Henryk Gąska „Ryś Trzeci”

Archiwum Historii Mówionej

Henryk Gąska, pseudonim „Ryś Trzeci”, urodzony 21 czerwca 1924 roku w Wielgolasie koło Warszawy. W Powstaniu walczył w batalionie „Ruczaj” w stopniu kaprala podchorążego.

  • Czym zajmował się pan podczas okupacji?

[Służyłem] w kontrwywiadzie. Uczyli mnie zabijać i jeszcze raz zabijać z bronią, i bez broni. [Nauczyli] mnie zabijać ręką, wypróbowałem na gestapowcu – [zabiłem go]. W kontrwywiadzie uczyli nas dużo o wywiadach świata. Jestem specjalistą od wywiadu niemieckiego. W telewizji było – pułkownik Oster, nieprawda – był to generał Oster zastępca Canarisa. Ten generał nienawidził Hitlera, wyrażał się o nim: „niemiecka świnia”, dosłownie! Później zakończył [życie] w obozie, podobnie jak admirał Canaris. Są pewne rzeczy, że taki pan, który niby wie o wszystkim, a okazuje się, że o tych sprawach najmniej wie albo nie chce wiedzieć, bo może go nie uczyli. Nas uczyli o wywiadzie niemieckim, angielskim, francuskim i sowieckim. Wiem, co to znaczy GRU i co ono robi do dzisiaj. Tak że jak patrzę dzisiaj na tych wszystkich „Ałganowów”, to wiem skąd oni pochodzą.

  • Czyli pan się zetknął z konspiracją po zakończeniu kampanii wrześniowej?

Nie. Do konspiracji wstąpiłem 20 listopada. Byłem już w niewoli niemieckiej. I miałem możliwość leżeć na Unter den Linden. Będąc małoletni, [przed wojną] byłem w Szkole Pilotów w Bydgoszczy. Brałem udział w [kampanii] 1939 roku i kiedy zostałem ranny w nogę leżałem w [szpitalu] w Kampinosie, który był w polskich rękach. Przerzucili mnie przez Wisłę do Modlina. Tam, gdy była kapitulacja [ktoś] powiedział: „Z Bydgoszczy”. Jak Niemiec usłyszał: Bromberg, to wszyscy rechts a ja links. Trafiłem do siódmego fortu w Poznaniu. Nie wiedziałem, co to jest gestapo – dzieciak piętnasto-, szesnastoletni nie ma pojęcia. Miał jeden pagon, ładne choleweczki poprosiłem go… bo noga mi puchła, żeby mi dał jakieś [lekarstwo]… A on mnie kopnął i ze dwa metry poleciałem od niego. Ponieważ to był październik a jeszcze był Verwaltung Wehrmachtu i był inspektor Wehrmachtu w randze majora lotnictwa, zobaczył mój mundur – podobny do niemieckiego – też był siwy z pagonami i wypustkami na rękawach. Mówi po niemiecku: Wovon bist du? – Fliegerschule! Von Fliegerschule? Bromberg? – on wiedział nawet. Udawałem, że nie znam za bardzo niemieckiego. Mówi do gefreitra: „Zabierz go stąd”. I poleciał. Za półtorej [godziny] przychodzi gefreiter i mówi: Von jetzt nicht verstehen Deutsch. „Ja będę za ciebie [na] wszystko odpowiadał”. Jak on tak powiedział to dla mnie było to najważniejsze. Zaprowadził mnie na wartownię. Tam byli gestapowcy, on z nimi rozmawiał. Przychodzi gestapowiec i zaczyna do mnie mówić: Verstehst du?. Macham [rękami]: Nicht, nein, nein. Robiłem głupie miny, że nic nie rozumiem. Pytał mnie: „Skąd jestem? Jak się nazywam?”. Ja to samo. Nareszcie odszedł ode mnie. [Gefreiter] przyszedł do mnie. Wziął mnie za kołnierz i poszliśmy na Soldatenschein – stację Poznań Główny. Mówi: „Siedź tu, ja ci przyniosę jeść i chleba” – byłem bardzo głodny. W tym forcie o chlebie to nie było nawet co mówić. Tam poznaniaków było dosyć dużo. Minęła godzina dwunasta, on mówi: „Teraz już nie jedz”. On przyniósł menażkę jedzenia – dobrej zupy, nie byle jakiej [ale] niemieckiej, chleba kawał. Mówi: „Nie jedz teraz, bo będziemy [szli] na pociąg”. Wychodzimy na peron, patrzę jest major, pisze [gefreiterowi] rozkaz. Major nie mógł jechać razem w drugiej klasie, tylko w pierwszej. Tak jak przed wojną oficerowie polscy, tak i oficerowie niemieccy. Podoficer nie mógł jechać razem z oficerem w tej samej klasie. Wypisał mu – tak rozumiałem – Bezugschein – tak on to nazywał i wsiadł. Ten major się uśmiechnął do mnie. Okazało się, że pojechałem do szpitala polowego niemieckiego Unter den Linden – to jest najpiękniejsza ulica Pod Lipami w Berlinie, gdzie jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych i wszystkie najważniejsze urzędy. Siostra od razu zobaczyła zropiałe rany. Przyszedł stary lekarz – patrzę ma dwie gwiazdki, czyli pułkownik. […] Pułkownik kazał opatrzyć rany – dobrze robił. Siostra – osiemnasto-, dziewiętnastolatka przyniosła kawałek chleba, coś do jedzenia i mówi: Frisst du! – „Żryj!”. Ociągałem się i nie zjadłem. Mówi po niemiecku: „Co, nie jesteś głodny?”. Udaję, [że nie rozumiem]. Wzięli mnie do pokoju, gdzie było dwóch lotników, którzy zostali postrzeleni nad Mławą. Opowiadali przez całą noc jak strzelali do polskiej ludności. Ale najpierw mówią: Verstehen Sie Deutsch? – [dalej] udawałem wariata. Rękoma rozmawiałem a nie ustami. […] Po dwu dniach odchodzę i mówię do siostry i oficerów lotnictwa: Danke schön für alles. Auf Wiedersehen!. Jak się poderwali, że tyle gadali, a ja udawałem, że nie znam niemieckiego. Efekt był piorunujący – chodzili [w zdenerwowaniu] po pokoju nim odszedłem ze swoimi pakunkami, bo żołnierz na mnie czekał i dostałem się do VII stalagu. Znajdował się on w lesie pomiędzy Żaganiem a Żaram. Całe [lata] 1939 i 1940 pracowałem w lesie. Starszym obozu był [człowiek] z 30. Pułku Piechoty Ostrów Wielkopolski.

  • Czym się pan zajmował w konspiracji, za co był pan odpowiedzialny?

Uczenie się i obserwowanie. Dokładny przydział: obserwować dowódców. Kontrwywiad wszystkich obserwował. Dlatego kiedy był aresztowany generał „Grot” od razu wiedzieli, kto za nim szedł. Ten pan, który jego znał z 1920 roku – to był aktor albo ktoś związany z kulturą. Myśmy wiedzieli i na ulicy Ciepłej, jeszcze nie mieliśmy wyroku śmierci na niego, ale nie mieliśmy jak dzisiaj aresztu, w piwnicy został zastrzelony.

  • Gdzie pan przebywał 1 sierpnia 1944 roku?

W Warszawie. Czekaliśmy. Kontrwywiad wiedział. Myśmy czekali na godzinę „W”. Była ona odkładana z dnia na dzień. Miało być Powstanie 30 lipca. Później odkładano jeszcze. Myśmy czytali szmatławce niemieckie: tam wyskoczył – mianował się generałem – pułkownik Armii Ludowej, który powiedział, że obejmuje komendę. Niemcy to czytali. Sprowokował, że nie było pełnego zaskoczenia. Niemcy też czytali te [gazety], a gestapowcy niektórzy pierwszorzędnie znali język polski, bo kończyli polskie szkoły w Poznaniu. Gestapo było [nie] tylko niemieckie, było [tam] dużo folksdojczów.

  • Jak pamięta pan wybicie godziny „W”?

Bardzo nerwowo. Młody człowiek wie, że mamy iść i zdobyć ambasadę czeską na Koszykowej. […] Każdy młody człowiek liczył się [z tym], że za godzinę może nie żyć. Za godzinę wielu moich kolegów było już rannych. Jak się ma dwadzieścia lat, nie łatwo się pogodzić ze śmiercią. A trzeba było iść, bo [był] rozkaz. […] Rozkaz – masz iść bez względu na… Wtedy myśmy zdobyli siedemdziesięciu dziewięciu jeńców, ale i nas pokiereszowali.

  • Czy był pan uzbrojony podczas ataku?

Miałem granaty i pistolet „siódemkę” z podwójnymi nabojami.

  • Pańscy koledzy również byli uzbrojeni?

Był jeden duży erkaem, [koledzy] mieli tylko granaty. Trzech nas zdaje się miało tylko pistolety, a reszta granaty i erkaem. Z tym, że z innego plutonu podeszli pod bramę i wysadzili ją w powietrze. Jak my wskakiwaliśmy na podwórze, to mieliśmy już prostą drogę, bo oni się wycofali, czołgali. Myśmy przeskakiwali… Niemcy wszelkie swoje ośrodki, gdzie byli, osłaniali drutami kolczastymi. Myśmy lecieli przez druty kolczaste, to nie było takie proste.

  • W jakim rejonie Warszawy pan walczył?

W Śródmieściu, tak jak batalion, bo należałem do 1. kompanii, I Batalionu imienia Stefana Okrzei. Nie mogłem zmieniać … mogłem jedną rzecz – nie pójść na front. Sam się zgłosiłem do pułkownika Pfeiffera to był mój dowódca 28. Dywizji – niemieckie nazwisko – pseudonim „Radwan”. Nie chciałem być, bo mogłem się na tyłach zagrzebać. Powiedziałem: „Skończyła się konspiracja, idę jako ochotnik na front”. Mogłem zostać w swojej jednostce kontrwywiadu.

  • Wspomniał pan o kilkudziesięciu jeńcach niemieckich wziętych do niewoli przez Polaków?

Tak.

  • Jaka była ich postawa, gdy znaleźli się w niewoli?

Bardzo zła, byli przygnębieni. Udawali panów, gdy mogli strzelać do Polaków jak do kaczek. W niewoli byli niczym. Rozmawiałem z majorem, który mi wszystko opowiadał. Bał się jak dzieciak, że mu w łeb strzelę. […] Znalazł się jeden Pan Młody [w wieku] pięćdziesięciu blisko lat. „Tego to trzeba zabić”. Mówię: „Oddał broń! Oddał! Trzeba było strzelać, kiedy miał broń. Ale kiedy oddał to jest jeniec w myśl paragrafu konwencji genewskiej i nie masz prawa w ogóle go ruszać. Chyba, że on będzie ci stawiał opór, wtedy tak. [Gdy on ma] broń możesz robić co chcesz, ale kiedy on jest potulny, to co ty masz do niego”. Major był potulny. Major – kapralowi podchorążemu gotów [był] służyć wszystkim – nawet buty czyścić. Jak zobaczył, że czyszczę buty to złapał byle co i chciał mnie buty czyścić.

  • Czy w późniejszym okresie Powstania miał pan kontakt bojowy z żołnierzami niemieckimi czy może z przedstawicielami innych narodowości?

Nie, bo byłem ranny w pierwszych dniach [Powstania]. Jak dostałem dwie kule. Brakuje mi piątego żebra, leży gdzieś w Warszawie. Lewe płuco przestrzelone dwiema kulami i lewa ręka po gangrenie. […]

  • Kiedy pan znalazł się w szpitalu?

2 [sierpnia]. Leżałem trochę wykrwawiony, bo nie było jeszcze dobrych punktów sanitarnych, w szpitaliku gruźliczym. [Ponieważ] straciłem dużo krwi, to dostałem zastrzyk. Były dwie ręce: moja i tej pani, ona miała zerową grupę krwi i ja też. Jej dwadzieścia centymetrów, to nazywała się transfuzja. [Odbywało się] to przy huku bomb. Jak ostatnia … to bomba rąbnęła. Wszyscy lekarze uciekli, zostałem sam. […] Głowę mi porozbijało [do tej pory] mam znaki. Głowę porozbijały mi cegły lecące z boku, a całe szczęście, że strop był drewniany. To była nieduża kamieniczka, wewnątrz nie od ulicy, taka jakby przybudówka.

  • Jak długo był pan hospitalizowany, czy już do końca Powstania, do kapitulacji?

Do końca. Do niewoli nie mogłem pójść, bo się przyplątało dużo rzeczy. Po transfuzji trochę mnie jeszcze trzymali, ale zapalenie płuc i gangrena się wdała z brudu. Chcieli mnie rękę oderwać. Lekarz się pytał. Mówię: „Nie! Jak będę nawet nieprzytomny niech pan nie rusza, bo albo opluję albo pana zabiję”. Zdenerwował się, wyciągnąłem pistolet i mówię: „Widzi pan, ja śpię z pistoletem i tutaj ja rządzę”. Miałem cały czas pistolet… Powiedziałem, żeby mnie ręki nie odejmowali, bo mam dwadzieścia lat albo życie z ręką albo… Rzeczywiście późnej po wojnie ona, jak podnosiłem to nerwy były poodrzucane. […] Później byłem w 1947 roku na operacji w warszawskim szpitalu na Woli. Tam mnie powiązali [nerwy], później zaczęła dobrze się [goić]. Z czasem, gorsza, ale moja własna ręka. Uratowałem ją.

  • Jakie były warunki w szpitalu, jeśli chodzi o odżywianie?

Tak samo jak w Niemczech. Chleba myśmy nie mieli, jedzenia nie mieli. Kasza „pluj” […] Jęczmień – pełno było w browarach Haberbuscha i Schielego na [ulicy] Grzybowskiej. Jęczmień mielili na maszynce od mięsa. Kłosy połamali, to gotowali. Jak się jadło, to krew leciała, bo podniebienie [było ranione] – ale jeść trzeba coś. Cukru było do woli, że po wojnie z pięć lat nie chciałem herbaty [z cukrem]. Przyzwyczaiłem się, pięć lat cukru nie znałem, dla mnie cukier to był wróg, podczas okupacji nie jadłem, ale podczas Powstania [objadłem się] niesamowicie. Jak to się mówi po warszawsku: „Cukier krzepi, wódzia lepiej”. Wódki nie mogłem pić, bo nie lubiłem […]

  • Jakie nastroje, jaka atmosfera panowała podczas dwóch miesięcy Powstania w szpitalu?

Przygnębiająca, jak ktoś umierał – to było często. Do dzisiaj na Marszałkowskiej 42 odwiedzam własny grób. Mam ostatnie namaszczenie, jak się obudziłem, to świece trzymali i ksiądz tu oleje i w nogi [nakładał]. Koledzy odchodząc, a trudno było kopać grób, bo wszelkiego rodzaju miejsca w kamienicach były brukowane, oni mnie wykopali grób na wszelki wypadek … Nie dałem się. [Był] młody człowiek siedemnaście, osiemnaście lat, matka go przyniosła, dostał w czoło, leżał nieprzytomny i umarł w nocy. Matka nie wiedziała, gdzie go pochować, przyszła do mnie i powiada tak: „Tam pan ma grób, mój dzieciak będzie na spodzie a resztę zostawię. Możecie razem, tam, w razie czego być”. Mówię: „Bardzo dobrze”. Zgodziłem się. Do dzisiaj na ten grób Marszałkowska 42 przychodzę. Trochę dalej się wchodzi, bo teraz jest nowy gmach, tamten był cały rozwalony. Przychodzę na własny grób, który był dla mnie wykopany, a ktoś inny był [pochowany].

  • Zabawna historia, ale dopiero po latach.

Po latach to zabawna historia, taka była prawda. Kopali groby byle gdzie, na jakichkolwiek skwerach, w środku kamienicy, gdziekolwiek były groby. Tyle tysięcy ludzi zginęło. Około dwieście tysięcy ludzi zginęło. Nas powstańców – żołnierzy zginęło chyba siedemnaście, osiemnaście tysięcy. […]

  • Jak pan się czuł, kiedy dowiedział się o kapitulacji Powstania?

Źle, bo myśmy liczyli, że mogą nas Niemcy rozstrzeliwać. […] Później dopiero dowiedzieliśmy się, że [Erich] von dem Bach Zelewski dotrzymuje umowy, ale z początku… Ze mną leżał późniejszy ksiądz, znają go tu, leżał na ulicy Czerniakowskiej. Gestapowiec przechodził od łóżka do łóżka i walił [strzelał] w łeb rannych. On tu go trafił, zniszczył mu ucho i tu mu przeszła kula. Udał [martwego], zalał się krwią – to myślał pijany, czy nie, i już do niego nie wracał, tylko szedł dalej i po łóżkach strzelał. On był ze mną w Zeithaimie w jenieckim szpitalu wojskowym, to mi opowiadał. Po wojnie tu [we Wrocławiu] był księdzem, ze mną rozmawiał, on już nie żyje. Tego, który miał ucho [rozwalone] tutaj znają we wrocławskiej [kurii] biskupiej. Myśmy się z tym liczyli. Kiedy nas Niemcy wywozili na Towarową przy Okopowej tam były podstawione bydlęce [wagony], jeszcze gorzej, bo była słoma po bydlętach, nas tam kładli. Artyleria sowiecka tam waliła i mało nas nie rozwaliła. Całe szczęście, że drugi wagon był pusty. Niemcy pomimo wszystkiego – to teraz mówię jako odpowiedzialny żołnierz – nas zabierali. Jak napełnili świński wagon od razu odsyłali nas tym wagonem czy dwoma do Pruszkowa, żeby artyleria sowiecka nie uderzała w nas. [Dalej] prowadził nas kapitan Wehrmachtu, to był bardzo dobry człowiek. Jechaliśmy przez Leszno Wielkopolskie, a nam dali na drogę po pół litra spirytusu, żeby samemu w drodze rany przemywać. Jak przyszli folksdojcze z Leszna. [Mówią:] „Wy podpalacze, bandyci warszawscy…”. Z następnego wagonu ktoś wyrwał pół litra spirytusu rąbnął jakiemuś folksdojczowi w łeb, rozwalił mu łeb! Zobaczył to kapitan. Mieliśmy jechać na Wschowę. Zobaczył, że tamci polecieli po gestapo, zdawał sobie [sprawę], że jak gestapo przyjdzie, to nas rozczłonkuje. Wyjął pistolet i podskoczył do [maszynisty] prowadzącego parowóz. Powiedział: „Jechać na Wrocław!”. Tam droga była wolna. Jechaliśmy zamiast na Wschowę to do Wrocławia. Przez Wrocław wyjechałem do niewoli, wracałem przez Wrocław. 6 maja 1945, jak się sami uwolniliśmy, byłem we Wrocławiu, wracałem do kraju. Jeszcze słyszałem strzały [w mieście] nie puszczali nas do środka Wrocławia, byłem na dworcu Nadodrze.

  • Czy po wojnie był pan represjonowany za swoją działalność?

Niejeden raz się siedziało w UB. Są dwa piętra na Podwalu [ulicy we Wrocławiu], tam gdzie teraz jest policja. UB ma dwa piętra, co ich nie widać, pod spodem. Żelazne kraty, tam się trzymało ludzi. Chodził ubek i patrzył. Żelazne kraty, tam nie było ścian, tylko kraty. Nie jeden raz tam siedziałem. Ponieważ nie przyznałem się do jednej rzeczy, że byłem w kontrwywiadzie. Nie ma mowy! Jak „mojego” Feildorfa, generała „Nila” powiesili, to mnie by za nim. [Przyznałem się] tylko, że byłem akowcem, ujawniałem się jak ujawniał się Mazurkiewicz „Radosław” w Banku Gospodarstwa Krajowego w Warszawie róg Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Ujawniłem się, podałem stopień, mało tego: upominałem się o oficerów 8 dywizji, co wywieźli Sowieci – bo ich znałem. Jeden leży na Sempolnie – Tadeusz Brauliński – on nie jest oficerem tylko też [był] wywieziony. W Warszawie leży „Reda” – kapitan zawodowy przed wojną i wykładowca w Zawodowej Szkole Podchorążych. O nich się upominałem, bo jak myśmy zdawali broń, jak wróciłem, to mieliśmy z powrotem broń, nie tak łatwo z nami było. Należałem [potem] do „Wichury”, dla wielu to była „banda”, ale dobrze zorganizowana, która rozbiła Rembertów. Pomagałem to zrobić.

  • Proszę powiedzieć, jakie było najlepsze wspomnienie z okresu Powstania?

Żadne, bo zawsze to przykre dlatego, że Powstanie się źle skończyło, że tylu kolegów zostało zabitych i że ja sam nie jestem taki jak byłem - młody, elegancki, wtedy [miałem] czarną czuprynę. Później przyjechałem do Wrocławia, zacząłem studia, byłem na drugim roku. Dostałem kopniaka! W 1949 roku wyleciałem. Profesorowie nawet partyjni ze mną rozmawiali z Wyższej Szkoły Ekonomicznej. Pamiętają to. Bojąc się, żeby kogoś w UB […], bo to było jeszcze w 1989 roku, to jeszcze tak nie było można, jak dzisiaj, opowiadać o powstańcach. [...] Dziękujemy za rozmowę.



Wrocław, 1 kwietnia 2005 roku
Rozmowę prowadził Jacek Staroszczyk
Henryk Gąska Pseudonim: „Ryś Trzeci” Stopień: kapral podchorąży Formacja: Batalion „Ruczaj” Dzielnica: Śródmieście Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter