Irena Gościcka

Archiwum Historii Mówionej
  • Czy pamięta pani wybuch wojny?

Pamiętam.

  • Jak się pani dowiedziała o tym, że wybuchła wojna? Jak to wyglądało?

Mieszkałam w małej miejscowości Goworowo. Dowiedziałam się, że wybuchła wojna. To była mała miejscowość, żydowskie miasteczko. Mój ojciec miał aptekę. Była mania uciekania, wszyscy zaczęli się pakować i uciekać. Żeśmy się spakowali na wóz [i] wyjechaliśmy z miasteczka. Później żeśmy uciekali, ale Niemcy nadchodzili i palili. Pamiętam tylko, że uciekaliśmy przez wsie, [one] były palone, ale później zaczęliśmy wracać. Jak żeśmy wrócili do miasteczka, cały dom był spalony przez Niemców. To było żydowskie miasteczko, dużo było Żydów. W ogóle całe miasteczko było spalone, dlatego że była specjalna ekipa Niemców, chodzili przez małe miasteczka. Chodziło o Żydów. [Ja] byłam tam [jak] już było po tym wszystkim, tylko z opowieści [wiem], że jak Niemcy weszli do tego miasteczka, to zamknęli Żydów w bożnicy, podpalili bożnicę razem z Żydami. Później zaczęli [Żydzi] z bożnicy wyskakiwać przez okna, tam była rzeczka. Polaków też wyrzucili do jakiegoś lasku, w jakieś doły, ale już tego nie pamiętam. Jak żeśmy wrócili, to wszystko było spalone i Żydów już nie było. Oni uciekali przez rzekę, Niemcy ich wystrzelali.

  • W którym roku przeniosła się pani do Warszawy?

To, co mówię, to było w 1939 roku. Później się przeniosłam do Ostrołęki, bo nie mieliśmy gdzie mieszkać. Później była okupacja w Ostrołęce, zaczęli wyłapywać młodzież, wysyłać na roboty do Niemiec. Kuzynka przyjechała [ze Śląska]. Ostrołęka to była Rzesza.

  • Potem przenieśli się państwo do Warszawy?

Później pojechałam na Śląsk do kuzynki, bo to było tak, że mogłam pojechać z Rzeszy do Rzeszy. Ostrołęka to były Prusy, a Śląsk to nie Gubernia. W każdym razie pojechałam. Z pół roku byłam, zaczęli znowu wysiedlać, pojechałam do Warszawy. W Warszawie zapisałam się do szkoły.

  • Co to była za szkoła?

Szkoła była bardzo ciekawa. Niemcy na swój użytek chcieli mieć widocznie chemików. Jedna to była szkoła Zaorskiego, szkoła medyczna, przez Niemców założona, oficjalna szkoła, a nasza była chemiczna. Do szkoły przyjmowali oficjalnie niby po czterech klasach gimnazjum. Nie miałam tych czterech klas skończonych. [Przyjmowali na podstawie trudnego egzaminu z chemii, fizyki]. Nauczyciele w tej szkole byli z politechniki, z wyższych uczelni. W szkole pięćdziesiąt procent było tych, którzy byli po maturze, [tam] były laboratoria oficjalne. Oficjalnych laboratoriów nie było, jak ktoś studiował na tajnym uniwersytecie, wtedy był bez tych laboratoriów. Chemia bez laboratorium, to co to jest? Był strasznie wysoki poziom. Byłam po czterech klasach gimnazjum, tak że się namiętnie uczyłam. Później dostałam świadectwo. Potem wybuchło Powstanie. [Opiszę ciekawy epizod dotyczący szkoły chemicznej do której uczęszczałam i którą ukończyłam jako technik chemik w lipcu 1944 roku. Szkoła mieściła się na ulicy Hożej 88, później Niemcy przenieśli ją do innego domu w okolicy Hożej przy Kruczej – miejsca nie pamiętam. Tego pamiętnego dnia przyszliśmy na lekcję jak zwykle o godzinie ósmej rano. Rozmawiałam z koleżanką, która pokazywała mi składaną kartkę, na której były trzy świnie, a po złożeniu ukazywała się twarz Hitlera. Nagle do klasy wpadli Niemcy, wrzasnęli „Hände hoch!” i rozpoczęli bardzo dokładną rewizję. Potem pędzili nas na piętro, gdzie stały już inne klasy i kazali zdejmować pończochy, a osoby przy których coś znaleźli, były odstawiane i specjalnie pilnowane. Przy spędzaniu na podwórko na schodach zrobił się straszny tłok. Nagle wszczęli alarm, że zginął jakiś chłopak specjalnie pilnowany, mający ważne, obciążające materiały. Trzymali nas zgromadzonych na podwórku bardzo długo. Ulica była zamknięta dla przechodniów z dwóch stron. Przeszukali strychy, piwnice, śmietniki, grozili, że jak się nie znajdzie to wszystkich zastrzelą. Nie znaleźli go, a po paru godzinach nas wypuścili. Aresztowali dyrektora i parę osób z kierownictwa. Podobno w szkole w godzinach pozalekcyjnych, korzystając z laboratoriów chemicznych szykowana była broń użyta później w Powstaniu Warszawskim. Koleżanka, u której znaleźli podczas rewizji składankę Hitlera ze świniami opowiadała, że nie została odstawiona, gdyż pocztówka tak się dwóm Niemcom podobała, że ze śmiechem wsadzili ja do kieszeni. Czterdzieści lat później, gdy jako emerytka pracowałam w aptece na pół etatu, do apteki przyszedł mężczyzna w którym rozpoznałam tamtego chłopca ze szkoły. Był chemikiem. Pytałam go jak mógł wtedy tak zniknąć. Opowiedział mi, że gdy nas tak pędzili w tłoku po schodach, Niemiec na chwilę się odwrócił, a on przechodził koło drzwi z napisem „biblioteka”, pchnął drzwi i znalazł się w bibliotece. Przerażona bibliotekarka wypchnęła go na kuchenną klatkę schodową i pobiegł na strych na którym było pełno starych rupieci. Schował się za workiem gotowy, że jak znajdzie go Niemiec to on go udusi, aby nie dostać się w ich ręce. Po godzinie w drzwiach stanął Niemiec ale nie chciało mu się szukać. Z dołu usłyszał głos drugiego Niemca – „No i co”, a ten odpowiedział: „Nikogo tu nie ma” i wyszedł. Przesiedział na strychu całą noc, a rano wyszedł i wyjechał do innego miasta. Niemcy kilkakrotnie przychodzili do szkoły pytając o niego. Potem wybuchło Powstanie, a świadectw ukończenia szkoły prawie nikt nie odebrał, gdyż były wystawione 15 lipca. – tekst dopisany przez rozmówcę, nieobecny w nagraniu wideo].

  • Jak pani pamięta wybuch Powstania?

Wybuch Powstania? To był tak: tego dnia pojechałam na Żoliborz, bo uzupełniałam łacinę do szkoły na jakichś kursach. Po południu wyjechałam. Powstanie miało wybuchnąć przedtem, ale przełożyli. Wszystko było chwiejne, nikt dobrze nie wiedział, kiedy wybuchnie Powstanie. Pojechałam na lekcję. Nie dojechałam, bo zaczęła się strzelanina. Jak się zaczęła strzelanina, to tramwaj wrócił. Za dziesięć piąta chyba wysiadłam na rogu Marszałkowskiej i Hożej. Myślę sobie: „Trzeba lecieć do domu!”. Przebiegłam przez Marszałkowską i się okazało, że nie mogę wrócić do domu, bo z Nowogrodzkiej – Urząd Telekomunikacyjny na Nowogrodzkiej od samego początku był zajęty przez Niemców – był ostrzał do końca Powstania. Przeleciałam przez Marszałkowską. Powiedzieli mi, że już strzelają. Na Wspólną się musiałam dostać, stanęłam niezdecydowana. Później wyskoczył Powstaniec, powiedział: „Za pięć minut się rozpoczyna Powstanie!”. Wszyscy byli na ulicy. „Kto ma blisko do domu czy do rodziny, może jeszcze zdążyć przez te pięć minut”. Miałam kuzynów na Hożej 72. Ponieważ bym nie doleciała na Wspólną, wpadłam do bramy, brama się zamknęła. W bramie naprzeciwko, gdzie jest Hoża 51, było już przez Polaków wszystko przyszykowane, już siedział Powstaniec i strzelał w stronę Emilii Plater.

  • Jaki był stosunek państwa, jako ludności cywilnej, do Powstańców?

Entuzjastyczny. Zobaczyłam tego Powstańca… Strzelali, był bunkier zaraz przy Emilii Plater i w tym bunkrze stale siedzieli Niemcy. Jak się rozpoczęło Powstanie, to oni zaczęli strzelać w tą stronę. Wyszedł sąsiad i wytknął głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Od razu go postrzelili, upadł trup. Żeśmy go wciągnęli do środka. Doszliśmy [do wniosku], że trzeba bramę zabarykadować. Ponieważ było tam wydawnictwo i było bardzo dużo książek, żeśmy bramę zabarykadowali na amen.

  • Książkami?

Książkami cała brama była zawalona, już do końca Powstania było wszystko zamknięte, nie można było wychodzić na ulicę.

  • Mieli państwo jakieś inne wyjście?

Wyjścia nie było, tylko się zaczęliśmy zastanawiać… Były stoliczki postawione, byli Powstańcy u nas w bramie. Poszłam i powiedziałam, że chcę brać udział w Powstaniu, żeby mi dali jakąś funkcję. Powiedzieli, że na razie nie, bo nie jestem przeszkolona – ani łączniczka, ani sanitariuszka. Jeżeli się będzie Powstanie rozwijać, to mi dadzą znać.

  • Dostała pani jakąś funkcję?

Nie, nic nie dostałam, dlatego że się później wszystko rozeszło. Było zabarykadowane i zostaliśmy. Wszyscy się zaczęli zastanawiać, co dalej robić. Nie będzie można przechodzić ulicą w ogóle, tylko siedzieć. Ktoś wpadł na pomysł, żeby przebijać ściany z piwnic, że się będzie przechodziło piwnicami z podwórka na podwórko. Tak że się wszyscy zabrali za przebijanie ścian. To były strasznie grube ściany. Cały czas się waliło młotami. Poprzebijali ściany, tak że później można było przechodzić w stronę Marszałkowskiej piwnicami. Ponieważ matka mieszkała naprzeciwko (Wspólna 64), myślę sobie, że mogłabym jakoś dać jej znać. Jak było już wszystko poprzebijane, to poszłam. Ponieważ jest Hoża, a zaraz była Wspólna, mogłam przejść piwnicą na drugą stronę Wspólnej. [Po jednej] stronie Wspólnej byli Polacy, a po drugiej stronie Wspólnej byli Niemcy. To jest ciekawa historia, dlatego że Polacy strzelali na tamtą stronę, do Niemców, a Niemcy strzelali do Polaków, na tą stronę. Poszłam piwnicą, weszłam do pokoju. Byli tam chłopaki, okno było otwarte. Niemcy zachowywali się zupełnie inaczej, bo oni wszystko na rozkaz. Przychodzili do mieszkań, gdzie mieszkali Polacy, strzelali w dzień, Polakom nic nie robili [złego], a później na noc wychodzili. Chłopak się odsunął [od okna]. Naprzeciwko było mieszkanie, gdzie mieszkałam. Zaczęłam wołać, wyszła mama na balkon, pomachałam ręką, że jestem, żeby nie myślała, że jestem na Żoliborzu. Nietypowo się Niemcy zachowywali, bo jak Niemcy zajmowali jakiś dom, wtedy rzucali granaty do piwnicy. W piwnicy zabijali ludzi, w ogóle nie można było ani głowy wystawić, ani nic. [Tu] to taka była strzelanina, że ci do tych, ci do tamtych, właściwie bez żadnego efektu. W końcu, po kilku dniach, Polacy doszli do wniosku, że trzeba to [miejsce] zlikwidować, bo po co strzelać. Ani to placówka, ani to nic. W nocy, jak Niemcy opuścili Wspólną i poszli sobie [do swoich, Powstańcy] przeprowadzili cichutko ludność na tę [przeciwną] stronę. Później tamten dom był spalony. W każdym razie oswobodzili się od Niemców i od strzelania.

  • Potem miała pani kontakt ze swoją rodziną? Wtedy nie dotarła pani do najbliższej rodziny, a czy później pani ich spotkała?

[Moja matka z wujem została przeprowadzona przez Powstańców na drugą stronę Wspólnej, stąd można było przejść piwnicami na Hożą 72 i tam byliśmy razem do końca Powstania]

  • Czy ktoś z pani rodziny brał czynny udział w Powstaniu?

Nie, tutaj nie miałam rodziny. Była matka, wuj. Wuj był już starszy. Właściwie byłam jedna.
  • Kto pani towarzyszył podczas dni Powstania?

Podczas dni Powstania przede wszystkim zaczął się obstrzał „krów”. U nas się mówiło „krowy”, gdzieś się mówiło „szafy”, granatniki. Jak zaczęły walić, to wszyscy się przenieśli do piwnicy. To było słychać tak, jakby krowa ryczała. Później walili, dom się rozwalał. Mówili, żeby przy framudze stawać, dlatego wszyscy poszli do piwnicy. W piwnicy byłam jeden dzień, ale myślę sobie: „Co będę w piwnicy robić?”. Wyszłam z piwnicy.
Później to można powiedzieć, że byłam sama i sama działałam, latałam. Była taka sprawa, że na przykład stali na podwórkach i wołali, kto chce pomagać, bo kogoś zasypali, trzeba było lecieć. Potem się zbliżyli, po kolei zajmowali dalsze domy, niszczyli. Doszli do rogu Poznańskiej, do rogu Hożej, Emilii Plater. Była tam lecznica Świętego Józefa, teraz też jest szpital, były zakonnice. Był [tu] szpital Powstańców. Stanęli na podwórku, zaczęła się bitwa. Były lokalne bitwy. Zaczęli wołać, że się pali, że szpital trzeba ewakuować, kto żyw, kto może, żeby wynosić chorych. Poleciałam, wtedy rzeczywiście było bardzo niebezpiecznie. Wiem, że trzeba było przez dwa czy trzy podwórka lecieć w czasie strzelaniny. Ogień, strzelanina. Przebiegłam przez trzy podwórka, wpadłam do szpitala. W szpitalu leżeli ranni. Zakonnice stały i mówiły: „Brać ciężko rannych”. Od razu stanęłam przy łóżku chłopaka Powstańca, który miał amputowaną nogę. Wyskoczył na jednej nodze, złapał mnie się, przykleszczył się i żeśmy ruszyli. On mnie trzymał, ja go trzymałam, na jednej nodze skakał po szkle. Trzeba było z nim razem znowu przebiec przez podwórka, gdzie strzelali. Byłam bardzo odważna, mnie do głowy nie przychodziło, że mogą mnie ustrzelić. Po prostu taką miałam odwagę, wiedziałam, że mi nic się nie stanie, jak wariatka. Żeśmy przelecieli razem z nim przez trzy podwórka, zostawiłam go i wróciłam. Jak wróciłam, to byli jeszcze ciężko ranni, dużo osób [ich] nie wynosiło. Z ciężko rannymi było całkiem tragicznie, dlatego że nie było noszy. Brało się tylko dwa drągi i pled, na pledzie się kładło ciężko rannego. Już nie lecieliśmy górą, tylko piwnicami. Otwory były małe, ciężko było wepchnąć nosze. Powstaniec, cośmy się tak z nim natrudzili, był ciężko ranny, a tu się musiał ruszać. Co to były za nosze? Żadne nosze. W końcu, jak żeśmy go ponieśli już dalej, to umarł. Później jeszcze raz wróciłam. Już rannych nie było. Wiem, że był jakiś smalec. To było to coś nadzwyczajnego! Zakonnice miały garnki smalcu. Wynosiłyśmy trochę jedzenia, co się zostało. Później, w końcu się okazało, że [ten dom się nie spalił], tylko koło tego [domu] się paliło. Mogło się zająć. W tym brałam udział.
Potem można było się przedostawać na drugą stronę Marszałkowskiej. Tam już była dzielnica, gdzie można było chodzić normalnie, już nie piwnicami. Przebiegałam na drugą stronę, była ulica Chmielna, Krucza. Ciągle trzeba było odgrzebywać, dlatego że były bombardowania i było dużo rannych po bombardowaniach. Trzeba było ich wyciągnąć, trzeba było ich odgrzebywać. Stawały takie [osoby], jedna osoba odgrzebywała rękami to wszystko. Jak była kamienica rozwalona i trzeba było odgrzebywać, wszystko się chwiało, mogło w każdej chwili się zawalić. Pamiętam, jak żeśmy odgrzebywali jednego, to głowę tylko było widać. Żeśmy łańcuszek zrobili, rękami się go odgrzebywało. Później tamci brali dalej, wysypywali ziemię, wszystko się odsuwało. On się tylko pytał o swoją rodzinę, a cała rodzina zginęła, tylko on jeden został. W końcu, jak żeśmy go odgrzebali, to umarł, widocznie już organizm nie mógł tego wytrzymać.
Kiedyś, jak przebiegałam przez ulice, przez podwórka, na jednym podwórku – to było na Złotej, było kino „Palladium” – było zbiorowisko jeńców niemieckich. Niemcy zbombardowali tych jeńców, ale to było w trakcie bitwy. Byli wyciągnięci i położeni na podwórku. Nie było nikogo, tylko Niemcy w strasznym stanie. Wiem tylko, że jak przebiegałam, to stanęłam. Jeden mnie wołał: Wasser, Wasser, Kamerad! – to znaczy: „wody” i „kolega”. Jak pochyliłam się nad nim, całą twarz miał obdartą ze skóry, były powbijane kamienie. A on znowu chciał Kamerada. Miał poobrywane uszy, całą klatkę piersiową [wgniecioną]. Agonia, czterech umierających Niemców. Pobiegałam na górę – były jakieś schody – po wodę. Przecież nie miałam wody, w ogóle nic nie miałam, tylko miałam chustkę do nosa, nic więcej. Pobiegłam do mieszkania, mieszkanie było puste, bo ludzie uciekli stamtąd. Był czajnik i w tym czajniku było troszeczkę wody. Wzięłam jakiś garnuszek z tą wodą, dałam mu pić. Później zaraz – ponieważ nic już nie miałam do roboty, dlatego że nic nie miałam, ani gałganka, zresztą to się już nie nadawało do niczego – pobiegłam dalej, bo już krzyczeli, że znowu kogoś trzeba wyciągać przysypanego. Cały czas była robota.
Niemcy w pewnym momencie puścili czołgi. Zaczął się krzyk, że czołgi, butelki z benzyną. Myślę sobie: „Śmieszne – na czołgi butelki!”. Ale dostarczyli nam butelki, żeśmy lali i im dostarczali. A tymczasem to był świetny pomysł, dlatego że jak się rzuciło taką butelkę, to czołg się zapalał i był unieruchomiony. Niemcy przestali [wjeżdżać] na małe, wąskie ulice. Jak na Hożą puścili, to czołg się w ogóle nie nadawał. Później już nie używali czołgów, czołgi jeździły tylko po Marszałkowskiej.

  • Słyszała pani o technice niemieckiej, która polegała na pędzeniu ludności cywilnej przed czołgami?

Tak, był „Biuletyn Informacyjny” i to się wszystko czytało przecież.

  • Jaki jeszcze miała pani kontakt z prasą, z kulturalnymi aspektami życia?

„Biuletyn Informacyjny” się czytało, informacja była, owszem. Co można powiedzieć o jedzeniu? Rzeczywiście, jedzenia nie było, dlatego że każdy został z tym, co miał w domu. W domu były stare suchary, niby na wojnę szykowane, ale już wyschły i się białe gąsienice zalęgły. Jadłam to. Brało się taki suchar, cmok, cmok, wypluwałam gąsienice i jadłam. Później był mężczyzna, który chodził w Aleje Jerozolimskie, bo były tam zakłady „Haberbuscha”. Można było przejść, Aleje Jerozolimskie były puste, ale pod obstrzałem. Musiał przejść na drugą stronę i wziąć worek z pszenicą, przenieść. Był taki jeden młody, który chciał to robić, chodził z workami, sprzedawał z początku za ubrania, ale później za złoto. Jak już zupełnie nie było żywności, to pamiętam, kolejka do niego stała. Siedział, wagę miał na podwórku. [Stał] szereg osób, każdy trzymał w ręku obrączkę czy coś. Miałam pierścionek z brylancikiem, to pamiętam, że za ten pierścionek odważył mi pięć kilo pszenicy. Już można było coś [zrobić]. Pszenicę się mełło na młynku, z tego pacia wychodziła. Tłuszczu nie było, nie można było placków żadnych usmażyć, tylko ugotować, zjeść. Ale coś można było, a tak to już w ogóle nic, szczególnie pod sam koniec.

  • Jak wyglądało organizowanie sobie wody?

Z początku była woda. Później, jak nie było wody, zaczęli wołać, żeby studnie [kopać]. Były stare artezyjskie studnie, to zaczęli trochę reperować, a później kopali studnie, ale trudno się było dokopać. W każdym razie wyglądało to tak, że przed studnią był ogonek. Trzeba było wody trochę wziąć, ale Niemcy strzelali. Był obstrzał, toteż z wielką trudnością, żeby nie zastrzelili, ale trzeba było stanąć z jakimś kubełeczkiem czy coś, wziąć trochę wody. Gdzie był mniejszy obstrzał, to była większa kolejka, a gdzie był duży obstrzał, to była mała kolejka.

  • Jaka atmosfera panowała w pani otoczeniu?

W moim otoczeniu był entuzjazm, że walczymy z Niemcami. Zawsze byłam pełna entuzjazmu. Ci co siedzieli w piwnicy, to po prostu siedzieli.

  • Czy entuzjastyczne nastroje zmieniały się w trakcie Powstania?

Gdzie byłam, był entuzjastyczny nastrój i się nie zmieniało, a szczególnie, jak nadleciały Halifaksy, zrzut był. Nadleciały samoloty i zrzucały zrzuty. To wszyscy: „Ojej, już nam pomagają!”.

  • Jaka była pani wiedza na temat tego, co dzieje się w innych dzielnicach Warszawy?

Czytało się „Biuletyn” i wiedziało się wszystko.

  • Czy od ludzi też było możliwe coś się dowiedzieć, czy nie było żadnego kontaktu?

Nie miałam takiego kontaktu, żeby rozmawiać czy coś, bo ciągle coś robiłam, nie siedziałam w piwnicy. Może ci, co siedzieli w piwnicy, inaczej reagowali. W każdym razie stale biegałam, coś wyciągałam, robiłam.

  • Czy podczas Powstania uczestniczyła pani w życiu religijnym?

Tak, nabożeństwa się odbywały. Na każdym podwórku była kapliczka. Jak był ksiądz, to odprawiał, jak nie, to się sami ludzie modlili, śpiewali.

  • Czy miała pani kontakt z Niemcami, oprócz tych rannych, których pani widziała?

Kontaktu nie mogłam mieć, bo jak bym miała kontakt, to by mnie zastrzelili. Nie miałam kontaktu z Niemcami. Tylko potem, jak już było wyjście z Warszawy. W sierpniu była większa walka, a później, we wrześniu, nie było takich wielkich nalotów z powietrza, dlatego że było poszatkowane − tu Niemcy, tu Polacy, to Niemcy nie zrzucali bomb. Później, pod koniec zaczęli rzucać bomby na Hożą. To było chyba na tydzień przed końcem Powstania. Nadleciały samoloty. Jak jest Hoża 72, 70, to dalej samolot zrzucił trzy bomby. Trzy kamienice się zawaliły i ludzi zasypali. Pamiętam, wtedy był nawet spokojny dzień. Poszłam z jakimś garnkiem, bo w piwnicy moja rodzina coś gotowała. Poszłam po garnek na górę. Na drugim piętrze stałam z tym garnkiem, nagle poczułam, że się dzieje coś strasznego, jakieś trzęsienie ziemi. Zrobiło się zupełnie czarno, jak popatrzyłam przez okno. Potem, jak wszystko opadło, to się okazało, że trzy kamienice zostały zrujnowane na Hożej. Zatrzymali się na [numerze] siedemdziesiątym. Jak się wyszło i popatrzyło na dół, to wszystko trupy już były. Widać było kawałek głowy z ciemnymi włosami, kawałek ręki, kawałek nogi. Wszystko się przysypało i już nikt tego nie ruszył, bo potem zaraz było wyjście z Warszawy. To tak zostało.

  • Jak pani zapamiętała kapitulację?

Potem, jak już się okazało, że jest taka sytuacja, wszyscy się szykowali. Wszystkie dzielnice już poupadały, północna część Śródmieścia, nasza południowa. Żeśmy się szykowali, że Niemcy przypuszczą atak na śmierć. Później się okazało, że jest podpisane porozumienie, zawieszenie broni. To było 1, 2 października. Można było wyjść na ulicę, stanąć na ulicy. Ludzie właściwie nie byli tacy smutni Powstał bazar na Kruczej, można było pójść. Zaczęli się wszyscy szykować do Pruszkowa. Można było czy coś kupić, czy zamienić, czy coś. Jak poszłam, stał chłopak i krzyczał: „Obozówki sprzedaję! Obozówki do obozu! Do obozu bardzo dobre buty!”. W takiej atmosferze zaczęło się wszystko kompletować. W piwnicach, pamiętam, były sterty ubrań, ale to sterty, bo niektórzy ludzie już powychodzili, wszytko pozostawiali. Futra, najrozmaitsze rzeczy, każdy mógł sobie [brać], każdy kompletował, żeby wyjść. Można było wziąć tylko to, co się miało w ręku. Potem zaczęli ludzie wychodzić. Wtedy byłam na Hożej. Jeszcze wuj był.

  • Jak wyglądało wyjście?

Ludzie wychodzili, ale myśmy jeszcze ciągle czekali, żeby jak najdłużej, że może będzie łatwiej uciekać. Ciągle z tym uciekaniem… Przyszedł dzień 6 października, jeszcze ludzie wychodzili. Przyszedł dzień 7 października, weszli Niemcy i powiedzieli, że jak ktoś nie wyjdzie 7 października, to będą strzelać. Żeśmy się spakowali, każdy był ubrany cudacznie, dlatego że zima nadchodziła. Byłam w jakiś ciepłych walonkach. Żeśmy wyszli, z początku w stronę Alej Jerozolimskich. Później kazali nam rozbierać barykady: „Jak żeście zrobili, to teraz rozbierajcie”. Rozebrało się barykady, a później się szło. Alejami Jerozolimskimi szedł tłum ludzi, każdy cudacznie ubrany, na przykład małe dziecko miało męski kapelusz na głowie, widocznie ojciec włożył. Mały chłopczyk, pamiętam, trzymał w ręku kanarka, widocznie nie chciał go zostawiać, niósł tego kanarka. Inni pchali wózki. Pędzili nas w stronę ulicy Grójeckiej. Na ulicy Grójeckiej stali Niemcy, pilnowali nas z psami. Ale już był 7 października, to już tak gęsto nie stali. Stał Niemiec z psem, później był następny Niemiec z psem, szedł tłum. Cała droga później, gdzie był rów, było wszystko zawalone rzeczami. Niektórzy starsi pobrali poduszki, kołdry czy coś takiego, nie mogli tego nieść, wszystko wywalali, bo nie mogli już dźwigać, nie mieli siły. Całe sterty ubrań były. Wyjechał chłop z pieczywem, bo sobie pomyślał widocznie, że sprzeda. Jak tłum się rzucił, to mu przewrócili to pieczywo, nogami zostało wszystko wgniecione, wóz się przewrócił. Tak zarobił.
  • Dalej poszliście państwo do Pruszkowa?

Nie, zaraz wszystko opowiem. Szliśmy. Później, w pewnym momencie Niemcy powiedzieli – to już cały dzień się szło – że kto chce jechać pociągiem do Pruszkowa, to na tą stronę, a kto chce iść na piechotę, to w przeciwną stronę. Pomyślałam sobie: „Po co będę się spieszyć do Pruszkowa? Może ucieknę?”. Cały czas miałam w głowie uciekanie. Rzeczywiście, żeśmy szli, w pewnym momencie zobaczyłam, że gdzieś z daleka jakaś kobieta w polu stoi. Wyrwałam się z szosy, jak była taka luka pomiędzy Niemcem a Niemcem, podbiegłam do kobiety, mówię: „Co pani tu robi? Przecież wszyscy są wysiedleni”. – „Nic podobnego, tutaj mieszkam”. Pokazała mi palcem. Spytałam się, czy jakbym w razie czego uciekła, czy by mnie przyjęła do chałupy. Ona powiedziała: „Przyjdź, dobrze”. Później, jak Niemiec się odwrócił to z powrotem wskoczyłam na szosę. Jeszcze były dwie osoby czy coś, to razem żeśmy się zebrały. Później był okropny moment, jak żeśmy dochodziły. Naprzeciwko była ta chałupa. Chciałam wyjść, z szosy się urwać. Dwóch Niemców stało z psami, rozmawiali, widocznie też im się sprzykrzyło na dalekich posterunkach. Zdecydowałam się za ich plecami wyskoczyć. Jakby się który odwrócił, to od razu by mnie zastrzelił. W każdym razie wyskoczyłam za ich plecami, bo rozmawiali, pobiegłam do chałupy. Okazało się, że to był sołtys. Zapytałam się czy by nas do kolejki EKD podprowadził. Powiedział, że dobrze. Dałam mu złotą pięciorublówkę, tamte dwie osoby też mu dały. Później – puk, puk – wchodzi Niemiec: „Czy tutaj nikt nie uciekł z szosy? Sprawdzamy”. – „Nie ma tu nikogo w pokoju”. Nim otworzył drzwi do pokoju, myśmy w szafę weszły. Niemiec nie przeszukiwał, tylko stanął. Nie ma nikogo, to nie ma nikogo. Poszedł w stronę szosy. Szosą cały czas ludzie szli. Następnego dnia, [sołtys] powiedział, że nas przeprowadzi. To było tak, jakby znał tego Niemca i powiedział, że będzie stał Niemiec na warcie w pewnym momencie, Niemiec nas puści, żeby iść dalej. On później z rzeczami miał nas dogonić. Żeśmy szli, rzeczywiście Niemiec stał na warcie. Dochodzimy, a jest zmiana warty, ten odchodzi, przychodzi nowy. Nowy, jak nas zobaczył, to od razu na szosę, że w tą stronę, ale nie w tą stronę. Nie po to uciekam z szosy, żeby na tą szosę [wracać]. Zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. On krzyczał: Zurück, zurück!. Ale nie mógł zejść z posterunku, przecież nie mógł mnie gonić. [Ja] i te dwie osoby żeśmy biegły, aż żeśmy upadły. Strzelał za nami, kulki brzęczały. Później nadszedł wieczór. Wieczorem już nie pędzili. Żeśmy wróciły do tego chłopa, byłyśmy bez rzeczy, a on nasze rzeczy miał dostarczyć. Wróciłyśmy, on powiedział, że następnego dnia będzie tamten znajomy Niemiec stał. Rzeczywiście, ten nas przepuścił. Żeśmy doszli do kolejki EKD. Wysiedliśmy w Grodzisku. W Grodzisku było bardzo dużo osób, też warszawiaków, którzy jakoś umknęli z szosy. W Grodzisku żeśmy pobyli, tam się spotkałam ze swoja rodziną, z matką.

  • W jaki sposób oni się tam znaleźli?

Moja mama wyjechała.

  • Czy oni byli też pędzeni tą drogą?

Też byli pędzeni tą drogą. Z Grodziska żeśmy poszli na wieś, bo ciągle były łapanki młodych, takich jak ja. Żeśmy poszli, był Jaktorów, później była wieś Kozyrki. Na wsi Kozyrki żeśmy wynajęli jakieś klepisko, jakaś szopa była, słoma, można było nocować. Chodziło o to, żeby się wydostać, bo Niemcy nie sprzedawali biletów do pociągu. Żeby kupić bilet do pociągu i jechać do Piotrkowa czy gdzieś, trzeba było pokazać kenkartę, a jak ktoś pokazał kenkartę warszawską, to od razu go łapali. Ktoś nam powiedział, że można w ten sposób [dostać się] do pociągu, że pociągi, które szły w kierunku Łodzi… To się nazywało platforma śmierci, przed lokomotywą była taka platforma. Jak będą chcieli wysadzać pociąg, to wysadzą nie lokomotywę, tylko najpierw tę platformę. Ta platforma [powinna być] pusta, tylko że nie była pusta. Ponieważ nie było żadnych biletów, niczego, to pełno było młodych, którzy ryzykowali, na platformie. Wiem, że kilka razy żeśmy chodzili, żeby wejść na tę platformę, ale trudno było się dostać. Dostałam się, bo mnie jakiś chłopak wciągnął. Trzeba było wysoko ręce do góry [wyciągnąć], jeszcze ktoś musiał wciągnąć, bo tam było strasznie ciasno. Mnie chłopak wciągnął, pojechałam tą platformą. Moja mama i ci starsi też chodzili pod pociąg. Tylko że to była inna sytuacja, bo jak ktoś był starszy, to było wiadomo, że będą brali do Guberni, że nie będą go maltretować. Było wiadomo, że z Pruszkowa będą brali młodych na roboty do Niemiec albo do obozów koncentracyjnych. Platforma ruszyła i dojechaliśmy do Skierniewic. W Skierniewicach przyszedł Niemiec, wywalił wszystkich z platformy. Żeśmy zostali w Skierniewicach. Ani w prawo, ani w lewo, ani noclegu, ani nic, ani pieniędzy. Chodziłam po peronie. Poznałam [osobę], która powiedziała, że się trudni przemytem papierosów w stronę Łodzi, że można tak załatwić, że pójść do kolejarza, kolejarz może zamknąć w wagonie towarowym, który będzie jechał w kierunku Łodzi. Żeśmy poszły – pięć było osób – do kolejarza. Kolejarz rzeczywiście nas zamknął. To był pociąg towarowy, [wagony] były otwarte, niezadaszone. Jedne wagony były duże, wysokie bardzo, do przewożenia zwierząt, a drugie były niższe. W każdym razie zamknął nas na sztaby, mocno. Poszedł, myśmy zostali, pociąg towarowy ruszył. Szedł, stawał, były zmieniane tory. Niemcy walili, czy kogoś nie ma, ale nie otwierali, bo otwieranie sztab było kłopotliwe.

  • Jak dalej było z przejazdem pociągiem towarowym?

W końcu nas ogarnął lęk, żeby nie wjechać do Rzeszy, do Łodzi, bo Łódź to była [Rzesza]. Jakby nas zobaczyli – w końcu by zaczęli rozpakowywać towarowy [pociąg] – zobaczyliby, że z Warszawy, to by nas od razu zabili, jeszcze w Łodzi. Pociąg stanął pod semaforem przed jakąś stacją. Kobita popatrzyła się – były jakieś światła – mówi: „To już Łódź. Musimy wyskoczyć, przecież nie możemy wjechać do Łodzi”. Była drabina, chwała Bogu, żeśmy weszli na ten wysoki [wagon], bo chodziło o to, żeby z wysokiego wskoczyć na drugi wagon towarowy, który był niższy. Żeśmy powskakiwali. Była zupełnie ciemna noc. Żeśmy zaczęli wyskakiwać nie wiadomo gdzie, nie wiadomo co, aby się tylko pozbyć tego pociągu. Wyskoczyłam z pociągu. Jak wyskoczyłam, to czułam, że wszystkie wnętrzności podjechały do góry, że się duszę. To widocznie był wstrząs, ale się podniosłam. Żeśmy zobaczyli z daleka, że jest jakaś chałupa i jakieś światełko. Żeśmy się pozbierały, żeśmy poleciały zupełnie po ciemku. Nie wiadomo, gdzie stawiać nogi. Zapukaliśmy do chałupy, światło się paliło. Pierwsze pytanie: „Gdzie jesteśmy?”. Chyba była dwunasta w nocy. Chłop powiedział: „Pod Koluszkami”. Myślę sobie: „To wspaniale!”. Bo od Koluszek można było już jeździć normalnie pociągiem, kupować bilety. Weszliśmy, otworzył nam drzwi, pogadaliśmy. Żeśmy się przespali na podłodze, później żeśmy poszli do Koluszek. Kupiłyśmy bilet do Piotrkowa. Miałam kuzynów w Kielcach, chodziło mi o to, żeby dojść do Kielc. Żeśmy przyjechali do Piotrkowa. Nie znałam Piotrkowa. Jest pewnie RGO, gdzie rozdawali zupę warszawiakom. Była taka organizacja, RGO. Żeśmy stanęli w kolejce po zupę. Zobaczyłam moją mamę w kolejce, jeszcze mojego wujka. Oni się wydostali z tego nieszczęsnego Jaktorowa nie przez platformę śmierci, tylko była stara lokomotywa. Na starych lokomotywach były półki. Mój wuj wepchnął moją mamę na tę półkę. Usiadła, czegoś się trzymała, on [też wskoczył]. Niemcy już nie ściągali z półki, lokomotywa ruszyła. Wiem, że moja mama [mówiła]: „Olek, ja wysiadam”. – „Jak? Siedź spokojnie, bo spadniesz i się zabijesz”. W ten sposób dojechali do jakiejś miejscowości, już można było bilety kupić. Ale jak ktoś był młody, tak jak ja, było beznadziejne, żeby się stamtąd wydostać. Żeśmy dojechali do Kielc, w Kielcach mieliśmy rodzinę. To była Gubernia. Później żeśmy dotrwali do końca wojny.

  • Po wojnie wróciła pani do Warszawy?

Wróciłam. Byłam w Kielcach, a w Kielcach jeszcze był front. Później jeszcze przeżyłam, jak front się cofał, szli Niemcy, a później szli Rosjanie. Pamiętam, że jak Niemcy szli, to szli na śpiącego, jak weszli do kuchni, to każdy stanął i spał. To trwało z pięć, dziesięć minut. Przyszli żandarmi: Raus, raus!. Popędzili ich dalej. Później przyszli Rosjanie.

  • Kiedy wróciła pani do Warszawy?

Do Warszawy wróciłam 10 kwietnia.

  • Trafiła pani do domu?

Na Wspólnej to już nie było tego mieszkania [w całości], ale to mieszkanie było [na Hożej 72], żeśmy przyszli do tego mieszkania. Na samym początku w Warszawie było fatalnie, dlatego że były same gruzy. Był słodkawy, mdlący zapach, bo później były w Warszawie ekshumacje. Trupy nie były świeże ani nie były wyschnięte, tylko były rozmazane. To był trupi odór. Od razu w Warszawie byli Rosjanie, rząd komunistyczny. Od razu – [chodzili po mieszkaniach i sprawdzali], czy ktoś pracuje, czy nie pracuje, żeby wyeliminować. Jak ktoś nie pracuje, to nie wolno być w Warszawie. Złapałam posadę meldunkowej. Posada polegała na tym, że miałam ludzi meldować, bo wszyscy mieli być zameldowani. Chodziłam, to była właściwie bezpłatna [posada], bo [ludzie] mieli mi płacić. Chodziłam od mieszkania do mieszkania. Niektórzy wcale się nie chcieli meldować. Jakaś baba, pamiętam, nie chciała się meldować, podarła dowód osobisty, rzuciła do śmieci w moich oczach. Prymitywni niektórzy byli. Przyszłam na przykład do jakiegoś domu, a na podwórku na grobie siedzą i piją wódkę. Mówię im o meldowaniu, oni się śmieją ze mnie. Młoda dziewczyna, dwadzieścia jeden lat, a to stare chłopy. Meldowałam, aż w końcu zameldowałam. Ale to było dobrze ustawione, że wszyscy muszą pracować. Element, który nie pracował, wywalali z Warszawy, żeby jakiś porządek był.

  • Czy Powstanie miało jakieś dalsze echa, dalszy wpływ na pani życie?

Naturalnie, na moje życie miało wielki wpływ. Przede wszystkim w czasie Powstania przewartościowałam sobie wszystko, bo przecież pieniądze nie miały żadnej wartości, nic nie miało wartości, wartość to był człowiek. Ludzie się zachowali różnie. Na przykład jak były apteki, to były takie, [gdzie właściciel] wszystkie chemikalia rozdał. [Robił mikstury, ludziom trzeba było tylko przynieść wodę]. Ale byli i tacy, którzy sobie chowali na przyszłość, bo to były pieniądze. Pamiętam, jak w czasie Powstania powiedzieli, że fotograf popełnił samobójstwo, bo stracił [wszystko], jak mu rozwalili jego sklep z fotografiami. Popełniać samobójstwo, że się majątek straciło? To wszystko było przewartościowane. Zobaczyłam wtedy, że najważniejsza wartość to jest człowiek.

  • Jak po latach pani ocenia Powstanie, czy było potrzebne?

Powstanie było potrzebne, musiało wybuchnąć, dlatego że wszystko było nastawione na to, że będziemy walczyć z Niemcami. Jakby Powstanie nie wybuchło, to już się Rosjanie szykowali. Był taki moment w czasie Powstania Warszawskiego, że już Polacy mają „Biuletyn Informacyjny”, ukazał się. Czytałam ten „Biuletyn”, on był zupełnie inny, bo już chwalił AL. Myślę sobie: „Co to za »Biuletyn«?”. To był fałszywy „Biuletyn”, zrobiony przez komunistów. Jakby nie wybuchło Powstanie, oni by zrobili, powiedzieliby, że AL zrobiło Powstanie, powiedzieliby później, że Polacy stchórzyli, a oni wyzwolili Warszawę. Z AL widziałam tylko jednego takiego małego chłopaka, miał ze dwanaście lat, miał opaskę AL. Myślę sobie: „Co to znaczy? Dlaczego wszyscy maja opaski AK, a nagle AL?”. [AL] było bardzo mało, podobno na Starym Mieście było więcej AL.

  • Co pani najbardziej zapadło w pamięć z Powstania, jaki epizod? Co na pani zrobiło największe wrażenie?

Największe wrażenie to było to, że ciągle były trupy i trzeba ciągle było przenosić. Jak już było zawieszenie broni i wszyscy powychodzili, mogli chodzić po ulicach, czterech Niemców szło. Byli odratowani, ale mieli całe twarze zmasakrowane, niewidomi, wszystko mieli posmarowane jakąś maścią ciemną. Trzymali się, szli całkiem oślepieni. To pamiętam. Były różne straszne widoki. Ale pomimo wszystko byłam entuzjastką. Jak wybuchło Powstanie, to powiedziałam: „Jakie mam szczęście, że wybuchło Powstanie, chociaż wszystko zobaczę”. Cały czas byłam entuzjastycznie nastawiona. Jak czytałam w książkach, że ludzie mieli pretensje do Powstańców… Nie widziałam tego, wszyscy byli entuzjastycznie nastawieni. Może gdzie indziej tak nie było, tylko akurat właśnie w tej dzielnicy. Można powiedzieć, że to była spokojna dzielnica, bo cały czas był tu front. Właściwie Niemcy tak bardzo [nie bombardowali]. Jeszcze pamiętam, jak „Gruba Berta”… Był to ciężki pociąg w okolicach Pruszkowa, Ożarowa. Stał i strzelał. Pociski były takie, że rozwalała się kompletnie cała kamienica, cały dom. Z wielkiego domu robiła się kupa gruzu. To było tak, że oni to nastawiali, dom się zawalał, później jakieś osiem minut była cisza, później znowu następny dom się zawalał. Tak zrujnowali wszystkie domy. Ale można było wtedy uciekać, wiadomo było, że jak tu się zawaliło, to będzie następny zawalony. W moich oczach kamienica na Skorupki się rozwaliła, kompletnie cała kamienica. Zrobiła się kupa gruzu. O tym, żeby kogoś ratować z piwnicy, nawet mowy nie było.




Warszawa, 2 marca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Maria Ciostek
Irena Gościcka Stopień: cywil, służby pomocnicze Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter