Henryk Cieśluk ,,Kusy”

Archiwum Historii Mówionej

Urodziłem się na Powązkach, koło cmentarza wojskowego, na ulicy Sybilli 1, mieszkania 1. Mieszkałem tam z bratem Jankiem (zginął w Powstaniu Warszawskim na początku sierpnia) i z mamą. Matka moja miała dwóch synów, mnie i Janka. Wychowała nas wrogo do hitlerowców, z uwagi na to że prawdopodobnie była Żydówką. Nazwała się Asenhaimer. Kiedy pytałem się, co to była za rodzina, powiedzieli mi, że to z arystokracji żydowskiej. Pytałem u burmistrza miasta, bo chciałem się dowiedzieć, jakie mam pochodzenie, to tak mi powiedzieli. Z tej rodziny wyemigrował do Warszawy jeden z członków. Z zawodu był majstrem szewskim i założył sobie warsztat szewski i sklep, buty były w cenie. Moja matka poznała go w Warszawie, już mieszkała w Warszawie, a on przyjechał wcześniej. To był ojciec mojej mamy, czyli mój dziadek [czyli wcześniej mam nie znała swego ojca? – red.]. Moja mama, bojąc się Niemców, bo hitlerowskie nastroje były bardzo tragiczne dla Żydów, chciała sobie zmienić nazwisko Asenhaimer na inne. Wyszła za mąż za Cieśluka w 1928 roku. W 1929 roku urodził się jeden syn, w 1930 roku się urodziłem ja – [brat] był starszy ode mnie o półtora roku.

  • Czy tata mieszkał z wami w domu rodzinnym?

Mieliśmy swoje mieszkanie i ojciec wychowywał rodzinę – dzieci i matkę [utrzymywał].

  • Gdzie pracowali pana rodzice?

Moja matka handlowała butami, bo to już było po rodzinie. Jej ojciec był szewcem i wyszła za szewca. Był majstrem szewskim i firmę mieliśmy na Sybilli. Ojciec miał sklep i sprzedawał te buty, z tego żyliśmy.

  • Gdzie pan chodził do szkoły?

Szkoła była blisko na Elbląskiej 51, kierownikiem szkoły był Jan Górski. Szkołę przenieśli na aleję Wojska Polskiego po 1939 roku. Kiedy Warszawa upadła, to Niemcy otoczyli szkołę czołgami. Czołgi stały na boisku. Było ich bardzo dużo, bo to był pluton czołgowy (potem się dowiedziałem, że oni walczyli nad Kutnem). Oni chwalili polskich żołnierzy, a ganili polskich oficerów. Polski żołnierz jest twardy, nadaje się na wojnę – bo dostali baty pod Kutnem, nad Bzurą. Jak rozmawialiśmy z tymi Niemcami, co tam walczyli, to bardzo chwalili żołnierzy szeregowych. Natomiast mówili, że oficerowie są beznadziejni, słabi. Mówili tak: „Polski żołnierz to gut, a Jude kaput„ . Ciągle tak mówili, że Żydów to będą tępić za wszelka cenę, natomiast żołnierzy polskich chcieliby mieć dla siebie.
Jak Niemcy weszli, to chodzili po mieszkaniach, rozmawiali z ludźmi. Nie byli nastawieni wrogo, byli pewni siebie, chcieli pokazać swoją wyższość, swoja kulturę. Początkowo w 1940–1941 to trzeba przyznać, kazali przychodzić na fort Bema do jednostki, gdzie stacjonowali, i dawali nam chleb, co mogli, to dawali, głodnym polakom. Po 1939 roku to wszystko było zgłodniałe, ludzie wycieńczeni. Powiedzieli, że mieszańcy ulicy Sybilli i tych ulic przy Forcie Bema (ulica Czartoryskich), mają przychodzić, i ludzie tłumnie przychodzili do tych Niemców na obiad. Ile się chciało, to się dostawało, bo Niemcy mieli tej żywności tak dużo, że nie wiedzieli, co z tym robić. Ja tam chodziłem po jedzenie, mama mówi: ,,No nie ma co jeść” w 1939–1940, ludzie chodzili, wszyscy chodzili.
Początkowo [Niemcy] byli nastawieni do Polaków pozytywnie, dopiero potem zaczęła się tragedia, kiedy zaczęli wywozić z Krakowa profesorów do obozów. Rozniosło się szybko po Warszawie i zmienił się klimat, [nastawienie] Polaków do Niemców. Polacy byli nastawieni wrogo do Niemców, bo zobaczyli, jaka przyszłość nadejdzie. Tak było po upadku Polski w 1939 roku.

  • Chciałbym jeszcze wrócić do pana dzieciństwa. Jak pan sądzi, jaki wpływ mieli rodzice i szkoła na pana światopogląd?

Tak jak powiedziałem, matka podobno była Żydówką, dlatego wiedziała, co czeka Żydów, bo Żydzi to inteligentni ludzie, wszystko wiedzieli naprzód, co ich czeka. W związku z tym, matka była nastawiona do Niemców wrogo.
Miała brata, był kawalerzystą, podchorąży z szablą, zdjęcie miałem. Po skończonej pierwszej wojnie… Była wojna w dwudziestym roku, Piłsudskiego, gdzie rewolucję chcieli nam wprowadzić leninowcy. Ten kawalerzysta poszedł na ochotnika walczyć. Zginął po Radzyminem w obronie Warszawy. Ojciec walczył w pierwszej wojnie światowej, był w niewoli rosyjskiej. Wtedy Piłsudski walczył przy boku Austrii, w związku z tym ojciec był w armii austriackiej. Tam było dużo Polaków. Piłsudski dopiero tworzył Legiony. Ojciec dostał się do niewoli rosyjskiej i tam był do końca wojny.

  • Jaki wpływa na pana światopogląd patriotyczny miała szkoła?

Szkoła miała patriotyczny [wpływ], bo nauczyciele w siódmej klasie nauczali nas historii, geografii. Wtedy nie wolno było uczyć historii polskich uczniów. [Nauczycielka] należała do AK, nazywała się Żebrowska.

  • To lekcje podczas okupacji, a przed wojną?

A, przed wojną. Bo to [o czym mówię] było w siódmej klasie, w czasie okupacji, jak już Niemcy przyszli. A przed wojną, ojciec mój, Janek i ja byliśmy młodzi.
Czy miała wpływ? Miała wpływ, bo była nastawiona wrogo do Niemców, w związku z tym my byliśmy wychowywani wrogo do Niemców. Miała do czynienia z Żydami, chodziła do bożnicy ze mną, na Okopową do kościoła żydowskiego, gdzie jest kirkut. W niedziele tam zawsze chodziła. Potem jak już musiałem iść do szkoły powszechnej, to musiałem być ochrzczony, matka musiała ochrzcić mnie w polskim kościele. Bo gdybym nie miał świadectwa chrztu, ta szkoła, gdzie mnie zapisała, nie mogłaby mnie przyjąć. Takie były nakazy-zakazy, że wolno przyjąć do szkoły tylko Polaków. A jak Polak, to musi mieć z kościoła dowód, że jest ochrzczony. I tak chodziłem do tej polskiej szkoły. Byłem ochrzczony, mając siedem lat.
Matka zwlekała z chrztem, nie wiem dlaczego zwlekała, ale zwlekała, dopiero jak konieczność była chrzczenia, bo inaczej by mnie do szkoły nie przyjęli. Poszedłem do kościoła na pieszo, wybrali mi chrzestną, chrzestnego, i byłem ochrzczony. Kiedy stałem przed księdzem w kościele, to mama mówi tak: „Do chrztu przyszłam” . „A gdzie ten chłopak?”. Ja stanąłem sobie koło matki, ona mówi: „No ten” . „Jak to, ile on ma lat, taki duży? siedem lat? a dlaczego pani wcześniej nie ochrzciła?” . A matka wytłumaczyła się tym, że zdrowo się chowałem i nie było potrzeby, żeby tak szybko chrzcić jak, powiedzmy, w III-IV wieku, kiedy oddalano akt chrztu. To czekali tak do dwudziestu lat.

  • Podczas wybuchu wojny miał pan 9 lat. Proszę opowiedzieć, jak oczami dziewięciolatka wyglądał dzień 1 września 1939 roku. Pamięta pan ten dzień?

Pamiętam, jak Kutrzeba podpisał... Pamiętam, byłem na pogrzebie marszałka Piłsudskiego, jak z katedry ze Starego Miasta wynosili trumnę. Postawili go na takiej armacie na lawecie i ludzie masowo szli za trumną. Widziałem tam generałów niemieckich, to było w 1935 roku, 11 marca, deszcz padał. Warszawiaków było bardzo dużo, tłumy się nie kończyły. Dziką szli, aż do Okopowej, a później na lotnisko. Później wieźli go do Krakowa.

  • A sam dzień 1 września?

1 września mieszkaliśmy na ulicy Sybilli róg Czartoryskiej […]. Mój ojciec trochę był politykiem i dużo rozmawiał z sąsiadem, ale mieli przeciwstawne poglądy. Jeden był komunistą, a ojciec był socjalistą. Tylko Piłsudskiego chwalił, mówił że Piłsudski, to jest największy nasz marszałek i on dojdzie do głosu po wojnie. Ale niestety w marcu 1935 zmarł. Jak zmarł, to cała Warszawa wyszła do katedry na Stare Miasto i stamtąd wynosili go, miałem zdjęcia z tego wynoszenia.

  • A sam wrzesień 1939 roku, jak pan wspomina? Gdzie pan wtedy był, pana reakcja na wybuch wojny?

Ojciec przewidywał, że będzie wojna, bo jako piłsudczyk (bo był trochę politykiem) ciągle chwalił Piłsudskiego. Ja byłem w domu na Sybilli z bratem.

  • Czy tata miał przydział do wojska, w obronie kraju, w 1939?

Nie, już miał swoje lata, wiec go nie obowiązywało. Był razem z nami podczas wybuchu wojny. Jak wojna wybuchła, to zaraz posypało się z armat... Znad Bzury jak wychodziło wojsko niemieckie, to cały czas strzelali na Warszawę. Ojciec z nami był w mieszkaniu. Pocisk uderzył w nasze okno, ogromna panika była, bo zaczęło się wszystko palić. Ojciec kazał nam na ogród uciekać, bo nie wiadomo było, co by było dalej.

  • A wkroczenie Niemców?

Ojciec znał dobrze język niemiecki jeszcze z pierwszej wojny, więc jak przychodzili Niemcy, no to rozmawiali chętnie z moim ojcem. Ja wiele rzeczy słyszałem, o czym oni rozmawiają. Jak powiedziałem wcześniej, rozmawiali na temat żołnierzy polskich, którzy nad Bzurą, nad Kutnem walczyli. Powiedzieli, że rozbili ich całkowicie, przez zaskoczenie, bo tam było połączenie armii Pomorza i Poznania. Dwie armie walczyły, więc to było straszne zaskoczenie dla tej 17. dywizji, bo to 17. dywizja walczyła z 17. dywizją niemiecką. Niemiecka została całkowicie zdziesiątkowana. I tamten [Niemiec] z dywizji 17. rozmawiał właśnie z ojcem. Strasznie cenił polskiego żołnierza, że taki był bitny, bojowy, żołnierz polski. Wiele złych rzeczy mówił o oficerach, że podoficerowie, że są słabi, tylko wymagali od tych żołnierzy. Dyscyplina była wysoka. To tyle słyszałem.

  • Jak wyglądało życie codzienne pana rodziny podczas okupacji? Czym się żywiliście, gdzie pracowaliście?

Żyliśmy w dalszym ciągu z tych butów. Jak mieliśmy sklep z butami, to ludzie przychodzili, bo nie było tych maszynowych butów, tylko ręczne. Każdy przychodził i sobie zamawiał. Ojciec miarę brał. Ci potrzebujący przychodzili po buty i kupowali od nas. A matka musiała ciężko pracować podczas okupacji, bo w tej naszej szewskiej firmie było czterech czeladników, którzy pracowali. Matka musiała ich żywic, prać, dała im mieszkanie. Mieliśmy takie komórki i tam cztery łóżka stały dla każdego po jednym. Ci ludzie ze wsi przyjeżdżali. To byli modzi uczniowie, chcieli mieć zawód szewca. Załatwiani byli u nas, przyjechał jeden, drugi, trzeci, przeważnie ze wschodu, z Ryk. Każdy był z innego miasteczka. Byli ze wsi, bez zawodu, każdy chciał się czegoś nauczyć, bo na wsi było bardzo ciężko. Ojciec ich zatrudniał (było ich czworo), a matka miała pełne ręce roboty. Nie mieliśmy wody w domu, trzeba było kubłami z podwórka wodę nosić. Ciągle tylko płakała, bo musiała tym czeladnikom bieliznę prać, musiała gotować obiady i z dyscypliną, musiało być zgodnie tak jak ojciec powiedział, np. że obiad ma być o godzinie dwunastej, nie może być później, tylko o dwunastej. Dał matce nauczkę, jak tylko się spóźniła, to wyrzucił, wylał wszystko, powiedział: „Będziesz miała nauczkę na przyszłość, nauczysz się punktualności, bo ludzie głodni czekają na ten posiłek”, który był ustalony początkowo o dwunastej. I ta okupacja tak biegła, aż do Powstania Warszawskiego.

  • A pan z bratem, czym się zajmowaliście, gdzie uczęszczaliście do szkoły?

Do szkoły, uczęszczaliśmy jeszcze na aleję Wojska Polskiego.

  • Legalnie?

Legalnie, do 1939 roku, skończyliśmy trzy klasy. A podczas okupacji, aż do Powstania Warszawskiego chodziliśmy aż do siódmej klasy. Zajmowaliśmy się nauką.
  • A gdzie pan zetknął się z konspiracją, kto pana wciągnął do konspiracji?

Do konspiracji wszyscy nauczyciele w szkole należeli, dokładnie od kiedy to nie wiem, ale należeli. I z najlepszych uczniów (znali wszystkich uczniów) zrobili nam zastępowego, drużynowego, tak się to organizowało w harcerstwie hufcowym. Kto był zdolny, bojowy, to był drużynowym, hufcowym... I tak było w czasie okupacji, aż do Powstania.

  • Razem z bratem z jednej drużynie pan był?

Razem z bratem do jednej klasy chodziliśmy i w jednej drużynie byliśmy. Naszym obowiązkiem (tak jak każdego harcerza) było zdobywanie broni od Niemców. W jaki sposób, to też trzeba być mądrym, żeby wiedzieć w jaki sposób. Janek, mój brat, on był ekspertem, specjalistą od wyciągania z kabur pistoletów, rewolwerów. Jeździliśmy we dwóch. Dla Niemców były specjalne pomieszczenia [wagony]. A jeśli chodzi o tramwaje, to były tak bardzo zapchane, że trudno było wysiąść. Mój starszy brat Janek mówi tak: ,,Ja umiem wyciągać z tej pochwy”. Niemcy mieli pasy, z tyłu kabura i tam był rewolwer. Jak Niemcy wychodzili, to my patrzyliśmy – bo i pijani wychodzili – tłok był straszny, to on błyskawicznie otwierał i wyciągał rewolwer.

  • Jako kieszonkowiec? Nie uciekał, tylko po prostu chował?

Nie uciekał, a Niemcy nie wiedzieli, bo jeden drugiego pchał przy wyjściu. Widziałem na własne oczy, jak wyciągnął jednemu Niemcowi, który był na wódce. Ja obserwacją się zajmowałem, w jakim stanie jest Niemiec. A ci Niemcy bimber pili. W czasie okupacji było strasznie rozszerzone pijaństwo, wszyscy prawie bimber pili i dużo było prostytutek.
Na Forcie Bema, na Saperach, w Puszczy Kampinoskiej i na lotnisku, tam były bardzo duże ilości Niemców. Ci Niemcy chodzili po ulicach pijani i te prostytutki za nimi. Oni im płacili, bo szukali „panenki”. Jak pijany był jakiś Niemiec, to chodził i się pytał, gdzie tu są „panenki”. Ja raz przyprowadziłem mu ,,panenkę” a on zobaczył i mówi: „O, szajs panenka, szajs panenka, nie chce ją, nową” . Oczywiście jak nie znaleźli nic na ulicy, to za Fortem Bema była rzeczka, i za kościołem Świętego Józefa były takie wały i te wały wchodziły do rzeki. Tam góra była, tam były ławki, trawa tam była, można tam było przyjść, odpocząć. Niemcy tam przychodzili, jak wracali z pracy; nie wszyscy pracowali na Forcie Bema, Niemcy pracowali w różnych instytucjach. I jak wracali z pracy, to tam chodzi (z bronią) nad tą rzeczkę, rozkładali się i odpoczywali. A te dziewczyny polowały na nich – na gotówkę, nie na nich.
A ja z kolei byłem szachistą i tam przychodziłem nad tą wodę, siadałem na ławce i grałem w szachy. Niemcy jak popili, to chodzili cały czas, zobaczyli, że gram w szachy i chcieli ze mną grać. Każdy lubi grać w szachy, szczególnie Niemcy. Grałem z jednym Niemcem, z drugim. Jak już należałem do tych harcerzy, to moim zadaniem było zdobyć broń. Jak Niemiec usiadł na ławce i grał ze mną partyjkę, to rękami przestawiał te figury, to tu, to tam, a moim zdaniem było grać tak, żeby nie wygrać z nim, tylko żeby zabrać mu broń. I oddać potem do Puszczy Kampinoskiej, do ,,Jerzyków” . Jak już udało mi się zdobyć broń, poszedłem do Janka, on kiedyś jechał na ćwiczenia na musztrę do Puszczy Kampinoskiej...

  • Czyli pana zastęp miał kontakt z partyzantami z Puszczy?

Tak z Puszczy. Tam ,,Jerzyki” stały, których zadaniem było atakować lotnisko. 135 chłopaków było wytypowanych w pierwszych dniach Powstania do ataku na lotnisko.

  • Im pan dostarczał broń?

Broni to oni mieli, bo dużo było takich dostarczycieli, rewolwerów szczególnie. Łatwo było zdobyć taką broń, ale nie mieli broni maszynowej. 135 chłopaków ,,Jerzyków” to był oddział Armii Krajowej, oni zaatakowali to lotnisko, atak się nie udał.

  • To już podczas Powstania?

Podczas Powstania Warszawskiego.

  • To do tego dojdziemy. Na razie porozmawiajmy o okupacji. Na czym polegało to szkolenie?

Szkolenie polegało na tym, że w różnych punktach Żoliborza, na przykład u zakonnic, u naszych koleżanek w mieszkaniach, mieliśmy ćwiczenia harcerskie, rozmaite ćwiczenia harcerskie, albo w podziemiach, w różnych punktach. Nie po dziesięciu, tylko po trzech chodziliśmy. Nasz drużynowy nas zaprowadził, mówił: „Dzisiaj mamy nad Wisłą, jutro koło zakonnic”. Rozmawialiśmy na temat planu przyszłego, gdzie będzie nasza drużyna atakować, on mówił że: „My to będziemy atakować Instytut Chemiczny, na alejach Wojska Polskiego” . Tam Niemcy stali dobrze uzbrojeni, w karabiny maszynowe. Jak wybuchło Powstanie, to tam kapral podchorąży (tam było dużo wojskowych z chorążówki) to oni prowadzili tych chłopaków na Instytut Chemiczny, gdzie ci Niemcy stali. Ale to też się nie udało, było tam może dwustu chłopaków, ale broni nie było. A z rewolwerem to daleko nie doleciał. Musieli się wszyscy wycofać. A jak się tam wycofali, to w różnych punktach na ulicy (teraz Popiełuszki, a kiedyś ulica Krasińskiego), róg Popiełuszki, reszta wycofała się do tych bloków żoliborskich i tam walczyli. Dotąd walczyli... Przede wszystkim walczyli z czołgami.
Jak Powstanie wybuchło, to prosili ci niemieccy dowódcy, żeby czołgi pojechały na Starówkę, bo oni nie dawali sobie rady. Mówili: „Ludzie za bardzo bojowo atakują, i chłopcy, i dziewczynki, i my jesteśmy całkowicie okrążeni”. I w związku z tym czołgi niemieckie, które stały na Elbląskiej 51, na boisku szkolnym, wyruszyły. Pojechały ratować ich. Ale niestety nie uratowali, bo w tym czasie były jeszcze całe plutony, kompanie...

  • Gdzie pana osobiście zastał wybuch Powstania Warszawskiego? I Jak się pan przygotowywał ? Czy już wcześniej miał pan mobilizację?

Tak, wcześniej to mieliśmy zbiórki, nasz drużynowy mówi tak: „Dzisiaj mam tutaj zbiórkę, tutaj mamy musztrę, nauczanie” – zawsze to trwało nie więcej niż półtorej godziny.

  • Jak się pan dowiedział o wybuchu Powstania?

O wybuchu powstania, od kolegów. Dwa, trzy dni przed Powstaniem mówili, że będziemy atakować Instytut Chemiczny, gdzie stoją Niemcy. I wszyscy wiedzieli, co mają atakować. Robiliśmy zbiórki, gdzie mamy się zebrać. Najwięcej chłopaków to przyszło do zakonnic, na ulicę Krasińskiego, tam zakonnice kiedyś były i kościół. Tam było bardzo dużo naszych kolegów z Żoliborza. Synowie oficerów polskich, którzy służyli u marszałka Piłsudskiego. A potem były tak zwane białe domki, taka kolonia oficerska, tam mieszkali sami oficerowie, którzy wemigrowali z Litwy. Litwini u Piłsudskiego też walczyli. Przyjechali ci oficerowie do Warszawy i zbudowali osiedle „białe domki”. Każdy oficer miał rodzinę, dzieci, synów swoich i ci synowie należeli do harcerstwa. Tam byli drużynowi, hufcowi.
My się z Jankiem obijaliśmy z tymi kolegami. Jak tylko coś wiedzieli, to nam mówili. Uczyli nas, jak zachować się podczas Powstania, nie można było na przykład iść spokojnie, tylko bardzo szybkim tempem przechodzić przez ulicę, lecieć po prostu. I my tak robiliśmy, jak chcieliśmy się przedostać na jakąś inną ulicę, to trzeba było bardzo szybko... Jak ja mieszkałem na ulicy Sybilli, to tam był cmentarz wojskowy, niemiecki. Tam usadowili się strzelcy wyborowi niemieccy, i jak zobaczyli idącego (już od pierwszego dnia Powstania) chłopaka czy dziewczynę, to zabijali. Tak właśnie zginął mój brat i tak zginął kapral podchorąży, który roznosił wcześniej zawiadomienia o jakiejś...
Dla nas nieoczekiwanym było to, że na Żoliborzu zaczęło się Powstanie wcześniej, już o godzinie... po trzeciej. Tam zgromadzenie było tak duże, tam były magazyny amunicyjne, i ci [Powstańcy] przyjeżdżali po broń. Ci co rano wzięli, to rano wzięli. A ponieważ Niemcy przejeżdżali samochodem ulicą Krasińskiego i zauważyli tłumy młodzieży, która tam zbierała się na rogu Suzina...

  • Już było czuć, że coś się szykuje?

Tak, i oni wiedzieli, dlaczego są takie tłumy młodzieży, a oni przyjeżdżali wózkami, rikszami po broń. No i jak to zauważyli, to wtargnęli na podwórko, zaczęła się straszna strzelanina. Wiele oficerów, podoficerów zginęło już tego dnia. Potem chowano ich pod chodnik. Chodniki zaraz robili i pod chodnik w mundurze, czy nie w mundurze, chowali, na Krasińskiego. Pamiętam jeszcze gdzie, bo akurat widziałem.

  • Czy pan z bratem mieliście przydział broni, byliście uzbrojeni 1 sierpnia?

1 sierpnia, nie wszyscy.

  • Czy panu i bratu udało się dostać broń?

Mój brat to oczywiście miał broń z kradzieży Niemcom, ale to tylko rewolwery. Później to przekazał do Puszczy Kampinoskiej, do „Jerzyków” , do AK.

  • Czy pana brat został przez snajpera trafiony już 1 sierpnia?

Tak, już w pierwszych dniach. To był pierwszy dzień, kiedy roznosili wszystkim harcerzom zawiadomienia. To było około godziny trzeciej, 1 sierpnia. On przechodził przez ogród do naszego domu. Nasz dom stał przy takim wielkim ogrodzie, to był dom Bieńkowskich, Sybilli 1. On przechodził przez ten ogród i chciał do nas wejść, i wszedł do mieszkania [podchorąży z zawiadomieniem]. Ale jak wychodził z Jankiem i ze mną, to zaczęła się strzelanina. Dotarło do Niemców, że Powstanie jest już rozpoczęte.

  • Już strzelali?

Już strzelali do przechodniów, do wszystkich. I to strzelali kulami dum-dum, czyli jak dostał w nogę, to już koniec, nie dało się wyleczyć.

  • Czyli chorąży przyszedł do was do domu z zawiadomieniem? Czy was zabrać?

Nie wiem, czy to był podporucznik, czy chorąży, w każdym razie przyszedł z bronią i zbierał wszystkich harcerzy, którzy mieszkali na Powązkach i na „białych domkach”.

  • I prowadził do punktu zbornego?

Prowadził wszystkich. Ale on został zabity na ogrodzie.

  • Wtedy również pana brat?

I wtedy mój brat został zabity. W związku z tym matka zrozpaczona, straszna panika powstała.

  • Co z panem się działo?

Ja musiałem zanieść go do szpitala, bo on był w lewą nogę ranny. Zdawało się, że on będzie żył. Nie wiedzieliśmy, jaką bronią oni strzelali, a oni, jak się okazało w szpitalu Bielańskim, strzelali dum-dum. W tym szpitalu umarł.

  • Co z panem działo się później?

Ja byłem zrozpaczony, matka zrozpaczona. Nie wiedziałem, co robić, czy iść na zbiórkę, czy iść do domu. Ale przyszedł mój drużynowy i mówi tak: „Ponieważ takie nieszczęście ci się stało i Janka zabili, Janka zranili, wracaj do domu, bo i tak nie będziemy mieli tyle broni, podczas rozpoczęcia Powstania” . A młodzieży była masa, tłumnie przychodzili i byli bez broni. A przecież bez broni to nic człowiek nie zrobi przeciwko karabinom maszynowym. Dolecieli do bramy i dalej już nie mogli dolecieć tyralierą.

  • Wtedy jak pana oddział zaatakował ten instytut?

Tak, jak zaatakowali ten instytut, a tam stały karabiny maszynowe [Niemców] przed bramą. A nasi to co mieli? Rewolwer. Dolecieli wszyscy do bramy (nie wszyscy, bo już dużo zabili podczas tego ataku). Zawsze mówiliśmy potemem, że gdyby były karabiny maszynowe, to byśmy mogli coś zrobić. Ale nie było broni. Broń, która była na Suzina w magazynie, to ci, co byli rano po broń, to tą broń wzięli. Ale po południu, to jeszcze o godzinie drugiej tłumnie przychodzili żołnierze, bo myśleli że o piątej będzie Powstanie. Akowcy przychodzili, z tego magazynu brali, kładli na riksze i jeździli do swoich drużyn. To tak właśnie było.

  • Czyli pan nie brał udziału w tym ataku, zdecydował się pan wrócić do domu?

Tak, bo dostałem takie pozwolenie od swojego drużynowego Janka Kozłowskiego – bardzo bojowy chłopak, opowiadał mi, jak to było w ataku na lotnisko niemieckie pod Boernerowem.

  • ,,Jerzyki”?

135 chłopaków atakowało i było to samo. 130 ,,Jerzyków” zginęło w ataku, a pięciu tylko zostało. Tyle mi powiedział.
  • Mimo że byli lepiej uzbrojeni?

Nie było broni maszynowej, bo skąd było wziąć broń maszynową. Tam nic nie zrobił granatem czy butelką z benzyną. Poszli tyralierą i wycieli ich. Potem wszyscy już wiedzieli z naszej drużyny, że poginęli tam, w Puszczy Kampinoskiej. Tak było.

  • A co się z panem działo, pan był w mieszaniu z rodzicami, a później całe Powstanie...

Nie, całe Powstanie nie. Niemcy przyszli, spalili całą ulicę, wszystkie domy spalili. A ludzi na ulicę wypędzili, ludzie zostawili wszystko. A Niemcy chodzili i podpalali wszystkie domy.

  • Na Sybilli?

Całą Sybillę, całe Powązki podpalali. Były specjalne oddziały, a ludzi wypędzili na ulicę, nie pozwoli nic zabrać i popędzili nas w stronę Wawrzyszewa, a później do Pruszkowa.

  • Którego to wypędzenie było sierpnia?

To było, jak Wolę skasowali. Jak przyszedł von dem Bach, niemiecki generał, który w Ożarowie czy Pruszkowie miał swoja siedzibę, to wydal rozkaz, przeciwny Hitlerowi. Hitler wydał rozkaz, żeby dzieci, kobiety, wszystkich zabijać. I tak było do 8 sierpnia. Na Woli oddziały, które tam walczyły – „Parasol” i „Zośka” – to wycofali się na Stare Miasto. […]

  • Czy był pan świadkiem zbrodni niemieckich podczas wypędzenia pana rodziny? Jak pan wspomina żołnierzy niemieckich? Jak zachowywali się wobec was?

Oni byli w strachu. Niemcy bali się. Jak zobaczyli Powstanie Warszawskie, to nie byli tacy pewni siebie jak w początkach drugiej wojny, to byli zupełnie inni Niemcy. A potem nienawiść była straszna, jak zaczęli rozstrzeliwać złapanych ludzi. Bo były egzekucje na ulicach – w Alejach Jerozolimskich widziałem egzekucję, na Nowym Świecie widziałem egzekucję. Po Warszawie chodziłem bardzo często i obserwowałem Niemców. Mnie interesowali tylko podpici Niemcy, bo wiedziałem, że jak jest podpity, to łatwo go okraść. A moim zadaniem była obserwacja Niemców, i Jankowi przekazywałem, bo on był specjalistą od wyciągania rewolwerów.

  • Mówił pan, że w pierwszych dniach Powstania trafiliście z rodziną do Pruszkowa. Co tam się działo?

Nie, nie. Jeśli chodzi o Pruszków, to oni nas pędzili do Pruszkowa, ale ludzie uciekali, po drodze uciekali. Zwłaszcza jak przechodziliśmy przez lasy. Wtedy ludzie ryzykowali. Nie było tak dużo strasznie tych prowadzących Niemców, mało było, z pistoletami, ale mało ich było i można było w jakiś sposób uciec. Kto chciał uciec, to oczywiście uciekł. Ja z matką uciekłem. Umówiliśmy się że, ja pierwszy ucieknę, a matka za mną. Spotykamy się w we Włochach. Udało nam się uciec. Poszedłem do kościoła i z matką się spotkałem, bo i matce udało się uciec. Udało się we Włochach uciec na podwórko wielu warszawiakom, którzy tam szli do Pruszkowa. Niemcy nie mogli dać sobie rady ze wszystkimi, bo Polaków były tysiące.

  • A pana ojciec gdzie wtedy był?

Mój ojciec już nie żył, ojciec w 1941 roku zmarł. W czasie okupacji Żydów wyprowadzano z getta do kopania grobów dla Niemców. Niemców padało dosyć dużo w Warszawie, oni kopali za 24 złote na tydzień, kopali Niemcom groby. Żydzi przychodzili na Sybilli, tam gdzie sklepy były, po chleb, moja matka kupowała im chleb i czekała, aż taki Żyd przyjdzie i dawała tym Żydom. No to jeden Żyd przyszedł, miał też takiego syna jak ja, trzynaście czy dwanaście lat, rówieśnik mój. To poprosił mamę, czy by nie mogła go gdzieś przechować. Matka mając dwóch chłopaków mówi: „Dobrze, niech będzie u mnie” . Zaopiekowała się tym Zejlichem i ten ojciec był spokojny. Ten Żyd, Zejlich to do Powstania był u nas. Dobry chłopak, wszystko robił, co mu się kazało. Do getta też wchodził. Raz na tydzień wchodził do getta z żywnością, bo mówił: „Nie ma nic w gettcie do jedzenia” . To przynosił chleb. Pod murem. Tam bramy takie były, ale pod murem były przejścia, którymi Żydzi uciekali. Polacy tam chodzili i Żydzi chodzili. Tak było.

  • I co się z nim stało?

W Powstaniu zginał, tak jak mój Janek, zginął gdzieś. Jak już do obozu wypędzili wszystkich, na ulicę, to już go nie było. Gdzieś widocznie uciekł na wieś czy jak.

  • Powiedział pan, że spotkał się z mamą w kościele we Włochach. Co później robiliście, jak przetrwaliście Powstanie?

A więc, jak już byliśmy w tym kościele we Włochach, tam była taka masa ludzi, jeden na drugim leżał, załatwił się jeden na drugiego, to było tysiące warszawiaków. Wszyscy się chowali w kościele we Włochach.
A wieczorem, jak szósta godzina była, to moja mama mówi: „Słuchaj, Heniek, uciekamy z tego kościoła Tylko uciekamy jedną stację kolejową dalej”. I tak zrobiliśmy. Raniutko poszliśmy do Piastowa czy dalej i tam stały wagony towarowe, niemieckie. Weszliśmy do tego pociągu towarowego, usiedliśmy plackiem, żeby nikt nie widział nas (Niemcy pilnowali tych wagonów, ale my się ukryliśmy). Siedzieliśmy do godziny drugiej po południu w tych wagonach. Pociąg ruszył w kierunku Łowicza, dojechał do Łowicza i my tam wysiedliśmy. Nie będziemy dalej w tych wagonach siedzieli, bo nie wiadomo, gdzie nas wywiozą. Przeszliśmy jedną stację do Zielkowic. Zielkowice to jest stacja kolejowa, która prowadziła na Łódź, Maniewice-Zielkowice. Tą trasą pojechaliśmy do Maniewic.
Tam był kościół, katedra, najważniejszy kościół. Matka była religijna, mówi: „Chodź, pomodlimy się za to szczęście, jakie nas spotkało, że uciekliśmy” . Poszliśmy do kościoła, matka się pomodliła. I co robić dalej? Trzeba gdzieś na wieś iść i zatrzymać się. Poszliśmy na jedną wioskę, na drugą, do sołtysa tam się chodziło. Warszawiacy chodzili do sołtysa, a sołtys potrzebował warszawiaków tak jak mnie. Był Kruk i Wilk (nazwiska takie), mieszkali obok siebie. [Matka] mówi: „Heniek, ty pójdziesz do Kruka, a ja do Wilka, zobaczymy, komu będzie lepiej?”. Dał mi takie mieszkanko małe, spiżarnia, łóżko, mówi: „Tu będziesz spał, a u mnie będziesz pracował”. Pytałem, jaka praca mnie czeka, a on mówi: „Różna, będziesz krowy pasł”. A matka będzie robiła w polu. I tak było. Na drugi rok, jak przyszła wiosna, ja trochę te krowy pasłem, ale już tak byłem tak zmęczony, że w końcu ktoś mi te krowy zabrał i do swojej stodoły zapędził. Ja lecę do gospodarza i mówię: „Krowy mi ktoś ukradł!”. On mówi: „Nie martw się, znajdziemy te krowy” . Poszliśmy razem obok do gospodarza i te krowy w stodole siedziały. No teraz mówi: „Będziesz musiał, Jasiu, za straty oddać” – bo z krowy zjedli te krowie produkty. No to on mówi: „Nie ma problemu, ja ci to wszystko oddam” . Krowy nam oddał i poszedł do domu. Potem mnie już nie wysyłał na pasanie, tylko w domu pomagałem, przy ziemniakach.

  • I do końca wojny byli państwo na wsi?

Tak, do końca wojny byliśmy. Dopóki 19 stycznia nie rozbili całej drogi prowadzącej do Łodzi. Ogromne ilości czołgów, armat, wycofywały się na zachód, rozbitki, zdziesiątkowani Niemcy. Zatrzymywali się na wsiach na noc. Rozstawiali swoje zaopatrzenie, swoją broń, wszystko na podwórkach było.
Nagle przyjeżdża motocyklista i mówi: „Rosjanie już są w Żyrardowie”. Żeby zbierać się i uciekać z tych wsi na zachód. Panika niesamowita, nieoczekiwanie samoloty rosyjskie i czołgi, tak dużo było tych czołgów rosyjskich i samolotów jak ptaków, tak szli. Było przerwanie centralnego frontu niemieckiego. Wszystkie te armie uciekały na Łódź. Oczywiście, jak już przyjechały czołgi, to miażdżyły na drodze Niemców, bo Niemcy uciekali na wariata. Chowali się niektórzy do stodół pod słomę, niektórzy uciekali samochodami. Cała droga do Łodzi była zniszczona, zasłana Niemcami. Niektórzy, ci co ocaleli, niemieccy żołnierze pochowali się w słomę do stodół, to jak pierwszy atak minął, to wychodzili i poddawali się ruskim. Rosjanie ich do Łowicza... Pytali się skąd, gdzie oni byli, to mówili, że tutaj ocalał, bo niemiecka armia uciekała, a czołgi rosyjskie i samoloty to wszystko miażdżyło.

  • Czy pracując na wsi, mieliście jakieś informacje, co się dzieje w Powstaniu, w Warszawie, czy byliście odcięci od wszystkich informacji?

Wiedzieliśmy, bo warszawiaków przybywało non stop, nie tylko w sierpniu, ale też później. Od nich wiedzieliśmy. Cała wieś, u każdego chłopa był warszawiak i od nich wiedzieliśmy. Zbieraliśmy się w jakimś mieszkaniu i wieczorami rozmawialiśmy na temat Powstania, na temat ataku rosyjskiego na Warszawę. Że nie pomogli nam, że czekali, że Powstańcy liczyli na pomoc od ruskich, ale Stalin zlekceważył Powstańców i nie dał żadnej pomocy. Może trochę wojska polskiego się przedostało na Czerniakowie do Powstańców, ale to garstka była i Powstańcom niewiele pomogli.

  • Co się działo później z panem i pana mamą już po wyzwoleniu, jak już front się przesunął?

Każdy człowiek był uszczęśliwiony na własnym terenie w Warszawie. Matka się zastanawiała, co robić dalej, czy siedzieć jeszcze rok u tych chłopów, czy wracać do Warszawy. Ja doradziłem matce, że jak dostaniemy się do pociągu, to lepiej przyjechać do Warszawy wcześniej. Przyjechaliśmy do Warszawy na jesieni 1945 roku. Jak już wróciliśmy, to widzieliśmy samych trupów, na podłodze, w mieszalniach trupy, ulice były trupami zaludnione [zasłane]. Nie było żadnych dróg, trzeba było przedzierać się przez gruzy, przez barykady.

  • Czy wasz dom rodzinny ocalał?

Nie, nasz dom nie ocalał, bo Niemcy wszystko spalili. Jak tylko nas wysiedlili, to palili dom po domu. Nie mieliśmy żadnego domu. Ale na szczęście było takie jedno mieszkanie, które… To był dom, dobrze zbudowany z takiego wielkiego kamienia, to była Adama Czartoryskiego zajezdnia i tam właśnie było dużo mieszkań. Mury były ze dwa i pół metra i my się tam dostaliśmy. Zajęliśmy mieszkanie. Zburzone były dachy, ale naprawiłem, dach zrobiłem i mieliśmy pokój z kuchnią. A inni ludzie, do innych podobnych mieszkań (jedne były mniejsze, inne większe) ale to było robione, w XVIII wieku, w 1780 kiedy jeszcze Czartoryska mieszkała na Izabelli. Miała tam swój francuski ogród. Tam przyjeżdżali Rosjanie, kiedy Aleksander I żył, to też przyjeżdżał do niej. I inni oficerowie. To był ogród francuskim sposobem robiony, wszędzie były stoliczki, na tych stoliczkach tace z różnymi pieniędzmi, medalami.

  • Jak już mieliście mieszkanie, to z czego się utrzymywaliście?

Mama miała zdolności handlowe. Na rogu Marszałkowskiej i Alei [Jerozolimskich] na ulicach, były stragany. Tam ludzie handlowali herbatą, ciastkami, nawet zrobił sobie kawiarenkę na Marszałkowskiej. Ludzie tam przychodzili na śniadanie. A było pełno warszawiaków, którzy z Pragi sprowadzili artykuły spożywcze. Komunikacji nie było, ale wozy konne. Wołali: „Na Pragę, na Pragę, na Żoliborz”. I ludzie jeździli. Taka była początkowo łączność w 1945 roku, na jesieni. A później to się rozwijało, ludzie (ci handlarze) zaczęli stawiać sobie stargany, nie na cegłach, tylko prawdziwe stargany. I tak się handel na rogu Marszałkowskiej i Alei rozwijał. A ludzie jak przychodzili, to od razu lecieli na bułkę, na herbatkę, na chleb. Przyjeżdżali z różnych rejonów Polski, to musieli być wygłodniali. Pierwszy posiłek to był na rogu Marszałkowskiej, tam gotowali zupy...

  • Czy później po wojnie był pan represjonowany za udział w AK?

A jak! Przyszedł do mnie drużynowy Janek Kozłowski i mówi: „Nie przyznawaj się, że do AK należałeś, bo akowców wszystkich zapakują na kolej i na wschód wywiozą”. Ostrzegał, że nie wolno się przyznawać, że się jest akowcem. Mówi: „Nie wolno. wszyscy już wiedzą, powiadomiłem całą drużynę”. Kto oczywiście przeżył, nie wolno mu było się przyznawać że jest akowcem, absolutnie, żadnych śladów.

  • Ukrył pan to, udało się?

Udało się i przeżyłem. Po dwóch, trzech latach matka starała się... Powstał taki związek demokracji walk. Ludzie, którym poginęli im synowie, mężowie, to tam zwracali się, składali podania różne. Ale wtedy już nie było nagonki na AK.




Warszawa 14 grudnia 2009 roku
Rozmowę prowadził Arkadiusz Seta
Henryk Cieśluk Pseudonim: ,,Kusy” Stopień: harcerz, pomoc zaopatrzeniowa Formacja: Obwód II „Żywiciel” Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter