Barbara Filarska „Bronka”

Archiwum Historii Mówionej

Barbara Filarska, z domu Wąsik. Urodzona 30 czerwca 1922 roku w Warszawie. Stopień: podporucznik we wrześniu, rozkazem dostałam stopień, nie po Powstaniu, tylko we wrześniu, chyba koło dwudziestego. Pseudonim: „Bronka”. W czasie Powstania służyłam w tym samym oddziale, w którym zostałam przyjęta. Przysięgę składałam w czerwcu 1942 roku w Komendzie Głównej Obszaru Warszawskiego jako kierowniczka centrali i szyfrantka. Wtedy od razu dostałam pseudonim „Bronka” i miałam go do końca.

  • Proszę powiedzieć, gdzie się pani uczyła?

W ostatnim powstałym w Warszawie liceum państwowym, szesnastym, imienia Aleksandry Piłsudskiej, na Żoliborzu. To było bardzo wzorowo prowadzone gimnazjum i liceum. Tam zdałam maturę już w pierwszym roku wojny, na kompletach.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Oczywiście w akcji! Byłam harcerką VIII Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej „Górskiej” i miałyśmy przydzielone zawczasu swoje role w pogotowiu harcerskim na wypadek wybuchu wojny. Jak wojna zaczęła się 1 września, to już o dziewiątej rano byłam na Dworcu Gdańskim i tam z zastępem, a potem z większą ilością harcerek, które się zbiegły, organizowałyśmy stołówkę i świetlicę dla dzieci. To był pierwszy etap pracy na Dworcu Gdańskim, mniej więcej do połowy września, bo potem kontakt kolejowy z Mławą i z północną częścią kraju był oczywiście zerwany. Myśmy przeszły do innego rodzaju pracy, najpierw w chorągwi zastępowałyśmy nieczynną pocztę, opiekowałyśmy się dziećmi znajdowanymi na ulicy. Zakładało się świetlice, trzeba było się opiekować zagubionymi ludźmi. Tak było do końca kampanii wrześniowej, potem normalna praca harcerska przez pierwsze dwa lata wojny. Dosyć szybko zostałam mianowana kierowniczką, odpowiedzialną za organizowanie łączności w rejonie „1944 Północ”, to znaczy Żoliborz, Bielany, Powązki. Ta służba obejmowała kilka zadań, miałam już stopień podharcmistrzyni, więc już powierzono mi odpowiedzialne. Naszym zadaniem było poza opieką nad ludźmi, nad dwoma kategoriami – dziećmi z baraków i zagubionymi ludźmi, organizowanie douczania przedmiotów, których nie wykładano w szkole, więc polskiego i historii. To też należało do tej pracy […]. Dużo czasu i wysiłku trzeba było włożyć w zdobycie adresów niemieckich, bo jak wiadomo w akcji dostawałyśmy teksty, które trzeba było rozprowadzić wśród Niemców, teksty które informowały o rzeczywistych okrucieństwach. Potem zaczęło powstawać getto, zaczęły się duże prześladowania, łapanki. Chodziło o istotne wiadomości, zresztą bardzo smutne w pierwszym okresie wojny, żeby żołnierzy niemieckich informować o ich rzeczywistym stanie, o ich okrucieństwach, przestrzegać, grozić im. To oczywiście robili inni ludzie, pisali te teksty. Naszym zadaniem było zdobywanie adresów, kopertowanie i ewentualnie wysyłanie czy podrzucanie w miejsce, gdzie byli żołnierze niemieccy. Latem poznawałyśmy szczegółowo te dzielnice - Żoliborz, Marymont, Bielany, Powązki, wytaczając ewentualne trasy, możliwości przechodzenia przez piwnice, przez ogrody, żeby trasy były bezpieczne. To się potem przydało. Dziewczynki były potem dobrze poinstruowane. Już nie wiem, jak to mogło być zużytkowane, ale one miały obowiązek poznać dokładnie domy, przejścia w tym całym rejonie, te które zajmowały się łącznością. Ale jak przeszłam do Komendy Głównej Obszaru Warszawskiego, złożyłam przysięgę, to musiałam zostawić pracę w harcerstwie i być całkowicie dyspozycyjną. Wprawdzie moja praca była bardzo krótka, ponieważ dyżur na centrali trwał najwyżej dwie godziny, ale raczej krócej, najczęściej godzinę, półtorej, o ile pamiętam. Było tak ze względu na bezpieczeństwo. Ale trzeba było być dyspozycyjnym, jak była jakaś potrzeba jakiejkolwiek działalności, dyżurów. Jak przyszła konieczność szybkiego rozprowadzenia rozporządzeń czy nawet „Biuletynu” czy wiadomości, to trzeba było być dyspozycyjnym. To oczywiście nie była moja jedyna praca w konspiracji, ponieważ trzeba było także utrzymać dom. Moja matka była już chora i zresztą umarła. Pracowałam w sklepie z warzywami na Świętokrzyskiej, który zresztą był jednym z punktów konspiracyjnych, miejscem, w którym następowała także wymiana, nie tyle poczty, co kontaktów z ludźmi. To jakoś tak wyglądało, ja jako ekspedientka wiedziałam, jak ktoś przychodził z jakimś określonym hasłem. Potem przychodził ktoś drugi do sklepu. W ten sposób można było ich ze sobą bezpiecznie skontaktować, nie zwracając uwagi. To też był taki punkt. Jednocześnie tam zarabiałam pieniądze i uczyłam się, bo już byłam od razu po maturze, w pierwszym roku maturę, a potem ruszył tajny uniwersytet. Studiowałam filologię klasyczną. Profesor Kumaniecki rozpoczął zajęcia, jego asystenci ćwiczenia. Rzadko mieliśmy zajęcia, ale musieliśmy sami się uczyć i strasznej greki, tak było trudno ją opanować i łaciny, końcówek, wielka ilość ćwiczeń. Wszystko to robiliśmy sami, a spotykaliśmy się na kompletach jako na lekcjach niemieckiego dwa razy w tygodniu. Tak wyglądał dzień. Jeśli chodzi o pracę konspiracyjną, to jest znane. Pracowałam w Komendzie Obszaru Warszawskiego, którego dowódcą był późniejszy generał, ale ja go znałam jako pułkownika „Łaszcza” [...], nazywał się Skroczyński. Komenda miała cztery centrale. Obszar warszawski zajmował się terenami otaczającymi Warszawę. Ich zasięgu nie znam, ale poprzez moją centralę, przez centralę „B” przechodziły najczęściej wiadomości z rejonu Kampinosu i terenów za Kampinosem, miast, miasteczek i wsi, gdzie były nasze oddziały, które miały przyjść z pomocą Warszawie w momencie wybuchu Powstania.

  • Jak się pani znalazła w Powstaniu?

Miałam wyznaczony punkt, Moniuszki 14, chyba, blisko Marszałkowskiej, gdzie miałam się stawić, w toku normalnych zajęć. Byłam przecież cały czas łączniczką przy „Łaszczu”, nie byłam bezpośrednio przy nim, tylko byłam na centrali. Później bardzo awansowałam, bo pan pułkownik wybrał mnie sobie i byłam do jego dyspozycji na Moniuszki 14. Tak się zdarzyło, że na Żoliborzu Powstanie wybuchło trzy godziny wcześniej, bo już o drugiej z minutami była strzelanina na Próchnika i wszystko się zaczęło. To był wtorek, jak wybuchło Powstanie. Nie było przecież możliwości przejść na Moniuszki, już było za późno. Przez wtorek po południu i przez środę byłam tam, zresztą z drugą koleżanką, która była w Komendzie i która miała też wyznaczony ten sam punkt, z Niną Rostańską, „Joanną”, która potem zginęła. My we dwie znalazłyśmy się poza swoim punktem. Było tak, że te półtora dnia jako tako przesiedziałyśmy w domach na Żoliborzu, absolutna cisza. Po strzelaninie we wtorek wszystko ucichło i ani Polacy, ani Niemcy nie wysuwali się. Tym niemniej ulice były zupełnie puste. Zdecydowałyśmy się z Niną w środę wieczorem, że spróbujemy jednak w czwartek rano przedostać się do Warszawy, bo nie miałyśmy tutaj żadnego przydziału. Nie wyobrażałyśmy sobie, że możemy się nie stawić. Rzeczywiście, udało nam się, bo wiadukt był jeszcze pusty i przechodząc raniutko, o świcie, przeszłyśmy zupełnie bezpiecznie, dotarłyśmy na Moniuszki, zameldowałyśmy się, dostałyśmy normalne opaski. Zaczęłyśmy służbę, z tym, że mnie pan pułkownik kazał iść do też wtedy jeszcze pułkownika „Montera”, który rezydował w Prudentialu, na trzecim czy czwartym piętrze. Szło się po schodach. Prudential wypełniony był naszymi, wbiegającymi żołnierzami, łączniczkami. To był bardzo szczęśliwy dzień, ten czwartek, kiedy jeszcze nie było specjalnej akcji niemieckiej w pierwszym tygodniu w tym rejonie. Miasto w flagach, ukwiecone ulice, wszyscy szczęśliwi. Miałam iść do „Montera”, poszłam i tam się zameldowałam pięknie. Okazało się, że pan pułkownik, który mnie trochę wypytał, co robiłam, kim jestem, jak się nazywam, jak się dowiedział, że jestem Basia Wąsikówna, to mówi: „To przecież ja znam pani ojca”. Mój ojciec był podpułkownikiem, legionistą i jak się okazuje kolegą pułkownika „Montera”. To była tylko taka chwilowa prywatna serdeczność. Okazało, że „Monter” nie ma, wtedy jeszcze nie miał, w czwartek rano, kontaktu z Żoliborzem. Kontakt jednak na coś był potrzebny i proponował mi, a właściwie mi polecił, żebym wróciła na Żoliborz, skoro już znam drogę, już ją przeszłam. Zresztą nie interesował się tym, jak przejdę, ale żebym wróciła i próbowała nawiązać kontakt z oddziałami czy z kierownictwem na Żoliborzu. Chodziło o nawiązanie kontaktu z dowództwem Żoliborza. Znowu wracałam o dziesiątej, jedenastej, bo to wszystko działo się rano i też raczej prawie swobodnie przechodziłam, szłam na Żoliborz. Niestety, do dowództwa nie trafiłam, bo jak się później okazało, „Żywiciel” bez porozumienia w środę wyprowadził swoje oddziały do Puszczy Kampinoskiej. Rozmawiałam, zgłaszałam potrzebę nawiązania kontaktu, na ulicy Krasińskiego, nie wiem naprawdę, komu. Jak to się stało, że mnie tam dopuszczono? Byłam przecież znana ze swojej starej działalności, więc jakoś się dostałam. Wracając przeżyłam swoją najbardziej bohaterską z czasów Powstania przygodę czy wydarzenie. Jak wracałam, wstąpiłam do matki. Zastałam ją przy myciu podłogi. Jakby szykowała mieszkanie, bo wychodząc obiecałam, że wrócę za trzy dni, bo tak nam mówiono, że to będzie trwało trzy dni. Mamusia szykowała dom już na to, jak wrócimy z Powstania. Mój Boże! Była mniej więcej piąta, jak doszłam do Zajączka, tam, gdzie się zaczyna wiadukt, to jest chyba Mickiewicza 18. Z przerażeniem zauważyłam, jak już z Placu Inwalidów szłam, że na wiadukcie jest czołg i pojawił się oddział niemiecki, który obsadził wiadukt. Żołnierze stali po obu stronach wiaduktu i na torach, a na wiadukcie czołg. Wprawdzie stał, obserwował, nie strzelał, bo z naszej strony było jeszcze zupełnie cicho. Nasze oddziały, jak się potem dowiedziałam, po prostu wyszły. Nie zaczynały jeszcze akcji. Doszłam do bramy, do dzisiaj jest ta sama brama na rogu Mickiewicza i Zajączka, zresztą stali tam też przerażeni ludzie, w oknach też było widać ludzi. Wszyscy patrzą na ten wiadukt, że już obsadzony, że jesteśmy odcięci od Warszawy, że Żoliborz jest odcięty. Żołnierze w pogotowiu. Atak, próba walki ze strony Niemców była tylko pierwszego dnia, kiedy chodziło o to, żeby pokonać oddział, który tak niefortunnie się ujawnił za wcześnie. Został oczywiście rozproszony. Jak zobaczyłam czołg, jeszcze nie byłam zaprawiona, więc w ryk, zaczęłam płakać w bramie. Ludzie myśleli, że płaczę po kimś, zaczęli mnie pocieszać, a ja mówię, że muszę wrócić do Warszawy, co tu robić. Tak się strasznie bałam, trzęsłam się cała, ale kobiety, które tam stały zaczęły mi dodawać otuchy. Ludzie byli nastawieni na walkę: „Jak to? Nie wrócisz? Boisz się? Przecież niemożliwe! Musisz wrócić!” Przebrali mnie za staruszkę, w odpowiednią kapotę, suknię, spódnicę, chustę, twarz mi umalowali w bruzdy. Przebrali mnie za staruszkę, dali laskę i żebym spróbowała tak przejść jako staruszka. Cóż, że bałam się straszliwie w swoim pierwszym zetknięciu z wrogiem, mimo że przecież byłam obeznana w spotkaniach z Niemcami w czasie pracy łącznościowej. Jednak widok czołgu był przerażający. Musiałam wyglądać za bardzo niewinną osobę. Nie strzelili, ani czołg, ani tamten oddział. Przeszłam, a jak doszłam do muru getta, bo tam zaczynał się mur getta, na Stawkach. Tam już byli nasi przecież w getcie, jak chłopacy zobaczyli, że to dziewczyna i mówię, że wracam na Moniuszki, a byłam zupełnie zdrętwiała z tego wysiłku. Myślałam, że całą wieczność to trwało, ta droga. Mnie już nieśli przez getto, żebym wróciła do siebie. Wróciłam, zameldowałam do „Montera”, że taka sytuacja, że oddziały wyszły. „Monter” już mi powiedział, że kontakt został w międzyczasie nawiązany inną drogą. Poszli z terenu Powązek przez tory. Udało się i „Monter” miał już wiadomości, czyli wróciłam sobie do swojego dowódcy i już przy nim miałam codzienną, normalną służbę. To nie było ciekawe, dlatego że już się toczyły walki w różnych punktach i sanitariuszki miały robotę. Byłam troszkę związana ze swoim dowódcą i chodziłam tylko tam, gdzie on mnie posyłał. I to nie tak często. Pamiętam niektóre z tych przejść. Skakałam dwukrotnie przez Aleje Jerozolimskie, które w pierwszym okresie były pasem oddzielającym Śródmieście Północne od Południowego, ponieważ Aleje Jerozolimskie były pod stałym obstrzałem niemieckim, zarówno od strony Wisły, właściwie od strony dzisiejszego Muzeum Narodowego, jak i od strony, gdzie mniej więcej był dawny Dworzec Główny [...]. Oni zajmowali te dwa punkty i trzymali Aleje Jerozolimskie pod obstrzałem, tak że tam było bardzo dużo ofiar, jak się przelatywało przez Aleje. Dwa razy tak skakałam, to rzeczywiście do dzisiaj pamiętam konieczność zmobilizowania się, skok i przeszłość. Dużo tam padło, więc chłopcy wykopali rów, wąski tunel poszerzający się do dołu, a tu, u góry wąski i już potem chodziliśmy tym tunelem. Także bardzo niebezpieczne i trudne było przejście na Wolę, bo Wola płonęła i u nas jeszcze ulice były spokojne. W pierwszym tygodniu było stosunkowo mało nalotów, a obstrzał artyleryjski zaczął się na dobre w drugim tygodniu. Potem przyszły jeszcze tak zwane „krowy”. Początkowo, jak szłam na Wolę do Dowództwa Milicji, tam gdzie jest Dom Handlowy Centralny na Wolskiej. Tam trzeba było dolecieć, jak się przechodziło z Ogrodu Saskiego, jak wgłębiałam się w tamte ulice, jaka to mogła być – Grzybowska, potem chyba Wolska, to już płonęło wszystko, tak że się przeskakiwało na orientację, na nosa. Miałam szczęście uczestniczyć tylko w dwóch akcjach bojowych. Była potrzeba, zaproponowali, żeby łączniczki, wolne osoby, które mogły pomóc, to dowódca „Koszty” jakoś wyciągnął nas z nie wojskowej, bardziej cywilnej pracy. Jak zdobywali PAST-ę na Zielnej to był 9-10 sierpnia, PAST-ę, która była postrachem tego rejonu, ponieważ była mocno obsadzona podobno nawet przez SS. Zaopatrzeni byli w dalekosiężne, groźne karabiny maszynowe, które siały postrach w całym tamtym rejonie. Zdobywanie jest dokładnie opisane, a nasza pomoc była potrzebna do bardzo prostej pracy. Ponieważ PAST-a została spalona, nie można jej było zdobyć tak normalnie, atakiem, więc dowódca, ten, który kierował natarciem, postanowił spalić budynek. Żeby spalić pompowano, co to mogło być? Benzyna z ropą czy coś w tym rodzaju. Był oddział saperek, które pompowały do zwyczajnych strażackich rur, tylko, że rury trzeba było trzymać w odpowiedniej wysokości, żeby mimo wszystko ciecz szybko i sprawnie płynęła. Byłyśmy potrzebne, żeby między innymi do tego, żeby to trzymać na odpowiedniej wysokości. To wszystko było pod silnym obstrzałem, w ogniu, w żarze, we wrzasku, tak że to było wielkie przeżycie. Drugi raz miałam możliwość uczestniczenia w walce, na co pozwolił mi pułkownik, mój dowódca, nie tyle dowódca, co mój szef, „Łaszcz”, pozwolono mi dostarczać herbatę, zupę żołnierzom, między innymi naszym. To była kompania „Koszta”, czyli kompania chroniąca sztab, czyli właśnie „Łaszcza”. Oni brali udział w bronieniu kościoła świętego Krzyża, który długo dawało się utrzymać dzięki temu, że obok była Polska Policja i była jakaś pomoc, możliwość stosunkowo długiego utrzymania tego kościoła. Nasi żołnierze bronili go bohatersko, kilka dni, niestety, zaczęły się walić stropy, ściany, kolumny. Do dzisiaj jest tam w kościele tablica z chłopcami, którzy zginęli z „Koszty”. Przechodziłam tam, też oczywiście pod silnym obstrzałem. Częściowo zapalały się różne miejsca w kościele. Straszna była walka w kościele. Moja rola strasznie skromna, że nosiłam trochę zupy. Nosiłyśmy w kociołku albo jakiś płyn.

  • Proszę powiedzieć, jak długo pełniła pani służbę?

Do końca. Jak ta część Śródmieścia zaczęła się już [kruszyć], bo najpierw padła Wola, potem Stare Miasto. Ze Starego Miasta na Świętokrzyskiej wychodzili z kanałów, to jeszcze wydawało im się, tym, co przychodzili ze Starego Miasta, że w Śródmieściu jest zupełnie bajkowo. Do końca sierpnia tak było, a potem dowództwo już się wycofało na Południe i nasz punkt, sztab Obszaru Warszawskiego przeniósł się na Moniuszki 49. Tam już niestety straciliśmy kontakt radiowy z naszymi oddziałami spoza Warszawy. Okazało się, że właściwie prawie żaden oddział nie dotarł do Warszawy. Oddziały pomocnicze, które miały przyjść i z którymi jeszcze w sierpniu był kontakt, we wrześniu już ustał. Praca strasznie się skurczyła. Miałam szansę, że jak nie byłam potrzebna pułkownikowi, to pomagałam przy zakopywaniu dokumentów. To był BIP, Biuro Propagandy i Informacji, który był w pobliżu. Myśmy byli na Koszykowej, a oni bardzo blisko na Marszałkowskiej, bardzo blisko wylotu Koszykowej. Pan Władysław Bartoszewski to organizował. Bardzo mądrze postąpił, bo masę naszych dokumentów, gazetek schował, stąd on tak wszystko wie. Pakowaliśmy albo w butelki albo w kartony, ale najczęściej butelkę się ścięło i w szkło się kładło, żeby papiery się nie zniszczyły. Myśmy wkładali i zakopywali w określonych miejscach w piwnicach jeszcze nie spalonych domów, a nawet i spalonych. Dzięki temu archiwa BIP-u udało się potem w dużym stopniu odkopać. Niestety, potem zabrała je bezpieka. Wychodziłam razem z „Kosztą”, wychodziliśmy Myśliwiecką na Politechnikę. Pamiętam doskonale, jak żegnali nas ludzie stojący na trotuarach, wyszli z domów jak wychodziliśmy. Chłopcy się zmobilizowali i w pięknym porządku ustawili się prawidłowo w szeregi. Zaczęli przytupywać i z fasonem szliśmy Myśliwiecką i jak dochodziliśmy do Politechniki, to na schodach stali Niemcy i trzeba było im oddać broń, złożyć broń. Niektórzy z nich salutowali, zdumieni tym, kto bronił Warszawy, że to była młodzież. I tak się skończyło.

  • Gdzie się pani znalazła po Powstaniu?

W obozie. Nasze oddziały dostały uprawnienia jenieckie. Generał „Bór” w traktacie, na odprawie, na której postanowiono oddać Warszawę, zażądał żebyśmy mieli uprawnienia armii, żebyśmy byli w obozie pod ochroną Czerwonego Krzyża. To był obóz Zeithain, Stalag IV, chociaż miałam stopień podporucznika, to jednak znalazłam się w stalagu, bo to był szpital. Dlaczego w szpitalu? Dlatego, że najpierw pojechaliśmy do Łambinowic, to jest polska nazwa, a niemiecka jest Lamsdorf. Tam, bo to był obóz koncentracyjny, w bardzo trudnych dwóch, trzech tygodniach pierwszego pobytu zachorowałyśmy na szkarlatynę. Prawdopodobnie cały wagon, który nas wiózł z Warszawy, ktoś musiał być chory, tak że cały wagon samych szkarlatynek. Potem jak z Lambsdorfu przewozili nas na granicę holenderską do tego sławnego obozu kobiecego, który tam zakładali, to wagon z szkarlatynkami odłączyli od transportu. Pozostawili nas w szpitalu wojskowym koło Drezna. Ta miejscowość nazywała się Zeithain. Tam żeśmy odchorowały. Wszystkie żeśmy wyzdrowiały, ale ja na przykład byłam bardzo chora, bo potem jeszcze na serce. Pobyt w obozie, to w porównaniu z tym, jak było źle, strasznie w Polsce w okresie popowstaniowym, to tam właściwie był rodzaj przechowalni. Leżeliśmy w szpitalu, jeszcze pod ochroną Czerwonego Krzyża, więc właściwie nietykalni. Tam żeśmy naturalnie nie próżnowały, tylko starsze uczyły młodsze, bo najmłodsze miały piętnaście lat, najmłodsze z żołnierzy, z tych szkarlatynek. Tylko z nimi miałam kontakt. Uczyłyśmy normalnie, kto czego umiał, to uczył, języka polskiego, wszystkich przedmiotów, tak że one potem nawet sobie pozaliczały bez większych trudów klasy, które by traciły. Wróciliśmy z obozu pierwszym transportem, jaki był możliwy. Wyjechałyśmy 15 maja, a dojechałyśmy do Poznania w ostatnich dniach maja. Tam dano nam zaświadczenia, że wracamy z obozu. Tam było wszystko napisane: „podporucznik Barbara Wąsikówna była tam i tam”, więc byłam potem natychmiast rozszyfrowana przez bezpiekę. Wszystkich tych, którzy mieli te dokumenty, to oni sobie już nas spisali, że my jesteśmy z Armii Krajowej i że to są tacy, na których należy widocznie zwrócić uwagę. Dwukrotnie siedziałam w „kotle” – w czerwcu, od razu po powrocie. Szczęśliwie znalazłam się w Muzeum Narodowym. Byłam sama, mamusia w międzyczasie umarła, będąc w transporcie. Miałam jeszcze tylko brata, który też był w obozie i długo się nie ujawniał, nie wracał. Tak, że byłam zupełnie sama. Nie mając za bardzo gdzie iść, bo dom był oczywiście zniszczony, poszłam do Muzeum Narodowego. Okazało się, że Muzeum już działało, już był dyrektor Lorenc i był Michałowski i kilkunastu innych profesorów, którzy też wpadli na ten pomysł, żeby przyjść do Muzeum. Już próbowali ratować to, co jeszcze się dało z rozbitych, poniszczonych zabytków. Były mury Muzeum, ponieważ Muzeum nigdy nie zostało zajęte przez powstańców. Niemcy cały czas do końca tam byli i nie udało im się też tego zniszczyć do końca. Wychodząc poniszczyli tylko zabytki. Muzeum mnie przyjęło. Tam znałam z konspiracji późniejszą panią profesor Bernard, która za mnie poręczyła, powiedziała, kim jestem, kim byłam, bo spotykałyśmy się w konspiracji. Ona była kierowniczką centrali „A” w Obszarze Warszawskim. Nie miałam tam żadnego wynagrodzenia. Wtedy jeszcze nie pracowało się za pieniądze, tylko po prostu znalazłam się wśród ludzi, później wśród profesorów, którzy ratowali Muzeum. Ratowali to, co jeszcze można było uratować. Między innymi pierwszą pracą, która została wykonana, było zorganizowanie wystawy „Warszawa oskarża”, która polegała na tym, że zrobiło się ekspozycję ze zniszczonych, poniszczonych przez Niemców, świadomie poniszczonych, pociętych, pomarnowanych, potłuczonych eksponatów. Zależy, jaki materiał, takiego doznał zniszczenia z bestialstwa, ze złości widocznie, że musieli opuścić Warszawę.

  • Jak długo pani pracowała w Muzeum?

Dwanaście lat, do momentu gdy zorganizowaliśmy wystawę sztuki starożytnej, bo w międzyczasie skończyłam studia i jako dodatkowy przedmiot zrobiłam archeologię klasyczną w 1947 roku. Jeszcze wcześniej zatrzymano mnie i to też chyba należy do całej epopei powstańczej. Wiedzieli, kim jestem i któregoś dnia przyszli do Muzeum Narodowego i po prostu zażądali, że taka i taka jest potrzebna do złożenia zeznań. Profesor Michałowski próbował mnie bronić, ale oni powiedzieli, że idę tylko na parę godzin i wrócę. Okazało się, że nie wróciłam. To był drugi epizod, który też można by właściwie nazwać bohaterskim, z całej naszej epopei wojennej, bo to była straszna mordownia. Więzienie na Rakowieckiej to było luksusowe więzienie, dawne więzienie. Tam umieszczali ważniejszych, większych ludzi, a takich jak my, przecież masowo nas zbierano z Armii Krajowej, chyba chodziło jednak o to, żeby nas unicestwić. Jednym z takich miejsce były piwnice na Cyryla i Metodego. Mała uliczka, komenda milicji, cały czas to była policja, koło cerkwi. Tam mnie wsadzili, chyba na czwarty poziom, bardzo nisko. Jak okienka były w tych komorach, musiały być otwory wentylacyjne, były jednak, chociaż to tak nisko w ziemi, to jednak były małe okienka pod sufitem, to widziałam czubek iglicy cerkwi. To tak jak wszystkie zeznania ze śledztwa, to zawsze wyglądało tak samo i w moim wypadku, że bardzo grzecznie, przy stole, „proszę pani”, potem trochę gorzej, potem próbowali straszyć różnymi narzędziami, pokazywali, co do czego służy... Nie mierzyli mi palców, nie bili mnie, tylko próbowali mnie straszyć, że mamy takie i takie sposoby, jak pani nie powie coś konkretniej. Oczywiście mówiłam to, co robiłam, opowiadałam, tylko używając pseudonimów.

  • Jak długo pani siedziała w więzieniu?

Niedługo, dwa miesiące, z tym tylko, że nie ma relacji z Cyryla. Teraz, jak czytam czasem książki, znaczy na kasetach, z różnych śledztw rosyjskich, to nie była jeszcze nasza policja, to byli enkawudyści, tyko tacy, co mówili po polsku. To były takie sposoby, widocznie tak się okazało z Polakami, torturami to tak nie bardzo udawało się coś uzyskać. To zresztą tyle zachodu wymaga z ich strony, więc oni inaczej to organizowali, na przykład siedziałam w komorze, piwnicy, w której były szczury. Szczury były straszliwe. Wystarczyły szczury, wilgoć, straszny brud i zimno, bo przecież byłam w letniej sukience. Człowiek był przecież dzielny, więc zaczęłam śpiewać i szczury mnie nie zjadły. Śpiewałam po prostu i szczury słuchały. Jakby ktoś by się poddał, to naprawdę gryzły. Byłam w komorze, gdzie było dużo rozkładającego się mięsa, jakieś trupy, trupy ludzi czy zwierząt. Tam parę dni też potrzymali, to też było bardzo przykre. Stamtąd potem windą wieźli na górę – czy będę mówić?! Oczywiście nie mówiłam. Najlepszy ich pomysł to był tak, że dali mnie do sali, w której były prostytutki, które podobno były także zdrajczyniami na rzecz Niemców, ale nie bardzo w to wierzę. Faktem jest, że było tak strasznie ciasno, żeśmy się obejmowały, żeby spać. Kupa ludzi, jedno na drugim. Mieszkanie, przebywanie z nimi, w początkowym okresie, to wszystko nie było długo, ale powiedzmy tydzień, czego się tam nie nasłuchałam. Jak one mnie strasznie zgnoiły, czego one mi nie naopowiadały. Tyle złego tam widziałam, ale jestem harcerką, myślę: „Trzeba coś wymyślić”. Zaczęłam też śpiewać, nie, najpierw opowiadać im o obozie, o tym, jak żeśmy się uczyły w obozie, jak to było i zaczęły słuchać. Potem spytałam, czego by się chciały nauczyć, jakich piosenek czy może sobie pośpiewamy. Oczywiście, niektóre mnie wyśmiewały, ale niektóre chciały. Tak żeśmy się rozśpiewały na głosy, że bardzo szybko mnie stamtąd zabrali. To tak trwało. Muzeum robiło wielkie starania o mnie, wiem i okazałam się w porządku właśnie, raz, że mogłam nic nie powiedzieć nawet o ludziach, których znałam, ale nie znałam specjalnych tajemnic z pracy. Przecież była organizacja „Nie”, tylko że nie miałam z nią na szczęście żadnego kontaktu. Tylko wiedziałam o ludziach, ale nikogo nie wydałam.

  • Proszę opowiedzieć jeszcze o pani dalszym życiu zawodowym. Gdzie pani pracowała?

Miałam dużo szczęścia, bo najpierw w Muzeum Narodowym przy organizowaniu wystawy sztuki starożytnej. Profesor zabrał mnie, jak powstawała Akademia Nauk i organizował Zakład Archeologii Śródziemnomorskiej, który potem prowadził wykopaliska. Profesor Michałowski przerzucił mnie do tamtej pracy i byłam właśnie przy organizowaniu wielkich polskich badań wykopaliskowych i nawet brałam udział w wykopaliskach w Pamirze. Jak zrobiłam najpierw doktorat, potem habilitację, to mogło być w roku 1967, to był wakat, nie miał kto uczyć na KUL-u. Profesor prowadził wtedy wykopaliska w Faras i odkopaliśmy świątynię. Trzeba było koniecznie zdobyć wykształcenie w zakresie archeologii chrześcijańskiej. Mnie przeznaczono do tego, żebym zdobyła naukę, która u nas jeszcze nie istniała. Pracując na KUL-u wyjeżdżałam do Belgii, do Holandii, do Rzymu i rzeczywiście w tym zakresie mam pewne osiągnięcia , bo powstała ta dyscyplina. Pierwsze podręczniki, które są, to są moje.
Warszawa, 9 września 2005 roku
Rozmowę prowadził Bartek Giedrys
Barbara Filarska Pseudonim: „Bronka” Stopień: kierowniczka centrali, szyfrantka; podporucznik Formacja: Komenda Obszaru Warszawskiego AK Dzielnica: Żoliborz, Bielany, Powązki Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter