pani chciała, aby coś się stało, by być w jakiejś sytuacji, żeby uczestniczyć czy coś znaleźć? Czy coś takiego pani pamięta?


Ale co miałam znaleźć?

  • Nie, nie wiem. Jakieś marzenia, sytuacje, bo niektóre dzieci miały takie bardzo szczególne marzenia w tym czasie i dlatego o to pytam.


Chyba nie, bo myśmy były troszeczkę emocjonalnie wyciszone po śmierci naszej mamy. Tak że cóż, tamte uczucia i tamta strata była tak duża, że rzutowała na naszą psychikę. Teraz dopiero mogę sobie to uświadomić po latach. Dlatego z zewnątrz bodźce to tak troszkę jak przez filtr uczuciowy przechodziły. A sytuacja była tak nieporównywalna do naszej normalnej codzienności dziecięcej, że to też się inaczej przyjmowało, jako coś zupełnie nieprawdopodobnego. Oczywiście tak nie myślałam, ale teraz mogę to tak nazwać, jak podróż w nieznany kraj zupełnie, miejski.

  • A proszę powiedzieć, czy dało się zauważyć na Tamce z pani punktu widzenia, wzmożone życie religijne?


Tak, właśnie, też były, w każdym podwórku były kapliczki z Matką Boską i tam kwiatki się stawiało i różańce, bardzo często o wieczornej godzinie zbierały się przeważnie kobiety, bo mężczyźni czy chłopcy byli w walce na froncie. Tam żeśmy się modliły.

  • Pani z siostrami też w tym uczestniczyła?


Też, oczywiście. To należało do tych obrzędów i wierzyłyśmy, wierzono w skuteczność tych modlitw. Należało to robić.




Warszawa, 7 kwietnia 2010 roku
Rozmowę prowadziła Anna Bosiacka

Zobacz także


kapral

Jan Kowalski „Miłosz”

Nazywam się Jan Kowalski, urodziłem się 1923 roku. Mieszkam w Warszawie na ulicy Korkowej. Za okupacji w...

więcej
łącznik dowódcy batalionu

Bohdan Hryniewicz „Bogdan”

Mówi Bohdan Hryniewicz. W czasie Powstania przyłączyłem się do Batalionu „Nałęcz”, ponieważ...

więcej
cywil, służby pomocnicze

Ryszard Szabelak „Żyrafa”, „Dromader”

Ryszard Szabelak, warszawiak z urodzenia, żoliborzanin prawie od urodzenia. Może proszę niech pan...

więcej
kapral, plutonowy, łączniczka

Janina Szczepańska-Wścieklica „Janka”

Nazywam się Janina Szczepańska z męża Wścieklica. Byłam w Warszawie jako dziecko, rosłam tu, uczyłam się do końca...

więcej

Elżbieta Zofia Stolarczyk

Jan Kowalski „Miłosz”