Halina Włodarczyk „Ariela”

Archiwum Historii Mówionej

[Nazywam się] Halina z Rewkiewiczów Włodarczyk.

  • Gdzie i kiedy pani się urodziła?

Urodziłam się w Warszawie 19 stycznia 1913 roku, nie wiem, na jakiej ulicy, ale w Warszawie.

  • Na jakiej ulicy pani mieszkała przed wojną?

Przez dłuższy czas, z tego co pamiętam, na Okólniku. Wtedy, pamiętam, pośrodku był cyrk nawet, w dzieciństwie. Potem Aleja Róż 8, w dalszym ciągu stoi ten dom. Już troszkę tych rzeczy zapomniałam, ale potem, na Alei Róż już mieszkaliśmy prawie do końca, to znaczy do mojego ślubu. Po ślubie moi rodzice przenieśli się i mieszkali na Puławskiej.

  • Proszę powiedzieć coś więcej o swoim domu rodzinnym.

Tatuś był dyrektorem [Polskiego] Monopolu Zapałczanego – Henryk Rewkiewicz. Był wspaniałym człowiekiem i intelektualnie, i w charakterze, pod każdym względem. Ogromny miał wpływ na mnie. Jestem najstarsza i miałam trzy siostry: dwie jeszcze żyją, a trzecia – matka Magdy – umarła w 1991 roku.

  • Proszę powiedzieć, jak wpłynęła na pani wychowanie rodzina, a jak szkoła przedwojenna?

Bardzo. Właściwie można powiedzieć, że miałam bardzo dobre, spokojne, wygodne dzieciństwo, kochających rodziców, spokój i tak dalej. Dobre warunki pod każdym [względem].

  • Jaka była przedwojenna Warszawa?

A Warszawa przedwojenna była weselsza, o wiele więcej ludzi wszędzie było. Chodziłam do szkoły Kowalczykówny i Jaworkówny na Wiejskiej aż do matury. Jeśli chodzi o Kowalczykównę i Jaworkównę, była właściwie uważana za jedną z lepszych, bo bardziej postępowych szkół w Warszawie. Biedna Kowalczykówna i Jaworkówna – podczas Powstania bardzo dramatycznie skończyły. Jaworkówna rozchorowała się i leżała. To było w innej dzielnicy, już nie pamiętam, w jakiej oni byli, ale w każdym razie nie Warszawa Południe, ale te wszystkie, które były zajęte przez Niemców. Kazali [Niemcy] wszystkim wyjść z domu. Ponieważ ona była ciężko chora – nie mogła. Więc Jaworkówna, jej koleżanka, powiedziała, że zostanie razem z nią. I dom podpalili i spalili je. Tak się skończył żywot moich dwóch przełożonych.

  • Na jakiej uczelni rozpoczęła pani naukę po zdanej maturze?

[...] Dosyć wcześnie w dzieciństwie zauważyli, że mam duże zdolności rysunkowe i miałam ogromny do tego zapał. Tak że już malowałam, nawet jeszcze będąc w szkole średniej. Oczywiście, jak skończyłam, to pierwsza rzecz – do Akademii Sztuk Pięknych. Ponieważ w Warszawie jeszcze nie było Akademii Sztuk Pięknych, była szkoła, więc wobec tego – zresztą to mi bardzo odpowiadało – przeniosłam się do Krakowa. Tutaj [w Warszawie] oczywiście mamusia mnie trzymała o wiele bardziej pod swoją opieką, a tam byłam o wiele bardziej swobodna. Zaczęłam chodzić do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tam bardzo szybko spotkałam się właśnie z moim przyszłym mężem, który zresztą po roku zadecydował, że będzie studiował architekturę, i to w Paryżu. To zadecydowało, że ja też koniecznie chciałam pojechać do Paryża, oczywiście ze względu na niego. W Paryżu był oddział Akademii Sztuk Pięknych prowadzony przez profesora Pankiewicza i właśnie mówiłam, że wobec tego będę chodziła dalej do tej samej szkoły, tylko u Pankiewicza. W rezultacie rodzice, ponieważ uparłam się, że koniecznie też jadę do Paryża, w końcu zgodzili się, tylko pod jednym warunkiem: „Jeżeli już chcesz, to pobierzcie się”. Awanturowałam się, że właściwie to nie jest najważniejsze, ale ślub się odbył. Powiedziałam: „Bardzo cichy ślub, żadnych wielkich wygłupów”. Poszliśmy na piechotę do kościoła Trzech Krzyży, wzięliśmy ślub. Byli rodzice, Jerzy Żurawnow, który był przyjacielem ojca – ten, który stworzył konkursy chopinowskie, który był całe życie moje bardzo bliskim przyjacielem i cały czas jest.
Właściwie konkursy chopinowskie ruszyły dzięki mojemu ojcu, dlatego że pomysł powstał u nas. Przy różnych uroczystościach ciągle Żurawnow mówił: „Dlaczego są dla młodzieży różne zawody piłkarskie, a dlaczego nie może być dla młodzieży konkurs chopinowski?”. Najpierw oczywiście nie mógł znaleźć pieniędzy i mój ojciec zaofiarował się, że na pierwszy da odpowiednią sumę ze swoich własnych funduszy. Okazało się później, że to był szalony sukces. Zresztą, niektórzy z laureatów u nas – bo mieliśmy fortepian koncertowy – trenowali. Jak wiadomo, konkursy chopinowskie były. Na ślubie moim jednym świadkiem był Jerzy Żurawnow i kuzynka Marta, i rodzice. Moje siostry nawet poszły do szkoły, powiedziałam, że żadnych uroczystości nie robię. I potem zabrałam się – najpierw on wyjechał, potem ja wyjechałam – do Paryża i zaczęłam chodzić do Pankiewicza. W Paryżu był też Jan Brzękowski – poeta, który jest kuzynem mojego męża.

  • Ile czasu spędziła pani w Paryżu?

Trzy lata. Potem zaszłam w ciążę i wróciłam do Warszawy. Ale najpierw przez Janka Brzękowskiego, który się bardzo ze wszystkimi nowoczesnymi malarzami [przyjaźnił], bo w Paryżu była bardzo artystyczna atmosfera (Paryż też się bardzo zmienił, był wspaniały za moich czasów, bardzo artystycznie nastawiony, a teraz jest [nastawiony] bardziej turystycznie) poznałam się z późniejszą żoną Ferdynanda Léger. Najpierw z nią zaczęłam malować, a potem zaczęłam chodzić do szkoły Ferdynanda Léger, który jest bardzo znanym malarzem. Właściwie na tym się skończyło. To nie była akademia, ale oczywiście to była szkoła nastawiona bardziej nowocześnie.

  • Kiedy urodziło się pani pierwsze dziecko?

Urodziło się przed samą wojną. Potem akurat mąż skończył architekturę. Jeszcze został – egzaminy składał, a ja przyjechałam, bo już byłam w ciąży. Przed samą wojną urodziła się Renatka. On przyjechał i nawet zaczął [we współpracy] – ale właśnie już nie pamiętam nazwiska tego architekta – budować obiekty dla dzieci. Wyglądało, że bardzo normalnie życie się będzie rozwijało, to znaczy on dostał posadę, ja dziecko, jakieś portrety robiłam i wszystko było najlepiej – [ale] wybuchła wojna.

  • Jaka była atmosfera w Warszawie, w Polsce, przed wybuchem wojny?

Ponieważ [mąż] był już przedtem w lotnictwie – w treningu – został zawezwany w jakieś piętnaście dni przed wojną do Lwowa na trening, bo tam miał jego lotniczy oddział [stacjonować]. Właśnie wyjeżdżając, ucałował nas i powiedział: „No to przecież będzie dwa tygodnie i przecież ja wrócę, i wszystko będzie w porządku”, ale jak wyjechał, to już nigdy do Polski nie wrócił. We Lwowie prawie wszystkie samoloty pierwszego dnia zbombardowane i oni zaczęli się niby bronić. Potem cały oddział przedostał się do Rumunii i był w internowanym... Stamtąd się też mój mąż wydostał zresztą [...] i z Rumunii do Grecji, Włoch i do Francji.

