Irena Grohman- Fleszarowa „Joasia”

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Irena Grohman-Fleszarowa. Urodziłam się w 1924 roku w Sankt Petersburgu. Mój ojciec pochodził z Supraśla. W Białymstoku ukończył gimnazjum, a potem studiował na politechnice w Petersburgu. W 1930 roku wróciliśmy do Polski. Przyjechaliśmy do Warszawy, gdzie poszłam do szkoły. W Warszawie skończyłam szkołę powszechną, gimnazjum i liceum.

  • Proszę opowiedzieć o dzieciństwie w Warszawie.

Byłam jedynaczką, tak że zawsze musiałam szukać koleżanki. Ponieważ do naszej szkoły chodziły dziewczyny z różnych dzielnic, więc czasem było tak, że koleżanki po prostu zostawały na noc. Raz w jednym domu, raz w drugim, dlatego że komunikacja nie była taka jak teraz. Jeździło się tramwajami, aut jeszcze powszechnie nie było. Tak że dzieci po prostu bawiły się razem i zostawały właśnie u zaprzyjaźnionych koleżanek. Chodziłam do szkoły żeńskiej. Jak już mówiłam, to była prywatna szkoła Wandy z Posseltów Szachtmajerowej, do której chodziły Piłsudskie, w której panował kult legionów i kult marszałka Piłsudskiego. Wychowałam się w takim bardzo patriotycznym kulcie. Naturalnie wszystkie rocznice niepodległościowe były w szkole obchodzone, często były również przedstawienia. Byłam naturalnie harcerką. Jak wojna się zaczęła, miałam czternaście lat i już wtedy miałam najwyższy stopień… nie pamiętam, jak to się nazywało, ale w każdym razie to była sanitariuszka, wykształcenie w harcerstwie. Były trzy stopnie i ten był już najwyższy.

  • Czy poznała pani marszałka Piłsudskiego?

Tak.

  • Jaki to był człowiek?

Przychodził do szkoły. Wyobrażam sobie, że prawdopodobnie był [wtedy] inny niż gdzieś wśród dorosłych. Lubił dzieci. To było wielkie święto, rozmawiał z nami, coś tam opowiadał. To było we wczesnych latach szkolnych, jeszcze jak byłam w szkole powszechnej. Potem, jak już byłam w gimnazjum, to nie przychodził. Zresztą jego córki już skończyły szkołę, bo były ode mnie kilka lat starsze.

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała wybuch wojny. Jak to wyglądało w Warszawie?

Jak był wybuch wojny, to byłam w Zalesiu. Pamiętam, że szkoła miała się zacząć w poniedziałek, a to było chyba 3 września, tak mi się zdaje. 1 września był w piątek. Byłam w Zalesiu, dlatego że rodzice kupili tam działkę i zaczęli budować dom. Rano poszłam na stację kolejową. Stacja kolejowa była punktem zbiorczym, gdzie myśmy się rano spotykali i potem wybieraliśmy się gdzieś dalej. Wtedy się właśnie dowiedziałam [o wybuchu wojny]. Normalnie 1 września bylibyśmy już w szkole, ale ponieważ to był piątek, więc [odłożono] do poniedziałku. Bardzo to przeżyłam. Przybiegłam zaraz do rodziców do domu i, że tak powiem, zaczęło się po kolei, powoli.

  • Może pani opowiedzieć, co się potem działo?

Potem dalej chodziłam do szkoły. Szkoła jeszcze była, tak że przyjeżdżałam pociągiem. Wsiadałam na Dworcu Zachodnim. Szkoła była już w nowym, nowoczesnym gmachu na ulicy Białobrzeskiej. Przyjeżdżałam codziennie i codziennie o trzeciej po południu odjeżdżałam z powrotem do Zalesia. Na początku to było bezpieczne, nic się nie działo. Z biegiem dni, z biegiem miesięcy, z biegiem lat wszystko się robiło zupełnie inne. Wszystko było inne. Dojazdy do szkoły musiały się skończyć. Pamiętam, że wtedy rodzice załatwili mi mieszkanie u naszych znajomych w Warszawie. Tak że już chodziłam [do szkoły]. Świetnie pamiętam te wszystkie groby na ulicach, które jeszcze były z okresu wojny. Nie było ich naturalnie tak dużo jak po Powstaniu, ale też były. Tak że to robiło wielkie wrażenie.

  • Czy w Warszawie zetknęła się pani z konspiracją?

Tak, ale dopiero w 1943 roku. Cały czas byłam w harcerstwie, ale to były zbiórki harcerskie, to była jeszcze trochę zabawa. W 1943 roku byłam już na trzecim roku medycyny i kolega z medycyny zaproponował mi wstąpienie do „Odwetu”, do organizacji, jak to się wtedy nazywało. Naturalnie wstąpiłam razem z moją szkolną koleżanką, z którą utrzymywałyśmy kontakt. Ona również była na medycynie. Tym kolegą był Stanisław Kiewlicz, który w „Odwecie” był drużynowym w jakiejś sekcji. Zresztą on był już bardzo zaawansowany w konspiracji. Kiedy wstąpiłam do „Odwetu” na początku utrzymywałam z nim kontakt. Wydawał mi jakieś polecenia. Potem już oficjalnie zostałam przydzielona do sekcji sanitarnej. Sekcja była złożona z dziesięciu dziewcząt, ale myśmy się prawie nie znały. To były dziewczęta w naszym wieku, wszystkie koło dwudziestu lat, ale przedtem nie znałyśmy się. Nie znałyśmy nawet swoich nazwisk, tylko pseudonimy. Z tych, które już po wojnie spotkałam w „Odwecie”, to była Iza Bałtrukiewicz-Gawęska (moja koleżanka szkolna) i Zofia Ochowiec-Bobińska, wyszła za mąż. Tośmy się poznały i bardzo ucieszyły. Niestety innych nie spotkałam. Myślę, że niektóre zginęły w czasie Powstania na Kolonii Staszica.
W czasie Powstania nie byłam tutaj [w Warszawie], tylko po praktyce szpitalnej (którą miałam do połowy lipca 1944 roku) wyjechałam do rodziców do Zalesia. Miałam wrócić za dwa tygodnie koło 1 sierpnia. Nie zdążyłam. W Zalesiu o tej dacie, że to ma być 1 sierpnia nie wiedziałam. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej jak wyjeżdżałam, to w Warszawie się mówiło, że będzie Powstanie, a może nie będzie, a może co innego, może jakaś walka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam. W Zalesiu się o tym nie mówiło, a ja po prostu miałam wrócić koło 1 sierpnia.
Ponieważ zostałam w Zalesiu, to od razu chciałam dalej robić coś w konspiracji. Okazja się nadarzyła, dlatego że do Lasów Chojnowskich przyszło dużo powstańców z rozbitych oddziałów. Te oddziały były z „Baszty” na Mokotowie, z Ochoty, potem był oddział porucznika „Lancy” z Lasów Biłgorajskich. To był oddział NSZ, który stacjonował w Lasach Chojnowskich jeszcze przed Powstaniem – bardzo specjalny oddział NSZ, świetnie uzbrojony, ubrany w przedwojenne mundury wojskowe i nawet mieli konie. Tak że sobie spacerowali na piechotę albo jeździli konno. Zalesie znajduje się na skraju Lasu Chojnowskiego. W owym okresie Lasy Chojnowskie nie były takie jak dzisiaj; to był gąszcz, bardzo dużo zwierzyny i Niemcy bali się zagłębiać w te lasy. Tak że tam właściwie przez cały okres wojny była partyzantka – większa lub mniejsza. Ludność była dobrze ustosunkowana. Organizowała jedzenie dla partyzantów, którzy się tam zatrzymywali. Zwykle oni stale tam nie stacjonowali, tylko często tam byli, przemieszczając się z jednego miejsca na drugie.
W związku z tym, że zaczęło się Powstanie pierwsi ranni zaczęli napływać zaraz po 1 sierpnia, w pierwszych dniach Powstania. Wycofując się z Warszawy, [toczyli] po drodze walki z Niemcami. Był taki wojskowy, Julian Walecki, chyba jeszcze legionista, który przy centralnym punkcie w Grójcu (bo to było miasto powiatowe dla Zalesia) zorganizował i zainicjował pomysł [otworzenia szpitalika]. W tym szpitaliku jako chirurg był jego młodszy brat. Był już prawie lekarzem, był już absolwentem medycyny, już po odbyciu wszystkich praktyk. Nie zrobił jeszcze tylko dyplomu, ale miał już praktykę szpitalną, tak że został tam chirurgiem. Ja zostałam tam główną sanitariuszką. Były jeszcze dwie sanitariuszki, ale one nie były tak wyszkolone. Chorzy byli różni. Jedni przychodzili tylko na opatrunki i szli gdzieś dalej. Szpitalik był otwarty cały czas, we dnie i w nocy były dyżury. Został założony w domu opuszczonym przez właścicieli. Nie wiem, dlaczego ich nie było, czy wyjechali gdzieś, jak się rozpoczęła wojna – w każdym razie ich nie było. Dom powoli niszczał. Wprowadziła się tam pani Bączkowska, która miała pseudonim „Karina” i również należała do organizacji – nie wiem, czy w Piasecznie, czy w Grójcu. Była zarządzającą, spełniała rolę administracyjną. Troszczyła się o zaopatrzenie dla szpitala, wypożyczała konia z wozem i przywoziła różne potrzebne rzeczy spoza Zalesia łącznie z jedzeniem. Była bardzo odważna, jakoś świetnie dawała sobie radę. Ten domek był drewniany. Znajdował się zupełnie na zachodnio-północnym skraju Zalesia, gdzie była tylko droga i już Lasy Pęcherskie. Tak że była taka możliwość, że jakby tam gdzieś się Niemcy, że tak powiem, zaplątali, to można było po prostu uciec przez okno, dlatego że wejście do tego domku było z drugiej strony ulicy. Zresztą to było zupełnie na obrzeżu Zalesia, tak że dalej były już tylko lasy.
Szczęśliwie w samym szpitaliku Niemców nie było. Po Zalesiu naturalnie chodzili, przemieszczali się, działy się różne rzeczy, ale jeżeli nie było żadnej interwencji niemieckiej w samym szpitaliku, po prostu się nie dowiedzieli, to był tajny szpitalik. Nazywano go raz powstańczym, raz partyzanckim, dlatego że tam byli i partyzanci, i powstańcy. Szpitalik został założony w pierwszych dniach sierpnia i pod koniec września zakończył działalność. Chorzy, którzy jeszcze musieli leżeć w szpitalu, zostali przeniesieni do różnych domów w Zalesiu i opiekowali się nimi mieszkańcy. Byłam instrumentariuszką na sali operacyjnej, która do mnie należała. To był większy pokój opróżniony ze wszystkich mebli. Na środku stał duży, kuchenny stół z drewnianym blatem, który codziennie szorowałam, żeby było czysto. W ogóle utrzymywałam porządek na tej sali operacyjnej. Odbywały się tam mniejsze operacje. Nie było operacji brzusznych, ale było bardzo dużo ran kończyn. Czasem już nie dowieziono rannego, zdążył po drodze umrzeć.
Pamiętam jednego chłopca, który zrobił na mnie straszne wrażenie. To był jakiś osiemnastoletni chłopak, nie miał jeszcze dwudziestu lat. Jasny blondyn, śliczny chłopak. Miał bardzo wysoką amputację nogi. Przywieziono go nam z lasu, gdzie leżał parę dni. Widocznie po prostu nikt go nie znalazł. Dopiero jak go zauważono, to przywieziono. W tej ranie były robaki, różne larwy – to było okropne wrażenie. Niestety już bardzo gorączkował, tak że chirurg wykonał amputację. Gorączka dalej nie ustępowała. Antybiotyków wtedy jeszcze nie było i został odwieziony do szpitala w Piasecznie, ale umarł. To było niesamowite wrażenie. Jak już byli ludzie starsi, to [inaczej], ale ten chłopak jeszcze zupełnie zdrowy, tylko bez nogi, wykrwawiony – to było straszne. Chorych mieliśmy dużo. Naturalnie jakichś poważnych stanów nawet nie przywożono. Od razu albo umierali, albo po prostu byli odwożeni już do tych prawdziwych szpitali. W każdym razie było bardzo dużo roboty i przez te dwa miesiące wielu, wielu rannym pomogliśmy. [Szpitalik działał] cały czas, kiedy trwało Powstanie. [Zlikwidowano go] pod koniec września, może pierwsze dni października – już tak dobrze nie pamiętam. Chorzy jeszcze leżeli, ale zasadniczo działalność się zakończyła.
Wtedy już Niemcy zaczęli tam bardziej interweniować. Potyczki były stale, więc od czasu do czasu w Zalesiu znajdowali się ci ranni. Zalesie i Las Chojnowski w owym czasie to było zupełnie co innego niż teraz. Oddziały, które tam stacjonowały, to właśnie byli powstańcy z oddziałów rozbitych na początku albo tych, którzy szli na pomoc. Pamiętam, jak czekaliśmy na zrzuty alianckie. Leków właściwie specjalnie nam nie owało. Byliśmy zaopatrzeni w leki, przywożono nam. Natomiast bardzo mało mieliśmy środków przeciwbólowych i do narkozy. Pamiętam wielką radość, jak był jeden zrzut z Evipanem – to był środek, z którym można było przeprowadzić narkozę. Wtedy bardzo ulżyliśmy chorym, bo nieraz było tak, że po prostu dawało się wódkę. Pociągnął trochę butelki, żeby uśmierzyć ból.

  • Czy powstańcy przywożeni z Warszawy przekazywali informacje o tym, co się dzieje w Warszawie?

Z samej Warszawy nie, dlatego że nie było połączenia z Warszawą. [Ranni] byli z walk, które toczyły się na obrzeżach Warszawy albo poza Warszawą. Był taki batalion, który się nazywał „Obroża”, pamiętam, że był [rozmieszczony] w całym pasie naokoło Warszawy – Milanówek, Jazgarzew, tamte miejscowości. Zewsząd przywożono chorych. Po wojnie podszedł do mnie na ulicy w Zalesiu człowiek i mówi: „Ja byłem pani pacjentem”. Nie skojarzyłam sobie, to było ileś lat po wojnie, nie pamiętam. To był radiotelegrafista, który w czasie Powstania obsługiwał stację… radiotelegraficzną – Mieczysław Kulesza, miał pseudonim „Korab”. Też był w konspiracji. W Zalesiu było bardzo dużo dowódców, którzy się ukrywali – to było miejsce, gdzie Niemcy za bardzo się nie zapuszczali. Jeżeli chodzi o same Lasy Chojnowskie, to mogił w tych lasach jest bardzo dużo.
Jak potem przedzierały się oddziały, były potyczki z Niemcami, to Niemcy zabijali i ludność cywilną. Są tam miejscowości, wsie koło Zalesia, które zostały spalone – Nowinki, gdzie zatrzymywał się oddział „Lancy”. Temu oddziałowi udało się ujść względnie cało. Oddziały z „Baszty”, które przedzierały się na Mokotów, na Czerniaków, na Sadybę – po drodze zginęło ich bardzo dużo. W czasie okupacji Niemcy przywozili do Lasu Chojnowskiego więźniów z Pawiaka albo z innych więzień i tam rozstrzeliwali. Zastrzelili tam nawet oddział harcerski, który przyjechał na ćwiczenia. Była kiedyś potyczka między Niemcami, którzy jechali wozem z Zalesia do Piaseczna przez Żabieniec, a powstańcami. Ktoś z powstańców nie wytrzymał nerwowo i strzelił bez rozkazu. Z dziewięciu Niemców sześciu zabili, dwóch uciekło i doniosło do Piaseczna. Wtedy był niemiecki odwet, spalili leśniczówkę z rodzinami i tak dalej… Straszne rzeczy się działy.

  • Co się działo z panią po rozwiązaniu szpitalika?

Po rozwiązaniu szpitalika jeździłam czasem na wizyty z doktorem Zenonem Waleckim, pseudonim „Erazm”, zabierał mnie i odwiedzaliśmy chorych ze szpitalika, którzy byli rozlokowani [u ludzi].
Potem wróciłam na studia, na medycynę, z tym że pojechałam do Poznania, skończyłam medycynę w Poznaniu. Z Poznania pojechałam do Bydgoszczy, tam pracowałam już z dyplomem. Ukończyłam jeszcze Uniwersytet Poznański, bo w 1947 roku dostałam dyplom, a akademie medyczne powstały dopiero w 1950 roku. Tak że mam dyplom jeszcze Uniwersytetu Poznańskiego. W Bydgoszczy byłam piętnaście lat. Tam wyszłam za mąż, mąż był z Wilna. Jak tam w lecie 1944 roku było bardzo krótkie powstanie, tylko parę dni, to w 1944 roku został wywieziony przez więzienie w Wilnie razem z całą młodzieżą. Mąż też był lekarzem. Wywieźli go do obozów, był w kilku na terenie Związku Radzieckiego. Wrócił dopiero w 1949 roku, tak że w obozach przesiedział pięć lat.

  • Kiedy państwo przyjechali do Warszawy?

Do Warszawy przyjechałam w 1962 roku. Był konkurs na kierownika zakładu radiologii w Szpitalu Wojewódzkim na Czerniakowskiej. Zgłosiłam się do tego konkursu i wygrałam. Dostałam się. To było trudne, żeby wrócić do Warszawy, bo Warszawa była miastem zamkniętym. Jak się nie miało pracy, to nie było można przyjechać. Jak się nie miało mieszkania, to też nie można było przyjechać. Jak się dostawało pracę i nie miało mieszkania, to też nie można było przyjechać. Tak że to było błędne koło. Bardzo dużo warszawiaków, którzy wyjechali z Warszawy nie mogło w tym okresie wrócić. Można się było dostać w jakiś taki sposób – konkursy, jakieś stanowisko do objęcia. Wśród byłych komunistów to było co innego. Ale tak [zwyczajnie], to nie można było. Myśmy szczęśliwe [wrócili], a jak wygrałam konkurs, daliśmy ogłoszenie do gazety na zamianę mieszkania Bydgoszcz–Warszawa. Znalazł się chętny, który miał rodzinę w Bydgoszczy i chciał tam [mieszkać]. Tak dostaliśmy się [do Warszawy]. Pracowałam. Zaraz potem zaczęłam pracę w akademii medycznej, gdzie pracowałam do emerytury i przechodziłam te wszystkie stanowiska.
W czasie okupacji, jak byłam [harcerką], to uczestniczyłam w zbiórkach, które mieliśmy, parę razy rozwoziłam broń ćwiczebną. Pamiętam, że [jeździłam] tramwajem. Dostawałam paczkę opakowaną w papier albo w teczce. Woziłam ze Śródmieścia na ulicę Miodową. Na ulicy Miodowej odbierał ode mnie z tramwaju kolega Kiewlicz. Z czasem zaczęłam się zastanawiać (ale nie mogłam pytać ani w ogóle się na ten temat nie rozmawiało), dlaczego akurat na Miodową. Nie było jeszcze Powstania, jeszcze był czas okupacji. Okazuje się, że tam był magazyn „Odwetu”. Tego się dopiero dowiedziałam po wojnie. Jak przyjechałam z Bydgoszczy do Warszawy, to dopiero zaczęłam szukać moich kolegów z „Odwetu”. Część się nie ujawniała, ale niektórzy się ujawnili, także kolegę Kiewlicza, który niestety zginął pierwszego dnia na Kolonii Staszica. Spotkałam też Janusza Kozłowskiego, potem sanitariuszki i z powrotem zapisałam się do „Odwetu”, ale już jako do środowiska tych, którzy należeli do „Odwetu”.

  • Jakie ma pani najprzyjemniejsze wspomnienie z okresu i okupacji, i Powstania, i z pracy w szpitaliku?

Najprzyjemniejsze… Na przykład w roku… 1944, ale wcześnie, w lutym czy marcu (w pierwszych miesiącach) była zbiórka w dużym mieszkaniu na ulicy Wilczej na rogu Marszałkowskiej. Jak przyszłyśmy na tą zbiórkę, to się okazało, że jest zbiórka kilku sekcji sanitarnych i sekcji chłopców, którzy byli już podchorążymi i tak dalej… Wtedy wszedł nasz dowódca „Roman” ubrany w stroju wojskowym, w butach z cholewami, był ksiądz batalionu. Wtedy się śpiewało „Boże coś Polskę” i hymn narodowy – to było wielkie przeżycie. Dzisiaj oceniając, to było straszne głupstwo, bo gdyby nas wtedy Niemcy nakryli, to kilkadziesiąt osób, że tak powiem, straciłoby życie.



Warszawa, 19 listopada 2008 roku
Rozmowę prowadziła Ewa Żółtańska
Irena Grohman- Fleszarowa Pseudonim: „Joasia” Stopień: sanitariuszka Formacja: Obwód VII „Obroża” Dzielnica: Lasy Chojnowskie

Zobacz także

Nasz newsletter