Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Edward Gora „Mały”, „Cichy”
Edward Gora
pseudonim
„Mały”, „Cichy”
stopień
łącznik
formacja
„Wachlarz”, odcinek III

Nazywam się Edward Gora, urodziłem się 15 lutego 1929 roku w Warszawie. W piątym roku życia, po przebytej chorobie – zapalenie opon mózgowych – straciłem słuch i od tego czasu mam sto procent głuchoty. Dobrze odczytuję mowę z ust i dlatego mogę się porozumieć z ludźmi słyszącymi. Rodzice chcieli mnie zapisać do normalnej szkoły dla osób słyszących. Z uwagi na słuchu żadna szkoła nie chciała mnie przyjąć. W związku z tym rodzice byli zmuszeni zapisać mnie do szkoły dla głuchoniemych. Szkolną naukę rozpocząłem w szkole na ulicy Hipotecznej w Warszawie.
Chciałbym zwrócić uwagę, że przed wojną w Warszawie były trzy szkoły dla głuchoniemych: Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych, szkoła na ulicy Hipotecznej, szkoła dla głuchoniemych żydowska. Ja chodziłem na Hipoteczną. W czasie okupacji, w 1940 roku, Niemcy zlikwidowali szkołę na ulicy Hipotecznej. Przenieśli [całą szkołę] do Instytutu głuchoniemych. To było w lutym, marcu 1940 roku. Z uwagi na to, że byłem zdolnym uczniem, chodziłem tylko do pierwszej i drugiej klasy. Z drugiej od razu mnie przenieśli do piątej i w 1942 roku skończyłem Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych w Warszawie, na Placu Trzech Krzyży.

  • Jak pan pamięta Warszawę przed wojną?

Warszawę dobrze pamiętam, bo od urodzenia do Powstania Warszawskiego cały czas mieszkałem w Warszawie. Pamiętam oblężenie Warszawy w 1939 roku, przeżyłem okupację niemiecką i pamiętam bombardowanie Warszawy przez lotnictwo alianckie w czasie okupacji.
Chodząc do szkoły, poznałem się z głuchoniemymi, którzy byli pracownikami stolarni – pod firmą Pol-Stephan była firma, która pracowała dla Niemców. Pod nazwą tej firmy działała organizacja konspiracyjna „Wachlarz”. Ta organizacja była pierwszą, która rozpoczęła przemyt broni z Warszawy na wschód, do Pińska, Brześcia. Organizacja „Wachlarz” dzięki tej broni rozpoczęła walkę na tyłach, przeciwko Niemcom. Mnie wciągnięto jako łącznika. Z uwagi na to, że byłem głuchoniemy, nosiłem opaskę z napisem Taubstumme, z pieczątką wrony niemieckiej, z oświadczeniem podpisanym przez lekarza niemieckiego, że jestem głuchoniemy. Była grupa trzech, czterech głuchoniemych. Mieliśmy ułatwione zadanie przy transporcie materiałów potrzebnych dla organizacji. To były materiały konspiracyjne, o których nie wiedziałem. Było tak, że my na wózku – trzech, czterech głuchoniemych – transportowaliśmy pod obstawą i mieliśmy zlecenie: w razie obławy wszystko rzucić i uciekać. Tak się złożyło, że nigdy nie było potrzeby, żeby wszystko rzucać. Niemcy na młodych głuchoniemych, którzy chodzili z opaskami, nie zwracali szczególnej uwagi. Dwa, trzy razy jeździliśmy samochodami firmy. To były specjalnie skonstruowane samochody, które pod podłogą miały skrytkę. W tej skrytce różne materiały, amunicję, dynamit przemycano do Pińska, Brześcia i dalej dla oddziałów organizacji „Wachlarz”.
W czasie Powstania Warszawskiego otrzymałem polecenie transportu medykamentów. W drodze zaskoczyło nas Powstanie i wszystkie medykamenty oddaliśmy do punktu werbunkowego na ulicy Kujawskiej, na Mokotowie. Zostaliśmy zgłoszeni do oddziału werbującego. Tak się złożyło, że w tej okolicy była silna obstawa Niemców. Była tam siedziba gestapo, żandarmerii wojskowej, formacji SS, koszary wojskowe. [około 3-4] sierpnia dowództwo zgrupowania dało rozkaz, aby wszyscy się rozproszyli i uciekali na górny Mokotów. Zostałem z ludnością cywilną. Weszli Niemcy, wszystkich zabrali, kobiety oddzielili, mężczyzn oddzielili. Mnie z mężczyznami zaprowadzili do koszar wojskowych niemieckich i trzymali około dwóch tygodni. W jakim celu, w tym czasie nie zdawaliśmy sobie sprawy. Dopiero po dwóch tygodniach Niemcy wszystkich wypuścili. Ale nie dali nam wolnej ręki, bo były walki powstańcze. Wyprowadzali poza Warszawę. W drodze uciekaliśmy z transportu. Na szczęście mnie udało się uciec. Tak zakończyła się historia Powstania Warszawskiego.
Błąkałem się. Wolałbym tej historii nie opowiadać, bo mi się chce płakać, jak wspomnę te okropne czasy. Bez rodziców, bez mieszkania, bez domu, bez zmiany odzieży. Okropne życie. Przez przypadkowe spotkanie znajomych z domu, w którym mieszkali pod Warszawą, zatrzymałem się tam i obcy ludzie się mną zaopiekowali. Jakoś przeżyłem. Po wojnie okazało się, że matka była w obozie koncentracyjnym Stutthof, ojciec w innym miejscu, siostra była wywieziona do Niemiec. Całe szczęście, że całą rodziną się spotkaliśmy. Matka była poważnie chora, już nie chciała mieszkać w Warszawie. Były same gruzy, ruiny, nie było wody, nie było światła. Matka była schorowana przez pobyt w obozie i przenieśli się poza Warszawę. Ja, jako rodowity warszawiak byłem przyzwyczajony, miałem kolegów. Wróciłem do Warszawy i rozpocząłem samodzielne życie, ale rodzice pomagali, znajomi też. […]

  • Panie Edwardzie, a lata okupacji? Pan powiedział, że miał opaskę jako głuchoniemy.

W czasie okupacji głuchoniemi mieli opaski. Nie musieli nosić, ale lepiej było nosić. Opaska z napisem Taubstumme, po niemiecku to znaczy „głuchy” i stemplowana wroną niemiecką przez lekarza. To każdy mógł podrobić. Dzięki tej opasce Niemcy się nas nie czepiali. Organizacja konspiracyjna nas wykorzystywała w tym celu, żeby przenosić jako łącznik materiały konspiracyjne. Nie wiedziałem, co tam jest. Mnie nie pokazywali, nie tłumaczyli się. Tylko otrzymaliśmy rozkaz w razie obławy, łapanki, żeby wózek z materiałami, które transportowaliśmy zostawić i uciekać.

  • Widział pan, jak Niemcy łapali innych Polaków?

Widziałem. Nawet jak chodziłem jeszcze do szkoły, przez okno widziałem. Na Placu Trzech Krzyży, na rogu, przyjechały samochody, budy niemieckie. Wojsko niemieckie wyskakiwało i na ulicy przechodniów łapali i legitymowali. Jednych wypuszczali, drugich do budy niemieckiej [pakowali] i wywozili.

  • Pamięta pan, kiedy pan składał przysięgę do konspiracji? Przysięgę Armii Krajowej?

Przysięgę, to nieoficjalnie. Tylko były starsze osoby i mnie tłumaczyli, że jestem Polakiem i powiedzieli, że muszę działać na wierność Polsce, jako prawdziwy Polak. Tak tłumaczyli, pamiętam o tym. Była grupa czterech głuchoniemych.

  • Pamięta pan imiona, nazwiska albo pseudonimy pana kolegów głuchoniemych?

Najpierw miałem pseudonim „Mały”. To była inna organizacja, ale współpracowała z Wachlarzem. Tam mi dali pseudonim „Mały”, bo byłem najmłodszy wśród głuchoniemych. Później podrosłem i mnie przenieśli do Wachlarza. Tam dali pseudonim „Cichy”. Jak byłem mały, to zawsze głośno mówiłem. Krzyczeli: „Cicho, cicho mów, przyzwyczaj się!” i cicho mówiłem. Dlatego dali pseudonim „Cichy”.

  • Inni pana koledzy jak się nazywali?

Grochowski Faustyn, pseudonim „Fau”. To był mąż, jego żona była córką Stefana Zagrodzkiego, który był naczelnym dyrektorem technicznym firmy Pol-Stephan, która pracowała na rzecz Niemców. Dyrektorem tej firmy był Austriak, nazwiska zapomniałem, którego córka wyszła za mąż za oficera gestapo czy SS. Ale ten dyrektor współpracował z konspiracją polską. Cała historia firmy, moja i kolegów głuchych, którzy w organizacji działali, jest opisana przez Cezarego Chlebowskiego pod nazwą „Wachlarz”. […]

  • Powiedział pan, że był jeden kolega. A pozostali koledzy?

Wszyscy koledzy już pomarli. Grochowski Faustyn, Gajda Stanisław, Jaszczuk – imię zapomniałem, Rybarczyk Franciszek. Było nas pięciu.

  • Czy pana rodzice wiedzieli?

Nie wiedzieli rodzice, bo ja chodziłem na praktykę, a w ramach praktyki działalność łącznika wypełniałem. Żadnego wynagrodzenia nie dostawaliśmy, czasem jak późno, to zapraszali nas na obiad. To było bezinteresowne zaangażowanie, poświęcenie.

  • A historia plutonu głuchoniemych?

Nas było pięciu głuchoniemych.

  • A pluton głuchoniemych w Instytucie?

W Instytucie dużo było głuchych uczniów, ale nikomu nic nie mówiliśmy o tych sprawach, tylko mówiliśmy, że tam praktykujemy.

  • Pan wcześniej opowiedział mi historię plutonu głuchoniemych.

Znam dobrze całą historię plutonu głuchoniemych. Od samego początku zacząłem działać. Głusi nawet nie wiedzieli, do jakiej organizacji należeli w czasie konspiracji. To była inna organizacja. Dopiero w połowie sierpnia powstała organizacja „Miłosz”. Głuchoniemi podlegali pod Batalion „Miłosz”.
Dopiero w latach osiemdziesiątych można było zorganizować koło powstańcze głuchoniemych i o wszystkim dokładnie, szczegółowo się poinformować. Wszystkie informacje otrzymałem dzięki Leskiemu Romanowi. Jeszcze Sławomir Wójcik najwięcej informacji mi udzielił o działalności konspiracyjnej głuchoniemych w czasie okupacji. To był kolega profesora Jabłońskiego, a profesor Jabłoński był profesorem wychowania fizycznego w Instytucie Głuchoniemych. On nas uczył gimnastyki. Zwerbował głuchoniemych, ale wcześnie zmarł. Głuchoniemi mogli się wszystkich szczegółów dowiedzieć dzięki Wójcikowi. Zorganizowaliśmy organizację zbowidowską. Zacząłem latać na ulicę Dubois, bo tam był oddział wojewódzki. Tam poznałem się z Wójcikiem. On był z organizacji na Czerniakowie. To była właściwa organizacja głuchoniemych, której podlegali w czasie konspiracji, ale Wójcika nie znali. Dzięki niemu wszystkiego się dowiedziałem i przekazałem głuchoniemym te informacje.

  • Jak powstał pluton głuchoniemych? Kiedy powstała cała organizacja?

Organizacja głuchoniemych powstała w 1942 roku dzięki profesorowi Jabłońskiemu. Był nauczycielem wychowania fizycznego w Instytucie Głuchoniemych i zwerbował głuchoniemych Włostowskiego i Wroczyńskiego Konrada. To byli pierwsi współzałożyciele warszawskiego klubu sportowego głuchoniemych, który powstał w 1922 roku. Pierwszy klub sportowy głuchoniemych w Polsce. Oni współpracowali z Jabłońskim. Jabłoński miał do nich zaufanie i ich wciągnął. Poprosił, żeby zaufanych kolegów zwerbowali. Oni zaczęli werbować; było około piętnastu, osiemnastu w konspiracji. Między sobą znali się tylko trójkami. Włostowski wszystkich znał. Dopiero jak otrzymali rozkaz koncentracji w Instytucie Głuchoniemych pod koniec lipca, gdy było przygotowanie do Powstania Warszawskiego, to byli zaskoczeni: „Ty należysz, ty należysz…”. Miedzy sobą dobrze się znali, od dziecka, ale że należeli do konspiracji, jeden o drugim nie wiedział, tylko trójkami się znali. Tak powstało kółko konspiracyjne.
Jak wybuchło Powstanie, to przyszli ochotnicy i oddział się powiększył do dwudziestu dziewięciu, z niego się składał pluton głuchoniemych, który miał numer 1107. IV Pluton Powstania Warszawskiego. Jeszcze sześciu chciało dodatkowo wstąpić, ale Włostowski już nie przyjął ich do swojego plutonu. Tych sześciu oddzielnie należało, bezpośrednio pod podporucznika „Mundka” – Edmunda Malinowskiego. To był wychowawca Instytutu głuchoniemych i Ociemniałych. Był dowódcą, któremu podlegał pluton głuchoniemych. Walczyli aż do końca Powstania Warszawskiego. Całe szczęście od początku do końca Powstania Warszawskiego żaden nie został zabity. Ranni byli, ale zabitych wcale nie było.

  • Jak to się stało? Przecież głuchoniemy nie słyszy bomb, nie słyszy karabinów…

W czasie Powstania Warszawskiego głuchoniemi nigdy nie otrzymali rozkazu do pierwszej linii frontu. Zawsze była to formacja pomocnicza. Jak byli wezwani do pomocy, to nigdy sama grupa. Razem ze słyszącymi. Czterech, pięciu słyszących, dwóch, trzech głuchoniemych. Jako formacja pomocnicza, oni na zapleczu działali w Powstaniu Warszawskim.

  • Ale bomby spadały i ten co słyszy, może uciec…

Nie. Słyszący padał, głuchoniemy naśladował. Bo osoby głuchonieme, które nie słyszą, mają podwójnie wyostrzony wzrok i orientację. Patrzą, orientują się. Jak widzieli, ze ktoś padał, wiedzieli, że niebezpiecznie. Tak samo padali. „Kryj się” – tak samo się kryli. Słyszący padali albo pomagali.

  • Czy zna pan tę historię, jak byli głuchoniemi i słyszący, było bombardowanie, słyszący uciekli na prawo i zginęli wszyscy, a ci co nie słyszeli, głusi, na lewo i wszyscy przeżyli?

Nie. Zawsze razem ze słyszącymi byli. Zawsze pośrodku słyszących byli głuchoniemi.
  • Byli w plutonie ranni żołnierze głuchoniemi?

Byli ranni. Jeden dostał kulą, która mu przez udo przeszła na wylot. Drugi głuchoniemy w brzuch dostał. Też na wylot mu przeszła kula. Jednego gruz zawalił, ranny był. Poważniejszych ran nikt nie miał, żeby nogi obcięło czy rękę. Tylko postrzały mieli.

  • Im nie wolno było mieć broni i strzelać?

Głuchoniemi nigdy nie mieli broni. Broń mieli powstańcy, którzy walczyli w pierwszej linii frontu. Głuchoniemi byli na zapleczu, z tyłu. Jako formacja pomocnicza.

  • Były kobiety głuchonieme? Dziewczyny?

Dwie sanitariuszki były. Prały bandaże, pomagały w lazarecie powstańczym, gotowały. Jako oddział gospodarczy.

  • Pan wie, czy była przyjaźń między głuchoniemymi i słyszącymi powstańcami?

Braterstwo broni to siła wyższa. Musieli się przyjaźnić. Razem współpracowali, razem walczyli przeciwko temu samemu wrogowi. Był wypadek po zdobyciu budynku YMCA. Niemcy uciekali. Tak się złożyło, że dwóch żołnierzy nie zdążyło uciec i wyskoczyli oknem. W tym samym czasie dwóch biegło, zauważyli Niemców i odważyli się ich schwytać, mimo że Niemcy mieli pistolety automaty, a oni mieli tylko sidolówki. To były powstańcze granaty. Schwytali Niemców, zabrali im broń i oddali do punktu werbunkowego. Gajda zatrzymał dla siebie pistolet, ale w końcu dowiedzieli się, że ma i dostał rozkaz, że ma oddać. Musiał oddać, bo żołnierzowi Powstania Warszawskiego, który nie walczył na pierwszej linii broń była niepotrzebna. Tam żołnierze potrzebowali z uwagi na to, że na stu powstańców dziesięciu miało broń, a dziewięćdziesięciu było bez broni.

  • Gdzie pluton głuchoniemych spał w czasie Powstania? Gdzie mieli swoją kwaterę, dom?

W piwnicy Instytutu Głuchoniemych spali razem z powstańcami. Razem spali ze słyszącymi.

  • Jak był upadek Powstania, oni wyszli jako żołnierze, czy jako cywile?

Pod koniec Powstania dziewięciu poszło do niewoli, a reszta zmieszała się z cywilami i opuścili Warszawę.

  • Po wojnie wszyscy wrócili do Warszawy?

Prawie wszyscy wrócili. Wilka ciągnie do lasu. Tak samo warszawiacy z powrotem wrócili do Warszawy. Część głuchoniemych na zachód pojechała, tam znaleźli pracę, mieszkanie i zostali, bo Warszawa była zniszczona, a większość głuchoniemych mieszkała w Warszawie lewobrzeżnej.

  • W tej chwili kto jeszcze z powstańców głuchoniemych żyje?

Z plutonu głuchoniemych 1107.: [Karol] Stefaniak, Bedyński, Smoczkiewicz... troje ich jest. A spoza tego plutonu powstańczego ja jeden zostałem. Była większa ilość głuchoniemych, bo głuchoniemi walczyli pojedynczo na Powiślu. Na Powiślu był jeden głuchoniemy, który pracował w warsztatach, broń reperował. Tam głuchoniemi pracowali. Był jeden głuchoniemy, który walczył w zgrupowaniu „Kryska” na Czerniakowie, jeszcze w Batalionie „Chrobry”, WiN – to była organizacja powstańcza innego oddziału. Ale oni już nie żyją.

  • Czy w plutonie głuchoniemych był też Ukrainiec czy Rosjanin?

Przed Powstaniem Warszawskim armia niemiecka się cofała z frontu wschodniego na zachód. Stamtąd, z terenów Ukrainy, zabierali ludność i wywozili do Niemiec. Wśród tego transportu jechał głuchoniemy o nazwisku Mikołaj Kozyrew. Pochodził z ukraińskiego miasta Dniepropietrowsk. W czasie transportu pociąg się zatrzymał na terenie Warszawy. On jakoś uciekł z transportu. Błąkał się po Warszawie i przypadkowo na ulicy zobaczył głuchoniemego, zatrzymał, powiedział, że jest głuchoniemym Ukraińcem. Zaprowadzili go do Instytutu głuchoniemych. Tam przez dwa-trzy tygodnie go ukrywali. W czasie Powstania jako ochotnik wstąpił do Armii Krajowej. Walczył w plutonie głuchoniemych. Po Powstaniu razem z ludnością cywilną wyjechał do Jędrzejowa, po wojnie wyjechał do Krakowa, a później wrócił do domu, na Ukrainę. Miał się z nami kontaktować. Jednak były czasy, że absolutnie nie można było rozsyłać listów. Przypadkowo się dowiedziałem, że umarł po operacji woreczka żółciowego. Na Ukrainie.

  • Czy głusi powstańcy byli represjonowani, nękani przez Urząd Bezpieczeństwa, przez milicję?

Po wojnie głuchych się bezpieka nie czepiała, bo głusi się nie chcieli przyznać, że należeli do konspiracji. A mimo że należeli, pełnili niższe funkcje, to bezpieka nie była tym zainteresowana.
Tylko jedna ciekawa historia. W czasie okupacji był wspaniały działacz, współzałożyciel warszawskiego klubu sportowego, głuchoniemy Wroczyński. Jak powstał klub sportowy on był skarbnikiem klubu sportowego. Należał do konspiracji. Za okupacji na Mariensztacie był sklep firmy Dziewulski, to była znana firma papiernicza przedwojenna. Tam był punkt kontaktowy konspiracji. Pewnego razu on tam poszedł, a była obstawa, Niemcy zrobili kocioł. Wszedł, to od razu go złapali. „Po coś przyszedł?” On dobrze mówił i tłumaczył: „Mam córkę, która chodzi do szkoły, potrzebuję zeszyty dla córki.” Niemcy go zrewidowali, znaleźli ulotki w kieszeni. Przez to wpadł. Nie wypuścili go, zabrali na gestapo. Później złapali pozostałych konspiratorów. Jeden stary nie wytrzymał i przy katowaniu przyznał się, że tego głuchoniemego zna, ten głuchoniemy należy do konspiracji. A on się nigdy nie przyznał, twardy był. Niemcy wybili mu wszystkie zęby, mieli kastety i rękawiczki. Pobili go, zęby mu połamali. Był katowany na gestapo w Alei Szucha. Później go wywieźli do Oświęcimia, z Oświęcimia do Buchenwaldu. Jakoś przeżył. W Buchenwaldzie była spora grupa głuchoniemych wywieziona z Powstania Warszawskiego. Wroczyński opiekował się wszystkimi głuchoniemymi, których Niemcy wysłali do obozu koncentracyjnego. W końcu przeżył, wrócił do Polski, ale po trzyletnim pobycie w obozie koncentracyjnym miał chorobę obozową i w 1953 roku zmarł. To jedyny wypadek, że gestapo aresztowało głuchoniemego.

  • Dla osób, które słyszą to jest bardzo duża odwaga, że panowie chcieli walczyć.

Walczyć… Zaangażowanie, poświęcenie… Tak polska szkoła wychowywała głuchoniemych. Przede wszystkim Instytut Głuchoniemych. Wierni ojczyźnie potrafili się poświęcić zaangażować. Widzą: wujek, ojciec, najbliższa rodzina, wszyscy zostali rozstrzelani, zamordowani przez Niemców. Tu jest zemsta nad wrogiem. To było głównym celem walki przeciwko Niemcom.

  • A pamięta pan zrzuty z samolotów?

W czasie okupacji przeważnie w nocy naloty były, ale nie bardzo często. Mało nalotów było.

  • A pomoc? Zrzuty?

Pomoc powstańcom warszawskim? Większa część zrzutów wpadła w ręce Niemców, bo tereny opanowane przez Niemców w czasie Powstania były większe, a powstańcze były mniejsze.

  • Czy były jakieś przyjaźnie między powstańcami głuchymi, a innymi dziewczynami, z innych plutonów? Przyjaźń, miłość?

Głusi jak przyszli do szkoły, do pierwszej klasy, do śmierci razem żyją. W tym wypadku nie słyszałem, żeby coś było. Głuchoniemi są ze sobą nierozłączni w swoim kalectwie. Przez swoje kalectwo są zmuszeni do współżycia.

  • Co pan sądzi o Powstaniu Warszawskim? Czy Powstanie powinno być?

Na ten temat trudno mówić, bo są różne wypowiedzi. Jedni mówią, że wywołanie Powstania Warszawskiego było błędem, drudzy mówią, że Powstanie Warszawskie było słuszne. Mnie trudno osądzić. Od tych spraw są historycy, naukowcy, którzy mają dostęp do wszystkich dokumentów. Oni najlepiej mogą się wypowiedzieć.
Obracałem się wśród dowódców, którzy byli na kierowniczych stanowiskach w Powstaniu Warszawskim. Mówili w ten sposób, że Powstanie Warszawskie zostało wywołane z tego powodu, że pod Warszawą, w Otwocku, były już czołgi radzieckie. Pod koniec lipca, Rosjanie zajęli Otwock, tereny podwarszawskie. Liczyli, że jeżeli wywołają Powstanie Warszawskie, to armia radziecka przyjdzie z pomocą Warszawie, łatwo będzie pokonać Niemców. Tymczasem jak Stalin dowiedział się, że wybuchło Powstanie Warszawskie, to dał rozkaz, żeby wojsko się wycofało. Powstanie Warszawskie zostawili samemu sobie, żeby się wykrwawiło. Dopiero 13 września zajęli Warszawę. Generał Berling dał rozkaz armii polskiej, żeby poszła na pomoc Warszawie, na Czerniakowie. Jak Stalin się dowiedział, to Berlinga zdegradowali.
To była cała polityka, żeby wyniszczyć Armię Krajową. Nawet alianci zwrócili się do władz Związku Radzieckiego, żeby samolotom alianckim, które z Włoch nadleciały nad Warszawę ze zrzutami, z pomocą Powstaniu Warszawskiemu, pozwolili wylądować na terenie rosyjskim, blisko za Wisłą. Związek Radziecki nie zgodził się, odmówił. Musieli lecieć z Włoch, później z powrotem wracać. To była cała polityka…

  • Czy jakby pan miał znowu piętnaście lat, poszedłby do Powstania Warszawskiego?

Chyba nie. Te przeżycia, Powstanie, męki – już mam dosyć. Na samo wspomnienie źle mi się robi. To było okropne. Nikomu bym nie życzył, żeby przeżył, co ja. Lepiej nawet nie wspominać o tym. Żeby podobna sytuacja się nie powtórzyła.

  • Ale w obronie ojczyzny zawsze by pan stanął?

Tak…




Warszawa, 15 marca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

Zobacz także


łączniczka

Barbara Łempicka „Baśka II”

Nazywam się Barbara Łempicka, pseudonim „Baśka II”, Zgrupowanie „Krybar”, Powiśle. Co...

więcej
sanitariuszka

Krystyna Kunowska-Prędecka „Krysia”

Moje imię Krystyna, nazwisko Kunowska-Prędecka. Urodziłam się 5 kwietnia 1926 roku. Należałam do formacji...

więcej
porucznik, sanitariuszka

Maria Uliszewska-Kaden „Mirka”

Maria Uliszewska-Kaden, urodziłam się 18 maja 1921 we Wrześni. W czasie Powstania miałam pseudonim...

więcej
sanitariuszka, łączniczka

Maria Mrozowska „Hanka”

Nazywam się Maria Mrozowska, urodziłam się 23 stycznia 1919 roku w Mińsku Mazowieckim, pseudonim...

więcej

Jerzy Łuczyński

Barbara Łempicka „Baśka II”