Janina Suchorzewska '"myszka"

Archiwum Historii Mówionej
Janina Suchorzewska z domu Tatarkiewicz, urodzona 31 marca 1930 roku w Warszawie. W czasie Powstania [byłam] oddelegowana z „Szarych Szeregów” do I plutonu Wojskowej Służby Kobiet. Mój pseudonim – „Myszka”. Przez cały okres, czyli do czasu pozostania w tym miejscu, w Warszawie Śródmieście pełniłam funkcję łączniczki szefa sanitarnego na Obwód Śródmieście Armii Krajowej.

  • Proszę opowiedzieć o latach przedwojennych. Czym zajmowali się pani rodzice? Czy miała pani rodzeństwo?

Mój ojciec, Jan Tatarkiewicz, był adwokatem w Warszawie. Moja matka nie pracowała, prowadziła dom. Mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu na Wiejskiej niedaleko obecnego sejmu. Była to typowa rodzina, ponieważ moja babka, mieszkała razem z nami, czyli patriarchat typowej rodziny w okresie przedwojennym.

  • Czy miała pani rodzeństwo?

Miałam jedyną siostrę Elżbietę (w tej chwili nazwisko Skrzyńska), która była sześć lat starsza ode mnie.

  • Jak pani wspomina przedwojenną Warszawę?

Przedwojenną Warszawę wspominam bardzo miło i dobrze. Chodziłam do szkoły na tej samej ulicy. To była słynna szkoła Jadwigi Jawurkówny i Kowalczykówny na ulicy Wiejskiej (nawet wyszła książka „Szkoła z ulicy Wiejskiej”). Dyrektorki – jedna była blondynką, druga brunetką i dlatego mówiło się o nich pani Biała i pani Czarna. Bardzo dobrze wspominam te czasy. Kwitło życie towarzyskie również wśród dzieci. Chodziłam do moich przyjaciół na tak zwane przebierane kinderbale. Przed szkołą, w przedszkolu, byłam jedną dziewczynką na siedmiu chłopców, więc byłam niesłychanie maltretowana. Jeżeli bawiliśmy się w złodziei i policjantów, to ja byłam złodziejem, a siedmiu chłopców było policjantami, więc proszę sobie wyobrazić, jak [mi dokuczali]… To było prywatne przedszkole na ulicy Mokotowskiej. Do dziś wspominam bardzo częste spotkania poza przedszkolem z przyjaciółmi z tamtego okresu. Ojciec bardzo ciężko pracował, ale moi rodzice również prowadzili życie towarzyskie, przeważnie brydże, na które przychodziło bardzo wiele osób. Wspólne rodzinne Boże Narodzenia, wigilie, gdzie spotykała się cała rodzina, ponieważ mieliśmy bardzo duże mieszkanie, siedem pokoi. W najbliższej rodzinie było nas tylko dwie dziewczynki, bo u brata mojego ojca, Władysława Tatarkiewicza, był jeden syn, wobec tego wszyscy przychodzili do nas – tam, gdzie jest więcej dzieci [zapraszane były] wszystkie ciocie i wszyscy najbliżsi.

  • Czy wtedy faktycznie był taki szacunek do rodziców, że na przykład nie można było odezwać się przy stole?

Mówiło się „proszę mamy”, „proszę taty”. Przychodziło się, pukało się do pokoju – pytało się babcię: „Czy mogę wejść?”. Oglądałam tam pierwsze radio babci, które było nastawiane na kryształek. Oprócz tego do babci przychodziło się zawsze po obiedzie. Jak zasłużyło się, to babcia wyjmowała kolorowe piękne pudełko, [w którym] były słodycze. Słodycze były wydzielane. Był ogromny szacunek, moja siostra była bardzo posłusznym dzieckiem, ale ja byłam ta niepokorna i niestety bardzo często w konflikcie z autorytetami i rodzicami, i moją siostrą, która mając sześć lat więcej ode mnie, okazywała mi w pewnym wieku absolutną ignorancję – że jestem ta smarkata, a ona jest ta starsza. Tak żeśmy sobie psociły we dwie, z tym że najczęściej ja byłam winną osobą.

  • Gdzie chodziło się na spacery?

Na spacery chodziło się do Frascati (to był park) albo do parku Ujazdowskiego, gdzie było bardzo blisko. Z tego parku też mam wspomnienia, ponieważ tam przyjaźniłam się z synem [siostry] Wedla, który był o rok starszy [ode mnie]. Kiedy miałam pięć – sześć lat, a on siedem, to wchodził ze mną do sklepu Wedla (przy kasach Wedla były zawsze panie obarczone ogromnym zaufaniem ze strony Wedla), podchodził (wszyscy go znali) i mówił: „Trzy gumy do żucia dla mojej narzeczonej”.
Ale były też i różne niemiłe chwile. Dostał nowy łuk i w parku Ujazdowskim powiedział: „Umiem strzelać”. Mówię: „Ja ci nie wierzę”. Strzelił i strzała weszła mi między zęby, do jamy ustnej. Obie nasze opiekunki, które bardzo przyjaźniły się, wyrwały mi strzałę, tamowały mi krew serwetką śniadaniową. Opiekunka Piotrusia (miał nazwisko Żochowski – [i był synem] siostry Wedla) strasznie go biła, a ja krzyczałam: „Nie bijcie mojego narzeczonego, ponieważ pozwoliłam mu do mnie strzelać!”. Takie były dziecięce zabawy.

  • Czy chodziła pani też do Doliny Szwajcarskiej?

Owszem chodziłam, ale już znacznie rzadziej, ponieważ i Frascati, i park Ujazdowski były najbliżej. Zostało mi przywiązanie do dziś dnia – ile razy jestem w Warszawie (Frascati nie istnieje, została skarpa). Ile razy wchodzę do parku Ujazdowskiego, to wydaje mi się taki malutki, a wtedy był taki ogromny (bawiliśmy się tam na mostku).

  • Czy pamięta pani dom braci Jabłkowskich?

Doskonale pamiętam – na rogu Chmielnej i Brackiej. Była to wielka przyjemność, że można było pójść do „Braci Jabłkowskich”, bo jak mama robiła zakupy, to na dole można było się pobawić. Zostawało się pod opieką, było pełno zabawek. Poza tym był to dla każdego dziecka niesłychanie atrakcyjny dom – mnóstwo zabawek, mnóstwo dziecięcych stoisk. Bardzo lubiłam tam chodzić. Pamiętam doskonale – „Bracia Jabłkowscy”. Na rogu Chmielnej, naprzeciwko „Braci Jabłkowskich” była też znana firma – prywatny sklep spożywczy [Pakulskich], zawsze wisiały [tam] śliczne, wspaniałe zające. Podziwiałam, jak można złapać tyle zajęcy, postrzelić i później sprzedawać – tak było w okresie Bożego Narodzenia. Do „Braci Jabłkowskich” chodziło się na Boże Narodzenie. I do domu na Szpitalnej – [nad] obecnym „Wedlem” – [gdzie] na pierwszym piętrze mieszkała siostra Wedla. Tam również były urządzane znakomite kinderbale i [były] wspaniałe czekolady wedlowskie. Moja opiekunka, pani Wanda Czyżewska (była opiekunką moją i mojej siostry) dostawała od swojej przyjaciółki, która była wychowawczynią dzieci siostry Wedla, całe pudełka czekoladek i chowała między bielizną, bo byłam bardzo łakoma. Wyciągałam czekoladki i któregoś dnia okazało się, że z osiemnastu tabliczek czekolady w pudełku została jedna. Wszystkie były zjedzone przeze mnie. Prawie dostałam lanie. Za karę zostałam pozbawiona słodyczy przez okres co najmniej miesiąca.

  • Ale dostała pani lanie czy nie?

Nie. Odgrażano się laniem. Ale musiałyśmy pić tran – moja siostra nie wyłamywała się, a ja się wyłamywałam. Były obowiązki, które należało w domu [wykonać]. Pomimo że była gosposia i wychowawczyni, to musiałyśmy wykonywać pewne zadania w domu. Ja miałam codziennie czyścić ubranie mojego ojca – szczoteczką, ładnie, żeby nie było żadnego pyłku, włoska. Od czasu do czasu dostawałam za to do skarbonki dziesięć groszy. To było moje zadanie. Oprócz tego naturalnie w pokoju u dzieci musiał być idealny porządek, musiało być wszystko na miejscu. Lanie – nie, raczej były groźby, ale byłam butna, zamykałam się w łazience i mówiłam: „Tu się położę na zimnej posadzce, umrę i będziecie płakać, jak mnie nie będzie!”. Byłam okropna. Miałyśmy nosić szaliki i ciepłe majtki. Nie chciałam nosić ciepłych majtek i moja mama kontrolowała mnie przed wyjściem. Wychodziłam na schody, zdejmowałam i wsadzałam do tornistra. Nie jadałam drugich śniadań (jak wracałam ze szkoły, to była cała awantura), ponieważ jak znalazło się po drodze biednego, to można mu było dać śniadanie. Czasem nie było nikogo, przychodziło się do domu i mama stwierdzała: „Znowu nie zjadłaś śniadania!”.

  • Czy dziesięć groszy to było dużo, czy mało?

Bułka kosztowała chyba dwa czy trzy grosze. To było nienajgorzej, ale ja zażądałam, że będę piła tran tylko wtedy, kiedy będę dostawała za to też parę groszy. Nie bardzo pamiętam, ale rodzice chyba nie złamali się i nie dostawałam. Ale był reżim. Ojciec pracował po południu, przyjmował klientów u siebie w gabinecie, kończył bardzo późno. Jeszcze jako bardzo mała dziewczynka miałam okropnie zły zwyczaj – ssałam palec i kręciłam loka. Zakładano mi rękawiczki, żebym nie ssała palca, to robiłam dziury, więc w pewnym momencie założono mi skarpetki, [które] zawiązywano. Przyszedł do mnie mój tata – widocznie wiedział o tym (a strasznie nie chciałam, żeby się dowiedział, to zupełna kompromitacja) i mówi: „Przyszedłem powiedzieć ci dobranoc”. Wstałam, rączki miałam z tyłu. Tata mówi: „Nie obejmiesz mnie za szyję?”. Objęłam go za szyję, powiedział: „A co to? Moja córka palec do buzi? Taka duża panna!”. Okazało się, że już później byłam tak zawstydzona, że przestałam uprawiać ten zwyczaj.

  • Później przyszedł wybuch wojny. Jak pani pamięta ostatnie dni przed wybuchem?

Byłam wtedy na wsi u dziadków [Krakowskich] w majątku Żaby pod Warszawą (między Sochaczewem a Błoniem). To były przecież jeszcze wakacje. Myśmy z siostrą zawsze spędzały tam wakacje – lipiec i sierpień. Nie wiem, jak to się stało, że moja siostra razem z moją matką i ojcem wcześniej pojechali do Warszawy. Ja – 1 września, kiedy wybuchła wojna – pod opieką administratora majątku pana Brzozowskiego byłam wieziona do domu do Warszawy. Pamiętam to doskonale, dlatego bo dojechaliśmy końmi do Grodziska i z Grodziska mieliśmy jechać pociągiem. Pociągi już bardzo źle kursowały. Był nalot. Pamiętam, że pan Brzozowski jechał powołany do wojska. Miał szablę. Był nalot, pociąg zatrzymał się. Wszystkim kazano wyjść z pociągu i położyć się na ziemi w polu. Leżałam w polu, wszyscy strasznie krzyczeli, bo szabla w słońcu (była piękna pogoda, letni dzień) dawała światło. Wszyscy krzyczeli. Pan Brzozowski mówi: „Kładź się na to!”. Przyjechaliśmy do Warszawy. W Warszawie konie na ulicach, ogromny ruch. Już mojego ojca nie było, już był powołany do wojska jako oficer rezerwy. Nie wiedzieliśmy gdzie, była tylko wiadomość w domu u mojej babki i naszym domu na Wiejskiej, że dwadzieścia cztery godziny temu gdzieś wyjechał na przydział, dostał powołanie. Nasza opiekunka jak i moja siostra chodziły do Szpitala Ujazdowskiego i opiekowały się tam rannymi żołnierzami.
Potem jest ogromna luka i pamiętam dopiero [okres], kiedy chodziłam do szkoły. Potem szkołę zamknięto i zaczęły się tajne komplety, tajne nauczanie. Prowadziła to ta sama szkoła, myśmy dostawali legitymacje szkoły zawodowej, żeby był jakiś dokument. Moje komplety odbywały się w alei Niepodległości w mieszkaniu obu dyrektorek – pani Białej i pani Czarnej – i siostrzenicy [jednej z nich], która chodziła ze mną do jednej klasy – Julii Ehrenfeucht. Obie dyrektorki zginęły w czasie Powstania Warszawskiego właśnie w tym mieszkaniu, [zostały] zastrzelone. Jedna była chora, nie mogła wyjść, druga nie chciała jej opuścić i z tego, co wiem, obie zginęły właśnie tam, na parterze, gdzie były komplety. Tajne komplety to była porządna nauka. Raczej w domach, bo spotykałyśmy się tylko trzy razy w tygodniu, przychodzili poszczególni nauczyciele. Należało wchodzić po kolei, jak spotkałyśmy się, to nigdy we dwie, tylko każda musiała wchodzić co parę minut do lokalu, gdzie odbywały się lekcje.

  • Co stało się z tatą?

Tata został tuż przed 17 września [internowany do Rumunii]. Cudem ocalał – jedna noc, parę godzin dzieliło go od tego, że niestety przeszedłby do Związku Radzieckiego i tam zginąłby w obozie w Katyniu. W ostatniej chwili dostali grupą rozkaz, że mają przekroczyć granicę rumuńską. Dostał się do Rumunii, był przez całą wojnę w Rumunii, w Craiovej (najpierw w Bukareszcie, później w Craiovej) i wrócił dopiero po wojnie. Mieliśmy bardzo wątpliwy, rzadki kontakt, ale mam jeszcze kilka kartek, które uratowały się – kartki, które pisał i wspomnienia z tamtego okresu, które pisał. Ale moja babka straszliwie za nim tęskniła, rozpaczała. Pierwszy rok nie mieliśmy w ogóle żadnej wiadomości. Z tego co pamiętam chyba dopiero w 1941 roku przyszła pierwsza kartka, że „Jestem w Rumunii, w Craiovej, internowany. Żyję” – bo tak nie było żadnych wiadomości. Jako dziecko pamiętam, jak moja babka zamykała się wieczorami w pokoju, w gabinecie mojego ojca, stała przed jego portretem: „Janku, gdzie jesteś? Wróć do mnie”. Nie doczekała tego. W 1942 roku zmarła na serce.

  • Tęsknota.

Tak. Nie mogła się z tego podnieść. Był [jeszcze] jeden syn, mój stryj, czyli jedyny brat mojego ojca, ale matka jednakowo tęskni, nawet jak ma dziesięciu, to za jednym, którego nie ma… Kocha wtedy najbardziej. Zresztą zawsze była bardziej związana z moim ojcem, bo mieszkała z nim i z jego rodziną cały czas – nawet po jego ślubie i po założeniu [przez niego] rodziny.

  • Jak pani trafiła do konspiracji?

Do konspiracji trafiłam z kompletów. Nauczycielki, które nas uczyły, powiedziały nam (i między innymi dyrektorki tej słynnej szkoły), że jest drużyna harcerska i czy nie chciałybyśmy być w konspiracji w harcerstwie. To była 1. drużyna, tak zwana Zielona, hufiec „Wybrzeże Kościuszkowskie”. Hufcową była Jola Wedecka, późniejsza uczestniczka Powstania Warszawskiego, później przechodziła przez obóz i [trafiła] do Anglii. Nie wróciła już do Polski, ale jeszcze przyjeżdżała tutaj i miała z nami kontakt. Moją drużynową była Zofia Zawadzka pseudonim „Zocha” (już niestety nie żyje) – też uczestnik Powstania Warszawskiego – a moją zastępową była też już nieżyjąca Jola Krajewska. Zastępowała ją okresowo Hanka Czarnocka, która jest w Anglii i z którą po bardzo, bardzo wielu latach w tym roku się widziałam, byłam w Anglii i przegadałyśmy całą noc, wspominając tamte czasy.
  • Czy mama i siostra wiedziały, że pani wstąpiła do konspiracji?

Moja siostra wiedziała, mama też, ponieważ był obowiązek, żeby matki dawały na to zgodę. Długo po wojnie dowiedziałam się, [że] również [musiała być zgoda] na to, że będziemy uczestniczyć w Powstaniu, gdyby takowe wybuchło. Dowiedziałam się o tym od mojej drużynowej – już kiedy moja matka nie żyła. Zapytałam ją, jak to było, kiedy rozmawiała – w ogóle nie wiedziałam o tym, kiedy rozmawiała z moją matką. Mówi: „Zapytałam się jej, czy się zgadza – że jesteś w konspiracji, że jak by wybuchło Powstanie, czy pójdziesz. Wiesz co mi na to odpowiedziała? Odpowiedziała mi tak: »Pani Zofio, nawet jak jej powiem: nie, nie zgadzam się, to ona i tak pójdzie«”. Dowiedziałam się tego dopiero po śmierci mojej matki, czyli po 1961 roku.

  • Czy to znaczy, że był taki zwyczaj, że zastępowe chodziły do rodziców?

Chodziły do rodziców, pytały się, czy wolno, czy zezwala. Z mojego zastępu byłam jedyną osobą, której matka zgodziła się. Było nas sześć w zastępie – pozostałe matki się nie zgodziły.

  • Czy tamta piątka nie mogła już chodzić?

Nie, ciągle chodziły na zbiórki. Było przyrzeczenie harcerskie. Od naszego zastępu przyrzeczenie odbierała druhna Jaga Falkowska, która była komendantką harcerstwa polskiego – dziewczęcego. To było na alei Niepodległości, właśnie tam, gdzie były komplety. Tam odbyło się tajne przyrzeczenie harcerskie. [Koleżanki] były, tylko matki nie zgodziły się na to, że gdyby wybuchło Powstanie, to niestety nie. Wobec tego ja byłam szkolona.

  • Jak wyglądało to przyrzeczenie?

Normalne przyrzeczenie harcerskie. Wzruszający moment, bo przecież nigdy w życiu… Wydawałoby się, że nie będziemy mogli zobaczyć komendantki Harcerstwa Polskiego na całą Polskę. Druhna „Jaga” Falkowska jest znaną postacią. Jest pochowana na cmentarzu wojskowym w Alei Zasłużonych i tam w rocznicę Powstania gromadzimy się – harcerki z „Szarych Szeregów” – i zawsze przy jej grobie jest spotkanie (to jest bardzo blisko Gloria Victis). Nawet czasem coś śpiewamy, którąś z piosenek harcerskich. Ona od mojego zastępu odbierała normalne przyrzeczenie harcerskie.
Miałyśmy bardzo ruchliwe konspiracyjne życie, bo byłyśmy szkolone – starsze zastępy w sanitariacie, a mój zastęp jako młodszy (nazywał się zastęp „Dzięciołów”) w łączności. Miałyśmy zajęcia w terenie w Radości pod Warszawą, gdzie mieszkała moja drużynowa Zocha Zawadzka. Przyjeżdżałyśmy tam na noc i w nocy w lesie miałyśmy normalne zajęcia harcerskie, naturalnie nastawione na wojenne czasy. Umiejętność podchodów, umiejętność zachowywania się w ciszy, umiejętność robienia szkiców. Miałyśmy bardzo różne zadania w samej Warszawie, z których później nas egzaminowano. Na przykład, jak dostać się najszybciej – biorąc pod uwagę wszystkie przejścia przez tak zwane bramy (nie ulicami, tylko przez bramy) – z Warszawy róg Marszałkowskiej i Alej na przykład na Wolę albo na Pragę. Trzeba było znać wszystkie możliwe połączenia. Pamiętam, że przy pierwszym sprawdzianie pomyliłam jedną bramę, źle określiłam i z powrotem jeszcze raz musiałam tę trasę przemierzać.
Miałyśmy robić szkice na Polu Mokotowskim jak dojść do fortu mokotowskiego Była tam warownia. Na Lindleya był duży gmach i było powiedziane, że na ostatnim piętrze jest niemieckie działko przeciwlotnicze. [W szkoleniach] chodziło o to, jak tam się dostać. Musiałyśmy robić rysunki, rozpoznania co do schodów, różne szyfry. Takie to było szkolenie, które przeszłam. Poza tym przenosiłyśmy, rozdzielałyśmy gazetki do drukowania, roznosiłyśmy gazetki. Pamiętam, że miałam przenieść na Rakowiecką powielacz – ogromne pudło. Już nie pamiętam, pod który numer, ale przecież na Rakowieckiej było więzienie i cała prawa strona to był jeden żołnierz niemiecki przy drugim. Niestety trzeba było tamtędy przejść. Zostałam wybrana prawdopodobnie nie dlatego, że byłam dobra, tylko dlatego, że byłam mała, drobna, niska, z warkoczami. Pamiętam, że dając mi na Złotej to pudło od mojej drużynowej, zawiązali mi na warkoczach dwie różowe kokardy. Powiedziałam, że jestem za duża i nie chcę tych kokard. Powiedzieli: „To jest rozkaz. Masz pójść”. Właśnie taka dziewczynka z różowymi kokardami idzie, niesie płaskie, ale bardzo duże [pudełko]. Pamiętam, że przenosiłam to, ale to był reżim. Poza tym były ogromne wymagania co do tego, że nie wolno opuszczać się w nauce. Pamiętam, że miałam wtedy kłopoty z biologią i moja drużynowa, która była pracownikiem chyba już wtedy uniwersytetu, wzięła mnie na korepetycje i musiałam się uczyć. Powiedziała: „Nic nie będzie, żadnej konspiracji, jeżeli nie będziesz miała dobrych stopni i nie będziesz się uczyła”.

  • Czy zdobywało się stopnie?

Zdobywało się sprawności. Normalne, harcerskie sprawności.

  • Jakie?

Pamiętam, że w Radości robiłam kucharza i poszczególne stopnie, które były w harcerstwie. Po wojnie przez dwa, trzy lata byłam w harcerstwie, dopóki nie powstało to drugie harcerstwo, czyli byłam drużynową po próbie.

  • Jak zdobywało się sprawność kucharza?

Trzeba było [coś] ugotować w lesie prawie z niczego, na menażkach. Umieć samej zapalić ogień, zebrać chrust. Nie mogło to się dymić, żeby nie było to [widoczne]. To wszystko było jednak pod ogromną konspiracją. Pamiętam, że robiłam i inne sprawności, już nie pamiętam [jakie]. Niedużo tego było. Były ćwiczenia: dostawało się wiersz albo prozę i trzeba było rozpoznać, gdzie będzie spotkanie, stawić się tam o tej i o tej godzinie. A to było bardzo zakamuflowane, więc budziło, jak gdyby kształtowało dawanie sobie rady w różnych sytuacjach. Pamiętam, że dostałam wiersz, [w którym] było o Chrystusie. Jedyna rzecz to krzyż i prawdziwe włosy. Myślę sobie: gdzie [jest] Chrystus z prawdziwymi włosami? To było spotkanie w katedrze, po lewej stronie. Przyszłam tam, była tam moja zastępowa – Jola Krajewska. Mówi: „A jednak znalazłaś, w którym to miejscu”. Zgłosiłam się tam na czas.

  • Czy tam naprawdę był Chrystus z prawdziwymi włosami?

Jest w katedrze. W bocznej nawie po prawej stronie ołtarza. Tam są prawdziwe włosy Chrystusa. Nie wiem, czy to nie zostało spalone w czasie Powstania, ale wtedy na pewno był z prawdziwymi włosami, czyli zrobiono jakieś prawdziwe włosy. Bardzo piękny, w ciemnym ołtarzu. Ciemny ołtarz pozostał, bo byłam tam, tylko prawdopodobnie już nie te włosy.

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia 1944 roku?

1 sierpnia zapamiętałam w ten sposób, że byłam w ogóle bardzo rozczarowana, bo było próbne Powstanie dwa dni przedtem i miałam zgłosić się na ulicę Piękną do mieszkania doktór „Joanny” [Joanna Piekarska] i najpierw ekspediować materiały opatrunkowe, które były tam zgromadzone. Przychodziły jakieś osoby – na hasło wydawałam, odbierałam. Doktór „Joanny” nie było. Myślałam, że to już jest Powstanie, tymczasem to odwołano. Wróciłam do domu.
Następnego dnia dostałam wiadomość, że mam zgłosić się już nie tam, tylko na plac Dąbrowskiego 2/4. Pożegnałam się z moją matką. Moja siostra rozpaczała, że jeszcze nie ma żadnego przydziału i co to będzie? „Jak to? Ty już idziesz, a ja jeszcze nie?”. Była cała walka o to, żeby mama pozwoliła mi wziąć [skarpetki taty]. Wszyscy już chodzili w długich butach, po wojskowemu. Mówię: „Mamo, czy możesz mi dać – tata ma wspaniałe, długie skarpetki” – miały zastąpić buty. Mama mówi: „Nie, bo tatuś wróci i nie będzie miał skarpetek” – ale dostałam te skarpetki. Wyszłam, żegnając się z moją matką. Pobiegłam. Już było pełno ludzi, widać było, kto gdzie idzie, widać, że idą już na swoje przydziały. Brama na placu Dąbrowskiego 2/4 była zamknięta. Był dzwonek – zadzwoniłam. Otworzono bramę, a w bramie stało dwóch wojskowych z biało-czerwonymi opaskami – Armia Krajowa, w rogatywkach. „Dokąd to?”. Powiedziałam: „Miałam tu zgłosić się – miałam podane – do komendantki »Rakiety«”. Komendantka „Rakieta” była szefową I plutonu Wojskowej Służby Kobiet. Nie znam jej nazwiska, „Rakieta” to był pseudonim. Powiedzieli, że mam zgłosić się na pierwsze piętro. Weszłam [i podeszłam do] ogromnej postaci, wspaniałej pani w wieku… wydawała mi się wtedy bardzo stara, bo miała pewnie trzydzieści parę lat, ale ja miałam czternaście. Zameldowałam się źle. Powiedziała: „Kogóż tu przysyłają?! Nawet meldować się nie potrafią!”. Tak zaczęło się moje Powstanie i powstańcze życie. Na oficynie placu Dąbrowskiego 2/4 (tam był pięciopiętrowy zupełnie nowoczesny blok, bo stara część jest od frontu placu) był mały ogródek i ogródek aktorek (po prawej stronie) i tam był szpital.
Pierwsze moje przeżycie, które opisuję, to… Pikowały samoloty i trzeciego dnia Powstania był raniony prosto w serce z broni maszynowej lekarz naczelny tego szpitala, nachylający się nad rannym powstańcem na łóżku. Padł na łóżko i zginął. Drugi moment, który pamiętam (później odnalazłam osobę, która przeprowadzała tę operację) – w stróżówce na parterze była dokonywana amputacja ręki. [Człowiek] strasznie cierpiał, bo było to robione bez znieczulenia, tylko z zastrzykiem z narkotykiem.
Po śmierci lekarza naczelnego doktór „Joanna” jako szefowa Obwodu Śródmieście dla służby sanitarnej zadecydowała, że szpital nie jest w bezpiecznym miejscu i musi być przeniesiony. Przenosiliśmy wszystkich chorych, rannych, do gmachu PKO, gdzie było całe dowództwo. [Mówiono], że tam w podziemiach (dwa piętra pod ziemią) jest bezpiecznie i tam mamy przenieść cały szpital. 4 sierpnia zameldowałam doktór „Joannie”, że ostatni ranny jest przeniesiony do PKO. Na to doktór „Joanna” powiedziała: „Dziękuję. Możesz odpocząć”. W piwnicy weszłam w boczny korytarzyk. Piętnaście minut jak gruchnęła tam bomba, która poszła skosem przez bramę, prosto w schron. Zginęły trzydzieści trzy osoby, łącznie z doktór „Joanną”. Byłam jedną z czterech osób, które wyszły. Nie wiem, jak wydostałam się stamtąd, bo byłam przysypana. Ocknęłam się przy strasznym huku i próbowałam się poruszyć. Okazało się, że jestem unieruchomiona w gruzach. Było ciemno, był krzyk. Nie wiem, jak długo to trwało. Wiem, że chyba musiała pęknąć rura, bo zaczęła się lać na mnie woda. W jakiś sposób wyszarpnęłam się, wydostałam i szłam w strasznym kurzu, w ciemności do jakiegoś światełka. Przechodziłam przez bramę, wyszłam na zewnątrz. Szłam w kierunku drugiej części tego domu, gdzie na parterze również żeśmy stacjonowały (nie tylko w piwnicy). Byłam boso, goła – miałam na sobie dzienną koszulę na ramiączkach, rozszarpaną od góry do dołu. Miałam tylko małe zranienie z tyłu, na łydce. Z domu poleciały wszystkie szyby, szłam po szkle i nie miałam uszkodzonych stóp, a byłam bez butów. Nie wiem, jak to się stało. Potem ubrano mnie w jakiś uniform. Jacyś ludzie zaczęli wynosić [ciała] z piwnic i obok w ogródku (gdzie był ogródek aktorek) układaliśmy trupy. To było straszne. I była doktór „Joanna” – śliczna kobieta. Jej synek, o którym opowiadała, był u jej siostry, mąż – chyba od wojny – nie wiem gdzie, nic o nim nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy tylko, powiedziała nam dzień przedtem: „Mój synek jest u mojej siostry i koniecznie chce budować barykady”. Była całkowicie goła i miała jedną malutką ranę, ze strużką krwi, w czaszce. Wiem, że zdejmowano jej obrączkę, zabezpieczając dla najbliższych. Została pochowana na tym placowym szpitalu.

  • Dlaczego była goła?

Dlatego, bo pęd powietrza zdzierał całe ubranie. Wyszarpywaliśmy ich z gruzów. To pęd powietrza, samej bomby. Bardzo nad tym boleję, bo właściwie nie mam kontaktu z nikim, kto jeszcze stamtąd mógł być. Jedyne osoby, z którymi miałam później, po wojnie kontakt – Wanda Lubecka i jej przyjaciółka [Joanna Kadler] – obie nie żyją. W miejscu, gdzie to się stało – chodzę tam bardzo często – nie ma nawet tabliczki, nie ma nic. Ciągle mnie dręczy ta sprawa, że powinna być chociaż tabliczka, że tam zginęły trzydzieści trzy osoby, między innymi „Joanna”. Bardzo długo szukałam jej grobu, bo liczyłam, że na pewno po wojnie była ekshumowana, bo wszyscy byli zabrani z ogrodu. Odnalazł mnie jej syn (mam nawet przy sobie jego list), który przeczytał moje wspomnienia. Ale to był rok osiemdziesiąty któryś, kiedy nawiązaliśmy kontakt. Powiedział mi, że jest pochowana [na cywilnych Powązkach grobie rodzinnym]. Prosił o szereg danych – jaki oddział – a ja nic nie wiedziałam, bo poznałam ją tydzień przed Powstaniem, przy oddelegowaniu do niej jako osobista łączniczka.

  • Czy zostawialiście kartki, dane – kto jest pochowany?

Zostawialiśmy dane i pseudonimy.

  • Gdzie zostawialiście?

Na drewnianych krzyżach. Robiliśmy krzyżyki ze starych krzeseł, z desek i pisaliśmy przeważnie pseudonimy – chyba że ktoś znał nazwiska. Byłam naturalnie w szoku. Jakiś cywil pomagał nam kopać groby i powiedział, że nie może się na to patrzeć. Ja jako dziewczynka zaczęłam na niego krzyczeć, że co on nie może patrzeć! Ma to robić! Byłam w takim szoku. […].
[Było pytanie], dlaczego [„Joanna”] była naga. Naprzeciwko mnie, w bocznej części piwnicy, została właściwie boczna odnoga, byłyśmy tam cztery. Była tam też „Myszka”, tylko że nazywała się „Myszka Biała”. Żeby nas rozróżniali, to o mnie mówiono „Myszka Mała” a o niej „Myszka Biała”. Była też [dziewczyna] o pseudonimie „Ula”. „Myszka” była ranna. Miała na przedramieniu długo ropiejącą ranę, nie chciała się zagoić. Okazało się, że w ranie, wewnątrz, miała kawał materii. Dopiero po jakimś czasie wydłubali jej to w szpitalu w PKO. [W ranie] był [kawałek materiału z] kraciastej spódnicy, którą miała „Ula”. Więc jaki to był szalony pęd.
Przeszliśmy na jedną noc na Kredytową. Miałam obsesję, nie chciałam schodzić do żadnej piwnicy. To jest uraz przysypania i klaustrofobii, która mi pozostała do dziś – nie lubię zamkniętych przestrzeni.
Potem żeśmy już były w PKO w I plutonie Wojskowej Służby Kobiet. Byłam znowuż oddelegowana jako osobista łączniczka do zastępcy doktór „Joanny”. To był major „Bartosz” [nazwisko Węgrzynowski]. Nadal urzędował na placu Dąbrowskiego 2/4. Codziennie rano tam przychodziłam i dostawałam kilkanaście rozkazów, które miałam roznieść. [Były] pisane na maszynie, na przebitkowym bibułkowym papierze. [Rozkazy] roznosiłam do wszystkich punktów sanitarnych i szpitali Obwodu Śródmieście Południe z Powiślem włącznie. Granicą były Aleje Jerozolimskie, do Marszałkowskiej i do Powiśla w dół. Najdalszy punkt to był szpital u sióstr na Dobrej. Bardzo ciężko było tam się dostać, wszędzie były obstrzały. Wracałam późno wieczorem po kilkunastu rozniesionych rozkazach. Wtedy miałam specjalną przepustkę na gmach PKO, ponieważ tam było dowództwo, był „Bór”.
Pamiętam mszę świętą 15 sierpnia w hali głównej gmachu PKO, gdzie krzyż był zrobiony z wypalonego okna. To była bardzo uroczysta msza, wszyscy w mundurach – jak mogli – a ja w swoim kombinezonie, bo już nie miałam osobistych [rzeczy]. Nosiłam poniemiecki, popielaty mundurek z jakichś zakładów. Mszę pamiętam znakomicie. Tuż przed gmachem PKO był właz, skąd wracały łączniczki ze Starego Miasta i tam był oddział, który zdobywał PAST-ę.

  • Czy na mszy był „Bór”?

Był „Monter”. Nie pamiętam „Bora”. Pamiętam „Montera”. I pamiętam, że był tam kiedyś ślub – też w gmachu PKO. Zrobiono boczną kaplicę, księża spowiadali i udzielali komunii.

  • Jak wyglądał ślub?

Bardzo słabo to pamiętam. Wiem, że panna młoda miała nawet jakiś kwiatek. Oboje byli w mundurach – on w panterce, o ile pamiętam. Miała kwiatek w ręku czy we włosach. Ale to nie jest ten ślub, który jest bardzo często pokazywany, udokumentowany. To było, wydaje mi się, mniej rozreklamowane.
Zaczęły się straszne tak zwane krowy, szafy. Wtedy okazało się, że moje nastawienie anty-piwnicowe jest nie bardzo rozsądne, ponieważ wystarczyło, że jak [pocisk] przeleciał w okolicy dziesięciu metrów, to paliło człowieka. Pamiętam to ze szpitala w podziemiach. Mówiono, że jest tam pięć metrów żelbetonu i że nie przebije tego żadna bomba. Ale jak poszły bomby od podwórza, to przebiły do dna. W szpitalu było bardzo dużo poparzonych od bomb i to było straszne. To byli zupełnie czarni ludzie. Pamiętam ich krzyk. Byli zawijani tylko w prześcieradła nasączane jakimś olejem lnianym. O ile wiem szefem tego szpitala był doktór Zaorski. Pamiętam, że kiedyś przekazywałam mu meldunek, a on operował, robił trepanację czaszki w piwnicznym pokoju pod ziemią przystosowanym jako sala operacyjna. Pamiętam, jak zdobyliśmy PAST-ę, i pamiętam, jak prowadzili jeńców.
  • Proszę opowiedzieć.

Z PAST-y było strasznie dużo rannych. Tam chyba zginął brat mojej koleżanki, Tomek Kozicki. Później zresztą [jego] matka szukała kontaktów. Nie byłam pewna, ale miał charakterystyczną urodę i pamiętam, jak go nieśli na noszach. Nie uczestniczyłam w czynnościach sanitarnych. Ale jak już zdobyli PAST-ę, to pamiętam, jak prowadzili Niemców przez bramę boczną PKO. Któryś [z powstańców] podskoczył i chciał uderzyć Niemca głową o ścianę. Zatrzymał go dowódca. Mówi: „Pamiętaj. Nie wolno. To są jeńcy. Jeńcy wojenni. Nie zachowujmy się tak jak oni”. Pamiętam, że były takie momenty bardzo drastyczne, które na mnie, młodej osobie, robiły kolosalne wrażenie.
Jak wychodziliśmy z gmachu PKO, to wszystko naokoło płonęło – cała Jasna, wszystkie domy już się paliły. Nie pamiętam dokładnie dnia, [kiedy] myśmy wychodzili. Zostaliśmy bez rozkazów i komendantka „Rakieta” powiedziała: „Przechodzimy na Powiśle”. Dostaliśmy racje żywnościowe. W papierowym pudełeczku [był] sztuczny miód i kilka kostek cukru. Powiedziano: „To jest racja na czterdzieści osiem godzin. Nic nie będzie, żadnego jedzenia”. Byliśmy bardzo głodni [przez] cały czas Powstania. Moje niektóre koleżanki zjadły od razu cały miód i chorowały, bo to nie na te żołądki, które były wyposzczone. Sztuczny miód – to było na wagę złota, wspaniałe. Ja [jadłam] po łyżeczce.
Wychodziliśmy wokół sejfów PKO. Były otwarte. Część rzeczy widocznie stamtąd zabierano. Leżało złoto rzucone na podłodze. Było przeświadczenie: nie wezmę tego, bo jak wezmę cokolwiek, to nie wyjdę żywa. A trzeba wyjść żywym. Trzeba ratować życie, a nie pieniądze.

  • Czy widziała pani, że ktoś wziął?

Nie, tego nie widziałam. Chyba była na ten temat jakaś rozmowa, czy bierzemy to. Ale nie widziałam, żeby ktoś brał. Niemniej te sejfy były otwarte. Przeszliśmy przez Nowy Świat na wysokości [kawiarni] „Bliklego”. „Blikle” się palił. Jak w czasie wojny wyrzucili nas z dzielnicy niemieckiej w Warszawie (Wiejska to była dzielnica niemiecka), to moja matka nie wiedząc, co zrobić z meblami z siedmiu pokoi, masę rzeczy rozdawała, masę rzeczy brała do garaży na Saską Kępę. Był piękny fortepian, na którym grywał mój ojciec (Bechstein) i mama oddała go do kawiarni do „Bliklego”, na pierwsze piętro. Tam odbywały się koncerty – nie wiem, czy tajne, czy nie.
„Blikle” palił się, a na dole u „Bliklego” były magazyny talerzy, talerzyków, filiżanek. To było na drewnianych półkach, otwarte. Wszystko waliło się, trzeba było wynosić półki, żeby nie rozniecać [ognia]. Nawet nie było [jak] iść na górę, żeby zobaczyć, czy nasz Bechstein (najlepsza firma fortepianów) spalił się, czy nie.
Z Powiśla wyszliśmy po jednej dobie nocowania, bo Powiśle już się poddawało.
Jeszcze w [międzyczasie] odnalazłam moją siostrę. To było nieprawdopodobne. Chodząc, rozdając rozkazy do wszystkich punktów sanitarnych, bardzo często przechodziłam przez ulicę Jasną. Na drugim piętrze [domu przy Jasnej] mieszkała przyjaciółka mojej siostry Isia Sielużycka. Mieszkała z nią matka, a [Isia] była na Starym Mieście. Nie wiedziałam tego. Później pomyślałam: muszę zajść do matki Isi Sielużyckiej. Poszłam na górę, a ona mówi: „Isia jest na Starym Mieście, na Starówce, a twoja siostra jest na ulicy Złotej przy walkach o Dworzec Główny”. Dała mi adres mojej siostry. Poszłam tam. Okazało się, że akurat ma straszną biegunkę, była chora. Wiedziałam, że mój dowódca major „Bartosz” ma suchary, i wiem, że biegunkowe rzeczy tym się leczyło. [Stosowało się] taką dietę – przecież nic innego do jedzenia nie było, kasza i to. Przyszłam do niego któregoś dnia i mówię, że mam biegunkę i czy mogłabym dostać ze dwa, trzy suchary? Wziął mnie pod brodę i mówi tak: „Ale ty mówisz nieprawdę! Powiedz, do czego ci potrzebne są suchary?”. Powiedziałam, że moja siostra ma biegunkę, jest tam i tam, w oddziale takim i takim. Dał mi suchary. Byłam tak strasznie głodna! To było największe wyrzeczenie, jakie zrobiłam w życiu. To, że nie dotknęłam, nie zjadłam tych sucharów, które jej przyniosłam. Szczęśliwie wszystko [dobrze się skończyło].
Potem jak przeszłyśmy przez Aleje Jerozolimskie, to nagle okazało się, że jestem w innym świecie. Wszyscy chodzą ulicami, nikt nie chowa się do schronów, nie ma płonących domów (ostatni tydzień, gdzie [przy] gmachu PKO wokół niszczyli wszystko po kolei – począwszy od Prudentialu do samego PKO). Wyszło się z piekła ognia, a tam normalnie wszyscy chodzą, działa Poczta Polowa. Tam żeśmy urzędowali na Mokotowskiej 55. Na Wilczej i z gmachu [Instytutu] Głuchoniemych wyszła moja drużyna, która obsadzała punkt sanitarny właśnie w gmachu [Instytutu] Głuchoniemych. Dotarłam – sama jedna, cały czas osobno – do nich. Opisuję, jakie to było spotkanie, jak mnie przygarnęły, jak powiedziały: „Co ci dać?”. Dostałam wikt, opierunek, dały mi wodę, mogłam umyć się (chyba umyły mi wtedy głowę). „Co jeszcze potrzebujesz?”. Ponieważ chodziłam w kombinezonie – trudno mówić o tych rzeczach, ale taka była rzeczywistość – mówię: „Wstydzę się wam powiedzieć, co mi jest najbardziej potrzebne. Nie mam majtek. Po prostu, zwykłych majtek”.

  • A przed okupacją nie chciała pani…

…nosić ciepłych majtek. Dały mi majtki, zostałam wyposażona. Nareszcie! U sióstr na Wilczej (jest do dziś dnia kaplica sióstr) był szpital i leżała tam moja [zastępowa Jola Krajewska], która miała złamaną podstawę czaszki. Mogłam do niej pójść i ją odwiedzić, ale już nie przeszłam do ich oddziału, tylko ciągle byłam w I plutonie. Dyżurowaliśmy przy włazie w Alejach Ujazdowskich. [To był] właz, którym wychodzili ci, którzy wędrowali [kanałami] z Mokotowa.

  • Jak oni wyglądali?

Strasznie. To zrobiło na mnie potworne wrażenie. Myśmy miały dziesięciogodzinne dyżury w pokoju, przy przekraczaniu Alej Jerozolimskich (jeżeli ktoś był ranny, bo był tam stały obstrzał), jako łącznicy, którzy mają dawać znać służbom sanitarnym, przy tym włazie. To jest właz, który jest naprzeciwko gmachu, [gdzie] są figury atlasów, którzy na grzbietach trzymają bramę. Jeden z oddziałów przeszedł zupełnie normalnie, tyle tylko, że cuchnący. W Alejach w głębi, w bramie był punkt, gdzie [były] służby sanitarne i [gdzie] rejestrowali, kto wychodzi. Ale akurat miałam dyżur, kiedy wychodził oddział, który [szedł] czterdzieści osiem godzin, bo się zgubił. To byli oszaleli ludzie krzyczący, wołający, zupełnie zgubieni, w absolutnym szoku. Niektórzy wychodzili na zewnątrz – nie wiedzieli, gdzie są. Straszny smród z ubrań. Byli zagazowani odchodami, które były w kanałach. Przebywali w kanałach czterdzieści osiem godzin czy nawet dłużej.

  • Osiemnaście.

Osiemnaście? A mi wydawało się, że to czterdzieści osiem godzin. Strasznie… To robiło na mnie straszne wrażenie. To, co mam ciągle w oczach: w podziemiach PKO – ludzi spalonych, całkowicie czarnych, tylko czerwone usta i ich krzyki, i ci, którzy wychodzili zagazowani [z kanału]. [Dawali] im jakieś środki uspokajające – myśmy ich tylko doprowadzali do wnętrza [bramy] i natychmiast wracaliśmy z powrotem, żeby być przy włazie (w razie czego, do działań dyspozycyjnych), nie sanitariatu.

  • Kto ich wyciągał?

Wyciągał ich oddział specjalny, ale myśmy przy tym też dyżurowali. Nie umiem powiedzieć, jak nazywał się oddział.

  • Powstańcy, którzy wychodzili z kanałów, mieli w oczach jakiś obłęd czy…

W oczach obłęd. Tak jak zachowuje się człowiek, który jest w szoku i zupełnie nie jest w stanie się kontrolować. Przede wszystkim czerwone, obrzęknięte oczy. Nie widzieli… Światło, w dzień, po tylu godzinach – zupełnie jak ślepi, nie mogli otworzyć oczu. Nie wiedzieli, gdzie są. Myśmy krzyczeli: „Jesteście wśród swoich!”. Były osoby, które wychodziły spokojnie i cicho, prawie omdlewając, a były osoby, które – widać było – jak w ostrym szale. Myślę, że oni po prostu zupełnie się nie kontrolowali. Poza tym to było zatrucie gazami, jednak to była toksemia. Tak może zachowywać się człowiek… Centralny układ nerwowy jest w jakiś sposób uszkodzony. To może później całkowicie mijało, już dalej tego nie widziałam. Widziałam ich tylko w momencie, kiedy ukazywali się, wyciągaliśmy ich. Nie mieli zupełnie sił, podnosiło się ich, jak tylko ukazały się ramiona i głowa. To był straszny widok.

  • Na czym polegał ten szał?

Niektórzy rzucali się, byli niespokojni, krzyczeli – chodziło o zachowanie ciszy, chodziło [o to], żeby ich uciszyć. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy jak daleko – nie zdawałam sobie sprawy, gdzie jest granica, gdzie są jeszcze Polacy, gdzie jesteśmy my, a gdzie już są Niemcy, w jakim promieniu. Nie miałam już możliwości kontrolowania niczego.
Jeszcze zapomniałam powiedzieć o jednej rzeczy (mój wnuk każe sobie ciągle to opowiadać, bo to go bawi). Szłam Mokotowską, był już zmierzch. Wracałam z przydziału, z dyżuru przy Alejach Jerozolimskich, była szarzyzna i nagle usłyszałam hałas przelatującego samolotu (leciał nisko). To było tuż przy Mokotowskiej 55, miałam już wchodzić do gmachu, gdzie stacjonowałyśmy. Nagle coś strasznego, czarnego, spadło z hukiem na ziemię. Byłam przekonana, że to jest bomba. Jacyś ludzie wybiegli z pustej ulicy, nie wiadomo skąd się wzięli, zaczęli biec w tym kierunku. To było pięć metrów ode mnie – czarny [przedmiot] podłużnego kształtu. Miał przedziwny kształt. Wołałam: „Ostrożnie! Bomba!”. Okazało się, że to był kukuruźnik i zrzut worka z kaszą, a nie bomba. Ale byłam przekonana, że to jest bomba, że zaraz wybuchnie.

  • Czy w Instytucie Głuchoniemych spotkała się pani z głuchoniemymi żołnierzami?

Nie. Mój oddział już wycofał się z [Instytutu] Głuchoniemych. Cały sanitariat został już przeniesiony. Chyba, zdaje się poszczególne osoby, nie wiem, do którego dnia Powstania – oni bronili gmachu głuchoniemych. Moje harcerki (poza jedną, która leżała w szpitalu u sióstr na Wilczej) przeniosły się stamtąd i były na rogu Wilczej i Mokotowskiej. Natomiast ja już nie chodziłam do głuchoniemych, nie byłam tam. Zetknęłam się z nimi na pierwszym piętrze róg Wilczej i Mokotowskiej, a ja byłam na Mokotowskiej 55, więc właściwie o sześć domów dalej, po prawej stronie. Jest dom w głębi, a [numer] 51 to jest róg Wilczej i Mokotowskiej (chyba stoi jeden i drugi w całości).

  • Kaplica też stoi.

Kaplica stoi. Byłam w kaplicy. W tej kaplicy miałam pierwszą komunię w 1941 roku.

  • I do końca Powstania była już pani w Śródmieściu Południowym?

Do końca Powstania. Kiedy ogłoszono kapitulację, to moje harcerki i mój oddział wychodził już na zewnątrz, a ja skontaktowałam się z moją siostrą i doszłyśmy do wniosku, że skoro żeśmy się odnalazły, że skoro z najbliższej rodziny (mama, ojciec, ona, ja) każdy był gdzie indziej i nie wiemy, co dzieje się z rodzicami, to musimy trzymać się razem. Uzyskałam zgodę, że mogę wyjść razem z oddziałem mojej siostry, żebyśmy już się nie rozdzielały.
Moi wyszli, a ja wieczorem po ich pożegnaniu, poszłam do mojej siostry. Jej oddział miał wychodzić na drugi dzień. O dwunastej w nocy ([siostra] pewnie opowiadała to ze szczegółami) przyszedł jej dowódca z odprawy z „Gurta” i powiedział, że kto nie chce, może nie wychodzić z wojskiem przez Ursus – może wyjść z ludnością cywilną, natomiast nie zabiera nikogo poniżej osiemnastego roku życia. Nie mogłam iść, jeszcze jedna z oddziału „Gurta” też była młodsza. Moja siostra powiedziała: „Wobec tego wyjdę razem z nią” – i wyszłyśmy razem z ludnością cywilną przez Pruszków. [Wyszłyśmy] razem z naszą opiekunką, która okazało się, że opuściła naszą matkę, dowiedziawszy się, że jest Powstanie i poszła po suchary do znajomych na ulicę [Wilczą] i moja matka została sama. Ją żeśmy odnalazły i razem we trzy żeśmy wyszły przez Pruszków.

  • Co stało się z mamą?

Mama została wyprowadzona przez „ukraińców” dziesiątego dnia Powstania.

  • Skąd została wyprowadzona?

Z mieszkania, gdzie mieszkaliśmy, bo po wyrzuceniu nas – z powodu [utworzenia] dzielnicy niemieckiej – z Wiejskiej, mieszkałyśmy na Mochnackiego przy placu Narutowicza. Tam dziesiątego dnia weszli „ukraińcy” i dziesiątego dnia [mama] została wyprowadzona przez „ukraińców”, zostawiając całe mieszkanie, wszystkie dobra. [Wyszła] z malutkim plecaczkiem. Jak wpadli do piwnicy, powiedzieli: „Oddawać wszystko!”, to moja mama zdjęła złoty zegarek z ręki, od razu im oddała. U szeregu przyjaciół miała w depozycie biżuterię i to przeniosła na sobie, na brzuchu. W Pruszkowie podobno podszedł do niej ktoś z Polaków i powiedział: „Co? Pani trzyma obrączkę na ręku? Razem z palcem ją pani utną, a przedtem jeszcze panią zgwałcą!”. Wobec tego moja matka to zdjęła. Miała na głowie toczek i wsadziła obrączkę w toczek. Po Pruszkowie dostała się do Żab, do [naszego] majątku i tam przygarniała wszystkich po kolei wychodzących z Warszawy. Nie wiedziała, co się z nami stało. Codziennie wieczorem wychodziła, kiedy nakarmiła wszystkich (jak mówi się: czym chata bogata), a było piętnaście – dwadzieścia osób okresowo. Był mój stryj – brat mojego ojca z rodziną, przyjaciele, było bardzo dużo osób. [Matka] wychodziła, patrzyła na łunę nad Warszawą nie wiedząc, czy żyjemy i co się z nami dzieje.
W Pruszkowie była jeszcze okropna przygoda, bo stali Niemcy i rozdzielali: młodszych na roboty i osobno [pozostałych]. Naszą opiekunkę dali osobno, a mnie zaczęli wołać, [kiwając] palcem i – skąd mam to ubranie. To był ciągle kombinezon, który nosiłam całe Powstanie, od [chwili] straty własnych ubrań. [Kombinezon] był z magazynów niemieckich. Wtedy od razu podeszła moja siostra, bo znała niemiecki, a ja nie mogłam przypomnieć sobie żadnej ulicy w Warszawie, [o której] muszę powiedzieć, że to tam, gdzie nie było Niemców, tylko tam, gdzie byli Polacy i gdzie zostawili magazyny. Pustka w głowie. Zobaczyli, że to kombinezon niemiecki, ciemnoszare spodnie i kurtka. Moja siostra powiedziała, że dostałam [go], bo byłam ranna, byłam przysypana. [Wyznaczyli] nas na roboty. Wsadzili nas do bydlęcych wagonów, z jeszcze jedną [dziewczyną] z oddziału „Żbika”. Ciągle my dwie, młodsze, chciałyśmy uciekać, a moja siostra ciągle mówiła: „Chwileczkę, nie ma co”. Jak wywozili nas z Pruszkowa, to [ta dziewczyna] uciekła. Zaczęli strzelać. Nie wiemy, czy trafili ją, czy nie. Nic nie wiemy, słuch po niej zaginął.
W bydlęcych wagonach jechałyśmy trzy dni. W pewnym momencie, w nocy wszystkich nas wyprowadzono (w wagonach jechałyśmy na stojąco, nic do jedzenia, chluśnięty kubełek wody do popicia). Wypuszczali nas na potrzeby własne – pod bronią, przy wagonie można było dokonać tej czynności. W pewnym momencie [pociąg] zatrzymał się w nocy i wszystkich nas stamtąd wyprowadzili. Zaczęto prowadzić nas w konwoju – lasy obok, ciemna noc. Myśmy w ogóle nie wiedzieli, co to jest. Ktoś powiedział, że są podminowane tory i prowadzą nas do pociągu, który jest oddalony. Prowadzili nas chyba pół godziny (to był może kilometr, dwa). Stał pociąg – już nie bydlęce wagony, tylko normalny pociąg, w którym opróżniono wagon i tam nas ładowali. Nie zmieściłyśmy się do tego wagonu, [więc] jakiś drugi wagon. Okazało się, że są tam ludzie [nie z naszego transportu], którzy jadą. Nie wiedzieliśmy, czy to jest jeszcze Polska, bo pociąg ciągle stawał, ruszał, nocą jechał, w dzień stał, [my] zamknięte w wagonach [bydlęcych]. Okazało się, że tam jedzie normalnie ludność polska, cywilna i że to jest pod Częstochową. [Ludzie w pociągu] byli przerażeni, że nagle tu powstańcy, co z nimi zrobią, wiozą ludność z Warszawy. Myśmy miały dwa malutkie plecaczki. Legitymacje – spalone. Płakałyśmy, paląc te legitymacje. Pod Częstochową – pod semaforem, przy wielkim nasypie, ulica – pociąg zatrzymał się. Stał. Mówię do mojej siostry: „Ela, teraz albo nigdy. Tylko nie bierzemy tych plecaków. Zostawiamy wszystko tak jak… Wstajemy”. Wyszłyśmy. Mówię: „Tylko nie oglądajmy się”. Na stopniach, po dwóch stronach stali żołnierze niemieccy. Nic. Mówię: „Tylko wolno, wolno”. Żeśmy zeszły do ulicy, zaczęłyśmy biec [ulicą] i zatrzymałyśmy się na Jasnej Górze.
W ostatniej chwili dostałyśmy żołd. To był kawałek złotej bransoletki – łańcuszka i pieniądze. Niewiele pieniędzy, ale poszłyśmy do restauracji i pamiętam, jak kelner zapytał się co podać – czy kartofle takie czy takie. Moja siostra powiedziała: „Kartofle. Mogą być same, byle dużo”.
Stamtąd żeśmy dojechały do Grodziska, pod Grodziskiem do majątku przyjaciół moich rodziców. Stamtąd dali nam konny [pojazd] i zawieźli nas do Żab, gdzie była mama. Rozczulający moment. Moja siostra powiedziała: „Zrobiłam to tylko dla Janki, że jestem dzisiaj tu, a nie ze swoimi”. Mój stryj, brat mojego ojca, cały czas mówił do mojej matki (to już przecież był październik): „Zosiu, że puściłaś Elę, to rozumiem, ale tę Janeczkę, małą…”.
Kończę swoje wspomnienia, że to nie my – bohaterzy, tylko takie matki, które patrzyły na płonącą Warszawę przez dwa miesiące, nie mając żadnej wiadomości [od dzieci].
Mój ojciec wrócił z Rumunii i poszedł na Mochnackiego, gdzie dom był spalony, ale w stróżówce mieszkał już stróż. Szukał napisów, jakiegoś śladu, bo nic o nas nie wiedział. Stróż wyszedł i powiedział: „Och! Pan mecenas wrócił! Żona jest na wsi pod Warszawą, ale córki obie to zdaje się, że nie żyją”. Mój ojciec postawił walizkę. Ale potem przypadkowo na ulicy, na placu Narutowicza, spotkał się z kuzynem, który mu powiedział: „Żyją. Są w Łodzi”. Tak nas odnalazł.

  • Dlaczego przyjęła pani pseudonim „Myszka”?

Dlatego bo byłam mała, każdy z nas musiał mieć jakiś pseudonim i wydawało mi się, że myszka jest taka szara, niepozorna, może mi pasowało to. Potem zmieniłam się, wcale nie chciałam być szarą myszką. Ale przylgnęło to do mnie. Do dziś dnia moje harcerki z drużyny, którą prowadziłam po wojnie tutaj w Sopocie (jedna z [harcerek] jest w Kalifornii, trzy są w Sopocie) inaczej do mnie nie mówią jak „Myszka”. W tym gronie tak zostało.

  • Pani „Myszko”. Jak by pani miała znowu czternaście lat, to czy poszłaby pani do Powstania?

Na pewno tak. Na pewno bym poszła, chociaż dzisiaj mam na to zupełnie inne spojrzenie, ale ciągle nie potrafię rozważać tego w kategoriach, czy było potrzebne, czy wolno było to robić? Żeby [ktoś] widział tę rozpacz, jak odwołano pierwszy termin. To była rozpacz! Jak to? To było zachłyśnięcie się… Kto przeżył ten moment otwarcia bramy na placu Dąbrowskiego i zobaczenia wiszącej w środku biało-czerwonej flagi, biało-czerwonych opasek, chłopców w furażerkach z orzełkami, to… To było nieprawdopodobne przeżycie.
W kategoriach rozsądku, w kategoriach polityki my nie jesteśmy w stanie na ten temat nawet dzisiaj dyskutować. Prawdopodobnie bym poszła, aczkolwiek w swoich wspomnieniach napisałam, że do 4 sierpnia, kiedy to się stało, kiedy wyniosłam nieżywe trzydzieści trzy osoby, to ciągle myślałam, że to taka harcerska gra. Zrobiłam się dorosła 3 sierpnia 1944 roku, kiedy miałam czternaście lat. Zrobiłam się zupełnie dorosła. Po wojnie źle czułam się w moim otoczeniu – to wszystko były dzieci, a ja już nie.




Sopot, 30 października 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama

Janina Suchorzewska Pseudonim: '"myszka" Stopień: łączniczka, Szare Szeregi, I pluton WSK Dzielnica: Śródmieście Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter