Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Jadwiga Serafina Modrakowska-Skiba
Jadwiga Serafina Modrakowska-Skiba
stopień
cywil

Nazywam się Jadwiga Modrakowska-Skiba. Urodziłam się 23 lutego 1935 roku w Warszawie. Pochodzę z lekarskiej rodziny. Moja matka Romana Lentzówna była córką malarza, portrecisty Stanisława Lentza i od pokoleń [była] warszawianką – tak się przynajmniej przedstawiała. W połowie jestem warszawianką, w połowie Wielkopolanką. Mój ojciec pochodził z Bydgoszczy, nazywał się Jerzy Modrakowski. W okresie międzywojennym był wybitnym farmakologiem. Na Uniwersytecie Warszawskim zorganizował Zakład Farmakologii Doświadczalnej. W 1939 roku był wybrany na stanowisko Rektora Uniwersytetu Warszawskiego i 1 września objął to stanowisko już formalnie. Powiem jeszcze parę słów o moim ojcu, ponieważ jest to dosyć ważne dla całości moich wspomnień i dla jego życia. Mój ojciec miał polskie nazwisko, ale pochodził z zupełnie zniemczonej rodziny. Moja babka (po której mam drugie imię Serafina) właściwie nie znała w ogóle polskiego, umiała po polsku zmówić tylko „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” – to jest mi wiadome. Młodo owdowiała i drugi raz wyszła za mąż za Niemca (jego imienia nie znam, nazywał się Schwarzbach) i miała z nim dwóch synów – Kurta i Fritza. Mówię o niej dlatego, ponieważ dla przeżyć związanych z Powstaniem osoba Kurta jest dosyć ważna.
Jeżeli chodzi o moje najdawniejsze wspomnienia, to sięgają one 1938 roku, związane są z Bożym Narodzeniem, że Świętym Mikołajem, w którego dość szybko przestałam wierzyć, bo zauważyłam kiedyś, jak szofer (Chudzik się nazywał) przywiózł choinkę i powiedziałam: „Jak pan Chudzik przywiózł choinkę, to znaczy, że nie ma żadnego Świętego Mikołaja”. Z czego się ucieszył mój ojciec, bo nie lubił straszenia dzieci rózgą i tego typu bajek.
1939 rok, 1 września, jak wybuchła wojna, myśmy mieszkali w Śródmieściu, w profesorskim domu na Sewerynów 6 i tam właśnie zastała nas wojna. W moich wspomnieniach to się zapisało jako coś niezwykłego, dlatego że nie musiałam iść na spacer na piechotę z ulicy Sewerynów do Parku Ujazdowskiego z moim młodszym bratem, czego nie lubiłam, uważałam za męczące, wobec tego bardzo się ucieszyłam. Schodzenie do piwnicy też było czymś niezwykłym. Mogłam wejść do gabinetu ojca, jeżeli nie było bombardowania i byliśmy w mieszkaniu, a co więcej (co już było naprawdę wielką uciechą), spałam za szafami bibliotecznymi. Moi rodzice sobie wyobrażali, że jak wysuną szafy na środek pokoju, to będzie jakaś osłona przed strzałami z ulicy. Lokowali mnie za szafami, spałam na podłodze i muszę szczerze przyznać, bardzo mnie to cieszyło.
Dom się spalił po około dziesięciu, jedenastu dniach. Pamiętam, to był późny wieczór koło jedenastej w nocy, ktoś zawołał: „Palimy się!”. Myśmy w popłochu wszyscy uciekali z ulicy Sewerynów na Wierzbową 11, gdzie mieszkała moja ciotka.

  • Czemu dom się spalił?

Dom spalił się właściwie wskutek u przezorności czy ostrożności. Nie był zburzony, zapalił się od sąsiedniego domu. Ponieważ to był profesorski dom, więc mieszkali w nim raczej starzy ludzie, poza tym córka dozorcy zginęła pierwszego czy drugiego dnia i on w ogóle nie miał głowy do ratowania budynku. Nie było wody do gaszenia pożaru. Gdyby woda była pod ręką, to prawdopodobnie dom zostałby ugaszony i przetrwałby do Powstania, a tak to się spalił od razu na początku. Myśmy byli przez jakiś czas w mieszkaniu u ciotki Żółkiewskiej. Przebywaliśmy u niej krócej niż tydzień. Ponieważ ojciec kierował obroną uniwersytetu i stale tam przebywał, wobec tego przenieśliśmy się na uniwersytet, zamieszkaliśmy w budynku prorektorskim. Dzisiaj w tym miejscu są różne wydziały egzotyczne, nazwijmy je ogólnie. W jednym z pokoi Instytutu Asyriologii i Hetytologii jest biblioteka. Przebywaliśmy tam do końca oblężenia Warszawy.
Jak już można było wyjść z uniwersytetu po zakończeniu działań wojennych, to w mojej pamięci zostało tylko to, że szliśmy w kierunku bramy i brama była do połowy wysokości, a może jeszcze wyżej, założona workami z piasku. Na workach leżały karabiny właściwie bez użytku. Doszliśmy na Wierzbową i wkrótce żeśmy się tam przeprowadzili i mieszkaliśmy przez rok.
Ponieważ ojciec miał jeszcze drugie mieszkanie na Koszykowej, a ściślej mówiąc na Świętej Teresy 6a – trzypokojowe mieszkanie – zamieszkaliśmy w tym mieszkaniu. Co mi zostało w pamięci, to przede wszystkim uczucie potwornego zimna. To było mieszkanie nowoczesne, wobec tego nie było tam pieców. Piece w czasie wojny to raczej było błogosławieństwo. Natomiast było centralne ogrzewanie, które nie funkcjonowało, ponieważ nie było koksu. Poza tym to już się odniosę trochę do współczesnych czasów, do współczesnych filmów, a zwłaszcza nawet do „Pianisty”. Co mnie razi w okupacyjnych filmach – zbyt silne oświetlenie elektryczne, tego nie było. Myśmy siedzieli przeważnie przy lampach naftowych, karbidówkach, a żarówki musiały być słabe, najwyżej 25 watów, prąd nam włączano o różnych porach. Czasem rano, czasem po południu, czasem wieczorem na około trzy godziny. Czyli ten nadmiar światła [w filmach] jest po prostu niezupełnie zgodny z tym, co się działo.
Mieszkaliśmy przez 1940, 1941, połowę 1942 roku. W 1942 roku znowu wróciliśmy do naszego mieszkania na Wierzbowej i tam już było dobrze, bo było ciepło. Były dobre piece, mieliśmy węgiel, poza tym różni rzemieślnicy wprowadzili urządzenia pozwalające na lepsze wykorzystanie ciepła, które piece wytwarzały. Były tak zwane gnomy. To polegało na tym, że drzwiczki z pieca należało wyjąć i w to miejsce wmontowywano żeliwny kociołek i dość dobrze rozprowadzał ciepło. Poza tym ponieważ był płaski, to można było stawiać na nim na przykład garnek z zupą i gotować. W tym mieszkaniu było rzeczywiście ciepło i myśmy wszyscy odżyli. Wspominam to, ponieważ zaczęłam chodzić do szkoły, do Platerówny dość wcześnie, w 1941 roku, kiedy mieszkaliśmy na Koszykowej i większą część tej zimy spędziłam w łóżku na skutek różnych chorób. Potem już wyzdrowiałam i jak zamieszkaliśmy w 1942 roku na Wierzbowej, to już byłam zdrowym dzieckiem, które prawie nie chorowało.
Miałam jeszcze tę uciechę – myśmy mieszkali w oficynie tego domu, a od frontu kiedyś była Miejska Szkoła Rysunków i Zdobnictwa (tak to się chyba nazywało) tam była szkoła powszechna – podkreślam – szkoła powszechna, określenie szkoła podstawowa to jest wytwór PRL-u, myśmy chodzili do szkoły powszechnej. Chodziłam do drugiej klasy i obserwowałam razem z moimi koleżankami i kolegami przez okno (a okno wychodziło na kamienicę Mikulskiego, to było drugie piętro, a kamienica Mikulskiego była w tym miejscu, gdzie chyba jeszcze nadal jest pawilon „Wedla”), jak wyglądała łapanka na ulicy. Pamiętam mężczyznę, którego żandarmi popychali bardzo brutalnie. Gdzieś w pobliżu musiały stać (pewnie na Senatorskiej, może w pobliżu Galerii Luxemburga, bo tam było dosyć wąsko) tak zwane budy („budy” to były ciężarówki z plandekami) i ładowano złapanych. [Dziś jest to ulica Canaletta. Galeria Luxemburga była na Senatorskiej 29. Galeria to pasaż podobny do dzisiejszego w nowej bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego na ulicy Dobrej. Nazwa pochodziła od Maksymiliana Luxemburga założyciela i chyba pierwszego właściciela]. Inna scena bardziej utkwiła mi w pamięci. Staram się unikać różnych przymiotników w rodzaju, że coś było: straszne, okropne, raczej staram się opisać fakty a jeżeli te fakty nie przemawiają to ja po prostu nie potrafię tego zrobić. Młoda kobieta, w kapeluszu z dosyć dużym rondem (pogoda była listopadowa i wichura), to było gdzieś między czwartą a piątą, ona walczyła z kapeluszem, żeby wiatr jej nie zerwał, a jednocześnie otaczali ją coraz ciaśniejszym kręgiem żandarmi i zaśmiewali się przy tym. Strasznie ich ta scena bawiła, aż któryś się zniecierpliwił i zabrali ją do „budy”.
Jeszcze o dwóch rzeczach związanych z [okresem] przed Powstaniem chciałabym powiedzieć – od strony podwórza na Wierzbowej 11 jest tablica z napisem, że 12 listopada 1942 roku Niemcy rozstrzelali Polaków i nie wiadomo ilu. Mogę powiedzieć, że było ich trzech. Wybierałam się do szkoły naprzeciwko i miałam zwyczaj, to było moje ukochane miejsce, stałam przy parapecie okiennym, obserwowałam podwórko, pakowałam książki. Naraz zauważyłam trzech żandarmów prowadzących trzech mężczyzn, trzymali ich z tyłu za kołnierze od ubrania (to był taki ulubiony sposób ich chwytania), zaprowadzili ich w kąt i rozstrzelali w kącie kamienicy. Szkoda, że tej liczby nie umieszczono – było trzech mężczyzn. Zapamiętałam wyraz twarzy pierwszego z nich – był niezbyt młody, bez czapki i miał na twarzy wyraz jak gdyby niedowierzania. Drugi to był młody chłopak w czapce służb jakiejś miejskiej gazowni, elektrowni, coś takiego, a trzeciego to nie pamiętam. Dlaczego zrobiłam dygresję? Mianowicie, mój mąż, który w momencie wybuchu wojny był już dorosłym człowiekiem, opowiadał mi kiedyś, że też się znalazł w takiej sytuacji, że mógł zostać rozstrzelany. Powiedział, że uratowało go tylko to, że żandarm trzymał go za kołnierz od płaszcza, a to był luźny reglan i po prostu mężowi udało się z tego płaszcza wyskoczyć. Gdyby go trzymał za kołnierz od marynarki to... To było w małym miasteczku w Małopolsce, obok było zboże jeszcze nie zżęte, to czmychnął w to zboże i jak sam powiedział: „Najpierw żandarm zgłupiał, jak został z tym płaszczem w ręku a dopiero potem zaczął strzelać”. Natomiast ci trzej – użyję słowa „nieszczęśnicy” – o których mówię, mieli przed sobą już tylko ściany i żadnej możliwości ucieczki.
W następnym roku, ponieważ szkoła została zamknięta, to chodziłam już na komplety. Miałam już wtedy osiem lat, już sporo rozumiałam z wojny. Przede wszystkim musieliśmy nosić książki, zeszyty w torbach na zakupy, broń Boże w teczkach i na wierzchu musiało leżeć coś takiego maskującego, najlepiej pieczywo. Dobrze było, jak to było zawinięte wszystko w tak zwanego szmatławca, czyli „Nowy Kurier Warszawski”. Chodziłam na komplety i powiem szczerze, to była najwspanialsza szkoła w moim życiu. Myśmy siedzieli sobie przy stole, było nas nie więcej niż ośmioro, z zastrzeżeniem, że nie wolno nam ani przychodzić, ani wychodzić w większej liczbie osób jak dwie. Myśmy dość często zmieniali mieszkania, ale jedna z moich „szkół” odbywała się w prywatnym mieszkaniu na Długiej. I tu się trochę zmieniło, jeżeli chodzi o topografię Warszawy. Mianowicie z Wierzbowej szłam kawałek przez Bielańską, potem skręcałam na prawo koło Narodowego Banku Polskiego, potem w Hipoteczną, tak że widziałam nie front, tylko tylną część banku. Szłam do prześwitu, który był przy dawnym teatrze „Nowości” (dawniej tam było kino) i potem była brama przejściowa, którą się wychodziło na Długą. To znacznie skracało drogę, gdyż jeśli się szło na przykład Bielańską do Długiej, czyli dookoła, to trwało to dłużej. W tym prześwicie siedziała (trudno określić jej wiek) kobieta zwinięta w jakieś chusty, robiąca wrażenie żebraczki i myśmy przez jakiś czas się widywały. Nawet w pewnym momencie zaczęłyśmy sobie mówić dzień dobry. Pewnego dnia idę i widzę, że nie ma mojej żebraczki, więc już mnie to zaniepokoiło, spojrzałam w głąb podwórza i dosłownie zrobiło mi się zielono w oczach – pełno żandarmów. Na szczęście, byli oni odwróceni plecami do kierunku, z którego przyszłam. I teraz tak – w torbie mam zeszyty, historię Polski, co już samo w sobie było przestępstwem, i taka moja myśl – jeżeli odwrócę się i zacznę uciekać, oni mogą usłyszeć, że biegnę i się zainteresują. Nie ukrywam, że mróz mi chodził po plecach. Wobec tego najspokojniej jak tylko mogłam, zrobiłam w tył zwrot, doszłam z powrotem do Bielańskiej i zaczęłam się zastanawiać, czy mam wracać do domu, czy mam jednak pójść na lekcje. Potem doszłam do wniosku, że wrócić do domu to byłby raczej wstyd. Wobec tego zaczęłam iść do Bielańskiej, do Długiej tylko znowu myśl kolejna taka: „A jeżeli ja na ulicy znajdę się w takiej samej sytuacji, jak byłam chwilę wcześniej no to co?”. Na Długiej kompletnie nic się nie działo. Czyli to wszystko było ograniczone do podwórza. Nadal chodziłam na komplety. Na rogu Bielańskiej i... Senatorskiej. Teraz jest troszeczkę inny układ ulic. Mianowicie plac Bankowy obejmuje chodniki, które kiedyś były ulicą Rymarską, a to co w środku, czyli to co byśmy dzisiaj określili jezdnią, to był plac Bankowy, mówię w pewnym skrócie – to był plac Teatralny, ale właściwie to co było pod Ratuszem, to była Senatorska. Na rogu Senatorskiej w pobliżu kościoła Świętego Andrzeja (którego zresztą nie traktowałam poważnie, dlatego że uważałam, że co to za kościół, na którym nie ma wieży) zrobiłam sobie przy sklepie z artykułami żelaznymi postój. Rozglądałam się, czy ktoś za mną nie idzie, żebym ewentualnie jak zobaczę jakichś żandarmów, mogła uciec, najlepiej to byłoby wejść wtedy do kościoła.
Jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym opowiedzieć. Wszyscy wiedzą o zamachu na Kutscherę. Samego zamachu nie pamiętam, dlatego że nie było z tego powodu żadnego szczególnego zamieszania, to wszystko co się działo, takiego groźnego, to się działo raczej w okolicach Alej Ujazdowskich, w tamtych stronach. Pamiętam tylko, że ojciec się spóźnił na obiad, potem moi rodzice siedzieli przy stole i ojciec mówił: „Ci dwaj to skoczyli do Wisły i tam utonęli”. Potem był pogrzeb. Pogrzeb był taki, że Niemcy wysiedlili po prostu pół miasta na trasie tego pogrzebu i to bez względu na to, czy to byli Polacy, czy Niemcy. Po prostu wszyscy musieli opuścić domy, chyba w godzinach od dziesiątej do siedemnastej. Nas to jakoś nie dotknęło, co było troszkę dziwne, bośmy mieszkali stosunkowo blisko pałacu Brühla, gdzie [odbywały się] główne uroczystości, ale pozwolono nam zostać w domu. Do nas przyszedł z żoną profesor Zygmunt Batowski (to był etnograf) i oni spędzili u nas cały dzień. Z tym że gdyby nie mogli wrócić do domu, to mieli zamieszkać u wuja mojej mamy Konrada Ernsta, który był z pochodzenia Finem i był przed wojną attaché wojskowym, i miał paszport dyplomatyczny, co też się okaże dosyć ważne później, więc tam mieli ewentualnie zamieszkać, ale to się okazało niepotrzebne.

Natomiast tu jest rzecz trochę dziwna. Mianowicie jak byłam w mieszkaniu w kuchni, to w pewnym momencie usłyszałam, jak moja mama i opiekunka opowiadają sobie o czymś i się śmieją. Usłyszałam tylko coś takiego: „Panna młoda w żałobie”. Niczego więcej się nie dowiedziałam na ten temat. Dopiero jak dorosłam, to moja matka mi powiedziała, że Niemcy urządzili Kutscherze, temu nieboszczykowi, ślub w Warszawie (i takie informacje się przemykają w Internecie). Moja mama wie o tym od ojca, a ojciec z kolei wiedział to od [Juliana] Kulskiego, który był zastępcą niemieckiego burmistrza Leista, Polakiem i on to ojcu opowiadał. Rzeczywiście – Niemcy z trumną urządzili narzeczonej Kutschery (jak się mówiło) ślub. Ona była w ciąży podobno i chodziło o to, żeby dziecko miało ojca. Sporne jest tylko miejsce, gdzie to było. Moja matka twierdziła, że to było w jego mieszkaniu, w alei Róż. Wiesław Budzyński, który napisał książkę poświęconą Warszawie czasów Kamila Baczyńskiego, napisał, że to było w kościele garnizonowym, bo Kutschera był katolikiem, nawiasem mówiąc. Natomiast w Internecie przemyka się taka wiadomość, że to było w pałacu Brühla. Czy to było możliwe? Otóż w prawie jest znana instytucja małżeństwa przez pełnomocnika, tak zwana per procura i Niemcy wykorzystali tę możliwość. Kiedyś Polki ze swoimi narzeczonymi, którzy byli w oflagu na przykład, zawierały ślub, tak zwany ślub z szablą – to podobna właśnie instytucja.
Chciałam powiedzieć jeszcze jedną rzecz, która wydaje mi się dosyć zabawna. O Kutscherze wspomniałam, bo uznałam to za niesamowitą ciekawostkę i chyba mało znaną. Mogę twierdzić z bardzo dużym podobieństwem, że to jednak prawda. Wiem to od mojej matki, matka od ojca, ojciec z kolei od [Juliana] Kulskiego i to krążyło po Warszawie i budziło spore rozbawienie. Wracam do mojego ojca i Konrada Ernsta...

  • Czy pani wiedziała coś o działalności konspiracyjnej ojca?

Bardzo niewiele. Nie tyle wiedziałam, ile się domyślałam, dlatego że zasada była taka, żeby nie mówić mi albo mówić jak najmniej. Pamiętam tylko, że kiedyś jakoś się głośno zachowywałam i moja niania jakoś mnie [skarciła]. Powiedziała: „Tatusiowi nie wolno przeszkadzać, bo przyszli panowie na egzamin!”. Moja mama strasznie się wtedy zdenerwowała i powiedziała, że nie powinnam wiedzieć o tym, że mój ojciec w domu egzaminuje studentów.
Wspomniałam na początku, że ojciec pochodził ze zniemczonego domu. Nauczył się świetnie mówić po polsku w wieku około dwudziestu jeden lat, z tym że tak jak pamiętam, to miał zawsze wyraźny cudzoziemski akcent, powiedziałabym, dość twardy, ale mówił piękną, bardzo poprawną polszczyzną, pisał ortograficznie.
Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała – jak mieszkaliśmy na Koszykowej, to wtedy docent Zaorski zakładał swoją szkołę dla felczerów. To była średnia szkoła medyczna. To była jawna szkoła przez cały czas i wykłady odbywały się na uniwersytecie w Zakładzie Farmakologii prowadzonym przez mojego ojca. Ten budynek przetrwał wszystko i 1939 rok, i 1944 rok również. Domyślałam się tego, [że ojciec był w konspiracji]. Wiedziałam coś o pseudonimach. Jeżeli mi powiedziano, że mam nosić książki w torbie, nie mówić, że chodzę na komplety, chodzić z jedną koleżanką, najwyżej z dwiema to już góra. Słyszałam już i o pseudonimach.
Chciałam jeszcze powiedzieć jedną rzecz, która trochę może świadczy o ludziach z tamtych czasów. Mianowicie Konrad Ernst był wojskowym, był oficerem armii carskiej, został w Polsce oczywiście po I wojnie światowej, był kolegą Mannerheima i chyba dzięki niemu został attaché wojskowym. Pracował w poselstwie fińskim, bo tak to się wtedy nazywało, tej rangi to było przedstawicielstwo, i miał radio, całkiem legalne. Dlatego że wszyscy ci, którzy byli sprzymierzeni (a Finlandia była z Niemcami sprzymierzona) mogli posiadać odbiorniki radiowe, ale musiał dać (i to jak podkreślał) oficerskie słowo honoru, że będzie słuchał tylko stacji niemieckich, wobec tego nie słuchał niczego. Wobec tego myśmy chodzili [słuchać radia]. Mój ojciec zabierał mnie z wizytą do Ernstów, po czym Ernst, wuj Konrad grał ze mną w szachy albośmy się bawili w „dziki zachód” albo w takiego typu zabawy, a ojciec szedł do oddzielnego pokoju, słuchał BBC, potem przychodził i zdawał Konradowi sprawozdanie z tego, co się działo, bo mój ojciec żadnego słowa honoru nie dawał. Konrad Ernst zaczął słuchać radia dopiero w momencie wybuchu Powstania.
Pora przejść do Powstania, bo to był dosyć długi wstęp. Nie miałam pojęcia w ogóle, co się będzie działo, co ma być. Słyszałam tylko rozmowy, że Rosjanie (częściej się mówiło bolszewicy i to brzmiało dosyć niesympatycznie) są już w Miedzeszynie, a tu, a tam. Wyobraziłam sobie, że przyjdą Rosjanie, przepędzą obrzydliwych Niemców i że to będzie na pewno lepiej niż jest teraz. Przypominam sobie jeszcze także, że na jakiś tydzień przed wybuchem Powstania rozpoczęła się (ale to dosłownie) paniczna ucieczka Niemców z Warszawy. Oni uciekali czym się dało – na ciężarówkach, na furmankach. Jeżeli miał ktoś samochód, to już w ogóle był luksus. W tej chwili nawet, jak rozmawiam, to mam przed oczami obraz żołnierza w polowym mundurze, który pędem jedzie na rowerze, taki nieogolony, dość niestarannie wyglądający, ale tak jakby się chciał za wszelką cenę z tego tłumu wydostać, chyba nie miał broni, co najwyżej pistolet, i jechał Wierzbową, skręcił w Senatorską. Dlaczego mogłam to widzieć? Otóż myśmy z mamą wracały z targu za Żelazną Bramą i szłyśmy przez Niecałą i ta scena się rozgrywała u wylotu Niecałej na Wierzbową. Myśmy przystanęły i trzeba przyznać, nie bez satysfakcji patrzyłyśmy na to, co się dzieje.
Z pierwszego dnia wybuchu Powstania to właściwie nic nie pamiętam. Jakiś parny, duszny dzień, pogoda taka... Życie się toczyło całkiem zwyczajnie. Przyszła do nas ciotka Żółkiewska, babka Andrzeja, który tu ze mną przyjechał, rozmawiały z mamą. Mama oświadczyła, że my nigdzie nie pojedziemy, zostajemy w Warszawie – to pamiętam. Pożegnałyśmy się i [ciotka] pojechała do Skolimowa. Potem był obiad. Ponieważ mój ojciec miał kłopoty zdrowotne, miał przepuklinę, wobec tego po obiedzie zwykle się kładł trochę i odpoczywał. Tego dnia wyszedł z domu i nie było go bardzo długo, przynamniej tak to się wydawało. Siedziałam w oknie na parapecie, czytałam książkę, ruch był niemrawy i koło piątej zaczęłam słyszeć strzały. Dozorca zaczął zamykać bramy, ale się przy jednej z bram na Wierzbowej zatrzymał, być może ojciec się z nim jakoś umówił (ale to jest już mój domysł w tej chwili), że w razie czego to go wpuści. Mama się bardzo denerwowała. Mówiła, że właściwie ojciec mógł przekazać, jak mówiłam, lekarstwo. Mój ojciec był bardzo znanym farmakologiem, wobec tego pułkownik „Monter” się zwrócił na krótko przed Powstaniem do mojego ojca (ponieważ Powstanie miało trwać w zamyśle nie dłużej jak jakieś trzy dni) o to, żeby przygotował jakiś preparat, który pozwoliłby im zachować jasność umysłu, zdolność dowodzenia przy minimalnej potrzebie snu. Mój ojciec ułożył taką receptę. Mieliśmy zaprzyjaźnionego farmaceutę, pana Gąseckiego, on ten preparat sporządził, ale ojciec wziął go ze sobą, poszedł do kwatery głównej Powstania na Świętokrzyską, tam gdzie dzisiaj jest Poczta Główna, i pouczył, jak to trzeba zażywać.
Potem Powstanie wybuchło, ojca nie ma, mama się denerwuje. W końcu około siódmej przyszedł. Pamiętam, że przed siódmą już zaczynała się taka mżawka, pogoda jak przed burzą się zrobiła. Ojciec przyszedł, usiedliśmy do kolacji i zaczął właśnie opowiadać, że po pierwsze dostał eskortę jakiegoś niemłodego już Powstańca, chyba bez opaski dla celów kamuflażu i ci dwaj niemłodzi ludzie wracali jakąś drogą, chyba przez kawałek Marszałkowskiej, Królewską – w każdym razie ojciec wspominał, że przeszedł koło Grobu Nieznanego Żołnierza, bo ten grób był koło pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, bo tam właśnie wtedy... Było tam pełno Niemców, ale przechodziła jakaś grupa cywilów z białą flagą […] i jakoś tam [przeszedł]. Ponieważ z placu Piłsudskiego na Wierzbową to już nie jest daleko do naszego domu, też już nie było daleko, więc jakoś tam ojciec doszedł i dozorca go wpuścił i ojciec już był z nami przez cały czas Powstania. Myśmy żyli tak...

  • Miała pani rodzeństwo.

Miałam młodszego brata Stanisława, który urodził się jako zupełnie zdrowe dziecko, ale miał chyba około roku wtedy, trochę więcej, zachorował na zapalenie opon mózgowych. To pociągnęło za sobą niedorozwój fizyczny i psychiczny. Krótko mówiąc, był dzieckiem niepełnosprawnym.

  • Kiedy się urodził?

Urodził się w kwietniu 1938 roku, czyli jeszcze przed wojną, trzy lata był ode mnie młodszy.
I tak żeśmy sobie właściwie [żyli]... Nawet to było, powiedziałabym, trochę niezwykłe to życie w tym domu, trochę w piwnicy. Mama bardzo niechętnie schodziła do piwnicy. […]
Właściwie żyliśmy względnie spokojnie. Pamiętam jeszcze, że ostatniej niedzieli spędzonej w domu byliśmy na obiedzie u zaprzyjaźnionych restauratorów, właścicieli baru, państwa Klembergów, oni mieli bar od strony Senatorskiej. Dom Petyskusa charakteryzuje się tym, że to są właściwie dwie kamienice połączone alkierzem od strony podwórza i w tym alkierzu jest klatka schodowa. Jeden dom to jest Wierzbowa 11, a druga część tego domu to Senatorska 27. W tej chwili tam są różne egzotyczne restauracje i ta brama została zaanektowana na dodatkową salę restauracyjną.

  • Mówimy o domu, w którym pani mieszkała?

Tak, mówimy o domu, z tym że ja mieszkałam w [oficynie], co też ma pewne znaczenie, bo po prostu było jakby bezpieczniej. Byliśmy na obiedzie...

  • Kiedy to było?

To było w niedzielę 6 sierpnia i był wyraźny niepokój. Już było wiadomo o tym, co się stało na Woli.

  • Czy w ciągu pierwszych dni widziała pani jakichś Powstańców?

Jednego widziałam, to za chwilę o nim powiem, bo widziałam go tylko w niedzielę.

  • Czy w ciągu tych pierwszych dni odczuwało się jakoś różnicę między typową okupacją, kiedy na ulicy chodzili żandarmi, Niemcy i tak dalej, a potem ich nie było.

Nie wychodziłam w ogóle. Myśmy w ogóle tego domu nie opuszczali, czyli co się działo na ulicy, tego właściwie nie wiem...

  • Była to decyzja matki?

Myślę, że [to była] wspólna [decyzja] rodziców. Mój ojciec miał wtedy około siedemdziesiątki i powiedział, że on już raczej do walki nie bardzo się nadaje. Może powinnam to powiedzieć też dla jasności od razu. Mój ojciec wręcz entuzjastycznie włączył się w nurt konspiracji. Tak mi zabrzmiało to trochę sloganowym określeniem, ale trzymajmy się już tego. O tyle był przeciwnikiem (i tego nie ukrywał) różnych akcji sabotażowych, dlatego że twierdził, że pociągają one za sobą zbyt wiele ofiar. Wtedy nasilały się łapanki. Łapano przede wszystkim głównie młodych ludzi, więziono ich jako zakładników. To znaczy z teoretycznym założeniem, że jeżeli [zagrożenie] minie, to ich wypuszczą, ale ich przede wszystkim rozstrzeliwano. Mój ojciec uważał, że to po prostu, mówiąc kolokwialnie, gra nie warta świeczki, że są za duże koszty i że walka to raczej powinna się toczyć na froncie. Miał taki staroświecki [pogląd]. Natomiast bezwzględnie należy kształcić ludzi, ponieważ ci ludzie będą potrzebni. Myślę, że nie odczuwał żadnej obawy, że może być złapany – to nie wchodziło raczej w grę. Myśmy siedzieli przez cały czas w domu.
Przypomniała mi się jedna rzecz – wspomniałam o dwóch bramach – jedna wychodząca na Senatorską, a druga na Wierzbową. Otóż po dwóch czy trzech dniach od wybuchu Powstania brama na Wierzbowej została zabarykadowana od podłogi po strop i to już właściwie powinno było dawać coś do myślenia. Dorosłym pewnie dało – ja to potraktowałam jako ciekawostkę pewnego rodzaju.
Byliśmy na obiedzie, wróciliśmy do domu około piątej, znowu siadłam przy oknie i wtedy na podwórko wbiegł Powstaniec i właśnie zatrzymał się mniej więcej w pobliżu tego [alkierza], który łączył ze sobą dwie kamienice. Ktoś go tam zobaczył, więc zbiegły jakieś kobiety z garnkiem zupy do niego... On miał karabin jakoś tak [niefortunnie] założony, widocznie to był (trudno się dziwić) skarb dla niego. Miał na głowie niemiecki hełm, ale już z oznaczeniami powstańczymi, jakąś kurtkę (czy to była jego kurtka, czy niemiecka panterka to naprawdę nie pamiętam), opaskę miał na prawym ramieniu. Przyszła jakaś kobieta z garnkiem zupy, on zaczął jeść, a ten karabin mu się zsuwał. Wobec tego jedna z tych kobiet stanęła za plecami i trzymała karabin z tyłu za pasek i wtedy on mógł spokojnie jeść. Wyszli jeszcze jacyś inni sąsiedzi z naprzeciwka, kobiety przygotowały mu torbę z prowiantem dla kolegów i koleżanek. Usłyszałam tylko jedno zdanie, [które] powiedział bardzo głośno: „Ciężko jest, ale się trzymamy!”. I potem wybiegł. Koło siódmej, powiem szczerze, to się dopiero zaczęło. Wpadli Niemcy – używam ogólnego określenia Niemcy, już nie rozdzielając w tej chwili na Ukraińców, Węgrów (chyba też tacy byli). Oczywiście nie zastanawiałam się, nawet nie wiedziałam wtedy, czy tam byli kryminaliści, czy nie byli kryminaliści wśród nich. W tej chwili wiadomo, że byli, wtedy o tym nie wiedziałam. Zaczęli wygarniać wszystkich mieszkańców na podwórze i to była jednak dosyć nieprzyjemna sytuacja, powiedziałabym niepokojąca. Do nas też wpadli. Mama miała przygotowaną jakąś niedużą walizkę, więc wzięła tą walizkę. Nasza opiekunka wzięła Stasia na rękę, ojciec mnie za rękę. Ale jeszcze wcześniej mama zemdlała i ojciec ratował mamę jakimś zastrzykiem, ale mama potem się już bardzo dzielnie trzymała. Jak wpadli Niemcy do mieszkania, zaczęli nas wszystkich szturchać, popychać, prawie ze schodów spychać i ojciec się odezwał po niemiecku, a to robiło dość mocne wrażenie na Niemcach, dlatego że ojciec mówił bardzo pięknym, literackim, bardzo poprawnym językiem.
Muszę tutaj zrobić małą dygresję – w momencie kiedy oddział niemiecki przyszedł do ojca po pieczęć uniwersytecką [w 1939 roku], to ojciec powiedział, że pieczęć zaginęła, a pieczęć oczywiście była, tylko dobrze schowana. Powiedział, że zamyka uniwersytet, przewidywał, że prawdopodobnie... Było to przed uwięzieniem profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale chyba już na tyle orientował się, że Niemcy to Niemcy, a naziści to naziści, że naziści prawdopodobnie nie pozwolą na otworzenie wyższej uczelni, więc powiedział, że zamyka uniwersytet. W niemieckim oddziale był sierżant, który w parę dni później, a może parę tygodni później, przyszedł do mojego ojca na lekcje niemieckiego. Tłumaczył, że on mówi tak jak się wyrażał (można to było przetłumaczyć) po berlińsku i wszyscy się z niego śmieją. [Mówił] jakimś żargonem, gwarą berlińską i chciałby się nauczyć poprawnego niemieckiego, a pan profesor to tak pięknie mówi. Ojciec mu wtedy wyklarował, że raczej nie powinien, bo od Polaka chyba nie powinien się uczyć niemieckiego, bo to co najmniej dziwnie wyglądało. Ale to taka dygresja. Wracam do Powstania.
Jak ojciec się odezwał po niemiecku, tak się zaczęli zachowywać spokojnie, powiedziałabym prawie z szacunkiem, jeśli w tych warunkach coś takiego [było możliwe]. Zeszliśmy na dół, stanęliśmy w pobliżu pamiątkowej tablicy, która teraz jest z informacją o egzekucji trzech Polaków. Stoimy i nie wiadomo, co będzie dalej. Robi się coraz ciemniej. Mężczyźni wszyscy są na środku podwórza. Niemcy po kolei szukają broni ruchem takim obmacującym. Pamiętam mojego ojca, który stoi z rękami uniesionymi do góry. [Niemiec] broni nie znalazł, ale znalazł zegarek kieszonkowy i ten zegarek się mu podobał widocznie, bo tak go sobie oglądał przez chwilę. Jak to było, w jakim momencie, co się stało, tego nie pamiętam. W każdym razie chyba w parę sekund później, parę minut później jakiś Niemiec klęczy przy swoim kompanie, potrząsa ręką tego leżącego, w ręce jest zegarek mojego ojca i krzyczy coś. Ja tylko jedno słowo zrozumiałam Banditen. Okazuje się, że jak on trzymał ten zegarek i oglądał, to jakiś zbłąkany pocisk trafił go w głowę i on zginął. Wtedy już się sytuacja zaczęła robić taka...

Z tego co wiem dzisiaj, a wtedy tego nie rozumiałam, dlatego że dla mnie szokiem było to, ja ciągle miałam w pamięci ten obraz sprzed tygodnia, tych uciekających Niemców i tego co się dzieje na tym podwórku. To było zupełnie nie do pojęcia dla mnie. Właściwie to się zanosiło na to, że nas wszystkich po prostu potraktują tak jak na Woli – rozstrzelają. Dowódca tego oddziału się rozmyślił. Wszyscy mężczyźni zostali na podwórku, a kobiety i dzieci po prostu wypędził na ulicę. Trzeba było przejść przez barykadę ustawioną w poprzek Senatorskiej. Jakoś żeśmy przez tę barykadę przeczołgały się, bo chyba inaczej tego nie można powiedzieć, i znalazłyśmy się po drugiej stronie barykady na otwartym placu Teatralnym, a tu jest strzelanina. Kule świszczą dookoła. Zapamiętałam jedną rzecz, że pocisk, którego świst się słyszy, to krzywdy nie zrobi, ten który rani, robi to bezgłośnie. Przyjmijmy, że świszczą kule, my zastanawiamy się, gdzie by się tu schronić, i najbliższe miejsce, które nam się wydało w miarę bezpieczne, to była kolumnada przy Teatrze Wielkim. Więc trzeba przelecieć przez plac na ukos do kolumnady i się jakoś schować. [Biegniemy] na plac Teatralny, żeby się dostać pod tą kolumnadę i w tym czasie moja niania zostaje ranna w lewą rękę, w lewy nadgarstek. Wypuszcza mojego brata, a my się zatrzymujemy i właściwie nie wiadomo, co zrobić? Stoimy na środku placu, ale ona jakoś się pozbierała, podtrzymała ranną rękę drugą ręką, dobiegłyśmy do kolumnady. Mama już miała wtedy pod opieką nie tylko walizkę, ale także jeszcze i Stasia. Stasia się udało jakoś postawić na nogi i mama trzymała go za rękę, ja go trzymałam za rękę i jakoś żeśmy go tam pod tę kolumnadę pociągnęły. Gdzie tu się schronić? Otóż pod kolumnadą stał wózek do wywożenia śmieci, taki jakim teraz się wywozi śmieci, stał oparty o kolumny, więc my za ten wózek. Może przy dużej dozie wyobraźni można było uznać, że to nas jakoś ochroni. Siedzimy i nie wiemy absolutnie, co dalej.
Pamiętam, że odmawiałam wszystkie znane modlitwy, bo o ile traktowałam wybuch wojny 1939 rok jako rzecz zabawną, to w czasie Powstania to już mi raczej do śmiechu nie było, orientowałam się, czym to grozi. Zapamiętałam czołg, on bywa nazwany „Tygrysem”, bywa nazwany „Panterą”. Czołg wyjechał z Senatorskiej z odcinka przez ulicę Focha (obecnej Moliera), posuwał się wzdłuż Ratusza i lufą wodził w różnych kierunkach jakby szukał, gdzie by tu wystrzelić. W pewnym momencie wycelował dokładnie w nasz wózek. Nie wiem, czy nas widział, czy nie widział, w każdym razie pojechał dalej. Tu się stała rzecz dalej taka trochę, którą ja uznałam do pewnego stopnia za niezwykłą. Byłam zawsze święcie przekonana, że okna (ponieważ ruiny zostały wypalone) zostały po prostu zamurowane. Ktoś zaczyna wyjmować cegła po cegle robi się duży otwór i przez ten otwór wciągają nas Powstańcy do piwnicy, bo tam była placówka powstańcza. Tam żeśmy spędziły [noc] gdzieś do czwartej nad ranem i dalszy ciąg zaczął się rozgrywać.
Znowu wrzaski. Więc jak już słychać było wrzaski, to wiadomo było, co się dzieje. Wypędzili nas wszystkich na ulicę. Chyba część Powstańców rozstrzelali na miejscu, część nie – nie wiem tego dokładnie. Ustawili nas, głównie kobiety i dzieci w rzędzie naprzeciwko Ratusza i pałacu Blanka, tu gdzie stoi dzisiaj pomnik Moniuszki. Pamiętam, że moją uwagę zwrócił... Ponieważ tam była pętla tramwajowa „dziewiątki” na placu Teatralnym. Przewrócony tramwaj... Zawsze sobie wyobrażałam, że tramwaj to coś strasznie groźnego, a tak jak leżał, koła widać, to raczej dość bezradnie to wyglądało. Stoimy. W pałacu Blanka są Polacy, w Ratuszu też są Polacy i strzelają, a za nami się chowa ten oddział. Pamiętam, że miałam włosy splecione w jeden dosyć długi warkocz, więc żołnierz, który stał za mną, to sobie po prostu okręcił mój warkocz wokół pięści i jak ja ruch w kierunku chodnika, żeby paść, to on mnie za warkocz do góry. Trzeba przyznać, że Polacy raczej niezbyt celnie strzelali, dlatego że może zginęło jednak parę osób, ale powiedziałabym, że nie od strzałów z pałacu Blanka, tylko raczej od przypadkowych pocisków, których fruwało wtedy dużo.
Parę godzin stoimy. Pamiętam, że dom na Wierzbowej już się palił. Pamiętam naszą walizkę, z której, nie wiem, czy rączka się urwała, czy też została odstrzelona, w każdym razie nie nadawała się już do noszenia i została na placu Teatralnym. Staliśmy tak ładnych parę godzin, chyba gdzieś do jedenastej na pewno. Dowódcami przeważnie byli Niemcy. Żołnierz, który stał za mną, mama się do niego odezwała po niemiecku, że ja w końcu jestem dzieckiem i że go tak bardzo nie zasłonię, a to był w końcu rosły mężczyzna, a on powiedział po polsku... Nawet ja powiedziałam, że on mówi po polsku i że pewnie jest Polakiem, a on na to mówi: „Nie, ani Niemiec, ani Polak, tylko Ślązak”. Mama coś takiego powiedziała, że ja go nie osłonię tak wiele, a on powiedział coś takiego, że w końcu brzuch to ja mu zawsze osłonię, a poza tym on ma nadzieję, że do dziecka nie będą strzelać. Widocznie nie strzelali. Nawiasem mogę powiedzieć, że po tych wszystkich perturbacjach to znacznie później się okazało, że miałam przestrzeloną spódnicę na wysokości prawego kolana, obok z boku prawego kolana, że to tak z boku przeleciało. Mojej mamie odłamek wleciał do rękawa, czyli tak bardzo nie ucierpieliśmy mimo wszystko. Mimo że naprawdę było tam niebezpiecznie.
Z placu Teatralnego poprowadzili nas do bramy domu na Senatorskiej 17. […] Ustawili nas w bramie wzdłuż ścian, a na środku ustawili – to się nazywa chyba ciężki karabin maszynowy na podpórkach. Strzelanina okropna. W pewnym momencie zauważyłam, że żołnierz, który stał przy karabinie maszynowym, zrobił ruch jak gdyby chciał coś chwycić i chwycił rzeczywiście granat, który wleciał do bramy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że właściwie, jeżeli chodzi o strzały i o tę bramę, to zarówno my, jak i ci nasi konwojenci, tośmy byli narażeni w równym stopniu (użyję współczesnego słowa o innym znaczeniu teraz) na masakrę. Gdyby ten granat wybuchł, to chyba bym tutaj nie siedziała. Staliśmy w bramie kilka godzin – może trzy, cztery godziny, powiedzmy umownie, do godziny około pierwszej. Wyszliśmy z bramy, konwojenci się zmieniali, byli różni, a to „ukraińcy”, a to Niemcy, a to jeszcze jacyś „własowcy” (o nich też warto wspomnieć) i zaczęli nas prowadzić przez podwórko domu na Focha, czyli Moliera, do Trębackiej. Trębacka ciągnęła się do Wierzbowej ta cała część placu, nie było części placu Piłsudskiego, która jest teraz zajęta przez Teatr Wielki; tam była ulica, kamienice, plac Piłsudskiego był mniejszy niż jest teraz. Trębacka się ciągnęła do Wierzbowej i przedłużeniem Trębackiej jest ulica Fredry. Doprowadzili nas do Wierzbowej, potem na Fredry. I tutaj to mam takie pewne, powiedziałabym, przestawienie obrazów. Na Fredry ocalał Bank Dyskontowy, tam są schody i pozwolono nam na tych schodach usiąść. Myśmy przez chwilę odpoczywali. W mojej pamięci to się zapisało tak, jak gdyby Bank Dyskontowy był po lewej stronie, natomiast w rzeczywistości jak kiedyś poszłam to sprawdzić, on jest po prawej stronie. Wydawało mi się, że widzę Ogród Saski. W każdym razie siedzieliśmy pod Bankiem Dyskontowym na Fredry jakiś czas. Przyprowadzono jeszcze jakąś grupę mieszkańców, wśród nich Ernstów. To jest dosyć ważne, że tam byli Ernstowie. Nie było bezpośredniego przejścia, jakie jest teraz do Ogrodu Saskiego z bocznych ulic, Fredry zwłaszcza. Pałac Brühla jeszcze wtedy stał. [Chodzi o ulicę Senatorską 17, a więc inne niż opowiedziałam miejsce. Pałac saski był od ulicy Fredry oddzielony Pałacem Brühla. To była lewa strona ulicy, Bank był po prawej]. Przytykał jednym swoim skrzydłem do pałacu Saskiego. Koło pomnika księcia Józefa pod tą kolumnadą [Pałacu Saskiego] wprowadził nas ten oddział do Ogrodu Saskiego i ustawił pod drzewami. Tutaj dowódca tego oddziału zaczął zbierać dokumenty. To też już była sytuacja taka dosyć niepokojąca. Zbierali kenkarty, ausweisy.

  • Ile osób było?

Na moje oko w sumie to było kilkadziesiąt osób, na pewno koło setki, też przeważnie kobiety i dzieci, może było paru mężczyzn. Mogło być więcej niż sto, mogło być mniej. Pozbierali wszystkie dokumenty, traktowali nas dosyć brutalnie, zwłaszcza ciotkę Ankę Ernstową jakiś żołnierz (ona była starą kobietą choć młodszą ode mnie w tej chwili) szturchnął ją kolbą w plecy, to strasznie oburzyło wuja Konrada i akurat w tym mniej więcej czasie nadjechał samochód wojskowy i z tego samochodu wysiadł młody oficer, i on do tego oficera z pretensjami, że jak tak można. Oficer [sięgnął] ręką do pistoletu tak jakby go chciał z miejsca rozstrzelać, ale potem jakoś dał spokój, zrezygnował z tego. My stoimy w pobliżu kasztanów, a oficer razem z dowódcą oddziału zaczynają przeglądać dokumenty i natrafili na paszport dyplomatyczny Konrada Ernsta, więc ten paszport ich zainteresował. Wezwał wuja do siebie (raczej przysłał żandarma, żeby go przyprowadził) i zaczął wypytywać go o różne rzeczy. Widać było, że rozmawiają. Widać było także, że wuj wskazuje głową w kierunku mamy. Prawdopodobnie musiał mówić coś o tym, że rodzina jego tutaj także jest. Tamten pokręcił głową, że nie, ale dokumenty zaczęli zwracać. Czyli było wiadomo, że nas w tym miejscu nie rozstrzelają jednak, że nas dalej gdzieś popędzą. Rzeczywiście zwrócili dokumenty.
Wspomniałam, że w pałacu Brühla była siedziba gubernatora dystryktu warszawskiego, ale także cały garnizon Wermachtu tam stacjonował i mieściło się dowództwo Wermachtu. Jak wybuchło Powstanie, to ten garnizon został praktycznie odcięty od reszty. Nie wiem, czy ja to gdzieś usłyszałam, czy to jest moje przypuszczenie, ale ten atak na Wolę taki energiczny i to mordowanie mieszkańców to było między innymi związane z tym, że te oddziały niemieckie idące od Woli w kierunku Śródmieścia szły jak gdyby na pomoc temu garnizonowi, chciały się z tym garnizonem połączyć. W Ogrodzie Saskim był wtedy po prostu biwak, stały namioty. Przez tę główną aleję wysadzoną kasztanami nas popędzili do bramy ogrodu (bo Ogród Saski był ogrodzony wtedy), która wychodziła na plac Żelaznej Bramy. Dalsza wędrówka to była takim trochę zygzakiem. Byliśmy przez chwilę na placu Za Żelazną Bramą, potem, nie wiem dlaczego tam trwały dosyć ciężkie walki, bo niedaleko była PAST-a, do Zielnej z tamtego miejsca tak bardzo daleko nie było, a właściwie nie jest. Jakim cudem, jak to się stało?
W każdym razie znaleźliśmy się na placu Grzybowskim – to też taki trochę zygzak – i rozpoczął się nalot. Gdzie tu się chować przed nalotem? Gorsze były strzały z broni pokładowej niż bomby, bo to oni wlecieli i takim koszącym lotem po prostu pokotem ścinali wszystko, co się dało, kto się nawinął i wtedy nie patrzyli swój czy obcy. Więc ci konwojenci także się chyba bali o swoją skórę, więc [zaprowadzili nas] do kościoła. Tam trzeba było wejść po schodach, co nie było bardzo wygodne, ale jakoś byliśmy w kościele przez czas jakiś, chyba do czasu [ustania] nalotu. Z kościoła zapamiętałam ołtarz zasypany szkłem i cegłę leżącą. Wyszliśmy z kościoła, zaczęliśmy iść przez Elektoralną koło domu mojego ciotecznego dziadka Konstantego Lentza (który jeszcze wtedy był [niezburzony]) do Chłodnej. I tam jest historia trochę niezwykła. Elektoralną doszliśmy do Chłodnej i znowu kolejny postój przy kościele Karola Boromeusza. Wśród konwojentów zarysowała się pewnego rodzaju niepewność, oni nie bardzo wiedzieli, co właściwie mają z nami zrobić. Jeszcze resztki mieszkańców z Woli i najbliższych dzielnic, które ocalały, zaczęły dołączać do naszej grupy. Grupa się powiększała. Zaczęli nas popychać w kierunku kościoła, trzeba było wejść po schodach, ale ludzie się zaczęli... Może, dlatego że to była Wola. O ile bez oporu weszliśmy wszyscy do kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, o tyle tutaj taki opór się [nasilił]... Może zaczęli się bać, że to jest Wola. Wszyscy wiedzieli, co tam było, to zaczęli się ludzie wyraźnie obawiać tego, co nas może tam spotkać, i zaczęli się wyraźnie opierać. Oni nie wiedzieli, co z nami zrobić, i wtedy to właściwie można powiedzieć, że przybiegł, przyszedł dowódca tego oddziału. Pamiętam, był w randze kapitana, był nieogolony, w rozpiętym szynelu, miał ostre rysy, był brunetem. Podobnie przypominał mojego ojca, tyle że nie miał wąsów i brody. Ktoś z konwojentów się do niego zwrócił, a on zaczął dopytywać o tłumacza. Ponieważ moja mama świetnie mówiła po niemiecku… Tu może mała dygresja – mama mówiła po niemiecku doskonale, dlatego że nauczyła się mówić w bardzo wczesnym dzieciństwie. Mianowicie moi dziadkowie często przed pierwszą wojną spędzali wakacje w Holandii, tam było sporo niemieckich dzieci i żeby mama się nie nudziła, to ją nauczono niemieckiego i potem niemiecki się bardzo przydawał. Mama się zgłosiła [na tłumacza]. Zaczęli rozmawiać. A jeszcze chwilę wcześniej – potwornie gorąco, wszystko się pali, jakieś kałuże. Moja mama, która była lekarzem, zrobiła ruch jakby się chciała napić wody z najbliższej kałuży, więc to w ogóle coś niesamowitego. I wtedy Niemiec, oficer złapał mamę za ramię, szarpnął i zaczął mówić, że przecież to jest właściwie śmierć, może się zarazić. Mama powiedziała: „Tak, jestem lekarzem...”. Ponieważ mama odpowiadała płynną niemczyzną, jeszcze powiedziała (jak sama mówiła później – ni w pięć, ni w dziewięć): „A ja mam jutro urodziny”, więc taka lekka konsternacja była na twarzy tego Niemca na takie dictum ze strony mojej mamy. Potem pokazała mnie i Stasia i powiedziała: „A to są moje dzieci” – i on wtedy dał nam wody. Miał ze sobą manierkę z wodą i poczęstował nas wodą. Potem zwrócił się do mojej mamy z prośbą, żeby mama uspokoiła wszystkich ludzi, że nikomu się nic nie stanie, że mogą spokojnie wejść do kościoła. Potem zaczął rozmawiać z moją mamą. Sięgnął do portfela, wyjął zdjęcie i pokazywał mojej mamie zdjęcie i coś jej tłumaczył. To jest to, co widziałam i zapamiętałam. Stoi moja mama on obok niej, oglądają zdjęcie, mama kiwa ze zrozumieniem głową, ale nie wiedziałam o co chodzi. Weszliśmy do kościoła, pobyliśmy jakiś czas, potem wyszliśmy z niego.

  • Może pani opowiedzieć, o co chodziło?

Już jako kompletnie dorosła osoba... Moja mama niechętnie ze mną rozmawiała o Powstaniu, jak byłam dzieckiem. Miała nadzieję, że to wszystko gdzieś tam we mnie osiądzie i nie będę pamiętała. Powiedziałam: „Proszę, mamo, powiedz, co to takiego było?”. Mama mówi: „Słuchaj, on pochodził z jakiegoś Lipska albo Drezna, w każdym razie z któregoś z tych miast, które już były obiektem nalotów alianckich i to tych nalotów, których Niemcy bardzo się obawiali”. […] Otóż Niemcy wywozili swoje rodziny na wieś. On – nie wiem, czy nie miał do kogo wywieźć, z jakiego powodu? W każdym razie jego rodzina była w mieście. Ta fotografia przedstawiała żonę i dwoje dzieci. On tłumaczył mojej mamie, że nie dopuści do tego, żeby ktokolwiek z cywilów zginął za jego przyczyną czy z jego ręki, bo on się boi o los swojej rodziny. On sobie wyobraził, że jak ci mieszkańcy Warszawy, na których los on ma jakiś wpływ, ocaleją, to być może ocaleje jego rodzina. To tak jakby się z Panem Bogiem można było układać – tak by powiedział ksiądz katolicki w tym miejscu.
W każdym razie byliśmy tam jakiś czas, to się zrobiła jakaś czwarta albo piąta po południu i później zaczęliśmy iść Chłodną... Powiedział mojej mamie, że dojdziemy do Dworca Zachodniego i stamtąd zostaniemy wywiezieni poza Warszawę, nie powiedział dokąd. Drogi na Dworzec Zachodni to poza kawałkiem Chłodnej nie potrafię odtworzyć. Próbowałam... Moja mama już nie żyje, więc nie mam okazji zapytać jej o to. […] Szliśmy przez Chłodną, tam mi utkwiły w głowie dwa szczególne obrazy. Jeden to jakieś ciała. Przez cały czas utrzymywałam, że to były popalone ludzkie zwłoki, ale jak pogadałam kiedyś z moim kuzynem, a on się dobrze zna na koniach... Mówię: „Powiedz mi, jak giną konie, jak umierają konie?”. Coś mi zaczęło po głowie chodzić czy gdzieś chyba przeczytałam, że na Woli oprócz ludzi spaliło się także sporo koni. Z tego, co on mi powiedział, wynikałoby, że to były raczej jednak ciała koni. To jest makabryczny obraz. Drugi to [obraz] żołnierza niemieckiego, który miał miotacz płomieni na ramieniu. Myśmy się wlekli, w końcu ta wędrówka trwała już kilkanaście godzin i on się nam przyglądał. To był młody chłopak, blondyn. Pamiętam, że miał niebieskie oczy, hełm mu trochę na oczy opadał. Mógł mieć najwyżej około szesnastu lat, może osiemnaście. Przyjrzał nam się, co mu po głowie chodziło, trudno powiedzieć, w każdym razie obrócił się na pięcie, w tył zwrot, uruchomił miotacz i najbliższy dom podpalił i te mury się zaczęły [zapadać do środka]. Nawiasem mówiąc, nie wszystkie mury poddawały się tym miotaczom płomieni. Były takie kamienice, które ocalały, między innymi właśnie dom na Wierzbowej.
Na Dworcu Zachodnim całkiem luksusowo wsiedliśmy do elektrycznego pociągu, który nas zawiózł do Pruszkowa. Było całkiem wygodnie, miałam miejsce przy oknie i pamiętam, że moja mama patrzyła na palące się miasto i powiedziała: „Oj, za dwadzieścia pięć lat chyba tego nie odbudują”. Odbudowali jednak. Powiedziała również i o swoim stryju: „Jak to dobrze, że Kostek tego nie doczekał”. On umarł w listopadzie 1943 roku. Pociągiem elektrycznym dojechaliśmy do Pruszkowa. Obóz w Pruszkowie został otwarty albo poprzedniego dnia, albo tego dnia. W każdym razie były jeszcze czyste koce, czyste maty. Było w miarę porządnie. Myśmy się tam ulokowali między szynami. Mnie zawsze dziwiły szyny kolejowe – jak to jest, że szyny tramwajowe są wgłębione w jezdnię a szyny kolejowe zawsze wystają ponad powierzchnię. Więc między szynami za jakimś słupem kolejowym żeśmy się tam ulokowali wszyscy. Rano dostałyśmy do picia kawę i jakiś chleb, przyszły opiekunki z RGO albo z Czerwonego Krzyża i powiedziały, że kobiety z dziećmi są zwalniane. Ponieważ dołączyła do nas sąsiadka z Wierzbowej, to moja mama mówi tak... Bolcia [opiekunka] została zabrana do szpitala (już miała wcześniej założony prowizoryczny opatrunek w punkcie opatrunkowym, który był w piwnicy Teatru Wielkiego), a myśmy zostały we dwie z mamą i ta sąsiadka. Mama mówi dosłownie tak: „Proszę wziąć Jadwigę za rękę, to pani z nami wyjdzie, a będziemy mówić, że pani zgubiła dokumenty”. Myśmy wyszły, podchodzimy do jakiegoś żołnierza, który (mówiąc sarkastycznie) dyrygował ruchem, on przeglądał tylko te dokumenty, potem oddawał. Sąsiadka tłumaczy, że tak, mama też potwierdza, rozmawia z nim, ale on się nie dał na to nabrać i wepchnął nas do wagonu towarowego. I towarowym wagonem w pozycji pionowej przez trzy dni żeśmy jechali do Głogowa. Zajechaliśmy tam... Moja mama miała imieniny dzień po urodzinach, 9 sierpnia – imieniny moja mama wtedy świętowała w tymże wagonie. Jeżeli chodzi o sam przebieg Powstania to to jest właściwie wszystko, bo dalej był Głogów.
  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?

Dopiero w [1959] roku.

  • Jak pani zapamiętała koniec wojny?

Koniec wojny był w Stawiszynie. Rodzice, zwłaszcza ojciec miał sporo znajomych właśnie z Wielkopolski, między innymi on był rektorem akademii stomatologicznej i tam studiowała jego, można powiedzieć, krajanka, pochodząca spod Rawicza, pani Stefania Dolna i oni się trochę zaprzyjaźnili. Ona się starała o nasze uwolnienie. Z obozu uwolnił nas stryj Kurt Schwarzbach.
Myśmy zajechali do Głogowa […]. Właściwie życie w Głogowie się zaczęło toczyć od mniej więcej 10 sierpnia. Wyrzucili nas z wagonu, potem zrobił się jakiś straszny szum, bo jeszcze szukali, czy ktoś się nie ukrył w wagonie, jakby to tam było możliwe. Uformowali nas w kolumnę i też jakiś kolejny dowódca konwojentów powiedział, że najpierw pójdziemy do łaźni, a potem będziemy internowani w obozie. Mama zawsze właściwie była tłumaczką przy takich okazjach. Mama to wszystko przetłumaczyła. Poszłyśmy do łaźni. Kazali nam się rozebrać, oddać wszystkie rzeczy poza butami i torebkami. Wpuścili nas do dużego pomieszczenia, gdzie u sufitu widać było, że są sitka zamocowane. Stoimy, wartownicy w podkoszulkach i z karabinami (co robiło trochę komiczne wrażenie) stanęli przy drzwiach. Jakaś kobieta krzyknęła, że nas tu zagazują, dlatego że Niemcy podobno właśnie urządzali takie przedstawienie, że wpuszczali ludzi, głównie Żydów, do pomieszczenia, gdzie były sitka, mówili, że to jest łaźnia, że będzie woda, a płynął stamtąd wtedy gaz, więc ta kobieta podniosła lament i się zrobiła panika. Niemcy nie bardzo wiedzieli, co mają zrobić z tym wszystkim. Ci Niemcy, których spotykałam, byli zupełnie różni od, powiedziałabym, warszawskich Niemców. Byli niemłodzi, chyba rezerwiści, już tak na siłę pościągani do wojska, tak że nie bardzo wiedzieli – tutaj tłum kobiet – powiem wprost brutalnie – rozebranych. Któryś z nich zwrócił się do mojej mamy, żeby coś poradziła w tej sytuacji. Piszę w tekście dotyczącym Powstania, że jak ten Niemiec [w Warszawie] poprosił moją mamę, żeby uspokoiła wszystkich, to mama wzięła mnie za rękę i Stasia na rękę i doszliśmy do kościoła. Tak teraz tak samo – wzięła Stasia na rękę, mnie za rękę i poszłyśmy pod prysznic. Z sitka popłynęła rzeczywiście woda. W nagrodę za to wszystko któryś z żołnierzy przyniósł mamie manierkę bardzo dobrej zupy. Nie wiem, czy to była grochówka, czy to była kartoflanka. Zupa w każdym razie była bardzo dobra, tak po kolei żeśmy jedli tą zupę. Potem pamiętam, że został na dnie taki skwarek. Już oddałam mu tą manierkę, podziękowałam, on zobaczył ten skwarek, wyskrobał jeszcze łyżkę tej zupy i powiedział do mamy z poleceniem, żeby mama mi to przetłumaczyła i mama przetłumaczyła, że: „Nie wolno marnować jedzenia”. Czyli, że łyżka zupy jeszcze się uzbierała.
Potem zaprowadzono nas do obozu przygotowanego dla nas. Powiedziałabym, obiektywnie rzecz ujmując, bardzo ładne miejsce, bo to było w zielonym parku, tam musiał być przedtem jakiś lunapark czy coś w tym rodzaju, bo była pusta muszla koncertowa i pomieszczenia, które kiedyś były stajniami, ale... […] Pierwszą noc myśmy spędzili pod drzewem, a dopiero od następnego dnia zamieszkaliśmy w stajniach. I jak się udało znaleźć jakieś miejsce między dwiema przegrodami, to było całkiem dobrze. Była świeża słoma, w miarę czyste koce, miało to nawet swój urok. Myśmy spędzali dużo czasu na świeżym powietrzu w parku, moja mama była sprzątaczką w kantynie i tłumaczką i tak jakiś czas to trwało. Po tygodniu zabrano nas do Rauschenbach, to dzisiaj jest dzielnica Głogowa, nazywa się Ruszowice. Ulokowano nas w gospodarstwach rolnych, bo część młodszych kobiet została zabrana do kopania okopów, a trochę starsze, jak moja mama, która miała około czterdziestu lat i dwójkę dzieci, właśnie [brano] do pomocy w gospodarstwie. Moja mama zaraz pierwszego dnia poszła kopać kartofle, ale że trochę zna psychikę Niemców, to się bardzo niezgrabnie posługiwała motyką. Nadzorca chyba się zląkł, że się skaleczy, wobec tego przyprowadził mamę do kuchni – właściwie to była siostra właściciela gospodarstwa (właściciel był na froncie) i powiedziała, że [mama] nie ma pojęcia o pracach polowych, ale może się przyda do pracy w kuchni. Ta Niemka była bardzo sympatyczna, one by się z moją mamą zaprzyjaźniły, gdyby się spotkały w innych warunkach. Była matką pięciu córek, a że była katoliczką i bardzo pobożną, to wszystkie jej córki miały na pierwsze imię Maria a drugie imię było tym imieniem różnicującym. To mnie strasznie dziwiło, że jak to pięć sióstr i wszystkie Marysie.

  • Jak długo byłyście na tym gospodarstwie?

Około tygodnia. Moja mama była praktycznie prawie bez butów, dlatego że wyszła w bardzo ładnych pantoflach na koturnach, ale sukiennych. W czasie wojny było dużo korka jakimś sposobem w Warszawie i szewcy szyli z tego różne buty z wierzchami sukiennymi i te wierzchy się podarły, po prostu mamie wychodziły palce. Mam dostała od Niemki parę czarnych skarpetek dla zamaskowania palców. Pamiętam żółty szal. To już było po zamachu Staufenberga i mąż tej Niemki był w wojsku. Oni byli antyfaszystami na tyle, na ile było to możliwe bez jakiegoś... Było tam dosyć sympatycznie. Spaliśmy na stryszku w jakiejś szopie. Dla takiego dziecka, jakim byłam, to miało to swój urok. Już po powrocie z Ruszowic jakiś czas byliśmy jeszcze, w sumie to ten pobyt trwał około czterech tygodni, chyba w przedostatnim tygodniu, a może troszkę wcześniej, przyjechał nasz stryj Kurt Szwarzbach. On nas szukał i w końcu ustalił, że jesteśmy w Głogowie. Porozumiał się z komendantem obozu, powiedział, kim jest, zaprosił nas na obiad do restauracji, mogliśmy zjeść w tej restauracji, wróciliśmy. Parę dni później... Ja wyszłam bez szwanku z Powstania, natomiast w obozie weszłam na kawałek szkła i miałam dość porządnie rozciętą stopę i to dosyć komplikowało życie, przede wszystkim chodzenie.
Komendant obozu nazywał się Sturm, traktował moją mamę, jeśli to możliwe w tych warunkach, z pewnego rodzaju szacunkiem, może dlatego że była lekarzem. Potem jeszcze jak się dowiedział, że była żoną profesora uniwersytetu, że była bratową Niemca, więc to wszystko jakoś tak wpłynęło, że trochę lepiej nas traktował i chyba on się przyczynił do tego, że nam się udało z tego wszystkiego wyjść. Po prostu porozumieli się ze stryjem, że z Głogowa on nas wyśle do Burgweide, do Wrocławia (do obozu), a stryj mieszkał we Wrocławiu. Burgweide to są dzisiejsze Sołtysowice. Na dalszy nasz los w Sołtysowicach to on już nie miał wpływu. Przedtem (nawet miałam pretensje) [Sturm] zaprosił mnie na urodziny swojej córki do siebie do mieszkania. Byłam na tych urodzinach. To było raczej ciężkie przejście. On tłumaczył mojej mamie, że on nie jest ani esesmanem, ani gestapowcem, tylko zwyczajnym policjantem, a jego żona lubi dzieci. Poza tym był inwalidą bez lewej ręki. Powiedziałabym, że było nawet dość sympatycznie, dopóki nie przyszła solenizantka. Solenizantka była bardzo posłuszna, rodzice polecili jej, żeby ona zabrała mnie i koleżankę na spacer po Głogowie. Koleżanka była też dość miła. Chodziłyśmy po Głogowie. Trochę z tego spaceru pamiętam. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację – odświętnie ubrana solenizantka i warszawski obdartus, który chodził już od miesiąca w tych samych rzeczach, w tym samym ubraniu. Ona szła ze swoją koleżanką parę metrów przede mną, ja za nimi. Z początku myślę sobie – dlaczego mnie to spotkało? Po co mi to w ogóle? Zaczęłam się przyglądać, oglądać Głogów. Pamiętam, że szłyśmy przez jakiś park, zaczęłam go porównywać z parkiem Ujazdowskim i stwierdziłam, że nie ma żadnej ławki, a już miałam skaleczoną nogę. Już [ledwo] chodziłam. To skaleczenie było w takim miejscu, że już po dwóch, trzech dniach mogłam zacząć chodzić najpierw na pięcie, a potem już prawie normalnie. Pomyślałam sobie, że chętnie bym usiadła. Pamiętam, że doszłyśmy do jakiegoś placu, na [którym] była bardzo ozdobna fontanna, potem zawróciłyśmy i przeszłyśmy koło kościoła. Kościół zrobił na mnie duże wrażenie, zatrzymałam się, chciałam sobie ten kościół obejrzeć. Do środka żeśmy nie weszły. Ona też się zdobyła na to, że też się zatrzymała. Wróciłyśmy do domu. To trwało w sumie chyba mniej niż godzinę i jej matka była bardzo zaskoczona, że tak szybko wróciłyśmy. Potem był podwieczorek, też niefortunny, bo obce dziecko nierozumiejące ani słowa po niemiecku. W końcu po tym podwieczorku na migi dałam Sturmowi znać, że chcę już wracać. On mnie odprowadził...

  • Trafiłyście do Sołtysowic?

Trafiłyśmy do Burgweide i to był już najprawdziwszy obóz z budą strażniczą, z wieżyczką, z murowanym płotem. Wprowadzili nas do jakiegoś pomieszczenia – to był barak. Myśmy tam przyjechały wieczorem. Był jakiś nadzorca, mówił po polsku, ale chyba był jakimś Kozakiem lub kimś takim, Ukraińcem w każdym razie, i tam nie było kompletnie nic. Nie pamiętam, czy to były deski zasypane piaskiem, czy po prostu zwykłe klepisko. Kompletnie nic nie było, [tylko pluskwy]. Następnego dnia jakaś więźniarka przyniosła nam kawę i kawałek chleba. Z tego co mogę sobie odtworzyć, co pamiętam, to Sturm chyba musiał zawiadomić w tych dokumentach, które zostały przysłane, bo tylko my i sąsiadka żeśmy trafiły do obozu w Burgweide. Cała reszta pojechała gdzie indziej. Następnego dnia rano przyszedł po mamę Ukrainiec, żeby mama poszła do komendantury obozu i tam toczyły się pertraktacje, co tu zrobić, żeby mamę jednak zwolnić. Stryj zobowiązał się, że on nam zapewni mieszkanie, zamelduje nas (stąd jest ta karta meldunkowa, którą dołączyłam). Pertraktacje trwały parę godzin, ale w końcu nas wypuścili, ale nie wypuścili sąsiadki. Tu się rozegrała dosyć nieprzyjemna scena, bo ona była bardzo rozżalona, że dlaczego my [wychodzimy], a ona musi zostać. Musiała zostać, potem była w fabryce zbrojeniowej w Kłodzku (o ile się nie mylę). Potem dostała jakieś odszkodowanie. Myśmy około miesiąca mieszkali u stryja w Głogowie.

  • To był październik?

To był jeszcze ciągle wrzesień. Myśmy 6 października wyjechały do Stawiszyna i tam mieszkaliśmy [we Wrocławiu], na mamę nałożono obowiązek podjęcia pracy. Jeżeli mama w przeciągu dwóch tygodni nie podejmie pracy, to z powrotem do Burgweide. Mama chodziła do Arbeitsamtu...
Tak jak wspomniałam, to byli zupełnie inni Niemcy, zupełnie inni ludzie niż ci warszawscy Niemcy. Oni byli po prostu tacy zwyczajni. Mama z urzędniczkami rozmawiała i w pewnym momencie powiedziała, że nie wierzy, żeby Rosjanie przeszli Wisłę. I to przepełniło te kobiety taką otuchą, że uznały, że mama bez obawy może zostać wypuszczona z Wrocławia do Stawiszyna, z tym że do Generalnej Guberni nie, bośmy już były zameldowane na terenie Rzeszy, więc tam nie mogło to być. Pamiętam, jak [mama] wróciła z Arbeitsamtu i dosłownie się zaśmiewała. Pamiętam, jak mówiła: „Jak ja mogłam taką bzdurę powiedzieć. Przecież wiadomo, że Rosjanie przejdą Wisłę i że wojna w tym miejscu się nie zakończy”. W Stawiszynie byłyśmy do końca wojny. Potem do nas dołączył ojciec. Ojciec ukrył się w palącym domu, był przez osiem dni, potem przyszli Niemcy i byliby go rozstrzelali, ale po rozmowie doszli do wniosku, że lekarz im się przyda w wojskowym szpitalu i tam go zatrudnili. Potem ojciec miał z tego względu pewne przykrości (tak się domyślam), bo uważano, że raczej powinien dać się rozstrzelać, a nie być w szpitalu.

  • W stosunku do kogo?

Pretensje były do mojego ojca.

  • A kto miał te pretensje?

Nazwijmy to „grono kolegów”, środowisko. Słyszałam, jak ojciec mówił do mamy: „Słuchaj, ja leczyłem ich, ale zawsze się zastanawiałem, czy to nie jest ten, który was zabił?”. Ojciec czuł się po prostu lekarzem i w pewnym momencie, kto jest pacjentem, to już schodzi na drugi plan. Potem ojciec sam był w Burgweide.

  • Dlaczego nie wróciliście do Warszawy?

[Wróciliśmy] dopiero w 1959 roku. Otóż tak – moja mama była chyba po trosze fatalistką. Jakoś tak czekała, co los przyniesie. Przyjechała do Warszawy, zakład farmakologii ojca mieścił się wtedy na Pradze i wybrała się do tego zakładu. Jak opowiadała, zastała zakład nieczynny, miał być czynny za kilka dni i mama uznała to za [przeznaczenie]. Rozejrzała się po ruinach i stwierdziła, że trzeba szukać jednak miejsca do życia gdzie indziej.

  • Jak pani pamięta Warszawę, kiedy pierwszy raz się pani tu pojawiła?

Gorzej niż Warszawę okupacyjną. Myśmy zamieszkali na Puławskiej koło skoczni, dokładnie z naszych okien był [widok na skocznię]. Nowy Świat wydawał mi się jakiś dziwny. Zapamiętałam Nowy Świat z okresu wojny, to nie były takie równe pod sznurek budynki jak są teraz, tylko budynki były różnej wysokości. Powiedziałabym, że to co jest teraz, jest może nawet ładniejsze, jakoś tak bardziej stylowo dopasowane jedno do drugiego.
Zanim skończyłam prawo, to byłam laborantką medyczną. Pracowałam w rentgenie i w 1959 roku pracowałam w przychodni na Madalińskiego.

  • Czy ma pani jakieś odczucia podsumowujące okres Powstania?

Opowiadam o tym, tak jakby to już nie mnie dotyczyło. Można było przypuszczać, że gdyby nie Powstanie, to może Warszawa ocalałaby, może nie byłaby zniszczona w takim stopniu jak była. Parę dni temu przeczytałam książkę Stefana Korbońskiego „Polskie państwo podziemne”, podtytuł jest „Przewodnik po podziemiu”, i on tam w pewnym momencie wysuwa taką tezę, że Warszawa była właściwie miastem skazanym, że chcieli ją zniszczyć zarówno Rosjanie, ale woleli, żeby to zrobili Niemcy, wobec tego po co pomagać Powstańcom – to już w domyśle taka teza.
Osobiście sądzę, że gdyby nie Powstanie, to prawdopodobnie Warszawa by została podobnie jak Wrocław przekształcona w twierdzę i to mogło pociągnąć za sobą, może nie tak straszne zniszczenia, ale chyba niewiele mniejsze. Prawdopodobnie wyburzaliby całe dzielnice.





Warszawa 24 listopada 2009 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski

Zobacz także


podchorąży

Alfred Zieliński „Maria”

Nazywam się Alfred Zieliński. Urodziłem się w 1923 roku pod Czerniowcami w miejscowości Zelena w naszym majątku w...

więcej
kapral, szef magazynów zaopatrzenia

Władysław Matkowski „Brzoza”

[Nazywam się] Władysław Matkowski, pseudonim „Brzoza”, urodzony w marcu 1922 roku. Przed wojną...

więcej
strzelec

Marian Ziółkowski „Cichy”

[Nazywam się] Marian Ziółkowski, pseudonim „Cichy”, urodzony 15 września 1925 roku w Warszawie,...

więcej
kapral podchorąży, zastępca dowódcy plutonu

Maciej Nasierowski „Brzoza”

Nazywam się Maciej Nasierowski, mam osiemdziesiąt jeden lat. Jeśli chodzi o mój pseudonim, to trochę...

więcej

Daniela Serafińska

Alfred Zieliński „Maria”