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny, 1 września 1939 roku? Gdzie pani wtedy była?

Byłam u rodziców w Klarysewie pod Warszawą. Wszyscy tak trochę nie wierzyli, że będzie wojna, że przecież Hitler nie jest już takim idiotą, żeby zacząć wojnę. I pamiętam, obudził nas szum samolotów. Wyszłyśmy na podwórko i cała ogromna eskadra płynęła w stronę Warszawy. Kuzyn mój [...] wyszedł z aparatem radiowym i mówi: „Posłuchajcie”, i puścił na cały [regulator]: „Dziś w nocy Niemcy zaatakowali Polskę”, i w tym momencie zaczęliśmy słyszeć, jak bomby spadają na Warszawę, to był początek.
A potem ojciec przyjechał, że musi wywozić papiery rządowe, że zabiera nas i jedziemy. Okazuje się, że jak dojechał do Warszawy, nie mógł dostać benzyny. W rezultacie mój ojciec razem z Melchiorem Wańkowiczem wyjechał z Warszawy, ale benzyny u Melchiora – to zresztą nasz daleki krewny – też nie wystarczyło. Potem przejeżdżała ciężarówka z żołnierzami i powiedzieli: „Chcecie, to weźmiemy was”, ale akurat moja siostra, która razem [z nimi] była, poszła w krzaczki i w rezultacie tylko Melchior się zabrał z nimi. Jak wiadomo, jednak dostał się [za granicę] i pisał książkę o Monte Cassino, a tatuś został razem z moją siostrą i z kuzynem na drodze, i potem na piechotę dostali się do... A potem w rezultacie wrócili do Warszawy.

  • Pamięta pani wkroczenie Niemców do Warszawy?

Jeszcze jak, przecież bombę zrzucili na nas, tak że doskonale pamiętam.

  • Proszę o tym opowiedzieć.

Nie będę opowiadała, bo to wszystko napisałam. To jest cała historia. Przenieśliśmy się do stryjostwa i dwie bomby trafiły [w kamienicę]. Z siostrą byłyśmy nawet w obronie Warszawy. Właściwie powinniśmy byli pilnować dachu, bo były takie bomby zapalające, a tymczasem cała rodzina siedziała w pokoju stołowym, żeby być daleko od linii obstrzału, który był z drugiej strony. Przychodzimy, patrzymy – to był cud zupełnie – ciotka, mamusia i cała rodzina stoją przy wyjściu, [mówią], że oni schodzą do piwnicy, którą żeśmy odradzali, bo tam było jedno wyjście, i to było bardzo niebezpiecznie – nie, oni schodzą do piwnicy. Mówię: „No to dobrze, weźmiemy jakieś krzesełka”. I to nas uratowało, bo byłybyśmy na dachu. W tym momencie jak zeszliśmy, rąbnęła bomba i zupełnie rozbiła mieszkanie. Tam, gdzie wszyscy siedzieli – stołowy [pokój] – to jedna wielka dziura.

  • Jak wybuch wojny i okupacja wpłynęły na losy pani rodziny? Z czego żyła rodzina w czasie okupacji?

Tatuś był w Monopolu Zapałczanym, który wtedy zaczął mieć do czynienia ze Szwedami – nie wiem, czy wiecie. Niemcy się liczyli ze Szwedami, wobec tego Monopol właściwie działał. Jak tatuś wrócił do Warszawy z wędrówki, to powrócił z powrotem do Monopolu. Zresztą ojciec, który też studiował przez jakiś czas w Niemczech, dobrze mówił po niemiecku, nawet Niemcom powiedział: „Słuchajcie, wy zapałki będziecie potrzebować”. I zostawili jego, i właściwie przez cały czas, do końca, do Powstania, pracował w Monopolu.

  • A pani losy jak się potoczyły w czasie okupacji?

Właściwie nie pracowałam. Zrobiłam kilka portretów, jeśli chodzi o pracę zawodową, bo byłam właściwie malarką. Żyłam u rodziców, których warunki były oczywiście nie takie złe, z tego powodu, że jednak pracował [ojciec]. W 1942 roku ([wcześniej nie mogłam] z powodu małego dziecka, a moje siostry wcześniej) zapisałam się do AK. Najpierw byłam w sanitarce i przez jakiś czas pracowałam w Resursie Obywatelskiej. Był taki szpital specjalny, takie niemalże ambulatorium, raczej dla wszystkich rannych, prowadzony – prawdopodobnie od doktorów do sprzątaczki – przez akowców. Przez jakiś czas byłam wolontariuszką, która pomagała. Różne rzeczy się działy, tego nie będę opowiadała. Ale potem, powolutku, zaczęli mnie wciągać do BIP-u i do roznoszenia tych wszystkich...
Potem był taki moment, przed samym Powstaniem, że właściwie byłam zaangażowana o wiele bardziej w BIP-ie niż w sanitarce, ale dostałam też i od sanitarki zaproszenie braci [niezrozumiałe]. Ale przyjechała właśnie znajoma do mnie, do Klarysewa, i mówi: „»Ariela«, pakuj się, godzina »W« jest”, bo myśmy czekali już, cały czas było to napięcie. Niemcy, właśnie o to chodzi, że w pewnym momencie już się wycofywali i to trzeba było wykorzystać. Ech [machnięcie ręką], było jak było.

  • Jak wyglądało życie w okupowanej Warszawie?

Przede wszystkim oberwali strasznie Żydzi, getto i tak dalej. Ale oczywiście, że masa była aresztowań i były czasami bezsensowne – podjeżdżała ciężarówka i zabierała ludzi. Bardzo dużo wywozili po prostu na prace w Niemczech.

  • Straciła pani jakichś przyjaciół, bliskich w czasie okupacji?

Podczas okupacji nie. Właściwie, z tych najbliższych, nie. Dostali się oczywiście gdzieś do Niemiec, ale przeżyli nawet.

  • A kiedy złożyła pani przysięgę?

W 1942 roku, ale to właściwie w związku z sanitarką jeszcze, a potem już byłam po prostu w AK.
  • Jakie zadania pani miała w czasie okupacji w Biurze Informacji i Propagandy?

Przede wszystkim to było wynoszenie różnych rzeczy. Na przykład, mieliśmy w uliczce, która teraz nie istnieje, gdzieś od Marszałkowskiej, gdzie teraz jest nasz słynny, że tak powiem... Były uliczki i mieliśmy bardzo ładną kryjówkę...

  • Jakie wydarzenie z okresu okupacji najbardziej wryło się pani w pamięć, było największym przeżyciem?

Nie mogę powiedzieć, że było największym. Było kilka takich momentów. Jedną koleżankę na przykład złapali z materiałem. Czasami, jak [kogoś złapali], to jeszcze wozili do Oświęcimia czy coś. Myśmy zawsze bez adresu i bez naszych kenkart [się poruszali], z fałszywymi papierami wychodziliśmy, tak żeby nie było żadnego [dowodu]. A jej to wbijali [igły] pod paznokcie, łamali palce i potem zmasakrowane ciało oddali matce. Takie były [przypadki] i to właśnie też był jeden taki.

  • Pamięta pani 1 sierpnia, dzień wybuchu Powstania?

Doskonale pamiętam.

  • Gdzie panią zastał wybuch?

Zdaje się, że to było też na Hożej. Mieliśmy wynajęte mieszkanie i nas sześć było. Powiedzieli, żebyśmy czekali. Godzina „W”, jak wiadomo, była o piątej, myśmy już przedtem zebrały się wszystkie i strzały zaczęły się oczywiście przed godziną, bo po prostu nie wytrzymywali. A my czekamy, nic oczywiście się nie dzieje, więc staramy się dowiedzieć czegoś, czy nie potrzeba nas. „Nie, nie potrzeba, musicie siedzieć i czekać, zanim nie będziecie potrzebne”. Tymczasem [roznoszą się] plotki, że Rosjanie już przechodzą przez most, już zaraz będzie koniec Powstania. A my nic, siedzi całe towarzystwo. Przywiozłam cukier, a któraś jajka i wszystkie zrobiłyśmy kogel-mogel. Tak się zaczęło moje Powstanie.

  • Gdzie była w tym momencie Pani córeczka?

Była na wsi, w Klarysewie z rodzicami. Ojca mego zawiadomiłam, żeby natychmiast wracał z Warszawy, bo wiedziałam, co się święci i rzeczywiście ostatnią kolejką jeszcze zdążył dostać się do Klarysewa. Tam została moja najmłodsza siostra, która miała wtedy piętnaście lat i grypę jeszcze do tego, bo też się wyrywała oczywiście. Basia była w ogóle z mężem wysłana na drugą stronę Wisły, żeby się skontaktować z naszymi sojusznikami, którzy siedzieli po drugiej stronie Wisły, patrzeli, jak nas wykańczają i opalali się. Tak, to bardzo było świetne. To był w ogóle dramat.

  • Jaką funkcję pani powierzono w trakcie Powstania: sanitariuszki, łączniczki?

Nie byłam sanitariuszką. Biegałam. I też właściwie opisałam [w swojej książce], jak do mnie strzelali.

  • Jakie zadania pani miała w trakcie Powstania?

[...] Przeszłam całe Powstanie. W pewnym momencie zachorowałam, jakieś dwa tygodnie bardzo chorowałam. Doktor powiedział, że przypuszczalnie to był – było bardzo dużo żołądkowych [chorób], że tak powiem – tyfus brzuszny nawet. Jak zachorowałam, to zostałam przeniesiona na Hożą do jajczarni. I tu też, u mnie to wszystko tak było, że wielu... Tak samo jak do mnie strzelali – przede mną, za mną, a nie trafili do mnie.

  • W jakich okolicznościach do pani strzelano?

Przebiegałam Aleje Jerozolimskie.

  • Z jakimś meldunkiem?

Tak, oczywiście. Strzelali – ta-ta-ta-ta – i potem z tyłu, ale jak widzicie, jestem. I potem zachorowałam na ten [tyfus]. To też jest właśnie charakterystyczne, że u mnie, to wszystko zawsze... Przewieźli mnie dlatego, bo tam już po prostu nie można było wytrzymać, gdzie byłam zakwaterowana, bo tak zwana ubikacja nie działała przez dłuższy czas. A w jajczarni były warunki pod tym względem troszkę lepsze, bo jajczarnia była stale pod obstrzałem, bo byliśmy bardzo blisko niemieckiego [punktu]. Tak że oni nie mogli na przykład nas zbombardować, bo w siebie by trafili, dlatego to się uratowało. Jak mnie przenieśli, [to] na drugi dzień bomba trafiła właśnie tam, gdzie leżałam [wcześniej], w ubikację i tak dalej – to trzeba mieć już szczęście takie, jak ja [mam].

  • Jak się żyło w czasie Powstania? Jakie były warunki życia codziennego?

Wspaniałe [śmiech]. Spało się na kocyku – pamiętam – czerwonym, a pod głową miałam mój plecak i tam miałam troszenieczkę rzeczy, które niby na te kilka dni wzięłam, a to były dwa miesiące. Czasami, jak leżałam na tym moim plecaku, to coś piszczało, ale nie zwracałam uwagi – człowiek był tak zmęczony, że nie zwracał uwagi na takie rzeczy. I potem moja, też zresztą znajoma, była ranna – odłamek w pierś dostała – i byłam przy tej operacji, trzymałam lampę. Nagle patrzę, że on [lekarz] dłubie, z piersi wyciągnął jej w końcu odłamek i widzę, że papierem białym obkłada. Nagle sobie przypomniałam, że w moim plecaku mam watę, którą zakupiłam przed wojną, w granatowym – pamiętam – papierze. Dałam lampę sanitariuszce i mówię: „Zaraz wrócę tutaj, coś przyniosę na opatrunek”, i poleciałam do tego [plecaka], zaczęłam grzebać, wygrzebuję paczkę z watą, patrzę, a tam jest poderwane i w środku sześć małych rozciśniętych myszek. To właśnie one piszczały, a ja na nich spałam.

  • Który moment Powstania Warszawskiego najbardziej utkwił pani w pamięci?

Wiem tylko, że jak właściwie już Warszawa się poddała, to mówili: „Będą rozmazywać latami nasze wspomnienia” – i tak się dzieje. A właściwie moi kochani, jednak to była dramatyczna rzecz – Powstanie. Bardzo bohaterska, masa zaginionych ludzi, ale to przecież jest jeden wielki dramat i wielka jednak – pomimo wszystkiego – pomyłka.

  • Jak pani zapamiętała żołnierzy i żołnierki Powstania Warszawskiego?

Boże mój, wszystkie bidulki takie, ale przecież bardziej przy końcu okropne żołnierzycy – i głodne, i ranne często.

  • Była pani świadkiem jakiejś zbrodni popełnionej przez Niemców w czasie Powstania?

Nie, dlatego że myśmy byli właśnie w dzielnicy jedynej, w której nie było [Niemców]. Przecież tam, gdzie Niemcy dostawali się, to robili okropne rzeczy. Maszyńskich całą rodzinę wyprowadzili na podwórko i rozstrzelali, właściwie nie wiadomo dlaczego. To właśnie takie znane nazwisko.

  • Jaki był stosunek ludności cywilnej do Powstania?

Ludność, która była w piwnicach, miała pretensje do nas i właściwie nie dziwię się im. Pretensje dlatego, że to właśnie myśmy tam biegali, że my przedłużamy tę całą historię, że po prostu to jest okropne. W zasadzie zupełnie zrozumiałe, że mieli [pretensje]. Biedna ludność, przecież strasznie oberwała. Oczywiście widziałam całą masę zabitych i rannych. Przechodziło się przez nich i szło się dalej, jak trzeba było, ale [na] co to jest potrzebne komu.

  • Pani siostry wszystkie walczyły w czasie Powstania?

Nie. Basia była po drugiej stronie Wisły, zresztą [jej mąż] był zaaresztowany przez naszych ukochanych [sojuszników] i wywieziony gdzieś w głąb Rosji. Nie wiedziała nawet, co się [stało]. Tak że ona starała się dowiedzieć i dopiero po wstąpieniu Rosjan na naszą stronę, po raz pierwszy przyszła. Dana znowu – ta druga z rzędu – była w sanitarce i dostała rozkaz, żeby się stawić. Wtedy troszkę za późno się wybrała. Wyszła z Pułaskiej i nie doszła do swojego punktu, i na Rakowieckiej – bo po drugiej stronie byli lotnicy – po prostu złapało ją i była po drugiej stronie. Tam oczywiście były wielkie walki, w których ona nie brała udziału, bo po prostu była z ludnością po tamtej stronie. Na szczęście to nie było gestapo, to byli lotnicy. Potem, jak już się obronili – wiadomo, że się obronili – to wzięli wszystkich z tego domu i całą młodzież wywieźli do Niemiec na pracę, a starszych postanowili wypuścić za Warszawą. Nasi sąsiedzi, Staffowie – starsi trochę – przebrali Danę za staruszkę, w chustkę i tak dalej, i ona wyszła ze starcami. Trzeba rzeczywiście szczęścia, żeby jednak... Potem połączyła się z moją rodziną.
Potem cały pas dziesięciokilometrowy nad Wisłą był ewakuowany i rodzice też. Dopiero zatrzymali się u kuzynki, która wynajęła na lato taki drewniak, że tak powiem, koło Gołkowa. Tam w Gołkowie wszyscy się zatrzymali. A za nami w Gołkowie – bo potem ich tam odnalazłam – były okopy niemieckie, linie obrony. I tak tylko czekaliśmy, co będzie z nami, bo to tylko domek drewniany, bez żadnej piwnicy, bez niczego, w szczerym polu. Tutaj okopy niemieckie, a tam Rosjanie. Myśleliśmy, że tylko cud nas może uratować, dlatego bo jak zaczął się ten wielki atak na niebie gdzieś w styczniu – katiusze, okropny ostrzał – nigdzie nie było możliwości uciec, po prostu musieliśmy siedzieć i czekać na to, co będzie. Potem nagle w nocy urwało się – cisza. Na drugi dzień sąsiad do nas puka i mówi: „Słuchajcie, Niemcy się wynieśli”. Cały ten oddział, który był okopany, w nocy się [wyniósł], a za godzinę zaczęły tanki rosyjskie wjeżdżać do Gołkowa. I tak przeszło, że tak powiem, z jednej okupacji do drugiej.

  • Miała pani kontakt ze swoim mężem w czasie okupacji?

Przez naszego przyjaciela Meksykańczyka. W każdym razie wiedziałam, że żyje. On latał też. Ale dopiero po wojnie on się dowiedział, że ja żyję, i ja się dowiedziałam, że on żyje.

  • Czy mąż latał do Warszawy ze zrzutami?

Nie, on latał w bombowcach nad wodą. W Afryce latał, a potem w Coastal Command.

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała upadek Powstania, kapitulację?

Właściwie bardzo przeżyliśmy, pomimo że było wiadomo, że to już jest nonsens, że nie ma żadnych ratunków. Siedliśmy i mówimy: „No co, może będziemy się bronić do ostatka, nie wyjdziemy?”, bo kazali nam wymaszerować. W rezultacie jednak wszyscyśmy poszli. Trzeba przyznać jedną rzecz – jak wychodziliśmy, widać było, że Niemcy mają poszanowanie dla AK, że jednak widzieli, jak dalece bohatersko nasi walczyli. A jeśli chodzi o zagranicę – oprócz Rosjan, którzy w ogóle siedzieli i opalali się z drugiej strony, tylko czekali, kiedy Warszawa się, że tak powiem, rozłoży – też nic nie zrobili. Raz przylecieli Amerykanie, zrzucili jakieś paczki, które w większości spadły po stronie niemieckiej. Kilku było tych polskich biedaków, którzy oczywiście zginęli.

  • A gdzie pani trafiła po Powstaniu? Do obozu przejściowego w Pruszkowie czy gdzie indziej?

Właśnie mówiłam, że ponieważ miałam dziecko i moja koleżanka miała dziecko, bardzo ładnie odmeldowałyśmy się. Odprowadziłyśmy te wszystkie, które poszły do obozu. Najpierw wyszłyśmy z ludnością, dałyśmy nura w krzaki i potem schowaliśmy się u jednego chłopa na noc, i potem po prostu uciekliśmy, tak jak cały szereg uciekł. W końcu dostałam się do fabryki w Błoniu, gdzie wiedziałam, że będą wiedzieli, gdzie jest tatuś, i wiedzieli. I potem dostałam się do Gołkowa, gdzie oni byli. A potem z Gołkowa przenieśliśmy się do Krakowa.

  • A gdzie panią zastał koniec wojny?

Co pan nazywa końcem wojny?

  • Koniec działań wojennych.

Koniec działań wojennych, jak Niemcy [uciekli] i Rosjanie weszli, tak? To właśnie było w Gołkowie, przecież to wam mówiłam: noc była, straszny obstrzał, potem nagle cisza głęboka i okazało się, że Niemcy uciekli, a Rosjanie [weszli].

  • Jak pani zapamiętała rosyjskich żołnierzy?

Oczywiście wcale nie wesoło i wcale nie przyjaźnie. Nasze nastawienie podczas Powstania było okropne, oni byli po tamtej stronie Wisły i przecież palcem nie ruszyli, żeby nam pomóc. A wręcz przeciwnie, nie dawali nawet szans lotnikom, żeby się zatrzymać po tamtej stronie. Przecież my wiedzieliśmy wszystko, co jest.

  • Czy była pani represjonowana przez władze komunistyczne?

Tak, dlatego uciekłam z Krakowa.

  • Proszę troszkę opowiedzieć o tej ucieczce.

[...] Ucieczka była jednym z bardziej emocjonalnych [przeżyć], dlatego że z małym dzieckiem uciekałam sama. Musiałam się zdecydować na krok bardzo ryzykowny. Byłam oczywiście przez AK – które dalej działało w Krakowie – o tyle wspomagana, że w Cieszynie była rodzina, do której przyjechałam z dzieckiem i która mnie podprowadziła na drugi dzień nad rzeczkę, którą miałam przejść. Po drugiej stronie była Czechosłowacja. Dostałam też od naszego AK czeskie [dokumenty] z fotografią zupełnie do mnie niepodobną, że jestem Czeszka. Na drugi dzień właśnie przez tą rzekę się przedostałam. Już wtedy po naszej stronie chodzili Rosjanie tam i z powrotem wzdłuż rzeki i aresztowali bardzo często. Ale ponieważ dziecko się bawiło w wodzie i udawałam z początku, że... I potem tam był przekupiony czeski strażnik po drugiej stronie i dał znać, że córeczka jego, taka mała, wyszła, wzięła Renatę za rękę i na tamtą stronę przeszła. Potem mi dał też znać i ja przeszłam na drugą stronę. Tam wieczorem wsiadłam do kolei i pojechałam do Pragi czeskiej, a tam znowu byli mojego męża krewni, u których się zatrzymałam. Tam była cała historia z tym, że mało co na lotnisku już chcieli mnie z powrotem [odesłać], ale dostałam się w rezultacie do Anglii.

  • I tam po sześciu latach spotkała pani swojego męża, tak?

Tak. To też było przeżycie.

  • Co chciałaby pani przekazać młodemu pokoleniu Polaków?

To, że właściwie nigdy nic nie wiadomo; że tyle razy byłam na jakiejś granicy i właściwie do dziś dnia mam to, że jeśli jest ci przykazane, że masz przeżyć, to przeżyjesz, gdziekolwiek będziesz i w jakiejkolwiek sytuacji. Tak że ja się o siebie na ogół nie za bardzo bałam, dlatego że wiedziałam, że tak czy inaczej to jest prawdopodobnie już sądzone. Ale oczywiście najbardziej się człowiek boi o swoich najbliższych. O Powstaniu właściwie nikt nigdzie dużo nie wie. Owszem, o powstaniu w getcie tak. Mówią: „A! To to powstanie u was w getcie” – jak się coś mówiło. A Powstanie w ogóle nie interesuje nikogo.

  • A skąd bierze ten stan rzeczy, dlaczego ludzie na zachodzie nic o Powstaniu nie wiedzą?

Nie wiedzą! Nie wiedzą, dlatego że w ogóle Powstanie nie było... Przecież oni właściwie – nasi ukochani, że tak powiem, sojusznicy – i Anglia, i Roosevelt, i Churchill się skompromitowali, jeśli chodzi o podejście. Przecież żadnej właściwie pomocy nam nie dali i w ogóle przestali nawet o tym mówić. I tak samo w Ameryce...


Warszawa, 3 lutego 2010 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Rosłon
Halina Włodarczyk Pseudonim: „Ariela” Stopień: łączniczka Formacja: Biuro Informacji i Propagandy AK Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter