Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Edmund Baranowski „Jur”
Edmund Baranowski
pseudonim
„Jur”
stopień
plutonowy podchorąży
formacja
Batalion „Miotła”, pluton „Jerzyki”
dzielnica
Wola, Stare Miasto, Śródmieście, Czerniaków
Zobacz biogram


Nazywam się Edmund Baranowski, rocznik 1925, urodzony w Warszawie, na warszawskiej Woli, z którą byłem związany przez pierwsze dwadzieścia lat swojego życia, prawie dwadzieścia lat. Tam się urodziłem, tam się uczyłem, tam pracowałem i tam podjąłem pierwsze walki powstańcze, a przedtem moja działalność konspiracyjna również wiązała się z dzielnicą.

  • Co może pan powiedzieć o swoim dzieciństwie na Woli?


To było bardzo ciekawe dzieciństwo, wspominam je z przyjemnością. Tym bardziej że na szczęście ocalał budynek mojej szkoły. Ówcześnie to była Publiczna Szkoła Powszechna nr 166, wtedy na ulicy Dworskiej 1, obecnie na ulicy Kasprzaka. Utrzymuję z tą szkołą bardzo żywy kontakt. To jest obecnie Gimnazjum nr 44 imienia „Szarych Szeregów”. Zresztą zapraszają mnie na uroczystości szkolne. Z kolei ja mam od czasu do czasu w kontaktach z młodzieżą coś do powiedzenia na temat okupacji, Powstania Warszawskiego.

  • Jaki wpływ na pana wychowanie miała szkoła?


Szkoła dla nas, dla pierwszego pokolenia młodych ludzi, urodzonych po stu dwudziestu trzech latach niewoli, to była rzecz niezwykła. Wszystkie przejawy patriotyzmu kształtowane przez szkołę były przez nas przyjmowane z ogromną wdzięcznością i do dzisiaj je pamiętam. Te postawy uczniów kształtowane były między innymi przez bardzo prostą, ale trafiającą do serc poezję czy też piosenki. Dla nas wielu ulubionym tematem była historia.

  • Czy któregoś z nauczycieli zapamiętał pan szczególnie?


Jeden z nauczycieli, doskonały zresztą polonista, zapadł mi szczególnie [w pamięć]. Ale dlaczego? To panu wyjaśnię, bo to jest sprawa trochę zabawna. Od wczesnych lat – dziecięcych nawet – byłem fanatykiem sportu. O ile miałem luki czasem w poznawaniu poszczególnych przedmiotów, to w sprawach sportu byłem obkuty znakomicie. Siedziałem na ławce wspólnie z kolegą Wiesiem Zbrowskim, który też był fanatykiem sportu. Tragiczne były dla nas na przykład poniedziałki, kiedy byliśmy wyrywani do odpowiedzi przez polonistę, pana Krupę. Wstawałem i nic nie wiedziałem na tematy bieżące, o które chodzi profesorowi, jak i Wiesio. Kwitował to pan polonista tak: „No cóż, Baranowski, Zbrowski, poniedziałek – siano i »Przegląd Sportowy« w głowie”. Ale później pytał: „A jak Polonia?”. – „Zremisowała, panie profesorze”. – „Tylko zremisowała?”. Więc to było miłe. Wspomniałem panu o poezji z tego okresu, tej prostej bardzo poezji. Upłynęło tyle lat, wiele rzeczy zapomniałem, ale te teksty utrwaliły się w pamięci. Tak samo jak później jeszcze, z pierwszego roku gimnazjum strofy „Wyzwolenia” – to jeszcze pamiętam. Wiele rzeczy nie pamiętam, ale te mogę cytować. Nie mogę już zaśpiewać niektórych piosenek, bo nie mam głosu, ale w sumie wychowanie patriotyczne było postawione w sposób właściwy i nie w taki – powiedziałbym – natrętny. To wynikało z pozycji nauczycieli, z materiałów, które mieliśmy do dyspozycji.
W latach 1937–1938, 1939 nawet, młodzież uczestniczyła w dozbrajaniu armii. Może to brzmieć zabawnie, ale wtedy właśnie powstawały koncepcje Funduszu Obrony Morskiej, Funduszu Obrony Narodowej. Na przełomie 1938 i 1939 roku to była pożyczka lotnicza i w tych działaniach młodzież uczestniczyła w sposób dosyć niezwykły. Pojawiał się na ścianach klasy na przykład kontur kontrtorpedowca. Naszym zadaniem było, żeby ten kontur kontrtorpedowca wypełnić niewielkimi znaczkami z napisem pięć groszy, dziesięć groszy, dwadzieścia groszy, co kto miał. Powstawała w ten sposób pewna suma związana z tym obiektem, z Funduszem Obrony Morskiej. W podobny sposób też uczestniczyliśmy na przykład w drobnych składkach w roku 1938 i 1939 na karabiny maszynowe dla armii. W 1938 roku uczestniczyłem w grupie kilkunastu uczniów szkół warszawskich w przekazaniu wojsku czterech taczanek zaprzęgniętych w konie z karabinami maszynowymi. Uroczystość odbywała się na placu Piłsudskiego, ale zgromadzeni byliśmy na placu Małachowskiego przed świątynią ewangelicką i tam toczyliśmy, mogliśmy popatrzeć na tę broń, co to jest w ogóle, na co my się składaliśmy, gdzie poszło nasze pięćdziesiąt groszy. To była taka forma wiązania świadomości młodych ludzi z potrzebami kraju, któremu wtedy, w latach 1938-1939 już coś wyraźnie zagrażało.

  • Jaki wpływ na wychowanie miała pana rodzina?


Od dziecka bardzo znaczny. Mój ojciec zmarł, kiedy miałem lat trzy. Był z zawodu kamieniarzem rzeźbiarzem. Działał w Związku Kamieniarzy Rzeźbiarzy i był czynnym członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. Urodziłem się pod ślubnym portretem rodziców, pod portretem taty w towarzystwie kolegów z PPS-u z odpowiednim transparentem na górze, który mówił, kto to jest, dlaczego się zgromadzili. Trzecia sprawa, która miała pewien wpływ później na mnie, to była reprodukcja obrazu Goi „Rozstrzelanie komunardów” [powstańców madryckich]. Ale mnie to zainteresowało, jak miałem dziesięć, dwanaście lat, kim jest Goya i co to jest za scena. W ten sposób doszedłem do twórczości Goi, do jego biografii, do tego, co namalował, co było najciekawsze. Też jednym z wybitnych dzieł Goi był obraz, który później był reprodukowany na znaczkach pocztowych. Byłem zapalonym filatelistą. To była „Maja naga”, piękny obraz nawiasem mówiąc. Ilekroć przechodzę na przykład ulicą Jasną i mijam dom „Pod Orłami”, który zachował się do dzisiaj, to mam świadomość, z opowiadań matki wiem, że zgrubną obróbkę tych orłów wykonywał ojciec z kolegami, więc jestem powiązany z niektórymi fragmentami miasta jeszcze do dzisiaj.

  • Czy zajmowała się pana rodzina przed wybuchem wojny?


Przed wybuchem wojny – jak powiedziałem – ojciec pracował w kamieniarstwie. Matka po śmierci ojca wyspecjalizowała się w czyszczeniu chemicznym garderoby. Jak rozpocząłem pracę zawodową w 1940 roku, to przejąłem część obowiązków utrzymania rodziny, matki na swoje barki. Pomagała mi praca zawodowa u „Philipsa”. Byłem jedynakiem. Matka urodziła się na podwarszawskiej wsi, w Skórowie. Ojciec matki był dróżnikiem na trasie Warszawa–Radom, miał swój odcinek szosy, za który odpowiadał. Z kolei dziadkowie po stronie ojca wywodzili się z Podlasia. Zubożali posiadacze ziemscy, a już później zajmowali się różnego rodzaju działalnością pozarolniczą. Czyli można powiedzieć, że pana rozmówca pochodzi – jak się mówiło kiedyś – z nizin społecznych.

  • Jak zapamiętał pan wakacje w 1939 roku?


Właśnie. Bardzo ciekawa sprawa, bo te wakacje zostały jeszcze później przedłużone o pewien okres obserwacji tego, co dzieje się w Warszawie. Rzecz była ciekawa. A wakacje spędzałem u rodziny matki w Grójcu pod Warszawą. 15 sierpnia uczestniczyłem w tradycyjnym biegu poświęconym pamięci 1 [Kompanii] Kadrowej na trasie Warszawa-Kraków. Cały szereg sympatycznych działań, ale to się wiązało raczej z bytnością w miejscowych sadach. Do dzisiaj pamiętam smak niektórych owoców, które w sposób niezupełnie legalny trafiały do nas wtedy: czereśnie, gruszki. Ale wspomnienia są bardzo miłe.
Później, po przybyciu do Warszawy, to były ostatnie dni sierpnia 1939 roku, to już cała ludność Warszawy na coś czekała. W Warszawie już były wtedy liczne, powtarzające się co dwa tygodnie na przykład, a później już nawet częściej, co tydzień, próbne alarmy lotnicze. W ostatnich dniach przed wojną można było zaobserwować dotychczas nieznane obrazy, jak na przykład kolejki do PKO czy do kas oszczędnościowych, celem odbioru przynajmniej części pieniędzy, które mieli ludzie tam ulokowane. Wiązało to się z tym, że starsze pokolenia miały już pewne doświadczenia z I wojny światowej i wiedzieli o tym, co należy ewentualnie mieć jako walutę, jeśli by się coś stało. Taką walutą to były papierosy, zapałki, spirytus, tłuszcze. To był artykuł wymienny później. Te kolejki były dosyć zaskakujące. Na przykład ja ubolewałem, że ogromna kolejka stoi przed sklepem Ligi Ochrony Powietrznej Państwa na ulicy Świętokrzyskiej 12, gdzie sprzedawano maski gazowe i tampony. Wszyscy oczekiwali wojny gazowej, taka miała być wojna. A tam równocześnie sprzedawano sprzęt modelarski. Tam można było kupić bambus na skrzydełka, pergamin na beleczki, gumę do naciągu, śmigło, i nagle nie mogę się dostać, bo stoi kolejka ciągnąca się od Świętokrzyskiej do Czackiego i głęboko sięgająca jeszcze dalej do Traugutta. Nie skończyłem tego modelu, który budowałem. W każdym razie to oczekiwanie na to, że coś się będzie działo, determinowało w ogóle postawy ludzkie.
Mam z tego okresu bardzo niezwykłe wspomnienie. To była ostatnia niedziela, cztery dni przed wybuchem wojny światowej. Jako zapalony kibic, gdzie mogłem się znaleźć w ostatnią przedwojenną niedzielę? Na stadionie Wojska Polskiego, na meczu piłkarskim Polska–Węgry. Węgrzy przyjechali tutaj, do Warszawy jako wicemistrzowie świata z 1938 roku. Finał przegrali z Włochami, ale to była potęga. Jaką mieliśmy szansę? Ile nam strzelą. I rzeczywiście, pierwsze minuty meczu już jest 2:0. Wynik się utrzymał do przerwy. Publiczność na miejscach stojących, a większość była już w mundurach, bo już byli poborowymi, odśpiewała „Jeszcze Polska”, drużyna wkracza na boisko i nasz as, Filimowski strzela kolejne trzy bramki. A zwycięstwo pieczętuje Piątek strzałem z karnego. Niezwykły entuzjazm, a poza tym skojarzenia – jeśli wygraliśmy mecz z Węgrami, to przecież ewentualna wojna z Niemcami może się zakończyć tylko takim samym rezultatem. Powrót już do domu, Warszawa zaciemniona i oczekiwanie na to, co będzie jutro.

  • Czy był pan świadkiem wydarzeń, które miały miejsce 1 września?

 

Dosyć niezwykłych wydarzeń. Raz – mieliśmy uszkodzony aparat [radiowy]. Byłem w tym czasie u ciotki. Mieszkałem latem zawsze u ciotki na placu Dąbrowskiego. Widziałem, że na podwórzu gromadzą się ludzie, patrząc w górę. Gdzieś się odezwały jakieś wybuchy, ale wszystko było brane pod uwagę, że to są jakieś ćwiczenia, że to jest kolejny etap ćwiczeń przeciwlotniczych. Wybierałem się do Podkowy Leśnej do chlebodawczyni mojej ciotki i po drodze jeszcze kupowałem na ulicy Kredytowej duży zapas baterii i cały szereg innych [rzeczy]. Tam się dowiedziałem o wybuchu wojny, w sklepie na Kredytowej przy tej transakcji bateryjnej. A kiedy wyszedłem, to na rogu ulicy Kredytowej i placu Dąbrowskiego kupiłem „Dodatek Nadzwyczajny”. Na pierwszej stronie orędzie prezydenta informujące o sytuacji, pierwsze komunikaty z placu boju, naturalnie zwycięskie, już prawie wkraczamy do Niemiec. A później, w kilka godzin po tym z zakupami ruszyłem do Podkowy Leśnej, właściwie pod Leśną Podkowę do Turczynka. Już po drodze wyczuwało się w pociągu atmosferę wojny. A kiedy mijaliśmy niewielką miejscowość Salomea (to już za granicą miasta), widzieliśmy artylerię przeciwlotniczą ustawioną lufami do góry. Po przybyciu na miejsce, gdzieś w godzinach wczesnopopołudniowych pojawiły się lecące gdzieś od strony Grodziska w kierunku do Warszawy trzy samoloty, z których jeden w pewnym momencie jakby się odchylił w lewo, usłyszeliśmy niezwykły świst po raz pierwszy w życiu i dwa wybuchy. Więc zaciekawieni, co to było, bo samoloty poleciały dalej, pobiegliśmy dalej – a to było w rejonie Podkowy Leśnej – zobaczyć, co to jest. I jaka była sytuacja? Spadły dwie bomby. Jedna z bomb upadła tuż za stacją kolejową EKD – Elektrycznej Kolejki Dojazdowej, przed kościołem Świętego Krzysztofa. Piękny nowoczesny kościółek, zawsze rok rocznie gromadzili się tam automobiliści, żeby poświęcić swoje maszyny – patron podróży. Upadły tylko wspaniałe witraże w kościele. A druga bomba spadła pięćdziesiąt metrów dalej, w ogródku rezydencji letniej ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, pana Bidlle’a. Nie było też żadnych strat, wybite szyby. Odłamki zraniły kilka osób, ale nikt nie zginął. To było takie pierwsze przeżycie i zobaczyłem, czym jest bombardowanie. Skojarzyłem sobie te poranne wybuchy, bo okazało się, że wtedy lotnictwo niemieckie zbombardowało osiedle mieszkaniowe na Obozowej – Towarzystwo Osiedli Robotniczych, a bomby spadły również na Okęciu na zakłady „Skody”, zakłady PZL i na jakieś obiekty lotniskowe.
Natomiast niezwykły był powrót. Kiedy wracałem ostatnim pociągiem, wsiadałem na stacji w Leśnej Podkowie. Pociąg już przyjechał zaciemniony, wewnątrz pociągu były niebieskie żarówki, nie było pasażerów. W wagonie była nas tylko trójka: konduktor, ja i szlochająca kobieta, zrozpaczona. Okazało się, że odprowadziła męża na punkt zborny w Grodzisku i wraca do domu, jest w zaawansowanej ciąży, w domu dwoje dzieci. Już nikt nie dosiadał się po drodze do Warszawy, to był ostatni pociąg, ale w każdym bądź razie sytuacja, która była, te bomby, które spadły, podróż z rozpaczającą kobietą, to już była taka cezura, że coś zaczyna się dziać niezwykłego.


  • Jak zapamiętał pan pierwszych żołnierzy niemieckich w Warszawie?

 

Pierwsi żołnierze niemieccy to chyba był 1 lub 2 października, raczej 1 października, kiedy szedłem z matką z placu Dąbrowskiego do naszego mieszkania na ulicy Krochmalnej. Tam gdzie się urodziłem, mieszkałem, żeby zobaczyć, co się w ogóle dzieje, czy dom stoi, czy spalony. Ale nie było nic groźnego, nic się nie działo, mieszkanie było całe. Ale po drodze, kiedy mijaliśmy pałac Lubomirskich – obecna siedziba biznesu – i przechodziliśmy ulicę w kierunku pierwszej Hali Mirowskiej, nadjechał motocykl niemiecki: kierowca, w wózku przy ręcznym karabinie maszynowym żołnierz. Zatrzymali się na chwilę i pytali, akurat było kilku starozakonnych, którzy porozumiewali się z Niemcami na ogół bez kłopotu, bo jidysz w podstawowych pojęciach jest bardzo bliski [niemieckiemu]. Pytali, gdzie jest droga do komendy miasta w pobliżu Hotelu Europejskiego, który stoi do dzisiaj. Po raz pierwszy zobaczyłem Niemców.
A później drugi taki obrazek był niezwykły. Kiedy już wróciliśmy na plac Dąbrowskiego, 6 października w Warszawie była defilada przyjmowana przez Hitlera na placu Na Rozdrożu, w Alejach Ujazdowskich. Stałem na rogu ulicy Kredytowej i Marszałkowskiej, kiedy nadciągały już po defiladzie formacje niemieckie. [Zobaczyłem] dobrze wypasione konie ciągnące działa i jaszcze artyleryjskie, świetnie wyglądającą piechotę, pojazdy mechaniczne. Widać było, że to jest dobrze zorganizowana, dobrze wyposażona armia.


Wtedy była taka – mało może znana, ale interesująca – próba, ważna próba polskich oficerów saperów, którzy mieli w zanadrzu dokonanie zamachu na Hitlera. Trasa Hitlera na plac Na Rozdrożu wiodła Nowym Światem i później dalej przez plac Trzech Krzyży na miejsce. Natomiast musiał mijać skrzyżowanie tam, gdzie stoi teraz pomnik de Gaulle’a. Zamiarem oficerów polskich było ulokowanie dużego ładunku wybuchowego w tunelu linii średnicowej, na wysokości mniej więcej obecnie BGK, między BGK a obecną siedzibą giełdową chyba, jakiejś agendy w każdym bądź razie giełdowej. Wielka szkoda, że z przyczyn bliżej nieznanych ten zamach się nie powiódł, bo możliwe, że historia potoczyłaby się zupełnie innym torem.

  • Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej kontynuował pan naukę?

 

Tak. Przede wszystkim podjąłem pracę, bo to było ważne. W 1940 roku podjąłem pracę. Zabawne, bo [moja] pierwsza praca zawodowa, fizyczna, odbywała się w odległości stu metrów od nas, na terenie obecnego Muzeum Powstania Warszawskiego, a wtedy to była warszawska elektrownia tramwajowa. Do elektrowni przychodziły transporty węgla, niedaleko była tak zwana Syberia, bocznice kolejowe, tam od strony Alei Jerozolimskich przybywały wagony i my, ja i kilku kolegów, rozładowywaliśmy wagony. Za rozładunek wagonów dostawaliśmy szesnaście złotych. To nie były żadne pieniądze, mogłem za to kupić bochenek chleba wtedy, ale mogłem zabrać, ile wezmę na plecy, węgla. Więc to była cenna rzecz, bo w ogóle opał zniknął natychmiast z horyzontu. Nie było można w tak zwanych sklepach węglarskich czy składach kupić węgla, może drewno od czasu do czasu. To była taka zabawna historia, bo centralne kotły elektrowni były opalane takim na pół miałem, może grubszy miał. Mama zawsze, jak się pojawiałem z tym workiem, mówiła: „Słuchaj synu, czy tam nie ma grubszego węgla? Bo tu wszystko mi przelatuje przez ruszta”. Mówię: „Nie ma, mamo, trzeba coś zakombinować, żeby wykorzystać to paliwo”.
A później, również w taki zupełnie przypadkowy sposób, w kwietniu 1940 roku, bo te prace, które tu wykonywałem, to były przejściowe, na przełomie marca i kwietnia rozpocząłem pracę w polskich zakładach „Philipsa”. W jaki sposób się dostałem, to była rzecz dosyć niezwykła. Pracował tutaj i uczył się w szkole przyzakładowej mój kolega Zbyszek Nawrocki. Umawialiśmy się na jakiś spacer i on mówi: „Pójdziemy. Tylko wiesz, ja muszę wstąpić na obiad, bo pracowałem na noc. Muszę wstąpić na obiad tutaj, do »Philipsa«. Poczekasz na mnie w portierni od strony ulicy Karolkowej”. – „Dobrze”. Więc on poszedł na obiad, ja czekam. I urzędujący tam Werkschutz, którego nazwisko poznałem później, Rosbach, pyta, na kogo ja tu czekam. Więc mówię: „Czekam na kolegę, ale ja bardzo chciałbym się tutaj dostać do pracy” – dobra myśl mi przyszła do głowy. To on zadzwonił i mówi do mnie: „Pójdź tutaj, pierwsze drzwi na lewo w tej hali. Zgłosisz się do inżyniera Zaburdy”. To zgłosiłem się. Zaburda mi się przyjrzał, zamieniliśmy parę zdań i mówi: „Proszę się zgłosić jutro do wydziału personalnego i rozpoczniesz pracę tutaj jako robotnik pomocniczy na radiolampach i żarówkach”. To wróciłem na miejsce. Zbyszek wrócił z obiadu, przeprasza, mówi: „Musiałem czekać. Kucharz na czas nie przygotował posiłku”. Mówię: „Bardzo dobrze. Wiesz, ja od jutra tu pracuję, w tym zakładzie”. – „Niemożliwe”. Ja mówię: „Tak”. I w ten sposób na cztery lata okupacji dostałem się do zakładów „Philipsa”, który cieszył się znakomitą opinią i przed wojną już to był dobry zakład pracy. Dwie trzecie załogi [to były] kobiety. Tu pracowałem do końca lipca 1944 roku.


  • Kontynuował pan naukę w tym czasie?


Kontynuowałem naukę na tajnych kompletach maturalnych. Nasi wykładowcy byli na szczęście zgromadzeni, przynajmniej trzech, w rejonie ulic Raszyńska, Filtrowa. Więc tam spotykaliśmy się w grupach, czasem pięciu, czasem sześciu, czasem ośmiu, bo różne sprawy czasem przeszkadzały w tym, żebyśmy w komplecie znaleźli się na kompletach. Profesorowie byli wyrozumiali nawet na takie nasze potknięcia.

  • W jaki sposób pierwszy raz zetknął się pan z konspiracją?

 

Pierwsze kontakty w konspiracji to zawsze wynikały według tego samego schematu, na ogół. Początkiem było harcerstwo w szkole, zawarte przyjaźnie. W szkole najpierw się było wilczkiem, zuchem, później się marzyło o tym, żeby być druhem. To cała hierarchia. Ważna sprawa, zdobywanie tak zwanych umiejętności. Każda z tych umiejętności była pewnym symbolem, który nosiło się na ramieniu mundurka. [Do harcerstwa] trafiłem przez przyjaciół, przez mego serdecznego kolegę, nieżyjącego już Tadzia Zająca, pseudonim bojowy „Gryf”. Drugi kolega to był Marian Dąbrowski, pseudonim „Kangur”. Skakać nie potrafił. Byliśmy w jednej piątce. Formy organizacyjne to były takie: cztery piątki to drużyna, trzy drużyny to pluton, trzy plutony to kompania i tak dalej można by formacje poukładać. Już te dalsze rzeczy nas nie interesowały. My byliśmy właśnie w tych piątkach. Zadania nasze bojowe, początkowe nie były to jakieś zadania ważne. Jak zawsze w takich przypadkach: ulotki, napisy, jakiś transport czasem. A szkolenie przechodziliśmy później. Początkowo to była szkoła niższych dowódców. Później w latach 1943–1944 szkoła podchorążych. Tam zdobywaliśmy przeszkolenie wojskowe.

  • Czy któreś z zadań wykonywanych w pierwszym okresie konspiracji szczególnie zapadło panu w pamięć?


Miałem ciekawsze zadania, też związane z konspiracją, ale już nie z moim rodzinnym plutonem, bo byłem żołnierzem 334 plutonu III Obwodu Armii Krajowej Wola. Ale pracując w zakładach „Philipsa”, pracowałem początkowo – jak mówiłem – na radiolampach i żarówkach, ale później, już po roku pracowałem na montażu aparatury nadawczo-odbiorczej, właśnie dla niemieckiej marynarki wojennej. Od 10 maja 1940 roku, po upadku Holandii, zakłady zostały całkowicie już przejęte przez Niemców. Zmieniono nazwę zakładów na „Philips Werke” i produkcja dotyczyła w trzech czwartych aparatury dla wojska, a ta jedna czwarta to była produkcja nadal podtrzymana żarówek, termosów, radiolamp czy lamp nadawczych.
Praca na wydziale odbiorników, jak się popularnie mówiło – tak to nazwa brzmiała jeszcze przed wojną, a w czasie okupacji to już była aparatura nadawczo-odbiorcza specjalna – była o tyle ciekawa, że wiązała się, bez mojej świadomości, bo nie wiedziałem, że to jest jakieś ryzyko, z działalnością w zakładach „Philipsa” od 1939 roku już bardzo silnej komórki Podziemnego Państwa Polskiego. Animatorem działań tej komórki był porucznik lotnictwa Garliński, pseudonim „Spitfire” lub „Odrowąż”, miał dwa pseudonimy. On tworzył pierwszy zaczyn działalności konspiracyjnej. Ale najważniejszym elementem działalności konspiracyjnej w zakładach „Philipsa” było laboratorium badawczo-rozwojowe, prowadzone przez młodego, już wtedy dobrze się zapowiadającego inżyniera, Andrzeja Sołtana, później wybitnego naukowca, atomistę, twórcę Instytutu Jądrowego w Świerku. Inżynier Sołtan i Garliński raz, że tworzyli zręby organizacji wojskowej na terenie zakładów „Philipsa”, co było niesłychanie trudne, bo już po przejęciu przez Niemców całkowitej kontroli nad zakładami. Wprawdzie pozostała jeszcze dyrekcja holenderska, ale podstawową rolę odgrywał kontradmirał Strauch wyznaczony na szefa tej dużej jednostki i jego współpracownik, komandor Grams. Poza tym działała jeszcze silna – jak już mówiłem, byli Werkschutze – duża grupa Werkschutzów, czyli takiej straży przemysłowej. Na terenie zakładów, z uwagi na charakter produkcji, działała niemiecka Abwehra, na czele której stał pan Pająk, Polak z pochodzenia, ale całkowicie zniemczony. A od roku 1943 jeszcze działała na terenie zakładów, była zakwaterowana grupa prawie trzydziestu żołnierzy Wehrmachtu. Czyli zakład był pod całkowitą kontrolą i patrzono na ręce. Powiem państwu, że w tym okresie trwała formalna działalność produkcyjna na rzecz okupanta, ale równocześnie działalność konspiracyjna prowadząca do tego, że prowadzona była produkcja sprzętu nadawczo-odbiorczego dla Podziemnego Państwa Polskiego i Armii Krajowej. Wyprodukowano w sumie na terenie zakładu, w warunkach ciągłego dozoru, prawie sześćdziesiąt radiostacji i sto pięćdziesiąt jakichś drobnych urządzeń, tylko odbiorczych. Ale również były kontakty z wydziałami produkcyjnymi.
Zakład w sumie zatrudniał ponad dwa tysiące ludzi. Cieszył się dobrą renomą.

Od przed wojny to był zakład, który pracował na rzecz – między innymi – wojska, bo przygotowano wtedy produkcję aparatury radiowej dla lotnictwa, nowa zupełnie rzecz. Pan inżynier Sołtan i prowadził jeszcze taką działalność z tą grupą inżynierów pod nazwą „Submarine”. Więcej na ten temat wiedzą i piszą Anglicy jak my. Polegało to na tym, że grupy (właściwie to nawet nie były grupy, ale pojedyncze osoby, bo to nie była masowa działalność) pracujące przy montażu urządzeń nadawczo-odbiorczych posługiwały się preparatem, który dostarczał inżynier Sołtan, była to tak zwana pasta lutownicza. W tym okresie, o którym mówię, to wszystkie elementy sprzętu radiowego, w ogóle sprzętu, były lutowane tak zwaną cyną angielską. Wewnątrz drutu cynowego była jeszcze pewna ilość kalafonii. Jednym słowem, to bardzo pomagało. A [osoby] używające tej pasty, tylko na terenie zakładów – właściwie tylko pięć stanowisk było na każdej taśmie, taśmy były trzy, które się posługiwały tą pastą – nie miały nawet świadomości, tak jak ja pracując na drugim stanowisku i montując kondensatory, oporniki i lutując je do sprężynki lub bezpośrednio. Wiedziałem tylko, że trzeba przed lutowaniem, zanim dotknę kolbą, to posłużyć się pastą. W jakim celu, dowiedziałem się dopiero po wojnie. Posłużenie się tą pastą powodowało, że w aparaturze nadawczo-odbiorczej zainstalowanej na łodzi podwodnej czy też w ogóle na jakiejś jednostce na morzu, następowały pod wpływem zasolenia i wilgoci pewne reakcje w tym konglomeracie cyny i posłużenia się tą pastą, że aparatura w wielu przypadkach przestała pracować. Na przykład Anglicy podają dokładnie, jaka ilość łodzi podwodnych nie powróciła do baz macierzystych z powodu awarii urządzeń radiowych nadawczo-odbiorczych. Oczywiście nie tylko zakłady „Philipsa” w okupowanej Europie prowadziły tego rodzaju akcje i nie tylko „Philips” produkował na rzecz armii niemieckiej urządzenia radiowo-nadawcze. Ale w każdym razie pewna część wśród tej ilości, jak oni podają sto cztery jednostki, prawdopodobnie była również spowodowana działalnością sabotażową, prowadzoną przez grupę Sołtana i przez tych drobnych wykonawców, którzy nawet nie wiedzieli, co robią i dlaczego, przy montażu aparatury. Rzecz ciekawa, literatura na ten temat jest też ciekawa i dostępna.


Zresztą kolejną taką działalnością, szczególnie Garlińskiego i porucznika Karlińskiego, było to, że na terenie zakładów „Philipsa” powstała kompania Armii Krajowej „Philips”, przeszkolona znakomicie. Jak wyglądało szkolenie, to za chwilę powiem. To był jedyny przypadek, nie tylko w historii I czy II wojny światowej, ale w ogóle w historii wojen, żeby udział w walkach frontowych brała jednostka niosąca imię zakładu pracy i składająca się z pracowników tego zakładu. Kompania „Philips” zapisała piękną kartę w Powstaniu Warszawskim. Broniła warszawskiego Ratusza, przedtem walczyła jeszcze na Woli, później broniła Ratusza na placu Teatralnym. Ratusz nie padł do końca. Później jeszcze mieli piękną kartę w walkach na Powiślu, obrona Nowego Światu. Ładnie się zapisała formacja, kompania „Philips”. Niezależnie od tego to były warunki okupacyjne, było jeszcze czwarte dno, pracownicy różnych działów podejmowali różne działania, tak zwane fuchy, do dzisiaj zresztą praktykowane, jak na przykład frezerzy produkowali masowo z blachy aluminiowej grzebienie. Od razu na frezarce on ciął trzydzieści, czterdzieści, a później koledzy obrabiali to jeszcze, bo ten grzebień musiał być przecież gładki. Produkowali zapalniczki na dwa kamienie, znakomite zapalniczki, pierścionki z orłem cieszyły się dużym powodzeniem, papierośnice metalowe. Ale najważniejszym elementem produkcji, który był pożądany, i uznano, że tylko „Philips” wyprodukuje tego rodzaju urządzenie najlepiej, to zakład zatrudniał bardzo wielu wybitnych fachowców szklarzy na takich wydziałach jak lampy radiowe, termosy, żarówki, lampy nadawcze. To były złote ręce. Właśnie największym powodzeniem cieszyła się wykonywana przez nich aparatura do pędzenia bimbru, niezawodna. To nie były jakieś produkcje z rurek mosiężnych, miedzianych, bo w innych zakładach też produkowano takie urządzenia, u „Gerlacha” czy u „Lilpopa”, ale „philipsowskie” urządzenia ze szkła wiedeńskiego to była najwyższa klasa. Widzi pan, tego rodzaju różne przejawy działalności można było obserwować w zakładach „Philipsa”. Zakład dobrze zorganizowany. Miał do końca też taką dyrekcję – powiedziałbym – kierownictwo polskie. Było trzech Holendrów, którzy się pięknie zapisali. Dwóch było żołnierzami Armii Krajowej. Każdy z nich otrzymał później Warszawski Krzyż Powstańczy. Współpraca polsko-holenderska była naprawdę serdeczna i utrzymywała się bez żadnych sekretów przez cały okres okupacji niemieckiej.


Jeszcze to jest ciekawa rzecz, że była czwarta część działalności Sołtana i jego współpracowników w laboratorium nadawczo-produkcyjnym. Mianowicie Sołtan pracował, to już wybiegam w przyszłość, bo jego zainteresowania z tym związane to się ujawniły w kilkanaście lat później, ale pracował nad konstrukcją niezwykłego urządzenia o nazwie cyklotron. Cyklotron to było urządzenie do przyspieszania cząsteczek elementarnych. Chciał uzyskać w ten sposób pewne izotopy, które były mu potrzebne do dalszych badań. Ale to jest polski wkład. W 1943 roku w zakładach strzeżonych pilnie przez Niemców, powstawało urządzenie, które później dopiero [przerodziło się] – tak jak w tej chwili obserwujemy ten wielki zderzacz hadronów, to jest początek, prototypy wychodziły. Nie tylko Sołtan pracował w Europie nad tym tematem, ale Sołtan doprowadził do tego, że ten cyklotron działał. Przy próbach cyklotronu następował pobór gigantycznych ilości prądu. Napięcie siadało i w zakładach, i w dzielnicy, więc nie można było prowadzić tego rodzaju doświadczeń w takich warunkach, bo przecież natychmiast reagowali Niemcy. Dopiero koledzy inżynierowie z elektrowni tramwajowej, również zaprzysiężeni żołnierze Armii Krajowej, poradzili Sołtanowi, jak pobierać prąd bez obniżki mocy. To była też taka dalsza ciekawostka, że kiedy nastąpił już upadek Woli i powstańczej załogi „Philipsa” – bo „Philips” został opanowany od wewnątrz i zewnątrz przez pracowników „Philipsa” – to właśnie na przełomie września i października przybyła już grupa do demontażu urządzeń produkcyjnych, bo zakład został ewakuowany do Austrii, w rejon miejscowości Krems. Przeglądając to wszystko, co mieli do zabrania, natrafili w laboratorium badawczo-rozwojowym inżyniera Sołtana na jakieś rysunki – to inżynierowie byli zajęci przy likwidacji laboratorium – i części aparatury, które ich zaskoczyły. Natychmiast się skontaktowali z naukowcami w Berlinie. Przecież było dwóch wybitnych naukowców niemieckich. Pod ich kierownictwem jakikolwiek strzęp papieru, rysunek Sołtana, wszystko zostało starannie przejrzane i zabrane do Berlina. Przed dwoma laty, kiedy była próba uruchomienia tego urządzenia w Szwajcarii, tego zderzacza hadronów, to zadzwoniłem do dwóch zaprzyjaźnionych redakcji telewizyjnych TVPN i TV24, informując ich: „Słuchajcie, na naszych oczach dzieje się historia. Ma być uruchomione tego dnia to wielkie urządzenie. Początki tego są również polskie. Nie tylko polskie, bo nie tylko Sołtan nad tym pracował. Żyje jeszcze trzech, starych już wiekiem, ale jeszcze wykładających na Politechnice inżynierów, którzy byli związani z tym tematem. Spotkajcie się przy okrągłym stole i powiedzcie sobie nawzajem, że tu jest polska myśl techniczna, datująca się na 1943 rok, kiedy w warunkach niezwykłych okupacji niemieckiej i pod nosem dozoru niemieckiego powstawały tego rodzaju urządzenia i były nawet już czynne”. Ale nic z tego nie wyszło. Ani jedna, ani druga rozgłośnia nie przejawiła zainteresowania, a szkoda.

  • Czym jeszcze zajmował się pan w zakładach „Philipsa”?

 

Byłem jeszcze członkiem zakładowej straży pożarnej. Zakładowe straże pożarne cieszyły się pewnymi [względami], powiedziałbym, były traktowane liberalnie przez władze okupacyjne. Straż pożarna była potrzebna, zakład też był potrzebny. W okresie przedwojennym straż pożarna zakładowa normalnie pracowała w dzień, ale w nocy, raz, dwa razy w tygodniu miało się tak zwany nocny dyżur, za który zresztą dostawało się pieniądze i suchy prowiant, na przykład konserwy mięsne bardzo cenione. Działalność straży była bardzo ciekawa. Raz, że nauczyłem się tego strażactwa. I jeśli dzisiaj jestem zapraszany na przykład do Centralnej Szkoły Pożarniczej – legitymację strażaka mam do dzisiaj w kieszeni, ważna do końca 1944 roku – i jak rozmawiam z nimi na temat sprzętu strażackiego, to jestem na bieżąco. Możemy mówić o drabinach, o wężach, o motopompach, to mi się wszystko utrwaliło w pamięci. Ale właśnie pod przykrywką działań i ćwiczeń strażackich ćwiczona była kompania „Philips”. Większość tej grupy strażackiej to byli właśnie żołnierze kompanii „Philips”, doskonale przeszkoleni. Ćwiczyliśmy nawet krok defiladowy, tak, na terenie. Arcyciekawe ćwiczenia z drabinami, z pozorowanym gaszeniem materiałów łatwopalnych. Nawiasem mówiąc, właśnie podczas ćwiczeń strażackich, a nie podczas wojny, okupacji, Powstania Warszawskiego, przeżyłem największe uczucie strachu na wysokiej drabinie Magirus wyrzuconej na czterdzieści sześć metrów do góry na samochodzie. Jestem na [literę] „B”, więc byłem pierwszy, który był na liście do ćwiczenia. Zadanie polegało na tym, że trzeba było wejść na górę, na ostatnim szczeblu drabiny zapiąć się zatrzaśnikiem do ostatniego szczebla i zrobić jaskółkę. Był problem taki, na ogół pas strażacki z zatrzaśnikiem nosiło się tak dosyć luźno, żeby nie uciskał. Jak się wchodzi na drabinę, to jest na razie bardzo szeroko, jak po schodach szerokich, ale im wyżej, tym węziej i jeśli już jestem na górze i zaczepiam się tym zatrzaśnikiem, okazuje się, że pas w ogóle mi leci pod brodę, bo był źle zapięty, za luźno, a równocześnie czuję, że ta drabina się rusza i niebacznie spojrzałem, widzę daleki obraz, gdzieś tam aż poza Otwock i drabina leci prawie dwa metry. A ja na dole patrzę, że samochodzik jest taki [malutki], a szczebel drabiny [od niego większy], więc nieprawdopodobne, żeby ten mały samochód na dole utrzymał mnie i tę drabinę. Ale po małym momencie drabina się cofa. Nie mam oczu z tyłu, więc już nie ma tego wrażenia, ale w każdym bądź razie to było naprawdę uczucie podświadomego jakiegoś przerażenia, że ja tam spadnę.
Poza tym jak wyglądała działalność strażacka? W okresie okupacji Warszawa przeżyła (w sumie to jest mało znana rzecz) pięć ataków lotnictwa radzieckiego na miasto. Dwa były takie nieznaczne. Pojedynczy samolot drugiego dnia po wybuchu wojny zrzucił jedną z bomb – jak byśmy teraz powiedzieli – przy misiach na Pradze. Między misiami a szpitalem bomba uderzyła w tramwaj, powodując duże straty. Ten sam samolot zrzucił drugą bombę, która spadła na Krakowskim Przedmieściu, między apteką Wendego a pomnikiem Mickiewicza. Masa ofiar. Piękny słoneczny dzień, kto się spodziewa, że nagle z góry spadnie dwustukilogramowa bomba. 13 listopada był podobny przypadek, samotny samolot bez ogłoszenia alarmu zrzuca też tylko dwie bomby. Jedna spada na rogu Srebrnej i Miedzianej w niewielki bazarek, znów jest masa ofiar. Druga bomba trafia celnie w tor kolejowy na ulicy Towarowej, tuż przy wiadukcie. Później były trzy nocne naloty potężne: w nocy z 20 na 21 sierpnia 1942 roku, z 1 na 2 września 1942 roku i największy, potężny, od roku 1939 największy atak lotniczy, trwający dwie godziny, z 12 na 13 sierpnia. Okoliczności były niezwykłe, bo równocześnie płonęło podpalone przez Niemców małe getto. Aż w Warszawie widno jak w dzień, bo płoną setki domów i [jest] nalot. Ogromne straty poniosła ludność cywilna, padło ponad tysiąc dwieście osób. Nie ucierpiały wiele obiekty wojskowe, natomiast rejon ulic Marszałkowska, Śniadeckich i Koszykowa to były duże straty i w ludziach, i w zabudowaniach. Na dwie doby zamarła komunikacja tramwajowa, bo trzeba było naprawiać sieć tramwajową. To zapadło głęboko w pamięć.

Później mieliśmy też [akcję w getcie], straż pożarna „philipsowska”, ale nie tylko, bo i miejska. Bo byliśmy ściśle związani ze strażą miejską i w takich akcjach, jak właśnie po nalotach radzieckich, mieliśmy obowiązek zawsze wspólnie uczestniczyć według wskazań 4. oddziału straży miejskiej z ulicy Chłodnej 3. Mieliśmy obowiązek wyruszać do akcji w miejsca wskazane przez komendę straży miejskiej. W takich okolicznościach trzy dni świąt Wielkiej Nocy w roku 1943 spędziłem jako strażak fabrycznej straży pożarnej „Philipsa”, wspólnie ze strażą miejską, na terenie getta. Trwały wtedy walki w getcie i Niemcy palili dzielnicę na ogromną skalę. Straż była potrzebna po to, żeby chronić ogromne magazyny w rejonie ulicy Franciszkańskiej, placu Muranowskiego, które zawierały ogromne dobra wyprodukowane w tak zwanych szopach. To były takie zakłady produkcyjne zatrudniające Żydów. Szyto mundury, przygotowywano cały szereg elementów wyposażenia wojskowego i to wszystko było zagrożone tym ogromnym pożarem. Dwóch strażaków w tych akcjach zginęło, jeden ze straży fabrycznej, drugi ze straży miejskiej. Byliśmy między walczącymi stronami. Kiedy się zorientowaliśmy, że strzelają do nas, a mieliśmy hełmy pokryte farbą khaki, natychmiast pobiegliśmy do motopomp, żeby benzyną zmyć kolor, żeby hełmy błyszczały, żeby wiedzieli, że my nie jesteśmy stroną. Niezwykłe obrazki. Staraliśmy się, szczególnie strażacy miejscy, którzy mieli duże samochody i mogli coś w tych samochodach ewentualnie – coś to znaczy dzieciaka, drobnej budowy dziewczynę, kobietę, rzadziej mężczyznę – spróbować w miejsce wężów, które się zostawiało na miejscu, ulokować i próbować wywieźć z getta. Widzieliśmy, jak wyciągano z getta albo jak sami wychodzili Żydzi, natychmiast mężczyźni byli rozstrzeliwani, kobiety odprowadzano gdzieś tam w rejon ulicy Stawki na Umschlagplatz i byli wywożeni do Majdanka.


Do nas, do „Philipsa” w tych okolicznościach właśnie niezwykłych, trafił młody, szesnastoletni chłopak o typie tak semickim, że nie miał żadnych szans pojawić się na ulicy: rudy, [charakterystyczne] rysy twarzy. Nastąpiła taka dziwna historia: jak już się znalazł w zakładzie, musieliśmy go ochrzcić. Marynarz floty pińskiej, Władek Górski mówi: „Ja się nazywam Górski, ty też od dzisiaj się nazywasz Górski”. A Andrzej Szpryngelt mówi: „Ja mam na imię Andrzej, jesteś Andrzejem Górskim”. Tak go ochrzcili. Był pod opieką straży. Został przyjęty, to znaczy wciągnięty w listę strażaków, więc nie musiał wychodzić na ulicę, bo on już spał w remizie strażackiej przez półtora roku, do wybuchu Powstania. Poza tym pracował zawodowo. Na wydziale termosów zajmował się transportem. Transportował w takich ogromnych pojemnikach szklanych azotan srebra. To substancja trująca, więc musiał mieć do tego celu długi ochronny fartuch i kapuzę na twarz, która go trochę maskowała, ale wszyscy wiedzieli w zakładzie, że to Żyd, i nikt go nie wysypał. Przetrwał do Powstania i z tego, co się dowiedziałem, w oryginalny sposób trafił, też przez „Philipsa” – ewakuowano urządzenia „philipsowskie” i na terenie zakładu była część załogi „Philipsa”, niewielka, około dwustu osób, którzy trafili razem z tymi urządzeniami – do Kremsu. I trafił z tym – miałem takie relacje, że tak było – również Górski. Później okrężną drogą, wojna skończyła się szybko, tam była strefa amerykańska, więc trafił do Stanów Zjednoczonych i ślad po nim zaginął. Co się dzieje z Andrzejem Górskim? Jak się nazywał? Nie wiem. Nie mamy nawet żadnej jego fotografii. Ale pamiętam, ja go dzisiaj widzę, tak jak patrzę, tutaj jakby siedział na krześle.

  • Czy matka wiedziała o pana zaangażowaniu konspiracyjnym?


Wiedziała.

  • Jak reagowała na to?


Jak matki w takich sytuacjach. Lata okupacji, to, co się działo na zewnątrz, też w sposób już taki – powiedziałbym – wyraźny określało, jaki jest stosunek okupanta do nas, że należy jednak w jakiś sposób przeciwdziałać temu. A to przeciwdziałanie to przede wszystkim mogło być realizowane przez ludzi w wieku osiemnaście–trzydzieści lat. Ci, którzy stanowili najważniejsze elementy państwa podziemnego, młodzi ludzie.

  • Czy pamięta pan, kiedy składał przysięgę?

 

W 1941 roku. To był ważny moment. Wszystko się odbywało na ulicy Staszica. Były nas dwie piątki, które wtedy przysięgały. Dobrze pamiętam, że w mieszkaniu Tadzia „Gryfa” Zająca. Przeżyliśmy bardzo ten moment.

  • Wtedy wybrał sobie pan pseudonim?


Wtedy, tak. Z tym się wiązała jeszcze druga ważna sprawa, wie pan. Kiedy już wiedziałem przed przysięgą, że chciałem być człowiekiem – nie tyle człowiekiem, co chłopakiem – który może być dopuszczony do jakichś poważniejszych działań, nie ulotki, nie pisanie czegoś na ścianie, wobec tego trzeba być człowiekiem starszym i przy pomocy mego stryja Władysława Baranowskiego, który miał dostęp do różnego rodzaju dokumentów, zarówno w ratuszu jak i w urzędzie pracy, zmieniłem sobie datę urodzenia na 1923 rok. Byłem człowiekiem starszym, poważniejszym. Szczególnie jak był nabór do szkoły podchorążych, to już mogłem się ubiegać. To było dla mnie dużym kłopotem później, bo w 1951 roku, kiedy miałem za sobą już ujawnienie i przejście przez komisję weryfikacyjną, już nawet po tym, kiedy w roku 1949 – jak już mówiłem – zdegradowano nas, całą tę grupę do stopni szeregowców, to nagle w 1951 roku dostaję nagłe wezwanie do RKU. A kiedy się tam zjawiam, to już jestem pod dozorem. Myślę: „Co się stało? Dlaczego?”. A ten rozmawiający ze mną kapitan: „Proszę pańską książeczkę wojskową”, którą mam do dzisiaj zresztą. Mówi: „Ja pana powinienem zamknąć”. – „A dlaczego panie kapitanie”. – „Bo pan sfałszował dokumenty. To nie jest właściwy rok urodzenia. Bo pan chciał uniknąć służby wojskowej, bo rocznik pański – 1925, to kwalifikowałby się w 1946 roku do poboru”. Nie wiem, jak do tego dotarli w ogóle. Mówię: „Nie, panie kapitanie” i mówię, jakie okoliczności były, okupacja. I z najwyższym trudem wyszedłem już bez dozoru, ale w książeczce wojskowej, którą panu przy okazji pokażę, jest wpis czerwonym atramentem, pod pieczątką okrągłą, czyli mam zmienioną w 1951 roku datę na datę właściwą, rok 1925. Odmłodziłem się gwałtowanie o dwa lata, co się wiązało właśnie z tym okresem przed przysięgą.

  • Skąd się wziął pana pseudonim?


Pseudonim nie tylko mój, kilku kolegów miało pseudonim „Jur” i wszyscy kierowaliśmy się tym samym przekonaniem, że to jest właściwy, dobry pseudonim. Wiązało się to z wyświetlaniem w roku 1943–1944 polskiego filmu pod tytułem „Dziesięciu z Pawiaka”. Temat filmu to niesłychanie odważne działanie grupy polskich bojowców ówczesnej Polskiej Partii Socjalistycznej – to był rok 1905 – którzy byli skazani na karę śmierci. Odsiadywali swój wyrok w więzieniu na Pawiaku. I grupa tych polskich bojowców pod dowództwem późniejszego pułkownika, a jeszcze później generała Gorzechowskiego, który miał pseudonim konspiracyjny „Jur”, przeprowadziła śmiałą akcję uwolnienia, wydobycia tych dziesięciu więźniów skazanych z więzienia „Pawiak” i wywiezienia z Pawiaka przy pomocy takiej autentycznej prawie kibitki więziennej w asyście przebranych żandarmów rosyjskich, na czele których stał właśnie w mundurze pułkownika żandarmerii rosyjskiej Gorzechowski „Jur”. Że to była akcja śmiała i trafiała do wyobraźni młodych ludzi, bardzo wielu z nas przybrało sobie taki pseudonim filmowy, można powiedzieć.


  • Czy podczas okupacji podtrzymywał pan swoje zainteresowanie sportem?


Proszę pana, podtrzymywałem o tyle, że działalność sportowa nie zamarła w Warszawie, szczególnie na Żoliborzu. Działał klub „Promyk”. Rozgrywane były mecze piłkarskie, praktycznie bez publiczności, a nawet oglądano się, czy nie nadchodzi patrol podejrzanej grupy żołnierzy niemieckich. Były nawet toczone na podwórzach domów spotkania bokserskie. Miałem jeszcze do niedawna fotografię z takiego spotkania. Na przykład mój przyjaciel Tadzio Molenda to był wielki talent bokserski i sekundowałem w jego walce na podwórzu domu ulica Chłodna 51, przy trzepaku. Były nawet próby ścigania się na rowerach na ówczesnej pętli alei Niepodległości, ale to było ryzykowne, takie posunięcia. Działalności czysto sportowej nie było. Natomiast z kategorii sportu to należało do moich zainteresowań śledzenie listy poległych sportowców niemieckich, bo prasa dostępna tu, na terenie, „Nowy Kurier Warszawski”, tak zwana gadzinówka, zamieszczała raz w tygodniu rubrykę sportu. Tam nie tylko polegli byli, ale również to, co się działo w sporcie, bo na przykład w Szwecji się sport rozwijał, działał. Niemiecka reprezentacja rozgrywała mecze piłkarskie. Jednym słowem, coś się działo w sporcie. Ale od czasu do czasu właśnie w rubryce sportowej czytam: „Rudolf Harbig zginął pod Stalingradem”. To była wybitna postać. Harbig to był znakomity średniodystansowiec. Jego wyniki w 1938 roku nie ustępowały [dzisiejszym]. Praktycznie biorąc, mógłby w niejednym finale pobiec teraz: minuta czterdzieści sześć na osiemset metrów, czterdzieści sześć i sześć na czterysta. Taką wzmiankę też czytam: „Baworowski zginął w walkach o Stalingrad”. Baworowski – Austriak, po aneksji Austrii polski tenisista. Hrabia Baworowski brał udział w meczu Polska-Niemcy w 1939 roku, a później znowu w reprezentacji Niemiec. A później był w Wehrmachcie i zginął. Więc kilka takich nazwisk znaczących wtedy w sporcie europejskim mogłem znaleźć w rubryce „Polegli na froncie”.

  • Jak zapamiętał pan ostatni miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego?


Ostatni miesiąc może nie, ale ostatnie dwa tygodnie były takie znaczące, bo już mniej więcej od połowy lipca przez Warszawę zaczęły się przetaczać wielkie, długie kolumny maruderów z rozbitych jednostek niemieckich; ludność cywilna na wozach, pędząca swój dobytek, bydło. A poza tym wiedzieliśmy, że ruszyła wielka ofensywa, nie wiedzieliśmy, że to [niezrozumiałe 10:15], ale że ruszyła wielka ofensywa z krańców Białorusi. A w ostatnich dniach przedpowstaniowych Warszawa była już miastem przedfrontowym. Nad miastem pojawiały się często radzieckie myśliwce na niewielkiej wysokości, bez żadnych działań, bez strzelania, po prostu przelatywały. W nocy były bombardowane węzły kolejowe na Pradze, na Targówku przez rosyjskie lotnictwo bombowe. […]
O siódmej rano [1 sierpnia] dowódca 2 Armii Pancernej Gwardii, generał Radzijewski wydaje rozkaz przejścia do obrony, bo bitwę przegrał. Natomiast my od rana, od godziny ósmej, dziewiątej otrzymujemy rozkaz podejmowania walki. Bitwa na przedpolach Warszawy, pod Radzyminem trwała jeszcze trzy doby, ale kiedy 3 sierpnia zamilkły działa, to już wiedzieliśmy, że jesteśmy sami, już tylko mogliśmy patrzeć w niebo, czy przylecą i coś rzucą nasi sojusznicy z Zachodu. Straszne uczucie bezsilności. Tak że to były niezwykłe godziny, te właśnie ostatnie… Poza tym, mieszkając na Woli, mogłem obserwować takie zjawisko. W dniach 30-31 lipca rozładowywane były na bocznicach kolejowych Piastowa i Pruszkowa elementy dywizji „Hermann Göring”. Na Woli pojawiało się mnóstwo młodych ludzi, mieli opaski na rękawach: Dywizja „Hermann Göring”. Wypełnili wszystkie knajpki, kawiarnie. Podejmowaliśmy też różne transakcje kupić-sprzedać. Szczególnie broń nas interesowała, ale bez większego powodzenia. Część tych elementów Dywizji „Hermann Göring” została rozlokowana w Ulrychowie na terenie ogrodów Ulricha i Hosera, a tam znajdowały się zapasy broni, amunicji III Obwodu wolskiego. Nie było możliwości dotrzeć do tego. Cała część, tak zwany III Okręg [Rejon? – red.] Obwodu Wola był pozbawiony broni. Poza tym ta ogromna ilość żołnierzy niemieckich na ulicach wskazywała na to, a my już po tym próbnym alarmie 27 lipca, kiedy byliśmy poderwani teoretycznie do akcji, ale rozpuszczeni na drugi dzień rano, wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z ogromną przewagą niemiecką. Wiedzieliśmy, że to są żołnierze dywizji pancernej i już można było w ciemniejszych barwach patrzeć na to, jak się rozwinie nasza sytuacja na ważnym odcinku Woli.

  • Gdzie znajdował się punkt, do którego miał pan dotrzeć przed godziną siedemnastą?

 

Zgrupowanie było rozlokowane na terenie od ulicy Płockiej, poprzez Górczewską, dalej Okopową, ulicę Mireckiego. Osią była ulica Okopowa, ale nasza zbiórka powstańcza była na terenie Szpitala Wolskiego, ogrody szpitala i kotłownia, gdzie otrzymaliśmy zapasy, bo tam była ukryta właśnie głęboko w węglu i kotłach broń. Dostaliśmy opaski i tu było pierwsze ogromne zaskoczenie dla nas, dlatego że tak byliśmy szkoleni, że akcja powstańcza miała się rozpocząć w nocy albo wczesnym rankiem, o świcie, o bladym świcie. Mieliśmy tu, na Woli, ta grupa, która się gromadziła w rejonie Szpitala Wolskiego, za zadanie opanowanie dużego obiektu niemieckiego, magazynu paliw o nazwie „Naftusia”. To jeszcze przedwojenna nazwa. Duży teren, otoczony wysokim, ponad trzymetrowym murem, dwie bramy, jedna od ulicy Okopowej, druga od ulicy Wawrzyszewskiej, cztery wieże strażnicze na rogach, obsadzone przez niemiecką broń maszynową. W ćwiczeniach na ten temat, bo wszyscy wiedzieli, jakie obiekty będą atakowane – spis tych obiektów też można zobaczyć w wydawnictwie – tych obiektów było ponad sześćset w Warszawie, ogromna ilość, z obsadą niemiecką podane, jaka jest siła niemiecka, jakimi siłami będziemy uderzać. Ten obiekt miał być [zdobyty] tak: bramy miały być zaatakowane przez saperów i wysadzone, powstańcza broń maszynowa miała zlikwidować gniazda karabinów maszynowych niemieckich, broń stromotorowa miała wyrzucić kilka pocisków, które by trafiły na to wielkie podwórze bazy.


Rezultat: nie było nocy, nie było wczesnego świtu, był jasny, słoneczny dzień i dwa plutony, ponad setka chłopaków atakuje z „sidolkami” w ręku, [do tego] sześć karabinów, jeden pm. Dobrze, że przytomny dowodzący tymi plutonami porucznik „Wit” po pierwszych stratach, kiedy się zorientował, jak wygląda sytuacja (bramy też niewysadzone), wycofał ludzi z przedpola tego obiektu. Ale to pierwsze wrażenie – broni. Opaska piękna rzecz – Wojsko Polskie, numer plutonu, „sidolka”. Nawet nie wiedzieliśmy, jakie będzie działanie tej „sidolki”, jeśli ją rzucimy.

  • Jak był pan uzbrojony 1 sierpnia?


Trudno powiedzieć o uzbrojeniu, bo to był bardzo starego typu karabin, z niewielką ilością – dwie łódeczki – amunicji, czyli dziesięć sztuk i „sidolówka”. Jeszcze gorzej byli uzbrojeni niektórzy koledzy, którzy mieli tylko albo „sidolkę”, albo „filipinkę”. I to dotyczyło formacji przyzwoicie wyposażonej na tle innych formacji, bo byli tacy, którzy się zjawili na punkcie zbiórki i w sumie mają do dyspozycji dziesięć granatów i jeden karabin. A do ataku ważny, duży, mocno broniony obiekt.

Naturalnie, że w miarę później upływu czasu [sytuacja się zmieniała]. To był taki paradoks, już sięgnę nawet do końca Powstania – zrzuty lotnicze. Pierwszy taki zrzut miał miejsce z 1 na 4 sierpnia, a okoliczności tego zrzutu też były niezwykłe. Tej nocy startowało z baz w Brindisi siedemnaście maszyn – Halifaksów, Liberatorów z zadaniem dokonania zrzutów na terenie Polski. Ale marszałek Slessor, dowodzący terenem działania na Morzu Śródziemnym i w rejonie Morza Śródziemnego, nie pozwolił na zrzuty nad Warszawą. Mimo że pierwsze depesze, które dotarły do Londynu 2 sierpnia, nie 1 sierpnia, bo 1 sierpnia nie można było nawiązać kontaktu z uwagi na konstrukcję budynku, w którym się mieściła Komenda Główna Armii Krajowej na ulicy Zielnej. Konstrukcja żelbetowa, metal nie pozwalał na kontakt. Więc pierwsze depesze, które 2 sierpnia dotarły do Londynu, to były zrzuty broni i amunicji, wskazano nawet miejsca, gdzie mają być te zrzuty dokonane. Więc Slessor nie zgodził się, żeby żadna z tych maszyn mogła dokonać zrzutu na Warszawę. Ale w porozumieniu z dowódcą bazy polskiej w Brindisi pułkownikiem Maciuszkiewiczem cztery polskie załogi wbrew rozkazowi Slessora podjęły próbę lotu nad Warszawę i dokonania zrzutów. Jedna z załóg kapitana Mioduszewskiego była ostrzelana po drodze, w rejonie Piotrkowa i tam zrzuciła swój ładunek. Na szczęście trafił do rąk 25. Dywizji AK. Natomiast trzy maszyny dotarły nad Warszawę – szukam nazwisk pilotów, które jeszcze przed chwilą miałem [w głowie] – i dokonały zrzutów nad rejonem Woli. Zasobniki spadły w rejonie cmentarza żydowskiego, ewangelickiego, kalwińskiego, część w rejonie ulic Młynarska, Staszica. Była to ważna i potrzebna pomoc, która przyszła w ostatnim momencie. Była tam broń przeciwpancerna, PIAT-y i duży zapas amunicji do PIAT-ów, ciężkie granaty [typu] Gammon, broń maszynowa, steny z dużą ilością amunicji. Poczuliśmy się uzbrojeni.


Kilka godzin po zrzucie nastąpiło potężne uderzenie niemieckie, idące od Woli w kierunku do centrum miasta. I tylko broń przeciwpancerna pozwoliła Zgrupowaniu „Radosław”, który obsadzał ten rejon, w obronie pozycji i powstrzymaniu natarcia niemieckiego, [broń] była bezcenna. I w ostatnim momencie nadeszła pomoc. Ale równocześnie dla nas rozpoczął się ogromny dramat, bo już 4 sierpnia rozpoczął się ogromny pożar, na krańcach Woli na razie, a później już, 5 sierpnia płonęła cała dzielnica, było widno jak w dzień. A za grenadierami pancernymi, działami szturmowymi szły oddziały egzekucyjne, które rozstrzeliwały wszystkich, bez względu na wiek i płeć. Ilu zginęło mieszkańców Woli, do dziś nie wiemy. Są ilości trzydzieści tysięcy, trzydzieści pięć, czterdzieści tysięcy, są rzucane wielkości pięćdziesiąt tysięcy. Nikt nie wie. Praktycznie biorąc, przestała istnieć dzielnica i zostali zniszczeni kompletnie, rozstrzelani mieszkańcy. Dla nas to był wielki dramat, bo bardzo wielu żołnierzy Zgrupowania „Radosław”, tak jak ja, to patrzyło przecież z ogromnym przerażeniem na to, co się dzieje. Tam byli nasi bliscy, rodziny, sąsiedzi, koledzy. Byliśmy bezsilni.

Trwał nacisk niemiecki na dzielnicę. Cofaliśmy się powoli do ulicy Okopowej, straciliśmy cmentarze. 11 sierpnia została podjęta decyzja opuszczenia Woli i tu właśnie przeżyłem takie niezwykłe wydarzenie. Zaciskały się kleszcze niemieckie. Część formacji niemieckich uderzało od ulicy Powązkowskiej, druga część od strony getta, Pawiaka i groziło nam kompletne okrążenie. A mieliśmy jeszcze ogromną ilość rannych w szpitalach i trzeba było w rozsądny sposób wycofać się. Zajmowaliśmy wtedy pas ulicy Okopowej, gdzie było kilka garbarni Pfeiffera, Temlera, Weigle’a. Wtedy, 11 sierpnia dowódca zgrupowania, pułkownik Radosław Mazurkiewicz, szef „Kedywu” w Komendzie Głównej Armii Krajowej, ważna postać, odważny żołnierz o pięknej przeszłości, jeszcze legionowej, podjął decyzję. Poderwał nasz Batalion „Miotła”. Kwaterowaliśmy wtedy w garbarni Pfeiffera. Poderwał nasze plutony, polecił zostawić plecaki na miejscach, nic, tylko broń i osobiście poprowadził natarcie na pozycje niemieckie w rejonie obecnego ronda „Radosława”. To natarcie powstańcze trzech plutonów wspierał czołg, ostatni nasz czołg.
Sprawa czołgu to też jest ciekawa historia, możemy wrócić jeszcze do tego, jak one dostały się w nasze ręce, jak ważny element natarcia i obrony stanowiły. To był taki piękny sienkiewiczowski obrazek: trzy plutony są w akcji, prowadzi je osobiście „Radosław”, towarzyszy mu dowódca naszego batalionu, jego brat „Niebora” i porucznik „Olszyna” Wiwatowski. Pozostałe plutony stoją pod ścianą garbarni, czekając na dalsze rozkazy, czy natarcie tych trzech plutonów się uda, czy należy je wzmocnić kolejnymi plutonami. Tych kolejnych nie było wiele, były cztery plutony jeszcze oczekujące na rozkaz. Natarcie się powiodło, ale kosztowało życie czterdziestu żołnierzy. Zginął dowódca Batalionu „Miotła”, brat Mazurkiewicza, „Niebora”, ciężko ranny został „Radosław” i w wyniku uderzenia pocisku artyleryjskiego „Olszyna” Wiwatowski stracił dwie nogi i zmarł z upływu krwi. Ale natarcie się udało, ta droga została otwarta na Stawki, na Muranów. Wyprowadziliśmy rannych, wyprowadziliśmy oddziały i rozpoczął się kilkudniowy bój o Muranów.
Te ogromne magazyny mundurowe – to też jest mała wstawka. 1 sierpnia oddział Zgrupowania „Radosław” dowodzony przez porucznika „Stasinka” Sosabowskiego, syna generała Sosabowskiego, zdobył praktycznie bez większych strat, dwóch rannych tylko, właśnie ogromne magazyny żywnościowe i mundurowe na Stawkach. Była masa mundurów różnego rodzaju: panterki, ubrania zimowe i ogromne zapasy żywności, konserwy, cukier. Jedyne, czego nie było, to broni i butów. Więc nastąpił okres walk o Muranów. Zajezdnie tam mają na Muranowie, szkoły, trzy duże budynki szkolne, które istnieją do dzisiaj, nawiasem mówiąc. A później, po utracie Stawek 17 sierpnia, po utracie dalszych obiektów na Muranowie przeszliśmy na Stare Miasto. Zgrupowanie objęło północny odcinek obrony Starego Miasta, od Wytwórni Papierów Wartościowych, wzdłuż ulicy Konwiktorskiej, następnie na lewo [ulica] Bonifraterska. Tu nastąpiły też niezwykłe wydarzenia. Od 22 do 25 sierpnia toczyły się bardzo ciężkie walki o teren szpitala i o kościół Jana Bożego. To był ogromny szpital psychiatryczny o ogromnych tradycjach, istniejący już wtedy od stu kilkunastu lat, prowadzony przez bonifratrów. Linia naszej obrony przebiegała właśnie wzdłuż krawędzi szpitala, wzdłuż ulicy Konwiktorskiej do Bonifraterskiej, na wprost obecnego boiska Polonii. Tu nastąpiły wydarzenia niesłychanie dramatyczne, bo wiązały się z losem części ludzi psychicznie chorych. Lżejsze przypadki zostały już wcześniej rozlokowane w szpitalach staromiejskich, nawet w domach prywatnych, ale przypadki ciężkie tkwiły nadal w swoich celach. Kiedy wybuchy dwóch „goliatów” zniszczyły narożny budynek, Niemcy wdarli się na teren i walki toczyły się już na terenie poszczególnych pawilonów, kościoła. Należało wypuścić chorych i tu nastąpiły takie zupełnie niezwykłe obrazki, breugelowskie zupełnie. Po terenie, między walczącymi biegają postacie w długich, białych szatach, mężczyźni w białych piżamach.
Jesteśmy na terenie szpitala. Los tych ludzi był dramatyczny. Padali zarówno od kul niemieckich, jak i od nas, ale nie zdawali sobie zupełnie sprawy. Ze śpiewem biegali w kierunku nacierających Niemców. Śpiewając, wykrzykując różnego rodzaju sobie tylko znane sformułowania. Dla nas sytuacja o tyle była dramatyczna, ci chorzy ogromnie przeszkadzali w obronie, a równocześnie opuścić ten teren, duży teren szpitala, kilka pawilonów i kościół, mogliśmy tylko przez stosunkowo wąską bramę, wiodącą na ulicę Sapieżyńską, ale tę bramę my sami zabarykadowaliśmy do wysokości półtora metra. Rozebrać tej barykady nie można. Trzeba próbować ogniem osłonić odwrót kolegów. Ale obserwujemy taką sytuację. [Barykadę] ma przebiec nasza sanitariuszka „Sławka” Jędrzejewska. Mówię do niej jeszcze tak: „»Sławeczko«, nic ci się nie stanie, bo ty jesteś malutka” – mała dziewczyna. Ale w tym samym momencie na barykadzie pojawia się kot, czarny kot, który [zostaje] zdmuchnięty serią niemieckiej broni maszynowej. Deprymujące, jeśli kota zdmuchnęli, jakie my mamy szanse, żeby się wycofywać tą drogą. Z dużymi stratami, ale musieliśmy opuścić teren szpitala Jana Bożego. W naszym posiadaniu pozostała tylko niewielka kostnica na wprost ulicy Mławskiej. Jaki był los tych, którzy tam pozostali, nie wiemy. Przypuszczam, że większość tych chorych zginęła.


Mieliśmy tylko przypadek z kobietą, już później, po opuszczeniu tego terenu, ale to ciągle były nasze pozycje, biegnące wzdłuż ulicy Sapieżyńskiej. Żeby dotrzeć z naszych kwater z ulicy Franciszkańskiej, musieliśmy iść Franciszkańską, skręcić w Mławską – nie ulicą, tylko na tyłach domów – a później głębokim przekopem, który wiódł przez Mławską, dostawaliśmy się w rejon ulicy Sapieżyńskiej. Kiedy wychodziliśmy właśnie z tego wykopu, który był prawie że w sieni budynku ulicy Mławskiej 3, właśnie przez kilka dni mieliśmy taki niezwykły obrazek kobiety, która prawdopodobnie straciła syna albo to była jedna z tych szalonych kobiet z zakładu bonifratrów, bo ilekroć ktoś z nas wychodził, to ona pytała (chyba to był Janek): „Czy to ty, Janku?” – to taki moment bardzo deprymujący.
Później, to już w ostatnich dniach obrony Starego Miasta została podjęta przez dowództwo próba przebicia się oddziałów staromiejskich do Śródmieścia. Właściwie dzielnica już nie istniała, Stare Miasto już konało od wielu dni. Było rozstrzeliwane pociskami artylerii, bombardowaniem lotniczym. Nikt już nie gasił pożarów, od wielu dni nie było wody, żywności. Nikt nie próbował odsypywać już zasypanych po wybuchach bomb. Tak. Te ostatnie godziny były rzeczywiście dramatyczne, więc została podjęta próba przebicia się oddziałów staromiejskich poprzez pozycje Banku Polskiego na Bielańskiej i w ogóle uderzenie od ulicy Bielańskiej. Decyzja zapadła 29 sierpnia.

W dzień 29 sierpnia już wiedzieliśmy, że szykuje się jakaś duża akcja bojowa. 30 sierpnia wczesnym rankiem dowódca plutonu poinformował, że z liczącego wtedy około stu trzydziestu ludzi batalionu będzie wydzielona setka najlepiej uzbrojonych żołnierzy, która weźmie udział w desancie kanałowym z placu Krasińskich na plac Bankowy. Miał być podobno nieobsadzony przez Niemców, a naszym zadaniem, desantu kanałowego, tej setki żołnierzy, miało być obsadzenie wylotów ulic prowadzących na plac Bankowy, umożliwienie natarcia żołnierzy Starego Miasta i spotkanie się z żołnierzami Śródmieścia, które równolegle miało podjąć natarcie od strony placu Grzybowskiego i kierować się na Halę Mirowską. Więc zadanie było trudne. Wybrano tę setkę najlepiej uzbrojonych ludzi, ktoś musiał zostać. Cała setka zgłaszała się na ochotnika. Też na ochotnika zgłaszali się ewentualnie ci, co decydowali się na pozostanie. Więc na tym odcinku naszego zgrupowania, wiodącego właśnie od ulicy Bonifraterskiej daleko do Nowego Miasta pozostały trzy sześcioosobowe grupki obrońców. Dowodziłem grupką składającą się z dwóch dziewcząt Marii „Basi” i Joanny „Krystyny”, i czterech chłopaków. Nasze uzbrojenie: ja [miałem] karabin i granat, „Wirch” karabin i mały pistolecik sześciomilimetrowy, „Wrona” pistolet maszynowy, trzy magazyny i Czesio Malinowski z chlebakiem, w którym ma kilkanaście granatów. Ale mamy świadomość, że jeśli odejdą koledzy, my im zazdrościmy, że odchodzą, bo mają jakąś szansę, mimo że misja była straceńcza, oni też nam zazdroszczą, bo zostajemy na pozycjach, które już trochę znamy, mamy jako taką szansę, jeśli by nacierali Niemcy. Po opanowaniu placu Bankowego i powodzeniu tego natarcia mieliśmy opuścić pozycje, ale stało się inaczej. Mieliśmy opuścić pozycje na znak trzech zielonych rakiet, które miały być wystrzelone w rejonie placu Bankowego. Ale rakiet nie było. Rozkazów żadnych dalszych dla nas nie było, więc wysyłałem dwukrotnie Joannę „Krystynę” na ulicę Koźlą, gdzie było dowództwo zgrupowania, co mamy robić. I dopiero jak już prawie za godzinę miało świtać lekko, przyszedł rozkaz, że mamy ruszyć na wsparcie natarcia, mamy się znaleźć na terenie Banku Polskiego. Też taki moment dramatyczny, my odchodzimy z pozycji, a mieszkańcy domów pytają: „Gdzie idziecie? Zostawiacie nas samych. Jaki będzie nasz los? Co z nami zrobią Niemcy?”. A rozkaz jest rozkazem. Z najwyższym trudem przedzieraliśmy się w rejon ulicy Długiej. Po drodze też stojący przed piwnicami mieszkańcy niepochlebnie się wyrażali o naszym odwrocie. Kiedy dotarliśmy do ulicy Długiej, tłum zgęstniał. Teoretycznie to natarcie było otoczone tajemnicą wojskową, ale okazało się, że tajemnica przeniknęła gdzieś. Ulica jest wypełniona tłumem. A również chodniki zasłane rannymi, których niosą, ludność cywilna, bo ma szanse wyjść z piekła Starego Miasta. Założenie było takie, że nacierają oddziały zbrojne Zgrupowania „Radosław” i zgrupowania „Gozdawy”. Za nimi postępuje kolumna dowodzona przez pułkownika „Jesiona” z rannymi, a za nimi ludność cywilna już bez osłony. Ale już pierwsze natarcie się nie udało. Zaległo na linii ulicy Senatorskiej. Do Śródmieścia przeszła tylko siedemdziesięcioosobowa grupa, w większości żołnierze Batalionu „Zośka”, którzy przetrwali jedną noc w rejonie opanowanym przez Niemców, a później pozorując oddział niemiecki, w czym pomagały panterki i hełmy, osłony, już bez walki nawet przedarli się w rejon ulicy Królewskiej, w rejon giełdy i dalej do ulicy Zielnej, tracąc tylko jednego żołnierza i to żołnierza, który został zastrzelony przez nieorientujących się jeszcze kolegów broniących barykady u wylotu ulicy Zielnej.
My zostaliśmy i nasz los był dosyć niepewny. Kiedy się zgromadziliśmy na rozkaz, na wsparcie natarcia w rejonie ulicy Bielańskiej i Banku Polskiego nie było wiadomości, jakie są losy tej grupy, która nacierała pierwsza. Nie ma, nikt nie wrócił i nie mamy też wieści, że tam się jeszcze coś dzieje, że trwa walka. Wobec tego podjęto próbę, że my, zgromadzeni na podwórcu Banku Polskiego szykujemy się do natarcia. Przewodnik znający dobrze teren banku i najbliższe otoczenie prowadzi nas do bramy wiodącej na ulicę Daniłowiczowską. Przed tym jeszcze pada tradycyjna komenda: „Pm-y do przodu”. Koledzy, co mają broń maszynową, torują jak gdyby drogę. Strzelcy wyszukują tylko poszczególne cele i [idą] ci, co mają granaty. Ale wielka odpowiedzialność spoczywa wręcz na tej grupie, która może strzelać ogniem zmasowanym. Przewodnik wyprowadził nas przez bramę w kierunku prawej strony. Patrzymy, jak wygląda sytuacja. Ulica Bielańska, przez którą mamy przeskoczyć na drugą stronę do Senatorskiej, to właściwie ściana ognia. Widzimy smugi pocisków świetlnych i na dole, na wysokości kilkudziesięciu centymetrów, w połowie, aż do dwóch metrów przejście tej zapory wydaje się niemożliwe. Przytulamy się ufnie do muru Banku Polskiego, czekając na rozkaz. Nieoczekiwanie pojawia się postać porucznika „Grama” w białej furażerce, w długim płaszczu, który przynosi rozkaz odwołujący natarcie. Wracamy do życia.
Na dziedzińcu banku jesteśmy jeszcze świadkami nacisku pułkownika „Wachnowskiego” na „Radosława”, żeby za wszelką cenę ponowić natarcie, ale „Radosław” mówi: „Nie mamy żadnych wiadomości, jakie są losy tych, którzy tam gdzieś utknęli. Nie mogę wydać takiego rozkazu” – i nie podporządkował się.

Otrzymaliśmy rozkaz powrotu na nasze pozycje, na ulicę Sapieżyńską. Ale kiedy dotarliśmy do Franciszkańskiej, okazało się, że Sapieżyńska już jest opanowana przez Niemców, a niemieckie patrole bojowe przenikają już w kierunku ulicy Franciszkańskiej do linii naszych dawnych kwater. Więc obsadziłem barykadę u wylotu ulicy Świętojerskiej na Winiarską. Wzmocniliśmy tę barykadę i oczekujemy, co będzie dalej, bo Niemców mamy w odległości stu pięćdziesięciu metrów, po drugiej stronie ulicy Bonifraterskiej. Z wysokiego okna domu na rogu Świętojerska 13, na drugim piętrze – w ruinach właściwie domu, dom był już w ruinie – obserwujemy, że Niemcy wyprowadzają ludzi z rejonu właśnie ulicy Sapieżyńskiej, Zakroczymskiej i gdzieś tam ich gnają w kierunku Woli. Ale też prawie z daleka słyszymy gąsienice czołgów. Nie mamy wielkich szans na podjęcie walki z pancerną jednostką niemiecką, z piechotą może [moglibyśmy].

Później przenosimy się. Rozkaz rzuca nas na rejon ulicy Długiej i wylot ulicy Barokowej. Barykada u wylotu Barokowej stanowi ostatnią zaporę przed wdarciem się Niemców, którzy już opanowali ogród Krasińskich, uderzają na pałac Krasińskich. Jeśli przełamią tę barykadę, której bronimy niewielkimi siłami, to Niemcy przenikną na ulicę Długą, skierują się na prawo, na lewo, dotrą do miejsca ewakuacji kanałowej i to już jest koniec Starego Miasta. I tu następuje znów taki piękny obrazek, jaki miałem możliwość obserwowania 11 sierpnia. W rejonie ulicy Stawki, pod numerem 24 na Długiej, czyli tu niedaleko przy barykadzie, dwa domy, znajduje się siedziba dowództwa Grupy „Północ”, dowodzonej przez pułkownika „Wachnowskiego”. Orientując się, jaka jest sytuacja na barykadzie, „Wachnowski” z sześcioma oficerami sztabu uzbrojeni w broń maszynową wzmacniają obronę barykady. I barykada nie padła.


Ale dalsze losy też dramatyczne, bo już przyszedł rozkaz o zmroku opuszczenia Starego Miasta. Kolejne oddziały gromadzą się na dziedzińcu [Archiwum] Akt Dawnych, Długa 24. Cały dziedziniec zasłany jest rannymi na noszach, na drzwiach, na kocach. To byli ci, którzy byli przeniesieni, że ewentualnie przejdą do Śródmieścia z grupą pułkownika „Jesiona”. Przechodzimy obok nich, nie patrząc im w oczy. Nie ma żadnych możliwości, żeby trafili do kanału. To są ciężkie przypadki: amputacji kończyn, ran brzucha, głowy. Słyszymy ich głosy: „Koledzy, nie zostawiajcie nas”. Wiemy jaki ich czeka los, ale sami za chwilę możemy być w podobnej sytuacji jak oni. Niemieckie granatniki padają już bardzo blisko, więc musimy ich zostawić. Zabraliśmy tylko wcześniej już ze szpitala na ulicy Długiej 7, dwóch naszych lżej rannych kolegów: „Szatana” Staworzyńskiego i „Sęka” Jaskółowskiego. Możemy ich nieść tylko na kocach, a trzeba jeszcze dotrzeć do kanału, trzeba wyjść na Długą. Cały ten rejon jest pod obstrzałem broni stromotorowej. Ale ruszamy na komendę, mamy przewodnika i cała ta nasza grupa, licząca około czterdziestu osób wyrusza z bramy, skręca w lewo ulicy Długiej. Kanał jest w odległości sześćdziesięciu metrów, ale musimy się chwilę zatrzymać, dlatego że kanał jest pod ogniem. W tym momencie następuje moment niezwykły, że obok nas sanitariuszki przenoszą „Czarnego Piotrusia”, Dyzia Mazura, dzielnego chłopca. [Jest] ranny, ma głęboką ranę w pośladku, silnie krwawi. Przede mną jest Czesio Malinowski, cioteczny brat Dyzia i [pojawia się] problem, jak można mu pomóc. Na szczęście sanitariuszki, dwie dzielne dziewczyny mówią: „My się nim zajmiemy. My się postaramy go wprowadzić do kanału”. I tak się stało, spotkaliśmy się z „Czarnym Piotrusiem” w Śródmieściu po kilku dniach.

Wędrówka w kanale też była dramatycznie trudna, w ogóle dostanie się do kanału. Wydawało nam się, że chwyciliśmy Pana Boga za nogi, że już mamy jakąś szansę. Kanał na odcinku, którym początkowo szliśmy, to był metr sześćdziesiąt, tylko lekko pochyleni niesiemy rannych w kocach, przy rannych leży broń. Na szczęście miałem cukier w kostkach w kieszeniach panterki i karmiłem po drodze. Nie wszyscy ranni zdają sobie sprawę [z tego], gdzie są, co się dzieje. „Sęk” Jaskółowski zachowuje się spokojnie, natomiast „Szatan” klnie jak marynarz, musimy mu kneblować usta. Nie można krzyczeć w kanale. W kanale nie jest wcale tak cicho, bo wszyscy się nawzajem uciszają: „Cicho”. Ale jak się ucisza nawzajem czterdzieści osób w kolumnie, to słychać.

  • Jakie warunki panowały w kanale?


W kanale nie było nawet zbyt wiele nieczystości. Sięgały poza kolana. Ten kanał pierwszy to był na metr sześćdziesiąt i droga była z lekkim pochyleniem głowy. Kiedy skręciliśmy pod Krakowskie Przedmieście, warunki się poprawiły. Kanał dwa metry dwadzieścia, a po bokach kanału, po jednej i po drugiej stronie, jak gdyby ławy kamienne czy ceglane. Kolumna co jakiś czas się zatrzymywała, bo przecież na początku kolumny następowało wydobywanie zdrowych i rannych żołnierzy, więc kolumna od czasu do czasu miała przestój. W tym czasie można było na ławie położyć koc z rannym, broń i chwilę odpocząć. Niebezpieczne były otwarte włazy kanałowe. Docieramy w rejon Krakowskiego Przedmieścia, mijamy Kozią i nagle jest sygnał: „Ostrożnie, bo jest niebezpiecznie” – pod otwartymi włazami na wysokości ulicy Koziej i Karowej – wrzucą coś, nie wrzucą. Ta krótka droga, którą spacerkiem z dziewczyną można przejść w ciągu dwudziestu minut z placu Krasińskich do ulicy Wareckiej, trwała w sumie ponad sześć godzin. Nie każdy znosił to uczucie bycia w kanale, są ludzie uczuleni, klaustrofobia daje znać o sobie. Ale jak sądzę, uczucie strachu z kolei, że może jednak się wydostaniemy, powoduje złagodzenie tych objawów, że w innych warunkach ktoś by nie wytrzymał nerwowo. I Śródmieście. To już byliśmy zaskoczeni. Wyszliśmy już w taką właściwie, nie noc, ale już późne godziny wieczorne, z kanału. Po prawej stronie był niewielki ogródek kawiarni „Latona”. Tam mogliśmy nawet przysiąść na krześle przy stoliku, dostaliśmy kawę zbożową. Widzimy, że tu się jeszcze nic nie dzieje. Szyby w oknach są. Dziewczęta są jeszcze ubrane, niektóre podmalowane, chłopcy w butach z cholewami, wyczyszczonych. Inny świat. Oni nie doświadczyli jeszcze tego, co my przeszliśmy na Woli, na Muranowie, Starym Mieście. To wszystko było przed nimi.




Kontynuacja nagrania przeprowadzona 8 lipca 2010 roku w Warszawie

Wyjście z kanału na Nowym Świecie, róg Wareckiej, właściwie wylądowaliśmy na Wareckiej. Przybyliśmy do Śródmieścia już wczesną nocą. Zajęli się nami bardzo serdecznie żołnierze i sanitariuszki Śródmieścia. Na początek zostaliśmy ulokowani w niewielkim ogródku. Chyba to była kawiarnia „Latona” a może „Napoleonka”, głowy nie dam za to. Tam dostaliśmy filiżankę, a raczej kubek kawy zbożowej, coś do tego i bardzo serdeczne uczucia sympatii, w pewnym sensie podziwu, bo przyszliśmy dobrze uzbrojeni, przyzwoicie ubrani, wojsko. Byliśmy zdumieni, że Śródmieście jeszcze nie zostało dotknięte w dużym stopniu działaniami wojennymi. Na ogół szyby w oknach. Dziewczęta-sanitariuszki, które nas przyjmowały, przyzwoicie ubrane, a nawet niektóre podmalowane. Miły to był obrazek.
Trafiliśmy najpierw do dowództwa odcinka na ulicę Mazowiecką 11, przedtem jeszcze przekazaliśmy naszych dwóch rannych, których transportowaliśmy w drodze, „Szatana” i „Sęka”. Stamtąd zostaliśmy skierowani na ulicę Czackiego 14, gdzie okazało się, że są już nasi koledzy z plutonu, z kompanii, którzy wcześniej brali udział w nieudanym desancie kanałowym. Wcześniej o półtorej doby znaleźli się w Śródmieściu. Na Czackiego posiłek, kąpiel w ciepłej wodzie, bo jeszcze była woda w centrum i światło, czysta bielizna, ubranie i zapadliśmy w bezpieczny, głęboki sen. Obudziłem się dopiero popołudniu 2 września. Tu się rozpoczęła dla mnie „niezwykła” przygoda, bo nasza sanitariuszka, która właśnie wcześniej była na kwaterze, Basia Szerle zapytała, czy moglibyśmy jej towarzyszyć do miejsca jej zamieszkania na ulicy Mokotowskiej, nie wie, czy to jest strona powstańcza, czy obsadzona przez Niemców. Więc za zgodą dowódcy jako eskorta trzyosobowa wyruszyliśmy z Basią. Nasza sanitariuszka „Sławka” – Halina Jędrzejewska, „Wszebor”, jej późniejszy mąż, i ja. I po perypetiach, przebywając przez początkowo północną część Śródmieścia, przechodząc przez głęboki wykop w Alejach Jerozolimskich, byliśmy w Śródmieściu Południowym. Byliśmy zdumieni, że co jakiś czas przy barykadach jest napis: „Ostrożnie! Ostrzał! Schylić głowy!”. [Wniosek] był taki, że chłopaki ze Starówki nie chylą głowy. Głupie, ale takie zwyczaje wtedy były. Po dwóch godzinach podróży dotarliśmy wzdłuż ulic i przejściami podziemnymi oświetlonymi tak jak pod ulicą Marszałkowską, przy placu Zbawiciela, na ulicę Mokotowską.
Okazuje się, że budynek stoi, Mokotowska 5. Wprawdzie od części frontowej, od Mokotowskiej są pozycje strzeleckie powstańcze, umocnione, ale w tej drugiej części mieszkań, od podwórza jest normalne życie właścicielki mieszkania, która była matką naszej łączniczki Basi. Chwilę potem przybywa ze szpitala na ulicy Jaworzyńskiej jej siostra Halinka, sympatyczna dziewczyna, do dzisiaj moja żona. Tak nieoczekiwanie zawarliśmy tę znajomość. Pani domu poczęstowała nas odrobiną koniny z kaszą pęczak, kawą zbożową później. To było takie nieoczekiwane i już bardzo rzadka sprawa, żeby mieć kawałek mięsa na talerzu. To jedyna moja wizyta na Mokotowskiej. To się wiąże z tym, że później, kiedy wróciłem z obozu, to właściwie jedyny adres w Warszawie, który znałem – poza swoim własnym, bo wiem, że dom był już spalony, szukałem matki – to był właśnie dom na Mokotowskiej. Więc wybrałem się na Mokotowską. Dom stoi. Dzwonię do drzwi, już nawet działał dzwonek. To był sierpień 1945 roku. W domu jest gospodyni, czyli moja późniejsza teściowa, która nas tak sympatycznie potraktowała. Pytam o dziewczęta. Owszem, są obydwie, pracują w SPB, więc natychmiast złożyłem im wizytę na Żurawiej 24. W ten sposób ukształtowało się moje dalsze życie. W 1947 roku wzięliśmy ślub, później dzieci, wnuczęta, prawnuczęta. Sympatyczne to ogromnie i taki nieoczekiwany początek. Zawsze mówię do żony, że jest moją zdobyczą wojenną, bo taki był początek.
Potem, po bardzo miłej wizycie wróciliśmy na Czackiego. Okazuje się, że tylko na dwie godziny, bo zostaliśmy przerzuceni znów do Śródmieścia Południowego, w rejon ulicy Mokotowskiej i Alej Ujazdowskich i tam mieliśmy kwatery. Sądziliśmy, że to będą kwatery na dłużej, ale okazało się, że nie. W nocy z 3 na 4 września przerzucono resztki Zgrupowania „Radosław”, już tylko w ilości czterystu pięćdziesięciu, na Czerniaków. Tu jeszcze jest taka ciekawa dygresja, że po wędrówce kanałowej, wśród tej długiej kolumny maszerujących, przed nami maszerowali żołnierze plutonu pancernego porucznika „Wacka”. Już bez czołgów, czołgi zostały obydwa na Woli, zresztą wypalone przez załogi, ale po wystrzeleniu ostatnich pocisków.
Warto powiedzieć, jak nieoczekiwanie powstał ten pluton pancerny porucznika „Wacka”. Bo 1 sierpnia na ulicy Obozowej, akurat na wprost bramy cmentarza ewangelickiego nadjeżdżały od strony Koła dwie ciężarówki. Ciężarówki te zostały zaatakowane natychmiast przez siły powstańcze. Załogi zostały zlikwidowane i z ciekawością wszyscy patrzymy, co jest wewnątrz. A wewnątrz zdobycz zupełnie irracjonalna. W sumie prawie czterysta pięćdziesiąt pocisków kalibru siedemdziesiąt pięć milimetrów. Nie ma armat, nie będziemy strzelać, więc natychmiast rozładowano ten ładunek między groby i obok domku grabarza na cmentarzu. A samochody pomknęły na Stawki, bo kilka godzin wcześniej, dwie godziny wcześniej, oddział porucznika „Stasinka” Sosabowskiego zdobył obiekt na ulicy Stawki – ogromne magazyny niemieckie, żywnościowe i mundurowe. Tak że natychmiast, 2 sierpnia byliśmy już ubrani jak wojsko. W tych magazynach, jeśli chodzi o sprzęt wojskowy, było wszystko prócz broni i butów, ale ogromne ilości konserw mięsnych. Jednym słowem, zaczęliśmy opływać w dostatki w tych pierwszych godzinach Powstania Warszawskiego.

W ogóle pluton pancerny oddał nam ogromne usługi. Przecież drugiego dnia rano, wczesnym rankiem, 2 sierpnia nieoczekiwanie w rejonie ulic Karolkowej i Mireckiego, tam gdzie były kwatery zgrupowania, pojawiły się dwa ciężkie czołgi niemieckie „Pantera”, czterdziestopięciotonowe. Trochę postrzelały, wjechały w ulicę Mireckiego, ale były to wyraźnie zabłąkane jednostki, bo bez osłony piechoty. Stosunkowo łatwa zdobycz, jeśli jest duża grupa dobrze uzbrojona, która może wystąpić przeciwko broni pancernej i tak też się stało. Jeden z tych czołgów został unieruchomiony na rogu ulicy Mireckiego i Okopowej. Wybuch wiązki granatów uszkodził lekko wieżę, tak że były trudności później z operowaniem wieżą. Drugi jeszcze wjechał w ulicę Okopową, dojechał na wysokość bramy cmentarza żydowskiego i tam znów celny rzut granatami uszkodził gąsienicę. Czołgi były nasze, załogi się poddały. Pułkownik „Radosław”, dowódca zgrupowania natychmiast podjął próbę zorganizowania załóg czołgowych. Okazało się, że jest dwóch oficerów, którzy kiedyś służyli w jednostkach pancernych, i kilku żołnierzy, którzy również wiedzieli, czym jest broń pancerna. Mieszkający na ulicy Okopowej majster zakładów, bodajże „Ursusa”, pan Lumiński okazał się znakomitym fachowcem do tego, żeby te czołgi uzdatnić i uruchomić. Tak że 3 sierpnia rano już pluton pancerny, bo tak się ta jednostka nazywała, dowodzony przez porucznika Andrzeja Micutę, był gotów do akcji. A pociski zdobyte w poprzednich dniach okazały się bezcenną zdobyczą. Wprawdzie każdy z tych czołgów zdobytych miał osiemdziesiąt pocisków wewnątrz, w komorze amunicyjnej, ale te czterysta pięćdziesiąt ogromnie wzmocniło siłę bojową zgrupowania. Czołgi brały udział zarówno w natarciach jak i w obronie. Ostatni z czołgów wspierał natarcie zgrupowania 11 sierpnia, natarcie dowodzone osobiście przez pułkownika „Radosława”. Tam zostały wystrzelone ostatnie pociski czołgowe i Tadzio Bednarek „Błyskawica” wrzucił dwie butelki zapalające do wnętrza, powodując pożar wewnętrzny czołgów.

Taka była niezwykła historia plutonu pancernego, który miał w swoich szeregach, w obsłudze tych czołgów, również kilku Żydów uwolnionych z obozu na „Gęsiówce”. Ci z kolei, to była czwórka Żydów, okazali się znakomitymi przewodnikami kanałowymi. Przeprowadzali żołnierzy Zgrupowania „Radosław”, które przeszło szlak bojowy przez pięć dzielnic walczącej Warszawy. Wprawdzie nie ze Starego Miasta, ale później z Czerniakowa na Mokotów, z Mokotowa do Śródmieścia. Byli to bardzo cenni, ofiarni ludzie, dwóch żyje do dzisiaj. Przy okazji rocznic powstańczych zawsze odwiedzają Warszawę, są mile widziani i wspominamy te czasy.
Jak już powiedziałem, byliśmy rzuceni z 3 na 4 września na Czerniaków, który był wtedy spokojną dzielnicą. Nie przeżył żadnego takiego trudnego okresu ciężkich walk. Dzielnica zielona, pełna ogródków działkowych, szczególnie na skarpie sejmowej. Tak że mogliśmy nawet raz korzystać ze świeżych warzyw, co było niesłychanie dla nas ważne i miłe, a niektórzy chłopcy wybierali się po kwiaty dla dziewcząt. Jeśli to były wyprawy dzienne, to się w kilku przypadkach kończyły dosyć dramatycznie.
Mieliśmy taki zabawny incydent. Otrzymaliśmy bardzo przyzwoite kwatery na zupełnie niezniszczonej ulicy Okrąg. Dom stoi do dzisiaj niewypalony – Okrąg 3. Otrzymaliśmy dla drużyny całej duże mieszkanie na parterze, świetnie wyposażone. We czterech zajęliśmy wspaniałą sypialnię. Karelska brzoza to rzadkie drzewo, ale cudowne. Takie same inne mebelki. Gospodarz mieszkania przyszedł do nas, wprawdzie już byliśmy umyci, ale mundurki były ciągle nieświeże czy też buty. Mówi: „Proszę panów, moja żona na szczęście wyjechała przed Powstaniem do Krębowa pod Warszawę po stronie praskiej, ale przywiązuje ogromną wagę do tego, żeby w mieszkaniu był idealny porządek. Panowie są tacy jeszcze niezupełnie świeży. Czy ja mógłbym zabrać z tego łoża małżeńskiego, wspaniałego pościel z poduszek, prześcieradło, z kołder?”. Przyjęliśmy to z ogromnym zdumieniem, bo my byliśmy już począwszy od walk na Woli rozbici wewnętrznie, psychicznie. Opuszczaliśmy Wolę spaloną, zniszczoną, byliśmy świadomi, że padło tam tysiące ludzi, naszych przyjaciół, rodziny w wielu przypadkach. Przeszliśmy na Muranów, wprawdzie to była niewielka dzielnica, ale jeszcze niezniszczona. Ale kiedy opuszczaliśmy Muranów, była już tylko stosem gruzów. Kiedy przyszliśmy 17 sierpnia na Stare Miasto, Stare Miasto wprawdzie już ucierpiało w pierwszych dwóch tygodniach Powstania, ale w sumie to jeszcze była dzielnica przyzwoicie wyposażona i niezniszczona w takim stopniu, w jakim ją opuszczaliśmy. Ale kiedy opuszczaliśmy Stare Miasto, była to właściwie góra ruin, wypalona, zniszczona. Więc kiedy usłyszeliśmy te słowa od właściciela mieszkania, mieliśmy świadomość, że on nie ma tej świadomości, co my, że jeśli my jesteśmy, to za nami przyjdzie śmierć i zniszczenie, i tak było. W kilka dni później rozpoczęły się ciężkie boje na Czerniakowie, później lądowanie „berlingowców”. Przyczółek się ścieśniał coraz bardziej. Dzielnica zniszczona, część mieszkańców wymordowana. I ta trauma pozostała w pewnych żołnierzach Zgrupowania „Radosław” do dzisiaj jeszcze, jak czasem rozważamy. Bo mieliśmy właśnie taką pewność, świadomość, że po nas to już tylko może przyjść właśnie – jak już powiedziałem – śmierć i zniszczenie.

  • Do kiedy był pan na Czerniakowie?


Tu znów można powiedzieć, że miałem dużo szczęścia, dlatego że przyczółek czerniakowski 13 września został jak gdyby podzielony na dwie części. Odcinek Zgrupowania „Radosław”, który obejmowaliśmy 4 września, ciągnął się ulicą Książęcą po prawej i po lewej stronie. Po lewej stronie, po stronie Muzeum Narodowego, szpitala Łazarza, po prawej stronie budynki mieszkalne i sięgał dalej do ulicy Rozbrat, na prawo w kierunku do Łazienkowskiej, a opierał się praktycznie o brzeg Wisły, o ulicę Solec. Z lewej strony to był wiadukt mostu Poniatowskiego. Duży odcinek, trudny do obrony. Kiedy Niemcy po zlikwidowaniu Powiśla, co miało miejsce między 5 a 7 września, rozpoczęli natarcie na Czerniaków, to już mieliśmy świadomość, jaki będzie koniec nas i dzielnicy.

Reasumując, mieliśmy zawsze tych samych przeciwników, począwszy od Woli. To była brygada Dirlewangera na Woli, Muranowie, Starym Mieście, później na Czerniakowie, pułk policyjny Schmidta i kolaboracyjne oddziały Azerów, 101. pułk Azerów. Więc mieliśmy zawsze przeciwników tych samych, bezwzględnych i dobrych żołnierzy, bo na przykład brygada Dirlewangera składała się w dużym stopniu z kłusowników, którzy za różnego rodzaju przewinienia byli w więzieniach czy obozach, gdzie zostali zwolnieni – jeszcze chyba w roku 1943 – z więzień, stworzono właśnie taką brygadę do zwalczania partyzantki na tyłach frontu wschodniego, a później zostali przerzuceni do walki z Powstaniem Warszawskim. Przybyli na Wolę w nocy z 3 na 4 sierpnia. Okrutni żołnierze. Kilku moich kolegów, którzy bronili barykady na ulicy Wolskiej przy Młynarskiej, wspominali boje z nimi toczone na Młynarskiej, na piętrach domów i w piwnicach. Jak mówili, charakteryzowało ich uzbrojenie, mieli takie szerokie cholewy u saperskich butów, więc w jednej cholewie członkowe granaty, a w drugiej bagnety. (Jest taka ciekawa relacja żołnierza brygady Dirlewangera w Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie skruszony członek tej brygady relacjonuje – to było nagranie sprzed paru lat – jak wyglądał udział jego i jego kamratów w walce z Powstańcami. To są takie bezwzględne zwyczaje walki przy pomocy bagnetów czy granatów).


Kiedy nastąpiło natarcie na Czerniaków, 13 września została odcięta część Czerniakowa i część zgrupowania. Kiedy nieoczekiwanie zostaliśmy przesunięci na dzień przed tym na teren ulicy Książęcej i szpitala Łazarza, byliśmy ogromnie zdeprymowani, bo tu na Czerniakowie to sądziliśmy, że jakoś dotrwamy, że może właśnie po drugiej stronie wylądują Rosjanie, widzieliśmy jakąś przyszłość. A już kiedy musieliśmy zluzować pluton porucznika „Małego”, który poniósł ciężkie straty podczas walk na terenie Łazarza, objęliśmy po nich stanowiska i, praktycznie biorąc, dotrwaliśmy na tych stanowiskach do kapitulacji. Ponieśliśmy zresztą bardzo ciężkie straty w walkach o ruiny szpitala, bo to już szpital był wypalony, czy też później po drugiej stronie ulicy Książęcej, bliżej sejmu i [budynku] YMCA; trwały ciężkie walki o ruiny ambasady francuskiej na Frascati, poselstwa chińskiego, willi Pniewskiego, która stoi zresztą do dziś, jest odbudowana. Ogromnie nas niepokoiło, co się dzieje z naszymi towarzyszami broni, którzy zostali na przyczółku, zresztą niewielu ocalało. Część zgrupowania, szczególnie jako ranni, zostali w nocy z 20 na 21 września ewakuowani kanałem na Mokotów. I tu się powtórzyła znów historia żołnierzy Zgrupowania „Radosław”. Kiedy wyszli z kanałów na Mokotowie, Mokotów jeszcze żył, domy stały. Walki toczyły się na Dolnym Mokotowie, w rejonie ulicy Królikarni i niżej na tak zwanych Sielcach. A już też mieliśmy świadomość, ci, którzy przeszli, że jeśli są już na Mokotowie, to los Mokotowa jest przesądzony. Taki okrutny los, gdziekolwiek się pojawiali żołnierze zgrupowania po walkach w dzielnicy, którą opuścili, to historia się powtarzała. Podobnie, kiedy resztki zgrupowania wyszły z kanału w Śródmieściu, to Śródmieście też było ciężko dotknięte, zarówno bombardowaniami, jak i ostrzeliwaniami, pociskami najcięższej artylerii czy tak zwanego moździerza Karl, który wyrzucał pociski wagi dwóch tysięcy osiemdziesięciu kilogramów. Pocisk taki, jak leciał w powietrze, raz, że było go słychać, bo to leciał jak kufer, druga sprawa, że było go widać, bo szybkość tego pocisku nie była ogromna, a kiedy padał gdzieś w odległości dwóch-trzech kilometrów – jak obserwowaliśmy, byliśmy na górze na Książęcej, a pociski padały na Czerniaków – to do nas dolatywały przy jakiejś niezwykłej muzyce odłamki pocisków, które wybuchały na Czerniakowie. Kiedyś taki jeden z odłamków wagi trzydziestu kilogramów upadł tuż obok stopy kolegi, który stał tuż obok mnie, właśnie na skarpie szpitala Łazarza. Zajmowaliśmy tam stanowiska ziemne. Wysoka skarpa, która istnieje do dzisiaj, tam są tereny Muzeum Wojska Polskiego.

Wtedy kiedy było niespokojnie, to było chyba 6 lub 7 września, mieliśmy taką zabawną sytuację. Mieliśmy pozycję rkm-u dobrze wyposażoną, nawet dywan przyciągnęliśmy, żeby nam było w nocy sympatyczniej czuwać i wypoczywać, ale w jednym z opuszczonych mieszkań na Czerniakowie znaleźliśmy patefon marki Pallard, taki nakręcony na korbkę. Był to patefon i miał tylko jedną płytę. Na jednej stronie była jedna piosenka, śpiewana przez Hankę Brzezińską, łączniczkę Powstania nawiasem mówiąc, „Siboney”, a na drugiej stronie Anna Pola – „Rumba”. I kiedyś zabraliśmy ten patefon tam, na skarpę, nie zawsze się strzela przecież, nawet na pozycji. Kilkakrotnie sobie podkręciliśmy, uruchomiliśmy. Niemcy mieli pozycje w odległości siedemdziesięciu metrów od nas, też ziemne. Po tym naszym krótkim koncercie zamknęliśmy patefon, a z drugiej strony słyszymy: Kameraden, „Siboney”! – żeby im zagrać. Więc taka niezwykła sytuacja w warunkach bojowych, bo za godzinę, dwie możemy do siebie strzelać i ofiary będą po obydwu stronach, ale muzyka łączy ludzi. Jak już mówiłem, dotrwaliśmy tam do kapitulacji, którą przyjęliśmy może nie z zaskoczeniem, bo oczekiwaliśmy, że to się może stać, chodziło przede wszystkim o los ludności cywilnej.

  • W jakich okolicznościach dowiedział się pan o decyzji kapitulacji?


Ta decyzja była podzielona na dwa etapy. Przede wszystkim nastąpiło zawieszenie broni 30 września. I tu taki moment niezwykły, bo wyszli z pozycji swoich zarówno Niemcy, jak i my. I spotkaliśmy się, na przykład na placu Trzech Krzyży. Patrzyliśmy na nich ze zdumieniem, oni na nas ze zdumieniem. Wprawdzie wyglądaliśmy już, jeśli chodzi o uzbrojenie, bardzo przyzwoicie, bo trwały zrzuty. Od 14 września już jednak coś zrzucali Rosjanie, wprawdzie większość tych zrzutów rosyjskich była skazana na poważne uszkodzenia, bo zrzucali bez spadochronów, ale kilkanaście egzemplarzy na przykład rusznic przeciwpancernych czy granatów, czy pepesz dotarło. Więc w oczach naszych nieprzyjaciół wyglądaliśmy jako żołnierze przyzwoicie. Częstowanie się nawzajem papierosami, jeśli ktoś palił, ja nie paliłem. Wiedzieliśmy, że coś wisi w powietrzu, tak jak na dwa dni przed wybuchem Powstania wiedzieliśmy, że coś musi się stać, szczególnie od stanu pogotowia zarządzonego przez „Montera” 27 lipca i odwołanego na dzień 2 sierpnia. Więc czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Dzień był spokojny i można powiedzieć przyjacielski, jeśli chodzi o wzajemne kontakty, ale już w nocy przygrzali znów Niemcy solidnie. Spadły na Warszawę tak zwane szafy, czyli broń rakietowa była użyta, pociski artyleryjskie. To była dramatyczna okoliczność, bo już przyszli nasi koledzy z Mokotowa. Dostali kwatery na ulicy Mokotowskiej i w Alejach Ujazdowskich. Jednym z tych, którzy przeżyli, był porucznik „Mały”, ogromnie sympatyczny chłopak, który był żołnierzem 27. Wołyńskiej Dywizji. Przedtem miał bogate doświadczenia okupacyjne, brał udział w wielu akcjach, później przeszedł cały szlak bojowy, przez Wolę, Muranów, Stare Miasto, przyczółek czerniakowski, Mokotów, wrócił do Śródmieścia. I taki moment, kiedy właśnie jeden z pocisków, który padł na podwórze domu w Alejach Ujazdowskich, a „Mały” schodził akurat po schodach i odłamek trafił go. Według mojej oceny był to jeden z ostatnich poległych żołnierzy Powstania Warszawskiego. Po takim szlaku bojowym, nie był draśnięty nawet, i nagle tuż przed podpisaniem układu o zaprzestaniu działań wojennych „Mały” padł. Dziwnie czasami los kieruje losami człowieka.

Później był problem, co zrobić z bronią. Już mieliśmy podane, gdzie będzie składana broń. Broń ciężka miała być składana, granaty na takim niewielkim placyku, który wtedy istniał na rogu ulicy Wspólnej i Marszałkowskiej. Z bronią osobistą mieliśmy wychodzić do obozu, bez rozładowania. Ale taką ciekawszą broń zrzutową, jak pistolety colt czy pistolety maszynowe, steny, granaty zrzutowe, których jeszcze trochę było, postanowiliśmy zakopać. I zakopaliśmy tam w trzech miejscach na skarpie, ulicy Książęcej i w głębi, i tam w miejscu, gdzie w tej chwili jest hotel „Sheraton”, na rogu placu trzech Krzyży i Konopnickiej.

  • Czy pan wie, co z tą bronią stało się po wojnie?


A to jest ciekawa sprawa, ale to musimy wrócić do czasu, kiedy [był] powrót z obozu. To się wiąże z tym i ujawnienie się.

  • Może chronologicznie, na początek opowie pan, jak dotarł do obozu.


Przede wszystkim składaliśmy broń i wychodziliśmy, mieliśmy zbiórkę na ulicy Kruczej, przy ówczesnej ulicy Piusa, obecnie Piękna, to taka ciekawostka. Zgrupowanie rozpoczynało Powstanie w składzie dwóch tysięcy trzystu ludzi. Były takie – powiedziałbym – doborowe, elitarne jednostki jak „Zośka”, „Parasol”, „Czata”, „Miotła”, „Pięść”, oddział kobiecy „Dysk”, „Kolegium A” Sosabowskiego, kwiat armii, dwa tysiące trzystu ludzi. Jak już powiedziałem, na Czerniaków przeszliśmy w ilości czterystu pięćdziesięciu żołnierzy. „Radosław” został dowódcą Czerniakowa, czyli podporządkowano mu siły majora „Kryski” Netzera. Kiedy się spotkaliśmy na ulicy Kruczej przed wymarszem, było nas dwustu pięćdziesięciu dwóch – mężczyźni, kobiety. Oczywiście nie wszyscy zginęli. Byli to zabici, ranni, zaginieni. Los zaginionych do dzisiaj nas trapi, nie wiemy, jakie były losy wielu kolegów. To się wiązało z tym, jak to świetnie określił Marek Ostrowski w swojej publikacji z okazji pięćdziesięciolecia wybuchu Powstania Warszawskiego, charakteryzował sytuację i ludzi, i mówił, że wszyscy żołnierze Powstania Warszawskiego starali się godnie spełnić swój żołnierski obowiązek. Ale niektórzy mieli wyjątkowe żołnierskie szczęście, jak żołnierze Zgrupowania „Radosław” to już od pierwszej do ostatniej godziny Powstania byli w stałym, bojowym kontakcie z nieprzyjacielem. Później go zapytałem po tym wywiadzie, bo mieliśmy pewne kontrowersje z tym związane: „Panie redaktorze, mówimy o wyjątkowym, żołnierskim szczęściu, ale jakim kosztem zostało okupione?”. – „Ale przeszliście do historii”. – „Przeszliśmy, ale ci, co odeszli?”.
Złożyliśmy broń. Wychodziliśmy w tej grupie dwustu pięćdziesięciu ludzi do ulicy Śniadeckich, politechniki. Skręcamy na prawo, w aleję Niepodległości i na podwórzu tak zwanego Kraftfahrparku, na ulicy Niepodległości 245 chyba, a może 243, było miejsce składania broni osobistej. Pistolety krótkie do dużych koszy, broń długą kładliśmy na długich stołach i wyruszyliśmy dalej, do ulicy Suchej, Filtrowej, skręciliśmy w ulicę Grójecką i maszerowaliśmy później ulicą Wolską, patrząc z satysfakcją, bo mijaliśmy tereny przykościelne cerkwi i tam było masę grobów niemieckich żołnierzy, którzy zginęli w walkach powstańczych, hełmy, napisy mijaliśmy w odległości paru metrów, więc mieliśmy pewną satysfakcję, że przeciwnik też miał straty.
Szliśmy do Ożarowa. W opuszczonej już hucie szkła bez urządzeń technicznych był punkt zborny dla żołnierzy Powstania Warszawskiego. Koledzy, którzy wcześniej poddali się na Mokotowie, trafili już nie przez Ożarów, ale przez Skierniewice do obozów. Tam mieliśmy dwudniowy pobyt – chłodno i głodno. I już taka zabawna sytuacja. Po drodze, kiedy wczesnym zmrokiem docieraliśmy do Ożarowa, to bardzo wielu kolegów, koleżanek korzystało z okazji, z nieuwagi wachmanów, którzy nas eskortowali, i po prostu znikali gdzieś na poboczu drogi. Zniknął również jeden z naszych kolegów-dowódców, kapitan „Janusz”, który opiekował się tym patefonem Pallard. Kiedy się spotkaliśmy gdzieś w latach czterdziestych, mówię: „Panie kapitanie, ale pan szedł na wolność, a my do obozu, trzeba było nam ten patefon zostawić”. Ale to taka mała dygresja tylko.
Ruszaliśmy później uformowani już według jednostek, z jakich był ukształtowany Korpus Warszawski Armii Krajowej, to był już podział na pułki, dywizje i w ramach 72. pułku piechoty ruszyliśmy 7 października stłoczeni w wagonach – po pięćdziesięciu w wagonie – bydlęcych w drogę do Niemiec, do obozu Sandbostel w północnych Niemczech.


Były bardzo zabawne i dramatyczne momenty w podróży. Po kilku godzinach podróży, kiedy byliśmy przed Zbąszynem, to była dawna stacja graniczna polsko-niemiecka na granicy polsko-niemieckiej, są potrzeby naturalne, wobec tego w wagonie się dopominają: „Zatrzymać pociąg i wypuścić nas!”. Jest taki moment, że pociąg się zatrzymuje w szczerym polu, wachmani otwierają drzwi, my wychodzimy, ale z prawej strony dziewczęta i z lewej strony dziewczęta, a jeszcze nie jest ciemno. Co robić? No robić, co trzeba. Ale zaskoczenie ze strony dziewcząt i naszej było ogromne. To też taka dygresja, którą można wyciąć, ale nie ma mowy o papierze toaletowym, nawet jakiejkolwiek gazecie, ale mamy pieniądze – setki, pięćsetki – które mają wartość obiegową w Guberni, to jest forsa. Trzeba użyć. Później się zastanawialiśmy – wachmani widzą, wachmani wiedzą, jaką wartość ma ten pieniądz – jak postąpią wachmani? Do dziś tego nie wiemy, bo już później tego nie widzieliśmy, ale to był pewien problem – moim zdaniem – ekonomiczny dla nich, może i moralny.
Drugi taki ciekawy moment, kiedy przekroczyliśmy granicę polsko-niemiecką i pociąg powoli wtaczał się na perony, przejeżdżał wzdłuż peronów pierwszego dużego, niemieckiego miasta Frankfurt nad Odrą, wszystkie wagony śpiewają: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Niemcy, których jest masa na peronie, wprawdzie nie wiedzą, co my śpiewamy, ale taki radosny nastrój wśród transportu jeńców? Zaskoczenie. Kiedy wyjechaliśmy z terenu Frankfurtu, pociąg skręcił na prawo w kierunku Kostrzyna i tam nieoczekiwanie zatrzymał się na niedużej stacyjce, ale z dużą bocznicą kolejową i mamy rozkaz wysiadać. A cel naszej podróży to Sandbostel, jeszcze kilkaset kilometrów. Pada deszcz – to październik – paskudna pogoda, więc mamy kilka kilometrów do przejścia. Okazuje się, [że to] niewielki obóz, ale z ogromnym placem apelowym. Są tam Jugosłowianie, Francuzi. Pytają nas, po co my tu przyjechaliśmy, nie ma miejsc w obozie, obóz jest przeładowany. My też nie wiemy po co. Deszcz leje. Po kilku godzinach, po dwóch-trzech godzinach przywieziono jakieś dwie beki podejrzanego płynu. Czy to zioła? Na pewno nie herbata. A ten, który przyjechał z tym transportem – prawdopodobnie Ślązak znający nieco język – wytłumaczył nam, że my tu jesteśmy za karę, za patriotyczny śpiew przy przejeździe przez Frankfurt. Byliśmy tam do końca dnia i całą noc przemoczeni potwornie, bo leje. Rano pogoniono nas do naszych wagonów, które czekały, i dojechaliśmy do Sandbostel. Tu jest taka ciekawostka, że obóz w Sandbostel nieoczekiwanie odwiedziłem przed kilkoma tygodniami, przełom kwietnia i maja, zostałem zaproszony przez fundację niemiecką, która przeprowadza rewaloryzację obozu. A zaproszony zostałem z okazji sześćdziesiątej piątej rocznicy wyzwolenia obozu przez Brytyjczyków, a również za nimi szła brygada Maczka.

Rozładowano nas na długiej bocznicy – którą miałem okazję zobaczyć jeszcze raz i sfotografować – i pognano nas czternastokilometrową prawie trasą do obozu Sandbostel. Po drodze nie mogliśmy się zatrzymać. Takim jednym rzutem zrobiliśmy to w trzy godziny. Obóz nas przyjął niezbyt gościnnie. W obozie już była grupa kolegów z Mokotowa zabranych z placu boju, więc bez żadnego wyposażenia, tak, jak stali. Byli tylko przykryci jakimiś kocami, witali po drugiej stronie. My mieliśmy baraki po prawej stronie, oni po lewej stronie. Baraki były zupełnie niewyposażone w cokolwiek, gołe dechy. W takim baraku podzielonym na dwie części, po środku była umywalnia, szereg umywalni. Było dziesięć tak zwanych sztub, przedziałów, gdzie było nas po trzydziestu, czyli sześćset osób w baraku. W każdej części dla trzydziestu był niewielki piecyk. Bardzo kiepskie wyżywienie. I zaczęło się normalne życie codzienne, obozowe.
Tu trzeba podkreślić rolę, jaką odegrali starsi koledzy, którzy mieli dobre przygotowanie do prowadzenia na przykład nauki, wykładów. Szybko zorganizowali dla młodych ludzi, a wielu było takich, którym było to bardzo potrzebne, żeby coś poznać, nauczyć się czegoś – zostały zorganizowane kursy podstawowych przedmiotów: polski, historia, geografia, nauka języków. Tak że ta grupa zachowała się wspaniale i bardzo wiele dla tych młodych ludzi uczyniono.
Niezwykłą atrakcją były apele, które się często przeciągały bardzo długo. Ale okazało się, że te apele też mają swoje atrakcje. Obóz leżał na szlaku wypraw bombowych – amerykańskich w dzień i nocnych brytyjskich – wiodących do Hamburga i Bremy. Setki maszyn się pojawiało na niebie wysoko, na paru tysiącach metrów, ciągnąc za sobą ogromną ilość smug kondensacyjnych. Widok cudowny.

Obok maleńkie punkciki Mustangów, które ochraniały tę wyprawę. Wyprawa skręcała na lewo, wiedzieliśmy, że leci na Bremę, jeśli na prawo, to na Hamburg. Samoloty leciały na dużej wysokości, tak że mogliśmy obserwować akcję artylerii, która się odbywała kilkanaście kilometrów od obozu, ale że to wysoko, więc widać, co się dzieje. Artyleria nie strzelała do poszczególnych maszyn. Bombowce leciały w takich jak gdyby skrzydłach liczących osiemnaście maszyn, ale blisko siebie i artyleria strzelała ogniem zaporowym. Widzieliśmy, gdzie wybuchają pociski i że te maszyny muszą wejść w ten ogień. Na naszych oczach od czasu do czasu – nie były to na szczęście przypadki liczne – to jednak trafiony samolot spadał, albo jeśli był trafiony w komorę bombową, wybuchał w powietrzu jak kula ognia i już spadał do ziemi, więc atrakcje były niezwykłe. Z kolei w nocy czasem budził nas huk silników pojedynczej maszyny, czasem dwóch, bo był podział pracy: w dzień Amerykanie, w nocy Anglicy. Leciał tak zwany Skaut, pojedynczy samolot, który nadlatywał nad cel, nad miasto, zrzucał flary, a w kilka minut później już za nim nadciągała armada cała bombowców, które bombardowały wyznaczone cele. Drugą taką „atrakcją” było to, że po takim bombardowaniu władze obozowe natychmiast organizowały grupy liczące pięćdziesięciu do stu ludzi, którzy ciężarówkami byli dowożeni do Hamburga czy do Bremy i braliśmy udział w odgruzowaniu domów, wydobywaniu zwłok albo rannych i były również straty wśród jeńców. W Hamburgu jest tablica pamiątkowa poświęcona kilkudziesięciu jeńcom, Powstańcom, Polakom, którzy zginęli zarówno podczas bombardowania, jak i podczas akcji ratunkowej. Nie wiem, czy to można by nazwać atrakcją, ale to jednak było wydarzenie, które zapadło głęboko w pamięć.

  • Ile trwał pana pobyt w Sandbostel?


W Sandbostel nasz pobyt nie trwał długo. Wyruszyliśmy w niezwykłą podróż, już był przełom listopada i grudnia. Wybrano grupę trzystu ludzi po apelu i skierowano tę grupę do obozu Markt Pongau 18 C koło Salzburga w Alpach. Podróż była bardzo długa i trudna. Jechaliśmy w sześciu wagonach, ale stanowiliśmy tylko część wyposażenia długiego składu pociągu towarowego. Podobnie jak miasta niemieckie były atakowane przez lotnictwo amerykańskie i brytyjskie, tak samo pociągi, a szczególnie transporty towarowe były ostrzeliwane przez amerykańskie myśliwce w ciągu dnia. Teoretycznie istniała obrona tych składów pociągu. Tuż za lokomotywą była pierwsza lora, na której stało działko, a czasem dwa działka czterolufowe przeciwlotnicze i taka sama lora zamykała ten pięćdziesięciowagonowy skład. Ale ryzyko było ogromne i byliśmy kilkakrotnie atakowani i później na najbliższej stacji pociąg się zatrzymywał, żeby wyłączyć ze składu te wagony, które zostały trafione. Wprawdzie na szczęście żaden z naszych sześciu wagonów nie był trafiony, ale jechało się w trudnych warunkach. Na przykład raz jeden tylko, w miejscowości Landshut, potraktowano nas gorącą zupą, grochówką rzadką. Kiedy dojeżdżaliśmy do miejscowości Rosenheim, mijaliśmy Bawarię, zbliżaliśmy się do Austrii, nie dostawaliśmy od poprzedniego dnia żadnego napoju, przynajmniej wody, więc już dojeżdżając do Rosenheim, sześć naszych wagonów woła: Wasser! Pociąg się zatrzymał i dostaliśmy do każdego wagonu bańkę po mleku z wodą. To były jedyne takie przypadki, które zapadły głęboko w pamięć – gorąca zupa w Landshucie i podratowanie nas. Oczywiście po drodze coś tam jeszcze nam podrzucano, kromki chleba, jakiś dżem podejrzanej jakości, tak że coś jednak jedliśmy.

Dotarliśmy na miejsce. Jeszcze transport został rozłączony w miejscowości Werfen [??]. Trzy wagony pojechały w kierunku Wolfsbergu, do obozu XVII C, a nasze trzy wagony dalej się potoczyły do miejscowości Sankt Johann w Markt Pongau w dolinie Pongau. To były dwa właściwie obozy. Obóz południowy, bardzo przyzwoity, bo nowy, w którym byli Jugosłowianie, Francuzi i Grecy, i kilkaset metrów dalej obóz północny, pochodzący jeszcze z okresu I wojny światowej, z takich pustaków zimnych bardzo. Tam znów trafiliśmy do baraku, w którym nie było nic, więc musieliśmy sobie wszystko improwizować. Ten transport jeńców polskich, ale nie tylko nasi jeńcy byli kierowani do Austrii, wiązał się z tym, że powstawała tak zwana Twierdza Alpejska – Alpenfestung, która nawet gdyby padła tysiącletnia Rzesza Niemiecka, miała się bronić jeszcze długie lata. Gromadzono ogromne zapasy na tym terenie w Austrii, budowano zakłady przemysłowe, między innymi słynna zapora i elektrownia w Kaprun – miejscowość znana wśród turystów, to wspaniałe tereny narciarskie – była budowana również między innymi rękami polskich robotników.
W kilka dni po przybyciu do obozu w Markt Pongau mieliśmy niezwykłą przygodę, też związaną z bombardowaniem. Miejscowość, w której znajdował się obóz, była między miejscowościami Schwarzach St. Veit i Bischofshofen. (Bischofshofen – nazwa powszechnie znana, kojarzy się przede wszystkim z wielkim konkursem narciarskim, wspaniała skocznia). Tuż przed Bożym Narodzeniem, chyba kilka dni, nad obozem przeleciała taka niewielka bombowa formacja amerykańska składająca się z kilku maszyn. Bischofshofen było niżej, my byliśmy wyżej, więc Bischofshofen było jak na dłoni. Samoloty zrzuciły kilka bomb na Bischofshofen. Wszystko to widzieliśmy jak w teatrze. I natychmiast, w pół godziny po tym już jest organizowana grupa pięćdziesięcioosobowa, podstawiony jest na stacji kolejowej w Sankt Johann motorowy wagon i jedziemy do Bischofshofen. Więc został zbombardowany i uszkodzony, praktycznie zniszczony dworzec kolejowy i budynki mieszkalne leżące po prawej i po lewej stronie obiektu dworcowego. Naszym obowiązkiem znów było, tak jak w Hamburgu czy Bremie, odgruzowanie, wydobywanie zwłok, wydobywanie rannych. Zwłoki są układane na długiej przydworcowej ulicy, jest kilkadziesiąt ofiar. I znów jest jakiś sygnał alarmowy, więc nasza grupa jest przegoniona kilkaset metrów dalej i nieoczekiwanie znajduję się przy jakiejś drewnianej konstrukcji – skocznia narciarska. Więc poznałem wtedy skocznię w Bischofshofen. Ale z czym mi się to kojarzy? Jestem zapalonym kibicem sportów narciarskich, a szczególnie skoków, zawsze obserwuję konkurs czterech skoczni. Gdzie? W Bischofshofen. To są takie niezwykłe przeżycia. Jest taki moment, kiedy rusza narciarz w rozbiegu, kamera prowadzi go do progu i w pewnym momencie, kiedy on osiąga próg, to kamera pokazuje nam Bischofshofen na dole: dworzec, domy. I w tym momencie to ja zawsze widzę ten moment z 1944 roku: dworzec, ułożony długi sznur zwłok ludzkich. Takie są czasem niezwykłe skojarzenia.

Później trafiliśmy do Salzburga. Pracowaliśmy w warunkach też niezwykłych, górskich. Nie wiem, czy pan był w Salzburgu? To jest cudowne miasto. Wewnątrz tego miasta jak gdyby istnieją ogromne masywy skalne i w tych masywach skalnych jeńcy, między innymi nasza grupa, ale również pracowali tam i więźniowie obozów koncentracyjnych, i jeńcy innych narodowości, wykuwaliśmy ogromne sztolnie przeznaczone dla przemysłu, które miał być rozlokowany na magazyny dla Wehrmachtu i na schrony cywilne dla ludności. Praca była trudna, ciężka, bo posługiwaliśmy się pneumatycznymi młotami i był bardzo długi świder zasadniczy. Był długi i ciężki. My wykuwaliśmy otwory, a Niemcy, cywile nawiasem mówiąc, cywilni minerzy ładowali ładunki, następował wybuch. My wywoziliśmy później urobek metalowymi wywrotkami poza teren sztolni. Więc praca była ciężka, ale można powiedzieć, bezpieczna, bo od czasu do czasu Salzburg był atakowany przez lotnictwo amerykańskie.



To jest też taka ciekawostka. Zupełnie nieoczekiwanie odbyłem podróż sentymentalną do Sankt Johann – na teren obozu, który nie istnieje, jest [tam] piękne osiedle mieszkalne w tej chwili – i do Salzburga. Przeprowadziłem sobie rozmowy, jako szef oficjalnej delegacji, z burmistrzem Sankt Johann, później z panem Schadenem, burmistrzem Salzburga i pytałem go: „Panie burmistrzu, jaki jest wynik naszej ciężkiej pracy, bo tu jako robotnik przemysłowy sześćdziesiąt lat temu pracowałem”. Rozmawialiśmy sobie spokojnie, przy kieliszku szampana, obdarowaliśmy się nawzajem drobnymi gadżetami, my albumy Warszawy, jakiś medal pamiątkowy, on z kolei też swoje drobiazgi przekazał i mówi tak: „Proszę panów, w tych dwóch sztolniach są duże hodowle pieczarek, w trzeciej, największej, jest parking samochodowy, a kolejną sztolnię przygotowujemy dla celów gastronomicznych”. I w ten sposób dowiedziałem się, jaki jest rezultat naszej ciężkiej pracy.
Przyszedł koniec wojny. Dosyć nieoczekiwanie, bo z wiadomości, które docierały do obozu, to wiedzieliśmy, że wojna to już tuż tuż się kończy. Niemcy dostarczali codziennie jeden egzemplarz gazety „Völkicher Beobachter”, to jest taki oficjalny dziennik partyjny, niemiecki, więc wiedzieliśmy mniej więcej, co się dzieje na świecie. W ten sposób dotarła do nas wiadomość o tym, że Amerykanie zdobyli nieuszkodzony most pod Remagen, że Ren będzie przekroczony, a tym samym koniec wojny zbliża się do nas.
Też niezwykłym przeżyciem dla nas było, że obóz był już przeładowany, dlatego że z innych obozów, które były ewakuowane pod naciskiem wojsk rosyjskich albo amerykańskich, docierali do nas jeńcy, więc przepełnienie było olbrzymie. Powstały na terenie boiska sportowego namioty. Ale w pewnym [momencie] (to już był druga połowa kwietnia) jest taki niezwykły obrazek, że główną aleją obozową, tam, gdzie się odbywały apele, maszerują Anglicy – prawie siedmiuset – obładowani, z całym dobytkiem. Gdzie oni idą? Zatrzymują ich na bramie obozowej, a przewodniczka grupy brytyjskiej mówi: „Skończyła się wojna. idziemy do domu”. Dla Niemców to było ogromne zaskoczenie. Wojna mogła się skończyć lada moment rzeczywiście. Jakiś goniec specjalny pobiegł na drugą stronę rzeki Salzach, przybył wysokiej rangi oficer niemiecki i mówi: „Nic podobnego, wojna trwa, proszę tu »Völkicher Beobachter«, zwycięskie przeciwuderzenie. Jeśli ktoś wygra, to tylko my wygramy, czyli Niemcy”. – „A, jeśli tak, to bardzo przepraszamy, widocznie nieporozumienie, złe wiadomości otrzymaliśmy”. Niemcy wiedzieli, że Anglicy mają własny nasłuch radiowy, legalny. I wracają. Ale już przy apelu okazuje się, że siedemnastu Anglików nie ma, bo w momencie, kiedy wszyscy patrzyli ze strażniczek na to, co się dzieje przy bramie obozowej, czujność wachmanów była już ogromnie złagodzona, a przynajmniej zajęta zupełnie czym innym. Siedmiu z tych uciekinierów sprowadzono po kilku dniach, ale dziesięciu podobno dotarło do oddziałów marszałka Tito, bo to [było zupełnie niedaleko.] To było dosyć nieoczekiwane dla nas wydarzenie. To pamiętam właśnie tak, jakby to wszystko było wczoraj.

  • Jak wyglądało wyzwolenie obozu?


Wyzwolenia obozu nie było, co było najzabawniejsze. Wiedzieliśmy – to już powiedziałem wcześniej – że wojna jest na ukończeniu. Były też wydarzenia niezwykłe, też związane z tym, że już jest prawie koniec. Do obozu docierały ogromne ilości paczek czerwonokrzyskich, które już nie mogły dotrzeć do innych obozów, które już były zajęte przez atakujące oddziały amerykańskie. I był taki moment, że w tej biedzie ogromnej poprzedniej nagle dostajemy po pięć paczek angielskich, w których jest wszystko, a między innymi są papierosy, każdy jest posiadaczem pięciuset papierosów marki Players. Dla niepalących to jest waluta, dla palących to jest w ogóle [skarb], ja nie paliłem. W związku z tym też jest zaskoczenie, bo od czasu do czasu dostawaliśmy paczki amerykańskie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, w tych paczkach była taka bardzo – powiedziałbym – rozmaitość, między innymi konserwy, mleko, kawa, sardynki i od osiemdziesięciu do stu dwudziestu papierosów, w zależności jaki był skład paczki. To jest taki humorystyczny moment, był chyba kwiecień 1945 roku, że w paczce papierosów Morrisów jeden z jeńców naszych, Polaków otrzymuje nieoczekiwany ceterek informujący, że jest posiadaczem samochodu, taka premia dla nabywcy. On jest posiadaczem samochodu, siedzi za drutami i co ma z tym zrobić. Wiem, że nawiązał jakieś kontakty z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem w Genewie, informując i pytając. Jakie były dalsze losy tego posiadacza wozu, nie wiem, ale cały obóz to przeżywał. Wygrał samochód i to przyzwoity Ford V8, pamiętam firmę.
Więc wyzwolenie obozu było w ten sposób, że wiedzieliśmy już, że armia niemiecka we Włoszech, dowodzona przez Vietinghoffa skapitulowała, czyli to jest blisko, niedaleko. Nasi wachmani też od czasu do czasu znikają, jest ich coraz mniej. Później w ogóle znikli. Nie ma wachmanów, obóz jest w naszych rękach, więc powstaje natychmiast samorząd obozowy i czekamy na Amerykanów, bo od czasu do czasu przelatuje nad obozem myśliwiec amerykański z białą gwiazdą. Widzimy już później po drugiej stronie rzeki Salzach, że na szosie pojawiają się jakieś wozy wojskowe z białymi gwiazdami, ale nikt nie trafia do nas. Więc w grupie kilku wyruszyliśmy na szosę, żeby zatrzymać któryś z tych samochodów, dżipa najchętniej, bo nieduży, i zaprosić ich tutaj, niech jeńcy zobaczą tych Amerykanów. I tak też było. Wyjaśniliśmy, prosiliśmy, żeby ktoś się nami zainteresował, żeby tu przybyła jakaś amerykańska grupa wojskowa. To się stało zresztą dwa, trzy dni później, więc te okoliczności wyzwolenia obozu były dosyć niezwykłe. Nie było to tak, jak sobie wyobrażaliśmy, że może się pojawi jakaś uzbrojona jednostka. A później już takie życie poobozowe.
Trafił do nas pan major Wejt [??], tylko z 2 Korpusu Andersa, który już objął taką funkcję koordynującą, już zaczął tworzyć wojsko. Byliśmy już taką jednostką poobozową, ale już powoli podporządkowaną formacji 2 Korpusu. Później z obozu w Murnau przybyło kilku oficerów na czele z panem pułkownikiem Kobrzańskim, przedwojennym oficerem, dowódcą pułku w Poznaniu; major Kwiatkowski. Wśród tych oficerów przybył również znakomity mistrz bokserki Majchrzycki, młody podporucznik, a był wicemistrzem Europy w boksie z roku chyba 1937. I rozpoczęło się już tworzenie armii. Otrzymaliśmy zaległy żołd, po kilkaset marek okupacyjnych, przyzwoite umundurowanie. A później zaczęły się problemy wracać nie wracać. Jesteśmy oderwani od rodzin.

  • Czy w czasie pobytu w obozie próbował się pan kontaktować z rodziną w Polsce?


Tak, już miałem kontakt, wiedziałem, że matka żyje. Byłem jedynym dzieckiem, jedynym synem, więc miałem obowiązek, żeby za wszelką cenę jednak dotrzeć do domu, wiedzieć, że matka miała jakieś oparcie. Zresztą przez cały okres okupacji, jak pracowałem w zakładach „Philipsa”, to już miałem na głowie obowiązek utrzymania rodziny, niewielki wprawdzie, bo matka, ja i ciotka. Więc tu się zaczęły takie poważne „rozdrapy”. Mieliśmy radio, więc mieliśmy i nasłuchy. Wiedzieliśmy, co nadaje radio reżimowe, jak byśmy powiedzieli. I zdecydowałem, że będę wracał do kraju, co nastąpiło w pierwszych dniach sierpnia.
Tu też były takie ciekawostki. Byliśmy później jeszcze przetransportowani bliżej granicy włoskiej. Ale później wracamy przez Linz w Austrii i wracamy do kraju. Jest nas grupa licząca mniej więcej około stu pięćdziesięciu ludzi. Zostaliśmy załadowani, chyba było dwanaście-piętnaście ciężarówek amerykańskich, które przez Austrię, Czechosłowację wiozą nas dalej. Pierwszy moment niezwykły to jak przekraczamy w Linzu most na Dunaju, Dunaj był granicą strefy – prawa strona miasta jest pełna życia, oświetlona – i przekraczamy most, i po drugiej zupełnie inne życie. Tam były samochody, tu samochodów jest mniej, są jakieś konne pojazdy wojskowe, jacyś dziwnie ubrani żołnierze rosyjscy. Jedziemy przez Czechosłowację dalej. W Budziejowicach dowiadujemy się o zrzuceniu bomby atomowej przez Amerykanów na Hiroszimę. Ogromne wrażenie. Ruszamy dalej [niezrozumiałe] i docieramy do Dziedzic, które były graniczną stacją. Po drodze niektórzy z kolegów, którzy patrzyli na to życie od mostu na Dunaju po Dziedzice, to widzą, że to życie może nie jest takie, jak oni sobie to wyobrażali. Póki jest na ciężarówce, to on jest na ziemi amerykańskiej, więc większość nas wysiada, ale jest grupa, która mówi: „Nie, to my wracamy”. Póki nie zeszli na ziemię, nie opuścili terytorium Stanów Zjednoczonych. Do nas też się zwrócili miejscowi żołnierze pogranicza, nasi młodzi chłopcy, kiedy już byliśmy na dworcu w Dziedzicach, czekaliśmy jeszcze na rozmowy z odpowiednimi władzami, przesłuchiwano nas. Byliśmy pierwszym takim oddziałem umundurowanym, który wrócił do kraju, więc ci nasi żołnierze pogranicznicy, tacy młodzi chłopcy, mówią do nas tak: „Chłopaki, pocośta wracali?”. Ale już było za późno, już byliśmy na ziemi, na polskiej ziemi. Oczywiście były też sprawy związane z przeżyciami powstańczymi.
Noc spędzaliśmy na dworcu w Dziedzicach, ulokowaliśmy się na podłodze, ale nad ranem nastąpiły jakiś praktycznie działania porządkowe. Była sala restauracyjna obok jeszcze i ktoś przesunął jakiś ciężki mebel. To był taki sam odgłos jak przed wybuchem [wyrzutni] rakietowej Nebelwerfera, więc wszyscy się poderwaliśmy, że „szafa”, ale okazało się, że tylko mebel drewniany. Rozmowy z władzami, z miejscowym UB, przesłuchania: co, jak, gdzie, skąd, a czy ma pan jakieś listy, czy jakieś polecenia pan dostał, a czy pan był instruowany przed wyjazdem. Później sto złotych, zaświadczenie PUR-u i jedziemy do Warszawy, a nawet nie do Warszawy, bo jechaliśmy w grupie czterech kolegów, z których jeden mieszkał w Pruszkowie, a ojciec był weterynarzem w miejscowej rzeźni pruszkowskiej, więc tam wylądowaliśmy na pierwszą noc podjęci niesłychanie gościnnie. Jedziemy dalej. W Warszawie to było wtedy tak, że całe centrum miasta – w ogóle życie miasta – koncentrowało się na ulicy Marszałkowskiej. Marszałkowska w gruzach i w tych gruzach pojawiły się knajpki i kawiarenki, a nawet kwiaciarnia bliżej placu Zbawiciela.
Spotykamy kolegów, to było tuż po rocznicy, jakoś 7–8 sierpnia i koledzy informują: „Słuchajcie, 1 sierpnia aresztowali starego” – czyli „Radosława”, „Radosław” był wtedy dowódcą Obszaru Centralnego Armii Krajowej. „Przygotowujemy odbicie”. Nierealne zupełnie, bo był dobrze strzeżonym więźniem na Rakowieckiej, więc to nie wchodziło w rachubę. Ale koledzy podjęli taką koncepcję: „Słuchaj, my tu mamy już taki namiar, że będziemy mogli dokonać na linii na odcinku Warszawa–Wilanów akcji na wysokiego oficera radzieckiego, który przejeżdża na tej trasie i on będzie naszym towarem do wymiany”. Nie doszło do tego, mimo że jakaś próba nawet była i samochód zatrzymano. Później, kilka dni po tym, „Radosław” wydał słynny apel do żołnierzy Armii Krajowej Obszaru Centralnego, mówiący o celowości ujawnienia się. Wszyscy, którzy się ujawnią, będą objęci amnestią bez żadnych [konsekwencji]. Długo się nad tym zastanawialiśmy i taką decyzję podjęliśmy w nocy z 19 na 20 września u jednego z kolegów na ulicy Gibalskiego, że zgłosimy się do BGK. W BGK na drugim piętrze znajdowała się komisja. Zresztą w komisji zasiadali zarówno „Radosław”, jak i jego zastępca, pułkownik Gorazdowski, pseudonim „Wolański”, to był szef biura personalnego Komendy Głównej Armii Krajowej i było masę dziewcząt, które prowadziły ewidencyjne zapisy. Kluczową postacią tej komisji był pan major Czaplicki, właściwe nazwisko – pan Izydor Sorton [Kurc] chyba. U nas nosił pseudonim „Akower”, bo on się zajmował inwigilacją akowców i tak z tym pseudonimem pozostał „Czaplicki – Akower”. Dostaliśmy zaświadczenia o ujawnieniu się. Było szereg pytań ze strony funkcjonariuszy, bo również obok Czaplickiego było dwóch funkcjonariuszy ubeków, oficerów: „Wiemy, że przed wyjściem do obozów to jednak zakopaliście broń”, więc zrobiliśmy niepewne miny, ale zapytaliśmy później... Powiedział: „To przepytamy kolegów”. Zwróciliśmy się do pułkownika Barańskiego, że mamy takie pytanie. „Dobrze, a zakopaliście”. – „Zakopaliśmy”. – „W ilu miejscach?”. – „W trzech”. – „To jedno wskażcie”. [Mówimy:] „Naradziliśmy się wspólnie z kolegami i koledzy mówią, że jest takie miejsce tu na skarpie, na ulicy Książęcej, tu od głuchoniemych, że tam jest schowana, zakopana broń. „To pójdziemy tam”. I trójka nas, ten oficer UB i dwóch robotników fizycznych do kopania wyruszyliśmy na skarpę do oranżerii głuchoniemych. Miejsce było znane, bo było w pobliżu kranu zasilającego w wodę ten teren uprawny w oranżerii. [Mówimy:] „To tutaj”. Głuchoniemi, którzy tam pracują przy kwiatkach, patrzą ze zdumieniem, po co w ogóle my tu przyszliśmy, ale po paru uderzeniach łopaty: „Tak, jest skrzynia”. Skrzynię wydobywają, w skrzyni jest broń, pistolety, granaty, chyba jeden PIAT. Zdumienie głuchoniemych było ogromne, nie przypuszczali, że przy takim ładunku na co dzień pracują. A dwa pozostałe miejsca pozostały właściwie nieruszone. W jednym z tych miejsc stoi obecnie hotel „Sheraton”, przy prowadzeniu wykopów może trafili. A drugi był niżej, przy ulicy Rozbrat. Tak że jakie były losy pozostałych naszych zakopanych skarbów, nie wiem. Później już życie codzienne, nauka, praca zawodowa, życie osobiste.

  • Czy był pan w jakiś sposób represjonowany?


Proszę pana, trudno powiedzieć, że byłem represjonowany, bo wtedy kiedy mógłbym być represjonowany na długo, to w 1948, na przełomie 1948 i 1949 roku zapadłem na wielomiesięczną chorobę stawów. Leżałem w łóżku w domu. Właściwie już tak wszyscy postawili krzyżyk na Baranowskim. Nie mogłem w ogóle ruszyć ani ręką, ani palcem, ani głową. Trwało to szereg miesięcy. Nawet jak miałem wizytę władz, zobaczyli, w jakim stanie jest pacjent, którego mogliby ewentualnie zabrać na Rakowiecką, doszli do wniosku, że niech on tu spokojnie dożyje swoich godzin. Na szczęście z tego wyszedłem po roku, ale uniknąłem wtedy tej serii aresztowań.
Natomiast kilkakrotnie miałem jeszcze takie dosyć trudne kontakty. W marcu 1948 roku wrócił z Zachodu nasz kolega Rysio Bińkowski i szukał pracy. Znał doskonale języki angielski, francuski i przy pomocy mojej żony doszliśmy do wniosku, że może być ulokowany w biurze zagranicznym „Społem” na ulicy Kopernika. I tam szczęśliwie, dzięki pomocy wspólnych znajomych, został zaangażowany i dokładnie 8 marca postanowiliśmy, że tą okazję to trzeba uczcić odpowiednio, więc poszliśmy do restauracji do przyjaciół na tak zwanych Sielcach, na dole ulicy Belwederskiej. Późną nocą wracamy spokojnie, przechodzimy obok Belwederu, rozmawiając z ożywieniem i nagle jesteśmy już kierowani do jakiegoś miejsca odosobnienia: „A co panowie? Dlaczego tu wznosicie takie okrzyki?”. Ja mówię: „Nikt nie krzyczy. Po prostu idziemy i głośno rozmawiamy”. Ale w bardzo krótkim czasie podjechała ciężarówka. Wrzucili nas na ciężarówkę i zostaliśmy skierowani najpierw do oddziału Pułku Ochrony Rządu, a później na ulicę Środkową 13, gdzie się mieścił Miejski Urząd Bezpieczeństwa, w starym budynku jeszcze, ogrzewanie piecowe. I nad ranem jest przesłuchanie, każdy osobno. Siedzę bliżej drzwi, przy piecu, mój rozmówca jest przy biurku, przy oknie, przed nim leży mój portfel grubo wyładowany. Przegląda ten portfel i pyta: „A ten pan?” – wymienia nazwiska. To ja przypomniałem sobie i mówię: „Kolega z obozu”. – „A ten?”. – „To jeszcze kolega szkolny”. Zanotował: „Zna pan ich adresy?”. Ja mówię: „Adresów nie znam, po prostu dla pamięci zanotowałem nazwiska”. I kolejny: „A ten?”. Mówię: „Panie poruczniku, nie pamiętam”. Jeszcze dwa, trzy przypadki tego niepamiętania, to odkłada na bok i mówi: „No to pan sobie przypomni”. Ja mówię: „Nie przypomnę sobie, nie pamiętam”. Pomyślałem wtedy, że już nigdy nie będę prowadził żadnych notatek, bo to niebezpieczne. Później pytanie: „A pański ojciec?”. Mówię: „Panie poruczniku, ojciec umarł, jak miałem trzy lata”. „A to się okaże”. Mówię: „Panie poruczniku, cmentarz Bródnowski, pięćdziesiąta trzecia aleja, szósty grób, naprawdę nie żyje”. Ale to było takie bardzo typowe dla [nich], nieufni ludzie. I bardzo zabawny moment, poprzednio o nim nie mówiłem – karteczka, [na której napisane jest] „Z”, literki, „A”: „A co to za szyfr?”. Mówię: „Panie poruczniku, jak panu powiem, co to za szyfr, to pan mi pewnie i tak nie uwierzy, ale panu powiem. W 1946 roku zupełnie przypadkowo poznałem bardzo sympatyczną dziewczynę, byliśmy na spacerze i ona mi mówiła o swoich przymiotach. To ja pytam, co to za przymioty. To ona mówi: Zaczyna się na „Z”, kropeczki, „A”. On mówi: „No co to było?”. Mówię: „Ona mi później wytłumaczyła, że ona mi chciała powiedzieć, że ona jest zmysłowa”. – „Czy pan robi ze mnie wariata?”. Mówię: „Nie. Tak było”. „A co to jest za dziewczyna, czy pan zna jej adres?”. „Nie znam. Raz ją widziałem i od tego czasu jej nie widziałem”. Ale to wskazuje właśnie na taką programową nieufność tych ludzi.
Miałem później drugi taki przypadek. Już pracowałem wtedy w budownictwie. Pracowałem w firmie instalacyjnej Państwowe Przedsiębiorstwo Budowlane. Firma prowadziła między innymi budowę – budowa była w latach między 1949 a 1950, a to było w 1950 roku – Domu Partii. W pewnym momencie jestem wezwany w trybie gwałtowanym do miejscowego punktu bezpieczeństwa, tak zwanego Wydziału Ochrony na ulicę Nowy Świat, Smolna i przesłuchujący mnie oficer mówi: „Pan wie, pod jakim pan jest zarzutem?”. – „Nic nie wiem”. – „Pan sobie przywłaszczył i musi pan zwrócić dokumenty dotyczące urządzeń instalacyjnych, przeznaczonych właśnie na ten budynek Domu Partii”. Mówię: „Panie poruczniku, nic nie wiem, nigdy tego nie miałem w ręku”. – „Jak to nie? Mam tu zeznanie” – kogoś tam. Trzy dni byłem tak maglowany, na temat tego, co to było i jaki użytek z tego zrobiłem. „Pan wie, jakiego rodzaju to jest obiekt, że nie można tego rodzaju dokumentów gdziekolwiek przekazać”. Skończyło się szczęśliwie. Później po tym zostałem usunięty z tego przedsiębiorstwa instalacyjnego i trafiłem do Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego – oaza spokoju. Tam byli tacy przedwojenni jeszcze socjaliści, prowadzący budowy domów mieszkalnych na Żoliborzu, na Woli. Nadzwyczaj sympatyczni, poza tym rzeczowi ludzie, bardzo wiele się tam nauczyłem, pracując. A poza tym poznałem taką ich kulturę osobistą i właściwie sposób bycia.

  • Czy w czasie Powstania Warszawskiego zawarł pan jakieś szczególne przyjaźnie?


To jest rzecz niezwykła, to nie dotyczy tylko mnie, ale w ogóle przyjaźnie zawarte podczas Powstania Warszawskiego w moim przypadku to już są kontynuowane w trzecim pokoleniu. Żyją w przyjaźni dzieci naszych dzieci. Spotykają się, mają wspólne zainteresowania, mają już dzieci, wnuczęta i ta więź w kolejnych pokoleniach jest podtrzymywana. To jest bardzo – powiedziałbym – ciepła i ciekawa rzecz. Zresztą już odbiegając nawet od spraw powstaniowych, ale cały szereg przyjaźni zawartych w wojsku w okresie legionowym czy z okresu 1939 roku przetrwało próbę czasu. I to są wspaniałe kontakty międzyludzkie.

  • Co najbardziej utkwiło panu w pamięci z czasu Powstania?


To, że budziliśmy się rano codziennie, jeśli przeżyliśmy, że jeszcze żyjemy. Jak jestem pytany czasem, jakie mi utkwiły w pamięci wydarzenia z okresu Powstania Warszawskiego związane z życiem codziennym, czy uczestniczyliśmy w jakichś spotkaniach, koncertach, to dla mnie są to rzeczy zupełnie nieznane, nigdy nie miałem okazji i możliwości. Zawsze to była troska o to, żeby przeżyć, więc jak budziliśmy się – jak już powiedziałem – rano ze świadomością, że żyjemy i że może ten kolejny dzień też da się nam przeżyć, to już człowiek był ogromnie rad.

  • Jakie jest pana najlepsze wspomnienie z tamtego czasu?


Proszę pana, cudowna była chwila, kiedy byliśmy na punkcie zbiórki, oczekiwaliśmy na broń, otrzymaliśmy na razie opaski i to się wiązało też z uczuciem wielkiego zawodu, bo byliśmy zupełnie inaczej do tego przygotowywani. Zacznę od tego, że Powstanie miało wybuchnąć w nocy albo wczesnym rankiem. Według opinii psychologów to był najlepszy moment wykorzystujący – powiedziałbym – stan ducha przeciwnika, że jest wtedy moment zaskoczenia, który może przynieść rezultaty. Ale moment Powstania to jest żyjące miasto. Z kolei jak popatrzyliśmy na to, jak będziemy wyposażeni, to uczucie ogromnego zawodu, mimo że byliśmy w takim związku taktycznym, który był względnie dobrze wyposażony. Ale przy różnego rodzaju ćwiczeniach przeprowadzanych na długo, na rok przed wybuchem Powstania, widzieliśmy mniej więcej jakie obiekty będą atakowane, to wszystko to wyglądało pięknie. Na przykład obiekt, który miał być zdobyty przez nas – bardzo ważny obiekt – pierwszego dnia Powstania. Ogromny magazyn paliw zwany „Naftusią” – to jest nazwa jeszcze przedwojenna – między ulicą Obozową a Wawrzyszewską, obiekt strzeżony przez cztery wieże strażnice, wysoki mur, dwie bramy: jedna od strony Obozowej, druga od strony Wawrzyszewskiej. Założenie było takie, że atak przeprowadzają trzy plutony, że broń maszynowa unieruchamia broń maszynową niemiecką ulokowaną na wieżach strażniczych. Broń stromotorowa atakuje wnętrze obiektu, saperzy wysadzają bramy i uderzamy. Ale z tego nic nie było, żadnej broni powstańczej, która by zniszczyła niemiecką broń maszynową, nie było broni stromotorowej, nie było wczesnego ranku, który by pozwolił na zaskoczenie. Tak że próba podjęta przez trzy plutony rzeczywiście, już po pierwszych metrach zakończyła się niepowodzeniem, a dowodzący natarciem porucznik „Wit” na szczęście przytomnie odwołał natarcie przy stosunkowo niewielkich stratach, ale jednak straty były.

  • Jakie jest pana najgorsze wspomnienie z Powstania?


Wie pan, najgorsze wspomnienia to są związane z momentami, kiedy byliśmy całkowicie bezsilni wobec tego, co nas otaczało, kiedy 4 sierpnia rozpoczęła się rzeź Woli i niszczenie dzielnic. W nocy widno jak w dzień, a w dzień słyszymy salwy plutonów egzekucyjnych, które rozstrzeliwują naszych sąsiadów, przyjaciół, znajomych. Kiedy widzimy, że czasem stoi [niezrozumiałe], z czeluści zadymionych ulic pojawiają się jakieś oszalałe na pół postacie, które nam mówią, co się tam dzieje. Wiemy, że nie pomożemy, że nie wrócimy na Wolę. Kiedy musieliśmy opuszczać naszych rannych, opuszczając Stare Miasto, zgromadzonych na przykład na dziedzińcu Archiwum Akt Dawnych, bo kilkanaście godzin wcześniej była próba przebicia oddziału do Śródmieścia i przygotowana była ogromna ilość rannych i tych, którzy mieli ich nieść. Ale po nieudanej próbie tragarze zniknęli, a ranni zostali na dziedzińcu Archiwum Akt Dawnych. Była ich masa, ciężkie przypadki: amputacje nóg, rąk, rany głowy, brzucha, więc nikt się nie nadawał do ewakuacji kanałem. Nawet nie ma możliwości, żeby wprowadzić czy nieść. Owszem, lekko rannych zabieraliśmy. I to straszne uczucie bezsilności, kiedy mijamy rannych, nie patrząc im w oczy i słyszymy ich głosy: „Koledzy, nie zostawiajcie nas”. Wiemy, co ich czeka. Padają dookoła nas gęste pociski granatników i lada moment my będziemy w tej samej sytuacji co oni, tu będziemy leżeli, czekając na pomoc, której nie dostaniemy.

  • Jak teraz po sześćdziesięciu sześciu latach ocenia pan Powstanie?


Proszę pana, to jest pytanie właściwe trudne. [Trudno udzielić] takiej odpowiedzi, która by była oczekiwana, jak sądzę, przez pana, bo są takie traumatyczne wrażenia, które nie pozwalają na jednoznaczną ocenę Powstania Warszawskiego, mówię w swoim imieniu, bo zostają trwałe ślady. Jeśli pan czytał niektóre publikacje, piszę o tym. Na przykład o dwóch moich przyjaciołach, których zabrałem z mieszkań, idąc na punkt zbiórki powstańczej. Obydwaj zginęli na Woli. Wspominam też o rozmowie z ich matkami w 1946 roku i odpowiedzi obydwu kobiet były takie same: „Gdybyś po niego nie przyszedł, może by żył i był ze mną”. Więc to jest taka sprawa odczuwanej do dzisiaj odpowiedzialności za nich, bo rzeczywiście ja ich zabrałem i czuję się do dzisiaj za to odpowiedzialny. Tuż przed wybuchem Powstania, na jeden dzień przed Powstaniem obserwowaliśmy to, co się dzieje na Woli. Mieszkałem na Woli i na Woli rozpoczynałem działania powstańcze.
31 lipca przybyła na Wolę duża jednostka niemiecka, elementy Dywizji „Hermann Göring”, która była rozładowywana na dworcach w Pruszkowie i Piastowie. To się wiązało z tym, że część tej formacji niemieckiej została rozlokowana na przykład na Urlychowie, tam gdzie znajdowały się poważne zapasy broni obwodu polskiego. Czyli wiadomo było, że nad tym trzeba położyć krzyżyk, tej broni nie będziemy mogli użyć w Powstaniu. Ale i wiedzieliśmy, że to jest świetnie wyposażona jednostka, z którą będziemy musieli podjąć walkę na terenie Woli z szansami dla nas niepewnymi. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak słabo będziemy wtedy uzbrojeni, a poza tym Warszawa była wtedy miastem frontowym. Od 29 lipca słyszeliśmy huk dział wielkiej bitwy pancernej, która toczyła się na przedpolach Warszawy, dwadzieścia kilometrów od miasta, na polach Radzymina. 2 Armia Pancerna Gwardii, jedna z czołowych jednostek radzieckich, toczyła bój z kilkoma dywizjami pancernymi niemieckimi ściągniętymi na front wschodni. To była największa bitwa pancerna od czasów wielkiej bitwy pod Kurskiem. Ze strony niemieckiej brało udział tysiąc dwieście pojazdów pancernych. Rosjanie ponieśli ogromne straty, nie dostawali pomocy, wsparcia ze Wschodu, a tracili ogromną ilość pojazdów pancernych, trzysta sześćdziesiąt jednostek. Bitwę przegrali. To był właśnie taki dramatyczny moment, o którym się dowiedzieliśmy już wiele lat później, że kiedy my otrzymywaliśmy 1 sierpnia rozkaz podjęcia walki, godzina „W”, to tego samego dnia, wczesnym rankiem o godzinie siódmej dowódca 2 Armii Pancernej Gwardii, generał Radzijewski wydał rozkaz przejścia do obrony. Zadaniem 2 Armii Pancernej Gwardii było nie zdobycie Warszawy, ale zdobycie Pragi i ewentualnie otworzenie dwóch przyczółków mostowych po prawej i po lewej stronie. A później, w wyniku jeszcze dalszych komplikacji politycznych, nie podjęto żadnych działań wojennych skierowanych przeciwko Niemcom. Byliśmy zdani na własne siły i na pomoc Zachodu. W dzień słuchaliśmy, czy rozlegnie się huk dział na Wschodzie, a w nocy patrzyliśmy z nadzieją w niebo, czy przylecą, zrzucą.

  • Czy chciałby pan podsumować naszą rozmowę, dodać coś od siebie?


Proszę pana, podsumowanie dla ludzi mojego pokolenia, dla żołnierzy Powstania Warszawskiego jest jedno: to była ogromna, nie wiem, czy to można nazwać w [tych] kategoriach, ale wielka przygoda naszego życia, związana z ogromnym ryzykiem, bo podejmując walkę w Warszawie, mieliśmy szczytny cel, to znaczy uwolnienie miasta i zapewnienie Polsce niezawisłości politycznej. Nie wiedzieliśmy wtedy, nie mieliśmy tej świadomości, że losy Warszawy nie rozstrzygają się na ulicy Warszawy, tylko zostały dawno już – jakby powiedzieli warszawiacy – zaklepane w gabinetach dyplomatycznych, gdzie następował podział świata, stref wpływów, że los Polski został przypieczętowany w 1943 i 1944 roku na konferencjach w Teheranie czy w Jałcie. Tak że moja świadomość, która została ukształtowana już na podstawie dokumentów, lektury ciekawych książek, po latach dopiero pozwoliła się zorientować, jaki był mechanizm, w jakiej trudnej, a właściwie beznadziejnej sytuacji byliśmy wtedy. Myślę, że gdyby dowództwo Armii Krajowej miało świadomość, szczególnie dowództwo Korpusu Warszawskiego miało świadomość, że takimi metodami Niemcy będą prowadzili walkę powstańczą, która była zakrojona tylko na dwa, trzy dni, to by nie podejmowali takiej decyzji. Zresztą też z lektury wie pan o tym, że zdania w Komendzie Głównej były podzielone prawie równo, jeden głos właściwie tylko zdecydował, że tak, a sama decyzja podjęcia Powstania Warszawskiego była podjęta w warunkach przedziwnych, na podstawie krótkiej rozmowy pułkownika „Montera”, który wyruszył gdzieś w rejon mostu, chyba Kierbedzia i otrzymał tam informację, że ktoś widział już czołgi radzieckie na Pradze. Natychmiast wrócił, informując „Bora”, że taka jest sytuacja, że trzeba natychmiast podjąć walkę. Generał „Bór” wyraził zgodę i wydał taki rozkaz, ale kiedy w godzinę później dotarł szef wywiadu Iranek-Osmecki, który się spóźnił na spotkanie Komendy Głównej i dowiedział się o tym, był zaskoczony. Powiedział, jak można było podjąć taką decyzję bez opinii szefa wywiadu. Był szefem wywiadu i oceniał prawidłowo sytuację, że na wschód kierowane są doborowe jednostki niemieckie dla wsparcia toczącej się bitwy pancernej i że losy Powstania nie mogą być podejmowane w takich okolicznościach. Poprzednio ustalano, że Powstanie wybuchnie wtedy, kiedy rozpoczną się walki o warszawskie mosty na Wiśle, ale do tego była daleka droga.
Więc tak to wygląda, proszę pana, refleksje są czasem bardzo bolesne, a świadomość, która ciągle się jeszcze kształtuje nawet w umysłach ludzi tak starych jak ja, to docieranie do bardzo wielu źródeł, sprawę nam wyjaśni. Bolesnym ciosem dla nas było to, że rozkaz o uznaniu Armii Krajowej za część armii alianckich walczących na Wschodzie i na Zachodzie został podjęty przez oba rządy, amerykański i brytyjski, 28 sierpnia 1944, kiedy już los Warszawy był przypieczętowany. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi na Woli zamordowanych, a my byliśmy ciągle traktowani jako bandyci. Nawet po tych dwóch komunikatach, brytyjskim i amerykańskim, też nasz los na placu boju – chociażby przykładem jest Czerniaków – nie zmienił się. Do świadomości Niemców nie docierało to, że walczą z elementami armii alianckich, tylko z przestępcami. Taki był stan świadomości i tak od czasu do czasu się do tych spraw wraca, przeżywając to jeszcze raz.



Warszawa, 17 czerwca 2010 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski

Zobacz także


podporucznik

Oleńka - Imię i nazwisko zastrzeżone „Oleńka”

W 1939 roku zdałam maturę i rozpoczęłam pracę zawodową. Tylko parę tygodni pracowałam w Handlu Zagranicznym i...

więcej
sanitariuszka

Janina Abramowska „Nina”

Janina Abramowska, z domu Tokarska, urodzona 21 maja 1925 rok w Warszawie. Pseudonim „Nina”,...

więcej
starszy strzelec, łączniczka

Danuta Gałkowa „Blondynka”

Co pani robiła przed 1 września 1939 roku? Chodziłam do szkoły, byłam w...

więcej
cywil, pomoc medyczna

Jolanta Bartnikowska

Nazywam się Jolanta Prusińska, urodziłam się 10 lutego 1933 r. w Warszawie. W Powstaniu Warszawskim byłam pomocniczką...

więcej