Danuta Aldona Watach „Teresa”

Archiwum Historii Mówionej

Danuta Dudda-Dudziańska Watach.

  • Kiedy się pani urodziła?


W kwietniu 1926 roku.

  • Gdzie się pani urodziła?


Urodziłam się w Bydgoszczy.

  • Kim byli pani rodzice?


Mój ojciec był adwokatem, był prawnikiem i właśnie w Bydgoszczy zaczynał swoją adwokacką profesję.

  • Jak miał na imię ojciec?


Aleksander.

  • A mama?


Halina z domu Brzeska. Jastrzębiec-Brzeska, bo ze szlacheckiej rodziny była, to była Jastrzębiec, tytuł szlachecki – Jastrzębiec-Brzeska.

  • Była pani pierwszą córką?


Nie, moja siostra była starsza ode mnie o rok i cztery miesiące, a po mnie podobno się jeszcze urodził chłopiec, Januszek, ale ja go nie pamiętam, bo on żył tylko dziewięć miesięcy i zmarł.

  • Jak siostra miała na imię?


Biesława Urszula.

  • Jak długo państwo mieszkali w Bydgoszczy?


Ja nie pamiętam, ale krótko, bo później rodzice przeprowadzili się do Poznania. W Poznaniu wiem, że ojciec jeszcze na uniwersytecie kończył jakieś nauki adwokackie. No a później tuż przed wojną mieszkaliśmy w Katowicach. Chodziłam do szkoły prywatnej, imienia nie pamiętam już, zanikają mi te nazwy. W każdym razie prywatna to była szkoła, tam się płaciło, zdaje się, trzydzieści złotych miesięcznie od dziecka. To było dużo przed wojną, dużo.

  • Pani siostra też chodziła do tej szkoły?


Tak, tak. Ona była rok i cztery miesiące starsza, ale chodziła rok wyżej zawsze. No, to była taka łobuzica, ta moja siostra. Jak poszła do gimnazjum, takie kawały robiła: wchodziła do ubikacji, tak jak to w szkole są te ubikacje w rzędzie, nie, a góra jest wolna. No to wchodziła, zamykała od środka, przechodziła do drugiego przez tą górę i pozamykała od środka, proszę panią, i tak wszystkie. Później się wydało, kto to, ojca wzywali wiecznie, bo były uwagi na moją siostrę. Na mnie nie, ja byłam jakaś spokojniejsza, ale moja siostra była szalona, strasznie dokuczała tym nauczycielom. Uczyła się bardzo dobrze, tak że nie można było jej nic pod względem nauki zarzucić. Miała bardzo umysł, naprawdę… No i tak.

  • Czyli ta nauka, szkoła, to były Katowice. Czy jeszcze przed wybuchem wojny państwo znaleźli się w Warszawie?


Nie, to było tak, że były wakacje i my byliśmy nawet na wakacjach w górach. Pamiętałam, gdzie to było. No i tam było bardzo ładnie i dostaliśmy wiadomość, że babcia jest ciężko chora – babcia, matka mojej mamy, mieszkała w Poznaniu – że babka jest ciężko chora, że ma zapalenie płuc, a to wtedy było prawie zawsze śmiertelne, że chce się pożegnać, że mamy przyjechać. No i mama wzięła nas, pojechaliśmy do tego Poznania i tam nas zastała wojna.

  • Czyli wtedy państwo jeszcze mieszkali w Katowicach, ale spędzaliście czas w górach?


Z tym że już do Katowic żeśmy nie wracali, bo tam już te bojówki hitlerowskie grasowały. No i stamtąd ojciec przesłał przez jakiegoś swojego przedwojennego kolegę, który był inżynierem, ale był Austriakiem i z moim ojcem pracował, człowieka, żeby nas przywieźć do Polski. To była granica.

  • Rozumiem, że ojciec został w Katowicach.


Ojciec nie. Ojciec uciekał, bo to wie pani, Powstaniec śląski, mój ojciec też był powstańcem śląskim. No to tam był zapisany już na czarnej liście, więc uciekał i był w Kielcach i tam nas sprowadzał, żeby razem gdzieś po prostu się osiedlić w takim miejscu, które będzie spokojne. W międzyczasie ojca aresztowali i wywieźli do obozu. Mój ojciec był więźniem obozu koncentracyjnego przez pięć lat. Pani wyobraża? Pięć lat ojca trzymali. Później przyszło oswobodzenie. A w międzyczasie, jak zamknęli tą granicę, tam był Reich, a tu była gubernia. No to ojciec miał tam znajomości, jakiegoś Francuza, w obozie gdzieś się tam poznali i przez tego Francuza, przez Paryż jakoś, przedostał się za granicę i wyjechał do Ameryki.

  • Mówi pani o ojcu?


Tak.

  • A w jakim obozie był? Pamięta pani nazwę?


Konzentrationslager to pamiętam, ale już dzisiaj nie… Może córka będzie miała zagrzebane jakieś wiadomości z tamtych czasów. […]

  • Czyli jesteśmy w momencie, kiedy pani z siostrą i z mamą znajdują się w Kielcach.


Tak. I ponieważ ojca w tym czasie już wywieźli do obozu, ktoś go rozpoznał. Ojciec tam prowadził jakieś odczyty polonijne, a to było przecież zakazane. No i jak Niemcy go aresztowali, no to myśmy zostali, nie mieliśmy gdzie wrócić, bo do Poznania nie, bo tam była granica i już tam nie przepuszczali nikogo. I jak czekaliśmy z mamą na pociąg, gdzieś miałyśmy do ojca wtedy jechać, spotkała mama takiego Austriaka, który pracował razem z ojcem przed wojną, i on mówi: „Pani Halino, dokąd się pani wybiera?”. Mówi: „Jadę do męża, bo w Kielcach jest, przysłał nam pieniądze i jadę do niego”. Mówi: „Proszę pani, niech pani nie jedzie, bo może być aresztowany”. I ten Austriak nam powiedział, bardzo przyzwoity facet. Mama: „Jezus Maria, ani teraz wrócić, bo granica, nie przepuszczą, ani nie ma tutaj żadnych możliwości gdzieś zamieszkać”. I on nas wtedy wziął do Koniecpola, proszę panią, to taka wiocha, no, takie miasteczko w Kieleckim. On tam był jako Austriak zarządcą. Tak, takim zarządcą w zakładach, bo to Niemcom przydzielali nadzór nad jakimiś zakładami. Niby taki był opiekun tego zakładu i miał pilnować, żeby nie kradli, żeby Polacy nie przejęli… On się nazywał Paulik. Franciszek Paulik. No a ponieważ bardzo przyjaźnił się z moim ojcem przed wojną, starał się nam pomóc.

  • Gdzie zamieszkali państwo w Koniecpolu? Jak się udało znaleźć jakąś…


Wie pani, to jest takie małe miasteczko, właściwie wiocha, parę domków tam jest. On tam był takim nadzorcą w blachowni. Kiedyś tam blachy z miedzi robili na pokrycie dachów i on tam był tym… Wszystko mi z głowy wylatuje, jak oni się nazywali. No i on tam był i jak się dowiedział, że nie mamy gdzie mieszkać, on nas wziął tam, przydzielił nam taki domek opuszczony. No i tam tak tkwiliśmy chyba ze dwa lata, aż brat mojej matki, który przed wojną był chyba prezydentem Gdyni.

  • A jak się nazywał?


Brzeski.

  • A na imię?


Jastrzębiec-Brzeski, Jastrzębiec to jest szlachecki przydomek.

  • A jakie nosił imię?


Zdzisław.

  • Zdzisław Jastrzębiec-Brzeski.


Tak, tak. I on był przed wojną w Gdyni prezydentem, bo wiem, że raz pojechaliśmy do Gdyni i wuj mówi: „A zwiedzaliście kiedyś port?”. No nie, jak to dzieciaki, nie. „No to chodźcie, to was oprowadzę”. I oprowadzał nas po porcie, pokazywał nam, jak była bananeria, jak te banany zielone przysyłali, później dawali na takie sztalugi i tam dojrzewały te banany. Później oprowadzał nas po Gdyni. Później była wojna i wuja aresztowali i obwozili go z jakimś plakatem ohydnym po Gdyni. A wuj był bardzo lubiany jako prezydent, ludziom pomagał, tak że ze strony ludności nie miał kłopotów. No i to tyle.

  • Czyli wuj pomógł państwu przenieść się do Gdyni podczas okupacji? Tak to było.


Nie, do Gdyni to tylko tuż przed wojną. A później… Jak to się stało, że myśmy pojechali i znaleźli się w Koniecpolu… To ten nasz Austriak, pan Paulik.

  • Powiedziała pani, że później, gdzieś po dwóch latach, zmienili państwo miejsce zamieszkania dzięki pomocy wuja.


Tak. I on nas wziął… On miał w Warszawie na Kruczej róg Żurawiej taki narożnikowy dom i tam miał cztery pokoje. Ale miał też trójkę dzieci, czwarte było w drodze, a później miał sześcioro. No i w tym Koniecpolu pan Paulik dał nam taki domek opuszczony, jakoś doprowadziliśmy go sobie i tam mieszkaliśmy ze dwa lata, aż nas wuj, mamy brat, ściągnął do Warszawy. Właściwie nie tyle do Warszawy, ile do Anina, bo [to było] w Aninie pod Warszawą – pięknie tam jest, zalesione wszystko. I taki domek nam dał, swój, wczasowy, murowany, z dwoma werandami. Tam ciotka, która już miała czworo dzieci, przyjeżdżała na lato, a nam dał właśnie w tym domku dwa pokoiki i było nam względnie dobrze. Myśmy z siostrą już pracowały, dojeżdżałyśmy do Warszawy i pracowałyśmy w firmie Cazimi. Firma Cazimi robiła perfumy. Miałyśmy takie urządzenie i myśmy tam do buteleczek rozlewały perfumy.

  • A gdzie mieściła się firma Cazimi, pod jakim adresem?


To było Nowolipki i ta ulica… Taki narożny dom, przy Nowolipkach. Nie pamiętam, może mi się przypomni. No i tam był mur, zaraz z naszego piętra widać było getto. Tam był mur graniczny, gdzie było getto. No i myśmy widzieli, jak ci ludzie tam strasznie głodują. No to kto mógł, to kromki chleba się kroiło, jakieś woreczki się kładło, bo w papierze nie dało rady przerzucić, i przerzucaliśmy do tego getta. Tak że pomagaliśmy tym biednym ludziom.

  • Długo panie pracowały tam w tej firmie, w tej rozlewni perfum?


W Cazimi? Do Powstania. Do Powstania to było półtora, dwa lata.

  • A jak panie dojeżdżały z Anina?


Kolejką elektryczną, taka podmiejska kolejka. W Aninie się wsiadało i wysiadało na Dworcu Głównym, no i tramwajem do naszego zakładu pracy.

  • A mama w tym czasie też jakąś pracę podejmowała?


Nie, mama nie. Mieliśmy jeszcze takiego wychowanka, jakoś się do nas przyczepił. Siostra zakonna przyjeżdżała do nas, do Koniecpola, i przywiozła takiego chłopczyka, Bogusia. Mówi, że panuje tam jakaś choroba zakaźna i starała się te zdrowsze dzieci poupychać, żeby to się nie rozszerzyło jeszcze. No i moja mama mówi: „To niech pani go zostawi u nas, tym co mamy, to się z nim podzielimy”.

  • Rozumiem, że siostry prowadziły jakąś ochronkę i to był chłopiec z ochronki.


Mój ojciec bardzo pomagał tym siostrom zakonnym. Jak jeszcze był na wolności, to dawał pieniądze, bo strasznie go martwiły te sieroty.

  • Te siostry były w Koniecpolu?


Nie, te siostry były w Częstochowie. Tak. A do Koniecpola to się dojeżdżało, to takie małe miasteczko.

  • Ile miał lat Boguś? Był młodszy od was?


Tak, młodszy był. Ile mógł wtedy mieć, z pięć lat? No i tam panowała jakaś dyzenteria w tym sierocińcu czy coś takiego i ta siostra przyjechała z nim. Ten chłopiec tak się przyklejał do każdego, jakby chciał powiedzieć „zabierzcie mnie”. No i mama go przyjęła, i tak się do nas przykleił, że aż do Wrocławia z nami przyjechał. W Warszawie też był.

  • Czyli rozumiem, że mama zajmowała się Bogusiem, a panie jechały do pracy.


Tak, mama zajmowała się Bogusiem i domem, pilnowała tego, żeby nas nie rozkradli. Gotowała nam, ubrania nam szyła. Mieliśmy maszynę do szycia i z tą maszyną to też było tak, że później… Był taki krawiec w Aninie, który miał chyba sześcioro dzieci, i zabrali go do Niemiec na roboty, żeby mundury szył. No i ta kobieta z dziećmi straszną biedę miała. Mama, jak mogła, jej pomagała. Wreszcie u tego ojca wykryli gruźlicę… A Niemcy się strasznie bali gruźlicy, no i zwolnili go. Jak go zwolnili, to przyjechał do Anina. Tam dzieci z sześcioro było, rok po roku się rodziło.

  • Pamięta pani może, jak nazywał się krawiec?


Nie pamiętam właśnie, jak on się nazywał. W każdym razie, wie pani, jak mój ojciec się dowiedział, że z nami coś [się stało], po prostu zamilkły korespondencje…

  • Bo mama pisała do obozu do ojca.


Tak, tak, ale już ojciec wtedy był poza obozem, bo wkroczyli alianci, wyswobodzili ich, ale ojciec się bał wrócić tutaj, że go znowu aresztują.

  • Pani mówi już o okresie Powstania? Czy przed Powstaniem ktoś włączył panie do konspiracji?


Nie, myśmy pracowały, może dlatego z pracy do domu trzeba było coś przynieść, coś zrobić.

  • Nie chodziłyście w tym czasie do żadnej szkoły?


Nie, w ogóle do szkoły tam już żeśmy nie chodziły. Była tylko sąsiadka, która była z Poznania, nauczycielka łaciny.

  • Jak się nazywała?


Nie pamiętam, jak się nazywała. W każdym razie mogę pani po łacinie [powiedzieć]: Quam diu Catilina iste tuus nos eludet?. To jest mowa Cycerona przeciw Katylinie. Uczyła nas łaciny bardzo dobrze, tak że ja jeszcze teraz pamiętam wiele rzeczy, które ona nas uczyła.

  • Sąsiadka z Anina.


Tak. Ona była wysiedlona z Poznańskiego, była dyrektorem gimnazjum w Poznaniu, łacinniczka. Chcieli, żeby te dzieci nie traciły możliwości nauki. Takim domowym sposobem nauki się pobierało. Ona była jako łacinniczka świetna, później była w Poznaniu dyrektorem gimnazjum.

  • Na jakim etapie pani i pani siostra skończyłyście edukację, zanim poszłyście do pracy? Bo w Warszawie już w ogóle nie chodziłyście do szkoły w czasie okupacji…


Nie, trzeba było pracować, żeby zarobić na dom.

  • Czyli skończyłyście edukację jeszcze w Koniecpolu, kiedy tam mieszkałyście?


Tam właśnie u tej pani dyrektor to uczyłyśmy się łaciny. No i właściwie na tej łacinie tylko [się skończyło], bo ona była łacinniczką.

  • Czyli to było w Koniecpolu, nie w Aninie?


Nie, w Aninie. Nie, w Koniecpolu.

  • Rozumiem. Czyli w Koniecpolu skończyłyście edukację i w Aninie zajęłyście się pracą w Warszawie?


Tak, i jeszcze mieliśmy takiego wychowanka, co ta siostra zakonna nam przywiozła, jak był tyfus był czy coś w tym zakładzie. I ten chłopak tak do nas przylgnął i bał się wrócić do tego zakładu. Aż we Wrocławiu był z nami.

  • Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie 1 sierpnia, panie były w pracy czy były panie w Aninie razem z mamą? Pamięta pani dzień wybuchu Powstania Warszawskiego?


Nie, właśnie nie za bardzo pamiętam.

  • To były wakacje. Pewnie nie wyjeżdżaliście, skoro mieszkaliście i tak poza miastem w Aninie?


No tak, ale myśmy pracowały i dojeżdżałyśmy do Warszawy. Była kolejka elektryczna. Tą kolejką to był jeden przystanek, wsiadało się i wysiadało na Dworcu Głównym w Warszawie i z Dworca Głównego tośmy jechały do naszego zakładu pracy.

  • Czy w trakcie tych podróży pomiędzy domem a pracą były panie świadkami jakichś wydarzeń związanych z okupacją niemiecką? Czy były jakieś łapanki, które pani widziała?


Tak, oczywiście, ale wuj nam załatwił, mojej mamy brat – on był taki spryciarz – on nam załatwił jakieś papiery, że my pracujemy na Warschau Ost, Warszawie Wschodniej, i tam pełnimy jakieś dyżury. No i to był taki glejt. Ile razy nas zatrzymali, bo tam były łapanki, co rusz człowiek szedł ulicą i wychodzili z bramy i Halt! i „Dokąd idziesz?”, „Co robisz?”, tego, i to trzeba było pokazać. No i to był taki glejt, że jak się pokazało to, że pracujesz na Warschau Ost, Warszawa Wschodnia, to puszczali nas. Właśnie dzięki temu to nieraz uniknęłyśmy naprawdę przykrości dużych, że miałyśmy te fałszywe papiery.

  • A praca w rozlewni perfum była pracą legalną?


Tak, legalną. Tak, to normalny zakład pracy i tam pracowaliśmy. Wie pani, jak się rozlewa te perfumy do takich… Mieliśmy taki aparacik, do tych buteleczek się nalewało. No, tam ileś tego trzeba było zrobić, normę trzeba było jakąś wykonać. Jak się wychodziło stamtąd, to człowiek tym zapachem przesiąkł przecież. Był to przyjemny zapach, no ale był czasami irytująco mocny. Jak siadałyśmy do tramwaju, słyszałyśmy: „Ale się wyperfumowały!”. Więc ja nie mogłam tego wytrzymać: „Nie wyperfumowałyśmy się, tylko pracujemy w wytwórni i dlatego tak pachniemy”. Tak że takie były różne scenki.

  • Nie pamięta pani dnia wybuchu Powstania, ale stało się tak, że panie trafiły do tego Powstania. Jak to się w ogóle wydarzyło?


Proszę pani, to było tak, że była praca i z pracy wyszłam, a tutaj już się zaczęło Powstanie.

  • Czyli nie dojechały panie do domu.


Tak. No i trzeba było tu się podłączyć gdzieś, nie? Przecież nie można było dopuścić do tego, żeby to Powstanie upadło. Każdy z nas też się włączał od razu. Ja wiem, jak spisywali – tych kandydatów to oni spisywali. Pamiętam, w tym spisie ja mam numer 1108.

  • W którym miejscu panie dołączyły do tego Powstania? Obie z siostrą byłyście cały czas razem?


Razem byłyśmy. Zawsze mama mówiła: „Idźcie, ale pamiętajcie, że macie być blisko siebie, żeby jedna drugiej mogła pomóc”. A to nie tak było, że… Wie pani, każdy tam dostawał pomoc, której potrzebował. Nikogo tam się nie zostawiało bez pomocy. Czy to był znajomy, czy to był kolega, czy to był nieznajomy – potrzebował pomocy, to mu się dawało.

  • Nie wróciłyście z pracy do domu 1 sierpnia, więc mama nie wiedziała, co się z wami dzieje.


Jakoś dawałyśmy mamie znać. Od razu pierwszego to na długo tam nie byłyśmy. Jakoś dopiero drugiego czy trzeciego tam się podłączyłyśmy. Oni nas spisywali najpierw, później nam powiedzieli, kiedy mamy przyjść, do kogo się zgłosić. No i wtedy to już miałyśmy taki bardziej konkretny zakres.

  • I gdzie się zgłosiłyście?


Nie pamiętam już, Warszawa Południe jakoś… W każdym razie pod ten adres tam zgłosiliśmy. Kto się zgłaszał, to go przyjmowali, zaraz. Oczywiście patrzyli, czy to nie jest jakiś folksdojcz, bo tacy też się zdarzali. No ale u nas Niemców w rodzinie nie było, tak że było wiadomo, że… Ojciec był powstańcem śląskim, […] myśmy w Powstaniu Warszawskim – właściwie nasza rodzina to była powstańcza.

  • Przeszłyście jakieś przeszkolenie z siostrą?


Nie, nikt nas nie szkolił, sami musieliśmy się szkolić. Nie wiem, czy córka pokazała pani tę moją apteczkę powstańczą.

  • Nie, nie widziałam. Czyli miała pani taki pakiet sanitarny.


Tak, tak, tak. Tam było wszystko. Tam był bandaż, tam była wata, opatrunki, to miałam przy pasie tutaj i to była nasza cała obrona.

  • Czy pamięta pani jakichś kolegów z oddziału? Bo były panie przy oddziale sanitariuszkami czy w jakimś punkcie sanitarnym?


1. kompania rotmistrza „Wąsala” baonu „Iwo”. Mój numer 1108, byliśmy spisywani wszyscy.

  • I pamięta pani kogoś z oddziału właśnie z tej kompanii?


Były dziewczyny. Nawet po Powstaniu, jak już się znalazłyśmy w Częstochowie, to wiem, że dwie dziewczyny szły akurat na Jasną Górę. Ja szłam do pracy i spotkałam je, mówię: „Co ty tu robisz?”. Ja mówię: „Ja tu pracuję, a wy co?”. – „A idziemy na Jasną Górę podziękować Bogu, że żyjemy”. Ja mówię: „No to przyjdźcie do nas”. I pamiętam, że nawet nocowały u nas chyba ze dwie noce.

  • To były też koleżanki sanitariuszki.


Tak, tak, były z naszej kompanii. One mnie poznały. […]

  • Czy pamięta pani jakieś szczególne momenty z okresu Powstania? Panie zostały jakby w jednym punkcie czy przemieszczałyście się z oddziałem?


Tam gdzie oddział, tam byłyśmy. A w ogóle tośmy cały czas miały biegający tryb. Polecenie się dostało: „Tam masz iść, zanieść taką wiadomość”. Dostawałyśmy kopertę zapieczętowaną, wpisywano godzinę wyjścia i jak przyszłam do tej jednostki, gdzie byłam wysłana, to mi wpisywali godziny przyjścia. Tak że nie mogłam sobie łazić gdzieś, nie wiadomo gdzie, i robić, co się chce. Byłam pod kontrolą, kontrola była ścisła.

  • Były panie nie tylko sanitariuszkami, ale też łączniczkami?


Tak, jak trzeba było. Mieliśmy przeszkolenie sanitariatu. Jak trzeba było, widziała pani, że jest ktoś ranny, to trzeba było mu szybko udzielić pomocy. Chociaż tam, jeśli chodzi o pomoc sanitarną, to była naprawdę dobra. Ale czasami był taki ostrzał… Pamiętam chłopaka, który był pod ostrzałem, był ranny i trzeba było go ściągać. No to czołgaliśmy się i trzeba było ciągnąć go: jedna za jedną nogę, druga za drugą i ciągnęłyśmy spod tego strzału, żeby go wywlec.

  • Powiedziała pani, że to Śródmieście Południowe, na południe od Alei Jerozolimskich. Czy rozkazy lub jakieś ważne informacje przenosiła pani również przez największy przekop?


Tak, przez przekop. To był cholernie trudny okres. Na początku jeszcze byłam przy przekopie, byłam dyżurną i przepuszczałam tych ludzi. Pamiętam kobietę… Każdego ostrzegałam: „W środkowej partii proszę bardzo nisko się pochylić, najlepiej przeczołgać się, bo jest duży ostrzał”. Niemcy siedzieli tam wysoko gdzieś w drugich chałupach i mieli to wszystko jak na dłoni, ostrzał był straszny. No i wypuściłam kobietę; tylko wyszła, doszła do jednej trzeciej – podnosi głowę, bo ona musi zobaczyć, skąd strzelają. No i oczywiście trup. Trzeba było ją wyciągać. To było straszne. A ostrzał był bez przerwy. No tośmy się czołgali, trzeba było ją ciągnąć za nogi. Okropne to było. Tak że jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to tam było naprawdę bardzo ciężko w Alejach. Ja tam w Alejach byłam chyba ze dwa tygodnie przy tym przepuszczaniu. Później mnie stamtąd wzięli i dali jakichś chłopaków. Nie wiem, jak tam później [było] dalej, bo oni twierdzili, że już mam dosyć. Chyba ze dwa tygodnie tam byłam. To, co widziałam i co przeżyłam, to już swoje pamiętam. Miałam ciężko tam, tam było bardzo trudno przy tym przekopie przełazić w środkowej partii. To było tak, że czołgał się, dosłownie czołgał się człowiek, i to widzieli z góry, bo oni gdzieś w kamienicy na górze siedzieli i mieli to wszystko jak na dłoni. Tak że Niemcy nam przygrzewali zdrowo.

  • A jakie były pani zadania po tych dwóch tygodniach?


Później mnie dali do sanitariatu. I wreszcie kończyłam… Jak się nazywa ta ulica… Jest Hoża i później jest taki winkiel, to jest ulica, to już nie pamiętam jaka. I tam na tej Hożej byłam sanitariuszką, punkt sanitarny był. Tam było kino niedaleko, róg Jerozolimskich a Hożej, i Niemcy, którzy dostali przepustkę i nie mogli jechać do domu, tylko mogli być w Warszawie, mieli film wyświetlany. I ci Niemcy, proszę panią, siedzieli w tym kinie i sami ich koledzy zbombardowali to kino, nie wiedząc, że tam są Niemcy. Te stropy wszystkie drewniane, to wszystko się zapadało, paliło się, a oni sami się zamknęli w tym kinie. Te płonące deski, belki spadały na tych zamkniętych Niemców – sami się palili.

  • Spróbujmy zlokalizować to kino, bo mówi pani o Hożej, Hoża dochodzi do Marszałkowskiej.


Tak, tak było na rogu.

  • Na rogu z Marszałkowską.


Tak, tak to było.

  • Ale po której stronie? […] Jak patrzymy na Aleje Jerozolimskie, to po prawej czy po lewej stronie?


Aleje Jerozolimskie? Tam po lewej.

  • Po lewej.


Tam był ostrzał straszny i Niemcy sami siebie później wybijali. Zbombardowali to kino, gdzie Niemcy mieli projekcje dla swojego wojska. Tam był punkt sanitarny, mnie dali na ten punkt sanitarny i tych Niemców… To było prawo międzynarodowe. Czy to jest wróg, czy [nie], chorego trzeba zabezpieczyć jakoś. Kto był ranny, opatrywaliśmy. No i tych Niemców też opatrywaliśmy, bo nie można było dopuścić, żeby na oczach wojska… Tylko gestapowców to oddzielali, ale jeśli to był żołnierz po prostu z Wehrmachtu, to im nic nie robili. Nie wiem, co robili z tymi gestapowcami. Prawdopodobnie dostali w czapę, tak przypuszczam, ale myśmy nie wiedzieli o tym, tylko po prostu ich zabierali. Nasza żandarmeria ich zabierała.

  • Córka podała tę apteczkę, ten przybornik. Możemy pokazać teraz do kamery, jak to wyglądało. Co tam w ogóle było?


To, proszę pani, tak przy pasie – pasem się przeciągało. No i tutaj były takie najbardziej potrzebne rzeczy: bandaż, wata, opatrunki, jodyna.

  • W bardzo dobrym stanie się zachował.


Proszę pani, ja to trzymam jak skarb największy. To dla mnie jest pamiątka nie do ocenienia. Widać, jakie to poszurowane, bo tu się ciągnęło. Jak pani miała to przy pasie i z tym trzeba było czołgać się na przykład ileś metrów, żeby panią nie postrzelili…

  • Siostra też miała taki przybornik, taką sakwę?


Nie miała identycznego, ale miała jakiegoś innego rodzaju. Ona też dzielna była, ona wszędzie latała, bardzo dzielna była.

  • Były panie cały czas razem?


W jednej jednostce, tak.

  • Miałyście różne zadania, prawda?


Tak. Każda z nas miała inne zadanie.

  • Opatrywała pani też tych Niemców, którzy byli ranni?


Tak, tylko nie gestapowców. To znaczy jak był gestapowiec, to od razu nasi żandarmi zabierali ich. Nie wiem, czy dostali tak zwaną czapę; co z nimi tam robili, tego nie wiem. W każdym razie, jeśli chodzi o normalnego żołnierza, to był tak traktowany jak każdy z nas. Niemiec, żołnierz niemiecki, który wymagał pomocy sanitarnej, był obsłużony tak samo jak każdy z nas. To było zgodnie z regulaminem międzynarodowym. Takie były zalecenia i tego żeśmy pilnowali. Natomiast gestapowców to nasi żandarmi zabierali. Niektórzy dostawali czapę pewno, ale nie jestem pewna, co się z nimi działo.

  • Do kiedy była pani w Śródmieściu Południowym? Jak wyglądały dalsze ruchy batalionu? Czy jeszcze się przemieściliście w inne miejsce? Jaka była ostatnia lokalizacja?


Taka sama była. Lokalizacja była jedna, a nas wysyłali w różne strony. Dostawaliśmy polecenie i w kopercie rozkaz zapieczętowany, wypisana godzina wyjścia, iść do takiej i takiej jednostki. No to poszłam, musiałam się zgłosić tam, od razu wpisywali godzinę przyjścia, nikt tam się nie mógł wałęsać gdzieś i przesiadywać. Była kontrola i polecenia, jakie trzeba, to trzeba było wykonać, nie ma gadania.

  • A kiedy już Powstanie się kończyło, upadało…


No to zgłaszali, że zabierają nas do obozu.

  • Czyli do końca Powstania była pani w tym jednym miejscu, w Śródmieściu Południowym?


Tak, w Śródmieściu Południe.

  • I pod koniec Powstania przyszedł rozkaz, informacja, że będą państwo zabierani do…


Tak, do obozu. Ale to nie było konieczne, że musiała pani iść, i moja mama mówi: „Bójcie się Boga, ojca nie ma, was zabiorą, co ja sama tutaj zrobię?”.

  • Ale mówi pani o mamie. Jak ten kontakt z mamą wyglądał?


Biegałyśmy, przychodziłyśmy do mamy.

  • Ale mama była w Aninie cały czas?


Nie, mama była w Warszawie później.

  • Gdzie mama mieszkała?


Takie cudze mieszkanie dali mamie na przetrwanie, bo wiedzieli, że jesteśmy w akcji, no i mama dostała mieszkanie, taki pokoik. Wie pani, jakby ktoś chciał kraść, to miał co kraść, bo tam taki sejf był. Sejf był zamknięty, gdzieś tam w kącie. No i później ktoś przyszedł po to, zabrać, a ja mówię: „A na czyje polecenie pan to zabiera?”. Bo później żeby się nie nazywało, że myśmy to wzięły. Nie wiem, co tam było – jakieś pieniądze czy dokumenty, nie wiem, bo nie zaglądałam tam. To było zamknięte, ale jakby ktoś chciał, to by sobie otworzył. Nie, nie ma gadania.

  • Pamięta pani, pod jakim adresem było to mieszkanie?


Wspólna 37, Śródmieście Południe.

  • A tam też mieszkał z mamą Boguś?


Tak, tak, tak. Bogusia to ciągnęliśmy aż do Wrocławia. Później chłopak jakąś dziewczynę poznał, to już był dorosły, no to poszedł.

  • Czyli jesteśmy w momencie, kiedy kończy się Powstanie. Możecie pójść z Powstańcami do obozu, mama jest przeciwko.


Tak, tak, oczywiście. Mówi: „Co ja sama zrobię? Gdzie wy chcecie iść?”. Może mogliśmy i pójść do obozu. Później z tego obozu niby część wyjeżdża do Anglii. Podobno później tym Powstańcom w Anglii bardzo niekorzystnie się układały tam stosunki, tak że wielu z nich wracało, a wielu – nie wiem – tam się zaplątali w jakieś niepotrzebne historie. Tak że wie pani…

  • Czyli jaką podjęłyście decyzję?


My podjęłyśmy decyzję, że nie możemy mamy zostawić i zostajemy z mamą.

  • Czyli wychodzicie z ludnością cywilną.


Wychodzimy z ludnością cywilną. A to wyjście z wojskiem było nieprzymusowe. Jak pani chciała, to pani mogła iść. Tak że mama mówi: „Bójcie się Boga, nie zostawiajcie mnie samej, bo co ja tu zrobię”. Mama była trochę bezradna, bo nigdy nie musiała pracować przed wojną.

  • A tu nagle nie było ojca, wy byłyście w Powstaniu.


Tak, my pracowałyśmy. A mama jeszcze wzięła tego Bogusia. No żal było tego dzieciaka, bo ten dzieciak rzeczywiście nikomu nie zawinił, a cierpiał. No i w sumie to się tak splątało, że postanowiliśmy absolutnie nie iść do tego obozu. A to nie było, żeby musiała pani iść do obozu, nie. Ludzie szli do tego obozu, bo mieli świadomość, że niby jak w tym obozie będą, to ich wezmą do Anglii, na tamtą stronę, bo wszyscy się bali tych ze Wschodu.

  • A panie wybrały ścieżkę ludności cywilnej. Jak to wyglądało? Dokąd poszłyście? Czy przeszłyście przez Pruszków, jak większość?


Nie poszłyśmy do Pruszkowa. A wiem, że mój wuj to poszedł do Pruszkowa.

  • Wuj, czyli brat mamy.


Brat mamy, tak. Oni mieli czworo dzieci, no i z tymi dziećmi do Pruszkowa, a my nie. My, pamiętamy, była jakaś droga, po prawej stronie był budynek, tam była jakaś knajpa, jakaś restauracja przydrożna. Tam Niemcy się zatrzymali, zatrzymali ten cały pochód, bo zaczął padać deszcz, właściwie mżawka taka była, przerzedziły się te niemieckie patrole. Część z nich poszła do tej restauracji, a część miała pilnować całego pochodu. A my z mamą i z siostrą, i z tym Bogusiem uciekliśmy za ten budynek. Wskoczyłyśmy do rowów przeciwlotniczych – a wszędzie były te rowy takie głębokie i takim zygzakiem prowadzone – i biegliśmy nimi aż do końca. Tam była jakaś taka chałupka. Już było ciemno i widać było – zasłonięte było okno, ale w szparach tego okna widać było światło. No i zastukałyśmy do tego okna. Wyszedł jakiś człowiek, mężczyzna i mówi: „O co chodzi?”. Mówię, że my jesteśmy z Powstania, żeby nas przechował, bo idziemy z transportem, a nie chcemy iść do obozu. „No to wskakujcie na górę, na siano. Tylko nie palcie papierosów”. – „My nie palimy”. – „No to dobra”. [Weszłyśmy] po tej drabinie tam, na tym strychu, na siano i tam przenocowałyśmy.

  • A gdzie to było? Panie się potem zorientowały, co to za miejsce?


To było na tej trasie właśnie, przy wyjściu była droga i po prawej stronie była ta restauracja, murowany dom był, gdzie ci Niemcy poszli tam na pożywienie. Ale jak ta miejscowość się nazywała, tego nie wiem. To jest może około dwudziestu kilometrów od Warszawy. No i tam przenocowałyśmy na tym sianie. Na drugi dzień zlazłyśmy tam na dół po tej drabinie. Pytamy się… Ja, mój wuj, mamy brat, który był z nami…

  • A on był też z rodziną całą, z dziećmi?


Nie, właśnie ten brat nie, to drugi brat. Mama miała dwóch braci. Tadeusz był z nami.

  • Czyli Tadeusz był bez rodziny?


Tadeusz był bez rodziny. Tak, on nie miał tutaj rodziny. A Zdzisław miał czworo dzieci, no to tam musiał pilnować tych dzieci. Tak się podzielili między sobą bracia, powiedzieli, że jeden musi iść z nami, bo kobiety nie mogą iść same. Nie wiadomo, co się będzie działo. A on był oficerem przedwojennym.

  • Tadeusz też był oficerem.


Tak, Tadeusz był oficerem, a Zdzisław nie. On przed wojną był chyba albo wiceprezydentem Gdyni, albo prezydentem Gdyni. Tak że wiem, że jak myśmy pojechali kiedyś do Gdyni, to nas oprowadzał wszędzie, wszędzie go puszczali, bananerie żeśmy oglądali, jak te banany tam zawieszane były na takie sztalugi, jak dojrzewały. Oni zielone te banany przywozili i tam dojrzewały.

  • Zdzisław był starszym bratem mamy, a Tadeusz był młodszy. Czyli byłyście z Tadeuszem u gospodarza?


Tak. Tadeusz to był bardzo inteligentny człowiek, miał dwa doktoraty; bardzo mądry, mądry człowiek. No i tak się podzielili bracia. Tamten brat miał czworo dzieci, to miał kogo pilnować, ale powiedział do Tadeusza: „Idź z Haliną, z moją mamą. Kobieta nie może iść sama, musi być jakiś mężczyzna w razie czego, żeby ją bronić”. No i faktycznie z nami szedł.

  • Dokąd udaliście się po tym noclegu w stodole?


Zastanawialiśmy się, dokąd pójdziemy, jakie mamy szanse. Przede wszystkim mama mówi: „Trzeba iść do Częstochowy i podziękować Bogu, że żyjemy”.

  • To kawałek – do Częstochowy.


Tak. No ale mieliśmy pieniądze, to można było pojechać.

  • Rozumiem, że zabrałyście najcenniejsze rzeczy ze sobą. Miałyście pieniądze przede wszystkim.


Pieniądze, tak, dostaliśmy odprawę wojskową. Nie pamiętam, ile to było. Myśmy nie chcieli tego wziąć nawet. Mama mówi: „Po co wam te pieniądze? Poszłyście dla pieniędzy na powstanie?”. Ale ci Powstańcy powiedzieli: „Weźcie, weźcie, bo wam będą bardzo potrzebne”. No i dostaliśmy tę odprawę. Nie pamiętam już, ile to było. W każdym razie szłyśmy do Częstochowy. Poszliśmy do tej Częstochowy.

  • Czy Tadeusz też brał czynny udział w Powstaniu?


Nie, nie, nie, bo on był chory. On był przecież z obozu koncentracyjnego. Zabrali go do obozu i wieszali go tak – ręce tak i wieszali go tak nad kloaką, w ten sposób upokarzali tych ludzi, bo wykryli, że on był oficerem polskim. On nie był zawodowym, był rezerwista, tak. A z zawodu był inżynierem, rolnikiem, przed wojną miał bardzo piękne gospodarstwo. To takie rzeczywiście – na poziomie Wielkopolski.

  • Pamięta pani, gdzie miał to gospodarstwo?


Nie, właśnie nie pamiętam. Gdzieś pod Poznaniem. Wiem, że graniczył z Niemcami, którzy mieli w Polsce obok mojego wuja gospodarstwo, i ta kobieta, córka tego [gospodarza], kochała się w moim wuju, bo był przystojny facet, inteligentny, przystojny. I jak zabierali, gdzieś tam zobaczyli jakiegoś mężczyznę i wiedzieli, że on był w Wojsku Polskim, no to oczywiście Niemcy zaraz łapankę robili, go tam dawali do ciężkich robót. A w moim wuju się kochała Charlotta – wiem, że się nazywali Hirschowie – Charlotta Hirsch. I ona się tak kochała w moim wuju, bo to facet inteligentny i przystojny niezwykle. No i ta Charlotta pomogła mu… Jego by wtedy wywieźli na rozstrzał na pewno. Ona załatwiła mu przewóz w jakichś skrzynkach. Po jakimś maśle czy po czymś były opakowania i w tych skrzyniach on siedział i wywiozła go do Warszawy. I dzięki niej, dzięki tej Niemce on żył, bo tak to by go rozstrzelali.

  • Ale mówiła pani, że i tak był w obozie.


A w obozie, tak, w obozie to był. Ale to był obóz taki, wie pani… Wychodziła pani z Warszawy, brali panią do tego obozu i tam był mój wuj z czworgiem dzieci, kupa ludzi tam była. Później puszczali ich, no bo oni byli czasowo po prostu tam zatrzymywani.

  • To może w Pruszkowie byli po Powstaniu.


Może w Pruszkowie. Nie pamiętam, gdzie oni byli. Ale nie wiem, czy to był Pruszków, czy był jakiś inny obóz.

  • Chociaż pani powiedziała, że wuj w zasadzie cały czas był z wami przy wyjściu z Warszawy.


Tak.

  • I on też szedł do Częstochowy z wami?


Nie, nie, nie. Jak pani mówiłam, że tam była ta jakaś restauracja po drodze, taka knajpa, to po tym z nami się pożegnał, bo mówi, że niedaleko… Aha, [zapytał], czy coś damy radę. A mama się pyta: „Dlaczego się pytasz?”. Mówi: „Bo ja tu niedaleko mam swojego kolegę, który ma swój dom i mogę tam do niego iść. No ale nie mogę wszystkich ludzi przyprowadzać”. Mama mówi: „My sobie damy radę, to idź”. No i pożegnaliśmy się i wuj poszedł tam do tego swojego kolegi, [który] gdzieś tam w pobliżu mieszkał.

  • Wam udało się dotrzeć do Częstochowy. Rozumiem, że to były różne środki transportu, bo przecież nie…


Tak, tak. Wtedy żeśmy jechali chyba pociągiem. W Częstochowie najpierw nas przyjęła jakaś kobieta do siebie, bo nie było gdzie mieszkać. No to mówi: „Ja mam dużą kuchnię, to możecie w tej kuchni sobie siedzieć”. No i wiem, że zbudowaliśmy sobie takie prycze, no i tam słomy nakładliśmy i to były łóżka. No a później już spotkaliśmy kogo… Kogośmy tam spotkali, że mówi: „Nie siedźcie tam, damy wam jakieś mieszkanie”. No ale tego mieszkania nie było, nie było. Raptem moja siostra jakoś znalazła, że Niemcy, którzy ten dom wzięli na lazaret, czyli na szpitalik taki, przewozili z tego frontu ludzi, którzy nie daliby rady aż do Niemiec dojechać, bo byli za słabi. W tym szpitaliku mieli te pierwsze takie postawienie na nogi. No i tam po tym szpitaliku, jak tam już Niemców nie było, no to dostaliśmy tam mieszkanie, takie nawet niezłe. Oczywiście tam trzeba było wymalować i odnowić to wszystko, bo to zrujnowane było. Jak wojsko przeszło, to wiadomo. Tak że takie były nasze losy.

  • Jak długo mieszkałyście w Częstochowie?


O, dość długo, aż do przyjazdu później do Wrocławia.

  • Czyli już po wyzwoleniu?


Tak, tak.

  • Czyli z Częstochowy w ogóle nie planowałyście wracać do Warszawy?


Nie miałyśmy gdzie do Warszawy wracać. Nie miałyśmy gdzie. Trzeba było mieć jakieś, no, jakieś lokum. Przyjechała pani i co?

  • No a skąd w takim razie zrodził się pomysł przyjazdu do Wrocławia?


Trzeba było przede wszystkim szukać jakiegoś zajęcia i zarobku. Nie miałyśmy pieniędzy. Tą odprawę, co żeśmy dostali, to już dawno przeszły. Trzeba było żyć, trzeba się jakoś ubrać. Tak że, wie pani, ciężko było. No i przyjechaliśmy do tego Wrocławia, dostaliśmy jakiś taki pokoik na czwartym piętrze, na ostatnim piętrze. Marne to było, strasznie zimno. Ogrzewanie na piec kaflowy, który mało się nie rozsypał. No nieciekawie było, nieciekawie.

  • Wspomniała pani wcześniej, że mama przestała dostawać listy od ojca z obozu. Kiedy nastąpił kontakt i jak to w ogóle wyglądało? Kiedy dowiedziałyście się, gdzie ojciec jest?


[…] Ojciec najpierw przecież był w więzieniu, później pisał do nas, że następnego więzienia nie wytrzyma.

  • W więzieniu czy w obozie? Bo powiedziała pani, że trafił do obozu.


Tak, zabrali go do obozu, ale on się przedostał na tamtą granicę, na angielską strefę. Mama mu pisała, kiedy wróci, a ojciec mówi, że nie wytrzyma już następnego więzienia.

  • Bał się wracać do Polski.


Tak, bardzo. [Bał się], że nie przeżyje następnego aresztowania, absolutnie. [Pisał], że stara się wyjechać do Ameryki. Poznał jakiegoś znajomego Francuza, który mu to chce ułatwić. Jak tylko będzie miał możliwość zarobkowania, to będzie nam przesyłał pieniądze, żebyśmy mieli z czego żyć, i że absolutnie nie jest w stanie wrócić, bo tutaj były aresztowania. Ze wschodu jak przyjechał, to nic mu nie [robili], ale z Zachodu to były przykrości. No i tak to było.

  • Udało się ojcu do tych Stanów wyjechać?


Tak, udało mu się i miał kancelarię. Ojciec był adwokatem, założył polską kancelarię z jakimś… Kto to był ten drugi? Nie Niemiec w każdym razie. Nie wiem, czy Francuz, czy ktoś. Wspólnie założyli tę kancelarię i prowadzili sprawy spadkowe, tak zarabiał ojciec.

  • I rozumiem, że ojciec już nie wrócił nigdy do Polski?


Nie wrócił.

  • Tam zmarł?


Tam zmarł, tak. I to zmarł w dziwny sposób. To była śmierć taka bardzo zagadkowa. Bo ojciec przyjeżdżał do Niemiec na rozprawy, odszkodowania wojenne dla więźniów obozów koncentracyjnych – prowadził jako prawnik te sprawy. No i ja podejrzewam, że bardzo się podłożył jakiemuś Niemcowi, który po prostu był wskutek tego aresztowany. No ale ojciec to prowadził i mówił, jak było. No i to tak go załatwili, że jak przyjechał któregoś razu, to już nie wrócił, bo zmarł. I to w dziwny sposób zmarł, jak stwierdzili później polscy… Tam dochodzenie robili, jak to się stało, że nie był chory, wyjechał zdrowy, a dwa dni później zmarł. No on po prostu oskarżał jakiegoś niemieckiego esesowca, oni się go po prostu bali i go otruli, no co tu dużo gadać.

  • A panie musiały sobie już same radzić?


Tak, tak. Myśmy sobie do tej pory też same musiały radzić, jak ojca nie było. No ale jakoś tak żeśmy okrzepły w tych naszych obowiązkach, że dawałyśmy sobie [radę] jakoś – lepiej, gorzej, ale miałyśmy co jeść. No, przede wszystkim te podstawowe rzeczy tośmy sobie potrafiły załatwić. No i tyle. Widzi pani, jest moja jedyna pamiątka z Powstania. […]

  • A były jakieś takie piękne chwile w czasie Powstania, które pani zapamiętała?


No niewątpliwie były, niewątpliwie były. A jeszcze nie dopowiedziałam… Jak było to bombardowanie i Niemcy sami zbombardowali kino, […] w którym siedzieli żołnierze, dostawali takie przepustki tymczasowe, ale nie wolno im było jechać do domu, tylko na krótki czas, no to do kina mogli iść, jakieś rozgrywki robili. Niemcy zbombardowali to kino. Sami swoich zbombardowali. Zgodnie z międzynarodowym nakazem obowiązkiem naszym było udzielać im też opatrunku. No i przynosili do nas ciężko rannych. Pamiętam człowieka, który całe włosy, wszystko, miał zwęglone, całą tutaj czaszkę miał tak spaloną, że dosłownie widać było tam ten mózg. Okropne to było, okropne. Opatrywałam go. Mieliśmy obowiązek udzielać im pomocy. Ale to było straszne. Nie wiem, czy on później wyżył, czy nie. […] Żywy trup. Okropne!

  • To było bardzo mocne doświadczenie.


No i wie pani, opatrywałam go, bo takie mieliśmy rozkazy, że rannego trzeba opatrzeć, nie można go było tak zostawić.

  • No i w tych najmocniejszych momentach zawsze towarzyszyła pani ta właśnie torba sanitarna.


Tak, tak, tak. Moja sanitarka. Widać, ile razy się czołgałam, to zawsze musiałam… To moje najdroższe, co mam z Powstania.

Wrocław, 21 stycznia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk

Danuta Aldona Watach Pseudonim: „Teresa” Stopień: łączniczka, sanitariuszka Formacja: Batalion „Iwo”, kompania „Wąsala” Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także