Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Anna Mizikowska „Grażka”
Anna Mizikowska
pseudonim
„Grażka”
stopień
łączniczka, sanitariuszka
formacja
Batalion „Parasol”
dzielnica
Wola, Stare Miasto, Śródmieście

Urodziłam się w Siedlcach 1 lutego 1926 roku. W czasie Powstania byłam w „Parasolu”. Wyszłam z Powstania w stopniu podporucznika. Pseudonim „Grażka”.

  • Co pani robiła przed wybuchem wojny? Gdzie pani mieszkała przed 1939 rokiem?


Mieszkałam w Siedlcach. 1 września 1939 skończyłam pierwszą klasę gimnazjalną w Gimnazjum Królowej Jadwigi, to było I Gimnazjum w Siedlcach. Cały czas w szkole podstawowej i w gimnazjum byłam w harcerstwie, w 1939 roku w sierpniu byłam w pogotowiu harcerskim.

  • Czy ludzie z pani otoczenia spodziewali się, że wybuchnie wojna?


Już kilka miesięcy przedtem to się czuło.

Była mobilizacja wojska, przygotowywaliśmy się jako harcerze, jako służba pomocnicza i wszystkie inne służby administracyjne.

  • Wakacje 1939 roku przebiegały na przygotowywaniu się do wojny?


Nie było takiego zwyczaju wyjeżdżania na wakacje jak to dzisiaj, nie było to w modzie. Wyjeżdżaliśmy na obozy, najpierw zuchowe, potem harcerskie, a ostanie wakacje, to już na kilka godzin byliśmy przy pomocy, przy sporządzaniu posiłków, potem się nosiło jedzenie na miejsce postoju, gdzie to się wszystko działo - to było kino niedaleko dworca, niedaleko torów. Tamtędy były przewożone nasze wojska polskie. Donosiliśmy ciepłe szaliki, ciepłe skarpety, posiłki.

  • Jak się nazywało to kino?


Nie pamiętam, ono było niedaleko dworca kolejowego, bardzo blisko mieszkałam, to była ulica Dwudziestego Pułku, mieszkania 5. Nawet nie wiem czy to było czynne kino, ale to był jeden z ładniejszych budynków w Siedlcach, budowany już w celach rozrywkowych, kulturalnych. Pamiętam, była tam olbrzymia sala i bardzo dużo ludzi tam się kręciło.



  • Chodziła tam pani z koleżankami, kolegami czy może z rodzeństwem?


Z rodzeństwem to nie, moje rodzeństwo było dużo starsze. Byłam najmłodsza. Siostra była zamężna, mieszkała w Warszawie, brat też już wyjechał do szkoły do Warszawy, bo w Siedlcach małą maturę zrobił, więc pojechał do Warszawy, bo nie wiadomo było, kiedy się zajęcia zaczną. Został przyjęty do technikum kolejowego na Chmielnej.

  • Jak się nazywał pani brat?


Jan Złoch, ja jestem z domu Złoch. Siostra mieszkała na Świętokrzyskiej, naprzeciwko Prudentialu. Kilka lat przed 1939 rokiem wyszła za mąż za Warszawiaka.

  • W takim razie z kim pani chodziła do kina, z koleżankami?


Tak, z dziewczętami z drużyny harcerskiej.

  • Pamięta pani nazwiska pani koleżanek, znajomych z okresu siedleckiego?


Nie pamiętam, dlatego, że bardzo szybko wyjechałam z Siedlec.

  • Jak to się stało, że pani wyjechała z Siedlec?


Wyjechałam dlatego, że mój tata umarł, kiedy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej. Bardzo pomagała nam siostra, która właśnie skończyła studia w Warszawie na SGPiS, a wtedy jeszcze to była prywatna szkoła i na szczęście tak się udało, że założyli własny interes z mężem, on skończył matematykę na uniwersytecie. Potem bardzo nam pomagali, ale skoro brat już poszedł do Warszawy, do szkoły, z tą myślą, że tutaj będzie dalej studiował...

  • Pani została w Siedlcach z mamą?


Zostałam z mamą i ze starszą siostrą, która z różnych względów została w domu, trochę prowadziła gospodarstwo, bo mama zawsze prowadziła jakiś interes, musiała nas czwórkę utrzymać, pomagać siostrze, siostra więc współdziała z mamą. Mama zlikwidowała wszystko, co było w Siedlcach, przyjechaliśmy do Warszawy...

  • Kiedy państwo przyjechali do Warszawy? Już jak wojna się zaczęła?


Oczywiście.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny?

 

Wybuch wojny bardzo utkwił w mojej pamięci dlatego, że mieszkaliśmy, jak powiedziałam, na ulicy Dwudziestego Pułku 5, to było tuż przy torach, pod mostem kolejowym. Wtedy, w obawie, że będą z różnych stron bombardować, rodzina nas zabrała na wieś. Pamiętam, przyjechali drabiniastym wozem i nas zabrali, z tym co można było zabrać - jakaś pościel, walizki. Zabrali nas pod Siedlce i tam, żeby nie być pasożytem u nich, mama prowadziła kuchnię razem z moją siostrą, natomiast ja z gospodarzami i z ich dziećmi szliśmy na pole, kopaliśmy kartofle.

  • Pamięta pan,i jak nazywała się ta wieś?


Stopki, pamiętam doskonale, to była osada, kolonia z murowanych domów, tam mieszkała rodzina mojego taty. Wtedy właśnie niemieckie samoloty pamiętam, jak się zniżali nad polem i strzelali z broni pokładowej.

  • Do ludności cywilnej?


Oczywiście, do nas, do dzieci, przede wszystkim do kobiet, bo mężczyźni byli gdzie indziej. Pamiętam doskonale, pierwszy raz w życiu kopałam [ziemniaki], gdy widziałam jak to wszystko wygląda, tak że utkwiło mi [w pamięci]. Potem wracaliśmy, jak się trochę uspokoiło, tak jak nas przywieziono.

Pamiętam wejście żołnierzy radzieckich do Siedlec, bo to był taki okres, że jeszcze nie wiadomo kto i co… Niestety dobrze pamiętam żołnierzy radzieckich.

  • Jaka była pani pierwsza myśl wtedy, że to są nasi przyjaciele, czy że to jest wojna z drugiej strony?


Byliśmy wychowywani bardzo patriotycznie, to mieliśmy orientację doskonałą, bo Siedlce miały bardzo dużo szkół średnich, bo to sąsiedztwo Warszawy. Jechało się do Warszawy mniej więcej dziewięćdziesiąt kilometrów, nie pamiętam czy godzinę czy dwie, ale pociąg jechał bardzo szybko. Zajeżdżałam do siostry, przyjeżdżałam z klasą na wycieczki do Warszawy, ona mieszkała naprzeciwko Prudentialu, pamiętam utkwiły mi [w pamięci] drzwi kręcone, tak że dla mnie to była atrakcja wielka, jak się tam kręciłam, telefon był u siostry... Tak że my wiedzieliśmy, co się święci. Harcerstwo, szkoły - były na wysokim poziomie.

  • Jak wojska radzieckie się zachowywały?


Niestety nie mogę powiedzieć tutaj, bo przykro jest o tym mówić, ale wraz z nimi weszły od razu służby i wśród tych służb dużo było Żydów, bo w Siedlcach było dużo Żydów, były szkoły żydowskie. W szkole podstawowej chodziłam z Żydówkami do szkoły, w jednej klasie, raczej była harmonia między nami. W domu żydowskim moja mama miała sklep kolonialny na ulicy Piłsudskiego, zaraz przy boisku sportowym. Nie mniej wrażenie jest bardzo przykre, to jakaś nędza, hołota weszła, zamiast plecaków mieli worki na plecach sznurkami [powiązane], z jednego zegarka większego pięć chcieli zrobić.Z Siedlcami byłam bardzo związana. Jak chodziliśmy ze sztandarami do kościoła, a potem się wracało deptakiem, to było tam dużo emerytów i dużo młodzieży szkolnej, było tam bardzo wesoło.

  • Wtedy mama podjęła decyzję, żeby jednak uciekać z Siedlec i przenieść się do Warszawy?


To było koniec roku 1940, początek 1941. Wtedy właśnie siostra ustąpiła nam swoje mieszkanie na Tamce, też przy moście kolejowym. Ona się przeniosła trochę wyżej, Świętokrzyska została w roku 1939 zniszczona.

  • Pamięta pani, dlaczego mama podjęła taką decyzję?


Żeby było nam łatwiej, żebyśmy mogli się kształcić. Szwagier był bardzo dobry, siostra była bardzo dobra, nie mieli swoich dzieci, wtedy jeszcze nie bardzo było wiadomo, czy będą mieć czy nie, w każdym razie to byli bardzo dobrzy ludzie. Byłam wychowywana prawie tak jak ich córka. Byli już w Warszawie obeznani, jedno kończyło SGH na Rakowieckiej, drugie kończyło uniwersytet, tak że można im było zaufać, tym bardziej, że my w Siedlcach nie mieliśmy się gdzie podziać. Jak wróciliśmy z Stopek, nasz dom [był zniszczony] - zresztą to był dom rodziny mojego przyszłego męża, ale wtedy się jeszcze na to nie zanosiło, bo on był w podchorążówce, wcielony do wojska, skończył podchorążówkę dziesięć lat starszy - i nie było gdzie zamieszkać, tak że u rodziny zamieszkaliśmy, w bardzo złych warunkach i mama bardzo chętnie skorzystała. Mieszkaliśmy (w tej chwili tego domu już nie ma) na ulicy Krótkowskiego, ten dom był na wysokości Topiel, też blisko mostu, a siostra się przeniosła wyżej, potem odremontowała stary dom. Potem z Świętokrzyskiej przeprowadzili się na Królewską, naprzeciwko Saskiego Ogrodu, w 1939 roku ten dom uległ zniszczeniu, ale lokatorzy wraz z gospodarzem odbudowali ten dom.

  • Jak wyglądała stolica, kiedy pani przyjechała w 1941 roku do Warszawy? Przed wojną pani bardzo często przebywała w Warszawie. Zauważyła pani różnicę między Warszawą przedwojenna i okupowaną?


Naturalnie, bo widać było zniszczenia, na przykładzie domu na ulicy Królewskiej. Pewnie mylę miejsca w tej chwili, trudno, ale

zaczęłam chodzić od razu na komplety na Moniuszki 8, to była szkoła modniarska, bo mogły być tylko szkoły [zawodowe]. W wakacje, na przełomie roku 1940/1941 uczyłam się i potem weszłam w komplety do drugiej klasy, czy nawet już do trzeciej, w każdym razie przed Powstaniem skończyłam małą maturę. To było gimnazjum prywatne, pensja Getnerówny, Moniuszki 8, w podwórze jak się wchodziło to potem na górę. Szkoła oficjalnie była modniarska, zawodowa, mieliśmy na naszych pulpitach główki, kapliny, zaparzaczki, żelazka, miseczki z wodą i na wypadek, gdyby przyszła kontrola - bo przecież wpadały kontrole, a my nie mogłyśmy nosić zeszytów - starą łazienkę z wanną na nóżkach jeszcze, to tam się chowało jakieś kartki, które się wyrwało z książek.

  • Klasy były liczne?


Klasy nie były liczne, nie tak liczne jak dzisiaj. Były to same dziewczęta, to była szkoła tylko żeńska, jeszcze zachowująca tradycje przedwojennych gimnazjów, oddzielnie męskich, oddzielnie żeńskich.

 

  • Wszyscy musieli być wtajemniczeni, że to są tajne komplety, również woźny, na przykład?


Oczywiście, to był zespół nauczycieli. Pamiętam fantastycznego matematyka - Krygera, bardzo dobry matematyk, to był ewangelista, byłam na jego pogrzebie, pochowany był przy [ulicy] Żytniej, na cmentarzu ewangelickim. Jego żona uczyła fizyki. Byłam w klasie niemieckiej, uczyłam się łaciny i tu też byłam w klasie niemieckiej. Nie wiedzieliśmy kto należy do konspiracji, bo to była autentyczna konspiracja, natomiast o tym, że trzeba zachować ostrożność, wszystkie wiedziałyśmy. Oczywiście byłyśmy na tyle jeszcze głupie, że nosiłyśmy różne kartki, zupełnie niepotrzebnie, licząc się z narażeniem na niebezpieczeństwo i nas i nauczycieli, ale takie było życie.

 

  • Kto pani zaproponował wstąpienie do Szarych Szeregów?


Szkolna koleżanka, która miała sympatię z „Zośki”. Żyje do dzisiaj.

  • Jak się nazywała ta koleżanka?


Krysia Mikołajczyk z nazwiska, a z domu Biernacka.

  • Jak się nazywała jej sympatia z „Zośki”?


„Misiek” - Zdzisiek Nagórski, był z „Zośki”, ale on nie żyje, zginął tuż przed Powstaniem w akcji na [ulicy] Górskiej, tam gdzie „Parasol” ma swój grób, oczywiście symboliczny, pod Warszawą - Celestynów, mogę się mylić. Mam nawet - nie wiem jakim cudem się u mnie zachowała - jego legitymacja, kiedy robił prawo jazdy, bo przecież chłopcy korzystali z niej potem. Też miałam sympatię z „Baszty”, zginął na Mokotowie na Niepodległości.

  • Pani wiedziała, że on jest z „Baszty”?


Nie wiedziałam, to była autentyczna konspiracja, to było wszystko bardzo romantyczne.

  • Wróćmy do tej koleżanki, która pani zaproponowała wejść w Szare Szeregi, jak to się odbyło? Panie były po lekcjach czy w szkole w czasie przerwy?


Tak, w szkole, w czasie przerwy, jeszcze [była z nami] druga, Grażyna Wiśniewska, ona zmieniła już nazwisko, mieszkała tam gdzie „Rudy”, na Niepodległości, miała brata, który zresztą potem bardzo szybko zaginął. Przez kolegów brata dostała się najpierw ona, a potem wciągała nas, potem ja jeszcze wciągnęłam czwartą i jeszcze wciągnęłyśmy piątą.

  • Czwarta jak się nazywała?


Zofia Zarębianka a teraz z męża Zaborska.

  • Jak nazywała się piąta koleżanka?


Ona się mniej włączała. Mieszkała potem w Zawierciu, udziału już potem nie brała, były jakieś próby wciągnięcia jej, ale tak się stało, że ona była luźno z nami związana.

  • Pamięta pani, gdzie składała pani przysięgę?


Tego nie pamiętam, ale kościół, który najbardziej odwiedzałyśmy z uwagi na sąsiedztwo, to był kościół Świętego Krzyża, a drugi to był kościół na ulicy Moniuszki. Kościołem, gdzie my chodziłyśmy, może nie tak gromadnie, był kościół na Moniuszki, którego dzisiaj już nie ma - długo był ślad po nim, były resztki, a w tej chwili został rozebrany, już tam coś innego stoi na tym miejscu - i kościół Świętego Krzyża.

  • Czy pani mama wiedziała, że jest pani w konspiracji?


Potem się dowiedziała dlatego, że

u nas stał stolik do brydża, który był rozkładany i tam była wnęka na karty. Mama potem zorientowała się, że tam trzymam [bibułę] i była na tyle nierozsądna, że chcąc chronić mieszkanie, brała to wszystko, co miałam i potrafiła nosić ze sobą na mieście. Poza tym wyjeżdżałyśmy jeszcze na obozy. Mama tego nie wiedziała i to było nieuczciwe z naszej strony, a [robiłyśmy] tak: koleżanka przychodziła do mojej mamy i mówiła, że mnie zaprasza do siebie na wakacje, ja chodziłam do innej mamy i wyjeżdżałyśmy na linie otwocką. Tam miałyśmy zadanie rozpoznawania terenu, bo tam było dużo Niemców. Falenica, Otwock, tam Niemcy mieli swoje szpitale, sanatoria, mieli również swoje zaplecze wojskowe, samochodowe. Pamiętam ćwiczyłyśmy różne sprawności. Jeździłyśmy tam w przebraniu wieśniaczek, żeby nas nikt nie rozpoznał, każda na ile miała pomysł, to się przebierała, żeby również nie dać się poznać w przedziale, bo jednak rzucałyśmy się w oczy. W Michalinie miałyśmy jeden obóz, oczywiście nie miałyśmy namiotu, ale wynajmowałyśmy pokój, aranżowałyśmy wciąganie flagi, same gotowałyśmy sobie posiłki. Wychodziłyśmy do lasu, w lesie stał unieruchomiony czołg i tam starałyśmy się uczyć morsa i przekazywać sobie wiadomości morsem, robiłyśmy podchody. Falenica, Wiązowna, po tamtej stronie było duże skupisko i potem przynosiłyśmy wiadomości, rejestrowałyśmy po tamtej linii, jakie samochody przyjeżdżają, jakie jest natężenie, jaki ruch.

  • Z iloma osobami tam pani jeździła?


Tam jeździł tylko nasz zastęp i jeszcze potem zastępowa. Zastępową była „Ala” Darda. Moja drużynowa Ewa Łukaszewska mieszkała na Starościńskiej na Mokotowie, byłyśmy zastępem „Pędziwiatrów”. To była duża drużyna, miała kilka zastępów, były jeszcze „Wiewiórki” i „Włóczęgi”.

Jeśli się nie mylę, „Ala” studiowała medycynę na tajnych kompletach u Zaorskiego, jednocześnie pracowała, była bardzo odważna i bardzo dzielna. Rzeczywiście, potrafiła nas opanować i nam przekazać bardzo dużo wiadomości, ale była nierozważna, jak się potem okazało. Pamiętam jej sylwetkę, była korpulentna, starsza od nas o trzy czy cztery lata, ale zawsze ją widać było, najpierw jej teczka, teczka była strasznie przepakowana, obciążona, bo przecież roznosiłyśmy bibułę, roznosiłyśmy gazetki. Roznosiłyśmy różne rzeczy, bo byłyśmy w bliskim kontakcie z Mirowskim, z „Orszą”, nie bezpośrednio, bo nasze przyboczne [miały z nimi bezpośredni kontakt], a my znów dalej roznosiłyśmy, gdzie trzeba było, zgodnie z poleceniem. Ona wracając z „Filipkiem” - Marysią Adamską, która jest architektem dzisiaj, jest ode mnie starsza rok czy dwa lata, wracały od drużynowej z Starościńskiej i na wysokości szpitala dziecięcego na Litewskiej zostały zatrzymane. To było parę minut po godzinie policyjnej i zostały przewiezione chyba na Dworkową do komisariatu. Ala nie mogła się tego wszystkiego pozbyć, co miała. Zdążyły się tylko porozumieć, że się spotkały na Marszałkowskiej przypadkowo, że się nie znają kompletnie, że tam coś zagadały o godzinę, czy o ulicę i to im się udało. „Filipek” zjadła część tego, co miała, resztę miała gdzieś wprute czy schowane, nie zobaczyli. Jedna i druga była wzięta na Pawiak. „Ala” była bardzo mordowana, dochodziły do nas wiadomości w jaki sposób ona się zachowuje, że jest bardzo dzielna, że nikogo [wydała]. My w tym czasie nie nocowałyśmy w domu, z uwagi na bezpieczeństwo, ale okazało się, że „Ala” nikogo nie wydała, natomiast ją rozstrzelali, bo to się zbiegło z zamachem na Kutscherę. Rozstrzelali ją na terenie Pawiaka, dawno już tam nie byłam, ale bardzo długo na tym drzewie [był napis]: „Ala” Darda, czy Zofia Darda pseudonim „Ala”. Marysia „Filipek” Adamska mieszka na Żoliborzu, koło kościoła św. Stanisława.

  • Zwolnili ją czy została wykupiona?


Została wywieziona do Ravensbruck, a potem przez, zdaje się, Szwecję, wróciła do Polski. Potem skończyła architekturę, tak że ona była wywieziona, nie została zwolniona, nie została wykupiona. „Ala” została zamordowana.

Pamiętam, że to było jedno z naszych zadań, żeby na wszystkich miejscach straceń, czy na ulicy Solidarności, przy sądach - pamiętam jak wisiało kilka ciał - kłaść kwiaty. Pamiętam na Pięknej, przy małej Paście było rozstrzelanie, kładliśmy kwiaty przed Grobem Nieznanego Żołnierza przy okazji świąt patriotycznych 11 listopada czy 3 maja. Opiekowałyśmy się grobami.

  • Jak to się odbywało? Na przykład ktoś patrzył, stał czy Niemcy nie idą? Dawał znak?


Tak, oczywiście. Na przykład przy Grobie Nieznanego Żołnierza obserwowałyśmy, jak patrol szedł w lewo, to my w tym czasie wykorzystywałyśmy sytuację. Jeszcze pamiętam, jak kiedyś zwróciły mi dziewczęta uwagę - nie wiem, czy „Ala” wtedy jeszcze żyła - że się ubrałam na takie zadanie w białych podkolanówkach, że to się rzuca w oczy. Opiekowałyśmy się grobami naszych powstańców z roku 1863, potem z 1920 roku, 1939, to też przy okazji świąt biało-czerwone chorągiewki się wieszało, światełka się zwykle zapalało. Rozrzucałyśmy ulotki - pamiętam, Marszałkowską czy Nowym Światem jeździły tramwaje z otwartym pomostem na końcu, to się stawało na końcu i się rzucało, oczywiście obserwując w lewo, prawo czy nikt tam nie patrzy, czy można było skorzystać.

  • Znalazła się pani w jakiejś bardzo niebezpiecznej sytuacji?


Tak, dlatego że miałam stołeczek, niewielki stołeczek, tam niewiele się mieściło, on miał podwójne dno i tam też nosiłyśmy małe ilości [ulotek], czy też gazetek, gazetek to się zawsze dużo więcej nosiło, ale w każdym razie to się mieściło wtedy.

Szłam nawet wtedy... jeśli to będzie interesujące to opowiem losy mojego męża, ale on wtedy jeszcze nie był mężem, tylko pracował u mojej siostry, i tak jakoś adorował mnie, oni mieli interes na Sienkiewicza, ja [mieszkałam] na Moniuszki, więc tam wracając na Tamkę...

  • Co miała pani siostra na ulicy Sienkiewicza?


To był sklep z materiałami piśmiennymi, a w podwórku była introligatornia. Mój mąż był już po podchorążówce, nad Bzurą został wzięty do niewoli, był najpierw w stalagu, nie przyznali się licząc się z tym, że będzie im jakoś łatwiej poruszać się na zewnątrz, że zostaną wzięci do roboty, będą mieli możliwość ucieczki, czy jak. W każdym razie on był wyprowadzany do Bauera do roboty, potem był w Poczdamie za sabotaż, ale od Bauera grupa Polaków dostała zezwolenie na wyjazd na urlop do Polski, pod przekonaniem, że wrócą z urlopu. Mój mąż, wraz z tą grupą bez dokumentów przyjechał. Ponieważ moja najstarsza siostra i jego najstarsza siostra znały się jeszcze z Siedlec - skończyły Królową Jadwigę, jego siostra zamieszkała na ulicy Trębackiej, a moja siostra na ulicy Królewskiej, a interes mieli na ulicy Sienkiewicza - został przyjęty do pracy. Pochodził z Siedlec, nazywał się Mizikowski, zmienił nazwisko na Łuczyński i jako Łuczyński został u mojej siostry zatrudniony. Mój brat też tam pracował u niej, chodził do kolejówki na Chmielnej, zrobił potem maturę. Razem z nim chodziłam, wracając z Moniuszki, ze szkoły idąc na Tamkę, często tam wstępowałam, tak że była okazja do poznania.

Wtedy na Placu Grzybowskim były pięcioosobowe patrole gestapo, z blachami, w hełmach, zaczepiali przy różnych okazjach, były łapanki na ulicy. Wtedy już wiadomo było jak się zachować: udawaliśmy bardzo zakochaną parę, jak zorientowaliśmy się, że jest jakieś niebezpieczeństwo. Mieliśmy ze sobą stołeczek i ja go niosłam. Mieliśmy rzeczywiście mało szans ucieczki, bo Plac Grzybowski był wtedy pusty, a przed nami szły lub mijały nas dwie osoby: kobieta i mężczyzna, którzy robili wrażenie, że odnawiają mieszkania, nieśli jakiś kubeł, ten kubeł był brudny, oni też byli pobrudzeni farbą. Niestety ich zatrzymali, a my szliśmy powolutku, nie zdradzając się, że się bardzo boimy, że mamy coś na sumieniu, ale potem zaczęliśmy przyspieszać kroku. Takich sytuacji było dużo. Pamiętam na Nowym Świecie, róg Alei Jerozolimskich - nasz teren to był raczej Mokotów i Śródmieście, to był teren działania naszej drużyny - tam kino było po prawej stronie, gdzie też starałyśmy się wywiesić: „Tylko świnie siedzą w kinie”, coś tego typu, albo zerwać jakieś zdjęcie czy uszkodzić szybę u fotografów i wtedy rzeczywiście przegapiłyśmy, że w sąsiedztwie jest patrol niemiecki, czy też mundurowi Niemcy.

Jeszcze opowiem o naszej skrzynce na Ludnej. Do dzisiaj jest miejsce pod podłogą, było fotografowane, były tam różne nagrania.

  • Jak pani chodziła z przyszłym mężem i udawali państwo pani parę zakochanych to miała pani już sympatię z „Baszty”?


Tak, cały czas, do czasu Powstania, bo przecież między nami była bardzo duża różnica, dziesięć lat różnicy, ja go w Siedlcach nie znałam, bo on był w podchorążówce w Zambrowie, on nie patrzył w ogóle na mnie, bo chodziłam do gimnazjum, byłam jeszcze bardzo młodziutka.

  • Opowie nam pani coś o swojej sympatii z „Baszty”? Mówiła pani, że nie wiedziała, że on jest w konspiracji?


Nie wiedziałam.

  • A jak się nazywał?


Świętochowski Stanisław. Pseudonim „Sęp”. Zdaje się, że „Sęp II”. Taka była autentyczna konspiracja, że my już czuliśmy kilka dni przed wybuchem Powstania, że coś nastąpi, było autentyczne pogotowie. Staś już był skoszarowany na Mokotowie, na Rakowieckiej i kontakt się zerwał na kilka dni. Wiedziałam, gdzie on mieszka, bo znałam jego mamę, oni mieszkali na Saskiej Kępie, w tej chwili nie powtórzę już ulicy, ale jego poznałam, kiedy jego ojciec już nie żył, grób jest na Powązkach na Starym Bródnie. Byłam zaniepokojona Stasiem. Nie byłam skoszarowana, a oni byli skoszarowani dwadzieścia cztery godziny, nie mogli opuszczać mieszkania, nie mogli się dzielić informacjami, jakie mieli zadanie, jaki będzie atak, a oni mieli, jak się potem okazało, atakować na Rakowieckiej tereny wojskowe, gdzie Niemcy zajmowali naprzeciwko więzienia. Odwiedziłam jego mamę, ale zrobiłam to bardzo późno, spodziewając się, że chyba jest jakiś powód, że on nie przychodzi. Od mamy dostałam list od niego, ale na wierzchu było napisane: „Otwórz po trzech dniach”. Autentycznie otworzyłam po trzech dniach, to już było Powstanie, ja już niestety byłam na Woli, a on jak się okazało był w „Baszcie”.

  • Do pani przyszedł jakiś rozkaz, że ma się pani stawić na zbiórkę?


Nie doszłam do bojowej organizacji... Po zamordowaniu mojej zastępowej – „Ali” nasz zastęp się rozproszył. Krysia Mikołajczyk, która teraz jest w Poznaniu, wyszła z wojskiem i znalazła się w obozie. Ponieważ pochodziła z poznańskiego, wróciła tam do swojej rodziny, znalazła tam matkę i tam została, tam wyszła za mąż - jej mąż był profesorem na tamtejszym wydziale rolniczym - i założyła rodzinę, ma dwie córki. Odwiedzałam ją kilka razy, skończyła anglistykę w Poznaniu.

Nasz zastęp się rozleciał, ona założyła swój zastęp i ja założyłam swój zastęp. Z moim zastępem zostałam przydzielona do Bojowej Organizacji „Wschód”. Dlaczego do Bojowej Organizacji? Bo dowódcą tej organizacji był kierownik wydziału wschodniego w Pasiece. Mój zastęp „Pasieka” przyłączyłam do Bojowej Organizacji „Wschód”, żebym im ze swoimi dziewczętami pomagała. Tak, że od strony wychowawczej, od strony organizacyjnej, należałam dalej do drużyny, spotykałam się z nimi na różnych uroczystościach, właśnie tam, gdzie „Rudy” mieszkał, u Grażyny Wiśniewskiej. Ona miała pseudonim „Halszka” dlatego tak potocznie mój pseudonim to był „Graszka”, ale potem z uwagi na „Grażynę” Mickiewicza chciałam, żeby to była jednak Grażyna przez „ż”, takie człowiek miał jakieś marzenia. Potem już podlegałam, jeżeli chodzi o rozkazy, dowódcy Bojowej Organizacji, składającej się przede wszystkim z uciekinierów, harcerzy z terenów wschodnich. Chłopcy, którym się tam palił grunt pod nogami, przyjeżdżali do Warszawy i tutaj była komenda Bojowej Organizacji „Wschód”. Dowódcą był Bronisław Jastrzębski, pseudonim „Damazy”, on miał kilka pseudonimów, to był prawnik przedwojenny, harcmistrz i on był dowódcą, a bojowe odziały były na terenie Białostoczczyzny. Tutaj był inny zakres moich zadań. Rzeczywiście dalej wydawaliśmy gazetki, to był „Wschodni szaniec”, „Bojowa Organizacja Wschód” - jakieś tam pojedyncze egzemplarze jeszcze mam - i później woziliśmy czcionki na wschód do Mińska Mazowieckiego. Pamiętam, jak maszyniści w pociągach przewozili nam trefne towary, do Puszcza ciągle się jeździło. Na przykład, to było zadziwiające, ale mieliśmy kilka lokali, między innymi - to się potem będzie łączyło z wybuchem Powstania - na Pięknej, a potem niedaleko getta mieliśmy taki swój lokal, gdzie dostawaliśmy wprost z drukarni lekturę szkolną Sienkiewicza i tam stemplowaliśmy je naszym malutkim znaczkiem i te książki jeszcze czyste, jeszcze nie przeczytane, były odwożone do Lwowa, do Wilna, do Białegostoku, dla tamtej młodzieży, w tamtych szkołach, i tak samo z bronią.

Jeżeli chodzi o panów to też mogę podać nazwiska, ale oni są starsi i w związku z tym już bardziej niedołężni, oni wszyscy figurują w „Parasolu”. Stanisław Tępy, Janusz pseudonim „Siódemka”, on potem składał relację, „Eko” - w randze profesora, architekt „Wit” - wszyscy są w rejestracji w „Parasolu”, rzadko który już w tej chwili przychodzi. Mam całą listę kolegów, bo dowódca mi zostawił, miałam z nim bliskie kontakty. On już nie żyje. Na przykład Marysia Kamecka, pamiętam to była bardzo dzielna dziewczyna, telefonicznie raczej się kontaktujemy. W tej chwili jestem związana mniej z „Parasolem”, a bardziej z dziewczętami z Szarych Szeregów, bo to były koleżanki, z którymi dwa lata co najmniej chodziłam do szkoły, dlatego że małą maturę robiłam z nimi przed Powstaniem.

 

  • Może nam pani powiedzieć coś o skrytkach? Jedna była na ulicy Ludnej? Czy nadal tam jest?


Jest ta skrzynka. Jest kontakt: Marysia Urbas.

  • Czy skrytka była w podłodze?


Była w podłodze, tak się ładnie klepki podnosiły.

  • Gdzie się znajdowały inne skrzynki?


Nie takie same jak te, ale były też na Zielnej, w sklepie żelaznym, na Mazowieckiej, na Świętokrzyskiej, na Szpitalnej, w Domu Wedla. Jedna była, mniej więcej, na ulicy Wilczej, niedaleko Mazowieckiej. Tak, że były w wielu miejscach.

  • W większości znajdowały się w mieszkaniach prywatnych?


Na Zielnej była w sklepie żelaznym, który prowadził starszy pan Woźniak, z Bojowej Organizacji „Wschód”.

Teraz jeszcze nawiążę do Bojowej Organizacji „Wschód”, z nimi miałam bardzo bliski kontakt, dlatego, że i zadań i obowiązków było więcej.

W pewnym momencie zostaliśmy wezwani na ulicę Piękną, naprzeciwko małej Pasty. Tam od rana czekaliśmy, na pewno tam ktoś mieszkał, ale ja tam przyszłam z ulicy Tamki, zastałam już kolegów, było nas chyba z piętnaście osób. Czekaliśmy niecierpliwie na jakiś rozkaz i w pewnym momencie, nie pamiętam kto wtedy przyszedł, czy przyszedł właśnie Bronisław Jastrzębski „Damazy”, harcmistrz, który był kierownikiem wydziału wschodniego - to było gdzieś koło godziny dwunastej, trzynastej - i [powiedział], że o godzinie siedemnastej wybuchnie Powstanie, że to jest godzina „W” i że mamy zbiórkę na rogu Młynarskiej i Wolskiej. Wtedy było jeszcze troszkę czasu, ale pamiętam, że na Tamkę do domu już nie poszłam, zdążyłam tylko pójść do siostry. Miałam buty zupełnie nieodpowiednie, ubranie zupełnie nieodpowiednie, bo deszcz zaczął lać, to wszystko co na mnie było bardzo się szybko rozleciało.

Jeszcze muszę bardzo ważny szczegół powiedzieć, który będzie się potem wiązał z moją ucieczką z pochodu, jak nas prowadzili z ludnością cywilną, ponieważ znów mieszkaliśmy przy moście kolejowym na Tamce, a moja siostra mieszkała do wybuchu Powstania w Komorowie na letnisku. Moja mama wynajęła mieszkanie u znajomych w Tworkach, tak że była już w Tworkach, a ja byłam sama jedna w Warszawie i tylko zdążyłam pójść do siostry. Pewnie tutaj, niestety, postąpiłam nie bardzo ładnie, ale powiedziałam jej: „Jeżeli chcesz zdążyć do Komorowa, to zamykaj interes i wracajcie do domu” Oni pojechali ostatnim pociągiem EKD, dojechali do granic miasta, tam już były [wojska] na odcinku Szczęśliwice – Ochota.

  • Dlatego uważa pani, że nieładnie postąpiła, ostrzegając siostrę? Myśli pani, że zdradziła pani w ten sposób tajemnicę?


Tak myślę.

  • Ale przecież wtedy była duża solidarność, a to była pani najbliższa rodzina.


No właśnie. Po Powstaniu przyszły takie myśli, ale w pierwszym momencie to był odruch, żeby pójść powiedzieć, oni rzeczywiście skorzystali, już tam mojego brata nie było, bo poszedł w swoją stronę, oni byli tylko we dwoje. Puścili swoich pracowników, nie wiem kto tam był i oni zdążyli. Wiedziałam, gdzie oni mieszkają w Komorowie. Zostałam już w Warszawie, wiedziałam, gdzie jest moja mama w Tworkach, tak że wiedziałam, gdzie mam rodzinę, gdzie mam zaplecze. Byłam w Warszawie.

  • Na którą dotarła pani na miejsce zbiórki?


Dotarliśmy w kilka osób, z dowódcą razem, jeszcze pamiętam pseudonim „Dyrektor” Staś Peterek, też harcmistrz, znany w ZHP, bo to harcerz przedwojenny, tam dużo było harcerzy, był Władysław Kościuszko, potem nie wrócił już z obozu. Poszedł z akowcami do obozu, jak się dowiedział, że to są aresztowania, to znalazł się wreszcie w Australii. To też jest takie charakterystyczne, że w czasie Powstania nie miałam ze swoim przyszłym mężem kontaktu, bo on był w „Baszcie”, z tym, że on z „Baszty” wyszedł bardzo szybko przez Sadybę, w Góry Świętokrzyskie do partyzantki, ale którejś niedzieli, pamiętam deszcz padał i go jakimś cudownym [trafem spotkałam], Opatrzność chyba czuwała, i zawiozłam go do mojej mamy, do Tworek, bo nasze rodziny się bardzo znały.

  • Kiedy pani go zawiozła do swojej mamy?


Przed Powstaniem jeszcze. Zawiozłam go do mamy mojej do Tworek i potem znów na jakiś czas z powrotem wszystko wróciło do normy, bo to już było przed Powstaniem, w czasie wakacji. Potem po Powstaniu dostaliśmy rozkaz...

  • Jeszcze wrócimy, bo teraz mamy pierwszy dzień Powstania. Jak już pani dotarła w kilka osób na punkt, co się działo dalej?

 

Dotarliśmy w kilka osób niosąc to, co można było nieść, niewiele mieliśmy ze sobą, nawet nie mogę w tej chwili powtórzyć, co mieliśmy, w każdym bądź razie szliśmy z obciążeniem, cały czas pieszo i dotarliśmy na róg Młynarskiej i Wolskiej. Nie pamiętam, czy zajęliśmy miejsce postoju koło szpitali na ulicy Żytniej i Młynarskiej czy od razu zajęliśmy się budowaniem barykady - róg Młynarskiej i Wolskiej.

 

Nie tylko my budowaliśmy, ale przede wszystkim budowała ludność cywilna, z okolicznych domów, ludzie wyciągali wszystko, co mieli najlepszego, ratowały nas jeszcze przewrócone tramwaje, bo niedaleko, po przeciwnej stronie była zajezdnia, od razu tramwajarze nam pomagali, tam zdaje się nawet była jakaś grupa AL-owska, gdzieś tam była chyba fabryka octu, bo pamiętam, że w tej barykadzie jeszcze były beczki z octem - nie puste, tylko z octem, tak że stanowiły jakąś przeszkodę.

 

Chyba na Żytniej wtedy nocowaliśmy, ciągle przemieszczając się.

  • Jaki pani dostała przydział? Jakie zadanie?


Byłam w łączności, dowódcą tego odcinka był, zdaje się, „Jeremi”, on miał jeszcze drugi pseudonim „Grzybowski”. Był wcielony do oddziału „Narocz”, więc nie miał stanowiska dowódczego, ale był w stopniu, bodajże, podporucznika, po podchorążówce, po przeszkoleniu wojskowym, bo on nie był zawodowym [żołnierzem], był w rezerwie. Z konspiracji znali „Radosława”, a „Radosław” [przebywał] gdzieś na Karolkowej w domu starców, tak że on raczej nie był tutaj na linii, jak sobie przypominam. Weszliśmy do Powstania, spotkaliśmy się w grupie chyba czterdziestu osób, to były dwie, trzy drużyny.

  • Jak te drużyny były uzbrojone?


Stosunkowo nieźle byliśmy uzbrojeni, dlatego, że część chłopców była ze wschodu.

  • Czy pani była uzbrojona?


Miałam granat, ale miałam jeszcze malutką siódemkę, mam zezwolenie na broń, ale to rzeczywiście pistolet malutki bardzo, a tak to były sidolówki, były butelki [z benzyną]. Ja byłam w Pałacu Michla - zbieg okoliczności, po prostu jako grupa „Narocz” byliśmy przydzieleni do pierwszej kompanii, której dowódcą był fantastyczny porucznik „Gryf”. Od czasu do czasu gdzieś go spotykam, [ale generalnie] zniknął mi z oczu, bo nawet nie wiedziałam, że on był bardzo ciężko ranny. Potem zupełnie przypadkowo widziałam go raz podczas inscenizacji 1 sierpnia na rogu Młynarskiej i Wolskiej. Miałam wtedy znaczek „Parasola”, podeszłam pod planszę Pałacyka, bo przecież Pałacyk zniknął.

 

  • Jak pani wspomina „Gryfa” z czasów Powstania?


Wspominam go bardzo dobrze, jako bardzo dzielnego człowieka, z tym że nasz kontakt się urwał stosunkowo szybko. Niemcy ciągle podjeżdżali ulicą Wolską pod Pałacyk Michla, bo przecież chodziło im o przebicie na Pragę. To rzeczywiście była bardzo ważna artyleria dla Niemców, bo oni mieli posiłki z zachodu, chodziło im o kontakt. Pierwsze dwa dni były jako takie.

  • Pamięta pani jakiś specjalny wieczór, jakieś spotkanie?

 

Taki szczególny wieczór, wydaje mi się, że to był 3 sierpnia, był luz, robiło się na świecie weselej, deszcz chyba przestał padać. Było nas kilka, co najmniej trzy czy cztery, Marysia Kamecka była na pewno, ona miała pseudonim „Jola”. Przygotowywałyśmy kolacje dla chłopców, bo to było nasze zadanie - łączność, sanitariat plus zaopatrzenie w jedzenie, w posiłki. Tam były zdobyczne butelki wina, rodziny nas bardzo serdecznie przyjmowały, z piwnic wynosili to, co mieli najlepsze, dzielili się z nami, przyjmowali nas bardzo radośnie, więc były butelki wina, a poza tym nie potrzeba było wiele, nam wino nie potrzebne było do tego, żebyśmy byli radośni, po prostu byliśmy szczęśliwi i ta radość wyrażała się w tym. Nie pamiętam tańców.

Tam na pierwszym piętrze był salon, bo to był pałacyk (obok był młyn), tam stał fortepian i tam był „Ziutek” - wtedy jeszcze go nie znałam, bo przed Powstaniem nie miałam z nimi kontaktu. „Ziutek” usiadł i tam skomponował, czy dopasował melodię do słów i śpiewaliśmy. Rzeczywiście usytuowanie pałacyku było bardzo dobre, dlatego, że on troszkę wystawał, wchodził w trotuar, tam były wykusze, chłopcy rzeczywiście mieli lufy wystające przez okno, okna były otworzone, tak że obserwacje ulicy Wolskiej na zachód, nikt nie zaniedbywał tego ale nie mniej, jakieś dyżury były i ktoś tam odpoczynek też miał i to trwało.

  • To pani tam usłyszała pierwszy raz „Pałacyk Michla, Żytnia Wola”?


Właśnie tam po raz pierwszy, a potem dowiedziałam się, że „Ziutek” nie żyje, [poległ] na Starówce...

  • Jak wszyscy przyjęli tą piosenkę? Podobała się?


Oczywiście, bardzo się podobała, ona była bardzo śpiewna, wpadała w ucho, szczególnie ten refren, treść była bardzo bojowa. Nie pamiętam czy ona była cała czy to był fragment, to nie mogło trwać długo, dlatego że wszyscy byli bardzo zmęczeni. Wprawdzie te pierwsze dwa dni nie były takie tragiczne, najbardziej tragiczny był 4 i 5 sierpnia.

To przypadek, że zostaliśmy przydzieleni właśnie do „Narocz” (jestem z tego bardzo szczęśliwa i dumna). Potem, jak się okazało mieliśmy być przydzieleni do „Baszty”, dowództwo chyba miało być na Mokotowie początkowo, tak mi się wydaje - obiło mi się o uszy, czy w jakichś materiałach później po Damazym znalazłam informacje. W ostatnim momencie zostaliśmy przerzuceni, tak zresztą jak „Zośka” i „Parasol” i potem znaleźliśmy się od razu na pierwszej linii

Warszawa, 2 lutego 2006 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

 

Kontynuacja nagrania zarejestrowana 25 lipca 2006 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Anna Kowalczyk.
 

  • Kiedy dowiedziała się pani, że jest już wyznaczona godzina „W”?


Dowiedziałam się o godzinie dwunastej, tego samego dnia.

  • Jaki dostała pani rozkaz wtedy?


Byliśmy skoszarowani na ulicy Pięknej. Chłopcy to już kilka dni przedtem, a myśmy się miały stawić rano, to był wtorek, na ulicy Pięknej, naprzeciwko „małej PAST-y”. Tego domu już chyba nie ma, nowy budynek w tej chwili [jest]. Przyszła łączniczka, był z nami nasz dowódca. To była bojowa organizacja „Wschód” scalona z Armią Krajową i również w dobrych kontaktach z Szarymi Szeregami, bo dowódca był kierownikiem Wydziału Wschodniego w „Pasiece”. Stąd właśnie są nasze kontakty, że jak zamordowali moją zastępową, to myśmy się trochę rozsypały. Każda z nas dostała oddzielny zastęp. Ze swoim zastępem, jeszcze bardzo młodziutkim, bardzo w powijakach, zostałam przydzielona do bojowej organizacji „Wschód”. To były początki roku 1944, bo ona została aresztowana w styczniu 1944 i potem w związku właśnie z zamachem na Kutscherę została prawdopodobnie w getcie w lutym zamordowana. Już mój kontakt wychowawczy, organizacyjny to był z harcerzami, ale jeżeli chodzi o dyspozycje, polecenia już typowo wojskowe, typowo Armii Krajowej, to dostawałam już od swojego dowódcy. On się nazywał Bronisław Jastrzębski, pseudonim „Damazy”, przedwojenny prawnik, przedwojenny podharcmistrz.

Około dwunastej przyszła łączniczka i powiedziała, że o siedemnastej jest godzina „W” i że mamy [wyznaczone] miejsce róg Żytniej i Młynarskiej, róg Wolskiej i Młynarskiej, tam [gdzie] cmentarz kalwiński. Bo początkowa wersja to była chyba, że główna komenda będzie na Mokotowie i taka była koncepcja naszego przydziału, a potem została zmieniona właśnie na Wolę. Niewiele już było czasu, już do domu nie wróciłam na Tamkę, żeby się przebrać, więc w tym, co byłam, to jeszcze tam poszliśmy zawiadomić różne osoby, zaopatrzyć się w sprzęt odpowiedni, w broń. Rzeczywiście, o godzinie szesnastej, pojedynczo, to znaczy w zasięgu oka widziałam, że idzie mój dowódca, że idzie mój bezpośredni szef, któremu podlegałam, pseudonim „Dyrektor”, a też harcmistrz przedwojenny, Sylwester Peterek. Dlatego, że myśmy mieli jako bojowa organizacja „Wschód” bardzo dużo zadań związanych z przerzutem broni, czcionek, książek na wschód. To właśnie on, „Dyrektor” był moim bezpośrednim szefem. Na przykład, książki były „Ogniem i Mieczem, „Trylogia”, zupełnie nowe, prawie z drukarni, tam stemplowaliśmy i potem woziło się do Treblinki, [...] do Warszawy, do Białegostoku, do Lwowa, były te wszystkie rzeczy przewożone. To był mój bezpośredni szef.

  • Z tym dowódcą spotkała się pani też 1 sierpnia?


Tak. Wszyscy się spotkaliśmy, oczywiście nie wszyscy, ale ci, którzy byli na Pięknej, wszyscy się spotkaliśmy. Potem dziewczynka jedna, koleżanka jedna była na Woli, na Starówce, jedna była u „Chrobrego”, dwie siostry, które mieszkały na Miedzianej, nie zastałyśmy ich w domu, wobec tego one nie zgłosiły się na zbiórkę. Ale róg Młynarskiej i Wolskiej zgłosiliśmy się bardzo punktualnie, jeszcze dużo wcześniej, po drodze były oczywiście różne kłopoty, bo już strzały były, różne, już było widać chłopców, bądź w bramach otwartych, już z opaskami.

Przechodziliśmy, to była chyba Okopowa róg Żelaznej, tam był niemiecki mocny posterunek, rzeczywiście na większą skalę, nie jakiś [zwykły]. Dotarliśmy tam i zaczęło się właśnie od barykady. Jedna barykada róg Młynarskiej i Wolskiej, druga barykada, nawet dwie barykada, bo jedna zasłaniała Wolską, jedna zasłaniała Młynarską, potem róg Żytniej, też dwie barykady były.

  • Pani pomagała przy budowaniu barykady?


Tak. W ogóle ludność cywilna budowała. O tyle nie budowałam, że nie mogłam, ale uczestniczyłam, na ile to [możliwości pozwalały]. Poza tym przemieszczałam się z miejsca na miejsce, bo musieliśmy jakieś lokum [znaleźć]. Znaleźliśmy lokum chyba na Żytniej, tak że wszyscy byliśmy w ruchu, ale przede wszystkim to akcja była budowania barykad.

  • Co zostało użyte do zbudowania barykady?


Tam były tramwaje, bo tam była niedaleko remiza, gdzie tramwaje stacjonowały, gdzie były pomieszczenia dla tramwajów potem, właśnie tak jak już mówiłam wcześniej, beczki, które mi tak bardzo utkwiły [w pamięci]. Również przy Żytniej też były beczki, beczki były bądź pełne octu, bo zapach octu pamiętam do dzisiaj, bądź się nasypywało piasku do beczek. Tak, że to były barykady, stosunkowo solidne barykady. W pierwszych dniach, szczególnie 2 sierpnia, to one nam trochę pomagały, bo przecież każdy się liczył z tym, że atak czołgów czy atak piechoty niemieckiej to będzie szedł z zewnątrz Warszawy ulicą Wolską, że oni zechcą się przedrzeć Alejami Jerozolimskimi do Mostu Poniatowskiego, żeby ewentualnie mieć połączenie. Bo przecież w domu, to chyba nie w BGK, róg Alej [Jerozolimskich] i Nowego Światu, bank, który stoi do dzisiaj niezniszczony, to przecież tam Niemcy byli do końca. On był ciągle [atakowany]. Takie były rozkazy właśnie, żeby bardzo pilnować tego narożnika, bo Niemcy przede wszystkim skoncentrują swój atak i tak było.

 

Ten wieczór był poza barykadami, poza znalezieniem sobie miejsca, zabezpieczeniem, pozbieraniem się, to na tym upłynął. Ale już na drugi dzień było widać zaplątane pojedyncze czołgi, bo to nie był jeszcze skoncentrowany atak. Ale wtedy akurat z Pałacu Michla spotkali się od razu z oporem. To był pałacyk wysunięty trochę na Wolską ulicę, miał budowę, że na frontowej ścianie były wykusze, tak że tam chłopcy ustawiali swoje przeciwpancerne [rusznice], piaty, jak się nie mylę. Tak było, że upłynął nam dosyć spokojnie wieczór.

Entuzjazm był szalony, ludność cywilna też [w to się włączyła], znalazły się od razu opaski, bo innych strojów nie było. Zaczął padać deszcz, najgorzej, bo nasze ubrania nieprzystosowane, wszystko zaczęło się rozlatywać prawie.

 

  • A opaski skąd państwo tam wzięli?


Jakoś ludność cywilna w mig przygotowywała, tak żeby móc się odznaczyć, że można [było] się wyróżniać. Ludzie wynosili stoły, szafy, wszystko, co się nadawało, co było ciężkie, co mogło jakąś wartość przedstawiać w tym miejscu. Rzeczywiście, tak samo chwilowo z jedzeniem nie było kłopotu. Przyjmowano nas entuzjastycznie. Radość była wielka, dlatego, że myśmy nie analizowali, czy to Powstanie jest w odpowiednim [momencie]. Ono było przekładane wprawdzie, myśmy wiedzieli o tym, ale przyjmowaliśmy polecenie, rozkaz, i wydawało się, że najbardziej stosowny, bo ruch w Warszawie przed Powstaniem, przed 1 sierpnia był wzmożony. Niemcy uciekali, już chłopcy prawie że byli gotowi. Niemcy wystosowali apel, rozkaz, żeby Polacy, mężczyźni stawiali się do kopania okopów, do rowów przeciwpancernych, bo przecież Rosjanie, wydawało się, są tuż, tuż, na Pradze, że lada moment powinni wkroczyć.

Tak, że wydawało się, że to jest rzeczywiście moment nabrzmiały. Wszyscy czekaliśmy na wybuch Powstania, że rzeczywiście już jest sporo, dalej nie ma co dalej przeciągać, bo Niemcy i tak i tak zniszczą, jak dojdzie do ataku Rosjan, to Warszawa zostanie zniszczona. Więc tutaj były takie perspektywy. Potem drugi dzień, to miałam wyjątkowe szczęście, bo weszłam na Młynarskiej, prawie na tyłach cmentarzy, do pierwszej lepszej chałupy, domu. Okazało się, moja koleżanka szkolna, mimo, że szkoła nasza była na Moniuszki, więc ona mnie tam ubrała w bryczesy, już nie wiem, czy taty czy brata, czy ojca, nie pamiętam. Bryczesy były w kolorze ochronnym, więc nie było widać brudu. Ponieważ rozpadły się moje trepy, nie mieli innych, to dała mi czerwone – pamiętam – od tańca krakowskiego, dopóki się potem z jakiegoś Niemca nie ściągnęło oficerek niemieckich. Tak, że byłam już wtedy odpowiednio ubrana. Potem trzeba było daleko wychodzić, rozpoznawać – Działdowska, Staszica, Płocka, tam Okopowa. Wszystko trzeba zorientować się. Oczywiście tam mój dowódca, pamiętam, był „Pług”, to przede wszystkim, „Jeremi”, „Radosław” stacjonował, tam gdzieś na Karolkowej na tyłach cmentarza kalwińskiego. Tak że moje zadanie było takie, poruszanie się z jednego miejsca w drugie miejsce.

  • Pani zadaniem było przenoszenie meldunków?


Przenoszenie meldunków, tak, orientacja w terenie i rozpoznanie terenu. I kontakt z newralgicznymi odcinkami, właśnie tam, gdzie stacjonował „Radosław”, czy „Pług” czy „Jeremi”.

Jeszcze wrócę do pierwszego ataku, pierwszego czołgu, który tam się już Wolską ulicą posuwał. On robił wrażenie, że nie jest dobrze zorientowany w sytuacji, tak, że jak tam było kilka uderzeń ze strony powstańców, reakcji, to on się szybciutko wycofał. W ogóle ataki zaczęły się wzmagać w miarę dni. Trzeci dzień był już taki, że kilka czołgów jechało, za czołgami ludność cywilna, to znaczy, przed czołgami ludność cywilna, a za czołgami już piechota niemiecka. To było rzeczywiście bardzo przykre, bardzo utrudnione były ataki, bo rzeczywiście wszystkie pociski, jakie były skierowane na czołg, na piechotę, byłyby [też skierowane na ludność cywilną]. Ale była też taka scena, rzeczywiście część ludzi uciekała, ale potem dopiero, jak wkroczyły „krowy” z pociągu, który był umiejscowiony wzdłuż ulicy Bema, tam wzdłuż. Potem wkroczyły i „krowy”, które nas atakowały, niszczyły pomieszczenia, w których się znajdowaliśmy, w których się znajdowała się ludność. Potem bombardowanie straszne, wraz z czołgami jeszcze niszczycielska broń z góry.

Najgorszy to był dzień, to może później przejdę, najgorszy to był 5 [sierpnia]. Któregoś wieczoru, nie pamiętam czy 3 czy 4 [sierpnia], bo raczej popołudniu ataki trochę były trochę mniejsze, można było się pozbierać, można było przelokować, zmienić lokalizację, przenieść się, wzmocnić, zaopatrzyć się w broń dodatkową. Broni coraz było mniej, czekaliśmy bardzo na zrzuty i był radosny dzień. Nie wiem, czy to było po zrzutach czy przed zrzutami, wtedy przyszedł chyba „Pług” do Pałacu Michla, czy nawet „Jeremi”, bo pamiętam doskonale porucznika „Gryfa”, właśnie pamiętam wtedy Ziutka Szczepańskiego, pamiętam „Jacka”, pamiętam, był dosyć potężny „Fernando” z „Parasola” właśnie, bo moi chłopcy wzmocnili „Parasola”. Myśmy z „Parasolem” nie mieli przed Powstaniem do czynienia. Oni bodajże stanowili pierwszą kompanię, już nie pamiętam dobrze. To była siła trzech drużyn, nasi chłopcy.

Tak wtedy było bardzo przyjemnie, wesoło, a na drugi dzień chyba były zrzuty na teren Szpitala świętego Stanisława, to zakaźny szpital.

 

  • Pani brała udział w odebraniu tych zrzutów?

 

Tak, bo to była chyba noc, ciemno było. Tak, że wtedy wszyscy z radością pobiegliśmy. To też trzeba bardzo podkreślić, zanotować, że to się odbywało wszystko w wielkim porządku, że nie można było tego szarpać, że nie można było kto pierwszy, to lepszy, dlatego, że rozdysponowanie potem, tego, co spadło, tam pamiętam, wszystko było bardzo porządnie zapakowane, wszystko w bardzo dobrym stanie spadło. Były piaty, przeciwpancerne miotacze, czy jak to się nazywa, nie bardzo się na wszystkich broniach znam. Miałam tylko maleńką „siódemkę” do swojej dyspozycji, ale tak to rzeczywiście, już bardziej tam chłopcy [potrzebowali broni], myśmy tylko były pomocą: „Podaj, podaj! Poleć gdzieś, coś, do rannego! Przynieś! Zaprowadź!”

Taka była nasza funkcja, żeby dostarczyć coś do zjedzenia, bo chłopcy bardziej się koncentrowali właśnie.

 

Właśnie ten wieczór był przyjemny, pamiętam, jak Ziutek usiadł do, chyba fortepian to był, bo salon był bardzo duży, bo to były prywatne pomieszczenia właściciela młynu mechanicznego, więc salon był duży. Kiedy Ziutek usiadł, skorzystał z melodii znanej, a chyba słowa wtedy układał, nie znałam ich z nazwiska, dopiero potem po wojnie. Piąty dzień to był straszny, bo ataki się już zaczęły bardzo zmasowane. Zresztą bardziej pamiętam róg Młynarskiej i Wolskiej, Pałacyk Michla, bo ataki potem były ze strony Żytniej, ze wszystkich stron, z kierunku ulicy Bema, wzmocnione „krowami”.

  • Proszę jeszcze powiedzieć, w czasie, jak Ziutek Szczepański komponował tą piosenkę, jak dużo osób się tam wtedy znajdowało, w Pałacyku Michla, w tym czasie?


Noc była dosyć spokojna wtedy, oczywiście.

  • Jak dużo osób się tam znajdowało wtedy?


Myślę, że kilkanaście osób na pewno się znajdowało tam. Chłopcy nigdy od okna nie odstępowali, zawsze tam, przy ścianie frontowej, zawsze dyżury były, tak, że się chłopcy zmieniali, to też nawet na sen się zmieniali. Myśmy przygotowały kolację. Było wino na pewno, dlatego, że ludzie nam dostarczali. Pierwsze dni z jedzeniem było jako tako, bardziej już tragicznie, pamiętam, w Śródmieściu, jak się Powstanie przedłużało, to wtedy był głód straszny.

  • A inne piosenki jeszcze państwo śpiewali wtedy?


Śpiewaliśmy, tak, powstańcze – „Rozszumiały się wierzby”, te które były znane przedtem, harcerskie pieśni, a to już była treść bardzo piękna, aktualne były słowa, aktualne, bardzo prawdziwe były słowa, bo tak rzeczywiście było, że sanitariuszki, to była bohaterska, bardzo dzielna, bardzo ciężka praca. Tam był na Płockiej szpital, więc ciągle było wynoszenie rannych do szpitala.

Potem piąty dzień to był okropny, dlatego, że ataki czołgów się powtarzały bez przerwy. Nasi chłopcy dostali dyspozycję obsadzenia drugiej strony. Pałac Michla to zdaje się miał numer parzysty, albo 40 albo 42 albo 44, nie pamiętam, to jest między Działdowską a Żytnią, nie Żytnia, Staszica a Działdowska, bo Żytnia to była przy cmentarzu kalwińskim. A tutaj była Młynarska, Staszica, Działdowska, potem Płocka. Usytuowanie Pałacyku było między Staszica a Działdowską. Natomiast chłopcy dostali z mojej grupy, która przyszła właśnie ze mną, potem nasza grupa została wzmocniona ochotnikami, którzy już potem z nami wytrwali do końca Powstania. Więc to było dużo tam ochotników już potem, którzy nie mogli dojść do swoich oddziałów i tam, gdzie mogli się przyłączyć, to zostali przyłączeni. Właśnie moi chłopcy, moi koledzy plus ochotnicy, dostali polecenie obsadzenia fabryki Franaszka po przeciwnej stronie [ulicy]. To były już nieparzyste [numery domów], tam już w okolicy Szpitala świętego Stanisława, zakaźnego szpitala. Tak, że czołgi były wzięte w dwa ognie. Dyspozycja „Gryfa” była taka, żeby dopuścić za barykady, za Pałac Michla i żeby jakoś ich od tyłu atakować. Szereg ataków udało się, rzeczywiście [czołgi] wycofały się. Poza tym, nie powiedziałam, że trzeba było barykadę ciągle reperować, ciągle wzmacniać, dlatego, że oni jednak strzelali w kierunku [powstańców]. Tam przedarła się grupa czołgów, w stronę chyba w Towarową, potem w stronę Alej Jerozolimskich, więc czuwać trzeba było. Barykada była obsadzona przez naszych chłopców. Punktów obrony było bardzo dużo. Już nie bardzo wiem, co się tam działo, oczywiście częściowo tak, dlatego, że przemieszczałam się. Cmentarze były bardzo atakowane, były atakowane od góry, przede wszystkim, potem zbliżała się piechota też wzmacniana czołgami, tak że tam rzeź też była, na terenie cmentarzy. Natomiast jeszcze wrócę do 5 [sierpnia], to była chyba sobota. Wtedy ataki zaczęły się bardzo wcześnie, od godziny szóstej rano. One jedne się wycofywały, po jakimś czasie następne, z ludnością cywilną. Tak, że Pałacyk Michla przechodził prawie z rąk do rąk. Niemców to się widziało tak, bo Niemcy zaczęli od, wdrapywali się przez okna. Poza tym od tyłu zachodzili, od strony młyna, od strony podwórka. Tak, że Niemców widziało się potem na kilka metrów, bardzo bliziutko się widziało. Wtedy w pewnym momencie było polecenie opuszczenia Pałacyka Michla i nasza grupa, chłopcy też zostali wycofani tam od Franaszka, z tamtej strony, w ostatnim momencie prawie przebiegli ulicę Wolską na naszą stronę. Myśmy dostali dyspozycję, „Gryf” też, opuszczenia [placówki]. Myśmy się wycofali, tam było, już w stronę miasta, wesołe miasteczko, to się nazywało chyba „Wenecja”. Myśmy tam odeszli dla odpoczynku, z myślą, że rzeczywiście wrócimy potem i będziemy wieczorem starali się pałacyk z powrotem odzyskać. Ale już niestety nie mogliśmy się wtedy wrócić, dlatego, że już, nie pamiętam, czy to już barykada była, trudny był dostęp i dostaliśmy polecenie wycofania się na Śródmieście. Była opinia, że dowódca coś niesie, jakieś rozkazy właśnie do Komendy Okręgu, róg Jasnej i Świętokrzyskiej. Natomiast potem jeszcze „Gryf” odzyskał Pałac Michla i jeszcze działania tam bardzo długo trwały. To były bardzo ostre chwile, bardzo ostre minuty wprawdzie, a Niemcy byli po zęby uzbrojeni, byli i czołgami wzmacniani i ludność cywilna, ciągle groźba. Zresztą była strasznie mordowana ludność cywilna, strasznie mordowali. Była wiadomość, że lekarzy wykończyli na Płockiej. To była rzeź, naprawdę rzeź była. Przychodziły informacje, że rzeź w kościele u świętego Wojciecha. Tak, że to były chwile straszne.


  • Pani była świadkiem takich morderstw?


Nie, nie byłam świadkiem.

  • Ale chodzi o to, czy dochodziły wiadomości.


Tak, nie byłam świadkiem, bo ostatnie dni to już paraliżowały nas w okolicach Pałacu Michla. Ataki, barykady, trzeba byłoby właśnie, pojedynczo oddziały, zgrupowania się przedostawały w tamtą stronę, pojedyncze osoby miały bliższe informacje. Natomiast moja grupa bądź po tamtej stronie, Franaszek, ale tak wszystko w okolicy Pałacu Michla, Żytnia, bo tam stacjonowaliśmy w pierwszych dniach, a potem to już chyba nasze noclegi były w Pałacu Michla. Bo w głowie mi siedzi róg Żytniej/Młynarskiej, naprzeciwko cmentarza. Tak, że potem zaczęliśmy się wycofywać.

  • Była pani łączniczką, przenosiła pani rozkazy. Czy miała pani bezpośredni kontakt z „Radosławem”?


Tak.

  • Jak go pani pamięta?


Pamiętam „Radosława”, dlatego, że zbieg okoliczności, że pułkownik „Radosław”, oczywiście, jak zapytał o moje nazwisko, to ponieważ pochodziłam z Siedlec, a pułkownik „Radosław” odbywał chyba służbę, bądź nawet był w Dwudziestym Pierwszym Pułku Piechoty czy w Dziewiątym PAL-u, był w Siedlcach. Znał moją rodzinę i znał rodzinę przyszłego mojego męża, który też z Siedlec pochodził. Był bardzo serdeczny, jak się dowiedział, skąd i co, to się jakoś bliżej zainteresował. Ponieważ tam dosyć często przybiegałam, więc, tak. Ale oni mieli bardzo ciężki [odcinek], bo tam był gdzieś „Bór” Komorowski, też chyba był, niedaleko Zielnej. Wybór był taki, że oni byli od razu na pierwszej linii ataku, tak, że im tam bardzo ciężko było. Już zacznę chyba, jak się będziemy się przedostawać [...] Już to był zmrok, przedostawaliśmy się z wielkim trudem. Pamiętam, chyba przez Leszno dotarliśmy, już z wielkim trudem, bo już wszędzie nasze jednostki były prawie w resztówce. Trzeba było bardzo uważnie, bo i „gołębiarzy” było wszędzie pełno, trzeba było bardzo uważać. I rzeczywiście wypady były niemieckie, tak, że bardzo uważnie się przesuwaliśmy. Pamiętam, że zatrzymaliśmy się na Placu Grzybowskim. Nasza podróż trwała prawie całą noc. Do PKO doszliśmy w niedzielę, w niedzielę dostaliśmy i z Placu Grzybowskiego dostałam polecenie zanieść informację, że my idziemy właśnie do PKO.

  • Zanieść informację komu?

 

Określonej osobie, na hasło, już nic nie pamiętam, nie powtórzę, ale, że właśnie wycofujemy się z Pałacu Michla, z tamtego terenu, właśnie z poleceniem, żeby zatrzymać się w PKO, żeby znaleźć się w PKO, bo tutaj generał „Monter” [był], tutaj była Komenda Okręgu. Tak dużo wszystkiego nie wiedziałam, tylko wykonywałam [polecenie], nie bardzo wiedziałam, jakie jest rozmieszczenie, jaka jest lokalizacja. Wtedy oddzieliłam się od kolegów, wszyscy zostali gdzieś tam, bo muszę przyznać, byłam zachwycona, już miałam wtedy osiemnaście lat, więc byłam dosyć świadoma tego, że była nasza żandarmeria. Rzeczywiście, było tak zorganizowane wszystko, że telefony działały, wodociągi działały początkowo. To było w ogóle nadzwyczajne, że kino działało, że koncerty były, że filmy były wyświetlane, że szczekaczki były. To wszystko było zachwycając dla mnie, że wszystko tak naprawdę bardzo sprawnie działało. Oczywiście, wszystko zaczęło coraz bardziej się likwidować, w miarę postępu, bo Niemcy likwidowali bardzo planowo poszczególne dzielnice. Najpierw się zabrali za Wolę, żeby sobie przebić Wolską przejście, Wolską, potem do Alei Jerozolimskich się dostać, potem i Okopową połączyć się z Ogrodem Saskim. To były plany wszystkie bardzo wyraźne. Wtedy z bronią, miałam ciągle broń, zezwolenia jeszcze nie miałam, bo zezwolenie dopiero dostałam na broń dopiero właśnie w PKO.



  • Miała pani cały czas „siódemkę”?


„Siódemkę” miałam. Zostałam wtedy zatrzymana przez nasz patrol kontrolujący wszystkich dezerterów, wszystkich [podejrzanych], bo zdarzało się też, że pojedynczy Niemcy się też przemieszczali czy też zaopatrzenie „gołębiarzy” też było. Trzeba było bardzo uważać. Zatrzymali mnie, nie chcieli mnie już przepuścić, a już do PKO to mnie doprowadzono. Tam jak jakoś zidentyfikowano, że rzeczywiście [jestem z oddziału], to dopiero mnie puszczono i po zameldowaniu, że idziemy, wróciłam do kolegów. Nie wiem, czy to było na Placu Grzybowskim, czy to było jeszcze dalej, tam w stronę Grzybowskiej, nie pamiętam, ale tak trasa nasza prowadziła, bocznymi ulicami i też częściowo przez podwórka, częściowo piwnicami, bo był ostrzał straszny. Warszawa już się paliła, więc było widno, jak w ciągu dnia. Wtedy tam zostaliśmy przyjęci, takie było polecenie, jako kompania ochrony kwatery, nie głównej, bo wtedy tam jeszcze głównej nie było, tylko [kwatery] okręgu. Tam funkcjonował „Monter” i tam zostaliśmy umieszczeni. Nocowaliśmy, nasze miejsca były w dużej hali, jak to dzisiaj tam jest poczta, to tam były przepierzenia dla urzędniczek, to tam nocowaliśmy. Tam nasze miejsce było, tam urzędowaliśmy, a mieliśmy również, chłopcy mieli warty. Pamiętam podwóreczko, na razie to było dosyć spokojnie. Pamiętam, przychodził kapitan Kaługin, wydawało się, że to jest oficjalny delegat do porozumienia się z dowództwem Powstania. Pamiętam, jak on przychodził, jak się go przepuszczało.

Poza tym ciągle były wypady w stronę Ogrodu Saskiego, w stronę PAST-y, bo zaczęły się już potem ataki na PAST-ę, które też trwały bardzo długo. Więc wzmacnianie wszystkich odcinków, przede wszystkim Królewska, przede wszystkim Poczta [Główna], i przede wszystkim PAST-a. Potem zdobywanie PAST-y trwało chyba dwa tygodnie, nie udawało się, a wreszcie chyba pod koniec sierpnia, około 20 [sierpnia], nie wiem, to był dla nas moment, dlatego, że nasi chłopcy dostali polecenie sprowadzenia jeńców. Nie pamiętam, było chyba około setki jeńców. Zostali sprowadzeni do PKO, bo nie było gdzie ich przetrzymywać. Sytuacja stawała się wtedy strasznie niebezpieczna, bo oni, trzeba było się liczyć z tym, że będą próbowali ucieczki, że będą próbowali buntu. Dokonywała się ich segregacja, zostali wyłapywani, na tyle, ile się to udało. Esesmani, funkcyjni byli przesłuchiwani tam, na terenie już, nie myśmy przesłuchiwali, oczywiście, to już tam specjalna jednostka [wykonywała]. Byli przesłuchiwani. Natomiast ci, już nie pamiętam, gdzie oni, pamiętam podwóreczko, gdzie oni przede wszystkim mieli tam spacery, tam urzędowali na podwóreczku, ale gdzie oni [nocowali]? Gdzieś w podziemiach, nie pamiętam, nie mogę w tej chwili odtworzyć, gdzie oni nocowali, gdzie oni przede wszystkim mieli swoje miejsce.

Natomiast pamiętam 15 sierpnia jeszcze, nim oni przyszli, to 15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego była uroczystość, uroczysta msza. Był okrąglak, budynek był zaokrąglony, róg Jasnej i Świętokrzyskiej i tam był ulokowany ołtarz, od środka oczywiście. Dużo nas było i też był moment tragiczny, dlatego, że czołgi zaczęły [iść] ulicą Mazowiecką czy Jasną, przepraszam Jasną, tak, że ostrzał tej ściany to był od Ogrodu Saskiego. Wydawało się, że ołtarz zostanie rozwalony, zniszczony, wydawało się, że powinniśmy uciekać, że to zacznie się wszystko sypać, zacznie się walić. Wprawdzie mieliśmy zaufanie, że budynek jest dość mocny, ale uderzenia też były silne. Ale jakoś podczas mszy świętej, nie pamiętam, jaki ksiądz był, nie pamiętam nic, wiem, że to był moment bardzo podniosły, bardzo uroczysty był moment. A potem jeńcy.


  • Czy msza miała miejsce raz, czy to się powtarzało?


Nie, ona się powtarzała, rano, bardzo wcześnie rano była msza. Ale ta była wyjątkowa, która utkwiła mi z racji 15 sierpnia, bo to wielkie święto zawsze było, patriotyczne święto i było święto kościelne Matki Bożej, bo cud nad Wisłą, więc to święto było bardzo w Polsce czczone. Te tradycje w Armii Krajowej czy w Szarych Szeregach to one były bardzo kultywowane. Szare Szeregi przecież w przyrzeczeniu, harcerstwo, nie Szare Szeregi, bo Szare Szeregi to był kryptonim ZHP przedwojennego, to nasze, któremu jesteśmy wierni, przyrzeczeniu z roku 1935, to przyrzeczenie było: „służba Bogu, Ojczyźnie i bliźniemu.” Tak, że rzeczywiście harcerze byli bardzo wierni temu przyrzeczeniu i to dawało siłę w walce z okupantem, bo myśmy wiedzieli, że walczymy o dobrą sprawę. To nie były żadne puste hasła, puste słowa, tylko autentycznie. Przecież myśmy podczas okupacji, przed Powstaniem, wszystkie święta patriotyczne [obchodzili], to w kameralnych warunkach odbywały się. Myśmy święta [czcili], paliło się w rogu sztuczne ognisko, podnosiło się flagę, śpiewało się, oczywiście po cichutku, koncerty się odbywały z racji świąt, przychodzili sąsiedzi. Tak, że myśmy bardzo przywiązywali wagę [do świąt patriotycznych]. Zresztą mamy jeszcze tradycje przedwojenne, przed 1939 rokiem. Byłam już w harcerstwie, odbyłam służbę w zuchach, z gimnazjum, pierwszą gimnazjalną skończyłam już w roku 1939. To myśmy ze sztandarami szli do kościoła na wszystkie święta. Tak, że religijne pierwiastki wszystkie, patriotyczne to mieliśmy w krwi.

  • Tak więc w czasie Powstania przez pewien okres codziennie rano państwo spotykali się na mszy, śpiewali?


Nie mogę w tej chwili powiedzieć, bo nie codziennie byłam rano, z samego rana, już trzeba było tam gdzieś wybiec, nie pamiętam. Ale utkwiła mi ta jedna [msza święta]. Wiem, jak potem chodziłam już, mieszkałam na Tamce, więc jak mogłam pójść, zresztą w czasie przed Powstaniem, to w każdym podwórku był ołtarzyk. U mnie na Tamce też był ołtarzyk i wieczorami, czy na majowe nabożeństwa czy na inne nabożeństwa, to schodzili wszyscy lokatorzy i przy ołtarzyku się modlono. Tak, że potem były nagminne msze w różnych miejscach. W różnych miejscach były msze, bo kapelani byli przy prawie każdym oddziale, tak szczęśliwie. Dużo księży zginęło zresztą. Poza tym ludność sama się modliła. Kapliczek jest [dużo] do dzisiaj. Są kapliczki czy na Nowogrodzkiej czy w różnych miejscach. Kapliczki są, dzisiaj ludzie może mniej, bo troszkę zaczyna się wszystko mieszać, kręcić, ale młodzież coraz bardziej garnie się do Kościoła i mam wrażenie, że my poprzestaniemy przy wierze naszych ojców, dziadów. Byliśmy wychowani bardzo patriotycznie, i w domach, i w szkole. Tutaj mamy koleżankę, był szkolny nasz kościół na ulicy Moniuszki, którego teraz już nie ma, bardzo też był związany z nami kościół świętego Krzyża, duszpasterze nasi w tej szkole, to właśnie byli księża misjonarze od Świętego Krzyża. Ślubowania nasze składaliśmy w kościołach na krzyż, na lilijkę.

Poza tym poczta, też się siadało w ławkach w kościołach, przekazywało się różne informacje czy pocztę się przekazywało, czy prasę podziemną się przekazywało. Tak, że kościoły były nam bardzo bliskie, księża byli nam bardzo bliscy. Bardzo dużo pomocy dostawaliśmy właśnie od księży. Potem właśnie kłopoty z [jeńcami], dlatego, że były próby ucieczki, były próby buntu.

  • Wśród jeńców?


Wśród jeńców, tak. Zdaje się, że, jak pamiętam, to zdarzyło się, że jeden jeniec się zdradził, chyba wartownikowi, naszemu koledze, to był Stasio Pempel, który później napisał bardzo ładny pamiętnik z tych dni. Potem „Wit” był, potem Marysia, jak ona się nazywa, nie pamiętam [...] „Sylwester”, Kościuszko był, kuzyn tego z rodu Kościuszki, Władysława Kościuszki, zresztą on sam się nazywał Władysław Kościuszko. Był też harcmistrzem przedwojennym, był prawnikiem. Mój dowódca był przedwojennym prawnikiem, bo to się będzie bardzo potem łączyło z moim wykształceniem. Potem przyszedł Komorowski „Bór”, jak musiał opuścić Starówkę, to chyba już pod koniec sierpnia przyszedł do PKO, kiedy myśmy się musieli wynieść z jeńcami. Pamiętam, byliśmy na Wareckiej częściowo, na Górskiego częściowo, nas tam zasypało, mnie też zasypało. Trzeba było odkopywać, bo tam był straszny atak. Potem, jak Niemcy wzięli się za Powiśle, to potem przekraczali Nowy Świat i tam Ordynacką, Warecką, Świętokrzyską, atakowali ciągle Pocztę [Główną]. Poczta [Główna] się dosyć długo broniła, tak, że atak potem był zmasowany na ulice właśnie począwszy od Nowego Światu. Jeszcze na szczęście część zdążyła się wycofać i wyjść kanałami, zdaję się, Nowy Świat, Ordynacka, a potem, niestety. Bombardowanie makabryczne, Niemcy w sąsiedztwie, my z jeńcami niemieckimi, nie możemy ich zostawić, nie możemy ich rozpuścić, musimy ich bardzo pilnować, a jednocześnie karmić.

  • To była cały czas grupa około stu Niemców?


Może już, nie wiem, jak to się stało, ale zostali odizolowani funkcyjni, esesmani zostali odizolowani. Oni mieli szczególne zabezpieczenie, może nawet były wykonane rozkazy, jakieś wyroki. Tego nie wiem już dobrze, tego nie śledziłam. Na pewno grupa się zmniejszała, ale rola była bardzo trudna, bo ciągle trzeba było się dzielić. I nasz oddział też malał. Przyszli nowi ochotnicy, na przykład Pempel, którego tak często wspominam, to on doszedł do nas, nawet jeszcze wcześniej był w PKO, tylko jak myśmy przyszli w niedzielę, to on został do nas przyłączony, tak że znów przybyło nam kilku ochotników. Tam był rotmistrz, był potem kwatermistrz, nazywał się chyba Kordzik, nie pamiętam. To jego syn też doszedł tam do nas. Potem Marysia Kamecka, pamiętam, Kamecka, bo potem jej siostra była koszykarką. Potem myśmy jeszcze w drużynie AZS-u jeszcze razem grały, jej siostra. Tak, że nawet Marysia Kamecka za Kordzika za mąż już potem wyszła. Tak, że potem mieliśmy dużo ochotników, bo potrzeby były coraz większe, coraz więcej zadań było, coraz większy teren do obsłużenia i do pilnowania jeńców.

Potem właśnie ataki na Górskiego, tam było poważne zasypania w wyniku bombardowania, domy zaczęły się walić, a myśmy ciągle przemierzali, nie można było ulicami przejść, barykady już były coraz trudniejsze do utrzymania. Tak, że piwnice były, to było fantastyczne, że można było piwnicami przechodzić, łączyć się. Niemcy nam przynosili od Haberbuscha, jak żeśmy jeszcze byli w PKO, Niemcy nam przynosili kaszę od Haberbuscha, workami nam nosili.

  • Jeńcy, tak?


Tam była chyba fabryka piwa, u Haberbuscha i Schiele. Potem nam tą kaszę, czy to był owies, kręcili na młynkach i myśmy z tego gotowali zupę. To było, oczywiście człowiek tym sobie głód zabezpieczał, pierwszy głód, ale potem, jak się chodziło piwnicami czy jak się wzdłuż barykad przedzierało, na przykład była barykada, która spełniała bardzo zasadniczą rolę, a dlatego mi utkwiła, że pod Aleje Jerozolimskie 17 ciotka moja mieszkała. Więc jak się przechodziło na stronę południową Warszawy, to trzeba było za przepustką przechodzić wzdłuż barykady i wszystko w pozycji takiej. Zupa podchodziła człowiekowi pod gardło, uczucie makabryczne, ale takie było życie.

Nie słyszałam, nie widziałam płaczu, lamentu, nie widziałam. Rzeczywiście, radość nas nie opuszczała.

  • W jakim celu przechodziła pani na drugą stronę Alej Jerozolimskich?


Też dlatego, że, wprawdzie nie miałam kontaktu, spotykałam „Orszę”, spotykałam Jastrzębskiego, bo ich znałam jeszcze sprzed Powstania, ale nie miałam do czynienia, poza tym mój dowódca był kierownikiem oddziału wschodniego w „Pasiece”. Nie miałam kontaktu, ale szaroszeregowcy tam przecież, po tamtym terenie buszowali, a potem na Wilczej stacjonowali, tak że też były zadania. Potem pamiętam, że Komorowski „Bór” się chyba też na Piękną przeniósł. Łączność była ciągle między [nami a dowództwem]. Myśmy też się mieli lada moment przenieść na tamtą stronę i tak to nastąpiło, że wzdłuż barykady przeszliśmy tam. Ale jeszcze wcześniej, też muszę powiedzieć, że ducha podtrzymywali nasi aktorzy, dlatego, że kino „Palladium” [działało], był wyświetlany film. Pamiętam, Fogg dał koncert, raz czy dwa razy był koncert właśnie.

  • Była pani na tym koncercie?


Tak, w kinie „Palladium”, pamiętam.

  • To było też pod koniec sierpnia?


To było już nie pod koniec sierpnia, to chyba już był początek sierpnia, bo pod koniec sierpnia to myśmy już byli na Wareckiej, chyba Warecka, Ordynacka, Górskiego, tam przy Szpitalna, tam przy „Wedlu”, tam gdzie dzisiaj jest „Wedel”. Nawet jedna z naszych koleżanek, „Malina”, Wiśniewska, tam mieliśmy zbiórki nad sklepem „Wedla”, tak że ten dom mi utkwił w pamięci.

  • Skąd państwo wiedzieli, że koncert jest organizowany? Jak to się wiadomość rozchodziła?


Była pantoflowa poczta. Zresztą to harcerze roznosili. Zresztą prasa była, „Biuletyn Informacyjny” był.

  • W prasie była też wiadomość o tym?


Też była, różne wiadomości pozytywne, właśnie podtrzymujące na duchu, wszystkie apele. Jeszcze pamiętam też moment, że Prudential się palił, jak myśmy też musieli wodę dostarczać, gasić okoliczne domy, hotel „Victoria”, nie wiem, czy „Victoria”, hotel, jak on się nazywa, w Prudentialu, w drapaczu chmur?

  • „Warszawa”.


Hotel „Warszawa”. Zresztą to też muszę powiedzieć, że jak była wolna chwila, to tam chodziłam, myślę, że tam, bo PKO to było ciągle zajęte, wszystko, zawsze każdy kącik był zajęty. Ale myśmy tam dyżurowali raczej w piwnicy, pamiętam „Admirała” jak dzisiaj, też urzędował w piwnicach, przystojny, wysoki, chodził na spacer, sobie wychodził potem do ogródka, pamiętam ich, jak chodzili, poruszali się. Miałam długie włosy, dosyć długie włosy, nie było warunków na solidne mycie i wydaje mi się, że na któreś tam piętro w hotelu „Warszawa” wchodziłam, bo nie był chyba hotel, nie pamiętam już, i gdzieś trafiłam na grzebień gęsty i gdzieś tam wysoko sama się odizolowałam w jakimś pomieszczeniu i sobie czyściłam włosy. Ale mimo wszystko nas radosny nastrój nie opuszczał. Jeszcze ciągle ludność była, Śródmieście w porównaniu z Wolą to nie to samo. Tutaj naprawdę była wolna Warszawa, a jeszcze jak wróciłam z Woli, poszłam na Powiśle, to tam mój dom stał, gramofony były wystawione w oknach, tuby od gramofonów i były patriotyczne pieśni czy też Szopen czy jeszcze różne inne bardzo znane [utwory], Beethoven.

 

  • Wspomniała pani o prasie – czy to się często zdarzało, że państwo czytali „Biuletyn Informacyjny”?


Czytaliśmy prasę, bo w Śródmieściu nie było kłopotu z prasą, prasy było dużo, roznosili harcerze, poza tym w PKO była dostępna prasa.

  • I inne tytuły oprócz „Biuletynu Informacyjnego”?


„Brzask” pamiętam, a „Brzask” to chyba było harcerskie pismo, może coś kręcę, dużo było numerów, ale w tej chwili nie mogę powiedzieć. Najbardziej „Biuletyn Informacyjny” mi utkwił w pamięci.

  • Czy to bywały dyskusje na temat Powstania, jak państwo czytali wiadomości z działań w Warszawie?

 

Tak, nie było czasu na dyskusje w zasadzie, człowiek, jak był moment wolny, to się padało. Człowiek w ubraniu prawie spał, bo to nie można się było rozebrać, bo nie było pomieszczeń zamkniętych, tylko właśnie tam, gdzie urzędniczki, gdzie kasjerki [pracowały], to tam byłyśmy rozlokowane. Nas było pięć, pięć moich najbliższych koleżanek z mojej grupy, która [była] z Pięknej jeszcze, z mojego oddziału, a tak przede wszystkim chłopcy byli. Może potem, jak były zbiorowe posiłki, to może były donoszone, to już wtedy może, bo nie sposób nam było robić [posiłki]. Można było kanapkę, ale myśmy tego nie gotowały, bo było nas tak mało, że myśmy miały inne zajęcia. Potem już nie pamiętam, kiedy myśmy opuścili tą stronę, jak Niemcy zlikwidowali Wolę, zlikwidowali Starówkę. Ostatnia grupa przez Ogród Saski zdołała się przedrzeć, tracąc strasznie dużo kolegów. Tam prawie uczestniczyliśmy w ich odbiorze, jak już PAST-a była nasza, już, dzięki Bogu, nie było ostrzału ze strony PAST-y, bo ostrzał był bardzo [mocny]. Na przykład, jedna z naszych zastępowych, „Kuba”, to ona przebiegała Marszałkowską i chyba właśnie nie z PAST-y, chyba od „gołębiarza” albo z Ogrodu Saskiego postrzał, była ranna w brzuch, od razu, w pierwszych dniach Powstania, bardzo dzielna dziewczyna. Ona też odłączyła się bardzo szybko od nas, poszła do jakiegoś oddziału, nie pamiętam, czy „Chrobrego”, tego, który atakował PAST-ę, już nie pamiętam. Potem była w szpitalu na ulicy Chmielnej, jeszcze ją odwiedzałam, potem tyfus się [przyplątał] i umarła. Tak, że umarła śmiercią nie żołnierza zupełnie, a była bardzo dzielna, przy tym ranna. Jest w naszej drużynie w tej chwili jej siostra, jej przyrodnia siostra.

Potem właśnie, już ostatni moment, jak trzeba było opuszczać, jak się Niemcy wzięli za Śródmieście. Potem zaczęli likwidować Powiśle, to było bardzo systematyczne. Potem Uniwersytet, potem granatową policję przy kościele Świętego Krzyża, potem krąg się zaczął zamykać. Tak, że potem i „Bór” został przeniesiony na drugą stronę, i myśmy z jeńcami przeszli na ulicę Hożą, tam do kina „Hollywood”. To było po tej stronie między Kruczą a Marszałkowską, po przeciwnej stronie Hożej, niedaleko Marszałkowskiej, po tamtej stronie. Ale cóż, to był budynek [lekki], tam nas o tyle polokowane, że tam było gdzie pomieścić Niemców.

  • Czy miała pani okazję porozmawiać z którymś z jeńców niemieckich?


To znaczy, ze szkoły [umiałam język], uczyłam się niemieckiego, byłam w klasie niemieckiej, ale tak, oczywiście, rozmawialiśmy. Ale wielu z nich też bolało, bo zostawili dzieci, zostawili rodziny, wielu Niemców bolało nad tym, ale myślę, że gdyby się nadarzyła okazja, [to by uciekli]. W naszym oddziale był Holender, który uciekł z oddziału niemieckiego. Potem z naszymi chłopcami poszedł do niewoli, już po kapitulacji. Nie pamiętam, jak on się nazywał, „Boss” chyba miał pseudonim, też potężny. Tak, że oni też, jak uciekali, jak byli przekonani, jakoś bratali się, ale myślę, że gdyby udało im się, to by jeszcze nam stuknęli od tyłu. Tak, bo oni jednak byli bezwzględni, rozprawiali się z dziećmi małymi, z ludźmi. Pamiętam, jak oni Wolską pędzili ludność cywilną przed czołgami. To był widok okropny, a piechota z tyłu za nimi i z dwóch stron tyralierą. Tak, że oni [byli] jako tarcze, stosowali osłonę z naszej ludności. Jak zobaczyli rannego, [to] bez pardonu. Myśmy rzeczywiście mieli rozkaz nie strzelać do rannych, nie strzelać w oczy.

 

  • Czy jeńcy byli zaskoczeni tym, jak państwo ich traktują?


Myślę, że tak, bo nie było wypadków ostrych reakcji ze strony naszych. Oni musieli wykonywać różne zadania, bo oni nosili nam żywność od Haberbuscha, nie tylko nam, ale tym, którzy tam się znajdowali. Potem tak samo, jak byliśmy na Wareckiej, czy na Górskiego, to oni też chodzili po wodę, wykonywali wiele czynności, musieli wykonywać. Niektórzy [się buntowali], ale większych oporów nie było, poza jednym buntem jeszcze na terenie PKO, bardzo szybko wyjaśnionym.



  • Jak długo państwo przebywali na Hożej, w kinie?


Tak zaczęłam troszkę mówić, że to był budynek trochę nieprzygotowany na bombardowanie i rzeczywiście wszyscy prawie się mieściliśmy w dużej kinowej hali, olbrzymia [była], bo to było dosyć nowoczesne kino i wtedy było straszne bombardowanie i cały strop się zawalił.

  • W hali państwo przebywali też z jeńcami?


Tak, przebywaliśmy z jeńcami, tylko z tym, że mnie tam osobiście chyba nie było wtedy, gdzieś byłam, gdzieś indziej albo na zewnątrz, czy gdzieś tam znów pobiegłam. Tam naszych dziewięciu kolegów zginęło, zostali pochowani z honorami, na ile to było możliwe, w trumnach, z danymi, wzdłuż Hożej. Potem, po wyzwoleniu była ich ekshumacja. Leżą na wojskowym cmentarzu. Nie pamiętam, myślę, że niemożliwe, żeby wśród Niemców też nie było zabitych, dlatego, że wielu kolegów było tam rannych, kontuzjowanych. Potem trzeba było się pozbierać i myśmy niestety miejsca nie zmieniali, bo oni zginęli chyba 14 [września], tak jak pamiętam na tabliczkach, jak chodzimy na Powązki przy różnych uroczystościach, okazjach, to było chyba 14 września. Tak, że już ciągle pozostaliśmy z jeńcami, tam już bezpośredniego frontu żadnego nie było.

  • Zostali państwo w zburzonym budynku?


Zostaliśmy w tym samym miejscu, bo na jakimś odcinku [było zniszczone], ma zdjęcia, bo potem robiliśmy zdjęcia tego, nawet po powrocie, jak to wyglądało od ulicy Hożej, więc pomieszczenia jeszcze się znalazły. Tak, że nie pamiętam, żebyśmy zmieniali miejsca, natomiast koledzy ciągle się gdzieś przydawali do gaszenia pożaru, do wzmacniania [odcinków] na Mokotowskiej czy na Pięknej przy Alejach Ujazdowskich. Ciągle koledzy wzmacniali jakieś oddziały, które jeszcze były gdzieś, gdzie jeszcze walki się toczyły, ale ciągle nas jednak ubywało. Tam nas zastała kapitulacja, w kinie „Hollywood”. Już nie pamiętam, żebyśmy się jeszcze gdzieś przenosili.

  • Jakie wykonywała pani zadania do tego czasu, właśnie na Hożej, w tym budynku?


Też ciągle łączność i ciągle opieka, dbałość o to, żeby koledzy, żebyśmy mieli co jeść.

 

  • Opatrywała pani też tam rannych?


Tak, oczywiście. Już tam się wszystkie czynności wykonywało, bo chłopcy mieli przede wszystkim zadanie dostarczenie, wraz z Niemcami, wody, dostarczenie jedzenia w większej ilości, a myśmy, już to jak to kobiety, już do wszystkiego.

  • Środki opatrunkowe też tam państwo mieli ze sobą?


Oczywiście, byliśmy zaopatrzeni, poza tym tam w sąsiedztwie były szpitale i w miarę potrzeby to się tam biegało w różne miejsca. Tam zastała nas informacja o kapitulacji.

Od razu były dyspozycje, bo ciągle Jastrzębski, „Damazy”, już tam on był tylko bezpośrednim dowódcą, nikogo tam [nie było], on się kontaktował, ale nad nami już nie było żadnego innego dowódcy, tylko on był naszym szefem. On taki plan gry założył, że ci, którzy chcą iść, to idą do niewoli, a ci, którzy chcą wyjść wraz z ludnością cywilną [to wychodzą]. On zadysponował po prostu. On miał żonę, żona była w ciąży, i miał małego chłopaka, Jacek, który jest profesorem medycyny, Jastrzębski, więc dostaliśmy dyspozycję, on wychodził z żoną. Ale jednocześnie dostałam dyspozycję wyjścia wraz z ludnością cywilną, Marysia, Kamecka z domu, a potem Kordzik, i właśnie Sylwester, „Dyrektor” też, a tak chłopcy wszyscy poszli do niewoli. Oni wyszli wcześniej. Co się z jeńcami stało, to nie powiem, nie pamiętam zupełnie, co się z nimi stało. Ktoś ich pewnie wziął, ktoś ich pewnie przekazał Niemcom, bo przecież myśmy nie mieli warunków gdzieś ich dalej utrzymywać. Tak, że pewnie ktoś ich Niemcom na jakichś warunkach, to może było pewnie w warunkach kapitulacji uzgodnione, tego nie wiem, bo nie wiem, co się z nimi stało. Myśmy ostatniego dnia, chyba 6 października, wyszli, a oni wyszli wtedy, kiedy wychodziło wojsko, więc oczywiście tam koło Politechniki [wychodzili]. A myśmy tak prawie wtedy, kiedy można było wyjść. Musieliśmy zabrać żonę dowódcy, włożyłam legitymacje akowskie, znaczek, orzełka, różne [rzeczy], zezwolenie na noszenie broni, już nie pamiętam, gdzie. Ciągle [byłam] w bryczesach. Pamiętam, że wzięliśmy jeszcze śmietnik, wózek, który w tej chwili stoi na śmietnik, mniejszy, na kółkach, duży, tam się popakowało różne rzeczy. Z wózeczkiem, z żoną [dowódcy], i tak przeszliśmy, ulicą Filtrową nas pędzili, bo to cały szereg, bo to exodus był, szliśmy jezdnią, a Niemcy z jednej strony, z drugiej strony. Potem Grójecką do Dworca Zachodniego nas pędzili i przy Dworcu Zachodnim, tam przeładowywali nas na transporty.

Dalej los był niewiadomy każdego transportu. Tak szczęśliwie się ułożyło, że się zrobił zmrok, zresztą myśmy tak trochę lawirowali, żeby nie dać się wpakować do wagonu. Zamierzyliśmy od razu, mieliśmy plan gry, żeby od razu działać, tym bardziej, że szczęśliwy zbieg okoliczności, że moja mama była w Tworkach, miejscowość Tworki, za Szczęśliwicami, siostra była w Komorowie, a mój dowódca, mieliśmy naszych kolegów, gdzie była fabryka stenów, gdzie była drukarnia, w Piastowie. Tak, że wszyscy mieliśmy gdzie iść. Mieliśmy rzeczywiście nadzieję, że my się tam dostaniemy i będzie można [żyć]. W obozie, to wiadomo, że człowiek jest zamknięty, unieruchomiony, podporządkowany komuś, więc takie było założenie, że tak się będziemy starali gdzieś uciec. Tak się szczęśliwie ułożyło, że kiedy zapadł zmrok, nie było transportu, Niemcy jakoś tak odeszli, bo przecież oni nie stali w miejscu, tylko wędrowali, że nam się udało tą grupą, tak pojedynczo, tam były Szczęśliwice, tam kolejka EKD jeździła niedaleko, bo ona dojeżdżała do Nowogrodzkiej, aż do Marszałkowskiej kolejka EKD. Tam były glinianki, domki kempingowe, zarośla, działki i tam się udało nam gdzieś przez noc koczować, a potem skoro świt poszliśmy w stronę kolejki EKD, pojedynczo.

  • Ile osób wtedy uciekło?


Pięcioro na pewno – ja, Marysia Kamecka, „Dyrektor”, Sylwester Peterek, już pamiętam, dowódca, Jastrzębski Bronisław „Damazy”, on miał kilka pseudonimów, ale „Damazy” był tylko taki bardziej [oficjalny], jego żona i malutki chłopczyk, ich Jacek. Doszliśmy do Opacza i w Opaczu już była kolejka EKD. Nie pamiętam, czy oni wysiedli w Regułach, a ja sama dojechała do Tworek, bo wiedziałam, gdzie moja mama jest. Tak, że żadne bohaterstwo z mojej strony, bo ciągnęłam jednak do domu, wiedziałam, że tam już będę bezpieczna i zabezpieczona. Moja mama [była] na przystanku kolejki EKD w Tworkach, a moja mama, cała rodzina moja była poza Warszawą, byłam jedna sama w Warszawie, więc chodziła od Tudora, od szerokiej kolei, torowej kolei do EKD, chodziła i tak wypytywała o mnie. Wypytywała, różne wiadomości dostawała, że albo żyję albo nie żyję. Rzuciłyśmy [się] sobie wtedy na szyję, radość, byłam w domu, pod dachem, u mamy.

  • To była pani mama tylko czy jeszcze także inni członkowie rodziny?


Nie, była mama, było już wtedy dużo uciekinierów z Warszawy.

  • A z pani rodziny?


Z mojej rodziny, tak, była siostra i od czasu do czasu przychodził brat, który był tam też na miejscu zaangażowany, bo wtedy trzeba było otoczyć pomocą ludzi z Pruszkowa, z obozu. Potem był jeszcze kuzyn, Lipiński się nazywał, też uciekinier z Warszawy, z Koszykowej ulicy. Tak, że potem strasznie dużo [ludzi było], pokotem leżeliśmy na ziemi, ale było bardzo niebezpiecznie, bardzo niespokojnie, bo Niemcy skoro świt przychodzili, wyciągali warszawiaków, bandytów. Wtedy udało się kenkartę zdobyć, tak, że nie byłam warszawiakiem, już miałam urodzenie gdzieś w Białymstoku czy gdzie indziej, już nie pamiętam, można to odczytać. Potem zaczęły się komplety, zaczęłam się uczyć, w Komorowie Szkoła Słowackiego miała swoje komplety. Natychmiast nawiązaliśmy kontakt z Piastowem, z dowódcą, zaczęliśmy wydawać, już jak się trochę uspokoiło, nasze ulotki, nasze pismo bojowej organizacji „Wschód”. Bardziej to już wszystko było nastawione na reklamę, na podtrzymywanie ducha, na to, że już opór militarny nie ma sensu, ale natomiast trzeba nie tracić nadziei. Potem zaczęły się wyjazdy do Częstochowy, do Krakowa, dlatego, że tam i „Pasieka”, i dowództwo AK [miały kontakty]. Na przykład w styczniu 1945, jak był front rosyjski, jak już Rosjanie zbliżali się i zajmowali Kraków, to raz ze swoim dowódcą byłam wtedy w Krakowie i zaczęliśmy na nowo działać. Jednocześnie uczyłam się. Potem już było można do Warszawy wracać, z tym, że nasze mieszkanie na Tamce było zniszczone, siostry było na Królewskiej, to było duże mieszkanie, ale jeszcze jakiś czas [byłam poza Warszawą], nie pamiętam, kiedy myśmy wrócili do Warszawy. [...]Potem zaczęłam [naukę] na ulicy Polnej, chodziłam do drugiej licealnej. To była Szkoła Czackiego, Liceum Czackiego, to było naprzeciwko Ryneczku, niedaleko „Riwiery” w tej chwili. Po sąsiedzku mieszkał Rzepecki. Miałam spotkanie ze swoim dowódcą na ulicy Marszałkowskiej, jeszcze w Warszawie nie mieszkaliśmy wtedy, jeszcze na tamtej trasie mieszkaliśmy.

Spotkaliśmy się róg Nowogrodzkiej, na tamtym odcinku, z nim, ja na rowerze, i doszedł do nas jeden z kolegów, „Wilczek” miał pseudonim. Zostawiłam ich na parę minut, odjechałam na rowerze w stronę Pięknej. Powiedziałam im, żeby sobie pogadali, bo myśmy nie mieli swoich lokali, więc tak na ulicy albo gdzieś w kawiarniach się spotykało i wymieniło się uwagi, nowe wieści, co słychać. Wracam, jest wielkie zamieszanie, ludzie stoją, policja, UB, milicja gania i krzyczą: „Łapać folksdojcza! Łapać folksdojcza!” Widzę, że „Wilczek” już jest w kajdankach, już stoją przy nim jakieś ciemne typy, tajniaki, więc oczywiście nie dałam się poznać, nie zbliżałam się mocno. Widzę, jak mój dowódca ucieka. Wpadł w bramę, zaczęłam tam po cichutku mówić, że to żaden folksdojcz, tylko tego człowieka znam. Ale nie mogłam się wygłupiać i nie mogłam mówić tego głośno, bo wiadomo, jaki by mnie los spotkał, więc tylko przeżywałam to wszystko bardzo głęboko. Widziałam, jakie metody stosuje już UB, bo to już było wtedy, kiedy tutaj już koniec wojny był. Jeszcze się muszę potem trochę cofnąć, i jego aresztowali. To był koniec lipca 1945. A na kilka dni przedtem został aresztowany ktoś z Piastowa. Umarł w chwale, jako pułkownik, czy nawet już bardzo wysoko. Nie wiem, jak to się stało, kto wskazał mojego dowódcę, ale potem, jak mnie aresztowali w bardzo podobnych warunkach. Jego aresztowali, to był koniec lipca 1945, a ja 1 sierpnia, równiutko 1 sierpnia, poszłam do szkoły na Polną, żeby się dowiedzieć, czy jestem dopuszczona do egzaminów ustnych maturalnych, żeby sprawdzić listę, czy jestem dopuszczona do ustnych egzaminów maturalnych. Wychodząc, i na ulicy dwóch panów wzięło mnie pod pachę i do samochodu. Potem dopiero się zorientowałam, że to jest pan Różański. Mieli taki zwyczaj, że samochodem zawieźli mnie najpierw, w tej chwili, gdzie jest Ministerstwo Sprawiedliwości, róg Koszykowej i Alei Ujazdowskich. Tam kilka dni trzymali w piwnicach na przesłuchaniach i brali stamtąd w samochód osobowy i tak nas wozili po Warszawie i kazali nam pokazywać, jak jakaś grupka osób czy dwie osoby gdzieś na ulicy: „Czy to jest od was?” I w ten sposób wyłapywali nas.

 

  • Pani w ten sposób została złapana, tak?


Prawdopodobnie, że możliwe, że oni tam stali, obserwowali Rzepeckiego, który wysoko stał w Komendzie Głównej. Widocznie oni jego obserwowali, a przez przypadek [mnie znaleźli], a może kogoś też mieli w samochodzie, w drugim samochodzie, kto mnie wskazał. Prawdopodobnie oni nie czatowali pod szkołą na mnie specjalnie, tylko przypadek musiał zrządzić. Potem, po przesłuchaniach, nie wiem, jak długo one trwały, czy dzień, czy trzy czy cztery dni, tam właśnie w Ministerstwie Bezpieczeństwa, wzięli mnie na Rakowiecką i tam po czterech miesiącach zrobili nam proces. To oczywiście była fikcja, nie proces. Kilka dni to się odbywało, po różnych przesłuchaniach nocnych, długotrwałych przesłuchaniach, między innymi przez pana Różańskiego i przez innych ubowców. Pamiętam do dziś, dużo ludzi było bardzo ze wschodu, akcent wschodni, i Żydów oczywiście, wśród ludzi z bezpieki, którzy przesłuchiwali. Do dzisiaj pamiętam: „Oddziałowy, oddziałowy!”, właśnie akcent wschodni. Potem zrobili nam proces.

  • Nam, to znaczy komu jeszcze?


Bo było nas kilka osób w tej grupie – dowódca, ja i „Wilczek” był właśnie, i jeszcze były dwie koleżanki z naszego oddziału, dwie czy trzy.

  • To dowódca, Jastrzębski właśnie?


Tak, Jastrzębski „Damazy”, ja byłam, „Wilczek” był, na Nowogrodzkiej mieszkał, nie pamiętam, jak on się nazywał, to wszystko już powychodziło z głowy. W pewnym momencie na jakąś rozprawę przyszła pani mecenas Grabowska, adwokat, która była obrońcą w postępowaniu akowskim, do mnie, bo wysłałam gryps, jeden, drugi, rodzina się dowiedziała, gdzie siedzę, gdzie jestem. Przysłali mi obrońcę, Grabowską, pani Antonina, chyba Grabowska, która potem zginęła w wypadku samochodowym. Bardzo uczynny, bardzo solidny człowiek, ona broniła akowców. Mówię: „Pani mecenas, ja się nie zgodzę, żeby ja miała tylko obrońcę. Pani przyprowadzi kogoś.” Brat Jastrzębskiego był też adwokatem, ale on chyba kogoś przysłał, on sam nie bronił. Tylko tak się stało, że mieliśmy dwóch obrońców, ona wzięła połowę, i ten ktoś drugi połowę. Jastrzębski dostał karę śmierci, ja dostałam osiem lat, „Wilczek” chyba dostał trzy czy pięć, i tamte dwie czy trzy koleżanki, już w tej chwili nie pamiętam, też były mniejsze wyroki.

  • Pani wyrok jak brzmiał?


Mam całą dokumentację. Oczywiście, obalenie ustroju demokratycznego państwa ludowego, za udział, kontynuowanie walki, za przynależność do WiN-u. Mój dowódca dostał karę śmierci. Ale to był okres początkowy, to był rok 1945, w rocznicę Powstania równiutko mnie aresztowali, to był okres, kiedy był szereg amnestii, tak, że osiem lat zamienili mi początkowo na pięć chyba, potem była następna amnestia, zamieniono na dwa lata w zawieszeniu, tak, że na Boże Narodzenie już wyszłam. Wszyscy wyszliśmy.

  • Dowódca też?


On nie, bo on karę śmierci miał. On bardzo długo siedział w celi śmierci. Potem, jak była rehabilitacja, bo on po wielkich trudach został ułaskawiony, zamieniono mu [wyrok] na bodajże piętnaście lat, został wywieziony do Wronek. Nawet we Wronkach jego odwiedzałam i potem też były amnestie. On wyszedł, nie pamiętam, po pięciu czy po sześciu latach, jak odwilż się zrobiła. Wyszedł już schorowany człowiek. Potem zaczęliśmy się spotykać, znów nasze środowisko zaczęło się [spotykać], nie od razu, ale potem tak. Chciałam jeszcze powiedzieć, że w Tworkach znalazł się zupełnie cudem mój przyszły mąż. Ponieważ nasze rodziny się znały, on jak uciekł z Niemiec, on był wzięty we wrześniu 1939 do niewoli i został wywieziony do Niemiec. Z Niemiec uciekł z transportem ludzi, robotników, którzy jechali na urlop do Polski. On wtedy u nas się przechowywał. Przechowywał się jeszcze w Warszawie przed Powstaniem, bo to było przed Powstaniem. On był w „Baszcie”. Jeszcze przed Powstaniem raz go jeden zawiozłam do Tworek, tak na spacer po prostu. On zobaczył, gdzie mama moja się zatrzymała. Jak on z „Baszty” wyszedł poprzez Sadybę, to poszli w Góry Świętokrzyskie i w Górach Świętokrzyskich jakiś tam czas byli. Potem okazało się, że to nie ma sensu już, przedłużanie. Zakopali broń i przyjechał, sam, tylko z parabelką, nie wiem, czy miał jeden pistolet, czy miał dwa, ale pamiętam z bębenkiem, parabelka, duży pistolet, a wtedy wracałam z Komorowa od siostry, jechałam do Tworek. Wsiadłam do kolejki EKD, do tego przedziału, gdzie mój znajomy, przyszły mój mąż. Więc, oczywiście też, jak mówiliśmy do siebie „pan”, „pani”, to potem już zaczęliśmy mówić na „ty”, a siostra jego też się odszukała i mieszkała w Pruszkowie. Tak, że dzięki nam odnalazł swoją siostrę. Potem moja siostra, nie wiem, czy ona już tam wyszła za mąż, czy też już miała tam sympatię, w każdym razie doskonale pamiętam aresztowanie naszych dowódców w Pruszkowie, bo to było bardzo głośne, bardzo przykre, bo to się w Pruszkowie odbywało, a Tworki to bardzo blisko, a potem koniec wojny, to zakończenie działań wojennych w zasadzie, bo dla nas to nie było koniec wojny. 8 maja czy 9 maja, bo to tak różnie, to tak mój mąż, mąż siostry i mojej siostry starający się o rękę, oni przyszli z rozpaczy tak pijani, tak zapłakani, że taki koniec wojny nas spotkał. Opowiadam dlatego, że potem swojego męża, a jeszcze raz, jak wyszłam z więzienia na Boże Narodzenie, to drugi raz, bo mama robiła wino w gąsiorach, to tak ciągnęło się rureczką z gąsiora. To wtedy pamiętam też, on jeszcze w saperkach. Od takiego dziecka nasze siostry chodziły razem do [Gimnazjum] Królowej Jadwigi, kończyły gimnazjum razem. Byłam najmłodsza. Przed wojną nie znałam swojego męża, bo już był w podchorążówce, a ja byłam jeszcze prawie dzieckiem, tak, że nie znałam [go]. Pamiętam, jak myśmy bardzo cierpieli na takim zakończeniu.

Potem wyszłam z więzienia, potem siostra nas wszystkich przygarnęła na ulicy Królewskiej, bo ona miała duże mieszkanie. Ona była najstarsza, przygarnęła nas na Królewskiej, przenieśliśmy się na Królewską. Potem zaczęłam studiować, po więzieniu, on był adwokatem, mój [dowódca], przepraszam, nie był adwokatem, był prawnikiem, i pod tym wpływem poszłam na prawo. Wydawało mi się, że będę prostować świat, zwalczać wszystko złe, będę bronić ludzi niewinnie skazanych. Okazało się, że guzik z pętelką. Przyjęli mnie, zdawałam maturę już jako ekstern, przyjęli mnie na pierwszy rocznik, to był najpierwszy rocznik, jaki w ogóle powstał na uniwersytecie. Jeszcze Wydział Prawa był zniszczony, tak że zajęcia mieliśmy u karmelitów w seminarium, przy kościele świętego Józefa. Maturę doniosłam po dwóch czy po trzech miesiącach, dopiero jak maturę ekstra zdawałam. Skończyłam bardzo szybko, w 1949 roku w czerwcu otrzymałam magisterium. Miałam zamiar początkowo zostać asystentką przy Katedrze Prawa Cywilnego, nic z tego nie wyszło, bo namawiali mnie wcześniej, żeby się zapisać do partii. Ja się do partii nie chciałam zapisać, bo już miałam pewne doświadczenia więzienia, więc już wiedziałam, co to znaczy. Zaangażowałam się bardzo, przez cały okres studiów, nie w „Bratniaku”, ale w Sodalicji Akademickiej, w duszpasterstwie akademickim w kościele świętej Anny. Tak, że bardzo głęboko w tamtą robotę weszłam, bo żyłka działania z harcerstwa [była] w naturze, żeby coś robić. Potem, niestety ciągle nie miałam świadectwa moralności, ciągle byłam w rejestrze skazanych, figurowałam ciągle w rejestrze skazanych, tak, że już droga była zamknięta przede mną. Nie mogłam pójść do sądownictwa, nie mogłam pójść do palestry, natomiast mieszkaliśmy na Królewskiej, wyjście było również od ulicy Kredytowej, bo to była oficyna ulicy Królewskiej. Ślub był 15 sierpnia 1949, magisterium w czerwcu, pod koniec czerwca, potem ślub 15 sierpnia 1949 u świętej Anny, po studiach zaraz i potem pojechaliśmy do Krynicy Górskiej na rowerach w podróż poślubną, a potem trzeba było pójść do pracy. Tam weszła wtedy straszna dyscyplina socjalistyczna, więc człowiek był trochę zdenerwowany, jak to będzie wszystko, ciągle to AK nad nami wisiało. Mąż wrócił potem, jak się okazało, z gruźlicą płuc z Niemiec. Było przedsiębiorstwo „Motozbyt” na ulicy Mazowieckiej przy ulicy Kredytowej, więc na zasadzie „kupił-nie kupił”, jak komórka do wynajęcia, dosłownie, poszłam, przedstawiłam się, że skończyłam prawo, że mieszkam tutaj po sąsiedzku, że chciałabym bardzo pracować. Trafiłam na bardzo dobrego człowieka w tym przedsiębiorstwie, bardzo tam szybko awansowałam, ale poszłam ze swoim pierwszym synem, ciąża w 1951 roku i jak wróciłam po urlopie macierzyńskim, to już nie miałam gdzie wracać, bo okazało się, że dyrektor naczelny był oficerem AK, już się zorientowali i jego już zdjęli ze stanowiska i wtedy wszystkich wyrzucali, którzy bardzo blisko z nim pracowali. Tak, że ta piękna praca, bardzo ciekawa, bo wreszcie wylądowałam w biurze prawnym u bardzo dobrego adwokata, Bajer chyba czy Bejer, już nie pamiętam dokładnie, musiałam zostawić. Ponieważ współpracowałam z wewnętrzną kontrolą, to szef od kontroli wewnętrznej mówi: „Pani Aniu”, a jego też wyrzucili i on się przeniósł do Centrali Rybnej, na Puławskiej róg Rakowieckiej, „może pani do nas chce przejść?” Mówię: „Co mam do roboty? Muszę.” Skorzystałam z propozycji, poszłam tam i tam zaszłam ze swoją Małgosią drugi raz w ciążę, i tam też szybko bardzo awansowałam. Miałam bardzo szczęście i wszystko pozytywnie się układało, ale okazało się, że mój Wojtek i moja Małgosia zachorowali też na płuca, bo mieliśmy na Królewskiej malutki pokoik, a potem dwoje dzieci. Potem teściowa też zamieszkała w naszym pokoiku i nie wiedzieliśmy, że ona ma gruźlicę starczą. Zaraziła męża, zaraziła dwoje dzieci, trzeba było ich zapisać do poradni przeciwgruźliczej na ulicy Wiejskiej. Nawet chodziłam z Małgosią w ciąży, a u męża to się wcześniej objawiło, zupełnie przypadkowo, więc on pojechał do sanatorium, miał tam odmę robioną, ale wszystko szczęśliwie zostało zaleczone. Potem nas z Królewskiej wyrzucono, dostałam mieszkanie, bo rozebrali budynek, postawiono domy, podłużne, Miejskie Przedsiębiorstwo Budowlane, wzdłuż Ogrodu Saskiego, więc nasz budynek, oficyna była metr czy półtora metra, mimo, że to mieszkania były bardzo eleganckie, jeszcze przedwojenne, po zniszczeniach w roku 1939 zostały doprowadzone do porządku, mieszkanie pięciopokojowe, dwa wejścia, łazienka śliczna, podłogi śliczne, piece śliczne, ale rozebrali po prostu. Ponieważ mój mąż zaczął chorować na gruźlicę, siostra najstarsza z mężem, która nie miała dzieci, ale która się mną bardzo opiekowała, pomogła mężowi założyć [firmę]. Robił wtedy długopisy, napełniał długopisy, bo to wtedy było na czasie i tak zaczęliśmy funkcjonować. Był księgowym, najpierw księgowym był w szkole, potem był księgowym, bo on w SGH [studiował], jeszcze przedwojenna była WSH, zaczął WSH. Moja siostra skończyła przed wojną WSH, prywatną szkołę, a on potem, pierwsze roczniki były. Nie chcieli nam dać mieszkania zastępczego, prywatnej inicjatywie, wobec tego tak dawano nam albo gdzieś w suterenie albo gdzieś pod Warszawą, a chodziłam z Małgosią w ciąży, tak, że to były bardzo ciężkie okresy, lata. W ogóle widać było, że jak szliśmy do kina, był film „Ostatni Mohikanin”, to od razu wiedzieliśmy, że to będzie albo o AK albo będzie o prywatnej inicjatywie, „Ostatni Mohikanin”, bo tak dążono do zniszczenia wszystkiego, co normalne. Odczuwaliśmy bardzo brzydko, bardzo dokuczliwie. Potem, jak już dzieci zostały wypisane z poradni przeciwgruźliczej, myśmy zaczęli wtedy mieszkać, dostaliśmy ruiny mieszkania, ale róg Narbutta i Kazimierzowskiej. Siostra nam pomogła mieszkanie odremontować. Było piękne mieszkanie, ale na trzecim piętrze, bez windy, wysokie jak nieszczęście. Potem moja mama powiedziała, jak się Kasia urodziła, najmłodsza, oczywiście ona już była normalnie szczepiona, normalnie rodzona i wtedy zdecydowałam się pójść z powrotem do pracy. Ponieważ na Świętokrzyskiej moje dzieci, jak mieszkaliśmy na Królewskiej, to na Świętokrzyskiej chodziły do szkoły podstawowej i się zaangażowałam bardzo w pracę komitetu rodzicielskiego. Prezesem komitetu był dyrektor departamentu, „niemcówki”, całego Ministerstwa Gospodarki, na Placu Trzech Krzyży, dyrektor Osmycki, bardzo uczciwy człowiek, solidny. Byłam wiceprezesem komitetu rodzicielskiego. On był do reprezentacji, ja byłam do roboty, bo wtedy nie pracowałam, wzięłam przerwę w pracy, bo dzieci brały PAS, brały streptomecynę, pół roku siedziałam na linii otwockiej, żeby ich doprowadzić do zdrowia. Udało się szczęśliwie, bo to były duże poszerzone wnęki, lekarze długo nie mogli się u syna poznać, co to jest. „Koklusz.” A potem dokładne zdjęcie płuc wykazało, że są poszerzone wnęki. On mi pomógł dostać się do Ministerstwa Oświaty i tam znów trafiłam do kadr i zbieg okoliczności, że wchodzę do kadr, po znajomości, oczywiście, po wielkiej znajomości, bo gdzie to do kadr? Ale taka osoba mnie protegowała, więc do kadr. Szczęśliwie, dlatego, że jestem prawnikiem, a więc praca miała być bardzo ciekawa przy wydawaniu przepisów nauczycielskich, więc bardzo się ucieszyłam, na Szucha. Wtedy wchodzę do kadr, pani mi daje „ośmiornicę” do wypełnienia, szczegółowo, to zbyt szczegółowo wszystko opisuję, bo już miałam świadectwo niekaralności, już minęły wszystkie okresy i już z rejestru skazanych dostałam, że jestem nie notowana. Więc już mogę sobie pozwolić na różne [dane]. Ona mi mówi: „Jak pani chce z takim życiorysem być przyjęta? Pani nie zostanie przyjęta.” Mówię do niej: „Jeżeli mi pani da drugi egzemplarz, to napiszę, tak jak mi pani podyktuje.” Mówię: „Proszę pani, proszę się nie obawiać mnie, bo znam panią z kościoła wizytek, jak pani ze swoją matką przychodziła, staruszeczką do kościoła wizytek. Tam, gdzie ksiądz Bzowski, ksiądz Twardowski, a ja ze swoją mamą z ulicy Królewskiej do wizytek.” [...] Więc ona nabrała do mnie zaufania, wymieniłyśmy egzemplarz. Zostałam przyjęta i potem, po dwóch latach woła mnie personalny i mówi: „Pani Aniu, pani nas oszukała, bo pani wszystko pięknie, ładnie, a to są kadry, to pani wie, my musimy być bardzo wrażliwi. Myśmy dostali z rejestru skazanych, że pani była notowana, że pani ma osiem lat więzienia za sobą, to znaczy, wyrok taki. Mówię: „Panie naczelniku.”, ludzie byli z ministerstwa, byli jeszcze przedwojenni ludzie, Kasia moja urodziła się w roku 1961, więc to mogły być lata 1963, 1965. I on mówi: „To proszę to przynieść z domu, na drugi dzień, że pani ma, że pani jest nie notowana, to pani będzie musiała napisać do rejestru skazanych. Musi pani wycofać tamto, oni muszą oficjalnie wycofać tamto, że to pomyłka jakaś.” I tak się stało. Potem poszłam do pani mecenas, ona jeszcze żyła, na Chmielnej, to była cała procedura, trzeba było wszystko zmieniać, całą dokumentację mam. I rzeczywiście spokojnie, cztery lata tam popracowałam w ministerstwie, poznałam ludzi, poznałam przepisy nauczycielskie, cały czas w kadrach. Potem na Szopena był Instytut Pracy i Płac, resortowy instytut. Kierownikiem zakładu pracy był mój kolega ze studiów i tak on wracał z pracy, ja z pracy, spotykaliśmy się na Szucha, to był kolega jeszcze z Sodalicji Akademickiej od świętej Anny, tak, że znaliśmy się bardzo dobrze. On mówi: „Rzuć to ministerstwo. Chodź do nas do instytutu.” Rzeczywiście, miałam ambicje zrobienia pracy doktorskiej, zaczęłam robić pracę doktorską, u niego w zakładzie, on zdążył już potem zrobić nawet habilitację. Z tym, że zaangażował do zakładu pracy takich jak ja, swoich kumpli, do których miał bezwzględne zaufanie, ale pochodzenie bardzo różne. Wtedy na warsztacie w Sejmie był kodeks pracy. Zajęłam się układami zbiorowymi pracy. Współpracowaliśmy z dwoma profesorami – profesorem Szubertem, on był w radzie naukowej, profesor Święcicki, byli specjaliści od prawa pracy. Praca była bardzo przyjemna. Miałam dużo już swoich własnych opracowań, a potem zmienił się minister.

  • Jak pani teraz myśli o Powstaniu?


Oceniam ten czas jako wspaniały, jako piękny i myślę, że rówieśnicy moi, i młodsi, i starsi, gdyby była taka potrzeba, to z powrotem by poszli, nie licząc swoich sił, swojego zdrowia, swojego życia, poszliby dalej. Szczególnie, że, teraz jest może inny element ludzi, może coś się zmieniło, ale wtedy takie było nasze wychowanie, że myśmy się nie zastanawiali, że czekaliśmy bardzo na tą chwilę. Początkowo to było, Wola była straszna, ale w Śródmieściu, na Powiślu czuło się wolne państwo. Imponowało nam, mnie osobiście, organizacja państwa podziemnego, funkcjonowanie wszystkich służb. Przecież dzienniki ustaw wychodziły, dwa wyszły dzienniki ustaw. To było prawdziwe państwo polskie, zorganizowane, że to nie porwali się z motyką na słońce. Nie było broni dostatecznej ilości, nie było, ale to był fenomen, to był w ogóle cud jakiś, że poszliśmy z rękoma prawie pustymi. Mieliśmy trochę broni, dlatego, że nasz oddział współpracował z komórką, która steny produkowała, więc trochę broni było, ale w ogóle to przecież nie było broni. „Sidolówki” czy butelki benzyny, to były kpiny na obronę, i ze wszystkich stron, i czołgi, i „krowy”, i bombardowania, ale więzi się tam zawiązywały. Były piękne przeżycia. Potem drugim takim przeżyciem była, muszę tutaj napomknąć, „Solidarność”, też była pięknym okresem. Wspominam bardzo dumnie, wspominam tamte czasy. To były zrywy, które, Polska przeżywała niejeden zryw i były rzeczywiście zrywy na wielką skalę, to nie było jakieś: „Urra!” Tylko to mieliśmy przekonania, że one mają sens, że one, jeżeli nie w tej chwili, to one będą procentowały. Tym bardziej, że ludność cywilna też zdała egzamin.

Warszawa, 2 lutego i 25 lipca 2006 roku
Rozmowę prowadziły Małgorzata Brama i Anna Kowalczyk

Zobacz także


sanitariuszka

Joanna Bitner-Lisowska „Wanda”, „Zosia”

Nazywam się Joanna Lisowska. W czasie Powstania los nasz był dosyć skomplikowany, bo ostatecznie działałam w...

więcej
strzelec

Czesław Bartkiewicz „Korab”

Czesław Bartkiewicz, [urodzony] 5 kwietnia 1924 roku w Warszawie, pseudonim „Korab”, w Powstaniu...

więcej

Zbigniew Szymański „Gałązka”

Nazywam się Zbigniew Szymański, jestem urodzony w Warszawie, zamieszkały na Powiślu. Tak się złożyło, że w tej...

więcej
podporucznik

Jacek Cydzik „Ran”

Co pan robił przed 1 września 1939 roku? Przed wojną mieszkałem na Żoliborzu i chodziłem do gimnazjum...

więcej