Eulalia Rudak „Lilka”

Archiwum Historii Mówionej
  • Proszę opowiedzieć, gdzie panią zastało Powstanie, o „Szarych Szeregach”, o pani rodzinie.

Musiałabym zacząć chyba od początku, od wybuchu wojny. Miałam wtedy siedem lat. Byliśmy w pierwszych dniach września ewakuowani z Warszawy razem z ojcem, bo ojciec był przed wojną pracownikiem MSZ-u i przyjechał tylko na urlop z placówki w Niemczech. Został wciągnięty do pracy od razu, kiedy wybuchła wojna, już nie pojechał po urlopie do Niemiec. Był ewakuowany z dokumentacją na wschód. Tam musieliśmy przejść różne wycieczki po całym wschodnim terenie Polski: jak weszli Rosjanie, to trzeba się było ukrywać, uciekać. Wreszcie przedostaliśmy się przez „zieloną granicę”, sprzedając prawie wszystko, cośmy mieli, żeby zapłacić za tę przeprawę: była bardzo ciężka, pod ostrzałem.
Przyjechaliśmy do Warszawy. Okazało się, że w mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy, już byli Niemcy, już poszukiwali ojca. Tak że ojciec musiał się zacząć ukrywać. Później zmienialiśmy mieszkanie, potem jeszcze raz mieszkanie się zmieniało, aż wreszcie osiedliśmy na Kaczej 20.
Miałam brata starszego ode mnie o pięć lat. Brat jeszcze przed wojną był w harcerstwie i od razu wstąpił do podziemnego harcerstwa. Mniej więcej w 1941 roku aresztowano naszą mamę. Nie wiedzieliśmy, z jakich powodów, ale sądząc po tym, że torturowano ją na Szucha i później zamordowano na Pawiaku, to chyba brała udział – nie wiem – w jakieś akcji.
Wtedy zostaliśmy właściwie sami, z tym że opiekowała się nami siostra ojca – o tyle, o ile było to możliwe w tych ciężkich czasach. Ojciec się ukrywał, od czasu do czasu przynosił coś do domu do zjedzenia: fasolę, trochę zboża. Kręciliśmy to w młynku, żeby było co jeść.
Poza tym oboje z bratem pracowaliśmy, robiliśmy pewne rzeczy, na których można było zarobić pieniądze. Dostawaliśmy z fabryczki, która robiła spinki do włosów, nici, sznurowadła – takie drobne rzeczy i myśmy to wykańczali. To znaczy na sznurowadła nabijaliśmy skuwki, z początku ręcznie, obcęgami, to było dość ciężkie, bo to były skuwki metalowe, z ząbkami, nie tak jak dzisiaj plastikowe. Potem zrobiliśmy taką maszynkę. Robiliśmy tego bardzo dużo. Nici się zwijało po to, żeby one splotły się w warkocz, i przewiązywało banderolką. Część tego towaru oddawaliśmy do fabryczki, a część zostawała nam jako nagroda za to, co zrobiliśmy. Dopiero te rzeczy musieliśmy gdzieś sprzedawać, żeby z tego były jakieś pieniądze.
Tak że było ciężko, poza tym różne inne rzeczy robiłam… trochę na drutach, trochę szydełkiem. Bardzo modne wtedy były torby z szarego płótna, z którego się wyciągało nitki, i w to się wprowadzało celofan kolorowy, i to nawet dosyć chętnie niektóre panie od nas kupowały. Można było na tym trochę zarobić.
Poza tym gdy dostaliśmy to zboże, dość sporo zboża, to [spotykaliśmy się] u ciotki, innej siostry mojego ojca, w szatniach, przy klubie sportowym „Skra”. Zostały same szatnie, bo klub sportowy został zburzony, i ci, którzy przedtem mieszkali w klubie, teraz zamieszkali właśnie w szatniach. Rzadko tam Niemcy dochodzili, więc zbierało się tam trochę młodzieży, ze „Skry” i innej, i zboże musieliśmy przebierać. Było zanieczyszczone takimi maleńkimi miotełeczkami: nasionka czegoś, czego się nie je. Siadaliśmy i wybieraliśmy te dobre ziarna, a te inne na podłogę i potem się zmiatało to wszystko, a z tego ziarna kręciło się mąkę w młynku ręcznym i robiło się zacierki albo placki. Tak się żyło w tym czasie. Różne tam były przypadki, bo ojciec na przykład przynosił nam fasolę – kolorową, wielobarwną, różne kolory tej fasolki, a jak się ugotowało, to ona była brązowa. Ale można tego było już jeść, trochę kawy zbożowej i to się popijało.
Pewnego dnia, kiedy dowiedziałam się o tym, że moja mama została zamordowana, szłam ulicą Płocką i naprzeciwko mnie szedł Niemiec z psem. Ja po prostu z tej rozpaczy, że mama już nie wróci, że już nie będzie nic, rzuciłam się na tego Niemca… i jego pies mnie pogryzł. Ale Niemiec nie strzelił do mnie, tak że jeszcze mi to darował.
Ktoś – nie wiem kto – wciągnął mnie do… ja wiem… też warsztat czy fabryczka to była, było podwórko i dalej wytwórnia czegoś była. Były wtedy takie małe warsztaty na Płockiej, blisko Wolskiej. Wciągnięto mnie tam, zapytano – byłam trochę poszarpana przez tego psa, tu z boku najbardziej, do dzisiaj są ślady – zapytał mnie ten pan, skąd ja jestem, gdzie ja mieszkam. O mieszkaniu nie powiedziałam, ale powiedziałam, z jakiej jestem szkoły. Ponieważ ta szkoła była na Górczewskiej, to tam mnie odprowadzono. Po czasie, kiedy się trochę zaleczyły moje rany, w domu właściwie chyba nikt o tym nie wiedział. Nie przyznałam się w ogóle, akurat w tym czasie nie było nikogo w domu: mój brat się ukrywał i ojciec się ukrywał, więc nie było nikogo… a jak ciocia zapytała: „Co ci jest?”, to powiedziałam, że żołądek mnie boli. Bo zawsze mnie żołądek bolał, więc to było bardzo wiarygodne.
Potem siostra Eugenia Dębska – bo chodziłam do szkoły sióstr szarytek, które miały swoją szkołę i przedszkole przy kościele Świętego Augustyna na Dzielnej: przy tym kościele, który w getcie ocalał, ale kiedy getto powstało, to siostry musiały się przenieść i przeniosły się na Górczewską do domu starców, na Górczewską 9. Tam otworzyły po pewnym czasie szkołę i ja do tej szkoły zaczęłam chodzić. Wtedy siostrą kierowniczką była Eugenia Dębska – wezwała mnie do siebie i mówi: „Słuchaj, jak chcesz walczyć z wrogami naszej ojczyzny, to nie w taki sposób, nie w pojedynkę, tylko jeżeli chcesz, to zrobimy to inaczej”. Wtedy przeszłam szkolenie łączniczek. Przygotowywała mnie do tego pani Zofia Baj.

  • Ile miała pani wtedy lat?

Dziesięć. Pani Zofia Baj mnie przyuczała do tego, już zasady poznawałam, i miałam za zadanie nosić w niektóre miejsca gazetki, w niektóre miejsca jakieś tam papierki. Jeszcze jednym zadaniem moim było pilnowanie, żeby wtedy, kiedy w tej szkole odbywały się zbiórki starszych dziewcząt – bo była taka szkoła krawiecka w tym samym miejscu, pod przykrywką której było tajne nauczanie, a oprócz tego te dziewczęta były zorganizowane w grupę i odbywały się ich zbiórki, najczęściej w kaplicy, która była chyba na drugim piętrze – żeby nikt do tej kaplicy nie wszedł. Ponieważ na korytarzu była fisharmonia, to żeby zabijać czas i jakoś uzasadniać swoją obecność, czyściłam stale tę fisharmonię. Ta fisharmonia była chyba najlepiej wyczyszczonym instrumentem na świecie, bo musiałam to dość często robić.
Zajmowałam się też tym, co w domu było potrzeba. Kiedyś, któregoś dnia, zapukał ktoś do drzwi. Była to młoda dziewczyna i podała kartkę: „Czy tu mieszka pan Zenon?”. Tak mówiła: „pan Zenon”. Ja mówię: „Tak”. „To ja zostawiam dla niego kartkę”. Na tej kartce było napisane: „Panie Zenku, lokal Pana zagrożony”. Wtedy trochę się zdenerwowałam, przeraziłam tym, bo już wiedziałam, co to znaczy, zwłaszcza że u nas nocowali bracia cioteczni, jak się też musieli ukrywać, bo byli na „Skrze”, a „skrzaków” tam aresztowano, więc oni też uciekali, ukrywali się i często u nas nocowali. Jak teraz lokal zagrożony, to ani ojciec już nie może wracać i brat musi się ukrywać. Wzięłam sobie najpierw to pod uwagę, że trzeba wynieść z mieszkania to, co mogłoby ewentualnie wskazywać na konspiracyjną działalność brata. Wszystkie harcerskie rzeczy, wszystkie gwizdki, sprawności, książeczki – to wszystko, co miał w szufladzie, bo miał taką swoją dużą szufladę – zapakowałam w paczki, wyniosłam na podwórko i włożyłam pod śmietnik. To nie były śmietniki jak teraz – tu trzeba wyjaśnić – to były wielkie drewniane skrzynie na wysokich drewnianych nogach, i takie paczki zrobiłam, żeby pod te skrzynie włożyć. No i wyszłam na ulicę i stanęłam przy bramie, właściwie po ulicy chodziłam, żeby doczekać brata, żeby mu tę kartkę przekazać. Oczywiście doczekałam się, dałam mu kartkę i powiedziałam, gdzie są rzeczy. On natychmiast zawrócił i oczywiście już do domu nie przyszedł, ale na drugi dzień już paczek nie było. Czyli w jakiś sposób je odzyskał.
Tak dotrwaliśmy do wybuchu Powstania Warszawskiego [...]. Chyba godzinę przed, może niecałą godzinę przed wybuchem Powstania, przed tymi, że tak powiem, eksplozjami, które świadczyły o tym, że Powstanie już się rozpoczęło, ulicą Okopową – bo ja mieszkałam na Kaczej tuż przy Okopowej – jechały samochody z Niemcami. Nie wiem, czy się wycofywali, czy gdzieś jechali. Oczywiście jak zaczęły się ruchy na ulicy – bo ktoś już rzucił hasło, że to już jest Powstanie – ludzie zaczęli uciekać. Na Żytniej, niedaleko nas, na Żytniej przy Gibalskiego, był bazarek. Kobiety miały tam w koszykach coś do sprzedania, wózki z owocami, z czymś, wózki ręcznie pchane, z dyszelkiem. Widzę od siebie, bo mogłam tam trochę widzieć, nie tyle Żytnią, ile Okopową, że tam się robi ruch i ci ludzie z tymi wózkami, z tymi koszykami gdzieś pędzą, gdzieś uciekają.

  • A czy pani wiedziała o planowanym wybuchu Powstania?

Nie, nie, o planowanym to nie. Spodziewaliśmy się wszyscy, że kiedyś wreszcie musi być, bo przecież tak to się widziało tę Warszawę stale szarą, stale ciemną: zaciemnione okna w tramwajach… no, czarno było. Godzina policyjna – to wszystko razem, i egzekucje, które były. Przecież plac Kercelego, który był niedaleko nas, został dwukrotnie spalony, zbombardowany zapalającymi bombami. Zaraz po tym były łapanki, otoczony cały teren i wszystkich ludzi, który na Kercelaku byli, zabrano, wywieziono.
Kiedyś szłam do szkoły – cofam się tutaj – to na rogu Karolkowej i Żytniej widzę: leży człowiek w niemieckim mundurze. Był śnieg wtedy, on tak leżał, ja doszłam bliżej do niego, zobaczyłam, że ma siną twarz, siną dłoń, więc wycofałam się stamtąd prędko, oczywiście już chyba nauczona tego, że ślady za sobą zacierałam workiem od kapci, bo na śniegu te moje ślady były pierwsze: widocznie w nocy wykonano na nim egzekucję. Gdy wracałyśmy ze szkoły z koleżanką, cała okolica była obstawiona. [Została] zrobiona łapanka: kordony żandarmerii, jeden przy drugim prawie stali, bardzo blisko. Myśmy nie miały jak się dostać do domu – ona mieszkała na Gibalskiego, ja na tej Kaczej. Jakoś tam naokoło przeszłyśmy.
Mnóstwo ludzi wtedy aresztowano. Później były obwieszczenia, że są zakładnicy i ci zakładnicy, jak się ktoś tam nie przyzna do czegoś, zostaną zgładzeni. Na czerwonych płachtach nawet zauważyłam tam nazwisko Matusiak, ale z innym imieniem, więc już nie mój ojciec. Mój ojciec w tej łapance też został złapany, ale wykupił się jakimiś tam pieniędzmi, zwłaszcza że ten pilnujący to był ktoś, kto kiedyś pracował podobno w ministerstwie, więc dał się przekupić.
Łapanki, egzekucje odbywały się na ulicach, to widać było, na Towarowej była bardzo duża egzekucja. Ludzie potem przychodzili, kładli kwiatki, maczali chusteczki w tej krwi i jeszcze co charakterystyczne – bo to wiedziałam, to ktoś mi mówił o tych chusteczkach – ale ja sama widziałam, jak ludzie gdzieś w rękawach nieśli lampkę zapaloną – i tylko przykucnął, przychylił się troszkę i tę lampkę wypuścił, i ona w tym miejscu się paliła. Niemcy przyjeżdżali i to wszystko sprzątali, zmywali, zabierali. Znowu ludzie wynosili.
To życie wojenne nie było łatwe. Zresztą uczyliśmy się w szkole też takich przedmiotów, jak język polski czy historia, geografia Polski. Tego nie wolno było uczyć, mogliśmy się tylko uczyć czytać i trochę liczyć, a nie takie rzeczy: literatura polska w ogóle nie. Nie nosiliśmy książek do szkoły. Najwyżej ktoś przynosił jedną, żeby nie niszczyć, bo nie drukowało się nowych książek, i gdyby każdy z nas miał książkę, to przecież byłaby klęska, gdyby weszli. Zresztą dwukrotnie czy trzykrotnie weszli do naszego budynku i trzeba było książki szybko zniszczyć. Jedną w piecyku do ogrzewania, który stał w klasie, a drugą w ubikacji – po prostu każdy wziął kawałek, podarliśmy na strzępy i to wszystko spuściliśmy.
Tak się dotrwało do Powstania, bo teraz muszę [wrócić] do Powstania. Ci ludzie uciekający – to wszystko widziałam: jak to się dzieje. W tym czasie widzę, jak zza rogu Okopowej w Kaczą skręcają dwaj mężczyźni wlokący za sobą jakiegoś człowieka. Patrzę, a to mój ojciec! Oni go ciągnęli po prostu, bo jak się później okazało, ojciec był kontuzjowany. Był gdzieś blisko miejsca, gdzie był jakiś wybuch, i ojciec był kontuzjowany, i nie mógł stać na nogach. W ogóle i głowę miał jakąś taką… Po kilku godzinach zaczęło mu to mijać: nogi to chyba po dwóch dniach, a mowa wróciła może po godzinie. Widzę, jak ojca ciągną, i myślę sobie, żeby go tylko do tej bramy dociągnęli, i w tym czasie kulka przeleciała przez nasze szyby. Nie wiem, czy ktoś widział, że się wychylam, bo może się więcej wychyliłam, a wtedy okna otwierały się na zewnątrz. Więc kulka [uderzyła] w te szyby, ale tylko dziurka zrobiła się z jednej strony, a w szybie z drugiej strony okna już nie. To mnie wystraszyło, szybko zbiegłam z okna, i wtedy nasz dozorca, pan Chełmiński, zaczął krzyczeć: „Schodzić, schodzić, Powstanie!”. Wtedy dowiedziałam się, że to jest Powstanie.
Już się domyślałam, ale myślałam, że może [to] łapanka, bo w łapance [to] tak samo mniej więcej wyglądało: jak łapankę ludzie widzieli, to uciekali, gdzie się dało, chowali się wszędzie. Ale on właśnie krzyczał: „Powstanie, schodzić, schodzić do piwnicy! Schodzić do piwnicy!”. W tym czasie przyszła ciotka i myśmy zeszli do piwnicy, i przywlekli mojego ojca, też już do piwnicy. W piwnicy ciemno oczywiście. Jak tata odzyskał trochę świadomość, już się zaczęły walki, już słychać strzelaninę, już słychać wybuchy, huki i walenie w ściany. Jak się później dowiedziałam – to było wykuwanie dziur w ścianach, bo przecież na ulicę już nie można było wyjść. Zaraz jak tylko mojego ojca wprowadzili do bramy, to dozorca zamknął tę bramę: to były metalowe, kute, żelazne bramy. Jeden z samochodów niemieckich – to widziałam jeszcze, jak w oknie byłam – skręcił w Kaczą i stanął gdzieś w pobliżu naszej bramy. Niemcy chcieli sforsować tę bramę, dozorca – to się błyskawicznie wszystko działo, to opowiada się dłużej, niż to się działo […] – zamknął bramę. Niemcy sforsowali bramę granatem i weszli na partery oficyn – do naszej oficyny.

Nasza klatka schodowa była w głębi podwórka. Niemcy weszli do tej klatki i zatrzymali się na parterze. A na górze byli Powstańcy. Już się przebili: z innego domu przebili się na drugie piętro, schodzili na parter. Ludzie na drugim piętrze zostali, bo nie zdążyli zejść – myśmy z pierwszego piętra zdążyli zejść do piwnicy. Tam w mieszkaniu została rodzina, dwóch chłopców i dwie dziewczyny, ale już trochę starsze od nas: może koło dwudziestki ci chłopcy mieli, dziewczęta może siedemnaście, osiemnaście lat. Tam właśnie dobijali się Powstańcy, przebijali dziurę. A Niemcy weszli do tego mieszkania. To, co później opowiadano, to była tragiczna sytuacja dla tej Marysi, która tam… Nie pamiętam, zdaje mi się, że nazwisko mieli Łapidon, ale na pewno tego nie powiem. Ta Marysia była pod pistoletem Niemca, a jednocześnie wiedziała, że przebija się brat. Widocznie to było ustalone, że ten brat czy jego koledzy się tam przebijają. Więc tragiczna sytuacja, ale ona zebrała się na odwagę, krzyknęła i oni szybko weszli, i sterroryzowali tego Niemca, bo oni znali swoje mieszkanie: wiedzieli, z której strony można podejść i jak. Ale ona naprawdę bardzo ryzykowała życiem. Tak że jak Powstańcy weszli już na parter, to Niemców już unieszkodliwiono.
Ale jeszcze przedtem były tam różne historie. Na naszym korytarzu też przebijano dziurę, właściwie na jednej klatce schodowej dużo rzeczy się działo. Bo w nocy jeszcze się Powstańcy nie przebili – całą noc Niemcy byli u nas na parterze. Ja w nocy wyszłam – nie dlatego, że byłam taka odważna: byłam po prostu ciekawa, co tam jest. Chciałam zobaczyć: przecież ojciec nie mógł jeszcze chodzić. Wyszłam, bo zdawało mi się, że jak ojciec przyszedł, to trzeba mu dać jeść. W domu jest trochę obiadu, dlaczego mu tego nie przynieść? Wyszłam z piwnicy po schodach, przeszłam koło Niemców – oni sobie świeczkę jakąś palili – weszłam na pierwsze piętro i otworzyłam drzwi do naszego korytarza. To był duży korytarz, ze cztery mieszkania tam były.
Drzwi strasznie skrzypiały i tymi skrzypiącymi drzwiami obudziłam Niemców, którzy spali w korytarzu. Ale nic mi żaden nie powiedział i ja doszłam, otworzyłam drzwi kluczem, bo na klucz jeszcze zdążyliśmy zamknąć drzwi, i weszłam [do mieszkania]. Wzięłam coś do jedzenia: garnek z zimną zupą i kawałek chleba, i kawałek słoniny. To było w domu i to wzięłam. Wychodzę: Niemiec już nie dał mi zamknąć tego mieszkania. Odebrał mi klucz i zobaczył tę słoninę – Speck, i zabrał. A chleb i garnek z zupą mi zostawił.
Zeszłam na dół, nikt mi nic nie powiedział. Dopiero potem, jak już usiadłam w piwnicy, zaczęły mi się nogi trząść, jak sobie zdałam sprawę – i ojciec, i ciotka, bo ciotka też była, przerażeni [wołają]: „Coś ty zrobiła!? Coś ty zrobiła!?”. No bezmyślność zupełnie z mojej strony to była, ale zrobiłam, udało mi się. Nogi mi się tak później trzęsły, że nie mogłam w ogóle się utrzymać.
W nocy zaczął trochę padać deszcz, jeszcze [słychać było] strzały, i mówię do mojego taty: „Tatusiu, to chyba Powstanie”. „Tak – bo tak niewiele jeszcze mówił – tak”. Mówię: „To Zenek walczy” – chodzi o mojego brata. A ojciec: „Tak, dziecko”, bardzo smutno [to zabrzmiało]. Dla mnie to była euforia, byłam uszczęśliwiona, że mój brat walczy w Powstaniu, że Powstanie, że nareszcie koniec tego. To była naprawdę euforia. Nie pamiętam takiego przeżycia, takiej radości jak wtedy (płacz). […] Tak sobie pomyślałam wtedy, że mój tato się martwi. Ale ja byłam szczęśliwa.
Drugiego czy trzeciego dnia Powstania przyszedł mój brat – w hełmie, z biało-czerwoną opaską, coś miał przy boku, jakąś broń. W ogóle szczęśliwy, też uszczęśliwiony, że walczy. Obstąpili go ludzie w piwnicy. Już jakieś świeczki były, już coś można było zobaczyć, więc obstąpili go, dopytywali, co słychać, co się tam dzieje. On przyniósł jakieś gazetki, no radość, wielka była radość.

  • W jakiej formacji był pani brat?

Brat mój był harcerzem. Był w „Szarych Szeregach”. Potem przeszedł „Bojowe Szkoły” i później walczył w Powstaniu. Nie wiedziałam, bo nie powiedział, dopiero niedawno dowiedziałam się, że był w oddziale „Waligóry” na Woli. Zresztą na tablicy w Muzeum Powstania jest jako starszy strzelec. Ale nie wiem, czy tam jest napisane: „Waligóra”, chyba nie. Wtedy nie wiedziałam; wtedy w ogóle nikt się nie pytał o oddziały, [brat] nawet nie mówił, gdzie walczył. Może ojcu powiedział. Ale ja tego nie wiedziałam: byłam tak uszczęśliwiona, że on jest, i oglądałam go ze wszystkich stron. Byłam dumna przed sąsiadami, przed ludźmi. Tak jak ci Powstańcy, którzy weszli do naszego domu. Zresztą jak ci Powstańcy unieszkodliwili tam Niemców, to nam, dzieciom, pozwolili być przy rozbrajaniu tych Niemców. Myśmy się cieszyli: bo dzieci już trochę pomogły, bo gdzieś tam ktoś zaniósł… ja też jakąś tam karteczkę gdzieś zaniosłam. Nie można było przejść, a przez niedużą dziurę dorosły mężczyzna się nie przecisnął, a ja się przecisnęłam i podwórkami zaniosłam na Okopową 22 czy 24. […]
Jeszcze był taki przypadek w pierwszym czy drugim dniu Powstania – jeszcze zanim mój brat przyszedł – że Niemcy wyciągnęli ludzi z Okopowej 22 i chyba 20, i prowadzili przed sobą jako żywą barykadę. Wtedy nasi Powstańcy zaatakowali Niemców z drugiej strony. Ci ludzie uciekli znowu do domu. Niemców wzięto do niewoli. Nie wiem, co z nimi zrobiono. […]
Bo co myśmy robili w tym domu? Bo ja nie brałam udziału w Powstaniu: nie zostałam w żaden sposób zawiadomiona. Zwłaszcza że to były wakacje, więc młodszych chyba nie zawiadamiano. Więc wspólnie gotowaliśmy. Kobiety gotowały zacierki, ale ja – wybierało się prześcieradła i darło na pasy, żeby były do owijania. Ale prócz tego my, dzieci, i ja wśród nich, robiliśmy szarpie z prześcieradeł. Nitki się wyciągało i robiło się kuleczki, zawiązywało się [je] w kawałek płótna, i to były tampony. Po te tampony ktoś przychodził. Prócz tego kobiety prały bandaże. Podobno bardzo dobrze zwijałam te bandaże: jeszcze lekko wilgotne – bardzo ściśle […]. To była nasza praca w tym domu, bo to był dom studzienny. Niestety, dostaliśmy wiadomość – mówię „dostaliśmy” w tym sensie, że do tego domu dotarła, bo to liczę jako jedną społeczność – że z naszego domu strzela „gołębiarz”. „Gołębiarze” to byli tacy, którzy strzelali z dachów. Że strzela, że ostrzeliwuje okolicę, że tam nie można przejść. Dom był wysoki. Mężczyźni z tego domu postarali się o to, żeby go unieszkodliwić i go unieszkodliwili. Ponieważ on uciekał, to spadł z dachu… na nasze podwórko […] Na wszystkich podwórkach w czasie okupacji były ołtarzyki. Przy tych ołtarzykach ludzie się modlili. Wieczorami czytało się gazetki, opowiadało się różne rzeczy. Potem przychodzili na przykład do naszego domu i też czytało się gazetki. Jak ojciec nocował w domu, to zaraz był pełen komplet sąsiadów, bo przynosił wieści. No i on [„gołębiarz”] został zakopany pod tym ołtarzykiem. Bo gdzieś go trzeba było ukryć, tak żeby nie było komplikacji.
Któregoś dnia z naszego budynku przeszliśmy na Okopową, ale dziurami, podwórkiem, tak jak można [było], bo na ulicę nie można [było wyjść]. Na ulicę wystawiało się na kiju czapkę i zaraz ktoś strzelał do tego, czyli nie można było wyjść w ogóle na ulicę. Tak że później nawet przez Kaczą, z Kaczej 20 do Kaczej 21 – dzisiaj ten budynek, 21, stoi, ten nasz [20] – nie – był przekopany rów, którym już można było przejść na drugą stronę. Natomiast myśmy wtedy, kilkoro nas, dzieciaków, poleciało do wgłębienia w bramie na Okopowej. To było chyba numer 22. Naprzeciwko był pawilon apteczny – kiedyś, w czasie okupacji. Patrzymy, a z tego pawilonu wychodzą ludzie z biało-czerwonymi opaskami, w białych fartuchach. Mają ze sobą flagę: wywiesili flagę biało-czerwoną i śpiewają: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Myśmy wszyscy nie mogli wychylić się z bramy, z wgłębienia bramy, bo strzelano do nas. A oni byli po drugiej stronie i do nich już nie strzelano. Po prostu pod innym kątem to było. Myśmy w tej bramie stanęli wszyscy na baczność. Pamiętam, że to była wzruszająca chwila, że jest ta biało-czerwona flaga, że oni śpiewają po polsku. Zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła” i później „Idzie noc” – to był podobno ich capstrzyk. Później, wiele lat po wojnie dowiedziałam się [o tym]. Zresztą spotkałam się z druhną Schucińską, która tam była. Jak to gdzieś opowiadałam, to ona mówi: „Słuchaj, ja tam byłam, bo myśmy tam opatrywali rannych, a w nocy przenosiliśmy ich do szpitali”.
Brat przyszedł chyba jeszcze dwa razy. Ostatni raz to już był bardzo smutny – bo coś tam już nie bardzo: kazano im się przebijać na Starówkę – i chciał mnie zabrać do szkoły na Okopową 55, chyba 55A. Ale mój ojciec nie zgodził się na to, żebym tam poszła. Bo w tej szkole były już oddziały, chyba – nie wiem – Batalion „Zośka”, i mój brat uważał, że w tej szkole będzie mi lepiej. Ale ojciec się nie zgodził. Mówi: „Już bądźmy razem. Niech ona już będzie razem ze mną”. A on poszedł.
To było 9 sierpnia, kiedy przyszedł ten ostatni raz, a 10 sierpnia Niemcy nas wyrzucili z domu. Ze wszystkich domów z okolicy – tłum nas stał na Okopowej. Na Okopowej przed domami, które do dzisiaj stoją. Dość duży plac był i na tym placu zebrali wszystkich ludzi. Wszystkich nas wypędzili, ustawili karabiny maszynowe naprzeciwko nas. Zabrali najpierw mężczyzn: wybrali, których mogli, żeby rozbierali barykady. Na rogu Żytniej i Okopowej była dość duża barykada, gdzieś w głębi na Żytniej chyba też. Tak że mężczyzn zabrali, a w tym czasie wybrali młode dziewczyny, kobiety [i] zabrali. Starsza pani prosiła, żeby puścił jej córkę, nawet uklękła do butów zakurzonych, całowała mu te buty, żeby puścił jej córkę. Nie puścił. Te dziewczyny już nigdy nie wróciły. Co z nimi zrobiono? Zapędzono je – widać było – na Okopową do jakiegoś domu i prawdopodobnie tam się nad nimi znęcano. Mężczyźni wrócili – ci, co byli zabrani do barykad. Taka perfidia: zabrać mężczyzn, to kto będzie bronił kobiet? Wtedy kobiety zabrali, a już później mężczyźni wrócili.
Popędzili nas ulicami Warszawy, ulicami Woli. To, co myśmy tam widzieli, [ten] obraz – to jest nie do opowiedzenia. Ludzie leżeli poranieni… Właściwie to byli chyba ludzie bardziej cywilni niż Powstańcy. Bo Powstańcy to swoich zabierali, a już cywilów to nie było [komu zabrać]. Kto tam mógł, to zabrał, gdzieś tam układali, ale przecież na Woli strasznie dużo ludzi mordowano. Myśmy wiedzieli, myśmy mieli wieść, że będą wszystkich mordować. Że będziemy zamordowani: jak karabiny maszynowe [ustawili] naprzeciwko nas, to myśleliśmy, że to już wtedy będzie. Ale popędzili nas dalej – do Żytniej, [a potem] Karolkową do Leszna. Na Górczewskiej to już bardzo dużo było – nie wiem, czy to ludzie, czy to kłody drzewa – coś leżało gdzieś tam w odległości. Widziałam dom palący się na rogu Młynarskiej i Górczewskiej i zwłoki ludzkie przewieszone [przez okno]: jeszcze się tliło na nim ubranie, widocznie został zabity w tym czasie, jak chciał skakać czy wyjść.
Popędzili nas dalej. Mijałam swoją szkołę na Górczewskiej 9, tam też zginęło bardzo dużo ludzi. Zresztą na Woli do 5 czy do 6 sierpnia to zabijali wszystkich bez wyjątku. Popędzili nas ulicą Działdowską do Wolskiej i na Wolskiej, przy kościele Świętego Wojciecha, jak chciałam się z ojcem pożegnać, to Niemiec nie dał nam, odpędził nas, odpędził kolbą karabinu. Myśmy się właściwie przytulili z ojcem, ale on wsadził kolbę karabinu między nas i tak szamotał, że musieliśmy odejść. Jeszcze ojca to chyba bardziej bolało jak mnie, bo był po tej kontuzji, ledwo co chodził, więc to nie było łatwe, ale ojciec był przekonany, że idzie na śmierć. Został zabrany do kościoła Świętego Wojciecha. Zostawił swoją paczkę, bo jeszcze wtedy kiedy wypędzali nas z domu, to powiedzieli, że możemy iść do mieszkania na parę minut i możemy coś zabrać. Myśmy poszli, ojciec miał swoją paczkę przygotowaną w razie czego. Było tam jego palto na futrze i garnitur. Też coś tam wzięłam, założyłam na siebie kilka sukieneczek i kożuszek, mimo że to był sierpień, ale brało się, bo w ręce nie można było właściwie prawie nic wziąć. Wzięłam książkę, którą bardzo lubiłam, antologię poezji polskiej, taką starą – ona nie była stara, tylko tak zrobiona: złocone litery w zielonej, skórzanej oprawie, bardzo ładna książka i bardzo piękne wiersze tam były – i to niosłam. Ciocia też coś tam niosła: ciocia nam się gdzieś zgubiła, kiedy myśmy żegnali się z ojcem. Zostałam sama, nie wiedziałam co [robić] i zaczęłam ciągnąć paczkę ojca. Ale pod wiaduktem na Bema paczkę zostawiłam: nie miałam siły. Ciocia się wtedy znalazła i mówi: „Rzuć to, rzuć, zostaw to wszystko!”. Wtedy też zginęła mi ta książka. Nie wiem, czy wtedy, czy kiedy indziej, ale zginęła mi i dalej…
Ja nie pamiętam, jak się znalazłam w Pruszkowie. Dopiero w Pruszkowie się ocknęłam. Siedziałam na betonowym podwyższeniu przy jakiejś maszynie w halach kolejowych w Pruszkowie. Tam przebyliśmy noc. Jeszcze znalazłam tam drugą ciotkę, siostrę ojca, i znalazłam bratową z małym ośmiomiesięcznym dzieckiem, żonę [drugiego brata] Bolka, który też brał udział w Powstaniu. Z nią była jej matka i jej siostra. Trzymałyśmy się już razem, w rodzinie. Wreszcie ciocia Lodzia gdzieś odeszła. Jadzia została ze mną – ta, która opiekowała się nami w czasie okupacji, i wypędzili nas stamtąd na… Był krzyżak drewniany i przez ten krzyżak trzeba było przejść, i tam dalej stały wagony. My wychodzimy: i ta Ala z Jerzykiem, jej mama i jej siostra w jedną stronę, a my z ciocią Jadzią w drugą stronę. One poszły gdzieś i były wywiezione gdzieś na wieś, a myśmy poszły od razu do wagonów i powieźli nas przez Polskę.
Wagony [były] towarowe, tylko okieneczko tam gdzieś z tyłu. Wieźli nas bez picia, nic nam nie dano. Jeszcze tragedia po drodze była, bo na którejś stacji kolejarz chciał podać nam wodę i Niemiec otworzył drzwi wagonu, i mówi, że można podać. Ten kolejarz podał nam dzbanek wody i – bo się rozchlapał ten dzbanek, tłum ludzi był przecież do tej jednej kropli wody – mówi: „To zostawcie, zostawcie, ja zaraz wam przyniosę nową wodę. Inni przyniosą”. On się odwrócił, a ten Niemiec, który nas pilnował, strzelił do niego. Zamknął drzwi i już nie było ani wody, ani kolejarza, ani nikogo. Ktoś nam jeszcze później po drodze powiedział, że jak pojedziecie w jedną stronę, to pojedziecie na wieś, a jak w tamtą stronę, to… pojedziecie do Oświęcimia.

No i rzeczywiście zawieziono nas do Oświęcimia. Zaczęły brzęczeć druty: już wiedzieliśmy, że jesteśmy w Auschwitz. Wypędzili nas z wagonów – z psami, z krzykiem, ze światłami strasznymi. Mężczyzn od razu oddzielali, a kobiety i dzieci – w drugą stronę. Popędzili nas jakąś drogą. Widziałam tylko płonące doły, nie doły: tu płonęło, tu płonęło […]. Podobno właśnie palili ludzi w tych dołach. Wpędzili nas do baraku – z gliną, wilgoć, woda trochę na tej glinie, bo glina nie wciąga wody […]. Wózek z wodą nam wprowadzili i wszystko: tak mieliśmy się tam układać do spania.
Wtedy koleżanka, córka tego Chełmińskiego, naszego dozorcy, Gienia Chełmińska, starsza trochę ode mnie, zobaczyła nas i mówi: „Ojej, jak [dobrze, że] ktoś znajomy! Czy ja mogłabym razem?”. „No oczywiście” – mówi ciocia. Ona [Gienia] mówi, że ma tu jeszcze znajomą panią – bo jej matka zginęła w czasie wojny: przenosiła żywność do getta i zginęła w trakcie tej akcji. Później jej ojciec miał kogoś, jakąś znajomą, inną panią – i ta pani też [tu] jest. Ta pani do nas też dotarła. Myśmy mieli tylko to, co na sobie, a ona dotarła z dużą ilością paczek. Wśród tych paczek była paczka mojego ojca, którą zostawiłam. Mówię, że to jest paczka mojego ojca, a ona mówi, że niemożliwe, że skąd […] Ona miała wóz z koniem i po drodze udało jej się nabrać więcej paczek. Uparłam się, że to jest jednak paczka mojego ojca i mówię, co tam jest. Otworzyliśmy tę paczkę – rzeczywiście [to] tam było. Pierwszą noc w Oświęcimiu spałam na futrze mojego ojca, położonym na glinie, ale miałam futro. Potem od następnych transportów, które przyjechały, dowiedzieliśmy się, że nasz dom już został zniszczony, że gdzieś tam spalone, gdzieś tam zburzone.
Tak dostaliśmy się do Oświęcimia. Później była sauna, później było zabieranie ubrań, zabieranie wszystkiego, golenie owłosienia – no wszystko: płukania ogolonej głowy w jakimś smarze dezynfekującym. Tam było mnóstwo włosów z poprzednich ludzi, bo to [była] jedna miska. Nie można było inaczej, tylko w tej misce trzeba było głowę zanurzyć i to się lało po twarzy, po oczach, i wszy, które stamtąd zeszły, to jeszcze kręciły się w rankach, bo tak nam golili głowy, że ranki zostawały, bo to wszystko było szybko, szybko.
Później – chyba po drugiej saunie, bo jeszcze staliśmy prawie pół dnia i noc na dworzu nago – wpędzili nas [na teren obozu]. I te druty brzęczące, i to elektryczne oświetlenie drutów – one brzęczały w charakterystyczny [sposób]. Od razu, jak wjechaliśmy do Auschwitz, to poczułam drżenie drutów, strasznie niepokojące, strasznie źle wpływające na organizm. Później te druty mnie ciągnęły do siebie. Miałam ochotę iść na druty. To było przemożne, to było coś, czego nie mogłam sama opanować. Po prostu ciągnęło mnie – nie wiem, czy ten prąd, czy coś – na te druty. Ale ciotka jakoś mnie odciągnęła, na ile było możliwe, żebym już nie… […]
Był taki przypadek w naszym domu, że w nocy aresztowano małżeństwo. Zostało małe dziecko – może półtoraroczne, może dwuletnie. To dziecko już trochę chodziło. Kiedy zobaczyło, jak aresztowano rodziców – oczywiście to wszystko odbywało się z krzykami, z rykami Niemców – to przestało chodzić. Straciło władzę w nóżkach. Woziła to dziecko w wózeczku starsza pani, jego babcia, bardzo nobliwie wyglądająca staruszka – może nie taka staruszka, wtedy się inaczej staruszki oceniało. Ale była zawsze w ciemnej sukni z koronkowym kołnierzykiem. Chodziła z tym dzieckiem tylko po podwórku: woziła na wózeczku, opiekowała się nim. Rodzice nie wrócili już nigdy. Ona też się dostała z tym dzieckiem – może wtedy miało trzy latka – do Oświęcimia. Kiedy po saunie to dziecko na wózeczku też wyprowadzono – jakoś udało się ten wózeczek zachować – wyszła ta babcia: naga, z ogoloną głową. Tak jak stara kobieta wygląda[ła]. To dziecko zaczęło się bać tej babci. Nie chciało do niej iść. Dla mnie – widziałam to – była to tragedia. Jak można zmienić człowieka, żeby dziecko własnej babci nie poznało? To dla mnie było strasznie… ja byłam wtedy… miałam dwanaście lat – to dla mnie było strasznie szokujące, no nie mogłam tego przeżyć.
Później wpędzili nas na nasz blok. To było w nocy, w ogóle nie wiadomo było, gdzie wejść. Tu mnie wyganiają, tu mnie ktoś wypędza, że już pełno, już pełno, już nie ma gdzie wejść. [Ruszyłam] wreszcie do góry, tam jakaś ręka w ciemnościach – już oswoiłam się z ciemnościami – zwieszała się i [ktoś] mówi: „Nie masz gdzie, to chodź, to chodź!”. I ta ręka mnie wciągnęła na najwyższą pryczę. Tam były chyba dorosłe kobiety. Nie widziałam ich, ale po tym, jak blisko mnie były, [wydaje mi się], że to są dorosłe kobiety, i mówią: „Skąd ty jesteś? Skąd wy jesteście? Same dzieci?”. Mówię: „Tak, dzieci”. – „Skąd wy jesteście?”. Mówię: „Z Warszawy”. – „A co w Warszawie, powiedz?”. Mówię: „Powstanie w Warszawie” – zdziwiona, że one tego nie wiedzą. One uszczęśliwione, znowu miałam tę reakcję tak jak [moja wcześniej], że jest Powstanie w Warszawie. Jedna do drugiej [mówi]: „Opowiadaj, opowiadaj”. Zaczęłam opowiadać i o okupacji, i o Powstaniu, i wtedy usnęłam. Jak się obudziłam rano, to miałam kawałek chleba. Zostawiły mi, a ich już nie było i co się z nimi stało, też nie wiem; nie wiem, kto to był w ogóle. […]
Wpędzono nas na ten barak, tam pozajmowałyśmy na drugi dzień swoje prycze: gdzie można było, bo to były trzypiętrowe [prycze], z tym że staraliśmy się nie być na dole, na samej cegle, tylko na wyższych. Ale te wyższe to też były deski i kawałek siennika albo szmaty przerzedzonej – kurzyło się z tego więcej niż było pożytku. Jeszcze dzieci siusiały z góry, bo nie można było wychodzić. No tam różne – nie wiem, czy o obozie opowiadać – rzeczy.

  • Tak skrótowo.

Skrótowo. Więc może powiem, że w naszym bloku były też dzieci niedołężne. Jak to się teraz nazywa „niepełnosprawne”. One były w ogóle niesprawne, niektóre. Wychodziły na apel tak jak my, musiały tak samo stać na apelu jak my. Niektóre nie mogły stać. Była taka dziewczynka, może w moim wieku, może troszeczkę młodsza. Ona nie mogła stać, tylko siedziała z rozszerzonymi nóżkami. Wyciągano ją na apel, przecież matki przy niej nie zostawiono, bo matki były na innym baraku. Powinno się mówić „w innym baraku”, ale tam się mówiło „na innym baraku”. Te dzieci też były razem z nami. Wyciągało się je na [apel]. Ta dziewczynka była niedaleko mnie, z takimi rozstawionymi nóżkami. Przychodziła auzjerka, żeby nas liczyć. Myśmy byli ustawiani piątkami w kolumnie. Przechodziła auzjerka i zawsze trzeba było równo stać, żeby był równy rządek. Ona szła i łokciem zawadzała. Jak kogoś zawadziła, to go uderzyła. Trzeba było równiutko stać. No a ta dziewczynka miała nóżki wystawione, to przechodząc koło niej, kopała te nóżki. Więc myśmy kiedyś, na którymś apelu, zabrały tę dziewczynkę, bo ona nawet się bronić nie umiała, nie mogła płakać. Ona tylko tak się kiwała, no chore dziecko. […] Wciągnęłyśmy ją między nas, żeby nie była w pierwszym rzędzie. To jak auzjerka nigdy nie przechodziła między rzędami, tak wtedy przeszła, żeby znów kopać tę dziewczynkę.
Zresztą ta sama auzjerka zauważyła u mnie… Ja miałam na małym palcu maleńki pierścionek: srebrny z czerwonym oczkiem. Biżuterię trzeba było wszystką oddać, ale taki pierścioneczek, cieniutki, drucik dosłownie […] Od mamy go dostałam, więc taka pamiątka po mojej mamie. Ona zobaczyła – to błysnęło w słońcu, słońce wtedy zaświeciło – i ten pierścionek zdarła mi ze skórą. Dosłownie – tu mi rozkrwawiła. Wzięła do ręki, zobaczyła, że to jest nic niewarte, to rzuciła na betonkę na stopniu przy baraku i obcasem zgniotła, wmiażdżyła w beton ten pierścionek. To drobiazgi są, nie wiem, czy warto mówić o tym, ale to tak trochę utrudniało życie.
Poza tym nie mieliśmy przecież ani ręczników, ani nie było papieru, ani żadnej powłoczki, żadnego prześcieradła. Jedynie koc. Jeden koc na pryczę […]. W baraku były straszliwe pluskwy. Wchodziły do uszu, do nosa, do ust, do oczu: trzeba było dosłownie sukienką – bo i bielizny nie było – ale tą sukienką, co miałam, to zakrywałam sobie głowę, zawijałam, żeby mi pluskwy nie właziły. Całe ciało miałam pogryzione.

  • Jak długo była pani w Auschwitz?

W ogóle w obozie dziewięć miesięcy. Ale w Auschwitz byłam do stycznia.

  • Od kiedy?

Od sierpnia gdzieś do połowy stycznia. Wtedy nas wszystkich wypędzili z Oświęcimia. Już o Oświęcimiu może [mówić], nie będę, bo to nie da się opowiedzieć, bo to jest zbyt…

  • Kiedy wróciła pani do Warszawy?

Wróciłam w maju. 1 maja 1945 roku. Ale [gdy] wywieziono nas z Oświęcimia, tośmy szli do dworca, oczywiście piechotą. Był mróz. Na dworcu dano nam przed wyjazdem dalej po kawałku chleba i nieduży, szary pakuneczek: to była szara, złożona torba. Nie wiadomo po co, co z tym robić. Załadowali nas do wagonów – już nie bydlęcych, tylko takich, że do każdego przedziału było oddzielne wejście. Strasznie zimno było w nocy. W naszym przedziale chyba najpierw otworzyłam tę torbę i zobaczyłam, że jest nasmołowana od środka.
Weszłam w tę torbę i tak się zawinęłam: nieduża byłam, [a] to dosyć spora torba była. Zrobiło mi się ciepło: usnęłam. Jak się później, po długim czasie dowiedziałam, te torby miały służyć temu, że jak ktoś z nas nie przeżyje, żeby [go] w tej torbie wyrzucić. Ale te torby nas jednocześnie uratowały, bo rzeczywiście było mi wtedy ciepło.
Zawieźli nas do Berlina, do Blankenburga, który był filią Sachsenhausen. To jednak już było trochę inaczej niż w Oświęcimiu. Już było trochę więcej swobody, nie było tej blokszpery, która groziła – zawsze można było zostać zabitym. [W Blankenburgu] zawsze można było wyjść, bo toaleta czy ubikacja była w tym samym baraku.
To nie to, co w Oświęcimiu, że w innym baraku był Waschraum, w innym baraku była ubikacja, która była okrutna i straszna już wtedy, kiedy myśmy [tam] byli, bo starzy więźniowie opowiadają, że było jeszcze gorzej. Ale wtedy, kiedy my [byliśmy w Oświęcimiu], to wzdłuż całego baraku – tak jak później w naszym baraku, bo myśmy byli przenoszeni z jednego baraku na drugi – był komin, który trochę ogrzewał. Natomiast wzdłuż tego Waschraumu, wzdłuż tej ubikacji, tej latryny – nazwijmy to – była decha tak długa, jak długi barak. A te baraki to były kiedyś stajnie, to były tak jakby boksy. Taka ogromna decha z dziurami z dwóch stron. Wszyscy w jednym czasie szli do tego z całego lagru: i kobiety starsze, i dorosłe, i dziewczyny, i my, dzieci. Myśmy stały jedna nad drugą, żeby ta się załatwiła, żebyśmy mogły następne. Widziało się z drugiej strony czyjeś odwrócone pupy. To było niesamowite. Stało się w grubej warstwie jakieś białej mazi, która podobno miała dezynfekować. Ale w tej mazi chodziły wielkie robale. Łaziły nam po nogach.
Myśmy byli w Auschwitz-Birkenau, na Brzezince, jak powiedziano – w najgorszym baraku. Potem przeniesiono nas do baraku na lager, tak zwany cygański, gdzie byli przedtem Cyganie. Jak weszliśmy do baraku, to były bardzo grube koce: włochate, czerwone. Ucieszyłyśmy się bardzo, że wreszcie będzie nam ciepło. Popędzono nas jeszcze do sauny, wracamy – już wszystkie koce są na stos ułożone, zabierają te koce, a my znów z gołymi pryczami zostajemy i ze swoim małym jednym czy drugim kocykiem. Z tego zimna nie można było spać. Prycze były pomalowane na czarno. Wszystkie – olejną farbą na czarno, i nam kazano szkłem czyścić te prycze. Wymyślano nam tego rodzaju roboty. W Oświęcimiu inaczej nas nie nazywano jak bandytami warszawskimi.
Wspomniałam o blokszperze. Blokszperę ogłaszała kapo bądź sygnały dźwiękowe. Kapo wchodziła do naszego baraku i krzyczała: „»Najtrisniejsza« blokszpera, niech jedno dziecko na lagrze spotkam, to tiu trupem padnie”. Ona mówiła, nie wiem, z jugosłowiańska, czy jak […]. Widziałam, jak pędzili właśnie partyzantki jugosłowiańskie do komina i tak dalej. Ale tu już przejdę do tego innego obozu. W tym obozie było inaczej: już było trochę lżej, już było trochę lepsze jedzenie. Tak że po pierwszym posiłku wszyscy się rozchorowali – bo było za dobre. Bo tam był już cały kartofel, już był jakiś sos, więc było tego za dużo.
  • Kiedy pani trafiła do Blankenburga?

Tam trafiłam w styczniu. Zostałam zarejestrowana w lutym. W kwietniu zaczęły się walki powietrzne nad naszym obozem. Zbliżał się front. Najpierw jeden czołg zatrzymał się przy naszym obozie, później jakiś Rosjanin wyskoczył i cieszył się, że on już tutaj jest. Za chwilę musiał się cofnąć. Niemcy znów wyszli, bo Niemcy wtedy uciekali. Wtedy ktoś powiedział, że na rampie są ziemniaki, więc poszłam sobie nazbierać ziemniaków. Jak wracaliśmy z tymi ziemniakami, to Niemcy z karabinami, z bagnetami [wyszli] przeciwko nam i wpędzili nas do szopy. Podobno ją nawet oblewali benzyną, jak mężczyźni mówili, mieli podpalić, ale w tym czasie była walka powietrzna i już zaczął się zbliżać front, no i Niemcy pouciekali. Myśmy z tej szopy wyszli i [schowali się] do schronu.
Chyba 23 czy 22 kwietnia Rosjanie weszli do naszego obozu. Już były walki powietrzne, samolotowe – no już był front po prostu. Wieczorem przyszedł major rosyjski i powiedział, że tu są dzieci, tu nie ma co zostawać, bo tu będzie front, tu jest tor kolejowy, tu jest to wszystko, więc trzeba, żebyście odeszli.
Myśmy wyszli z obozu w nocy. Jeszcze było ciemno, chyba – nie wiem – koło czwartej. Powiedzieli nam, żeby iść stale w jednym kierunku i stójki będą po drodze, będą kierowały. Myśmy szli, ale cały czas miałam wrażenie, że z każdej strony w nas strzelają. To znaczy, kule ogniste leciały – z każdej strony w nas te kule ogniste leciały. Nie wiadomo było, czy my dobrze idziemy, czy nie. Padały też – słychać było – jakieś odłamki. Na szczęście z naszej czterdziestoosobowej grupy, która wyszła wtedy z obozu, to tylko jedna pani była ranna. Mówię „na szczęście” – dla niej na nieszczęście: ale nie bardzo ciężko, [tak] że mogła dalej iść.
Doszliśmy piechotą aż do Bernau, gdzie znowu było pełno trupów, bo tam dopiero co front schodził. Wojska polskie były, wojska rosyjskie były – ich ranni czy zabici już byli posprzątani, a Niemcy leżeli jeszcze w rowach i jakieś części ciał tam były i tak dalej.
Potem zatrzymaliśmy się. Najpierw w Bernau. Nawet powiedziano nam, że możemy wszystko brać. Myśmy weszli do jakiegoś mieszkania: rzeczywiście bogaty, zamożny dom, ale myśmy nic nie brali, z naszej grupy nikt nie brał, no jakże – z czyjegoś mieszkania brać? No nie można. Później ci inni szabrownicy to się podobno z nas śmiali, że myśmy szli pierwsi, mogliśmy wszystko wziąć, a myśmy nic nie brali. Rzeczywiście – nic nie braliśmy.
Potem z Bernau poszliśmy do takiej wioski. Znowu zobaczyłam ziemniaki – które tam wtedy wyrzuciłam – zobaczyłam, że tu leżą. Zaczęłam zbierać, bo ziemniaków stale owało, i jakiś Rosjanin z samochodu zaczął na mnie krzyczeć, żebym wyrzuciła te ziemniaki. Upierałam, się, mówię: „No, tam to był Niemiec, a tu przyjaciel i każe mi kartofle wyrzucić?!”. On zawołał jakąś dorosłą kobietę, powiedział, że może być zalane zatrutymi substancjami: żeby nie brać nic, co leży. Kurę zabić, barana zabić, ale nie brać tego, co już leży. Nawet jak mięso już leży pocięte, to też nie brać, bo może być zatrute. Dał mi wtedy bochenek chleba i słoik pasztetu za te ziemniaki. Ale i tak nic nie mogłam jeść, bo pierwszego dnia, jak nasze kobiety ugotowały trochę rosołu, zjadłam jednego ziemniaka i rosołu [i] dostałam w nocy straszliwej temperatury. Wtedy Rosjanie też byli w tym samym budynku, tylko oni nie wiedzieli, że my jesteśmy, bo oni byli na piętrze. Mieli tam jakąś radiostację. A Niemcy wyszli z tego domu i zostawili u nich swoją matkę, i ta matka zaczęła w nocy im krzyczeć, i oni ją znieśli z wózkiem – ona była na wózku – na dół. Myśmy byli na dole i ja zaczęłam podobno strasznie wrzeszczeć, bo miałam już temperaturę, no i ten Rosjanin mówi: „To ja tu zaraz jakiegoś medyka przyślę”. Przyszedł chyba polski lekarz wojskowy, w mundurze, i powiedział, żeby nie dawać mi jeść, bo to może zaszkodzić, jakieś tam proszki dał i już musiałam być na diecie.
Szliśmy później piechotą aż do Odry. Parę kilometrów przed Odrą wracał samochód, co woził amunicję, to nas wziął. Z dwiema przyczepami był ten samochód i wariował na szosie, a myśmy się obijali z boku na bok. Już nas coraz mniej zostawało, bo rozdzielaliśmy się na małe grupki. Tak że dotarliśmy nad Odrę, do Landsbergu, do Kostrzynia i stamtąd na lorach do Poznania. W Poznaniu już zarejestrowali nas w PCK-u. Ciocia dostała sto złotych, ja – jako dziecko – pięćdziesiąt. Tak że już miałyśmy sto pięćdziesiąt złotych – to było strasznie dużo pieniędzy […]. No i do pociągu, i do Warszawy. Straszny tłok, strasznie ciasno było w pociągu, i właśnie tam już byli ci szmuglujący. Mówią: „Co wy? Wracacie spod frontu i nic nie niesiecie? Wy nic nie macie?”.
Przyjechaliśmy do Warszawy, już my z ciocią, bo inne się rozeszły, gdzieś po drodze wysiadły. Z ciocią dostałyśmy się do Warszawy i znów tą drogą z Dworca Zachodniego przez Bema. Tak jak wychodziliśmy, tak dotarłam do Bema, do rogu Bema i Wolskiej. Szli ludzie z biało-czerwonymi chorągiewkami. Doszłam do jednej pani i mówię: „Proszę pani, to już można? Biało-czerwone – panie się nie boją?”. – „No nie, bo już jest Polska, przecież dzisiaj jest 1 maja, myśmy byli na pochodzie” – i tak dalej. Z tej radości usiadłam na kamieniu, na rogu Bema i Wolskiej, i rozpłakałam się.
Poszłyśmy dalej. Już nie szłyśmy do naszego domu – tego, w którym mieszkałam, bo wiedziałyśmy, że to już zostało zniszczone. Poszłyśmy tam, gdzie ciocia mieszkała – zniszczone. Tam gdzie brat cioteczny mieszkał – zniszczone. Nigdzie nic nie było. Wreszcie dotarliśmy tam, gdzie była moja druga ciotka – matka tych dwóch chłopców, którzy zginęli: jeden w Powstaniu, drugi zakatowany w gestapo, ale jeszcze wtedy żył, w czasie Powstania został wyniesiony na łóżku. Poszłyśmy tam, dom też był zburzony, ale zostały szczątki bramy. Na bramie, na stosie gruzu, była kartka: „Leokadia Celejewska z Alicją i Jerzykiem mieszkają: ul. Krzyżanowskiego 43”; chyba 43 – jeśli to pamiętam. Wiedziałyśmy już, że to jest ciotka, siostra ojca, i poszłyśmy tam. One mieszkały na facjatce: mieszkało ich tam pięcioro, myśmy doszły dwie, to było nas siedmioro. Później mój ojciec, jak wrócił w sierpniu, też tam zamieszkał […].
Jeszcze strasznie przeżyłam zakończenie wojny, bo nie wiedziałam, że to zakończenie wojny, a okna tej facjatki wychodziły na szpital na Czystem. To tam, gdzie teraz jest szpital na Kasprzaka. To [było] na Dworskiej i to nazywało się Czyste: tam [wtedy] też był szpital i tam usadowili się Rosjanie, wojskowi. Czy tam był szpital [wtedy czynny], to nawet nie wiem. W każdym razie wtedy kiedy zakończyła się wojna, oni rzucali race, strzelali do góry i ja się bałam, że znów zaczęła się wojna. Bo bałam się bardzo długo, stale czułam za sobą Niemców. Później znalazłam miejsce, gdzie zabito mojego brata. Później wrócił ojciec i zaczęło się życie – jak gdyby – normalne. Znów zaczęłam chodzić do szkoły. Miałam też pewne zahamowania. Jak poszłam na pierwsze dyktando, to nie umiałam wielkich liter napisać. Nie pamiętałam, mimo że bardzo dobrze czytałam: szóstą klasę skończyłam przecież przed Powstaniem.
Kontynuacja nagrania przeprowadzona 2 lutego 2010 roku


  • Proszę opowiedzieć od momentu, gdy pani wyszła z Warszawy. Jak układały się pani losy?

Z Powstania Warszawskiego wypędzono nas 10 sierpnia. Nie będę mówić, jak to było, prawda?

  • Proszę powiedzieć.

Pędzono nas ulicami Warszawy. Widzieliśmy po drodze trupy, widzieliśmy palące się zwłoki, płonące domy. Szliśmy ulicami Woli: Żytnią, Karolkową, Lesznem, Górczewską. Na Górczewskiej widziałam płonącego człowieka, który chciał chyba wyskoczyć z okna, ale niestety: czy go ktoś dobił, czy nie mógł już wyskoczyć… Jeszcze tliły się na nim ubrania. Później, kawałeczek dalej, doszliśmy do placu Szlenkierów, właściwie to do placu Opolskiego. W prześwicie ulicy Szlenkierów widzieliśmy, jak tam się Niemcy bawią. Tu leżały trupy, tu ludzie zmęczeni, wypędzeni z domów idą, nieszczęśliwi, a oni się bawili: patefon grał, tańczyli i bawili się – właśnie na placu Opolskim.
Popędzono nas dalej ulicami Górczewską do Działdowskiej, Działdowską na Wolską. Przy Wolskiej, przy kościele Świętego Wojciecha, odłączono mojego ojca – odpędzono go ode mnie kolbą karabinu. Poszliśmy dalej z moją ciotką – już była z nami, bo mama już nie żyła, mama była zamordowana wcześniej na Pawiaku – i przy wiadukcie na Woli zostawiłam paczkę ojca, którą ciągnęłam, bo zdawało mi się, że szkoda, żeby wyrzucił, bo tam było jego palto na futrze i garnitur. Ciągnęłam to, ale nie dałam rady i zostawiłam to pod wiaduktem. W tym czasie też, kiedy odłączali mnie od ojca, zgubiłam swoją ulubioną książkę. To była antologia poezji polskiej. W bardzo ładnej oprawie: zielonej ze złoconymi literami.
Potem mam lukę w pamięci. Nie wiem, co się stało. Znalazłam się na betonce: siedziałam na betonce w Pruszkowie w halach kolejowych, przy maszynie. Widziałam tłum zmaltretowanych ludzi: jedni leżeli, jedni płakali, jedni szukali czegoś do jedzenia, inni się kłócili – no tak jak to zwykle. Szukali czegoś, jakieś tobołki się przewracały: to wszystko była jedna wielka masa ludzi, jarząca się – nie światłem, tylko ruchem – wszyscy kręcili się wokół, nie wiedzieli, co się z nimi dzieje.
Później wypędzili nas z hal. Chyba na drugi dzień, bo jeszcze przenocowaliśmy. Rozdzielali nas przy drewnianym krzyżaku kolejowym. Myśmy już w tym czasie zdążyli się spotkać z dalszą rodziną, to znaczy z żoną mojego ciotecznego brata – ona była z dzieckiem siedmiomiesięcznym – i z jej matką i siostrą. Przy krzyżaku Niemiec robił pierwszą selekcję. One poszły w jedną stronę, a my z ciocią Jadzią w drugą stronę. One – jak się później dowiedziałam – znalazły się gdzieś na wsi, a [nas] wpędzono do wagonów towarowych, zamknięto i przewieziono. Strasznie duszno było w tych wagonach: było ciężko, było cuchnąco. Nie można było wyjść. Nie było wody, już nie mówiąc o jedzeniu, bo o jedzeniu to wtedy chyba nikt nie myślał […] Nie było gdzie się załatwić, W tej części wagonu, w której byłam, to nawet nie można było przykucnąć. Było tak ciasno, że jak pociąg zahamował, to wszyscy się przewracali, całe kłębowisko: w jedną stronę, w drugą stronę i znowu do pionu. Tak że ludzie tylko stali. Gdzieś koło Częstochowy otworzyli na chwilę ciężkie drzwi wagonu towarowego. Trochę powietrza wpadło i kolejarz chciał nam dać troszkę wody. Przyniósł w dzbanku, w białym dzbanku podał wodę. Rozchlapała się ta woda na wszystkich ludzi, więc on mówi: „Ludzie, jak wam przyniosę” – i pyta Niemca, czy pozwoli przynieść. On kiwa głową, że tak. No więc ten [kolejarz] wziął dzbanek i poszedł, i w tym czasie padł strzał. Kolejarz padł. Już nie przyniósł nic, i chyba nikomu nic. Nie wiem, czy został trafiony, czy zabity, ale w każdym razie padł.
Zamknięto drzwi. Jeszcze zdążyliśmy się dowiedzieć, że jak pojedziemy w jedną stronę, to pojedziemy na wieś, a jak w drugą stronę, to pojedziemy do Oświęcimia. Wtedy już strach, żal, patrzenie, dokąd my jedziemy. No i okazało się, że jedziemy na Oświęcim […]. Zresztą ta droga długo trwała, bo do Oświęcimia tośmy jechali chyba z półtora dnia – tak jak mniej więcej się orientuję. Wjechaliśmy za te druty, tę bramę, bo tor kolejowy tam wjeżdżał. Usłyszałam straszny brzęk drutów. Ten brzęk prześladuje mnie do dziś. To tak niesamowite wrażenie, że miałam ochotę od razu iść na te druty. Miałam wrażenie, że te druty mnie ciągną, jakby jakiś magnes mnie ciągnął do drutów. […]. Było już dość ciemno: światła się tylko świeciły na tych drutach, jakieś tam lampy. Dookoła specjalnie nic nie widziałam, tylko w oddali były jakieś ognie: tak jakby ktoś palił ogromne ogniska.
Wypędzono nas z wagonów. W ogóle – ciężko, trudno, psy szczekały, Niemcy krzyczeli: Schnell! Schnell! Raus! – krzyki były ogromne. Od razu była też następna selekcja: rozdzielano mężczyzn, starszych chłopców i – oddzielnie – kobiety i dzieci. Wśród dzieci było też kilku chłopców. Popędzoną nas już drogą obozową i – tak jak mówiłam na początku – widziałam gdzieś tam w dali ognie: tak szłyśmy i zdawało się, że coraz bliżej do tych ogni. Dopiero potem dowiedziałam się, że w tym czasie podobno palono tam ludzi żywcem. Że tam zalewano wapnem, wysypywano ludzi z wywrotek – tak nam opowiadano.
Jeszcze była jedna rzecz, która już zapisała się na stałe w pamięci: to jest ten straszny swąd. To było coś niesamowitego: dławiący. Czuło się palenie skóry, włosów, kości. […] Jedna z obozowych poetek – przepraszam, że taką dygresję [robię] – napisała: „Czy boli chłosta wiatru, gdy się jest już dymem?”.

  • Czy pani spotkała tę poetkę?

Nie, nie, nie. Spotkałam się z jej wierszami.

  • Z wierszami spotkała się pani później, tak?

Tak, później, bo w tym czasie ona chyba nie była w Oświęcimiu, tylko chyba w Ravensbrück. Tam dużo kobiet pisało wiersze – w Ravensbrück. Ja kiedyś wydałam taki malutki tomik, ale wydane są też te wiersze.

  • Jeżeli chodzi o osoby, które pani tam spotkała, jeśli pani pamięta ich nazwiska, to proszę podawać, bo to też jest dla nas informacja.

Tak. Na razie jestem z ciotką, a reszta to jest tłum zupełnie dla mnie nierozpoznawalny. Tylko te ognie i gdzieś idziemy. Wpędzono nas – trzeba tu zaznaczyć, że nigdzie nie wchodziliśmy, nigdzie nas nie prowadzono – tylko zawsze wpędzano, wypędzano, krzycząc po niemiecku. Krzycząc do nas od razu, od początku nazwano nas bandytami warszawskimi – Banditen [aus] Warschau. Inaczej się do nas nie odnoszono. [Nazywano nas tak] za to, że [było] Powstanie oczywiście.
Wpędzono nas do baraku, zupełnie pustego: nic tam nie było, tylko glina zamiast podłogi: wilgotna i trochę mażąca się. Wwieziono wózek z pojemnikiem z wodą. Ta woda była cuchnąca, śmierdząca, ale – woda! Przecież myśmy nie mieli wody, nie mieliśmy nic, więc tej wody każdy tam [nabrał], ile mógł. Dość dużo nas było w baraku, trudno mi powiedzieć ile. Było światło, więc nareszcie można było kogoś zobaczyć. Doszła do mnie koleżanka, mieszkanka tego samego domu, w którym ja mieszkałam: córka dozorcy, pana Chełmińskiego, Gienia Chełmińska. Ona doszła do nas i mówi, że ona jest sama. Jej matka zginęła wcześniej w czasie wojny, ojciec został oddzielony. Czy ona może być z nami? No oczywiście, no już się znamy, więc będziemy razem. A ona mówi, że tu jest jeszcze jedna pani, która ma tam jakieś rzeczy – czy ona też może do nas dołączyć? Jak się ta pani nazywała, to nie wiem.

  • Czy to był pierwszy dzień pobytu w Oświęcimiu?

To było pierwszego dnia pierwszego wieczoru. 12 bądź 13 sierpnia, ale wydaje [mi] się, że dwunastego. Ta pani też doszła do nas. Miała duże pakunki. Tutaj charakterystyczna rzecz, zbieg okoliczności: ona miała dużo pakunków, jakimś wozem jechała i z tego wozu przeniosła pakunki do wagonu. Ale nie tylko swoje, bo wśród tych rzeczy była paczka mojego ojca – ta, którą porzuciłam na Bema. Dojechała do Oświęcimia za mną. Powiedziałam tej pani, że to jest paczka mojego ojca. Ona nie chciała z początku wierzyć, jakoś się tłumaczyła, ale wreszcie mówi: „No to rozwiniemy, zobaczymy”. Mówię, co jest w tej paczce. Rozwinęłyśmy, zobaczyłyśmy – zresztą takie charakterystyczne, bo mój ojciec wiązał sznurkami z metalowymi gilzami. No i otworzyła tę paczkę, i rzeczywiście tam było to futro. Położyłam to futro na glinie i pierwszą noc w Oświęcimiu spałam na futrze mojego ojca. To się miało nijak do normalnego domowego spania, ale i nijak do tego, co później było w obozie. Tak że mam satysfakcję, że pierwszą noc w Oświęcimiu – na przekór wszystkiemu i wszystkim – spałam na futrze mojego taty. Sny były okropne, ale futro było przyjemne, tak że było to miłe.
Potem kilka dni, może ze dwa, chodziłyśmy. Więźniarki starsze, znaczy: starsze stażem w Oświęcimiu – nazwisk to też nie powiem, nie znam – zrzekły się swojej zupy i przyniosły nam zupę do baraku i myśmy tam mogli zjeść po trochu tej zupy. Nie wiem, ile tam kibli było – „kible” się mówiło – to [był] ten żargon obozowy. Było to coś ciepłego, wydawała nam się znakomita; że to jest w ogóle nadzwyczajne, bo przecież tyle czasu, przecież w czasie Powstania też się nie jadło normalnie […].
Prócz tego myśmy miały trochę cukru i trochę grochu, niełuskanego. A Gienia i ta pani, która z nią była, miały trochę słoniny. I tak trochę słoniny, trochę cukru i groch: groch żułyśmy cały dzień. Jak się żuło długo, to wreszcie ta skorupka, ta łupinka z niego zeszła i można było mąkę, już taką zgryzioną przez nas, zjeść. Tak się żywiłyśmy. To nie było jedzenie, tylko to było okłamywanie: śliny się dużo wydzielało i okłamywanie żołądka, że to jest [jedzenie].
Chyba na drugi dzień wypędzono nas z baraku przed stoły, ustawione na dużej powierzchni. Za stołami siedziały kobiety i zaczęły wszystkich spisywać, i zabierać wszystko, cośmy mieli. A więc: biżuterię, pieniądze, ubrania, jakiekolwiek przedmioty – wszystko trzeba było oddać. Pakowane to było w ogromne, szare torby i byliśmy zapisywani. Później – nie pamiętam tego dokładnie – chyba przy drugim stole otrzymywało się numer i otrzymywało się… ale to chyba dopiero po saunie. Bo później nas popędzono do sauny, to znaczy kąpieliska, ale tam się mówiło „sauna”. Wpędzono nas do tej sauny, oczywiście [najpierw] do tak zwanej fryzjerni, czyli pokoju, w którym strzyżono włosy [wszystkim] bez wyjątku. Jakieś wyjątki były, że niektórych – nie wiadomo jakim cudem – nie ostrzyżono. Ale tak to golono włosy do gołej skóry. Robiły to Żydówki […] i bardzo się musiały spieszyć. Maszynki miały nieostre, więc zadzierały skórę, tak że to było bardzo nieprzyjemne.
Później, po strzyżeniu, trzeba było przechodzić przez drzwi, normalne drzwi. Tuż przy drzwiach, zachodziła nawet na drzwi, na stołku była duża miska z jakimś płynem i trzeba było całą głowę zanurzyć w tym płynie. Tam były już cudze włosy, tam były insekty, tam było wszystko. To się przylepiało, ale najgorzej, że to na ranki, co pozarywane miałam w niektórych miejscach, to tam się to przylepiało, i lał się ten płyn, strasznie żrący, tak że oczy od razu zapuchły […]. Nie było czym się wytrzeć, bo nie było ręczników […].
A jeszcze przedtem oddaliśmy swoje ubrania do parówki. Ubrania te, które na nas zostały, bo myśmy nie dostali pasiaków, [a] wszystko, co się przywiozło, to trzeba było oddać do tej torby. To w czym się zostało, to trzeba było [teraz] oddać w takie wagoniki i do parówki to szło.
Później, kiedy już włosy były ogolone, wypędzono nas na dwór: z tym płynem cieknącym, nie było żadnego ręcznika, nie było się czym wytrzeć… Wszystkie kobiety i dziewczynki były nago. Mali chłopcy także. Wszyscy przed sauną staliśmy, to już był chyba wieczór, tak że prawie całą noc staliśmy przed barakiem.
Pamiętam, był taki przypadek: chłopczyk z naszego domu został sparaliżowany po tym, jak na jego oczach zabrano mu rodziców. Jeszcze przed Powstaniem Niemcy weszli do mieszkania, zabrali rodziców i tego chłopca zostawili. Opiekowała się nim babcia – bardzo ładnie, nobliwie wyglądająca staruszka w ciemnej sukni z białym kołnierzykiem. Dziecko nie chodziło w ogóle – chociaż już zaczynało chodzić, bo miało chyba ze dwa i pół roczku, ale po tym, kiedy w nocy zabrali ojca i matkę, ono się widocznie bardzo wystraszyło i już nie chodziło. Na wózeczku przywieziono go do Auschwitz-Birkenau. I babcia przybyła razem z nim. Babcię też rozebrano do naga i kiedy wyszła przed saunę, szukała, znalazła to dziecko, a to dziecko jej nie poznało – ona miała ogoloną głowę, ona była nago. Przecież on nigdy jej takiej nie widział, nigdy nie mógł zapamiętać. Znowu się dzieciak wystraszył. To było dla mnie – ponieważ znałam ich i to działo się na moich oczach – ogromnym przeżyciem. Że jak można tak zmienić człowieka, tak upokorzyć. Ona się zrobiła zupełnie zgarbiona, to dziecko zupełnie jej nie poznawało, a jeszcze przy tym ona była chyba zawstydzona swoim wyglądem chociażby przed tym dzieckiem.
Minął jakiś czas. Później nas wpędzono do sauny, już tam niby trochę wody było, można się było trochę obmyć, opłukać: już nie było tego strzyżenia. Wyszłyśmy drugą stroną i tam był wyrzucony stos naszych ubrań, które poszły do parówki: butów i wszystkiego, co tam było. Kto znalazł swoje, to znalazł, a kto nie znalazł, to… Ja na szczęście znalazłam swoją sukienkę: żadnej bielizny już, niestety, nie znalazłam. Znalazłam swoje trepki, buciki, sandałki letnie, w których wyszłam z Powstania Warszawskiego. Popędzono nas – to znowu trwało dość długo, był już wieczór – do baraku na FKL-u, na lager żeński do baraku 16A. On teraz podobno nosi nazwę 13. Matki oddzielono, w tym moją ciocię, która podała, że jest moją matką: miała to samo nazwisko – siostra rodzona ojca – tylko imię miała inne, ale jakoś to przeszło.
Weszłyśmy do naszego bloku. Pamiętam, że było ciemno. Nic nie widziałam – nie widziałam, gdzie są sztuby […] i tak przechodziłam takim jak gdyby korytarzem, a to była właśnie sztuba. Po jednej stronie były prycze i po drugiej. Jak wzrok trochę się przyzwyczaił do tej ciemności, to zamajaczyły mi jakieś kształty i ktoś wyciągnął rękę. Mówi: „Podaj rękę!”, bo już prycze na dole były pozajmowane i ja podałam rękę, i ktoś mnie wciągnął – dosłownie wciągnął – na górę. Tam były dorosłe kobiety i pytają mnie: „Skąd jesteś?”. „Z Warszawy”. – „No a co w Warszawie słychać?”. Mówię: „W Warszawie Powstanie”. – „Powstanie?” – one jeszcze wtedy nie wiedziały, widocznie do nich to nie dotarło. No i [mówią]: „Opowiadaj, opowiadaj”. Opowiadałam, aż wreszcie usnęłam. Rano, jak się obudziłam, kobiet już nie było, ale zostawiły mi kawałek chleba. Jakiś taki był z ich strony ten gest. Były bardzo przejęte tym, co mówiłam. Nie wiem, co to były za kobiety. Ale Polki, bo po polsku mówiły.
Potem już zaczęło się codzienne życie obozu. Czyli codzienne poranne apele, stanie na apelach. Ustawiano nas piątkami. Musieliśmy stać równiutko i tyle, ile chcieli, tyle nas trzymali. Jak kiedyś była jakaś ucieczka z Oświęcimia, to myśmy sześć godzin stali na apelu, a już wtedy przyszły niezłe mrozy, więc dzieciom, malutkim chłopczykom, jednemu – koło mnie stał, widziałam – to dosłownie przymarzły krople moczu. On robił, bo nie można było odejść. On siusiał po prostu i to mu skrzepło od zimna na nóżkach, na bokach spodenek, bo miał na szczęście spodenki, ale króciutkie, więc to jeszcze tam kapało. Natomiast wszyscy musieli wychodzić z bloku na apel. Bez względu na chorobę, bez względu na wszystko. Na choroby można się było skarżyć dopiero po apelu – przedtem nie.
Było nas około pięćset dzieci. Wśród tego były dzieci ułomne, z zespołem Downa: chore, nieszczęśliwe […] Była wśród nas dziewczynka, która bardzo szybko zachorowała na Durchfall. Durchfall to jest biegunka obozowa, z którą trudno było sobie poradzić w warunkach, gdzie nie ma wody, nie ma papieru, nie ma szmatek, w ogóle nie ma nic takiego, żeby cokolwiek pomogło. Ją też wyciągano na apel. Ona nie chodziła i siedziała na apelu z rozstawionymi nóżkami, i cały czas się kiwała, tak jak chore dzieci. Jeszcze do tego miała właśnie ten durchfal. Kałuża koło niej była. A auzjerka, która liczyła, przychodziła sprawdzać, jak wygląda apel, przechodząc koło nas, zawsze wystawiała łokieć, czy ktoś wystaje, czy nie: jak wystaje, to musiał się cofnąć, bo kuksańca dostał albo jeszcze co gorzej. Natomiast jak dochodziła do tej dziewczynki, to kopała jej nóżki. Nie przechodziła normalnie obok, tylko kopała nóżki tej dziewczynki. My tę dziewczynkę na następnym apelu wciągnęłyśmy do środka. To ta auzjerka, w bezczelny sposób, jak nigdy nie chodziła między piątkami, tak wtedy [przeszła] w drugim szeregu, gdzie była ta dziewczynka, żeby ją znowu kopnąć w nóżki. To było okrucieństwo.
Zresztą ta sama auzjerka zobaczyła u mnie na palcu pierścioneczek, na małym palcu. Miałam maleńki pierścioneczek, srebrny może, ale to druciczek był, no dziecięcy, może odpustowy pierścionek. Dała mi go mama, więc to była dla mnie pamiątka. Oczko było czerwone, błysnęło widocznie w słońcu, bo czasami tak bywa, i ona przywołała mnie do siebie, i dosłownie zdarła mi – razem ze skórą z palca – ten pierścionek. Zobaczyła: przyjrzała się, że to nie jest nic takiego – nie oddała mi go, tylko rzuciła na betonkę – stopień przy baraku – i butem zmiażdżyła ten pierścionek […]. Wydaje mi się, że to daje obraz ludzi, którzy mieli tam z nami do czynienia.
Natomiast jeśli chodzi o barak, to były prycze. Na pryczach były szczątki sienników: niby sienników. To było brudne, pozalewane: w tym był tylko kurz – nie było siana, nie było słomy, tylko dosłownie kurz. To się przesypywało, bo prycze były jedna nad drugą i deski nie łączyły się ze sobą, więc kto się ruszył na górze, to ten kurz spadał na tego, kto był na dole. Kto siusiał wyżej, to lało się na tego, kto na dole, bo z początku w ogóle nie było miejsca [do załatwiania się]. Tylko raz, najwyżej dwa razy na dobę nas wyprowadzano, a dzieci młodsze to przecież nie wytrzymywały, zresztą poprzeziębiane później […].
Lepiej było już na najwyższej pryczy. Mnie się udało znaleźć pryczę właśnie na najwyższym piętrze. Zdawało mi się, że tam będzie już naprawdę dobrze, niestety, okazało się, że całą noc spadały na nas pluskwy […]. Podbicie tego dachu to były sklejone wióry i tam gnieździło się strasznie dużo pluskiew. One na nas spadały, wchodziły do oczu, do nosa. Zresztą szły i na dolne prycze – to nie powiem, że nie było – bo tylko to pierwsze uderzenie było na górne. Więc na głowę zakładałam sobie sukienkę, żeby mi tylko nie wchodziły. Resztę ciała dosłownie zostawiałam na ich żer. Nieraz były czerwone punkty na ciele od pogryzienia. Zaczęliśmy robić o to awantury i wprowadzili jakieś świece dymne. Nas wyrzucili – trzy dni na dworzu byliśmy – i świece dymne wytruły te pluskwy. Tak że na szczęście już później pluskwy nie gryzły.

Ale zbliżała się zima, zbliżała się jesień, już zaczęło być zimno, zaczęło mi być bardzo źle w moich pantofelkach. Nie miałam żadnych pończoch, żadnych skarpetek. Na stos – po tak zwanej saunie, jak było brane ubranie do parówki – to jeszcze czasem dorzucali ubrania po dzieciach, które chyba… no nie wiem, chyba zostały tam zamordowane, skoro te ubranka zostały: skoro część ubrań brali do toreb, a to, co było na sobie [tam znajdowaliśmy], to logika wskazuje na to, że te dzieci musiały zostać spalone. Rozebrano je przedtem czy [same] się rozebrały i te części ubrań wyrzucano na stosy dla nas, żebyśmy mogły tam coś sobie znaleźć.
Znalazłam sobie pończoszki z dwuletniego dziecka, więc ledwo do kostki mi starczyły. Ale te buciki były już dosłownie nie do chodzenia, bo sandałki na paseczki – to przecież wykręcała się noga… Bo co tam było? Nie było trawy. W ogóle. Tam nie rosła trawa. W Birkenau była glina. Jak było sucho, to ta glina była bardzo twarda. Ale jak był deszcz, to była mokra, śliska. Myśmy po tej śliskiej glinie chodziły… robiliśmy koleiny, wklęśnięcia. Chodzili przecież i w drewniakach, i w klumpach – to koleiny były mniejsze [lub] większe. Jak wiatr nocą przyszedł, wysuszył to, to zrobiło się tak, jakby się garnek lepiło z gliny: twarde, i jak się chodziło po tym – zawsze Schnell! Schnell! – to się nogi wykręcały. Wtedy paski [przy sandałach] się urywały, już się robiło coraz bardziej zimno.
Któregoś dnia zobaczyłam stos wyrzuconych bucików. Mówię: „Teraz sobie znajdę buciki”. Na samym wierzchu na stosie stała para bucików. Takich bucików, o jakich marzyłam w okupacji. Myślę sobie, znowu jakieś spełnienie marzeń. To były półbuciki dziewczęce, z pateczką w ząbki, z paseczkiem. Wzięłam sobie te półbuciki: troszeczkę ciasne, ale mówię: „To się chyba rozejdą”. Nic się nie rozeszły, były bardzo dobrze zrobione: te twarde zapiętki zaczęły mi obcierać pięty. Tam nie było czym sobie zabandażować, więc tylko kamieniem zbiłam zapiętki tak, żeby one zrobiły się płaskie. Ciężkie to było, ale mogłam nogę włożyć, a pięta mi wystawała, obcierała się, też tam robiły się jakieś odleżyny od tego.
Bardzo mi w tym było ciężko, ale powiedziałam sobie wtedy – nie wiem dlaczego – że nie założę drewniaków i nie wezmę klumpów. Klumpy to drewniaki wydrążone, jak gdyby holenderki, a drewniaki to były buciki drewniane na grubych drewnianych podeszwach. Byłoby lepiej, ale miałam wrażenie, że jak założę drewniaki, to już z Oświęcimia nie wyjdę. Nie wiem – takie przekonanie. Męczyłam się z tymi moimi bucikami bardzo, bo i zimno było, i deszczowo, i różnie.
Wreszcie kiedyś, po jakimś czasie, znów wyrzucono partię butów. Już wtedy nie patrzyłam jakie: jeden inny, drugi inny, ale z cholewką, zawiązane – żebym miała wygodniej. Więc jeden bucik miałam dziewczęcy: od łyżew, bo jeszcze blaszki były, bo kiedyś w obcas wkręcało się blaszki do łyżew – nie zakładało [się łyżew] tak jak teraz […]. Jeden bucik miałam: bardzo elegancki, ładny, i szukam drugiego do pary – nie ma. Więc znalazłam jakiś chłopięcy „bokser”. Ten był z wydłużonym szpicem, a ten był z obciętym. Ale już było cieplej, znalazłam jakąś bieliznę.
Kiedyś na nasz blok czyimś staraniem wrzucono troszkę sweterków. Siedziałam w koi, tak w rogu, bo dziewczęta dobiegły do tego, żeby brać. Myślę sobie – jeszcze mam swoją sukienkę, a swoją sukienkę zachowałam mimo parówek różnych. [Kiedyś jeszcze] kożuszek miałam, ale zrobił się taki malutki, że dwuletnie dziecko w niego wchodziło: tam jedno dziecko nosiło ten kożuszek. W każdym razie siedziałam tak sobie na tej pryczy i Torwache – to kobieta, która pilnowała wejścia do bloku – rzuciła we mnie sweterkiem, bardzo ładnym, amarantowy kolor z wyrobieniami, no po czyimś dziecku. Rzuciła we mnie ten sweterek. Odwróciłam go na drugą stronę… on nie był amarantowy, tylko prawie biały, w kropeczki białe. To były gnidy wszy, które kogoś tam jadły strasznie […]. Było tego bardzo dużo. Siedziałam mozolnie i wyskubywałam gnidy ze sweterka. Ten sweterek zrobił się bardzo puchaty z tego powodu, bo to wełna i to się wyciągało, ale miałam już ciepły sweterek. Później zdobyłam jakąś kapotkę. Ciocia za porcję chleba kupiła mi majtki. No i już miałam cieplejsze ubranie.
Jak byłyśmy na baraku, to – tak jak mówiłam – nie było Waschraumu. Nie było gdzie się umyć, nie było gdzie się załatwić. Wyprowadzano nas do latryny. Ta latryna była straszna. Może nawet wstyd o tym mówić, ale to chyba trzeba wiedzieć, jak to wyglądało w takim zbiorowisku. To był jeden barak, wzdłuż którego były dwie szerokie dechy. W dechach były otwory: z jednej i z drugiej strony. Jak nas wypuszczano z baraków… bo nie zawsze można było wychodzić z baraku, bo była „blokszpera”. Lageralteste wpadała na nasz blok. Ona nie mówiła po polsku ani po niemiecku, tylko chyba jakoś ze słowacka i krzyczała: „»Najtrisniejsza« »blok szpera«, niech jedno dziecko na lagrze spotkam, to tiu trupem padnie”. To znaczyło: „najściślejsza »blokszpera«”. A „blokszpera” – to, [że] nie wolno wychodzić z baraku. Ale kiedy już nas wyprowadzano do latryny, to kilka bloków naraz. Wszyscy wpadali do tego baraku i kto pierwszy usiadł na tej desce, ten mógł się spokojnie załatwić. Następni to potem już stali przy nim, dosłownie koło niego: przed sobą miał tę, która się załatwiała: czy starszą kobietę, czy młodą kobietę, czy dziecko, a tam z drugiej strony – patrzył – to były pośladki. Stało się w grubej warstwie środka dezynfekcyjnego: czy chlorku, czy czegoś, to była taka gruba maź biała, bielusieńka i myśmy w niej stały, żeby się dostać do tego jednego otworu, a w tej mazi łaziły ogromne białe robale. To naprawdę jest bardzo przykre.
Wiem, że dziewczęta miały nawykowe zaparcia. Jakieś choroby pęcherza, bo po prostu nie było jak tych spraw załatwić. Zaczęłyśmy się troszkę buntować. Był w bloku, jeszcze na FKL-u, w bloku 16 A, mały kącik. Starsze dziewczęta postarały się o to, żeby tam postawiono kible, zdezelowane kible – te, które kiedyś służyły do zupy. Do tych kibli się załatwialiśmy, z tym że trzeba je było potem wynosić. To wypadało co jakiś czas na kogoś, między innymi na mnie i na moją koleżankę. Wynosiłyśmy i blokowa krzyczała, że nie wolno nam brać pół kibla z nieczystościami, tylko cały: „A jak się coś wyleje, to będziecie lizać”. No, nie lizałyśmy. Ale miałyśmy to szczęście, że [wystarczyło przenieść] przez tylko jedną sztubę – bo to było w rogu sztuby – do drzwi wyjściowych. Tam któregoś dnia spotkałyśmy mężczyzn, którzy przyjechali z rolwagą. Rolwaga to jest wóz ciągnięty przez ludzi. Zamiast koni – ludzie ciągną. Z nieczystościami, z innymi rzeczami, to wszystko jedno […]. Jeden pan od tej rolwagi odszedł i pyta: „Co wy tu robicie? Co z tymi… [kiblami]”. My mówimy, że musimy wynosić kible. To był Polak i wiedział, że to jest blok dzieci polskich, dzieci warszawskich. Skądś wiedział. Mówi: „Słuchajcie, to się umówmy tak, żebyście zawsze o jednej porze wynosiły, to my wam będziemy pomagać. My to zabierzemy. Tylko żebyście z bloku wyniosły, bo nam na blok nie wolno wchodzić”. I tak było, że kilkanaście razy nam [pomogli]. Zresztą po wojnie spotkałam tego pana, nawet widywaliśmy się dość często. To była też jedna z akcji ruchu oporu. Tak jak i była akcja ruchu oporu, że nas spisano. Poza tymi spisami oficjalnymi, które były, które potem zostały zniszczone, żeby zatrzeć wszelkie ślady, zostały listy pisane przez kobiety – przez tak zwany ruch oporu, bo wszystko, co było przeciwko [Niemcom], to było ruchem oporu. Mam nawet jedną taką listę, ksero listy z pieczątką Oświęcimia, na której jestem ja i moja ciotka.
To były działania ruchu oporu, były jeszcze różne inne działania – nie chciałabym może mówić o tym, jak bito, jak wydzierano się na nas, jak krzyczano. Zresztą jak byłam na tej górnej sztubie, to naprzeciwko mnie była ściana – z dwóch stron wejścia były ściany rozdzielające – nie wiem, jak to powiedzieć – sztuby. Bo w jedną stronę była sztuba jedna, druga, później była ta ściana i znów dwie sztuby. I na jednej tej ścianie – widziałam – był napis gotykiem, ogromnymi literami – ściana [była] duża – było napisane Ruhe im Block. Koleżanka moja mówi, że ona siedziała z drugiej strony i widziała przeciwną ścianę, i że tam kiedyś ktoś przyszedł, i namalował dzieci idące do szkoły, i ją tam coś zafascynowało. Ja tego nie widziałam albo nie pamiętam, nie wiem. Pamiętam ten napis Ruhe im Block – gotykiem, jeszcze gdzieś tam czarne, złocenia, jakieś takie było wyrobione, napisane. Stale na nas krzyczano, stale pędzono, stale byłyśmy głodne, stale nam było zimno, stale było brudno, stale było… no bardzo nieprzyjemnie […]. Przychodzili do nas co jakiś czas sprawdzać czystość i rzekomo sprawdzać nasz stan zdrowia. Wtedy zmieniano nam bieliznę, jak ktoś miał. Bo trzeba było oddać brudną, żeby dostać tę z parówki: to nie była wyprana, tylko z parówki – zdezynfekowana. Ale jak się nie miało, to się nie miało co wymienić i zostawało się w dalszym ciągu bez bielizny. Chyba że tak jak moja ciotka: wyrzekła się swojej porcji chleba [w zamian za majtki].
Nasza blokowa władza to była: blokowa, sztubowe, szrajberka, flegierka, Torwache. One dostawały pieczywo dla nas – chleb. Myśmy mieli przydział dwadzieścia deko chleba: ciężkiego, razowego, więc to był naprawdę nieduży kawałek na cały dzień. Ponieważ chleb był przynoszony do bloku w całych bochenkach, to blokowe funkcyjne kroiły ten chleb i często zamiast pięciu porcji z bochenka – bo tak [miało być] – kroiły sześć porcji. A reszta chleba im zostawała, bo siłą rzeczy z wielu bochenków zrobiło się więcej porcji. Ruch oporu się tym zainteresował, bo ktoś powiedział, że mamy oskubane porcje, bo nieraz to był dosłownie plasterek. Od tej pory był tak zwany chleb na skórze. To znaczy bochenek chleba nie był dokrojony do końca, tak żeby po złożeniu było widać obie przylepki, i że jest z tego zrobionych pięć porcji. Więc to tak [było]. U dorosłych było trochę inaczej, bo tam był dzielony na cztery: oni dostawali dwadzieścia pięć deko chleba […].
Różne rzeczy można by opowiadać. Kiedyś też przyszedł jakiś lekarz czy fleger – nie wiem, kto to był – w cywilnym ubraniu i sprawdzał naszą czystość i sprawdzał, czy nie ma świerzbu. Sprawdził mnie i zostałam odesłana na pryczę. A później któraś z koleżanek powiedziała, że u mnie widziała: że ja mam świerzb. Już wtedy nie było ratunku. On mnie zabrał. Już nie dołączył do tej grupy, która miała być odprowadzana na smarowanie na świerzb, tylko zabrał mnie ze sobą. Przeszliśmy kawałek obozu do bloku numer 25, który był od nas odgrodzony murkiem. Wiedzieliśmy, że blok numer 25 to jest tak zwany blok śmierci u kobiet. To nie jest 11 w Auschwitz, tylko w Birkenau, na FKL-u. Wprowadził mnie tam i zostawił. Tam były kobiety, które coś robiły. Jedna z nich mówi: „Co ty tu robisz?”. Mówię: „Przyprowadzono mnie, bo ktoś mnie oskarżył, że mam świerzb”. – „A masz?”. Mówię: „Nie, nie mam”. Bo nie miałam. Ona mówi: „To bądź cicho. Chodź ze mną”. Wprowadziła mnie do środka baraku. Było tam zupełnie ciemno. W rogu baraku kazała mi usiąść, zakryła mnie kocem i mówi: „Siedź dotąd, aż ja do ciebie przyjdę. Nie podnoś się, nie odzywaj się… nawet nie oddychaj, żeby cię nie było słychać – ktokolwiek będzie, cokolwiek się tu będzie działo”.
Przytuliłam się tak jakoś i siedziałam w tym [baraku]. W nocy zaczęły się hałasy i zapaliła się lampa. To, co zobaczyłam przez maleńką szpareczkę – bo się nie ruszałam, tylko tyle, żeby oddychać – to nie było prycz w tym bloku, przynajmniej z tej strony, z której ja byłam, tylko na środku stał ogromny stół. Na tym stole coś robiono kobietom. Nie wiem co, ale były straszne krzyki. Pod taką dużą lampą coś z nimi robiono – nie wiem, kto to był, nie wiem, co to było, tylko to słyszałam.
Dopiero rano – już później znów zgaszono te lampy – przyszła po mnie… Powiem szczerze, że zaczęłam się tam później bać, już tak mi było strasznie przykro i chyba od tamtej pory nie gaszę zupełnie światła na noc, tylko gdzieś maleńką lampkę muszę mieć zapaloną, żeby widzieć, co się dzieje, bo od tamtej pory prześladują mnie nieprzyjemne rzeczy. No i przyszła po mnie ta osoba i mówi: „Chodź”. Wmieszała mnie w dzieci, które były [chore] na świerzb, i smarowano mnie maścią na świerzb. Jeszcze ta jedna powiedziała: „Słuchaj, po co jej ta maść? Przecież ona ma zupełnie gładką skórę”. Nie miałam świerzbu – dziewczynki miały, dzieci miały, najczęściej w palcach, pod kolanami, w zgięciach łokci; miały też na brzuchu. Więc [mówi]: „Rozbierz się”. Rozebrałam się, na brzuchu też nic nie było, ale mówi: „Smaruj, smaruj”. I jakoś mnie wprowadziły w te dzieci, które przyszły z naszego bloku, i wróciłam na swój blok, i musiałam codziennie ileś tam razy chodzić z nimi na to smarowanie. Ale co się strachu najadłam, to się najadłam, bo blok śmierci – to już się trochę wiedziało, co to jest.
Jak już zbliżała się późna jesień – to chyba był koniec października: może połowa – z naszego lagru zabrano matki. Bo matki były w sąsiednim bloku. Od czasu do czasu mogłyśmy się z nimi widzieć. Jak je zabrano, powiedziano nam, że matki zostały wywiezione. To była rozpacz wśród dzieci. Natomiast matkom powiedziano, że myśmy zostały spalone. Więc dla nich też była rozpacz. Ale pewnego dnia przyszli mężczyźni, też właśnie z rolwagą przyjechali czy z czymś innym, i przynieśli ze sobą grypsiki. To były dosłownie karteczki papieru – trudno mi powiedzieć jakie – maleńkie karteczki szarego… o, na takiej karteczce, wydartej, szarego papieru dostałam numer cioci [i wiadomość]: „Jestem zdrowa. Żyję”. Na tym samym odpisałam swój numer i [to samo]: „Jestem zdrowa. Żyję”. Oni to zwinęli w maleńki paseczek i to, co ja widziałam, to jeden sobie włożył w obrębek swojej okrągłej, pasiakowatej czapki, a drugi – przy mnie – tu, w mankiet. Tak przenieśli tam grypsy, że nasze matki – mówię tutaj „matki”, bo ciocia moja też tam była – też sobie…. no tak się dowiedziały o naszym istnieniu.
Pewnego dnia po apelu wyciągnięto kilkadziesiąt mniejszych dzieci, znalazłam się wśród nich, i popędzono nas gdzieś indziej. Już parami, nie piątkami, co było właśnie charakterystyczne, że parami. Przyszliśmy gdzieś – nie wiem, bo ja topografii Oświęcimia wtedy nie znałam przecież jako dziecko. Powiedziano nam, że prowadzą nas do krematorium. Wprowadzono nas do jednego pomieszczenia. Tam zdjęliśmy ubrania i wpędzono nas do sali, może trochę większej jak ten pokój [ten, w którym odbywa się rozmowa]. Tam była – [szła] przez całą podłogę – taka zębatka: zachodzące na siebie metalowe zęby. Było to dosyć duże. Dzieciaki zaczęły krzyczeć – między sobą oczywiście – że ta podłoga się rozstępuje i my tam w dół wpadniemy, i tam nas spalą. To pomieszczenie miało drzwi z dwóch stron. Z jednej strony – tak jakby przy ścianie – jedne drzwi, którymi myśmy weszli, a z drugiej strony – drugie drzwi, tak naprzeciwko. Za tymi drzwiami widziałam taczki czy wózki: wózki czarne jak taczki, i słychać było stamtąd hałasy, krzyki. „Halo, halo, halo” – tak jakby ktoś przez telefon rozmawiał. Niemiec cały czas chodził z jednych drzwi do drugich. Przechodził koło nas. Niemiec [był] w mundurze, czerwony na twarzy, ze szpicrutą i tą szpicrutą walił się po cholewach, i co raz to wychodził. Zły, wściekły był strasznie. Myśmy jakiś czas tam byli i dzieciaki mówiły: „A tu puszczą gaz, a tu puszczą to”. Tam świeciło się małe światełeczko, tylko lampeczka taka niewielka, tak że szaro było w tym [pomieszczeniu]. Tylko tego Niemca widziałam, jak on chodził, i co raz to tam słychać było: „Halo, halo”. W pewnym momencie wychodzi z tamtych drzwi i krzyczy: Raus! I myśmy wtedy do drzwi – mało się nie pozabijaliśmy. Wyskoczyliśmy – ile tam nas było dzieciaków, siedemdziesiąt czy sześćdziesiąt, to nie wiem – po swoje ubrania na ławeczki. I wyzwolenie, bo jednak to nie [było] krematorium. Czy nie krematorium, czy nie spalą nas – to nie wiem, ale kąpieli tam nie było. Tak że to niby też sauna, bo na to wszystko mówiło się [sauna].
Tak że wracamy właśnie z tej wyprawy, że tak powiem, blokowa też bardzo zdenerwowana, bo ona nas prowadziła i ona nas wyprowadziła. Była bardzo zdenerwowana. Myślę, że nie spodziewała się tego, że mają jej dzieci – znaczy dzieci z jej bloku – zabrać do spalenia, chyba dlatego była bardzo zdenerwowana. Jak wracaliśmy, to zobaczyłam, zresztą dzieciaki też zobaczyły, krzyczą: „Matki idą! Matki!”. Gdzieś tam w oddali, na drodze, widać było kolumnę idących postaci. Ktoś tam poznał swoją matkę, ja później poznałam, że tam jest moja ciocia. Jeszcze zanim weszłyśmy do baraku, to już wiedziałyśmy, że matki są już z nami. Na drugi dzień przeniesiono nas, i matki też, na lager cygański. Nie wiem, czy opowiadać jeszcze dalej?
  • Tak.

W każdym razie przeprowadzono nas na tak zwany lagier cygański. Bo matki – wtedy co były od nas oddzielone i przeniesione, ze dwa tygodnie to trwało – to były na lagrze B2B, bo tam się tak nazywało. Tu się nazywało lagier cygański: z FKL-u, z bloku 16A przeszliśmy na blok 6 czy 5, nie pamiętam. To znowu były różne przygody. Bo jak weszliśmy do baraku, to prycze były… To był zupełnie inny barak niż ten na FKL-u. Na FKL-u blok był murowany i były prycze tak zwane murowane: drewniane [były] tylko deski,
na których się spało i brzegi [prycz]. Natomiast tu prycze były węższe, bo tam na tamtych pryczach to nas kiedyś, w pewnym okresie, na jednej pryczy było jedenaście. Ale to ledwo się mogłyśmy [pomieścić]. Ale tak to było sześć, siedem. Natomiast tutaj to trzy-dwie na pryczy były, to już niby troszkę było lepiej.
Ale jak weszłyśmy do tego baraku, to prycze były pomalowane na czarno – wszystkie były czarne: brzegi, słupki – wszystko na czarno, [pomalowane] olejną farbą, jak się później okazało. Wszystkie były przykryte czerwonymi, włochatymi […] kocami, jak gdyby z poskręcanej sierści […]. Wszystkie [koce] były czerwone. Weszliśmy na blok, już się ucieszyłam: no, wreszcie będzie ciepły koc na pryczy, będzie się czym przykryć, będzie ciepło. Nawet z koleżanką o tym mówiłam. […] Weszłam znowu na górną pryczę [w nadziei], że tam może cieplej będzie i tam zostawiłam swój kubeczek. Miałam woreczek z jakiegoś tam materialiku, ściągany sznurkiem, i tam włożyłam swój kubeczek. Bo miski nie miałam, [tylko] łyżkę i kubeczek – jakoś nie trafiła mi się miska, tylko kubeczek. Nawet nie taki duży, [w] który się brało ziółka czy kawę – jak tam była, przeważnie ziółka były – i zupę obiadową. To też było wielkie nieporozumienie z tą zupą, bo zupy były różne, ale może najpierw powiem o kocach. Wypędzono nas znów do sauny: jakaś tam kąpiel, jakiś przegląd, ubrania do parówki. Te dzieci, które stały na dworzu przed parówką, to już ziębły, już marzły, bo to był październik, może początek listopada. A te, które wychodziły z tej niby kąpieli – w której nie było ręczników i woda mogła być raz zimna, raz gorąca, a mogło jej w ogóle nie być – zakładały na siebie ubrania z parówki, więc wilgotne i ciepłe. Wychodziło się na dwór i to szybko stygło: było zimno. Był kapo, który nas stale popędzał. Kazał nam biegać. On wiedział, co robi, bo jednak to bieganie nas rozgrzewało. To był jeden z lepszych Niemców, ten kapo, który później, w Boże Narodzenie, też zrobił nam niespodziankę, ale za to, że nam [wtedy w Boże Narodzenie] zrobił dobrze, to poszedł, już na drugi dzień go w ogóle nie było, już go nigdy nie zobaczyliśmy. Bo nie wolno było pomagać dzieciom, po prostu to było zakazane.

  • Proszę kontynuować.

Te czerwone koce napawały nadzieją, że będziemy mieć wreszcie ciepło, że będzie się można czymś przykryć. Zabrano nas znowu do sauny, znowu na jakąś parówkę i był apel, właściwie nieoczekiwany, bardzo długo trwający, bardzo długo. Było wtedy bardzo zimno. Podobno ktoś się gdzieś ukrył czy coś, oni musieli się wszystkiego doliczyć we wszystkich lagrach obozu. Bo obóz jest podzielony na sektory, ale o tym już mówić nie będę, bo – tak jak mówię – wtedy topografii Oświęcimia nie znałam, więc trudno mówić to, co ja teraz znam.
Kiedy wreszcie pozwolono nam wejść do baraku, to okazało się, że wszystkie koce są ułożone na stosie. Wszystko nam zabrano: wszystkie koce zdjęto z prycz. Mój kubeczek z woreczkiem i z łyżką leży na piecu. Baraki to były kiedyś stajnie i z boków stajni były boksy dla koni, a pośrodku był piec. Piec nie piec. Wzdłuż całego baraku idzie położony jak gdyby komin: i z jednej strony można palić, i z drugiej strony można palić, i wtedy dym przechodzi przez otwory w tym kominie, i to dawało trochę ciepła. Tak że nawet czasami – jak pozwolono wyjść z pryczy – to można było usiąść na tym piecu i było troszkę cieplej. Ale to się nie zdarzało często: czasami wieczorem, ale tak – to nie. Na pryczy trzeba było siedzieć nawet w dzień. Nie wolno było się kłaść, bo jak sztubowa – akurat na mojej sztubie – zobaczyła, to krzyczała. Ale tak się siedziało i trochę człowiek zawsze był przychylony, bo prycze nie były wysokie [...].
Jak weszłyśmy do tego baraku, patrzę – mój woreczek leży właśnie na tym piecu. Stoi tam blokowa i wszystkich po kolei pyta: „Czyje to jest?”. Nikt się nie przyznaje. Gdybym się nie przyznała, to by mnie ominęło to niedobre. Ale że się przyznałam, bo przecież… stracę kubek. Zresztą nie myślałam, żeby się nie przyznawać, więc powiedziałam, że to mój. Wtedy dostałam bicie za to, że zajęłam pryczę, która się podobała jakiejś funkcyjnej, i za to, że tutaj bałagan się robi: że leży tu woreczek z kubkiem – za to dostałam bicie od blokowej. Ale potem usadowiłyśmy się gdzieś na pryczach, tamto miejsce już straciłam, więc w rezultacie trafiła mi się prycza, gdzie już były dwie dziewczynki i ja byłam trzecia – na samym dole, ale nie na podłodze, tylko na deskach na samym dole
Później robiono nam różne zabawy, konkursy. Zrobiono nam konkurs na czyszczenie prycz w ten sposób, że trzeba było szkłem, kawałkami szkła – było tam potłuczone szkło, przynieśli – czyścić tę powierzchnię polakierowaną na czarno. Wszystkie prycze musiały być wyczyszczone i myśmy dzień po dniu czyściły to szkłem – do białego trzeba było zdrapać. To nie jest tak łatwo robić szkłem, zwłaszcza dzieciom [w naszym wieku] czy jeszcze młodszym od nas. Tak że to była dosyć trudna sprawa. To niby miał być konkurs, że za to coś tam będzie, jak ktoś będzie najlepszy. Myśmy się starały o to, żeby [być] najlepsze, ale nie było żadnych… nagród za to.
Potem nam zrobiono… to tak dla zabawy chyba w ogóle, bo dla zabawy różne rzeczy robiono. Na przykład lagerkapo zażyczyła sobie, żeby dzieci bawiły się w kółko. Wychodzimy na apel i po apelu mamy się bawić w kółko. Śpiewać i bawić się w kółko. Dzieci jak to dzieci: bawią się. Ona sobie wybrała dwoje czy troje dzieci i daje im czekoladę. A ktoś robi zdjęcia. Po zrobieniu zdjęć [lagerkapo] zabiera czekoladę. Więc dzieciaki, małe dzieciaki, bo były tam zwłaszcza małe dzieci, no przecież to dla nich był… cios. Nieprzyjemne strasznie.

  • W jakim wieku były dzieci w pani baraku, od ilu do ilu lat miały?

Najmłodsze były chyba trzyletnie. Do piętnastu, szesnastu lat. Starszych chyba nie było. Tak mi się przynamniej wydaje. Ale przy pięciuset dzieciach to trudno to wszystko wiedzieć. W każdym razie blokowa urządziła nam też taką zabawę: każda dziewczynka miała na sobie ładną sukienkę, czystą, i ona będzie to wszystko sprawdzać. Więc trudno powiedzieć, co myśmy robiły. Bo jak się ma jedną sukienkę, w której się chodzi dzień i noc, i śpi w niej, bo jest zimno, to nieraz trudno się rozbierać, zresztą nie było przecież nocnej bielizny, nie było… to jest w ogóle: nie było poduszki, nie było prześcieradła – nic z tych rzeczy. [Był] jeden koc na pryczę. No i myśmy miały się ładnie zaprezentować, że ona będzie chodzić i sprawdzać. Więc z koleżankami z jednej pryczy, i jeszcze z jedną, Stasią – chyba nazywała się Stasia Rutkowska – a te, które były ze mną na pryczy, to jedna nazywała się Irena Pacek, a druga Basia Zawodna – to nazwiska z tamtego czasu. Bo poprzednio, jak byłam na pryczach, to byłam z dwiema koleżankami, z którymi przed Powstaniem chodziłam do szkoły. Były to Alina i Alfreda Zawistowskie – je pamiętam. Pamiętam także, [że] na innych pryczach były dwie siostry Wojciechowskie, którym włosy ocalały […].

  • Jeżeli chodzi o te najmłodsze dzieci, właśnie te trzyletnie, to proszę powiedzieć, czy starsze dzieci się nimi opiekowały?

Jeżeli miały siostry, to tak. Na ogół ktoś się nimi opiekował… No tyle, ile było można, że prowadził za rączkę na apel…

  • To trudny wiek, dzieci nie rozumieją właściwie, co się dzieje, więc jeśli chodzi o dyscyplinę i tak dalej…

No właśnie. To trzeba sobie dośpiewać już, jak to było. Było strasznie. Po prostu strasznie. Te dzieci były bardzo zapuszczone, bardzo zaniedbane, głodne. Jest charakterystyczna rzecz, że były to małe dzieci, a ja nie pamiętam płaczu dzieci z tamtego czasu. Jeżeli [już], to może bardzo cichutko kwiliły. Ale płaczu – jak to dzieci potrafią krzyczeć, jak teraz czy w tramwaju… dzieci tam nie płakały. Ja tego nie słyszałam. Naprawdę. Nie uświadamiam sobie płaczu dzieci. Nawet malutkich, bo przez pewien okres były matki z malutkimi dziećmi czy kobiety w ciąży – no to te, co w ciąży, to nie – ale te maleńkie dzieci, bo tam było trochę takich, to też nie słyszałam, żeby płakały. Nie wiem, czy dzieci [były] zastraszone, czy to już taka atmosfera w ogóle z nas emanowała: ten strach, ten lęk przed wszystkim, że młodsze dzieci przejmowały to i nie płakały. Nie słyszałam płaczu dziecka, prawdziwego płaczu. Tak jak i zresztą nie przypominam sobie śmiechu dzieci.
Tak że potem, kiedy już zrobiono nam konkurs na to ładne wyglądanie, to nie wypiłam ziółek, które dostałam rano, tylko zostawiłam porcję, żeby tymi ziółkami wyczyścić swoją sukienkę. Bo nie było gdzie: do Waschraumu nie wolno było chodzić, a jak się poszło, to tam ledwo troszeczkę wody. Waschraum 1 to była latryna – o tym już mówiłam – a Waschraum inny – to było tam, gdzie była woda. To były dwie rury z dziureczkami i z tych dziureczek strzykała woda: to była wszystka woda, którą myśmy mogły umyć ręce czy coś […]. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie potrzeby fizjologiczne trzeba było załatwiać, ale przecież nie było bielizny na zmianę. Małe dzieci – nie było papieru, nie było żadnej szmatki. Nie było żadnego spuszczania wody, tylko były dziury kloaczne. Podobno kiedyś nawet kobiety tam się topiły, bo było gorzej zrobione. Za naszych czasów podobno był luksus, więc proszę sobie wyobrazić, jak było wcześniej.
Ten konkurs – tak jak mówię – myśmy robiły cudeńka […]. Wiem, że ucięłam kawałek jasnej pończochy, wyciągnęłam nitkę i nią obszyłam sobie czy jakoś ją przymocowałam do kołnierzyka, żeby to wyglądało ładnie, i zdawało mi się, że to będzie [tak wyglądać]. A blokowa przeszła wzdłuż bloku wobec nas wszystkich i kazała wejść na piec jednej dziewczynce, ubranej elegancko w ciuchy z „kanady” – „kanada” to była tam, gdzie myśmy ubrania składali – widocznie miała dostęp do tych rzeczy, i mówi: „Patrzcie, tak powinna wyglądać szanująca się dziewczynka, a nie tak jak wy, hołota”. Podniosła jej spódniczkę i pod nią była ładna koronkowa bielizna. Więc w stosunku do nas to wszystko było drwiną, upokorzeniem. Może mało mówię o głodzie, o zimnie, o biciu, o innych rzeczach, bo to wszystko się składało na jedno wielkie upokorzenie. Osobiście to najbardziej odczuwałam. Stale myślałam o tym, marzyłam, że wrócę do domu. Marzyłam o tym, że w domu, jak przyjdę, to cała moja rodzina będzie siedziała przy piecyku, w którym się pali, i jest cieplutko, jest półmrok: ja wchodzę i oni są. Tak sobie to wyobrażałam: tak sobie wyobrażałam mój powrót z obozu. Nigdy nie myślałam, że tam zostanę, nigdy mi to do głowy nie przyszło, tylko – tak jak mówię – przy tych butach: nie założę tych butów, bo wtedy z Oświęcimia nie wyjdę.
Dlatego właśnie takie rzeczy nie były bardzo miłe. Jeżeli chodzi o głód, to musiał być, siłą rzeczy, to każdy już wie o tym, jakie tam były te porcje, jeszcze uszczuplane przez tego czy tamtego To samo było z zupą. Na przykład zupa, jak ktoś miał miskę, to jak chochlą była zagarnięta zupa – z czymkolwiek ona była – to wpadła cała, wszystko z tej chochli.
Jak miałam kubek, a tam był liść kapusty, niepokrojony, tylko cały, i on wpadł na wierzch tego kubka, to zupa się wylała z powrotem do kibla.
Może miarą tego, jak bardzo cierpieliśmy głód, to będzie to, że dzieci, już nawet te mniejsze, sześcio-, siedmioletnie starały się o… Robiły wszystko, jak to się mówi, przymilały się do tej, która rozlewała zupę, żeby móc wylizywać „kibel”. Zupa była różna. Różnie to było. Był czas, że zupa była zagęszczona, tylko były w niej robaki. Był czas, że zupa była zupełnie rzadka: gdzieniegdzie krupy i liście albo jarmuż, też w całych swoich liściach był w tym, więc ten jarmusz był ledwo sparzony, prawie nie do zjedzenia. Ta kapusta zresztą też. No ale żeby złapać trochę tego gorącego… Dziewczynka, która uprosiła – nie wiem, sztubową czy kogoś – żeby mogła wylizywać ten akurat „kibel”, który tam widziałam, to – jak dostała pozwolenie, żeby to wylizywać – ten kibel przewróciła i stopniowo palcem wybierała… wylizywała – bo to była woda, tam gdzieniegdzie trochę krupów albo kaszy – i wchodziła coraz głębiej, że później tylko nóżki z tego kibla wystawały, a ona cały czas coś tam wylizywała czy palcem, czy buzią. Świadczy to o czymś, prawda? To było tuż koło mnie, widziałam to. Nie to, że ktoś mi opowiadał, tylko widziałam to.
Tak dotrwaliśmy – z różnymi perypetiami, z apelami, z kąpielami, pędzeniem nas do sauny, w której tylko ubranie do parówki, my nago stoimy i nie ma wody, nie ma ręcznika, nie ma nic. Kiedyś były chyba ze dwa ręczniki, to trzy dziewczynki się wytarły i już [były] mokre. […]. To naprawdę było bardzo ciężkie życie. – Tak dotrwaliśmy do Bożego Narodzenia.
Już nie powiem o tym, ile się trupów widziało. Jak się szło do sauny czy do latryny, to przed blokami – bo tam były różne bloki: był blok babek, był blok matek, był rewir, na FKL-u był blok partyzantek jugosłowiańskich, były Węgierki; były [w obozie] kobiety różnej narodowości Oczywiście za drutami byli mężczyźni – to wszystko było otoczone naelektryzowanym drutem kolczastym – każdy ten sektor tego obozu.
Kiedyś też mi jakaś pani mówi: „Przyjdź do mnie pod kuchnię. Jak nie będzie »blokszpery«, przyjdź do mnie pod kuchnię”. Nie wiedziałam po co. Ona mnie tam zawołała, wyszła do mnie i dała mi bryłkę soli. Mówię: „Ojej, sól – co ja mam z tym robić?”. Ona mówi: „Słuchaj, rozbijesz tę sól i pójdziesz na blok matek albo na rewir, i za łyżkę soli dostaniesz kawałek chleba: pajdkę małą, kawałeczek chleba – wszystko jedno”. Dlatego że starsze kobiety potrzebowały soli. Nie wiem, do czego im [była] ta sól. „One ci dadzą” [– powiedziała]. Rzeczywiście zaczęłam chodzić z tą bryłką soli, właściwie ją roztłukłam, i łyżkę soli [wymieniałam na] kawałek chleba: która mogła mi co dać, tyle dała tego chleba. Ja sobie [go] po kawałeczku [wkładałam] w woreczek. Miałam taki woreczek – chyba ze trzy dni chodziłam, żeby nazbierać woreczek chleba i mówię: „Ja sobie zostawię i zjem wtedy, kiedy będę miała cały woreczek. Nareszcie się najem”. No i w nocy… raz podszedł szczur i trochę mi wyskubał. Wcale się mnie nie bał. Otworzyłam oczy, on mi patrzył w oczy i za chwilę jadł… przegryzł mi ten woreczek. Ale jeszcze nie uważałam, że trzeba się przejmować. Następnej nocy chyba mocniej spałam i ktoś mi ukradł ten woreczek z chlebem, tak wychodzonym. Ale trudno, tak się stało. Tak że straciłam wtedy i woreczek, i chleb. No ale [przedtem] przecież ktoś chciał zrobić dobrze, ktoś chciał mi pomóc – to doskonale pamiętam. Może takie szczegóły mówię, ale to jest to, co mnie bezpośrednio dotyczyło.
No i dotrwaliśmy do Bożego Narodzenia. W Boże Narodzenie mężczyźni z ruchu oporu przynieśli do naszego bloku choinkę: niedużą, była postawiona na piecu. Jakieś cukierki, podobno z „kanady” czy z paczek, były powieszone. Nie pamiętam, czy to były cukierki, czy to było co innego, ale koleżanki, które były bliżej tej choinki, opowiadały mi, że powieszone były cukierki, a po nocy były kawałki chleba. Ktoś wyjął cukierki, a kawałki chleba pozakręcał znowu w wiszące papierki. Tak że jak dzieci później zobaczyły, no to był kawałeczek, ścineczek chleba zawinięty w to zamiast cukierka. Nie wiem, kto to mógł zrobić. Na pewno nie więźniarki, dzieci z naszego bloku, tylko ktoś dorosły.
W dzień wigilijny przyszedł do nas ten kapo, który nas tak popędzał stale i krzyczał na nas, że mamy biegać. Przyszedł i opowiadał – po niemiecku, ktoś tam tłumaczył – że on też jest tu niemieckim więźniem, że on też ma dzieci i bardzo tęskni do nich, i bardzo nam współczuje… no kilka ciepłych słów nam powiedział. Przyszedł z akordeonem i zagrał „Cichą noc”, i myśmy śpiewały tę kolędę, bo innych nie można było. Później po cichu tośmy sobie nuciły [zakazane] kolędy, ale on tę kolędę bardzo [przeżył], nawet łzy miał w oczach. Doszłam blisko niego, to widziałam, że bardzo się wzruszył. Na drugi dzień już go nie było. Już w ogóle się nie pokazał.
  • Czy pani wie, jak się nazywał?

Nie, nie wiem. Nazwisk to w ogóle nie pamiętam […]. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem był czas… no dość dużo przez Bożym Narodzeniem, może ze cztery tygodnie. Daty, godziny – tego się tam nie znało po prostu. Niektórzy znają daty, może jakieś kalendarzyki mieli, ale ja nie znałam dat ani godzin. Właśnie przed Bożym Narodzeniem przyszła komisja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Myśmy miały wszystkie siedzieć na pryczach. Oni przeszli wzdłuż bloku z jednej strony pieca, z drugiej strony pieca […]. Przeszli między nami. Nie pytali nas o nic, ani jednym słowem. W ogóle. Rezultat tego był taki, że na drugi dzień dostaliśmy po raz pierwszy – jeden raz – jedną kostkę cukru. To był rezultat komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – tak nam pomogła. A podobno nikt na świecie nie wiedział, że są obozy koncentracyjne i że dzieci polskie są w obozach koncentracyjnych. Przecież to były dzieci polskie, bo już o żydowskich to wszyscy wiedzieli. Ale o tym, żeby polskie, warszawskie, zamojskie dzieci były w obozach koncentracyjnych – to przecież mało się o tym wie i mało się o tym mówi.
Później, po wigilii, w Boże Narodzenie zrobiło się jakoś luźniej, ciszej: nikt nie krzyczy, że „blok szpera”, nikt nie krzyczy, że coś tam. Więc myśmy wybiegły, kilkadziesiąt nas, wybiegłyśmy z baraku i poszłyśmy do baraku matek. Niektóre poszły do baraku babek, a myśmy poszły do baraku matek: ja do swojej ciotki, zawsze to ktoś bliski. Zresztą ona bardzo starała się mną opiekować. Jak nie mogłam jadać zup, bo bardzo mnie żołądek bolał, cierpiałam. Był okres, że zupy bardzo mi szkodziły, nie wiem dlaczego. Później powiedziano, że prawdopodobnie była tam wsypywana mączka, która była szkodliwa dla organizmu dziewczynek, bo miała rzekomo wstrzymywać okresy menstruacyjne u kobiet, więc u nas, u dziewczynek, też mogła powodować jakieś rzeczy. Ale to – tak jak mówię – zasłyszałam.
Natomiast przez pewien czas nie mogłam jeść zup, więc chodziłam z kubeczkiem swojej zupy, aż spotkałam ciocię i – tak w mgnieniu oka, gdzieś w przejściu – podałam jej ten kubeczek, ona wlała [zupę] do swojej menażki, a mi dała kawałek chleba. Kiedyś przez kogoś podała [mi] kawałek chleba, nawet z marmoladą – to ktoś ukradł: to do mnie nie dotarło. Tak się zdarzało, aczkolwiek kradzieże między więźniami były bardzo źle przyjmowane, bardzo źle traktowane. Właściwie to była zbrodnia. Mówiło się, że jak ktoś kradnie drugiemu więźniowi – to zbrodnia. Natomiast Niemcom czy władzom obozowym można było zabierać wszystko. To się nazywało – organizowanie. To nie była kradzież, tylko organizowanie, no bo jak tak męczyli […].
Myśmy wtedy, właśnie w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, pobiegły do baraku matek, żeby tam chwilę pobyć. Teraz mówię „barak”, a mówiło się „na blok”, przeważnie „na blok”, chociaż to może niegramatycznie […]. Ale wpadła na ten blok matek nasza blokowa i zaczęła krzyczeć, że mamy natychmiast wracać do bloku. Myśmy jakoś nie bardzo [posłuchali] – „No dlaczego? W Boże Narodzenie?!” – czułyśmy, że to nie może [tak] być i trochę się wstrzymałyśmy. Które pobiegły szybko, to pobiegły, a które trochę później, to spotkała nas taka kara, że wszystkie wejścia do bloku – a blok miał dwa wejścia: z przodu i z tyłu – [były obstawione]. […]. Więc my idziemy do naszych drzwi, gdzie mamy przejść: nie wolno wchodzić! Do drugich – nie wolno! Lecimy naokoło baraku, a już słychać, że ogłaszają blokszperę, więc [jeśli] zostaniemy, wystrzelają nas. Wchodzimy do tego drugiego wejścia – nie można wejść! Starsze dziewczęta, przekupione przez blokową kawałkiem chleba czy czymś, nie wpuszczają nas. […] Więc tu jeszcze dochodzi ten motyw demoralizacji dziewcząt, które mogły nam pomóc, a za pajdkę chleba nie chciały. Jeszcze raz do tego wejścia i wreszcie ta jedna furtka się otworzyła. Przy niej stała blokowa z taką pytą, uplecioną z gutaperki – bo z gutaperki pleciono takie warkocze do broni, do samolotów: to robiły kobiety w komandach – i z tym pejczem z gutaperki stoi, i tym pejczem nas tłucze. I to tłucze przede wszystkim w nogi – pod kolana. Ona była niewysoka, więc zręcznie jej było [sięgać] pod kolana. Myśmy się przewracały i wtedy można było kopnąć, można było walić […] To za to, że byłyśmy u matek. […]
Wkrótce po świętach Bożego Narodzenia zaczęto wyczytywać listę: nie nazwiska, tylko numery. Jak mówiłam – po saunie, zaraz na początku [pobytu w obozie], dostałyśmy numery. Ja miałam numer 84628. Ten numer był napisany na białym pasku materiału. Na tym pasku był winkiel – w naszym przypadku winkiel był czerwony. Winkiel to znaczy trójkąt [ustawiony] szpicem do dołu: czerwony trójkąt z literą „P”. To znaczy: więzień polityczny, Polak. Powiem szczerze, że byłam dumna z tego, że mnie nazwano więźniem politycznym. A to, że nas nazywano bandytami warszawskimi, to już jest ich sprawa – jeżeli [tak] uważali, to znaczy, że Powstanie i to, co w Powstaniu się działo, było dla nich bardzo ważne. Ten numer trzeba było sobie przyszyć do ubrania, do każdej części ubrania, żeby zawsze było widać, i z tyłu – na ubraniach wierzchnich, że tak powiem. Trudno to nazwać paltami, płaszczykami – no takie, jakie były, jak wyrzucali. Nie wiem, czy u nas dzieci miały jakiś pasiak, może starsze, większe miały jakąś bluzę pasiakową – a tak to nie. Dzieci były w cywilnych ubraniach. Tylko na plecach tych ubrań była albo taka linia – Strafe – namalowana czerwoną farbą olejną, albo białymi literami wzdłuż całego ubrania – od góry do dołu, [też] na plecach – były dwie wielkie litery „KL” – Konzentrationslager – też olejną farbą. Nie do zmywania, nie do sczyszczenia to było. I jeszcze to, co ja miałam na plecach: nie miałam ani „KL”, ani czerwonej linii, tylko prostokąt, wycięty w ubraniu, i w ten prostokąt był wszyty pasiak, więc nawet jak się go wypruło, to najwyżej było zimno w plecy, ale i tak wiadomo było, że to jest dziura tego rodzaju.
Zaczęli nas wyczytywać numerami […]. Okazuje się, że również matki, bo matka miała zawsze jeden numer wyżej, dziecko – niżej. Tak że wyczytali i matki, i dzieci. Myśmy wyszli. Popędzili nas do innych bloków. Okazało się, żeśmy się spotkały z ciocią, [inne] dziewczynki [spotkały się] z mamami i tę noc nocowaliśmy na innym lagrze, w baraku, w którym było bardzo zimno, ale były te czerwone koce, które kiedyś nam zabrano. Przykryłyśmy się tymi kocami. Wszystko parowało tak, że w bloku nie było nic widać. Było i zimno, i wilgoć, i z nas to wszystko parowało. Ale jakoś tę noc przetrwaliśmy.
Później nas popędzili po śniegu do stacji w mieście Oświęcim, tak że [od obozu] trzeba było przejść ileś kilometrów. Ale nie byłam w „marszu śmierci” tak jak inni. Innym gorzej się trafiło, że byli w „marszu śmierci”. Ja [przeszłam] tylko ten odcinek do dworca. Na dworcu wpędzono nas do pociągów. Ale to już były pociągi… Przynajmniej ta nasza grupa trafiła na pociągi nie towarowe, tylko osobowe, ale takie, które do każdego przedziału miały wejście z zewnątrz. Tak że strasznie zimno było, bo to drzwi koło drzwi, bo tylko tyle, co tam te ławki. Dano nam po kawałku chleba na drogę i dostałyśmy szary pakuneczek. Jak gdyby złożony papier. Nie bardzo wiedziałam, do czego to służy. Dopiero w nocy, jak było bardzo zimno, pootwierałyśmy te pakunki. Zobaczyłam, że to jest papierowa torba, nasmołowana, czarna w środku. Weszłam do tego, bo było mi strasznie zimno. Zagrzałam się. Inne dziewczyny, co były w naszym przedziale, może i gdzie indziej – tego nie wiem – też powchodziły w te torby, i przespaliśmy całą drogę. I kobiety dorosłe weszły. Nie wiem, po co nam te torby [dano]. Teraz myślę, że to były torby po to, że jak ktoś umrze, żeby [go] można było w tę torbę zapakować i wyrzucić […].
Tak dojechaliśmy do Berlina. Myśmy się nigdzie nie przesiadali. Na dworcu w Berlinie pierwszy raz zobaczyłam ruchome schody. Były tam schody ruchome, ale cała ta aparatura była widoczna: te ogromne koła zazębiające się i krążące. Potem – nie wiem, nie pamiętam dokładnie – jakaś kolejka czy coś: tam nas doprowadzono i dojechaliśmy do Blankenburga. Blankenburg to jest przedmieście, mniej więcej tak jak Okęcie dla Warszawy, może troszkę dalej. Tam była filia obozu Sachsenhausen, też obozu koncentracyjnego. Tam w Niemczech naokoło Berlina było dużo tych filii. Tam jednak było już troszkę lżej. Tak że jak w niedzielę dostaliśmy na obiad kartofle z sosem i kisiel – czy coś takiego, taką maź – to się prawie wszyscy pochorowaliśmy. Bo to było zbyt treściwe jedzenie, że tak powiem. Tam już na apele się nie stawało, tylko wszyscy byliśmy pędzeni do pracy.
Gdzieś koło 1 czy 2 lutego zapędzono nas do kąpieli. To chyba [było] w Wilhelmshaven, ale to nie ten port, w którym zginęło tyle ludzi, tylko podobna nazwa – gdzieś koło Berlina. Tam nam zrobiono kąpiele, przeglądy i fotografie z tymi blachami [na których były numery]. Dano nam nowe numery. Ubrania, te co były, mieliśmy nosić dalej. Dostaliśmy Arbeitskarte. Jako dziecko też dostałam Arbeitskarte – z moim podpisem i odciskami palców. To była tak zwana Baubrygada: SS-Baubrygada, czyli brygada budowlana. Mieliśmy chodzić, odgruzowywać. Zostałam postawiona do budowania barykady, co było dla mnie ogromnym wstrząsem. Bo ja, dziewczyna z Powstania Warszawskiego, ja mam barykadę w Niemczech stawiać, prawda!? A tam stawianie barykad to było bardzo [ciężkie]. Nasza barykada – mówię – „nasza”, czyli ta, przy której nam kazali robić, to była barykada pod wiaduktem. Gdzieś pod wiaduktem na ulicach Berlina. Były tam układane grube szyny – taka kratownica z szyn. Nasypywano do tego gruz i miałam właśnie na taczkach dowozić gruz. Nie mogłam tym taczkom dać rady, przecież to było dla mnie za ciężkie. Zalewali to cementem i znów te szyny, i znów to, więc to była…

  • Porządna robota…

No robota nie do przebicia dla jakichś czołgów czy czegoś – nie wiem, jak to było. Między dwiema częściami barykady było wąskie przejście, którym Niemcy mogli przechodzić. Tam po kryjomu położyli nam czasami kawałek chleba czy kawałek bułki; kiedyś marchewka była – pamiętam – położona. To zależy: kto pierwszy do tego dotarł, to pierwszy to miał.
Zbuntowałam się i przestałam chodzić do pracy. Było to dla mnie i za ciężkie, i – tak jak mówię – trochę się buntowałam, chociaż później była już inna praca, bo pracowano już nawet w fabryce cukierków. Ale ja już przestałam chodzić. Rano się ukrywałam. Chowałam się po prostu rano, bo nie było apelu, bo nie było liczenia […]. Tam też były już inne sztuby: każda miała dla siebie wąziutkie wyrko. Piętrowe były: matka na dole, dziecko na górze. To on wpadał na tę sztubę [i sprawdzał]: to nie ma dziesięciu lat, bo jak [dziecko] miało skończone dziesięć lat, to [szło] do pracy, jak nie, to nie. Ale jakoś się ukrywałam i przestał mnie szukać, i przestałam chodzić do pracy. Ale za to, że nie chodziłam do pracy, to nie dostawałam jedzenia. Bo to tak było: numerek na jedzenie dostawało się dopiero po pracy. Więc to, co cioci było, tośmy [jedli] razem i zaczęłam się starać o produkty żywnościowe, chodząc po obozie. Tam było trochę odpadów, jakieś śmietniki, to coś się wybrało. Tak że nawet jeszcze w styczniu wybrałam sobie ze śmietnika kawałek choinki, i przyniosłam do baraku, i ubrałam ją cynfolią… jak to nazwać… może mężczyzna to by wiedział lepiej: jak nadlatywały samoloty, to żeby oddzielić się od radaru, to puszczały sreberka, nitki srebrne, paseczki srebrne: one się skłębiały i spadały potem, między innymi na obóz. Samoloty poleciały, a to, co spadło, to już tym można było [ubrać choinkę]. Więc ubrałam sobie kawałek gałązki sreberkami i miałam już u siebie choinkę, bo tego mi nie zabronili. Znalazłam maleńką figurkę [przedstawiającą] Pana Jezusa, który nauczał: tego chłopca nauczającego w świątyni. Tylko miał uciętą, ułamaną rączkę i dlatego został wyrzucony na śmietnik. Więc znowu z cynfolii zrobiłam nieduży krzyżyczek i przymocowałam do ramienia [Jezusa], żeby nie było widać tego [ułamanego] ramienia i miałam swoją figurkę. Więc zagospodarowywałam sobie swój dom niezależnie, bo jak się chodzi po śmietnikach, to widzi się różne rzeczy.
Tam śmierci były bardzo uporządkowane: odpady to odpady żywnościowe, jakieś inne to inne, a szkło czy butelki to były na innym stosie. Tam już taka segregacja w obozie była konieczna. Myśmy z koleżanką Dzidzią – Teresa Lipska – tam chodziły. Kiedyś poszłyśmy do stosu butelek i wzięłyśmy sobie po jednej butelce na noc, żeby można było nabrać wody. Wtedy zobaczył nas Lagerführer. Szedł z drugim, który mówił po polsku, nazywaliśmy go „W Skórze”. Szli we dwóch z psem i tym psem nas poszczuł. Myśmy zaczęły uciekać, ale ja się zatrzymałam, bo z czasów okupacji miałam przeżycie z psem: już się trochę bałam. Dzidzia mówi: „Może mogłybyśmy uciec”. Może. Nie wiem. Ale nie uciekłyśmy, on doszedł do nas i zaczął na nas krzyczeć, że [zabieramy] butelki. Nie było żadnego tłumaczenia, chociaż właśnie Dzidzia trochę znała niemiecki – mogła tłumaczyć, ale może też była wystraszona. On uderzył nas i wyrwał nam butelki, i rzucił na stos butelek, bo myśmy dopiero co od niego odeszły. Rzucił na stos i tam się potłukły, i wtedy go złość opanowała, że my działamy na szkodę Rzeszy Niemieckiej, i pobił nas dosyć dotkliwie pięścią: w uszy, w twarz – tak że było to bardzo dotkliwe pobicie.
Ale jednak to nas nie zniechęciło do tego, żeby dalej szukać jedzenia […]. Pod kuchnią były wysypywane obierki od ziemniaków – najczęściej – czasami liście kapusty, czasami obierki z buraczków. Tośmy nawybierały tych [obierków]. Nieraz nawet palce przymarzały do siebie, bo było zimno i obierki były wilgotne, a nam zdawało się, że wybieramy grubsze, bo to jednak trzeba było się ratować, przynajmniej psychicznie. Dzidzia stała na czatach – żeby nikt nie szedł – a ja wybierałam obierki czy liście kapusty, i później te obierki czyściła jej mama i moja ciocia, a myśmy to na drugi dzień w taką puszkę – nawet nie wiem, skąd ta puszka nam się znalazła, taka jak od marmolady – szłyśmy do rusztów. Tam między schronami, w obozie, były zrobione tak zwane ruszty. To było po to, żeby tam napalić i gotować bieliznę, zagrzać wodę i tak dalej. Więc myśmy kładły na obierki kawałek szmaty i udawałyśmy, że gotujemy bieliznę. Chociaż tam i Włosi gotowali […]. Francuzi nawet tam jakiegoś pieska kiedyś gotowali, […] no zapach był znakomity, no, [dla] takich wygłodzonych.
Kiedyś przyszli żołnierze niemieccy z drągami, odpędzili nas od tego, podważyli ruszty i to wszystko się wysypało, wylało – wtedy widać było, co jest [wewnątrz]. Później ten Niemiec szedł i deptał wszystko, co było do gotowania, żeby to już [skończyć]. Najbardziej poszkodowani wtedy byli Włosi, bo mieli coś dobrego, a on im to wszystko wdeptał w ziemię. Pamiętam, że […] bardzo narzekali. Nie rozmawialiśmy, bo przecież nie [było możliwości]. Doszedł do naszej puszki, z której też wszystko się wysypało, i zobaczył, że to są obierki, spojrzał na nas, że my takie małe, bo Dzidzia jeszcze mniejsza, młodsza ode mnie, i nie podeptał tego, tylko ominął. Więc jednak gdzieś tam ta… ludzkość się odezwała. Chociażby w takim wyćwiczonym żołnierzu. Bo tam ćwiczeni w nienawiści do nas to byli chyba wszyscy.
Kiedyś przedostałyśmy się pod siatką, na przekór wszystkiemu, gdzieś tam pod siatką, wydostałyśmy się do miasta – tam mówiło się na „buchholz”. Tam można było [coś] kupić, bo nam, tej grupie, w której ja byłam, nie oddano ani ubrań, tych z Oświęcimia, ani nic, tylko pieniądze z Generalnej Guberni. No i co te pieniądze były warte? Więc ktoś zaczął chodzić za tym, że trochę nam tych pieniędzy wymieniono na marki. Ale można było kupować tylko w kantynie: tylko ciemne piwo albo oranżadę. Nic do jedzenia nam nie sprzedawali. Więc [wzięłyśmy] troszkę marek, myśmy chyba ze trzy [miały], poszłyśmy właśnie pod siatką na „buchholz” z tymi markami, bo już nam ktoś powiedział pewnie, gdzieś tam do któregoś sklepu. Miałam jakieś pudełko, koleżanki też [miały] pudełko, i w to pudełko za marki kupiłyśmy – zakrywając te swoje znaki na plecach i te numery tutaj: wydawało nam się, że nie widać, kim my jesteśmy, ale przecież to nie było do ukrycia – kobieta, która sprzedawała w tym sklepie, sprzedała nam trochę sałatki ze ślimaków. Później wzięłam denko z tego pudełka, jedna koleżanka została z tymi już kupionymi [ślimakami], a myśmy we dwie wzięły denka – bo tam trzeba było mieć naczynie – i w te denka jeszcze drugą porcję tej sałatki ze ślimaków [nabrałyśmy]. To była nasza zdobycz, a [gdy] drugi raz poszłyśmy, to zdobyczą były buraki. Jakaś kobieta nam sprzedała. Po schodkach – pamiętam – wchodziliśmy do niej. Ona nie mogła nam sprzedać kartofli, ale sprzedała nam buraki. Każda z nas kupiła chyba po dwa buraki. Żeby ich nie było widać, włożyłyśmy [je] za podszewkę ubrania. Szłyśmy, w ogóle nie zwracając na nic uwagi. Ulicą szli Hitlerjugend w czarnych ubraniach, młodzi hitlerowcy. Myśmy już były niedaleko naszego obozu. Oni zobaczyli, kim my jesteśmy. Pewnie domyślili się, bo przecież łatwo było nas poznać. Wyróżnialiśmy się straszną biedą, nędzą, obszarpaniem, brudem i wszystkim. Zaczęli nas obrzucać kamieniami. Myśmy uciekały. Te kamienie nas goniły – po plecach, po głowie każda dostała. Nie były to jakieś ogromne kamienie, ale samo to upokorzenie dla nas. Natomiast dodatkowo biły nas po nogach te buraki, bo one latały koło [nóg].
Jak już front się zbliżał… To było tak, że koło naszej bramy przyjechał czołg. Nie. Najpierw szli ludzie pędzeni z innych obozów. […] Szli ludzie bardzo głodni, bardzo spragnieni. My im dawaliśmy nasze obierki, nasze liście kapusty, jak tylko można było. Przez tę siatkę się to im dawało […]. Zbliżał się front i przyjechał czołg. Wyskoczył z niego młody chłopak, lekko usmolony, uśmiechnięty od ucha do ucha i „No teraz będzie tu już, zaraz będzie – po rusku mówił – wolni jesteście”. Ale to był tylko zwiad czy coś takiego. Odjechali. Jak odjechali, to Niemcy znowu powychodzili. Bo jak tylko ten czołg dojechał do siatki, to Niemcy gdzieś się pochowali. Jak odjechał, to Niemcy znów powychodzili i zaczęli na nas krzyczeć. A ludzie poszli już na magazyny żywnościowe, żeby coś zdobyć. Więc Niemcy wyszli, zaczęli krzyczeć.
Ktoś nam powiedział, że na nasypie kolejowym, z drugiej strony siatki, jest wagon z ziemniakami. Myśmy pobiegli po nasypie, wdrapałam się tam i wzięłam trochę kartofli w jakąś torbę. Miałam też granatowy fartuszek – już nie wiem, skąd ja zdobyłam ten fartuszek – i w ten granatowy fartuszek [też] zebrałam trochę kartofli. Wychodzimy zza tej siatki, tam był żywopłot, wychodzimy zza tego żywopłotu – a tu Niemcy z karabinami, z bagnetami przeciwko nam. Wyrzuciliśmy kartofle w krzaki. Popędzono nas kawałek do szopy. Byli [w niej] mężczyźni, kobiety, zupełnie mi nieznajomi ludzie. Tak że znalazłam się wśród nich. W tej szopie nas zamknięto, i ktoś krzyknął, że leją benzynę. No to będą podpalać. No trzeba coś zrobić.
W tym czasie zaczęła się walka powietrzna. Nadleciały samoloty, Niemcy się skryli, bo oni się tego strasznie bali: gdzieś uciekli, schowali się. Mężczyźni storpedowali bramę, to wejście, były to drewniane wrota i jakoś je otworzyli. Myśmy wyskoczyli. Pierwszy obraz, który zobaczyłam, to zobaczyłam moją ciotkę, która siedziała w schronie. Zawsze się bardzo bała. A wtedy już za długo mnie nie było. Zaczęła się bardzo bać. Stała na środku i krzyczy tak: „Co ja powiem jej ojcu!? Co ja powiem jej ojcu!?” – tak się bała. Jak mnie zobaczyła, to od razu upadłyśmy, bo była walka powietrzna.
Trochę patrzyłam, jak to wygląda. To jest aż nieprawdopodobne, że samoloty są takie zwinne i tak mogą między sobą walczyć, ale wreszcie niemiecki samolot…. Niemieckie samoloty były błyszczące, srebrzyste, natomiast rosyjskie były zielone, matowe. Tak że w słońcu to tamte bardzo błyszczały, a te były jak gdyby czarnymi ptakami. Ale później to już było tak nisko, że widzieliśmy pilotów. Znowu się wzbiły i niemiecki samolot dostał, i odleciał ze smugą dymu. Rosyjski – zgubiłam go z oczu – nie wiem, gdzie odleciał, a ten niemiecki daleko, daleko – gdzieś tam – [wybuchł]. Znaczy, że pewnie rozbity.
Później jeszcze raz wyszłam ze schronu – bo jak już Niemcy odeszli, była walka powietrzna – żeby znów nazbierać kartofli. Już nie szłam na nasyp, tylko [zebrałam] te, co wyrzuciłam. Ugotowaliśmy [je], ale nie zdążyliśmy ich zjeść, bo znowu nadszedł front: już weszli, już strzelanina, już była bardzo duża walka i oficer rosyjski przyszedł i powiedział, że wy nie możecie tu zostać, bo tu będą walki, tam był wiadukt, tam był nasyp kolejowy, nasypy kolejowe na pewno będą bombardowane, tu są dzieci, to musicie iść.

23 kwietnia wyszliśmy… Właściwie pierwsza walka w powietrzu, którą widziałam, to była 20 kwietnia. To są urodziny Hitlera, teraz sobie to skojarzyłam. Gdzieś koło 4 nad ranem, chyba tak to było, wyszliśmy grupami z obozu. Kazał nam iść od stójki do stójki: że tam was pokierują. Myśmy szli naprawdę na oślep, zupełnie nie wiedząc, bo to, cośmy widzieli przed sobą, za sobą i z boku – to były lecące na nas ogniste kule. Zdawało mi się, że z każdej strony do nas, właśnie do nas strzelają. A to była pewnie artyleria czy coś, przecież ja się na tym nie znałam, ale to tak powodowało takie [przerażenie]. Na szczęście w naszej grupie, było nas chyba ze czterdzieści osób, tylko jedna osoba była lekko ranna. Tak że kładliśmy się w rowach na drodze.
Jeszcze przed wyjściem z obozu poszłam do baraku po koc. Ale coś mnie podkusiło, żeby wyskoczyć oknem, z parteru: że wyskoczyłam oknem i całe szczęście, bo w ten barak – w samo wejście i róg – padł pocisk. Nie wiem, jak to się [działo], że zawsze, jak ktoś się gdzieś do czegoś zbliżał, to pociski leciały. Widocznie taka była obserwacja. Wyskoczyłam oknem i to mnie [ocaliło], bo gdybym [tego nie zrobiła], to bym chyba była w drzwiach i tam bym pewnie została. Widocznie nie było mi jeszcze sądzone [zginąć]. Poszłam do schronu. Już później nie wychodziłam ze schronu. Ludzie jeszcze chodzili po zapasy żywnościowe do niemieckich magazynów, ale myśmy już nie chodziły.
Wyszłyśmy – tak jak mówię – na drogę. Do pewnego momentu stójki nam mówiły: Wpieriod, wpieriod! – stale tą drogą, taką gdzieś w lesie, gdzieś jakieś pole, ale na polu to mało byliśmy, tylko w lasach. Nie było tam zabudowań. Nie wiem, jak oni tam kierowali nami… W nocy to i też nie bardzo było widać.
Rano dotarliśmy już na otwartą przestrzeń, i później – już bez stójek, bez kierowania nas – doszliśmy do Bernau. Tam nam powiedzieli, że wszystko możemy brać, ale myśmy nic nie brali. Poszliśmy jeszcze kawał drogi na wieś. To, co się widziało po drodze, to były już sprzątane ofiary wojny, rosyjskie i polskie – tych nie widziałam, natomiast Niemców jeszcze wtedy nie sprzątali. Jeszcze nie. To był front, po prostu w samym froncie. Jak już na tę wieś żeśmy doszli, to tylko strzały były gdzieś w lesie w pobliżu, gdzieś z drugiej strony strzały: ludzie leżeli w rowach, już pościągani do rowów. Gdzieś tam kobieta oparta o drzewo, dochodzimy do niej – ona nie żyje. Przeszłam na drugą stronę: po prostu za swoją potrzebą przeszłam przez krzaczki, a tam leży człowiek – nieżywy. Więc to wrażenie było okropne.
Właśnie wtedy się rozchorowałam. Kobiety znalazły jakąś kurę. Zresztą tam mieliśmy spotkanie z polskimi żołnierzami, bardzo sympatyczne, i oni nawet wzięli trochę jedzenia od nas. To znaczy tego jedzenia, które same upolowali, i kobiety zrobiły coś z tego w kuchni. Zjadłam jednego ziemniaka i może ze trzy łyżki rosołu. Rozchorowałam się, dostałam straszliwej temperatury i zaczęłam w malignie krzyczeć coś w nocy. A na górze w tym domku, w którym myśmy się zatrzymali (Niemcy opuścili to wszystko), nie chodząc po pokojach, tylko w kuchni się zatrzymałyśmy: trzy kobiety i trzy dziewczynki, bo reszta już gdzieś się rozeszła. A na górze – później się dowiedzieliśmy, że tam byli Rosjanie, była radiostacja. A tam w którymś pokoju zostawili Niemcy swoją matkę. Ta matka zaczęła krzyczeć: Brot! Brot! – chyba chleba chciała – Wilhelm! Wilhelm! – wołała na niego. Rosjanom to bardzo przeszkadzało, więc ją znieśli: ona była na wózku. Znieśli ją z piętra, otworzyli drzwi do naszej kuchni i ją wprowadzili. Zaczęłam okropnie wrzeszczeć, bo dla mnie to było… Dowiedziałam się od cioci, jak to było – byłam nie bardzo przytomna. Wtedy ci Rosjanie [wołają]: „Co to?! Co wy tu robicie? Kim wy jesteście?”. Dowiedzieli się – ściągnęli jakiegoś Polaka – dowiedział się, że my jesteśmy po obozie, z Oświęcimia i tak dalej. Wtedy powiedział, że on tu sprowadzi medyka. I ktoś przyszedł, nie wiem, czy jakiś felczer, czy lekarz. Powiedział, że mnie trzeba dawać jeść tylko po łyżeczce, więcej nie wolno; że mam tak wyniszczony organizm i żołądek. Dał jakieś leki. Na drugi dzień gorączka już przeszła. Byłam bardzo słaba, tak że nawet koca nie mogłam nieść – tego, który z takim trudem zdobyłam. Tak że zostawiłam ten koc.
Potem szliśmy pieszo do Odry. Parę kilometrów przed Odrą wzięła nas ciężarówka z dwiema przyczepami, która wracała. Bo dowozili amunicję pod Berlin i oni wracali, i wzięli nas. Na tej drugiej przyczepie to tak rzucało, bo ten żołnierz prowadził z fantazją: on sobie śpiewał i prowadził […]. A nas nosiło po całej przyczepie, wszyscy żeśmy się pokładli na podłodze. Chciał nas przewieźć na drugą stronę Odry, ale zatrzymali go przed mostem pontonowym i jakiś inny samochód nas wziął i przewiózł na drugą stronę Odry.
Tam byliśmy w Landsbergu i w Kostrzyniu. Rano chyba tu, później wieczorem gdzie indziej. Na dworcu podstawili dla nas lory. Powiedzieli, że tym pojedziemy. Wsiedliśmy na lory, dojechaliśmy do Poznania. W Poznaniu zarejestrowano nas w PCK-u. Dano nam parę złotych, i do pociągów, i przyjechaliśmy do Warszawy […].
W Warszawie nasz dom był zupełnie zburzony, tam gdzie ciotka mieszkała – był zburzony, poszliśmy tam, gdzie mieszkała druga ciotka i tam była karteczka napisana: „Leokadia Celejewska z Alicją i Jerzykiem – to te, które w Pruszkowie zostały od nas odsunięte – mieszkają tu i tu”. Myśmy tam poszły, no i tak się zaczęło. To było facjatka. Mieszkaliśmy w bardzo ciężkich warunkach. Tam mieszkała i teściowa tej synowej, właśnie ta Celejewska – matka mojego brata ciotecznego: ten brat zginął – też był wywieziony do obozu z Powstania Warszawskiego, do obozu koncentracyjnego. Szedł, pędzili ich z obozu i po drodze padł, i go dobili, dobił go Niemiec.
Z Poznania przyjechaliśmy do Warszawy – 1 maja po południu, wczesnym popołudniem. Zanim doszłyśmy do naszego domu, zanim zobaczyłyśmy, że to gruzy, to zobaczyłam ludzi idących z biało-czerwonymi chorągiewkami. Było to dla mnie zaskoczenie: wręcz zatrzymałam jakąś panią i zapytałam: „Proszę pani, to już można biało-czerwone?”. A ona mówi: „Tak, tu już jest Polska, jesteśmy już tutaj”. Mówię: „I można to nosić po ulicy?”. – „Tak, my wracamy z pochodu pierwszomajowego”. Nie wiedziałam, co to jest pochód pierwszomajowy, ale w ogóle byłam tak uszczęśliwiona, że te biało-czerwone już można, że usiadłam na kamieniu i rozpłakałam się. Po całej tej gehennie obozowej pierwszy raz się rozpłakałam: jakoś puściły pewnie wszystkie nerwy i to wszystko.
Potem znalazłyśmy to mieszkanie, tam gdzie mieszkała ta druga ciotka i gdzie mieszkała moja bratowa. Tam zamieszkałyśmy. Było nas chyba siedmioro, w tym dziecko. Później odnalazł się mój ojciec i też tam z nami zamieszkał. Później zaczął pracować. Mój ojciec całą wojnę się ukrywał przed gestapo, bo go poszukiwało – wrócił 6 sierpnia 1945 roku i też był zadowolony, że jesteśmy, bo była propaganda, że nas tu wszystkich pomordowano. No mordowano, to fakt, przecież nie wiedział, co się z nami działo. Dowiedział się ode mnie, że mój brat nie żyje i wtedy ojcu wszystko opowiedziałam. To, co przeżyłam. Może nie tyle fakty, ile same przeżycia. To, co teraz [mówię], to fakty, a to, co przeżywa się wewnątrz, to się o tym rzadko mówi. Powiedziałam ojcu to wszystko. Ojciec był tym bardzo wstrząśnięty. Trochę lżej może przeżył to, co przeżył. Ale też bardzo dużo przeżył, to już nie chciałabym o tym mówić, tylko o tym, że w Warszawie było wtedy bardzo ciężko. Po gruzach się chodziło: chodziło się do odgruzowywania – wszyscy chodzili.
Kilka dni po naszym powrocie, chyba 8 maja wieczorem (myśmy zamieszkali wtedy, tak jak mówiłam, na facjatce u naszej bratowej, bo na nią było to mieszkanie. Okienka były [tam] tylko na dachu. Przez nie dobrze widać było szpital na Czystem. To jest teraz ten szpital na Kasprzaka. Tam stacjonowały rosyjskie wojska, może i Polaków trochę tam było) zaczęła się straszliwa strzelanina. Ale strzelali! Co się dzieje? Przestraszyłam się, że znowu wojna, no znów coś się dzieje. A oni strzelali tak na wiwat, bo koniec wojny. Dopiero jak usłyszeliśmy ich krzyki i śpiewy, no to dopiero wtedy [dotarło do nas], że to [skończyła się] wojna i to była wielka radość. Z tym że jeszcze nie miałam nikogo, jeszcze nie wiedziałam, że mój brat nie żyje. Dopiero później dowiedziałam się, że dzień po wyrzuceniu nas z domów mój brat zginął na Okopowej. Jest jego tablica w Muzeum Powstania Warszawskiego, jest on na tablicy: Zenon Matusiak. I ten drugi brat, Bolesław Celejewski, też jest na tej tablicy.


Warszawa, 20 stycznia i 2 lutego 2010 roku
Rozmowę przeprowadziła Danuta Wolak
Eulalia Rudak Pseudonim: „Lilka” Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter