Irena Pera „Kalinowska”

Archiwum Historii Mówionej

Irena Pera z domu Jędrzejewska, w Powstaniu pseudonim „Kalinowska”.

  • Co pani robiła przed wybuchem II wojny światowej?

Byłam uczennicą szkoły powszechnej. Pierwszego września zdawałam egzamin do gimnazjum pani Taczanowskiej, na ulicy Marszałkowskiej było takie gimnazjum.

  • Gdzie pani mieszkała?

Mieszkałam na Woli, plac Opolski 2, to jest koło Górczewskiej, Młynarskiej, tamte okolice.

  • A jak się nazywali panie rodzice?

Karolina i Marian.

  • I czym się zajmowali?

Mamusia była krawcową, znaczy w domu szyła, tatuś był szewcem.

  • Miała pani jakieś rodzeństwo?

Dużo nas było. Najstarsza, przyrodnia siostra Stanisława była już mężatką, miała dwoje dzieci, kiedy wybuchła wojna. Urodzona w Kownie, bo stamtąd mamusia pochodziła. Drugi był brat Mieczysław, w czasie wojny był wywieziony na Sybir, stamtąd przedostał się później do wojska polskiego. Walczył pod Monte Cassino, tam był ranny, tam zapoznał Włoszkę, z którą po wojnie wyjechał do Argentyny i tam umarł. Następna była siostra Janina, wyszła za mąż, miała dwóch synów, już nie żyje, z zawodu krawcowa. Później był brat Stefan, który razem z Mieczysławem był wywieziony na Sybir. Wiem, że zmarł. Ponieważ byli razem, wiem, że zmarł w Archangielsku. Następna byłam ja i był jeszcze młodszy brat Rysio, który jak wiem od siostry, kiedy wybuchło Powstanie, dołączył do „Szarych Szeregów”, do harcerzy, którzy [walczyli] przy cmentarzu kalwińskim. Kalwińskie i ewangelickie cmentarze były w pobliżu. Oni tam na tym cmentarzu mieli jakieś zbiórki i on tam dołączył do nich. Wiem tylko tyle o nim. Siostra nie umiała mi powiedzieć, ani jaki pseudonim on miał, nie wiem, jakoś nie mogłam od niej tego nic wydostać, od tej Janki. Wiem tylko później, że już dosyć późno, bo jak już ludzie cywilni ze Śródmieścia mieli wychodzić, przyszedł do tej najstarszej siostry Stasi z kolegą. Mieli ze sobą karabiny, przyszedł się umyć, bo przeszli ze Starówki do Śródmieścia. Siostra mu proponowała, ponieważ szykowała się do wyjścia z dziećmi z Warszawy, prosiła go: „Rysiu, chodź ze mną”. – „Nie. Nie pójdę, jeszcze mamy nie pomściłem”. Bo nasza mama była aresztowana, siedziała na Pawiaku. Dopiero po wojnie żeśmy się dowiedzieli, że w lutym 22 lub 23 lutego 1944 roku była rozstrzelana na Pawiaku. Wtedy żeśmy nie wiedzieli, ale wiedzieliśmy, że była na Pawiaku i widzieliśmy, że była z Pawiaka wyprowadzona z celi. Nie wiedzieliśmy dalej, co się stało. W każdym bądź razie Ryszard nie chciał iść z siostrą. Został w Powstaniu, co się z nim stało, nie mam pojęcia.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Dla mnie to była bardzo śmieszna historia. Ja byłam czerwonokrzyżanką w szkole podstawowej, działałam w Czerwonym Krzyżu i dostałam jakieś ulotki, które miałam roznosić do sanitariuszek, do punktów zbornych dla nich. Dookoła swojego mieszkania na Woli miałam roznosić te ulotki. Miałam rano egzamin do tego gimnazjum, no ale to był 1 września, ale biegałam z tymi zawiadomieniami i pamiętam, że przebiegłam, z jednej bramy biegłam tam gdzieś dalej i jakiś pan mnie zatrzymał, mówi: „Dziecko, co ty tu robisz? Nalot jest, a ty biegasz po ulicy!”. Ja mówię: „Ja muszę tutaj wejść”. Wpadłam tam do bramy, załatwiłam i później jakoś tramwajem dojechałam do tej Marszałkowskiej, na egzamin się nie spóźniłam, nie. I dopiero tam w gimnazjum, już żeśmy były w klasie, przyszła przełożona, mówi: „Dziewczęta, w bardzo historycznym dniu zdajecie egzamin. Wybuchła wojna z Niemcami. No ale myślę, że jakoś to wszystko przeżyjemy i życzę wam powodzenia w egzaminie”. Rezultat był taki, że później dom, w którym było to gimnazjum, znaczy góra tego domu, był jakiś pocisk i uderzył akurat w kancelarię. Tak że nawet jak już Niemcy weszli, to poszłam tam, do tego gimnazjum. Tam na dole ta pani przełożona była, ona prawdopodobnie gdzieś tam mieszkała w tym domu, w każdym bądź razie widziałam się z nią. Ona mówi: „Moje dziecko, nie wiemy, czy nam pozwolą prowadzić, czy nie. Raczej nie”. Ja mówię: „A papiery?”. – „A, papierów to ci nie mogę oddać, bo jest wszystko [zniszczone], akurat kancelaria została zniszczona”. Zapytała się, jak się nazywam, i mówi: „Pamiętam, ty dobrze zdałaś egzamin. Jak pozwolą nam uczyć, to zgłoś się, to przyjmę ciebie”. Ja miałam być uczennicą darmową, bo zdawałam nawet takie egzaminy psychotechniczne, nim dostałam skierowanie do gimnazjum. Bo przed wojną, nie wiem, czy wszyscy wiedzą, że było takie [rozporządzenie], że prywatne gimnazja miały obowiązek mieć uczennice ze zniżkowymi opłatami i również darmowe. Ja miałam studiować tam, znaczy uczyć się, jako uczennica darmowa. Taki był dzień wybuchu [wojny].
Kiedy już było oblężenie Warszawy, kiedy Niemcy zbliżali się do Warszawy, prezydent Starzyński ogłosił, że potrzebuje do kopania rowów, do wszystkiego, że w ogóle mężczyzn prosi. Ponieważ akurat i Mietek, i Stefan, moi dwaj bracia, nie byli powołani do wojska, nie wiem dlaczego, może nie doszło to, w każdym bądź razie zgłosili się. Tam było tak dużo chętnych, że Mieczysław się dostał do oddziałów i bronił Ochoty, na Ochocie był. Stefana nie wzięli, bo on był wątły, wysoki, szczupły, ale wątły on był po poważnej operacji, to się nazywało kiedyś trepanacja czaszki, tutaj coś było z uchem. Był wątły, tak że jego nie przyjęli, a Mietek obronił się na Ochocie, był w oddziałach Ochoty.
My jako dzieciaki... Aha, więc jak to było. Jak były naloty, nocami przecież też były, więc były dyżury. Każdy dom wyznaczał [osoby], dyżury były i trzeba było pilnować, bo rzucali bomby zapalające. Mój tatuś akurat był jednym ze starszych, nie był powołany do tego wojska, starszy pan, był jak gdyby komendantem takim, który zbierał te wszystkie [osoby], no dowodził jak gdyby tym wszystkim. Pamiętam, że uprosiłam, że na jedną noc pozwolili nam dzieciakom mieć ten dyżur. Zezwolono nam, na pewno tam obserwował ktoś starszy, jak my się zachowujemy, a myśmy bardzo poważnie do tego podeszli. Żeśmy chodzili po podwórku, patrzyliśmy, prawda, czy samolotów nie ma, czy tego, czy nie rzucą bomby zapalającej na dach. Ten dom, gdzie ja mieszkałam, to był dom parterowy i obok była oficyna jednopiętrowa, no więc takie to przeżycie.
Coś się robiło. Kiedyś bomba była rzucona właśnie na środek tego naszego placu Opolskiego. Taki lej ogromny był, żeśmy później oglądali ten lej, była wielka sensacja. Tam jakiś oddział wojska stał w pobliżu, więc gotowały panie w kotłach zupę.

  • To było jeszcze przed kapitulacją?

Tak, tak. Zupę, obiady tym żołnierzom [gotowały]. No jakoś tak... Jak były naloty, to wszyscy schodzili do piwnicy. Ja nie wiem dlaczego, ale ja nie chciałam schodzić do piwnicy. W domu stała na stole ogromna torba pestek z dyni, ja tylko miałam taki fartuszek z kieszenią, brałam garść tych pestek, stawałam w sieni i te pestki gryzłam. Zupełnie spokojnie ja tam [spędzałam] całe naloty. Oczywiście jak ja nie chciałam zejść, to mamusia też nie. A ja, w ogóle nie było mowy, żebym zeszła do piwnicy. Nie wiem, miałam jakiś lęk. I tak przyszło, że Niemcy weszli.
Ja zaczęłam pracować, no bo ciężko było. Było w ogóle bardzo ciężko, bo Niemcy bardzo dobrze wybrali termin wybuchu wojny. Nikt nie był na zimę zaopatrzony. Tak jak u mnie w domu to zawsze były kupowane ziemniaki, na całą zimę były kupione, beka kapusty zakwaszonej była zawsze na zimę naszykowana, a tu nic nie było zrobione, bo było za wcześnie. Wrzesień, październik robiło się zapasy na zimę. I tak jak u nas, tak wszędzie był głód. Pamiętam, jak kiedyś mamusia poszła ziemniaki kupić. Nie było innych, przyniosła ziemniaki. To były ziemniaki jak kawałki lodu. W wodzie się je odmrażało, jak się ugotowały, to były słodkie, paskudne. Pamiętam, jak się jadło takie podpłomyki pieczone na kuchni. Gorzkie były, nie pamiętam, z czego były, gorzkie jak diabli, ale jadło się to, co było. Tak że potworny głód był. Później, jak już Niemcy weszli, to się zaczął [handel]. Już troszeczkę ludzie wozili ze wsi towaru, coś przywozili ze wsi, handlowali. Kercelak był czynny, tam można było wiele rzeczy kupić. No, było trochę inaczej.
Ja pracowałam, dostałam się do pracy, najpierw do... Aha, zapisałam się jeszcze do jakiejś szkoły, chyba handlowa to była czy krawiecka, i tam chodziłam do szkoły, żeby mieć jakiś papierek, a pracowałam w sklepie z galanterią skórzaną. I kiedy minął rok szkolny, w szkole nam poradzono, żeby nas nie wywieźli, załatwili nam papiery, że jesteśmy zatrudnione w jakiejś takiej instytucji, w jakiejś fabryce. Mnie zależało na pieniądzach, poszłam tam i pytam się, kiedy nas do tej pracy wezmą. Mówią: „Dzieciaku, to tylko chodziło o to, żebyście mieli papierek”. I w jakiś sposób dostałam się do pracy do takiego warsztatu mechanicznego, który prowadził poznaniak Jan Wapniarek (to była Żytnia 20) i tam pracowałam. I tam właśnie on, on lub jego przyjaciel, który też tam pracował, był kierownikiem, pod koniec, w czterdziestym czwartym roku, któryś z nich zaproponował nam po prostu, czy chcemy wstąpić do AK. Oczywiście ja i jeszcze jedna sekretarka Halina, Halina Gawin, no i myśmy były. Podano nam, kiedy mamy się zgłosić na przysięgę. Było to gdzieś na Śródmieściu i przysięgę żeśmy składały w czterdziestym czwartym roku, pierwsza niedziela po dwudziestym czwartym czerwca. Nie wiem, który to był dzień, ale to była pierwsza niedziela po 24 czerwca, bo nasz szef Jan obchodził swoje imieniny. Kolegów sprosił do tego swojego warsztatu i myśmy tam rano były, szykowałyśmy to cały przyjęcie i w czasie tego przyjęcia patrzyli na nas, czy my jesteśmy w stanie, bo tam oczywiście chcieli, żebyśmy piły, bo tego... Oczywiście myśmy się bały napić, szef nas bronił przed tym, że nie. I myśmy w czasie tego przyjęcia wyjechały na tą przysięgę. Wiem, że ona wiedziała, gdzie mamy jechać, jak. Żeśmy pojechały tam razem, tam oczywiście dość sporo młodzieży było w mieszkaniu. Powiedziano nam, że gdyby Niemcy wpadli, to jesteśmy na imieninach, też chyba u Jana. No i tam była ta przysięga.
Poza tym wiem, że gdzieś (znowu nie pamiętam, nie potrafię powiedzieć gdzie) chodziłam na takie kursy pomocy, pierwszej pomocy, udzielenia pierwszej pomocy, bo nawet byłam taka mądra, że koleżankom później mówiłam, w razie czego jak mają (koleżankom z podwórka, z sąsiedztwa), jak się ratuje rannych i tak dalej. Jak się oddychanie robi jeszcze je uczyłam. I tak dotrwałam aż do... Właśnie nic więcej w czasie tych działań nie robiłam do wybuchu Powstania. Później dostałam tylko wiadomość, że mam się zgłosić na Elektoralną 20.

  • Kiedy aresztowano pani mamę?

Moją mamę aresztowano w styczniu czterdziestego czwartego roku. Jechała ze wsi z żywnością, z sąsiadką. Wisia Pszoniak, młoda pani. Podobno to się tak jakoś odbyło dziwnie i to też z opowiadań wiem, że podobno na Dworcu Zachodnim z sąsiedniego przedział wyszedł jakiś mężczyzna, poszedł na dworzec, sprowadził żandarmów i pokazał: „Ta i ta”. I pokazał na moją mamę i na tą sąsiadkę. Wyprowadzono je i wylądowały na Pawiaku. Tam mąż tej Wisi miał jakiś dostęp, nie wiem, przez znajomości, przez coś, że myśmy cały czas mogli jakoś [otrzymywać] informacje... że one siedzą, że tego, że owego, wszystko było wiadomo. No i w pewnym momencie... A tam jeszcze się coś podawało tej pani, że donosiły im. I w pewnym momencie powiedziała, że już nie ma ich, były zabrane. Po jakimś czasie, mnie wtedy nie było w domu, bo ja byłam bardziej dociekliwa, moja siostra starsza... Ale jakoś, nie wiem, albo nie chciała mi mówić, nie wiem, w każdym bądź razie (niewiele mogę powiedzieć) przyszła jakaś pani do nas, do domu. Okazało się, że siedziała w tej samej celi, taka duża cela, gdzie siedziała moja mama z tą Wisią. Kiedy one były wywoływane, dwie stąd były i dwie z innej celi, to podobno więźniarki uważały, że to jest godzina wolnościowa, że o tej godzinie wypuszczają na wolność. Moja mama, to był styczeń, była w palcie, nawet podniszczonym, bo na wieś jechała po żywność, a ta pani miała jakiś futerko i przyszła dowiedzieć się dlaczego, co się z moją mamą stało, że tego futerka nie dostarczyła do rodziny. A okazało się, że mama była rozstrzelana. Bo to jest podobno... Ja w archiwach Pawiaka nie sprawdzałam, tylko czytałam taką książkę „Pierścień śmierci wokół Warszawy” i tam znalazłam, że... nie pamiętam, dwudziesty drugi... Bo w jednym w jakimś [źródle] było napisane dwudziesty drugi, gdzieś indziej przeczytałam, że 23 lutego przywieziono... Z tego co pamiętam, dokładnie to w tej książce było, że dwudziestego drugiego lub trzeciego lutego przywieziono dwudziestu trzech mężczyzn nie wiadomo skąd, dołączono cztery kobiety z Pawiaka (właśnie nazwisko mojej mamy, tej Wisi i jeszcze dwie inne) i rozstrzelano. I to wiem z tej książki.

  • A co się działo z pani tatą?

Mój tata w czasie Powstania poszedł do szpitala na Płockiej pomagać, jako noszowy pomagać przy rannych. Starszy człowiek, ale poszedł, czuł się na siłach i poszedł, pomagał tam przy chorych, przenosić rannych. I właśnie stamtąd już później był wyprowadzony.

  • Jak wybuchło Powstanie, to pani była razem z tą koleżanką na Elektoralnej.

Na Elektoralnej.

  • Jak pani zapamiętała 1 sierpnia?

Trudno mi powiedzieć. Zgłosiłam się tam i siedziałam. Wtedy nic nie robiłam, czekałam na jakieś… Poszłam tam, tu i tu mam [czekać], dostałyśmy ten... żeśmy się zapoznały... „Danusia”... No i żeśmy siedziały, czekały na jakieś polecenia, których oczywiście nie było raczej przez pewien czas w ogóle. Raz tylko byłam wysłana do tych Sądów z czymś, nie pamiętam, z czym, i drugi raz, co byłam z szefem, z tym dowódcą, gdzieś tam w jakimś oddziale. To wszystko, co sama brałam udział, a tak to siedziałam.

  • Mogłaby pani opowiedzieć o tym coś więcej? Jak pani tam dotarła, z kim była, może pamięta pani, co miała do przeniesienia.

Nie rozumiem, znaczy gdzie dotarłam?
  • Na przykład do tych Sądów?

Do Sądów, aha, o to chodzi. Więc tam się chodziło nie ulicami, tylko podwórkami. Tam ludzie przebijali z jednej posesji do drugiej albo jak było ogrodzenie, to przez ogrodzenie, jak nie, to przez piwnice. Tam młodzi, młodzi chłopcy pokazywali drogę. Wychodziło się, szło się, wchodziło się gdzieś, wychodziło się na następną posesję. „Gdzie idziesz?”. – „Tu i tu”. – „No to tędy idź”. – „A tu to...” I tak w ten sposób pokazywano nam którędy. Doszłam tak do ulicy, patrzę, naprzeciwko mam Sądy. „Tutaj to musisz przebiec ulicę”. No to przebiegłam, wpadłam do Sądów. Tam akurat przynieśli rannego Powstańca, był ranny w brzuch. Wiem, że to była potworna rana, że to są rany raczej w Powstaniu nieuleczalne. W każdym razie pomogłam go tam [przenieść] tymi noszami na stół, postawić wyżej te nosze. Załatwiłam, co miałam załatwić. U kogo byłam, co przenosiłam, nie wiem. W ten sam sposób wróciłam do siebie na Elektoralną.
Druga rzecz, no to pamiętam ten wybuch, co Niemcy wysadzili jakąś amunicję chyba. W posesji, w której byli zamknięci, podobno wyjechali czołgiem, wysadzili to, wszystko tą amunicję. Ulice, wodociągi było uszkodzone. Jak szłam z szefem do jakiejś placówki, też nie pamiętam... Wiem, że szłam przez ulicę Żelazną, ponieważ tam kolega mieszkał, więc znałam tę ulicę. Przechodziłam koło jego domu, więc wiem, że szliśmy Żelazną. Woda się lała, w piwnicach woda leciała strumieniami, bo były wodociągi uszkodzone przez ten wybuch. Tam byliśmy w jakimś oddziale, dowódca załatwił, co miał załatwić, żeśmy wrócili. No i później dostałam... Nie wiem, który to był dzień, musiał to być chyba piątek. Bo ja jeszcze naiwna tak sobie myślałam: „Ja tak blisko jestem domu. Tutaj siedzę tak, zapytam jutro – w sobotę albo w niedzielę – czy mi dowódca, czy mi szef pozwoli iść do domu, zajrzeć do domu. Coś tam wezmę jeszcze do ubrania czy coś, bo mam tak bliziutko, to przebiegnę jakoś tam...”. Okazało się, że już nie zdążyłam go się zapytać i dostałyśmy [informację] przez naszą przez gospodynię, u której mieszkałyśmy, nocowałyśmy tylko, że mamy stąd uciekać. I żeśmy zostały same. Dowódców nie było, myśmy zostały same. Ponieważ ludzie szli w stronę Starówki, to i myśmy poszły. Na Starówce zatrzymałyśmy się przy takiej jadłodajni. To była restauracja zamieniona na jadłodajnię powstańczą. Tam żeśmy jedną noc przenocowały i musiałyśmy uciekać.

  • Czy przyszli tam Niemcy?

Nie, nie. Po prostu gospodyni nas wprowadziła do takiej... To się kiedyś chyba nazywało garsoniera. Była otomana, wszystko stolik, krzesełeczka jakieś. „To tu będziecie spały”. – „Dobrze”. Dochodzimy do tej otomany, mamy się rozbierać, patrzymy, a tam takie pluskwy chodziły, o Jezu! No więc nie kładziemy się. Takie pluskwy, nie będę się kładła. Żeśmy usiadły przy tym stoliku i żeśmy siedziały. Po jakimś czasie pukanie, wchodzi ten gospodarz tej restauracji z kolegą, z wódką, no i: „Pijcie”. My oczywiście żeśmy nie piły, nie chciałyśmy się napić. Panowie nie mieli, co tego, myśmy nie chciały pić, sami te pół litra wypili, zabrali się i poszli. Ale myśmy się już bały na drugą noc zostać, co tam będziemy mówić. Rano żeśmy poszły, gospodyni do nas z pretensją, że tego, co, a ja taka jeszcze pyskata byłam zawsze, mówię: „A co pani robiła, dlaczego pani pozwoliła mężowi wejść do nas”. Żeśmy tam zjadły, nie pamiętam, czy tylko śniadanie, czy śniadanie i obiad, i zabrałyśmy się i żeśmy poszły przed siebie.
No więc gdzie, gdzie mamy iść, co mamy robić. Zastanawiamy się, co z sobą zrobić. Nie wiemy. Szłyśmy tak przed siebie, żeśmy jakoś nie wiem, żeśmy szły, szły, szły, żeśmy doszły chyba na Powązki czy coś, nie wiem. Po drodze była jakaś piekarnia, tam, nie wiem, czy kupiłyśmy, czy dostałyśmy duży bochen chleba. Później żeśmy gdzieś trafiły na jakiś magazyn, gdzie rozdawali puszki z mięsem, więc dostałyśmy po jednej puszce. No i idziemy dalej.
Ja szłam naiwniaczka, bo mnie się zdawało, że ja mogę dojść do domu. Jak już jestem tutaj Okopowa, tego, to dojdę do domu, dojdę do mieszkania. Mówię: „Wiesz, Danusia, to pójdziemy”. Ona nie wiem skąd, ona była gdzieś chyba ze Śródmieścia. Myśmy były za głupie, bo gdybyśmy poszły w kierunku jej mieszkania, to byłoby inaczej, a tutaj myśmy... Kiedy idziemy dalej, ona mówi tak: „Słuchaj, zatrzymajmy się na ulicy Pawiej, bo mam klucze do konspiracyjnego mieszkania”. No więc dobrze, już zbliżał się wieczór, więc doszłyśmy do ulicy Pawiej. Ostatni dom przy getcie, ostatni dom, a tu już nic nie było, tylko getto. Tam był jeszcze oddział powstańczy, ale my byłyśmy już tak zmęczone, więc idziemy, prześpimy się, a rano się do nich dołączymy. Poszłyśmy, otworzyła mieszkanie, na pierwszym piętrze, to był pokój z kuchnią. Aby się położyć – całą noc żeśmy nie przespały, więc położyć się. Otomana taka była, więc żeśmy na tą otomanę, ale takie strzały, takie pociski lecą po ulicy... „Wiesz co, przyniesiemy sobie z tej otomany to siedzenie, położymy w przedpokoju”. Położyliśmy w przedpokoju, w przedpokoju się położymy. Nim żeśmy się położyły, to taka była strzelanina straszna... „A, nie, lepiej może zejdźmy do piwnicy”. Schodzimy do piwnicy, tam ludność cywilna. Okazuje się, że w kranach nie ma wody. Mężczyzna jakiś wyszedł po wodę, bo gdzieś tam w którejś posesji była studnia. Szedł, żeby tam nabrać wody w studni, postrzelili go. Leżał na ulicy, jęczał, nie można go było ściągnąć. No już wszyscy bali się nosa wychylić. My miałyśmy tam, w tym mieszkaniu w kuchni stał ogromny gąsior, pełny wody. Żeśmy poszły i tą wodę żeśmy przyniosły na dół, co było wielkim wyczynem dla wszystkich, no bo: „Woda?”. No, co mamy, to żeśmy dały.
I chyba tego samego dnia, bo chyba nie pamiętam, żebym tam spała noc, dostajemy wiadomość, że mamy przez jakieś tam... przejść przez podwórko gdzieś i tam przez jakiś dom przebiegać przez ulicę następną do fabryki. Jakaś fabryka była. Nie wiem, jak tu była Pawia, to ja nie wiem, czy następna to była Dzielna, nie wiem, chyba tak. I tam myśmy znowu jakoś podwórkami przeszły tam i tam pojedynczo przebiegało się do tej fabryki. A Niemcy z cmentarza ewangelickiego (bo tak jak Pawia, to naprzeciwko był cmentarz ewangelicki, tak samo i ta ulica) strzelali. Dlatego trzeba było pojedynczo przemykać i mieć szczęście, że mnie nie zastrzelili. Tam żeśmy przebiegły, tam była ta fabryka. Tam nie pamiętam, czy myśmy tam noc spały, czy też nie (już nie pamiętam, jak to było), w każdym bądź razie stamtąd kazano nam wyjść. Wszyscy cywile mają wychodzić. Myśmy oczywiście tą furażerkę, tą opaskę, co żeśmy miały, zostawiły już na Elektoralnej, na Pawiej. No i idziemy na ten cmentarz zwartym tłumem cywilów. Kiedy nas wprowadzają na cmentarz ewangelicki, zaczął się taki lament, taki krzyk... Kobiety, które były z dziećmi, płakały, szlochały, no coś niesamowitego to było. Ja z tą Danką żeśmy szły jakieś otępiałe. Człowiek jak jest sam, to do wszystkiego podchodzi zupełnie inaczej. W każdym bądź razie ze szlochem, z płaczem ta cała kolumna weszła na ten cmentarz ewangelicki, przez cmentarz ewangelicki – kto nas prowadził, jak nas prowadził, nie wiem. W każdym bądź razie przeszłyśmy przez cmentarz ewangelicki. Wyszłyśmy prawdopodobnie, zdaje mi się, to była ulica Bema, koniec ulicy Bema i tą ulicą Bema prowadzą nas w lewo, czyli znowu jak gdyby w stronę ulicy Wolskiej. Idziemy. Straszna rzecz. Jak są latarnie – nas jezdnią prowadzono – jak są latarnie, jedna latarnia druga, to pomiędzy tymi latarniami leżeli żołnierze, ci akowcy zastrzeleni. Widać, że to akowiec zabity. Następna latarnia, znowu akowiec. Tak nas prowadzili szpalerem tych zabitych Powstańców.
Doprowadzili nas do cmentarza na Woli, [kościół] Świętego Wojciecha. Tam była moja parafia, doskonale znałam ten kościół. Tam nas doprowadzili. Ciekawa rzecz, bo kiedy przechodziliśmy przez bramę, Danka szła koło mnie. Raptem patrzę, Danki nie ma. Została przy bramie. Pytam osób, które były koło mnie, kogo tam zostawiali. Mówili, że folksdojcze mają zostać. Zdębiałam, ale dochodzę do wniosku, że (to była starsza trochę ode mnie ta koleżanka) może i ona miała jakieś papiery folksdojcza, może pracowała... Jak miała do konspiracyjnego mieszkania klucze, to może ona i miała jakieś lewe papiery folksdojcza. I ona została. Ja znowu jestem już teraz jak kołek. Na szczęście, bo jak się później dowiedziałam, to miałam wielkie szczęście, że nas nie wprowadzili do kościoła, tylko wyprowadzili jeszcze ludzi z kościoła. Bo w tym kościele to tam podobno dantejskie sceny się działy. Później się dowiedziałam, jak już byłam w obozie i wszystko, to dopiero się dowiedziałem, że tam były okropne rzeczy. Tam ludzi nie wypuszczali, tam się ludzie i załatwiali, i wszystko. Tam Niemcy wchodzili, wyciągali dziewczyny, gwałcili – podobno okropne rzeczy się działy. A ja miałam szczęście, że staliśmy, jeszcze wyprowadzono z tego kościoła partię ludzi i pognali nas na Dworzec Zachodni.
Na Dworcu Zachodnim wsiedliśmy do pociągu elektrycznego, który nas dowiózł do Pruszkowa. Tam też były jakieś zakłady. Tam znowu jestem w tym obozie. I tam na szczęście spotykam koleżankę, z którą pracowałam u tego Wapniarka. Ją przegnali z Ochoty, ona jest z matką, z narzeczoną swojego brata, którego Niemcy po drodze, prowadząc już na Dworzec Zachodni, rozstrzelali po drodze, ale ona jest z matką, z tą Hanią, narzeczoną brata i z sąsiadami. Tam całą kamienicę z tymi sąsiadami z całej kamienicy...

  • Jak się nazywała ta koleżanka?

Janka Jakubowska, a ta narzeczona tego brata Witka to Hanka Bagińska, Hanka Bagińska. No i już ja się przyłączyłam, ta mama Janki: „Z kim jesteś?”. Ja mówię: „Sama”. No to już, że tak powiem, zaopiekowała się mną. Mnie już było lżej, bo mam kogoś znajomego przy sobie. Tam w międzyczasie, ponieważ mój chrzestny w Pruszkowie mieszkał. Ja byłam tam raz u niego. Wiedziałam, że to była willa róg ulicy Ołówkowej. To pamiętam, bo tam raz byłam u niego, i przez jakąś pielęgniarkę, [które] tam chodziły, dałam kartkę. Nazwisko znałam i wiedziałam, że to jest jakaś ulica, willa róg Ołówkowej. Żeby podali, żeby wiedzieli, że ja tu jestem po prostu. Dałam tą kartkę pielęgniarce, powiedziała, że doręczy. Okazało się później, że rzeczywiście doręczyła tą kartkę. Nawet gdybym dłużej była tam, to podobno on załatwił, że wyprowadzono by mnie, wyszłabym jako pielęgniarka stamtąd. Ale tego samego dnia, kiedy ja tą kartkę doręczyłam, to nas wygonili z tego holu. To była taka hala fabryczna, beton i na tym betonie się siedziało. Wyprowadzili, kazali nam stamtąd wyjść i tak: rodziny na tą stronę, osoby samotne na tą. Więc ta pani Jakubowska bierze mnie i jakiegoś sąsiada złapała i mówi: „Ona będzie twoją żoną i idziecie jako małżeństwo, żeby była z nami”. Ja przeszłam jako żona tego faceta, jako rodzina, na stronę rodziny. Załadowali nas do wagonów towarowych i ruszyliśmy przed siebie.
W naszym wagonie była kobieta z maleńkim, chyba tygodniowym czy dwutygodniowym, dzieckiem. Kobieta pokarmu nie miała, dziecko płakało, ktoś tam miał wodę, to tego dzieciaka wodą poili. To dziecko płakało, matka płakała, wszyscy otępiali. Wiozą nas gdzieś. Dojeżdżamy do jakiejś stacji, zatrzymujemy się. Ja zawsze byłam taka sprytna, ciekawska, nie wiem, mnie zawsze nosiło coś, byłam bardzo energiczną osobą kiedyś. Doszłam do drzwi, doszłam bliżej drzwi, drzwi się rozsuwają. Stoją młodzi ludzie, mają nosze, mówią do mnie: „Chodź szybko, kładź się na nosze, wynosimy cię”. Ja mówię: „Nie, tu jest kobieta z maleńkimi dzieckiem. Prędko, proszę panią, z tym dzieckiem tutaj”. Tę kobietę z tym dzieckiem na te nasze, to były Skierniewice, na te nosze położyli, drzwi się zamknęły, jedziemy dalej.
Dojechaliśmy do Oranienburga. To był obóz koncentracyjny. Wtedy nawet nie wiedzieliśmy, co to Oranienburg, miejscowość Oranienburg. Tam odłączyli od nas Niemców i tam po raz pierwszy zobaczyłam mężczyzn w pasiakach, wszystko. Mężczyzn odłączyli i pamiętam, jak chłopców odłączono od matek. Taki chłopiec, który był tylko z matką, i tego chłopca też do tych mężczyzn zostawiają, ta matka musi iść, płacz, szloch. To dziecko płacze, ten chłopiec płacze, miał dziesięć, dwanaście lat, nie więcej. Ona zrozpaczona, bo to okropna rzecz. Jeszcze jak [któryś] był z ojcem, no to z ojcem zostawał, [więc] ta matka już jakoś spokojniejsza, ale tu sam dzieciak zostaje.
No znowu nas do wagonów, jedziemy dalej. Dojeżdżamy do miejscowości Ravensbrück. Patrzymy, taka ładna miejscowość, ładne domki willowe, wszystko. Idziemy taką aleją między tymi domkami, no wprowadzili nas na taki plac apelowy. Patrzymy, a tu więźniarki chodzą, znaczy chodzą takie więźniarki z tymi kiblami, bo przecież, kible, żeby się było gdzie załatwiać, powynosiły. Do nas się nie odzywają, nic, boją się. [Kiedy weszłam] na ten plac, to pamiętam jak dziś, że zastanawiałam się, jaki to dzień dzisiaj jest, 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej. No i każą nam się rejestrować, alfabetycznie ustawić. Ustawić się alfabetycznie i rejestrować, są dwie Jakubowskie, Jędrzejewska i Bagińska. Hanka mówi: „Ja się podam też jako Jakubowska”. No więc dobrze, czyli trzy Jakubowskie, Jędrzejewska, we cztery kolejno podchodzimy się rejestrować. Cztery kolejne numery mamy. Patrzymy, że wyprowadzają już ludzi przebranych, niektóre kobiety ogolone do gołej skóry, ścięte włosy. Ja miałam włosy takie niedługie, bo nigdy długich włosów nie miałam, ale tak do tej Janki mówię... Janka to była taka spryciara, ona wszystko już szyła i czesać umiała, w ogóle taka bardzo, bardzo fajna dziewczyna. Ja mówię: „Janka, zetnij mi trochę te włosy jeszcze, zawsze lepiej mieć krótkie włosy niż tego… Zgolą, no to zgolą, a jak nie, to też będzie łatwej, jak będę miała krótkie włosy”. I ona mi te włosy rzeczywiście tak krótko obcięła. Hanka, nie wiem, dlaczego nie ścięła sobie tych włosów, i ją później ogolili.

  • A panią nie.

A mnie nie, króciutko miałam obcięte te włosy. Ona blondynka, ładna blondynka, ładne blond włosy miała, a ogolili ją do gołej skóry. I nie zapomnę tego, nie zapomnę takiej kobiety – kiedy już byłyśmy w takiej łaźni, [była tam] przystojna, ładna kobieta. Siedzi Niemka tak za takim biurkiem. My tutaj się mamy rozbierać, wchodzić do łaźni. „Kto ma złoto, to ma tutaj na biurko położyć”. Jedna z kobiet wyciąga z woreczka tak na dwie ręce złotych rzeczy. Przez te ręce, przez te palce się to złoto przelewa, kładzie to na biurko. Ta Niemka bierze i zsuwa do szuflady. Do depozytów bierze, do depozytu, zsuwa... I ta kobieta wyciąga trzy futra. Miała w bagażu karakuły, popielice i jeszcze jakieś. Wiem, że trzy futra i tak tą kobietę zapamiętałam, że to złoto, tyle miała tego złota, i te futra, aż mnie podniosło coś, bo ona jeszcze tą Niemkę prosi, żeby te futro zapakować. W torby przeciwmolowe im pakowała te futra. Ja to bym podeptała. Ona sama zapakowała w torby przeciwmolowe, prosiła o torby przeciwmolowe, żeby zapakować futra, Niemcom dać depozyt. Przecież to dorosły człowiek, a ja głupia dziewczyna dziewiętnastoletnia. Miałam jeszcze okazję tej pani przygadać, bo kiedyś żeśmy właśnie w Ravensbrücku, akurat tak się złożyło, że ja miałam tutaj pryczę, a ona wyżej, obok. No i tak opowiadała innym paniom, jakie to ona miała mieszkania, jakie to, jakie tamto. Ja sobie myślę, no rzeczywiście bogata, wiem, widziałam to, ale najgorzej jak ona mówi: „Jak nas wieźli, to przyszli kolejarze i powiedzieli, że jak byśmy się złożyli, trochę dali złota Niemcom, to by nas zostawili tutaj”. Ja już nie wytrzymałam i mówię: „Co, żal pani było tego złota dać, prawda. Dałaby pani dwie czy trzy sztuki, z tego co pani całą garść dała Niemcom, i uratowałaby pani nas wszystkie, nas wszystkich. Żal pani było?”. – „No ale czego ja miałam dać?” Ja mówię: „To dobrze, że pani się tu znalazła, bardzo dobrze”. No taki mam charakter i tak to było. Dwa tygodnie żeśmy tam były...
  • Jak pani wspomina pobyt tam?

Proszę pani, uratowano mnie też od śmierci. Tam właśnie. Jest niedziela… A, jeszcze może powiem tak. Gdy nas przywieźli, gdy nas tam zawieźli, ponieważ ludzie z domu wychodzili, to jedni mieli dużo żywności, nie tak jak ta pani, złoto i futra, co kto miał, co kto uważał, że mu się najbardziej przyda przy ewakuacji, to miał ze sobą. Więc ludzie ogromnie dużo żywności tam przywieźli. No więc oni nam... Pierwszego dnia bardzo dobrą zupę dostaliśmy. Pamiętam, na drugi dzień dostajemy... Myśmy dostały tylko kubeczki takie pół litrowe blaszane, łyżkę to wszystko. No i do tego blaszanego kubeczka wlano mi coś. Woda i liść jakiś, duży liść zielony, woda. Niesmaczne to było. Człowiek jeszcze nie był wygłodzony. Nie wypiłam tego, siedzę z tym kubkiem. Podchodzi pod okno Cyganka. Prosi, czy mam coś do zjedzenia. Ja mówię, że mam trochę tego... „Ach...” Wzięła ode mnie tą zupę, z takim apetytem... Miała kubeczek ze sobą, przelałam, od razu wypiła z takim apetytem. Widzę, że to takie zgłodniałe. Myślę sobie, że ja też chyba taka będę, no ale dziś nie. Ale jest chyba niedziela, ruch na tym obozie. Tam słyszymy, tam chodzą, wszystko. Moje okno w drzwiach (przy oknie leżałam) wychodziło już na mur. To był ostatni blok, przy murze, duża przestrzeń tam była, tylko tam daleko wieżyczka strzelnicza strażnicy. No i ja mówię: „Słyszałam, że – ja byłam w bloku dwudziestym pierwszym, a obok był blok dwudziesty drugi, widzieliśmy, bo co rano na apel się wychodziło – blok dwudziesty drugi przywieźli też warszawianki”. Dowiedziałam się, że tam chodzą więźniarki, ja mówię: „Skoczę, pójdę, może kogoś ze znajomych czy coś. No może jak z Woli przyprowadzili, no to…”. Wybiegłam tam do tego baraku. Pytam skąd, tego, nie mogę się dogadać z tymi więźniarkami tutaj. W pewnym momencie otacza mnie, ktoś głowę mi przy tego... Stoi kobieta, więźniarka, one wszystkie są w pasiakach, a dla nas nie było pasiaków, to nam cywilne sukienki dawali, z tym że na tych sukienkach... Ja miałam taką sukienkę zieloną, tu taki, o tak i tak, i na plecach, stąd jakiś kolorowy krzyż zrobiony i na plecach tej sukienki to samo. Widać, że ja jestem inna, a one wszystkie w pasiakach, mnie ktoś tego i zaczyna śpiewać. Otoczona jestem więźniarkami w pasiakach i pomiędzy nogami więźniarek widzę, że idzie esesman z ogromnym wilczurem. Kiedy on przyszedł, ona mówi: „Dziecko, co ty robisz, uciekaj! Dziecko, skąd jesteś?” Ja mówię, że z dwudziestego pierwszego. Podprowadziły mnie bliżej i „Uciekaj”. Jak wpadłam przez to okno do tego baraku, to mało… Tak mi uratowały więźniarki życie, bo tak to by na mnie psa puścił.
Jeszcze na przykład taki fragment. Myśmy miały naszą blokową. Blokową była Niemka. W bloku dwudziestej drugim blokową była Polka i kiedy nas kiedyś rano wyprowadzono na apel, ta Niemka liczyła nas i liczyła, i liczyła, i liczyła i nie mogła się nas doliczyć, trzymała nas. Wszystkie bloki już rozeszły się, a nasz bez przerwy liczyła, nie mogła się nas doliczyć. I ta blokowa z dwudziestego drugiego przyszła do niej, coś jej nagadała, wzięła ją za rękę, policzyła nas i okazało się, że wszystko dobrze, tylko ta niemra, cholera, sama więźniarka, ale chciała się, nie wiem, popisać pewnie przed nami. I dopiero na puszczono na śniadanie, na ten kubek czarnej kawy, gorzkiej i kawałeczek chleba na cały dzień.
Po dwóch tygodniach wiozą nas do fabryki. Aha jeszcze jedno. Do mnie zaczęła przychodzić, jakieś ze dwa razy może była, więźniarka, jakoś przedostawała się. Pani, siwa, bo ja wiem, tak pięćdziesiąt [lat], sześćdziesiąt, może czterdzieści, no nie wiem, taka w każdym razie... Ponieważ ja siedziałam przy tym oknie zawsze i tak miałam to okno otwarte i tego... Doszła kiedyś: „Z Warszawy jesteście?”. Ja mówię, że tak. „A co tam w Warszawie?” Wypytywała mnie dużo o Warszawę, ale takie pytania mi zadawała, że ja się zastanawiałam, że chyba ona ma, że znaczy oni też mają jakąś taką, że rozejdzie się po obozie, jakąś taką... bo ona dociekliwe takie pytania. A to to, a to tamto pytała. Przychodziła, ze dwa razy była u mnie. Pamiętam, że kiedy już było, że mają nas na obóz szykować, to ja się pytam, czy udawać chorą i zostać tutaj, czy lepiej wyjechać do fabryki. Ona mówi: „Moje dziecko, tutaj nie wiadomo, co was czeka. Następny transport przyszedł, nie mają już baraków, pod namiotem trzymają. Kobiety są pod namiotem. Tu nie wiadomo, co z wami zrobią. W fabryce to wam grożą tylko bomby, w razie bombardowania możecie zginąć, a tak to będziecie żyły”. No i tak się stało. Jesteśmy na tą kwalifikację, na tą fabrykę, przechodzimy, taka komisja. Ta moja koleżanka Janka miała stawy w ręce chore, zapalenie stawów tutaj, i ona sobie wzięła jakąś szmatą obwiązała. Dlaczego to zrobiła? Jej mamusia, starsza kobieta niziutka, drobniutka. Ona mówi: „Mamy przecież na transport nie wezmą. Ja chcę z mamą zostać. To ja sobie tę rękę, może to mnie uratuje i zostanę z tą mama tutaj, bo tak to mnie wezmą do fabryki. Mama tu sama zostanie”. Ze względu na mamę tą rękę sobie obandażowała i trzeba trafu, że ona ze względu na rękę zostaje w obozie, a mama jest zapisana na transport. Rozpacz. I ona mówi: „Róbcie, co chcecie, ale ja z wami idę, ja się przemknę, a później będę się tłumaczyła”. No nic. „Próbuj, no co mamy [zrobić], próbujemy”. Rzeczywiście jak nas numerami wywoływali, ponieważ mamy kolejne cztery numery, trzy wołają, a my cztery żeśmy przeszły i żeśmy poszły. Kiedy jesteśmy już w wagonach, [słychać]: „Kto nie był wywołany, a jest, to niech się zgłosi, bo inaczej to tego, owego… – straszą. – Kto wie, że tutaj jest ktoś niezapisany, a [nie powie], to kara śmierci”. I straszą nas i tego... My siedzimy jak gdyby nigdy nic.
Tak dojechałyśmy do Altenburga. To była fabryka HASAG-u, to było Arbeitskommando Buchenwaldu. Był numer z Buchenwaldu, Arbeitskommando Altenburg, fabryka HASAG, fabryka amunicji. No i proszę państwa tam rejestrujemy się. Znowu kolejno podchodzimy, dochodzimy kolejno. Ona dochodzi, jej numeru nie ma. „Dziecko, jak to?” – „Mnie nie ma? Jak to, mnie nie ma w transporcie? Nie rozumiem. Jak mogło mnie nie być? Przecież jestem zdrowa, z mamą. Mama jest, a mnie nie ma?” Na szczęście tutaj i w Altenburgu ta cała „szreibsztuba” była opanowana przez Polki, więźniarki Polki. To był oświęcimianki, w Oświęcimiu były czy coś, poprzywożone, bardzo porządne kobiety. Cała „szreibsztuba” była przez nie opanowana, więc ona się z tego wytłumaczyła. No więc rzeczywiście, zdrowa osoba przez pomyłkę się dostała. Przeszło nam to. Przeszło tego, że została, do pracy się nadaje.
No i tak żeśmy były aż do ewakuacji tego obozu. Tak. Tam jeszcze były także z innego obozu… Aha, naloty jak były, to nas wprowadzali do bunkrów. Pod taką halą był bunkier, tam się w tym bunkrze siedziało. Niemcy przychodzili i oni starali się być w tych salach, co my, Niemcy. Oni prawdopodobnie wierzyli, że my przeżyjemy, że my mamy szczęście jako więźniowie. Bo te auswierki lepiły się, że tak powiem, jak były naloty. A te naloty to były przeważnie nocą. Na Lipsk leciały samoloty. To była taka wspaniała „orkiestra”. Siedziałam sobie przy murze i tylko tak, „wrr, wrr, wrr”. „Ale – myślę sobie – lecą, ale ich dużo leci, ale ich zbiją”. Czułam satysfakcję, że oni tak lecą. Tak dużo tych samolotów leciało. Tak liczyłam. Potem wracały, taka radość była. Ja nie wiem, jakoś nic się nie bałam. Tych nalotów to się absolutnie nie bałam. No ale była i fabryka, którą zbombardowano. Niestety była zbombardowana, bo do nas przywieźli na jedną noc ranne więźniarki. One jedną noc tylko były. Właśnie w bunkrze je ulokowali, a później je zabrali. Później spotkałam się z jedną z koleżanek, z jedną, która była ranna właśnie w tej fabryce. Nie pamiętam, Mauswitz, [właściwie Meuselwitz], na literę M taka była fabryka amunicji. Ona była ranna tak, że jej nogę amputowali. Miała powyżej kolana nogę uciętą, amputowali jej nogę. I ona też opowiadała mi, że jak leżeli, ci ranni leżeli, kolejno ich tam brali na te salę do opatrunków, do tego, to lekarz, który był, mówi, że to ostatnia. Już te, co za nią, to już nie, że nie ma siły więcej opatrywać. I ją jako ostatnią wzięli. Co z następnymi, to ona nie wie. No tam ona była w szpitalu gdzieś. Przeżyła, bo ja ją później spotkałam, bo jeszcze jako [byłą] obozowiczkę, żeśmy stowarzyszone były w Kole Buchenwaldu. Więc to wiem od niej, że ona też właśnie w Altenburgu tam u nas była jako ranna.
Później nas ewakuowano, bo front się zbliżał. Ja pracowałam, bo miałam najpierw bardzo dobrą pracę. Trafiłam do kontroli. Siedząca praca, lekka. Tam te kulki się przesuwało przez różne takie przyrządy. Jak się tu zatrzymało, to tu się rzucało tam tego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie mój organizm, który… W dzień było fajnie. Dwanaście godzin siedziało się, lekka praca. Żyć nie umierać, aby do końca wojny doczekać. No ale zaczęły się noce. Na noc zamykane hale, bo się boją nalotów. A obok była lakiernia. Nie wiem, ile ja tam wytrzymałam, w każdym bądź razie jednej nocy takich torsji dostałam, że więcej biegałam do ubikacji, niż siedziałam przy swoim stanowisku. No i po jakimś czasie: „Kto się nie nadaje do pracy, to zwalniają z fabryki”. Każda hala miała takie numerki. Czyli pracowałam na hali „W”, taki zielony numerek miałam. Przyszedł kierownik, odpiął mi ten znaczek. Rano nie mam gdzie iść do pracy. Inne tam nie wytrzymywały, bo za ciężką pracę miały, to, tamto. No zebrało się nas. Kilkanaście było nas, które z różnych hal były zwolnione. Nie nadawały się do pracy. Siedzimy, co z nami zrobią? Bez pracy to nas trzymać nie będą. Strach trochę był. Ta matka mówi do mnie: „Irenko, co z tobą będzie”. Ja mówię: „Pani Jakubowska, jak ja mam zdychać, rzygając, to ja wolę, niech mnie zabiją. Przecież ja nie wytrzymam tu. No trudno, co będzie, to będzie”. No i któregoś dnia wołają nas, sprowadzają na dół, dają nam takie jesionki. No taką ładną przyszyweczkę też z tymi krzyżami naszytymi, a pod spodem to było wszystko wycięte, materiał. No wiec jesionki. Wyprowadzają nas. Jesteśmy w tak zwanym Baukommandzie. Baukommando. No i co my robimy? Kopiemy jakieś doły. Raz prowadzą nas pod halę, gdzie cała sterta taka duża chyba tak do sufitu by sięgała. Taka sterta zardzewiałego żelastwa. Amunicję robili tak, że na maszynach idzie pasek tego żelaza, tej blachy, wycinają formę, a te okrawki zostają. I to wszystko wywalali. I to każą nam roztrząsać i na takie samochody i do huty mieli to wywozić. Myśmy widłami to roztrząsały. To było coś niesamowitego, co to była za robota. No i dwanaście godzin na powietrzu. Ja doszłam do siebie, bo to powietrze to dla mnie to było dużo po tym zatruciu.
I później jeszcze, nie wiem dlaczego, dano nas jeszcze do jednej hali, do tak zwanej hali ósmej. I tam to też właściwie była taka głupiego robota. Ale znowu mnie serce bolało, bo dostałyśmy cały takie skrzynki kulek i mamy te kulki segregować. Jak żółte tutaj, to do jednej skrzynki, zielone do innej, czerwone do innej. My patrzymy, a to jest amunicja polska. Polska amunicja. Całe ogromne skrzynie tego, cała hala tych skrzynek. To wszystko pomieszane, my to mamy segregować. Segregujemy. Tam sobie palec przycięłam, bo tą skrzynkę żeśmy stawiali. I to tak palec miałam zbity okropnie. Jakoś musiałam być bardzo wynędzniała, litość wzbudzałam wśród ludzi, bo tam pracowali tak zwani wolnościowi dwaj chłopcy, młodzi ludzie. Francuzi. Jako wolnościowi byli, nie więźniowie, to kiedyś mi rzucił jeden taką małą tutkę cukru, kiedyś mi jabłko ktoś zostawił. Ja byłam bardzo szczupła, drobna, tak że ja wzbudzałam litość. To jeszcze ciekawe, jak oni nas segregowali. Jak nas przewieźli i nam kazali stanąć wzdłuż ogrodzenia i majstrowie z tych wszystkich hal… To było dużo hal. Nasza hala była dziesiąta, gdzie myśmy mieszkały, a jeszcze była hala dwunasta. Dwanaście hal. Tu jedna zajęta na obóz, czyli dwanaście hal, a jeszcze hala „W”. Na przykład jeszcze literami były… Tam ogromny był teren, ta fabryka. No i ci majstrowie. Majster każdy wybierał tego, tego, tego, bo wiedział, do jakiej roboty kogo potrzebuje, i brali te kobiety, wybierali. I zostałam ja i jeszcze jedna taka dziewczyna, chyba ze szesnaście lat miała. We dwie żeśmy, sieroty, zostały pod tym murem. Ja mówię: „Cholera, nie ma dla nas roboty. Co z nami zrobią?”. Jeden się litował, wziął mnie na tą kontrolę. Na tej kontroli gdyby nie ten mój organizm, który nie znosił tego zaduchu, to by bardzo dobrze mi tam było. Bo przesiedzieć dwanaście godzin, ciężko nie pracując, no to właściwie nie mogłabym narzekać. Ale niestety.
Jeszcze miałam taki wypadek, że dostałam zapalenia stawu kolanowego. Noga mi się sztywna zrobiła. Poszłam na rewir wtedy, wróciłam. Jeszcze chyba na hali „W” pracowałam. Okazało się, że tam znowu więźniarka francuska była lekarką. To ona mi tą nogę takim bandażem papierowym, taki grubszy papier szary, owinęła nogę od palców aż tu, czymś mi tą nogę posmarowała. No i ja tak, jak mi pękało, to coraz mniej miałam tego, ale miałam czym bandażować to kolano. To też więźniarka wiedziała, co robi, że dała mi cały ogromny bandaż, żebym miała czym później ratować sobie to kolano. No i później jakoś mi przeszło. Bez lekarstwa, bez niczego i zapalenie stawu wyszło.

  • Kiedy wróciła pani do Warszawy?

Do Warszawy wróciłam w grudniu czterdziestego szóstego roku. Nie wracałam, bo nie wiedziałam, kto przeżył. Przepraszam. Wiedziałam, że przeżyła siostra Stasia, ta właśnie, co chciała brata wyprowadzić, bo jej mąż miał rodzinę w Czerwińsku, pochodził z Czerwińska. Ja jak wolno nam było pisać z obozu, już tam z Altenburga, raz w miesiącu wolno było list napisać po niemiecku. Ta Hanka po niemiecku pisała, wiec ona napisała. To ja pierwszy list wysłałam właśnie do Czerwińska, bo wiedziałam, że tam jest rodzina szwagra, że o ile siostra przeżyje, to tam wyląduje z dziećmi u jego rodziny. Więc dałam tam na ich adres. Też wiedziałam: Czerwińsk, Orliński i koniec. Ale tam są rodziny. Tam było dużo tych Orlińskich i gdzie by nie trafili, to sobie myślę, że jak Stasia przeżyła, to będzie tam. No i tak było.
Bo ona jeszcze zdążyła mi przysłać paczkę do Altenburga. I w tej paczce dostałam tak: cebulę, piękną cebulę, i torebkę kaszy jęczmiennej. Już to, że cebulę przysłała, to było logiczne, bo każdy wiedział, że do obozu cebula to jest bardzo ważna rzecz. A kasza, to co ja właściwie z tą kaszą zrobię? Ale ta pani Jakubowska mówi: „Słuchaj, dziecko, no coś wykombinujemy”. Ponieważ ona tam wszystkich znała, dużo znała tych ludzi, no bo tam przecież z jednego domu byli wyprowadzeni, więc tam była jedna, która pracowała przy jakichś kotłach. No i ona mówi tak: „Dasz trochę tej kaszy, to ona i dla siebie, i dla ciebie w garnuszku upraży. No i tak było. A tą cebulę… Ja zjadłam cebulę, to mi wątroba spuchła. Okazało się, że ja cebuli jeść nie mogę. Pani Jakubowska pracowała w kuchni. Przyniosła sól. Soliła mi tą cebulę, kroiła, soliła. „Spróbuj tej cebuli solonej”. Nie mogłam. Nie mogłam jej jeść. Tą cebulę po prostu rozdałam. One jadły tą cebulę, a ja tą kaszę, póki była. Parę dni [jadłam] tę kaszę. To był chyba kilogram tej kaszy, to tam starczyło nam sporo, bo to taki kubeczek, to tam więcej nie trzeba było jak łyżeczkę. Więc ja tą kaszę jadłam, a tak to wszyscy naokoło cebulę.
Nie zapomnę takiego dnia... Ja z tą Hanką miałyśmy prycze obok siebie, na trzecim piętrze. Na szczęście pracowałyśmy tak, że jak ona pracowała na noc, to i ja na noc, jak ona na dzień, to i ja na dzień, tak że w ciągu dnia żeśmy się widziały czy w nocy. I kiedyś obiad. Dostałyśmy ten obiad. Ona zawsze przychodziła, bo ja miałam pryczę tuż przy wyjściu, a ona tu, przy sąsiednim, więc do mnie przychodziła, siadała tak naprzeciwko mnie i żeśmy siadały, żeśmy sobie tak jadły, żeśmy trochę rozmawiały. I dostałyśmy kiedyś zupę. Bierzemy się za jedzenie. Biorę jedną łyżkę, o Jezu, drugą... i nie idzie. Brukiew ususzona, twarda, gorzka – woda z twardą brukwią. Po dwunastu godzinach pracy w nocy. Ja już wtedy pracowałam... Bo później jeszcze pracowałam na hali numer sześć przy wiertarkach. Ja już wtedy przy tych wiertarkach pracowałam. No nie mogę jeść. Ze dwie łyżki czy trzy zjadłam i nie idzie. Patrzę na Hankę, Hanka też odłożyła łyżkę. Za chwilę spojrzałam na nią i mówię: „Hanka, jedz”. No, biorę sama i ona. Za chwilę już nie idzie, to ona: „Irka, jedz”. Tak żeśmy się zachęcały, żeby tą zupę jeść, no bo czeka nas dwanaście godzin pracy w nocy. Nic więcej nie mamy. Chleba dostawało się taki kawałek, dosłownie taki, czarnego chleba, to na cały dzień było. Rano i wieczorem dostało się kubek gorzkiej czarnej kawy. Raz w tygodniu dostawało się taki kawałek margaryny, tak jak na wczasach jak się dostaje [do śniadania]. Taki kawałek margaryny dostawało się raz w tygodniu i płaską łyżkę marmolady buraczanej. No ale to było słodkie. Mało tego, więźniarki jeszcze, te oświęcimianki, bo większość była z Oświęcimia przywiezionych tam, to te oświęcimianki, z którymi ja się później zaprzyjaźniłam z innych bloków, radziły, że powinno się jeszcze zostawiać tego chleba kawałek na czarną godzinę, to znaczy kiedy nas wyprowadzą, ewakuują. Więc miałam uszyty taki woreczek. Nie wiem skąd, taki kawałek płótna jakiegoś, taki woreczek. I tą skórkę z tego chleba to się kroiło w plasterki, później się tą skórkę okrawało. Tą skórkę kroiło się na takie kwadraciki, żeby ona uschła, i to się składało do tego woreczka na czarną godzinę, żeby było na ewakuację. Sienniki były z juty, więc od spodu te sienniki się wycinało z tego siennika. Wycinało się spód, kawałek tej juty i z tej juty wszystkie żeśmy sobie szyły worki, takie torby. Więc każda miała torbę uszytą na ewakuację, do której można było włożyć miskę i łyżkę, bo tu żeśmy dostały ładne miski, takie białe, ładne miski miałyśmy, kamienne, kamionkowe, łyżkę i kubeczek, więc to już było gdzieś schować. No i ten woreczek z chlebem się chowało, że to na czarną godzinę. No i tak było, że na czarną godzinę, tylko że ja nie doniosłam. Bo ja albo zgubiłam po drodze, albo mi ktoś ukradł z tego worka, jak było ewakuacja. Tak że fantastycznie pechowa byłam.
Ale powiem państwu, Wigilia, jest Wigilia. Blokowa nasza, taka pani Wanda, krakowianka (sztubową była Jadzia, też krakowianka, bardzo przyzwoite kobiety), pokroiła ten czarny chleb na kawałeczki małe na talerzu. Tym chlebem żeśmy się podzieliły w Wigilię, kolędę żeśmy sobie zaśpiewały. No i nie wiem, jakimś cudem załatwione było, że jasełka możemy wystawić. To już był koniec wojny, więc te auswierki też inaczej na nas patrzyły. W każdym bądź razie te jasełka były wystawione. I pamiętam taki moment, że więźniarka też do tego żłóbka przyszła i tam jakąś swoją modlitwę prosi o to, że chciałaby przeżyć, że to, że tam, modli się. I jedna auswierka wyszła, widocznie się wzruszyła i wyszła. Była taka jedna, że wyszła. Tak że, wie pani, takie przeżycia... Dziwne przeżycia, można powiedzieć. Różnie było.


Warszawa, 11 września 2013 roku
Rozmowę prowadziła Agata Czarniak
Irena Pera Pseudonim: „Kalinowska” Stopień: łączniczka

Zobacz także

Nasz newsletter