Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Jadwiga Danuta Kapa „Danka”; „Ziółkowska”
Jadwiga Danuta Kapa
pseudonim
„Danka”; „Ziółkowska”
stopień
sanitariuszka, łączniczka, służby pomocnicze
formacja
Polski Korpus Bezpieczeństwa; Grupa „Krybar”, Sanitariat Okręgu Warszawskiego AK „Bakcyl”
dzielnica
Śródmieście Północne

Nazywam się Jadwiga Kapa, właściwie to Jadwiga Danuta, z domu Hieropolitańska, mam dziewięćdziesiąt trzy lata.

  • Gdzie pani walczyła w czasie Powstania?


W czasie Powstania walczyłam w Śródmieściu.

  • Gdzie pani mieszkała, gdzie pani chodziła do szkoły?


Mieszkałam na Powiślu, na ulicy Dobrej 57. Miałam dwóch braci i siostrę. Ojciec z pochodzenia był Grekiem, pracował w operze warszawskiej jako kierownik techniczny. Tam byłam do Powstania, można powiedzieć, bo…

  • Gdzie pani chodziła do szkoły przed wojną?


Chodziłam do Szkoły Ćwiczeń imienia Stanisława Konarskiego, Krakowskie Przedmieście 36, przy kościele Wizytek.

  • Czy pani pamięta w domu, w szkole jakiś szczególny nacisk na wychowanie patriotyczne? Jakie było to wychowanie w szkole, w domu?


Mieliśmy wielkiego patriotę. Bronisław Chruścicki się nazywał, kierownik szkoły. No i miałam tatę, który był zakochany w Polsce, to była jego druga ojczyzna i ojciec cudownie się tu czuł. No i tak do Powstania mieszkałam tam na Dobrej. W dzień Powstania [zawiadomiono mnie, że mam się zgłosić na ulicę Śliską 52].

  • A jak zapamiętała pani wybuch II wojny światowej?

 

Ja miałam młodszą o siedem lat siostrę. Moja matka miała matkę, która mieszkała w Kobyłce. W Warszawie prowadziła sklep do ukończenia sześćdziesięciu lat, sprzedała ten sklep i kupiła dom w Kobyłce. I mama zabrała nas, pieszo szłyśmy w pierwszy dzień wojny do Kobyłki z siostrą. Tam pod drodze jakieś wozy nas podwoziły, ale to krótko trwało, bo była strzelanina, już samoloty [atakowały].

  • To już po wybuchu wojny panie szłyście do tej Kobyłki?


Już jak się rozpoczęła wojna. Tak że moja mama zabrała mnie i siostrę, i uciekłyśmy właśnie do Kobyłki. I tam, nie wiem, parę tygodni pewnie byłyśmy i wróciliśmy do Warszawy, jak już Warszawa była zajęta przez Niemców. Dom nie był zrujnowany, tam na Dobrej, a bracia [Antek i Zygmunt, starsi ode mnie, brali udział w obronie Warszawy].

  • Czy w Kobyłce było widoczne, że wybuchła wojna? Czy pani widziała Niemców?


Nie, Niemców w Kobyłce nie widziałam, dopiero zobaczyłam na ulicy Dobrej – stały samochody ciężarowe i dawali chleb ludziom. Ja nawet miałam ochotę na ten chleb, bo byłam głodna, ale uważałam, że to jest poniżenie, więc nie stanęłam w kolejce i poszłam do domu. Mówię: „Tato, taka byłam głodna, chleb dają Niemcy, jakiś czarny”. Mówi: „Dobrze dziecko zrobiłaś”.

 

  • Czy zmieniło się pani życie po wybuchu wojny? Czy rodzice w dalszym ciągu mieli pracę, czy pani chodziła do szkoły?


Nie, ja zdałam [w maju 1939 roku do] I Miejskiego Gimnazjum Krawieckiego na Kazimierzowskiej, ale ponieważ to było gimnazjum, więc nie otworzyli tego gimnazjum [we wrześniu 1939 roku], dopiero za parę miesięcy poszłam do szkoły, a tak to parę miesięcy byłam w domu, i rodzice, i bracia. Ale to dosyć krótko trwało, bo w czterdziestym roku jeden brat został aresztowany i wywieziony do Mauthausen-Gusen, a drugi brat… Tamten miał dziewiętnaście lat, a młodszy miał siedemnaście i zabrany był do Oświęcimia, aresztowany.

  • Czy to było w łapankach ulicznych?


Nie, [kolegę] mojego brata na ulicy złapali, on miał gazetki i powiedział, że dostał te gazetki od Antoniego Hieropolitańskiego, i powiedział dokładnie, gdzie mieszka i gdzie pracuje. Wsypał go. No a drugi brat mój, jak przynieśli nam zawiadomienie, że starszy brat nie żyje, to młodszy brat poszedł bić Niemców.

  • W którym to było roku?


W czterdziestym pierwszym.

  • Sam poszedł?


Nie, z drugim bratem ciotecznym. Tamten miał czternaście lat. Rzucili się na czterech Niemców z bronią, na Frascati. No i naturalnie zabrali ich na Pawiak. Najpierw na gestapo, potem na Pawiak i z Pawiaka wywieźli ich do Oświęcimia. I tam brat, nazywał się Zygmunt Hieropolitański, i brat przeżył Oświęcim, z tym drugim kuzynem. Wrócili w czterdziestym [piątym] roku do [Warszawy]. Schorowani, zniszczeni, no jak po obozie. W czterdziestym [piątym] roku wrócił, umarł chyba dwa lata temu.

  • A pani zaczęła chodzić do szkoły, tak?

 

Tak, i tę szkołę pani dyrektor Bratkowska [prowadziła], powiadomiła władze, że to jest szkoła zawodowa. I myśmy… Wyrzucili nas z Kazimierzowskiej, bo to duży blok był i zajęli Niemcy ten blok, a myśmy korzystali z rozmaitych lokali. Był czas, że chodziłam na Chocimską, jakaś willa była, udostępnili nam kilka klas i tam się uczyłam. I tak do czterdziestego trzeciego roku. Skończyłam czteroletnie Miejskie Gimnazjum Krawieckie.

  • Czy odbywało się tam także tajne nauczanie, czy uczyła pani się tylko zawodu?


Tylko zawodu się uczyłam [do godziny trzynastej. Po godzinie trzynastej odbywały się lekcje ogólnokształcące, jak algebra, fizyka, język francuski, niemiecki, kostiumologia, język polski, historia, geografia, biologia]. Były nauczycielki, które dały mi do zrozumienia, że one należą do jakiejś organizacji, żebym się nie bała. Bo ja należałam już, to się trochę bałam, nie mówiłam nigdy nikomu, gdzie należę i co robię. Nawet koleżanek się bałam, bo nie znałam ich tak bardzo.

 

  • W jaki sposób zetknęła się pani z konspiracją?

 

Koleżanka [pseudonim Irena, mieszkająca] piętro wyżej w mojej kamienicy przyszła do mnie i zaczęła się zwierzać, że należy z bratem, że mama nic nie wie, a należy do PKB. Ja mówię: „Co to jest?”. Ona mówi: „Polski Korpus Bezpieczeństwa”. Ja mówię: „Ale to nie komunistyczny?”. – „Nie, nie komunistyczny”. Ja mówię: „To ja pójdę z tobą i się zapiszę”. I tak się zaczęło. Ja zaczęłam należeć, chodzić na [wykłady sanitarne].

  • Który to rok był?


Czterdziesty drugi.

  • To pani miała dziewiętnaście lat, tak?


Tak.

  • To było niebezpieczne, dlaczego pani postanowiła?


No, ja uważałam, że to mój obowiązek, czułam się Polką. Bracia w obozie, dostaliśmy zawiadomienie, że brat nie żyje, starszy, ten Antoni Hieropolitański, w Mauthausen-Gusen. Ojciec się dowiedział, upadł i umarł tego dnia. Tak się nasza rodzina skończyła.

  • Jak wyglądały te zbiórki, szkolenia? Czy pani składała przysięgę? Kiedy?


Tak, składałam przysięgę. Był taki dzień, nie wiem, po zapisie miesiąc czy coś… A dostawałam masę gazetek, które musiałam rozprowadzić… No i mieliśmy szkolenia w rozmaitych lokalach, jako sanitariuszka i jako łączniczka. Musiałam dobrze znać Warszawę. Niewiele mnie to pomogło, bo Śródmieście zaczęli [burzyć]. Nie wiem, jakieś podobno pociski z Dworca Zachodniego burzyły domy po kolei, no i czasami tak było, że dostałam rozkaz, żeby dojść na Sienkiewicza – nie było przejścia. Czasem było tak, że można było piwnicami przejść, no ale nie zawsze, czasem kanałem szłam, rozmaicie to się układało.

  • Czy pani pamięta te szkolenia sanitarne: jak one się odbywały, gdzie pani się szkoliła, czego uczyli?


Uczyli nas, jak rana szarpana jest, co robić; uczyliśmy się bandażować, oczyścić ranę – no, takie podstawowe rzeczy.

 

  • Miała pani praktyki w jakichś szpitalach?


Nie, nie, chociaż…

  • Czyli rannego pani nie widziała do Powstania?


Nie, nie, nie. Gdzieś na Działdowskiej chyba jednego dnia byłam jako sanitariuszka, jako siostra pielęgniarka. Dali mnie biały fartuszek i właściwie tylko się przyglądałam, a tak to sama musiałam… Zresztą pomagałam tam bardzo, chłopaków trzeba było umyć, nakarmić.

  • To już w czasie Powstania?


W tym szpitalu – tak.

  • Pani ojciec jeszcze przed Powstaniem zmarł, z czego więc rodzina się utrzymywała? Czy pani poszła do pracy po skończeniu szkoły?


Ja przez pewien czas, ale bardzo krótko, trzy miesiące, pracowałam w jakimś sklepie, gdzie sprzedawali kapelusze, na Chmielnej. No ale widzę, że prawie mnie nie płacą, a wykorzystują, to zrezygnowałam z tej pracy i w domu zaczęłam szyć. Miałam zawód wyuczony, więc… Mama musiała mieć pieniądze na paczki do obozu. No i nocami, światło było co drugi dzień, nie zawsze było światło, no to przy karbidówce na ogół się [pracowało]. No i szyłam, tak żeby zarobić co miesiąc na dwie paczki do obozów, bo jeszcze jeden i drugi brat żył wtedy. Ale cały czas dorabiałam, tak trochę mamie pomagałam. Mama, nie wiem, czy dostawała emeryturę po ojcu, czy dawali, czy… Nie pamiętam.

  • Lipiec czterdziestego czwartego roku. Czy pani czuła, że zbliża się jakieś powstanie? Czy pani w ogóle wiedziała, po co pani się szkoli, do czego to będzie służyło?

 

Ja miałam chłopaka (został moim mężem), że kiedyś roznosiłam… On mnie nigdy nic nie powiedział, gdzie należy. Należał do „Baszty”. Nic nie powiedział, ja też mu nic nie mówiłam. Kiedyś na Chłodnej niosłam gazetki, usłyszałam niemiecki samochód, jak oni mówili, „suka” jedzie. Miałam całą torbę gazetek. I zapamiętałam, mój mąż powiedział: „Słuchaj, ja mieszkam Ogrodowa 20”. Ja wpadłam na tę Ogrodową 20, do tej bramy, no i widzę, dozorca jest tam w podwórku, pytam się, czy tu mieszka w tej kamienicy Kapa Bogusław (już wtedy poznałam jego właściwe nazwisko). On mówi: „Tak, na pierwszym piętrze, proszę wejść”. Ja poszłam na pierwsze piętro. Drzwi były zamknięte tylko na klamkę. Były dwa pokoje: jeden był duży pokój, pusty, prawie mebli nie było. Siedziało ze dwudziestu młodych chłopaków, a na środku karabin maszynowy rozebrany. I ja weszłam na środek. Głupia sprawa, mój mąż miał bardzo grube nieprzyjemności od tam jakiegoś zwierzchnika. Nie zamknął drzwi, dozorcy nie uprzedził, nie wiem. No więc ja przeprosiłam i musiałam się przyznać, że też należę do AK, no i jakoś to ucichło, mój mąż nie miał większych takich nieprzyjemności. W każdym razie do drugiego pokoju weszłam, a tam było całe biurko grantów, na wierzchu poukładane, tak że taka nieostrożność. Przerażona byłam, bo u mnie tak często w domu robili rewizje – jak tych braci aresztowano, to wpadali w ciągu tygodnia Niemcy – zwyczajni, wojskowi tacy i szukali, przerzucali meble, obrazy zdejmowali. Bo ojciec bawił się… kupował obrazy i był cały pokój zawieszony obrazami, to oni zdejmowali te obrazy. Otomany dawniej były, szukali w otomanach, czy broni nie ma. I okazuje się, że w stole był karabin maszynowy rozłożony, całą okupację. Mój brat, ten starszy, gdzieś znalazł karabin albo kupił, rozłożył go i włożył, bo dawniej były te stoły rozkładane. No tak, młodzież jest taka…

  • Ile pani osób znała ze swojej organizacji? Czy tam rzeczywiście było tak zakonspirowane?


Tak porządnie zakonspirowane, że znałam tylko te dziewczyny, co się spotykałam na wykładach. Z tą [koleżanką] „Chrząszczykiem”, taka, co mówiłam, że właśnie ona straciła życie już po Powstaniu, no i druga koleżanka, sąsiadki córka, to z nią się dobrze znałam, bo byliśmy sąsiadami z jednego piętra. Ale ona też… Jak szłyśmy razem do Delegatury Rządu, ja byłam ranna i ona. Jej urwało rękę, ja dostałam po plecach i po nogach.

  • To już w czasie Powstania?


Tak.

  • A czy właśnie tuż przed Powstaniem, w lipcu – czy pani czuła, że już niedługo będzie jakiś zryw?


Czułam, tak – właśnie po tym już jak wpadłam na jakiś miesiąc przed Powstaniem do męża, tam do tego mieszkania i tyle broni było, i wszystkiego, to czułam, że coś się… No i potem zaczęli nasi dowódcy, między innymi właśnie „Sawary” [lub „Seweri”], zaczął przebąkiwać, że Powstanie będzie.

  • Bo pani bezpośrednim przełożonym to był właśnie „Sawary”?


Tak, raczej on mnie dawał rozkazy i wszystko. Było dwóch: „Sawary”, a już zapomniałam drugiego pseudonimu, bo ja znałam tylko ich pseudonimy. Młodzi ludzie, taki po trzydziestce.

 

  • Czy pani zapamiętała ucieczkę Niemców pod koniec lipca z Warszawy? Czy to się pani rzuciło w oczy?


Nie, tylko pamiętam jedną chwilę i to była bardzo taka nieprzyjemna dla mnie chwila. Ten dzień, kiedy chłopcy składali broń. Stałam gdzieś w Śródmieściu przy kanale, przy wyłazie, bo zamierzałam do tego kanału wejść, bo wiedziałam, że tym kanałem jak wejdę, to wyjdę na Ordynackiej.

  • Ale to było kiedy? W czasie Powstania?


Po Powstaniu, jak się… To było po 1 września już, po Powstaniu.

  • Ale ja pytałam, czy przed wybuchem Powstania pani zauważyła…


Nie, nie widziałam, żeby Niemcy…

Ja miałam tylko taki przypadek, że po 1 września, do nas, do dowództwa przyszło trzech panów pochodzenia żydowskiego. Byłam zaskoczona, pytam się, co się stało, że oni żyją. Oni mówią: „Uciekliśmy z małego getta, ukrywaliśmy się w kanałach”. No nie wiem, czy dwóch, czy trzech było Żydów – zarośniętych, bardzo brudnych. I bardzo prosili, żeby im skombinować wody trochę, to oni się ogolą, umyją. No ale żadna nie bardzo chętnie chciały iść, bo na Grzybowskiej gdzieś w jakimś budynku była studnia i tam codziennie były ofiary przy tej studni. No ale wyrwała się ta właśnie „Chrząszczyk” [Anna Wojdak] ze swoją rodzoną siostrą „Jadwigą” (taki miała pseudonim) [Jadwiga Wojdak „Romańska”? – red.], wzięły jakieś naczynie i poszły na Grzybowską, żeby dla tych panów zdobyć wodę do golenia.

No i potem ich przynieśli. Hania miała szarpaną ranę brzucha, a siostra dostała w podstawę czaszki, w ogóle nie miała tu kości. Nawet pytałam się…

  • To wtedy jak one poszły po tę wodę, to się stało?


Po tę wodę, tak. Obrzucili Niemcy podobno granatami to podwórko, była jatka. Tak że nie wiem, czy ci panowie się ogolili, czy nie, bo się zajęłam tymi dwoma, bo jednocześnie [szpital] zbombardowali. No, jeszcze siostra… Tak, uciekali wszyscy ze szpitala – na Śliskiej był szpital i tam też jakiś pocisk artyleryjski uderzył w budynek, tak że nie można było ich tam zostawić. Ja opatrywałam ranę tej „Chrząszczyka”, to szarpana rana brzucha, byłam trochę przerażona, bo tylko widziałam krew i jelita. Co mogłam, to ręką wybrałam, ale rąbnęło w komin i ten czad, nie czad – ten pył taki czarny…

  • Sadza…


Ona leżała koło pieca i to wszystko upadło na brzuch, tak że zabandażowałam tam, co miałam, swoje brudne bandaże nawet. No, a ta „Jadzia”, w międzyczasie położyłam ją na podłodze i umarła. Była duża rana, tu, w podstawie czaszki.

  • Wróćmy do początku Powstania. Czy pani miała jakiś adres, na który miała się pani zgłosić? Kiedy się pani dowiedziała, że jest pogotowie?


No ta koleżanka do mnie przyszła, dała znać: „Słuchaj, idziemy na Śliską 52, tam musimy się zgłosić na Śliską”. Ja mówię: „Słuchaj, ja chcę z matką porozmawiać”. Ale moja matka gdzieś wyszła, nie było jej w domu, więc ja nic nie wzięłam z tego domu i wyszłam. Ale już jej nie zastałam, ona pierwsza pobiegła, dała mnie tylko znać, że mam się szykować i przyjść Śliską […]. No i ja na tą Śliską, trochę tramwajem, trochę pieszo, bo tramwaje się zatrzymywały, nie jechały do końca, tylko gdzieś się zatrzymywały po drodze i wiem, że połowę drogi pieszo szłam. Z Powiśla wydostałam się na plac Trzech Krzyży gdzieś i potem biegłam ulicami. Tam na miejscu już parę koleżanek było, już się zbieraliśmy. To był dawny komisariat, lokal komisariatu.

  • Czy pani dostała broń? Czy pani się w ogóle umiała obchodzić z bronią?


Nie, nie dostałam broni. Uczyłam się strzelać, bo do tego gimnazjum jak poszłam, to jeszcze nie było wojny… Nie wiem, czy jakieś to próby były – PWK było i uczyli nas strzelać. No ale ja nie nadawałam się do tego. […]

  • Jaka była pani funkcja? Co pani miała tam robić?


No, powiedział nam nasz dowódca, że mamy być sanitariuszkami i łączniczkami. Na razie nie było tych rannych tak wiele, pierwsze dni to byliśmy tylko łączniczkami i biegało się z meldunkami, przeważnie do Delegatury Rządu.

  • Gdzie Delegatura Rządu miała swoją siedzibę?


Na Sienkiewicza. Nie pamiętam, czy to było 4/6, czy [12], taki pośrodku dom, chodziłam tam zawsze.

  • Czy to było niebezpieczne?


Niebezpieczne było, bo tam były dwa miejsca, gdzie były obstrzały, już nie pamiętam dokładnie, i trzeba było bardzo uważać. Najwięcej ludzi ginęło na rogu Śliskiej – Śliska 35 – przed tą bramą. Tam ciągle padały jakieś pociski. Ja tam byłam ranna i właśnie koleżanka straciła tam rękę. Tam koleżanki pochowałyśmy wszystkie na tym podwórku, bo było nieutwardzone podwórko, Śliska 35. Nawet moja teściowa tam została pochowana, też na tym rogu zginęła.

  • Gdzieś tam niedaleko? Pani mówiła, mieszkała na Ogrodowej?


Nie, ona synowi kupiła mieszkanie na Ogrodowej, a sama mieszkała na Złotej [27 mieszkania 13], moja teściowa. I miała szpital w domu dla chłopców, założyła szpital. Ona była akuszerką, a założyła w domu szpital dla rannych chłopców.

  • Ale ona była w jakiejś organizacji czy tak sama z siebie?


Sama z siebie. No, syn poszedł, prawda… Miała jedynego syna. Mąż nie żył, a syn poszedł do „Baszty”, wtedy pierwsze dni był w „Baszcie”, ale jak „Baszta” upadła, to się przeniósł do „Kilińskiego” [od 1 sierpnia 1944 roku]. I ona założyła ten szpital dla kolegów. Siedmiu kolegów leżało, ja tam weszłam raz… Nawet przynieśli jakąś bieliznę i mówią, że szukają pani Kapowej Aleksandry, za to, że ich tak pielęgnowała, to jakąś bieliznę chcieli dać. Mówię: „Niestety nie żyje, zginęła”. No, byli tak rozżaleni chłopcy, bo mówili, że doznali z jej strony dużej opieki.

  • Czy pani jakoś szczególnie zapamiętała moment wybuchu Powstania, czy to rzeczywiście była siedemnasta, tam gdzie pani była?


Ja tylko… Moja mama usiadła, rzadko kiedy płakała, bo bardzo dużo w życiu przeszła, a tu płakała. Ja mówię: „Mamo, co się stało?”. Ona mówi: „To są łzy szczęścia. Ja dzisiaj widziałam tank – ten, czołg, ale powiedziała „tank” – z polskimi flagami. Ty masz pojęcie, jaka to radocha?”.

  • Kiedy się pani z mamą spotkała?


A kilka dni [potem]. Jak się rozpoczęło Powstanie, miałam wyrzuty sumienia, że ja z matką się nie pożegnałam. Miała tych synów, których jednego już straciła, i męża w krótkim czasie. No i prosiłam „Sawarego”, mówię: „Niech pan mnie pozwoli iść do matki, pożegnać się”. To było parę dni, byłam tam w dowództwie i pobiegłam na Powiśle. Bałam się bardzo, bo przez całe Powstanie Niemcy zajmowali uniwersytet i bez przerwy był obstrzał – Tamka, Leszczyńska, Bednarska, wszystkie te poprzeczne ulice – strzelali wzdłuż ulic. No, ale jakoś przebiegłam. Na rogu Wiślanej był budynek, [gdzie] myśmy mieszkali, i też był silny obstrzał. No ale dobiegłam do matki jakoś i moja matka właśnie taka szczęśliwa, że zobaczyła ten czołg z polskimi flagami, mówi: „Danka, wolność idzie”.

  • Jeszcze wrócę do tego pytania, jak reagowała ludność cywilna. Już tu mamy radość pani mamy, teściowa przyszła…


Mama moja… Na ogół ludzie byli przerażeni, bo mieli dzieci, bali się w piwnicach, bo były wypadki, że oficyna zarwała się i koniec, pogrzebane dzieci. Bali się w piwnicy, bali się na piętrze i taki chaos. Nie było jedzenia, nie było nic. Ale byli tacy, co dzielnie się spisywali, byli… No, liczyli na tę wolność i na to zwycięstwo. Ale dużo ludzi było przerażonych.

  • Jak wyglądało pani życie codzienne? Gdzie pani spała, co pani jadła?


Z tym spaniem to była… Myśmy dostali sukienki harcerskie i niemieckie chyba plecaki, bo one pokryte były futrem na wierzchu, końską skórą chyba – takie plecaki dostałam.

  • Co w tym plecaku było?

 

Co ja tam miałam? Już nie pamiętam, ale chyba miałam maleńki jasieczek i trochę bielizny. Jasieczek, który bardzo lubiłam (do tej pory lubię na jasieczku spać), i z tym jasieczkiem wywędrowałam. Nie wzięłam nic – ani pieniędzy nie miałam, nic. A spanie to tak było, że była tylko podłoga, a były ze cztery sienniki. Która dorwała się do siennika, to miała. Ja sobie marzyłam na stole spać, ale się nie udało, spałam pod stołem. No ale i to dobrze, bo nikt na mnie nie wszedł.

  • To było jakieś mieszkanie prywatne?


Nie, to był komisariat i to był pusty taki pokój, ze trzydzieści metrów, salon taki; tam tylko biurko stało tego „Sawarego” i puste było. No i myśmy spali bezpośrednio na podłodze.

 

  • A mycie, jedzenie?

 

Uciekł od Niemców z niewoli Iwan, myśmy na niego „Janek” mówili. On nam gotował w wielkim kotle na podwórku zupkę, „pluj” zupkę (tak mówiliśmy). Bo z browaru, chyba ten browar był na Grzybowskiej, robili tam piwo i przynieśli, on, ten „Janek”, przyniósł worek [jęczmienia]. No i jak zdobył wodę, to wrzucał trochę tego [jęczmienia], no i dawali nam ([jako naczynie] co kto miał, bo nie mieliśmy ani manierek, to tam po konserwach jakieś strzępy były), i jedliśmy tak zwaną pluj zupkę. No ale zawsze to coś gorącego było. Niesłone to było. A „pluj” dlatego, że ta „ospa” została po jęczmieniu. I to było całe jedzenie. Ja nie wiem, jak ja wytrzymałam. Ja dobrze wyglądałam, jak wyszłam z Warszawy… Ktoś mówi: „Ale ty dobrze wyglądasz”. A potem się okazuje, że ja spuchłam z głodu, bo ja za tydzień czasu byłam szczuplutka. Ale miałam taką przyjemność, że szłam z ludnością cywilną przez Okęcie i tam usłyszałam, ktoś krzyczy… Mówiły niektóre koleżanki na mnie Dady, w szkole i właśnie w tym gimnazjum krawieckim i usłyszałam: „Dady! Ja jestem tutaj! Dady!”. Spojrzałam, patrzę, taka Hania Fidler. Jej rodzice mieli na Okęciu piekarnię, miała dwa bochenki chleba i rzuciła. Jeden chleb ja złapałam, a drugi ktoś złapał. Mówi: „Ja czekam dwa dni tutaj, żeby tobie ten chleb podać”.

 

  • Ale ona nie była w organizacji…


Nie była w organizacji.

  • Tylko koleżanka z klasy.


To jest koleżanka ze szkoły, niedawno umarła.

  • Jak wyglądała sprawa mycia? Pani mówiła, z wodą było trudno.


Tak, tragedia była. Mieliśmy jedną miednicę i jakiś kubeł przestrzelony i jak się zdobyło wody trochę, to próbowałyśmy korzystać z tego, myć. A tak to każda na własną rękę kombinowała. „Słuchaj, na podwórku beczka z wodą stoi”. No ale potem wody farbowali – albo atrament – bo ona zawsze była granatowa ta woda, więc nie było sensu myć się. Zresztą i ludzie zabierali tę wodę, małe dzieci były. Było ciężko z wodą, bo te wody, które były na podwórkach, studnie, to były bez przerwy nękane ogniem przez Niemców, ciągle było pełno wypadków.

  • Pani mówiła, że ten kucharz to był Rosjanin.


Rosjanin, tak.

  • Jak się do niego odnosiło dowództwo czy koledzy?


On dużo mówił po polsku, dużo mówił. Był w niewoli u Niemców. Nie wiem, bo już ostatni dzień to nie było co jeść, on nic nie zrobił. Sam uciekł, tam troszkę po polsku już mówił, nie wiem, przebrał się w coś i poszedł z ludnością cywilną.

  • Za Wisłą też stali Rosjanie. Czy pani miała świadomość, że tam za Wisłą, niedaleko Warszawy, stoją wojska rosyjskie i nie idą z pomocą?


Nie, ja szłam w stronę Radomia, pieszo [po Powstaniu].

  • Ale przez całe Powstanie oni tam stali, od 1 sierpnia.


A to wiedzieliśmy. Bo jak ja mieszkałam na Dobrej, to ona jest równoległa do Wisły i po drugiej stronie Wisły wiedzieliśmy, że stoją wojska rosyjskie. Były strzały i myśmy się cieszyli, że ta Rosja wkroczy, no ale nic takiego się nie stało do Powstania, dopiero po Powstaniu.

  • Czy było jakieś rozczarowanie, czy rozmawialiście na temat sytuacji politycznej?


Myśmy rozmawiali tam w oddziale, że może… No ale mówi: „Dajcie spokój, Rosja nam nie pomogła i nie pomoże, nie liczcie na to”.

  • Czy pani miała dostęp do jakichś gazetek, do jakichś wiadomości radiowych w czasie Powstania?


Tak, sama roznosiłam gazetki.

  • Ciągle jeszcze w Powstaniu?


Tak że mogłam… Musiałam się ukrywać przed matką.

  • Ale czy w czasie Powstania pani miała gazetki?


W czasie Powstania nie, to tyle co miałam raporty i mogłam poczytać, bo mnie pozwolił ten dowódca. Mówi: „Naucz się na pamięć, bo jak się z tobą coś stanie czy zgubisz te raporty, żebyś umiała powtórzyć”. To tylko tyle. A same między sobą wymienialiśmy tam wiadomości, ale niewiele, bo daleko nas nie wysyłano – no te parę… ze Śródmieścia ja na Pierackiego chodziłam do tego szpitala.

  • No właśnie, bo pani jeszcze była sanitariuszką oprócz tego, że była łączniczką. To do jakich szpitali pani chodziła?


Pierackiego 3/5, był po lewej… Jak się wchodzi w ulicę – to teraz się Foksal nazywa, dawniej Pierackiego – to po lewej stronie trzeci dom pewnie, w końcu. I potem był jeszcze szpital taki, ale tam była ambasada jugosłowiańska i zamienili to na szpital, bo duża sala była. No i trzeci szpital był PAP-u.

  • Wszystko na Pierackiego.


Wszystko na Foksal, tak, na Pierackiego. Ale to nie wiem, to dziesiąty czy jedenasty numer był tam tego PAP-u i tam było… Nie była duża taka sala, ale było trochę materacy i ze cztery łóżka raptem, i lekarzy było chyba dwóch. Bo miałam kłopot, bo zaniosłam tę koleżankę „Chrząszcza”, co miała szarpaną ranę brzucha…

  • Ze Śliskiej aż na…


Tak, nigdzie szpitala po drodze nie było, wszystko było… „Sawary” mówi: „Słuchaj, tylko jedyny szpital, gdzie możesz Hankę zostawić, to tam”. No i miałam koleżankę, Kira miała pseudonim, podejrzewam, że ona jest… Chyba była sędzią albo prokuratorem, bo kiedyś zobaczyłam ją w Sądach.

  • Już po wojnie, tak?


Po wojnie w Sądach, w ubraniu, w tym… I krzyknęłam: „Kira!”, ale zaczęła uciekać i zorientowałam się, że [popełniłam] jakiś nietakt – to był jeszcze komunizm – dałam spokój. Ale to przemiła dziewczyna, bardzo dobrze się z nią pracowało i właśnie z nią zaniosłam na noszach tego „Chrząszcza” do szpitala.

Poszliśmy do PAP-u, bo chcieliśmy na [Pierackiego] 3/5 ten szpital, ale nie było miejsca, na podłodze leżeli chłopcy i [lekarz] mówi: „Mowy nie ma, żeby ją operować”. A trzeba już operować. No i zanieśliśmy ją tam do PAP-u. Też nie bardzo [było] miejsca na operację, ale winda była wolna i lekarz nam dał świece. „Kira” świecę dostała, ja świecę, no i tam przecięliśmy te ubranie, no i dobrał się…

  • I gdzie była operacja?


Była operacja w windzie. I powiedział, że… Dziwił się, bo ten czad, nie czad, tylko…

  • Sadza.


Właśnie cały brzuch był zawalony tym wtedy, w komendzie. Dziwił się, że ona nie gorączkuje, wszystko w porządku. Już nie pamiętam dokładnie, bo mi się niedobrze robiło, ale stałam z tą świecą…

  • Czyli pani trzymała świecę, żeby oświetlać operację?


Tak, tak, no nie było światła. No i zrobił operację, wypłukał, co mógł i czym mógł, nie wiem czym. Hania straciła przytomność i dobrze. W każdym razie odwiedzałam ją, było coraz lepiej. Zabrali ją z Warszawy. Podjechały potem, chyba w ostatnim… Już jak Powstanie się skończyło, to zabrali ich do Milanówka. Tę moją koleżankę bez ręki i „Chrząszcza” wywieźli do Milanówka.
A baliśmy się bardzo, bo ja poszłam do szpitala na dyżur, [Pierackiego] 3/5, i dowiedziałam się: dwóch chłopców, których miałam pod opieką… Skoczyli z piętra, ponieśli śmierć. Bo Niemcy zaczęli wkraczać, zajęli Tamkę i oni byli przerażeni, że Niemcy zabiją wszystkich rannych. Co strzeliło tym chłopakom? Jeden nie miał ręki, jeden nie miał nogi, wciągnęli się, bo na parterze był szpital, poszli parę pięter wyżej i skoczyli. Przeżyłam to bardzo, bo to młodzi chłopcy, szesnaście lat, siedemnaście.

 

  • Co należało do pani obowiązków podczas dyżurów w szpitalu?


Czasami tak było, że leków nie było, to kazali mnie iść.. Jak się ta ulica nazywa, od Tamki – tam cyrk Staniewskich był, Okólnik […].

  • Czy pani wiedziała, co się dzieje w innych dzielnicach Warszawy? Czy pani miała kontakt z ludźmi, którzy uciekali z Woli, z Ochoty?


Słyszałam, że na Woli straszne rzeczy się dzieją. No, a szłam kiedyś ze szpitala po nocnym dyżurze i weszłam do bramy na Foksal, tam siedziało chyba z piętnastu chłopaków ze Starówki i ja mówię: „Chłopcy…”. A patrzę, mój brat cioteczny jest w tym (on w „Parasolu” był chyba). No i mówię: „Co wy tu robicie?”. – „Uciekliśmy ze Starówki kanałami”.

  • To już był koniec sierpnia?


Już tak, koniec sierpnia. No i ja miałam woreczek z chlebem, jak już będę bardzo, bardzo głodna… Moja mama zbierała skórki w okupację i do białego lnianego woreczka kładła te skórki. Mówi: „Pamiętaj, jak będziesz uciekała z domu, to ten woreczek ze skórkami weź”. I ja sobie powiesiłam tak. Jak ich zobaczyłam, że oni są głodni, ja myślałam, że oni trochę zjedzą, to dałam cały woreczek, bo nie wypadało inaczej. Dałam cały i oni zjedli ten woreczek skórek.

  • Jeszcze pani nie powiedziała, co było pani obowiązkiem, jak miała pani dyżur w szpitalu.

 

Nikt mnie nie narzucał żadnych, tylko ja widziałam, co muszę robić. Jak widzę, że chłopak się lepi od krwi, to musiałam tej wody trochę złapać, no i… te potrzeby jego też spełnić. I to nie było jakichś higienicznych naczyń, no to przeważnie były po konserwach pudełka jakieś i z tego się korzystało. Najgorzej właśnie z tymi naczyniami. Nie było nic, a jedyna maść, którą smarowało się rany, to była tranowa. Tranową maścią smarowało się rany.

  • Pani mówiła, że wysyłano panią też na Okólnik. Po co?


Tam na Okólniku było jedynie taka… czysty kanał. Ja już byłam wtedy ranna w nogi. Tam przychodziła jakaś albo pani doktor, albo pielęgniarka i dawała mnie leki.

  • Ale skąd ona przychodziła?


Nie mówiła mi. Ona mnie dawała, już nie pamiętam, w paczkach jakieś leki i jak ja miałam czas, to… Mówi: „Pani dobrze zna już teraz zrujnowaną Warszawę – nie powiedziała „pani”, „ty” – zanieś – jest szpital, na przykład, Chmielna 38 chyba, na parterze – zanieś te leki, bo tam potrzebują chorzy”. No i ja tym kanałem wychodziłam już aż na placu Napoleona i potem trzeba było do piwnicy wejść… Wybili dziurę w ścianie na Chmielną, można było przejść z Ordynackiej przez piwnice, no i tam jakoś tak ładnie się przechodziło, bo nawet tam zawsze ktoś świeczkę jakąś zostawił w kanale. A wchodziło się na Okólnik 1 do kanału. Bo to strach było przez Krakowskie Przedmieście przejść, cały czas Niemcy zajmowali uniwersytet, więc rzuciliby granat w każdej chwili, to się tego bałam. No i rozmaicie było, czasami brudna woda szła i…

  • Czyli pani częściowo była na Śliskiej i spełniała rolę łączniczki, a jak nie było nic do roboty, to wtedy pani szła do tego szpitala. Czy na jakieś konkretne dni tam pani chodziła?


Ja nie wiem, ale w każdym razie ciągle nam rozdawali… Odprawa była rano. Jak myśmy powstawali z tej podłogi, no to ten pan „Sawary” rozdawał każdemu: „Ty pójdziesz tu, tam…”.

Wiem, że był taki dzień, kiedy… Mieliśmy w niewoli [Niemców]. To był chyba i szpital jednocześnie, ale i zdrowi mężczyźni tam byli, Niemcy, Hollywood, kino… Nic pani nie słyszała o takich rzeczach?

  • Mi się zdaje, że na Hożej.


Na Hożej, właśnie. I mnie raz wysłał też. No, ale tam wszyscy byli pozabijani, Niemcy zabili prawie wszystkich. Bo oni mówią, że nie było samolotów. Na dachu był namalowany znak Czerwonego Krzyża i wszystko było zrujnowane, pełno trupów niemieckich. No, tam jeden skrzeczał tak, męczył się, mówić nie mógł, głosu wydać żadnego, stary Niemiec, no to myśmy z tą „Kirą” wzięły go na nosze i zanieśliśmy… Bo był taki szpital najbliższy, Marszałkowska 78, kiedyś była ulica Skorupki.

  • Jest ciągle.


Jest jeszcze?

  • Tak.


No więc vis-à-vis wylotu Skorupki było wejście na podwórko i tam był szpital, namiot postawiony był, i myśmy tego Niemca tam zanieśli.

  • Czy to był szpital polski, powstańczy?


Tak, tak, powstańczy. No i tam on do mnie, tam prosił, żebym się nachyliła, zaczął zdejmować obrączkę, papiery wyjmować i chciał mnie to wszystko dać, ale wyszło dwóch panów z tego szpitala i zabrali ten… Jego z noszami tam do środka i już myśmy nie czekały, bo to był taki dzień, że dom po domu artyleria zbijała domy wszystkie, i na Marszałkowskiej…

  • Ale to była niemiecka artyleria, a to był niemiecki ranny. Nie pomyślała sobie pani: „Niech leży, bo ranili swoi”?


Nie, nie, to człowiek był.

  • Aha.


No nie mogłabym…

  • Mimo wojny, mimo okrucieństw ciągle się widziało człowieka.


Nie, nie, nie potrafiłabym. Potrzebował pomocy. Dla mnie to jest człowiek. Potrzebuje pomocy, a to co on robi, to… Może on tego nie robił, nie wiem, starszy pan. Ja miałam osiemnaście lat, to mi się zdawało, że [starszy] – dość szpakowaty, siwy, to już jest bardzo stary. W każdym razie nie wiem, czy przeżył, czy nie, ale dostał w głowę, to mam wrażenie, że nie przeżył tego wszystkiego.

 

  • Pani spotkała w czasie Powstania Żydów, którzy wyszli z kanału, Rosjanina, który był kucharzem…


Nie, proszę pani, tego Rosjanina nie spotkałam, on się bardzo bał, żeby go z powrotem do niewoli nie wzięli. On nam mówił (on trochę po polsku mówił), że tam był straszny głód, nie dostawali w ogóle jeść, więc mam wrażenie, że on gdzieś się skrył i… A tych dwóch czy trzech Żydów to byli panowie tak pod czterdziestkę, to spotkałam po Powstaniu. Szedł jeden z tych Żydów po ulicy Marszałkowskiej, a ja stałam z koleżanką, która mieszkała na Marszałkowskiej. I [ona] mówi: „Słuchaj, ten pan co idzie…”. Ja mówię: „Ja go znam z Powstania”. – „To jest lekarz okulista, bardzo dobry doktor”. O, tyle to wiedziałam, po Powstaniu.

  • Czy zetknęła się pani z ludźmi jeszcze innej narodowości w czasie Powstania?


Nie, chyba nie, chyba nie.

Raz miałam taki wypadek, że kobieta biegła i miała w fartuchu trochę kartofli. Na Złotej ulicy, to Złota była 25 chyba, brama, bo ja też wpadłam, bo usłyszałam, że ta… „Szafę” usłyszałam, skrzypienie i wpadłam do bramy. Tam przyszedł jakiś staruszek, siwy pan, zaczepił tę kobietę, powiedział jej po nazwisku, mówi: „Niech pani mnie da jednego kartofla”, tak ją prosił. Ta kobieta powiedziała: „Nie dam ani jednego” i odbiegła od niego. Ja za chwilę patrzę, a ten staruszek upadł w bramie, prawdopodobnie umarł tam. Bo ja trochę zatrzymałam się i widziałam, że coś się z nim niedobrze dzieje. Tak że był głód bardzo duży. Ktoś nie potrafił sobie zorganizować, to głód… Kobiety małe dzieci miały, nie miały czym karmić. Ja znam taki wypadek, kiedy pani się chwaliła, że ma worek kaszy, druga matka podeszła z dzieckiem na ręku i ją prosiła, i też nie chciała się podzielić z nią. Tamta zdjęła zegarek, jej dawała – nie wiem, jak to się skończyło, dla mnie to było straszne wszystko. Ale głód to się czuje, że człowiek jest głodny, cztery, pięć dni, a potem to już się tak przyzwyczaja, słabnie tylko. Można wytrzymać.

  • Pani kanałem przenosiła dziecko. Jak to było?

 

A to wie pani, właśnie ten „Sawary” mówił… Ale to już chyba myśmy… Zbili tę naszą [kwaterę] na Śliskiej… Na Śliskiej chyba cały ten budynek poleciał (artyleria podobno tam dołożyła i tego dnia poleciało wszystko) i przenieśliśmy się na Marszałkowską chyba 78. No i ten „Sawary” mówi: „Słuchaj, Starówka już jest zajęta, Niemcy wchodzą tam, ale w kościele są matki z dziećmi”. Kościół… jak się nazywa wojskowy taki kościół…

  • Garnizonowy.


W garnizonowym kościele. No i ja poszłam kanałami, jeden chłopak i nas dwie dziewczyny, i tam rzeczywiście siedziały matki w kościele z dziećmi. No i myśmy tam wzięli pod swoje skrzydła dwie matki. Ona miała dwoje dzieci, to by nie dała rady nawet. No i… Tylko strasznie długo – jak pamiętam, to chyba szło się ze dwadzieścia parę godzin.

  • A pani miała…


Ja wzięłam dziecko jedno.

  • Ale czy ktoś znał drogę w tym kanale?


Ten chłopak nas dobrze prowadził. Bo ja trochę znałam, bo kilka razy byłam, ale…

  • Chodziła pani na Starówkę?


Na Starówce nie byłam, tylko w tym obrębie, za placem Napoleona, to już niedaleko do Starówki, tam się poruszałam. Nawet mieliśmy taką przygodę z mężem (to mój chłopak, nie był mężem wtedy). Spotkaliśmy się na ulicy przypadkowo, już on był ranny, pobandażowany i mówi: „Słuchaj – miał przyjaciela Zdzisia i mówi – nie przyszedł na noc, pewnie Zdzisio nie żyje”. A też małżeństwo zawarli parę dni przedtem w piwnicy, takie powstańcze małżeństwo. Ona należała do „Kilińskiego” i on. No i ja mówię: „Słuchaj, Zdzisiek, wiem, że panterkę chciał zdobyć. Patrz, Zdzisiek idzie”, placem Napoleona. I my tak przy ścianie idziemy i mój mąż krzyczy: „Zdzisiek!”. A tak się odwraca Niemiec i mówi: Was? Uciekliśmy pod mur, ja i mój mąż, prędko, mówi: „No i mamy Zdzisia”. Zdzisio przeżył.

  • To pani spotykała się też z mężem na takie powstańcze randki?


Nie, nie. Tak przypadkowo czasami.

  • Ale pani raz była, jak on był ranny, ratowała go pani.


A tak, tak.

  • Ale kiedy to było?


Ja już nie pamiętam, jaki to dzień był, który to był dzień Powstania. [To było] przy zdobywaniu poczty.

  • Czyli na samym początku.


Pocztę zdobyli, PAST-ę zdobyli, wszystko w porządku, a poczta na Świętokrzyskiej – było strasznie dużo ofiar. No i mój mąż dostał w szyję. W piętę [też] dostał, ale w piętę to tak [niegroźnie], a w szyję dostał, kulka tędy weszła i tędy wyszła. No i dali mnie znać, że mój mąż, nie mój mąż, twój chłopak, ranny… Tam jakaś łączniczka mówi mi: „Leży na Świętokrzyskiej”. Wzięłam koleżankę i polecieliśmy z noszami. Położyliśmy go, powiedzieli: „Słuchajcie, trupiarnia w Paście to jest na parterze, to tam go zostawcie”. I rzeczywiście, weszliśmy na ten parter, to nawet dwie trumny stały, a tak to leżeli chłopcy na podłodze. Myśmy te nosze położyli, taki ciężki mój mąż był, wysoki, ciężki. I doszliśmy tam, położyliśmy go, ja patrzę, a on wstaje, usiadł. No, pewnie zasłabł tam przy Poczcie.

  • A pani była przekonana, że on nie żyje?


Że on nie żyje, tak. Wstydziłam się płakać, bo to nie wypadało, tyle trupów było wszędzie i człowiek ciągle płakał. No i tak popatrzyłam na niego, mówię, że on się wcześniej nie ocknął, chociaż taki ciężki strasznie. Tak że było trochę na wesoło.

  • I kontakty z innymi oddziałami też były, bo…


No, ja tak spotykałam… A to swojego brata spotkałam, ze Starówki, ciotecznego, młodszego od siebie, męża… On specjalnie, mam wrażenie, gdzieś tam się włączał w moje tereny.

Kiedyś mnie nawet zaprosił i pozwolił mnie… Na Złotej były zrzuty i zapalaliśmy tam pochodnie takie, świeczki, co się dało, bo były zrzuty.

  • Zaprosił panią na to…


Na zapalanie świeczek, tak, świateł. No i zwijaliśmy się, bo to krótko, ciemno. No ale źle się stało, bo dostali jakieś karabiny, a amunicję zrzucili na niemiecką stronę, gdzieś tam bliżej Grzybowskiej, a koło Złotej zrzucili broń. No ale dostałam czekoladkę za to. Kaszę manną zrzucili i zrzucili dużo spirytusu, ale spirytus trzeba było oddać do Delegatury Rządu i do szpitali, więc nie napiłam się.

  • To spirytus też był w tych zasobnikach?


Tak, z tych zrzutów było.

[Spirytusem] dezynfekowali czasami rany, bo tak to była tylko jodyna i maść tranowa, nie było ani… Już była taka chwila przy końcu Powstania, że myśmy mieli papier higieniczny do ran, [nim mieliśmy] rany zabandażować. I ten lekarz tak mówi: „I chodzi pani po tych kanałach, te nogi brudne i jeszcze pani ma nogi”. Ale mówi: „To wszystko zawdzięcza pani…”. Mnie takie wdały się malutkie robaczki w całej nodze, w jednej i drugiej. „One pani oczyściły te rany”.

  • Kiedy pani została ranna i jak to się stało?


Biegłam do Delegatury Rządu i na rogu właśnie Śliskiej… Ale to odłamki były, odłamki. Bo tam i Niemcy mieli jakiś [punkt], jedną kamienicę zajmowali niedaleko gdzieś i też jak widzieli, że my z noszami idziemy, to strzelali do nas, pomimo że mieliśmy czerwony znak krzyża, że sanitariuszki, nieśliśmy rannych. I strzelali do nas, po plecach, po nogach. No i mam wrażenie, że to był jakiś duży… Amunicja jakaś, artyleryjski [pocisk] może… W każdym bądź razie cała… Myśmy chcieli wpaść, ale nie zdążyliśmy – jak usłyszeliśmy, to chcieliśmy wpaść do bramy, ale nie zdążyliśmy. Moja koleżanka wzięła rękę i chciała się wciągnąć do bramy, no to urwało jej tę rękę. Ale przed nami biegł chłopiec do Delegatury Rządu, on miał złoto, biżuterię, podobno odebrali to jakiemuś gestapowcowi i to miało się dostać do Delegatury Rządu, i ten chłopiec z tą torbą zginął pod gruzami w tym domu na Śliskiej. To był 26 sierpnia, rano. Mojej koleżance urwało rękę, a ja…

  • Krew.


Tak, krew, tak.

  • Pani gdzie była ranna?


Ja byłam w plecy ranna i w nogi. Nogi to kości widziałam. Powyrywane porządnie było. Ja martwiłam się tą koleżanką, bo ona ręki nie miała, więc ja mówię: „Trzymaj drugą ręką… Prawa ręka… Trzymaj lewą ręką, żeby krew nie leciała”. Nie wiem, co ona tam robiła, ale prosiła mnie jeszcze… Dłoń została, koło nóg naszych leżała, mówi: „Zdejmij mnie dwa pierścionki z ręki”. Ja mówię: „Marysia, przecież cię to chyba strasznie boli”. Ona mówi: „Ja nic nie czuję”. Tak, ja nie czułam nóg i w ogóle nie czułam, że mam nogi. No i ją zabrali, ja zaczęłam krzyczeć: „Sanitariuszy proszę!”. Krzyczałam. Zjawiło się czterech chłopaków, dwóch miało tylko jedne nosze, więc ją położyli na nosze, bo ona i w stopy dostała, a mnie zrobili taki stołeczek i zanieśli… Na Śliskiej był szpital. Ale za parę godzin ten szpital właśnie zrujnowali, zburzyli. Zrobili mi pierwszy opatrunek, zobaczyli, że tam masę gruzu jest i wszystkiego, odłamków; wyciągnęli te odłamki, zajodynowali, ale spalili tę skórę, dlatego że wleli z butelki jodynę do szklanki i w ranę wleli, no i zszyli tę ranę. Potem się okazuje, że to wszystko się rozleciało po drodze. Tak że potem… Ja tam pół dnia leżałam tylko. Spisali moje wszystkie dane, ktoś się zjawił, na takiej ogólnej sali leżałam, spisał moje nazwisko prawdziwe, pseudonim jakiś pan z papierami i tak się to skończyło. Ja od razu…

  • Czy tam były łóżka, czy pani leżała na łóżku? Jakie warunki były?


Nie, pewnie na podłodze leżałam, nie było mowy o łóżkach. Na ogół te szpitale to na początku leżeli w łóżkach, ale takie urwana ręka czy coś… No, potem to zaczęli chłopcy uciekać z tych szpitali, do swojej jednostki wracali, ale jednostka nie miała co robić z tymi chłopcami. To trzeba zmieniać opatrunki, on za bardzo przydatny nie był, prawda, bez ręki…

  • Nie chcieli być w szpitalach, bo tam była taka niedobra atmosfera?


Proszę pani, bardzo długo, ze dwadzieścia lat, czułam zapach ropy otwartych ran. Bardzo długo. Nie miałam mieszkania tutaj, było zburzone, mieszkałam w Ursusie. Wysiadłam w Ursusie i poczułam, bo tam się… Co wyście robili w tym Ursusie? Tam paliło się coś… [Głos spoza kadru]: Odlewnia, kuźnia i odlewnia. Tak. I swąd spalonego metalu – tak jak Warszawa pachniała – i zapach ropy jej towarzyszył mnie. Bo oni tam wszystkie brudy podobno wozili. Kuzynka pracowała przez pewien czas tam w tej fabryce, więc zakażony jest ten teren.

  • Taki zapach spalenizny…


Zapach tej ropy prześladował mnie dwadzieścia lat. Okropnie było. Zresztą moje nogi były nie do przyjęcia, gdziekolwiek mnie w szpitalu przyjęli na noc, czasem sobie znalazłam, okno było szersze, ta ławeczka od okna, parapet, to ja się położyłam, ale mówią: „Danka, ale nogi za parapet”. Taki był odór.

  • Tak ropiały, tak?


Tak, taki odór był z tych nóg.

  • Pani mówiła, że sama sobie pani zszywała te nogi.


Ja sama próbowałam zrobić, ale to by trzeba było przede wszystkim wymyć tę ranę. Ale to się brud na brud kładł. Tam tylko była maść tranowa, całe Powstanie nie widziałam [nic innego] nawet u tych rannych w szpitalach. Tylko jeszcze w szpitalach to prześcieradła ludzie przynosili, darliśmy prześcieradła i okręcało się tę ranę. Ale tak to ciężko było, zwłaszcza że przywędrowali do nas ranni ze Starówki, z Woli przyszło sporo ludzi rannych, tak że w Śródmieściu było bardzo dużo ludzi. Foksal, ulica była na… Nie było mowy o łóżku, leżeli ludzie na podłogach.

  • I pani z tymi rannymi nogami za chwilę już wróciła…


Cały czas, nie leżałam wcale. Bo położyłam się na podłodze, chciałam trochę poleżeć, no to ten „Chrząszczyk” był ranny za dwa dni. I koniec.

  • I pani ją na tych nogach rannych niosła?


Zaniosłam, tak. To długo trwało, dlatego że artyleria zbijała domy na Śliskiej i myśmy biegły, mieliśmy plecak jej siostry, bo siostra już umarła… A jeszcze musiałam się zatrzymać, bo trzeba było siostrę pochować i nie mieliśmy w czym. Chłopcy nam pomogli, wykopali dołek, Śliska 35, no ale nie było w czym jej pochować. Jakaś pani kołdrę nam dała. No ale w końcu druga pani dała szafę dwudrzwiową i schowałyśmy z kołdrą w tej szafie „Jadzię”. Tam dół spory wykopali i na Śliskiej 35 pochowaliśmy „Jadzię”. Ale nie mogłam powiedzieć tej drugiej siostrze, młodszej, że jej siostra już nie żyje. Tylko ona mówi: „Słuchaj, dlaczego ty bierzesz »Jadwigi« plecak?” Ja mówię: „Wiesz, »Jadwiga« jest bardziej ranna, nie może się opiekować swoimi rzeczami, ty będziesz się opiekowała”. No to kłamałam.

  • Ale jak taka młoda dziewczyna jak pani, jak wiele innych – a tu bez przerwy śmierć, bez przerwy rany…

 

Tak, bez przerwy, to się nie da opowiedzieć, ile ja… Ja nie mówię o tych, co widziałam, bo ja widziałam tak straszne rzeczy. Widziałam na przykład dwoje dzieci na ulicy Ceglanej… Jest taka ulica? No to na ulicy… Tam tylko gruz leżał, poprzewracane te kamienice. Leżała kobieta młoda i dwoje dzieci przy niej siedziało.

  • Żywych.


Jedno dziecko miało ze sześć lat, dziewczynka, a chłopczyk miał ze trzy latka. Ja leciałam z moim chłopakiem, kucnęliśmy przy nich, ja wzięłam za ten tę – nie żyje. I mówi: „Nie możemy mamusi obudzić. Upadła i śpi”. No i tak nie wiadomo, co z tymi dziećmi zrobić. Obstrzał, słyszę, że bez przerwy kulki lecą nad głowami. Ale akurat trzeba trafu, że gdzieś ktoś doniósł do piwnicy, że ta pani została zabita, a dzieci siedzą (to parę godzin pewnie było), i wyszły z tej kamienicy dwie kobiety i zabrały te dzieci. Bo te dzieci na pewno ze mną by nie poszły, bo mnie nie znały. Ja ich chciałam… dziewczynkę wzięłam na rękę i chciałam ją odsunąć, ona zaczęła [krzyczeć]: „Ja chcę do mamy!” i mowy nie było. Były straszne rzeczy.

Potem na Śliskiej stałam w kolejce, bo oni mnie… Kolejka była, tyle było rannych, ten dzień taki był straszny, do opatrunku, do szpitala na Śliskiej stałam w kolejce i za chwilę przynieśli śliczną dziewczynę, ale opaloną na brązowo – spaliła się żywcem. No i tak stanęłam nad nią, mówię: „Słuchaj, jak ja ci mogę pomóc?”. A ona mówi: „Życie mnie daj, w Wróć mi życie”. Ja się wtedy załamałam. To młoda dziewczyna.

  • Czy myślała pani, po co to Powstanie wybuchło?


Wiem, wiem, że powinno być to Powstanie, bo inaczej… Ja wierzę, że to Powstanie musiało być. Ja poszłam z pełną wiarą. Ani nie chciałam Rosjan tutaj, ani nie chciałam Niemców. A przecież ogłoszenia były, obwieszczenia, że mamy kopać rowy, a jak się nie zgłoszą ludzie, to mają rozstrzeliwać.

Ja sama stałam na rozstrzelaniu dwie godziny przeszło i prosiłam Boga, żeby mnie rozstrzelali – tak mnie ramiona bolały.

  • Kiedy to się zdarzyło?


Poszłam po świadectwo, matury robiliśmy. Dowiedzieli się Niemcy. Poszliśmy za parę dni po świadectwa maturalne. „Buda” stała, złapali nas pewnie ze sześć czy siedem i wywieźli do… jak to się nazywało… Gdański Dworzec… na Umschlag. Ja mówię: „To wywózka do Niemiec”.

  • To już było po upadku getta, tak?


Nie, nie po upadku, upadek dopiero w ten dzień był. I proszę pani, zawieźli nas tam na Umschlag, kazali nam wysiąść – sześć dziewczyn właśnie – i otworzyli, bo stały wagony dwa towarowe, zamknięte – otworzyli te wagony, wysypały się trupy z tych wagonów. Walizki leciały, trupy, widocznie ludzie leżeli na tych drzwiach. A tam było biało, pewnie wapno było, jakiś gaz czy coś się wytworzył i to wszystko poumierało, podusiło się. I oni nam kazali rozbierać tych Żydów i zabierać te walizki – rozbierać Żydów, jak ktoś miał coś przyzwoitego, i obok układać. Myśmy mieli cudowną panią Bratkowską, dyrektorkę, która nas wychowała tak, że nie zrobiłyśmy tego. Spojrzałyśmy po sobie i żadna nie ruszyła się, żeby tych Żydów rozbierać. No to oni mówią: „No to teraz my wam pokażemy”. Zawieźli nas na ulicę Spokojną, ustawili… To jakaś uliczka, nigdy tam nie byłam potem, miałam iść, ale… Jakieś były budki drewniane, komórki drewniane na tym podwórku, pod tymi komórkami nas ustawili, sześć dziewcząt, ręce do góry. Przyszło trzech żołnierzy z karabinami maszynowymi, powiedzieli: „Będziecie rozstrzelane”. No i jak trzymałyśmy tak… Powiedzieli: „Jak któraś się obróci albo puści ręce, to strzelimy w tył głowy”. Byłyśmy plecami odwrócone do nich. I to trwało parę godzin. Wiem, że tak mnie ręce bolały, że się zastanawiałam, czy nie opuścić, niech mnie strzelą – taki straszny ból ramion był. No ale to się dobrze skończyło. Ja byłam przerażona, bo usłyszałam głos swojej matki. Ktoś matce dał znać, przyjechała z Powiśla na Powązki, bo to na Powązkach ta ulica, i krzyczała: „Bandyci! Zbrodniarze! Zabraliście mnie dwóch synów i męża, i córkę mnie teraz zabieracie!”. I bałam się o matkę, że ją rozstrzelają. Bo już zrobiła taki numer nam w domu, że jak przysłali nam zawiadomienie przez wojskowych, Niemców, że brat nie żyje, to podeszła i uderzyła Niemca pięścią w twarz. To on jak mamie oddał, to pogotowie ją zabrało.

  • Ale tylko ją uderzył, nie zastrzelił.


Nie, nie zastrzelił, tylko kolbą uderzył. Tak mamie pękło coś, leżała w szpitalu. Dobrze, że jej nie pilnowali. Tak że się bałam, że się rzuci na tych Niemców albo zastrzelą ją. A była siostra, która miała dziewięć lat.

No ale przyjechał Toebbens, który miał w małym getcie… Żydzi szyli, jeszcze małe getto istniało. Tu, jak się nazywała ta ulica? Prosta, tak? Na Prostej było małe getto. Przyjechał Toebbens, właściciel tej szwalni i mówi: „Która umie szyć?”. No, wszystkie po szkole, no i wszystkie zabrał, zaprowadził nas do tego. I przy nas wykańczali Żydów, których nie wykończyli, że było „weselej”.

  • Panie tam szyły, a oni…


Nie, jeden tam, taki Giese był (nie wiem, czy to jego nazwisko), Giese krzyczeli – bali się strasznie jego, taki zbrodniarz. Chodził po tej fabryce, komuś wbił w ten dzień w oko nożyczki, bo nie chciał ten Żyd szyć, mówi: „Ja i tak umrę, i tak umrę, to co ja mam robić”. No więc ustawili ich czwórkami, a nas na parterze w tej szwalni zostawili. Kazali wszystkim Żydom na ulice wyjść, ustawili czwórkami… Tylko była kucharka, którą znaleźli, w garnku się schowała, dużym garnku – Żydówka, taka ze trzydzieści parę lat – i zrobili sobie zabawę, pewnie pijani byli. Ona biegała – kazali jej biegać po podwórku i strzelali do niej. Ja już na to patrzeć nie mogłam. Ale w pewnym momencie wyjrzałam oknem i zobaczyłam, że wyszło z piwnicy dziecko, a podobno dzieci zabrali przedtem już, zabrali dzieci. A ta dziewczynka miała ze trzy, cztery lata, czysta była, ubrana i tak szukała, „mamo” krzyczała, szukała rodziców. Wyszła okienkiem z piwnicy. No i to strasznie przeżyłam. Jedna z koleżanek złapała maszynę, główki od maszyny i rzuciła w Niemców. A stali z bronią. No ale tak się dobrze skończyło, że jakiś Niemiec w koc owinął tę małą, wyniósł za getto i zostawił ją za bramą, tę małą. Myśmy się bali, że tę małą zabiją, płacz był straszny na sali. No ale tak się skończyło, że potem dziewczyny wszystkie wzięli, żeby chodziły po mieszkaniach i rzeczy przynosiły na plac Niemcom, po tych… A tych [Żydów] część zabili, wyprowadzili część – młodszych wyprowadzali, a starych zabijali na miejscu. Tak likwidowali małe getto. A ja dostałam ni stąd ni zowąd gorączki strasznej, tak przypuszczam, byłam rozpalona, ręce mi się trzęsły, byłam czerwona cała. No i przyszedł ten Giese do mnie, spojrzał na mnie i dziewczyny mówią, że tyfus ja mam, tyfus. Wziął mnie za włosy, wyrzucił na [zewnątrz] i „won!” zaczął krzyczeć. Wyrzucił mnie z tego getta i poszłam do domu. A na drugi dzień, widocznie ktoś powiedział mój adres, przyszli po moją matkę. Ja poszłam do domu, matka zawołała lekarza, okazało się, że ja mam różę na tle nerwowym. Na całym ciele dostałam róży. No i jakiegoś lekarza zawołała, który się mną [zajął], naprawdę pieniędzy nie chciał i zajął się mną. Przychodził przez kilka dni. Tak że ja już do tego getta nie poszłam, bo ja leżałam [chora].

  • A koleżanki musiały wracać do getta?


Tak, tak. Mamę zabrali i powiedzieli, że jak przyjdę, to mamę oddadzą. Moja mama tam gotowała im. Tę Żydówkę, co zabili, to [zamiast niej] mama musiała gotować.

 

  • Nieprawdopodobna historia.


Nie, przeżyła nasza rodzina… Są ludzie, którzy niewiele przeżyli w okupację, gdzieś na wsi, cichutko, no a ja niestety przeżyłam bardzo wiele. Nie oszczędziło mnie życie.

  • Już do końca Powstania była pani na Marszałkowskiej?


Tak, tak… Nie, raczej na Pierackiego. Już uważam, że tak… Przeżyłam bardzo, jak zdawali chłopcy broń. Kosz stał, taki wielki, pleciony kosz, chłopcy wychodzili…

  • To już koniec Powstania?


Tak, to już koniec Powstania było. Śpiewali jeszcze (bardzo ładnie śpiewali, już w kanale zaczęli śpiewać) „Serce w plecaku”, to ładna, taka żołnierska piosenka. Ja stałam tam ukryta, bo bałam się, że i mnie „zawadzą”, a miałam w planie pójść z ludnością cywilną. No i to przeżyłam. Jakoś potem doszłam do Radomia, potem z Radomia do Podzakrzówka. Tam dostałam jakiś pokój, opiekowali [się] mną chłopaki z Batalionów Chłopskich i z…

  • Pani mówiła, że pani jest z Powstania?


Dowiedzieli się i każda gospodyni chętnie mnie chciała przyjąć. Bo niektóre Bataliony Chłopskie okradali swoich ziomków, a jak ja byłam z Powstania, to cieszyłam się tam szacunkiem i nigdy nie weszli do mojego pokoju. No więc ja spałam, a w moim pokoju było ze dwadzieścia kożuchów, butów, takich wysokich, oficerek, które gospodarze przynosili, że u mnie można ukryć. No, ale ci z lasu chłopcy… Tam był dowódcą jakiś Panek. Mam wrażenie, że Żyd chyba, miał taką gwarę. W każdym bądź razie opiekowali się… Ja szukałam wszędzie matki. To było RGO, tak?

  • Tak.


To pisałam list do RGO, wysyłałam i się dowiedziałam, że moja matka jest [pod Żyrardowem], a ja już byłam pod Radomiem dwadzieścia kilometrów. No i stamtąd, wie pani… Szyłam ludziom trochę, tam maszyna się znalazła, chłopcy mnie co raz przynieśli kartofli czy coś. Tak że byłam tam ze sześć tygodni, no i poszłam pieszo do Żyrardowa. Tak trochę pociągiem…

  • Ale sama pani chodziła czy jeszcze z kimś, z jakąś koleżanką?


Nie, nie, sama byłam. Poszłam do kościoła w Radomiu… Chłopaki z lasu furą mnie podwieźli, ale usiadł koło mnie chłopak z karabinem i ja mówię: „Co ty robisz? Chcesz, żeby i ciebie rozstrzelali, i mnie?”. Ale on mówi: „Ja pilnuję. Mam cię żywą dowieźć do Radomia”. Wysadził mnie przed Radomiem tam pół kilometra, poszłam do kościoła, no bo gdzie się schować. Usiadłam w kościele, płakałam, modliłam się. I koło mnie usiadł jakiś taki półżołnierz, nie, mówił po śląsku. I mówi…

  • Ale to niemiecki?


A to Niemiec, potem się okazuje. I on, stary na pewno, taki staruszek roztrzęsiony i mówi, co ja tu robię. A ja mówię: „Płaczę, bo mam brata w Oświęcimiu”. On mówi: „Noo, ja jadę do Oświęcimia”. Miał stara, takim pogruchotanym, sam. I mówi: „Gdzie cię zawieźć, dziewczyno?” Ja mówię: „Teraz bym chciała do Żyrardowa pojechać, bo tam matka moja jest po Powstaniu”. On mówi: „To siadaj”. A ja mówię: „Nie no, z Niemcem”. – „Jaki ja tam Niemiec, ja Ślązak”. No i tak mnie namawiał, namawiał, ja się bałam, ale w końcu zobaczyłam tego swojego chłopaka, co mnie przywiózł, z karabinem, i powiedział: „Wsiadaj, nie bój się, my znamy tego Niemca. To nie Niemiec, to Ślązak. On tu kursuje tak”. No i podwiózł mnie, tylko daleko przed Żyrardowem, z kilometr, zostawił mnie, bo ja mówię: „Niech pan mnie tu wypuści, bo mnie ogolą na zero”. On mnie wypuścił i podeszłam pod taki młyn, gdzie wynosili zboże, i stało z dziesięć furmanek. No i ja mówię: „No to którą… Moja matka gdzieś tutaj…”. A nie, powiedzieli: „Na ulicy Kościelnej mieszka, pod piątym”. Poszłam tam, a ta pani mówi: „Tak, pani matka mieszkała u mnie z siostrą, ale ktoś z rodziny ją zabrał dwa dni temu na pobliską wieś koło Żyrardowa”. No więc z powrotem do tego młyna wróciłam, patrzę, pisze na furmance „Józef Badowski, wieś Badów”. I mówię tak: „I tak, i tak Badów”. Czekałam, patrzę, idzie ten chłop z workiem, czegoś pełen worek był. Mówię: „Proszę pana, czy ja się z panem zabiorę do pana wioski, do Badowa? Czy tam są warszawiacy?”, On mówi: „Jest trochę. Niedużo, ale jest”. – „Zabierze mnie pan?” – „Tak, zabiorę”. Wsiadłam i pojechałam z nim. To było osiemnaście kilometrów od Żyrardowa, wioska Badów. On mówi: „Pani pójdzie do mojej żony spać, tam do komórki, a ja tu muszę do geometry, zostawić mu zboże – coś – w komórce”. On wchodzi, a ja słyszę mojej matki głos. Do mojej siostry matka mówi: „Marysiu, żeby Danka była tu pochowana, to byśmy jej kwiatki zanieśli chociaż na grób”. Ja nie chciałam wierzyć, pierwsza wieś: pierwsza chałupa, zatrzymał się ten chłop… Ja już dostałam od jakiejś baby w Żyrardowie chustkę taką, wiejską, ciężką, na ten mundurek harcerski [założyłam], to owinięta byłam. No i weszłam do tej chałupy, usłyszałam [głos], patrzę, moja mama siedzi na łóżku w kuchni z siostrą i mama płacze. Bo to Nowy Rok, czterdziesty piąty rok szedł. Ja weszłam, mama mówi: „Przepraszam, ale co pani sobie życzy?”. Ja nie mogłam ust otworzyć. Ale moja siostra cioteczna, która matkę zabrała, wyszła z drugiego pokoju i mówi: „Ciociu, to Danka jest”. Mówi: „Jak to, Danka?”. Matka nas odepchnęła… Boso, w koszuli, rzuciła się na wieś, śnieg był po kolana i krzyczała: „Ludzie, moje dziecko jedno żyje!”. No, złapali tam mamę, ona jakiegoś szoku dostała. No i tak się zaczęło potem moje życie, drugie życie. [Wróciłyśmy] do Warszawy.

  • Czy w czasie Powstania w pani otoczeniu ktoś jakieś religijne praktyki odprawiał? Czy był ksiądz? Czy jakieś msze w okolicy?


Ja byłam bardzo z księżmi związana, bo mieszkałam przy zakładzie salezjanów. Ulica Wiślana, potem ona się nazywała księdza Siemca i tam po drugiej stronie ulicy siostry urszulanki miały swój klasztor, a z drugiego boku był kościół i zakład dla chłopców. No i tam był jeden ksiądz Oleksy, na całe Powiśle. On nie jeden był, ale on był bardzo miły dla młodzieży, urządzał nam rozmaite imprezy, graliśmy czasem na rozmaitych instrumentach, użyczał nam podwórka swojego, duże było podwórze i graliśmy w piłkę, tak że tyle było. No, do kościoła chodziłam.

  • Ale w czasie Powstania?


A w czasie Powstania? Nie, nie chodziliśmy, tam nie było mowy o kościele, o niczym. Nie było czasu, ciągle ręce… Ja na pięć minut nie usiadłam. Jeszcze miałam kłopoty, bo to zsuwają się bandaże z łydki, to ciągle musiałam podciągać, przyczepiać czymś, sznurkami wiązać.

  • A czas wolny? Może jakieś koncerty czy kroniki filmowe, czy pani do kina chodziła?


Nie, nie wolno… Dwóch braci w obozie koncentracyjnym – u nas była całkowita żałoba cały czas, matka nie pozwalała. Ja się zapomniałam, coś zanuciłam pod nosem, bo lubiłam śpiewać, i miałam burę od mamy, że nie umiem się zachować. „Tak Polka się nie zachowuje”.

  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?

 

Wiosna już była… Chyba styczeń, luty, w lutym wróciłam. Tak trochę jechałam, trochę szłam pieszo. I też przeżyłam straszny szok, bo tak… Raczej pieszo, miałam rany na nogach, bo to tyle kilometrów było. I znalazłam się przy Hali Mirowskiej. Taka grupa nas się utworzyła, szliśmy wzdłuż torów do Warszawy, jeden pan nami przewodził i szedł jakoś, bo to gruzów pełno… Najpierw się zatrzymaliśmy przy krzyżu na Nowym Świecie. Krzyż zwalony, Pan Jezus trzyma ten krzyż i tak mówię: „Dziwnie…”, bo ten krzyż był odwrócony i ręka skierowana do nieba. Ale przedtem przy Żelaznej Bramie była kupa czaszek – samych czaszek, spalonych, czarnych, na metr w górę – i sztandar polski był wetknięty w tę stertę czaszek. No straszne to było. I od naszej grupy (szło nas sporo osób) dwóch chłopaków, [właściwie] mężczyzna i chłopak, zginęli, bo na Tamce weszli do domu za potrzebą i wylecieli w powietrze. Podminowana była Warszawa. Nie wiem, czy to Niemcy, czy Rosjanie podminowali.

  • Pani dom stał?


Nie.

  • Gdzie pani zamieszkała?


Niemcy zamieszkiwali ulicę na Powiślu, Czerwonego Krzyża, wszystkie domy ich były. Nawet tam Kaczyńscy mieszkali przez pewien czas i też ich wygnali. Na Czerwonego Krzyża. Ja poszłam tam na Czerwonego Krzyża, bo miałam koleżankę, której ojciec oficer i spółdzielcze mieszkanie tam mieli, a wybudowali sobie na końcu Puławskiej willę. Tu, gdzie „Baszta”, tam willę gdzieś postawili. I ona mnie kiedyś powiedziała: „Słuchaj, idź na Czerwonego Krzyża 2, jak nie będziesz miała gdzie mieszkać. My ci klucze damy, będziesz miała się [gdzie] zatrzymać”. I ja poszłam, tylko, no, niedoświadczona, zajęłam jeden pokoik z mamą.

Naturalnie musiałam… Poleciałam na ulicę Bednarską, gdzie był pierwszy komisariat, i trzeba było zdobyć papiery, że było się przed wojną zameldowaną, nie wolno było tak meldować. Poszłam i on powiedział: „Czy pani umie pisać na maszynie?” – ten policjant. Ja mówię: „Umiem”. – „To niech pani u nas zostanie, dostanie pani piękne mieszkanie. Nie pokój, tylko parę pokoi”. Ale ja mówię: „Nie, proszę pana, ja będę się musiała do partii zapisać”. – „Naturalnie”. – „No to dziękuję panu” – i zrezygnowałam. Wzięłam tylko zaświadczenie, że byłam zameldowana, no i tam jeden pokoik – tam były trzy pokoje – zajęłam jeden pokoik, a resztę ludzie ze wsi, z Grójca, pozajmowali. Z czasem moją matkę wyrzucili z tego mieszkania. Grójec cały jest i do tej pory ten Grójec mieszka, piękna kamienica. Jest winda, a ja tu na trzecie piętro wejść nie mogę. Ona ma ze mną kłopot, bo musi ciągnąć mnie za rękę, jak idę od lekarza, bo ja tych stóp nie bardzo czuję, z trudem idę. A tu wszystko ludzie ze wsi są.

  • Czy to, że pani brała udział w Powstaniu, jakoś odcisnęło się na pani życiu, miało jakieś konsekwencje?


Może tak. Jak mnie jest ciężko czasem, to mówię: „Jeszcze było ciężej. Większe, gorsze rzeczy przeżyłam”. No, teraz to tylko mogę narzekać, że jestem sama zupełnie. Dzięki niej [kuzynce] to się nie czuję opuszczona. No ale ona też ma swoje sprawy, swoje dzieci, wnuki i pracę zawodową.

  • Czy pani miała jakieś przykrości z powodu udziału w Powstaniu?


Miałam, miałam. Nawet w teatrze miałam nieprzyjemności. Sekretarz partii ciągle mi wymawiał, że ja jestem bezpartyjna, ale jestem taka, taka jestem raczej prawicowa. Ale mówi: „Na moją matkę bardzo brzydko mówisz”. Ja mówię: „Twoja matka bardzo brzydko postępuje, to na nią mówię”. – „Bo moją matką jest partia”. I ja mówię: „To jak źle postępuje, to ja brzydko o niej mówię”. No ale miałam [nieprzyjemności], donosili na mnie do ministerstwa, odnotowana byłam jako „czarna reakcja”. No ale taka jestem, tak mnie ojciec wychował i szkoły mnie tak wychowały. Zresztą tu jem chleb, tu jest moja ojczyzna i…

  • I pani uważa, że to jest…


Ja miałam propozycję, moi synowie mieszkają w Ameryce od trzydziestu lat, jeden od czterdziestu. Nawet synowa propozycję złożyła mi, mówi: „Mamo, zostań z nami”. No ale ja się dobrze czuję w Polsce.

Warszawa, 31 sierpnia 2016 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek

Zobacz także


cywil

Hanna Janina Kościesza

Hanna Kościesza, urodziłam się 4 czerwca 1934 roku w Warszawie. […] Od urodzenia...

więcej
cywil

Tadeusz Napiórkowski

Nazywam się Tadeusz Napiórkowski, urodzony 5 października 1930 roku. Zaczynamy od wybuchu...

więcej
dowódca drużyny

Mirosław Cukrowski „Biały”

Jestem Mirosław Cukrowski, w Powstanie walczyłem na Pradze, w Rejonie V. To było między...

więcej
strzelec

Kazimierz Głowacki „Lampart”, „Bolko”

Nazywam się Kazimierz Głowacki. Urodziłem się w Warszawie 4 marca 1929 roku. Byłem...

więcej