Apolonia Dziurzyńska „Zośka”

Archiwum Historii Mówionej

Apolonia Dziurzyńska, urodzona w Warszawie 14 stycznia 1923 roku.

  • Proszę powiedzieć o swojej rodzinie, o swoim dzieciństwie.

Byłam bardzo szczęśliwym dzieckiem. Miałam rodziców dobrych, miałam siostry, bracia, wszystko to, z czego rodzina się składa.

  • Jak pani pamięta przedwojenną Warszawę?

Niewiele, bo mi mama nie bardzo pozwalała dalej się oddalać. Jeżeli chciałam iść do kina jakiegoś, nawet na bajkę, to musiała siostra starsza ze mną jechać. Mnie nie wolno było się oddalać, najmłodsza byłam.

  • Jaki wpływ wywarła na panią szkoła? Gdzie się pani uczyła?

Dobry, kochałam szkołę. Denerwowałam się, że w niedzielę się do szkoły nie idzie.

  • Jak pani pamięta wybuch wojny, 1 września?

Pamiętam doskonale, bo moich sióstr mężowie poszli na wojnę i też były małe dzieci zostawione. Tak że od 1939 roku to nie mam za dobrych wspomnień.

  • Jak się pani życie zmieniło od wybuchu wojny?

Od kiedy?

  • Od 1 września, jak zaczęła się okupacja.

W 1939 roku wyszłam za mąż jako też takie nie wiadomo co, czy dziecko, czy dorosła. Potem w odpowiednim czasie, nawet później, urodziłam dziecko, w każdym razie w 1944 roku, jak było Powstanie, to moja Krystyna miała cztery lata.

  • Gdzie pani mieszkała w czasie okupacji?

Najpierw mieszkałam na Żoliborzu, potem na Bielanach, potem mieszkałam na Okęciu i z Okęcia poszłam do Powstania.

  • Mieszkała pani z mężem?

Mąż był w partyzantce, a ja z dzieckiem zostałam.

  • W jaki sposób zetknęła się pani z konspiracją?

Ponieważ wyuczyłam się zawodu kosmetyczki, pracowałam jako kosmetyczka i w tym zakładzie właśnie był właściciel i pracownik, młody pracownik. I on naturalnie różne gazetki, różne rzeczy przechowywał w moim mieszkaniu.

  • Czy miała pani też jakieś inne obowiązki oprócz przechowywania, nosiła pani...?

Też woziłam, tylko mniej, dlatego że miałam małe dziecko, więc tyle, co mogłam z siebie pomóc, to właśnie to, co w domu raczej. Wystarczyłoby, żeby wykryli to – czy to w domu, czy na ulicy...

  • Jak pani pamięta okres, gdy zbliżało się Powstanie?

Pamiętam doskonale. Tu nie będę mogła mówić. Musiałam zostawić dziecko, zawieźć ją na Żoliborz, na Marymoncką, do rodziców moich, a ja udałam się do Powstania, do Śródmieścia.

  • A pani mąż?

Męża nie było, mąż był w partyzantce.

  • Miała pani z nim jakiś kontakt?

Żadnego kontaktu nie miałam, nic.

  • I gdy zaczęło się Powstanie 1 sierpnia...?

To już byłam na placówce, Bracka 3/5 moje dowództwo było. A pierwsza praca, jaka była, to musiałam iść do kina, tylko nie pamiętam, jakie to kino, Polonia czy jakieś blisko Alej [Jerozolimskich], i to było przed piętnastą i musiałam tam iść, żeby uprzedzić wszystkich, żeby wyszli wcześniej z kina. Potem wróciłam i naturalnie przede wszystkim trzeba było barykadę zrobić, bo inaczej byśmy nie mogli się tam zatrzymywać, to było przy BGK.

  • Co dalej działo się tego dnia?

Nie odstępowałam od barykady. W pierwszych dniach już zostałam drapnięta przez szrapnel w nogę, potem w głowę. Mam taką gwiazdkę, skóra, nie rosną włosy. No i urwana [ręka]..., nie ma nadgarstka.

  • To stało się w pierwszych dniach?

9 sierpnia.

  • Dostała się pani do punktu opatrunkowego, do szpitala?

Dokąd szłam, to szłam, a potem na schodach, jak do dowództwa już chciałam dojść, bo mi koledzy dali rozkaz, żebym zaniosła, więc na drugie piętro już nie doszłam, tylko usiadłam na schodach i zastygłam w swojej krwi i dalej nie wiedziałam, co jest. Dopiero przytomność odzyskałam w szpitalu, już po ściąganiu naczyń krwionośnych, ścięgna i naturalnie ta kość usunięta, bo to tylko tylko wisiało na [skórze]...

  • Czyli ocknęła się pani w szpitalu, tak?

W szpitalu się obudziłam, przytomność odzyskałam w szpitalu już po operacji.. To było na Mokotowskiej najpierw. Ten szpital na Mokotowskiej bomba rozwaliła i z nas (bo to niewielki był szpital, w piwnicy) zostało dziewięć osób, z tego, co pamiętam. Między innymi ja, a reszta to już nieboszczyków wyciągali. I przenieśli nas na Wspólną 27 do szpitala powstańczego.

  • Jakie warunki tam panowały?

Jakie warunki mogły panować? Straszny prymityw, z tym tylko, że byli wspaniali chirurdzy, lekarze byli wspaniali, ale to było też w piwnicy, prycze takie jak się dało – czy polowe, czy łóżko z jakichś desek zrobione. Stół operacyjny był normalny stół, prostokąt... Pamiętam, że był za krótki dla mnie, że nie był wielki, bo tu mnie nogi bolały, bo się kończył.

  • A jeśli chodzi o jedzenie?

Pieska jadłam wspaniałego, który został zabity w naszym podwórzu, w dowództwie. Nie wiedziałam naturalnie, tylko chłopaki mi przynieśli i powiedzieli, że to jest cielęcina. I jak już trochę doszłam do siebie, mówię: „Moglibyście jeszcze tej cielęciny przynieść?”, a on mówi: „Tak, tylko naszego psa zjadłaś i jeszcze skąd ci cielęciny wziąć?”. Naturalnie jak się dostali do takiego baru, to mi przynieśli kurczaka w ryżu, potrawki trochę. Nie było w szpitalu jedzenia. Pić, dużo pić.

  • Tylko woda?

Tak, woda, niestety.

  • Odwiedzali panią koledzy z oddziału?

Naturalnie, odwiedzali.

  • Przynosili pani wieści o walkach?

Przynosili chleb suchy, stary, obrzydliwy i w manierkach (ja nie wiem, czy to manierki, bo manierka to jest dłuższa?) barszcz biały, bo Antka matka gotowała nam z proszków barszcz biały i to mi przynosili.

  • Była pani ze sławnym Antkiem Rozpylaczem w oddziale?

Tak, ósmego został zabity. Jeszcze go widziałam w bramie właśnie, a ja dziewiątego już dostałam w czapę tak, że już nie mogłam iść do akcji, bo urwana ręka i krwi nie wiem ile mi zostało i już w ogóle nie mogłam iść do walki. Leżałam (mam nawet kartę chorobową) w czterdziestu stopniach temperatury, bo to i brudno, i zakażenie. Widać nawet, tu był sączek przeprowadzony.

  • Jak długo przebywała pani w szpitalu?

Do końca Powstania.

  • Do końca na Wspólnej, tak?

Tak, na Wspólnej 27 i stamtąd Niemcy nas wywieźli jako jeńców wojennych do stalagu, czyli do szpitala dla jeńców.

  • Czy miała pani kontakt z cywilami, leżąc w tym szpitalu, czy w szpitalu byli sami żołnierze?

Nie, sami żołnierze. Bo był taki (nie wiem, czy to nazwać można) szpital na Żurawiej, gdzie cywili odstawiali, a ja tu już do końca byłam.

  • A czytała pani może jakieś gazetki?

Kochani, byłam zupełnie wykończona, nie było krwi na transfuzję, a ja tyle krwi straciłam, że w ogóle trzeba było pełną transfuzję zrobić i nie było tego.

  • Czy miała pani przez ten czas jakieś wieści od najbliższych?

Nic, wywieźli mnie i nic nie miałam.

  • To przejdźmy do końca Powstania. Mówiła pani, że wkroczyli Niemcy już po kapitulacji. Panią wywieźli...

Tak, wywieźli... szkoda gadać... pociągiem jechaliśmy, bydlęcym naturalnie. W Łodzi się zatrzymał ten pociąg i ci łodzianie wspaniali jeść nam wrzucali do tego pociągu i szmaty, prześcieradła, żeby do ran... To było straszne. Potem od Łodzi to już jechaliśmy dwa tygodnie, pamiętam, do stalagu.

  • Czy były jakieś postoje?

Nie było żadnych postojów, żadnych. Siostry tylko nie wiem skąd miały dwie kroplówki, jak widzieli, że ktoś naprawdę dogorywa, to kroplówkę dostał, żeby jeszcze jakoś tam przeżyć. Ważyłam trzydzieści sześć kilo, jak zajechałam.

  • Czy była woda?

Dla mnie to mogło nie być, bo tych rzeczy prawie nie pamiętam. Czterdzieści stopni temperatury miałam. Jak zajechałam, tu mam kartę ze stalagu chorobową...

  • Do którego stalagu?

Stalag IVB koło Milbergu.

  • Gdy tam zajechaliście, to jakie warunki tam panowały?

Barak, prycze (dostałam na dole pryczę), trzy prycze trzypiętrowe. No i Szwab niejeden, kilku. I codziennie był obchód lekarski, to był tylko jeden nasz lekarz, a reszta to Niemcy.

  • A jak odnosili się do państwa?

Podobno do jeńców wojennych powinni się odnosić dobrze, ale nie było tak. Na przykład jak buty moje, jeden inny i drugi inny stał koło pryczy (a przecież nie siedziałam, tylko leżałam, a wstać to już w ogóle nie było mowy), to kopnął tak, że potem bez butów zostałam. Bo krzywo stało, musiało wszystko na baczność stać.

  • Jak długo przebywała pani w obozie?

W maju 1945 roku wróciłam do Polski.

  • W jaki sposób?

Zgłosiłam się do polskiego konsulatu w Belgii. Bo wyzwolili nas w stalagu Rosjanie. Na koniach, pijani w drobiazgi, w płachtach jakichś czerwonych nakryci, dosłownie dzicz wpadła. Naturalnie chłopcy musieli pilnować baraków z dziewczynami. Potem już mogliśmy na własną rękę się przemieszczać. Nie nadawałam się w ogóle, żebym sama szła nawet. Jak wynieśli mnie na powietrze z baraku, jak już wolno było wyjść, to Szwab jeszcze doleciał i tak mnie kolbą rąbnął i do rynsztoku wpadłam bo tam były rowy kopane, żeby nie pouciekać. Wpadłam w ten rów, rozbiłam się (w tej karcie mam wszystko napisane przez lekarza naturalnie), ale jak już tak trochę doszłam do siebie, to nawet pan doktór chirurg Bętkowski, pułkownik, powiedział: „Ja cię nie puszczę jeszcze, dlatego że może się zrobić zakażenie. Z Niemcami tak załatwię, że oni cię do roboty nie wezmą”, bo jak ktoś zdrowy, to do pracy zabierali, i mówi: „Ja ci operację zrobię jeszcze”. Mówię: „Jaką?”. „Migdałki ci wytnę”, których nie potrzeba było, a mam wycięte migdałki. A potem mówi: „Wiesz co? To dwa tygodnie to ciebie jeszcze utrzymam, bo po takiej operacji...”. Wtedy jakie warunki były – na normalnym krześle łyżeczką trach, trach. Straszna rzecz. Jak już dwa tygodnie mijało, mówi: „Rany boskie (a przeklinał potwornie), jak ja tutaj zrobię...? Muszę ci znowu jakąś operację zrobić, żeby cię nie zabrali do roboty”. I już miał mi robić ślepą kiszę, wyrostek, bo to też podobno każdy ma i można każdemu zrobić. Ale już niestety nie zdążył, bo jak Rosjanie wleźli, to już trzeba było na własną rękę wychodzić. Jak to było, że się dostałam...? Na rowerze wiem, że jechałam i dostałam się gdzieś tak, że... Cała gromada ludzi była z tego stalagu, bo nie znałam nikogo ze stalagu, tam różni ludzie byli, były baraki i z Włochami, i z Francuzami, i Rosjanami. To był stalag ze wszystkimi państwami. Belg jakiś się zainteresował mną, dobrze, że (ja nie rozumiałam po belgijsku) po niemiecku zaczął mówić, że trzeba się nią zainteresować, dlatego że jej nie zostawimy, przecież ona chodzić nie może. I zabrali mnie. A mnie było wszystko jedno, gdzie mam pojechać. Gdzie ja się zatrzymam, to mi było wszystko jedno. I w Belgii się znalazłam. Poszłam do naszego konsulatu i konsulat dopiero się mną zajął. Jak usłyszałam o pierwszym transporcie, że się szykuje transport, to pomimo że nie czułam się na siłach, to powiedziałam: „Jadę do Polski pierwszym transportem”. Jechałam i Polacy mnie okradli. Na dachu jechałam do Polski, miałam walizkę i ukradli mi tę walizkę. Nic nie miałam. Jak przyjechałam na Dworzec Główny, to nic – ani pieniędzy, ani nic nie miałam. Miałam trochę, bo wtedy paliłam, faje, bo się w Powstaniu nauczyłam skręcać i kilka paczek papierosów mi zostało. To był taki wspaniały chłopak, że do rodziców na Bielany od dworca na rikszy, bo wtedy riksze tylko były, zawiózł mnie za paczkę papierosów. Trzeba mieć szczęście.

  • Czy przez ten cały okres, kiedy była pani poza granicami, miała pani jakieś wiadomości od rodziny?

Nie miałam. Listonosza to całowałam po rękach, żeby mi coś przyniósł. Tylko konsulat powiedział, że jeżeli jeszcze się źle czuję, to może oni napiszą albo może nawet tak zrobią, że pociągiem Czerwonego Krzyża przywiozą mi dziecko i postarają się o mieszkanie i może zacznę u nich pracować. Wspaniali ludzie. Powiedziałam, że nie, ja tylko do domu, do dziecka i do rodziców i w ogóle. I przyjechałam.

  • Jakie były losy pani męża?

Mój mąż bardzo późno wrócił, też poturbowany i bardzo szybko umarł. Serce mu wysiadło. Poza tym przeziębił się tak, że gruźlicy nawet dostał, na płuca...

  • Mówiła pani, że była represjonowana później.

Tak, bo nie wiedziałam, że nie mogę mówić, że w Armii Krajowej byłam i gdzie się tylko bym do pracy... Trzy razy próbowałam, to przychodził personalny i mówił: „Ty uciekaj stąd. Po coś to pisała?”. Ja mówię: „To po co taka rubryka jest? Co ja mam napisać?”. Nie pracowałam przez pięć lat, utrzymywali mnie rodzice. [...]
Warszawa, 16 czerwca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Katarzyna Figiel
Apolonia Dziurzyńska Pseudonim: „Zośka” Stopień: łączniczka Formacja: batalion „Sokół” Dzielnica: Śródmieście

Zobacz także

Nasz newsletter