Jadwiga Świderska

Archiwum Historii Mówionej

Jadwiga Świderska, z domu Białoskórska – może trzeba dodać.

  • Proszę opowiedzieć o rodzinie, rodzeństwie.

Miałam tylko starszego brata. On był starszy ode mnie chyba pięć i pół roku. Zygmunt Białoskórski, zginął w Powstaniu. Ojciec pracował w fabryce „Lilpop, Rau & Loewenstein”. Był jednym z dwóch kasjerów w tejże firmie. Wiem, że w czasie wojny jeszcze starał się jakoś załatwić tam bratu mojemu, synowi swojemu i niektórym kolegom pracę, żeby mieli jakąś legitymację, jak poruszali się po mieście. Brat mój skończył wyższe studia. Akurat zdążył skończyć i wtedy już było Powstanie.

  • Gdzie państwo mieszkali?

Wolska 49, mieszkania 11. Do kościoła Świętego Wojciecha nas [wypędzili] w czasie Powstania, w tych pierwszych dniach – 3 sierpnia chyba…

  • Przed wybuchem wojny chodziła pani do szkoły?

Do szkoły… Ja byłam w tych prywatnych szkołach tylko, dwóch. Jedna to była pani… To było tak dawno, że już się nie pamięta. Może później sobie przypomnę. To były prywatne szkoły, obydwie. […]

  • Jak się dla pani rozpoczęła druga wojna światowa? Jak pamięta pani wybuch wojny?

Pamiętam, bo byłam wtedy u wujostwa, tam wyjeżdżaliśmy na wakacje. To było koło Wyszogrodu, [tam] mieszkali. Mieli tam dosyć dużą posiadłość, tam wyjeżdżaliśmy zawsze na wakacje i tam zastał nas [wybuch wojny we wrześniu 1939 roku]. Brat cały czas był… Zresztą on tam na trochę tylko przyjeżdżał, a tak to z kolegami często wyjeżdżał gdzieś na [wakacje].

  • A wybuch wojny także?

Wybuch wojny – tak. I wtedy właśnie… to było nad Bzurą, koło Wyszogrodu. […] Wtedy byliśmy tam kilka dni. Tam było dość niebezpiecznie, bo były walki nad Bzurą. Pamiętam, że wujek, właściciel tego majątku pomagał tam. Ich majątek był bezpośrednio nad Bzurą, łąki dochodziły do Bzury. A później byliśmy tam dość krótko, dlatego że było niebezpiecznie jednak i wyjechaliśmy. Konie zaprzęgli, mieli dużo dość tego wszystkiego, i żeśmy wyjechali. Wyjechaliśmy i zatrzymaliśmy się u takich państwa, bardzo nas tam dobrze przyjęli.
Z tym że jeszcze w czasie [walk wrześniowych] jeden z [polskich] oficerów – tak mogę powiedzieć – został ranny i [wujostwo] się nim zaopiekowali, tak jak mogli. Nie wiem, czy to jest ważne. Wiem, że był ciężko ranny i znalazł bardzo dobrą opiekę , w tym 1939 roku. Ale tam było niebezpiecznie i trzeba było wyjechać, a on był w takim stanie, że wyjechać nie mógł. Tutaj na miejscu staraliśmy się [znaleźć] lekarza. On [wiedział], że do wyjazdu z nami nie nadawał się, dlatego że był dosyć poważne [ranny]. Moja mama umiała się [nim] zająć. Nie miała medycznego wykształcenia, ale jak był tutaj, to opatrunki, to wszystko robiła, bo był ranny. Chcieliśmy koniecznie… Nie można go było zabrać ze sobą, bo było niebezpiecznie jechać – przecież dosyć daleko. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdziemy, a [on] nie chciał, żeby zawiadomić władze niemieckie o tym. Ale zabrać go nie można było, bo była ciężka sytuacja. […] Pamiętam – bo to mi się upamiętniło – była sytuacja bez wyjścia, bo on nie zgadzał się, żeby zawiadomić [Niemców. Sanitarka niemiecka przyjeżdżała] wtedy, jeżeli ktoś był [ciężko] ranny. Zostawić go nie można było i zabrać nie można było, bo mógłby nie przetrzymać tego, bo była poważna sytuacja. A tu lekarza nie było, bo chcieliśmy też sprowadzić – nie ja, bo ja wtedy jeszcze miałam niewiele lat. Ale była taka sytuacja, że jednak zdecydowali mimo wszystko, że trzeba zawiadomić [Niemców], bo inaczej on nie przeżyje, bo to była poważna dosyć historia.
Wtedy ci Niemcy się przyzwoicie zachowali. [Sanitarka przyjechała] od razu, zabrali go do szpitala i później w tym szpitalu się bardzo dobrze nim opiekowali – wujek miał kontakt z nim – [a] później jeszcze na rehabilitację go skierowali. Później pisał, że już jest w obozie, gdzie są Polacy, i bardzo jest zadowolony i bardzo wdzięczny, i później nawet po wojnie [to wyrażał]. Różne były te sytuacje wojenne.

  • Państwo wrócili do Warszawy w momencie wybuchu wojny?

To tyle lat upłynęło, że już się nie bardzo pamięta… Tak, tak… Wróciliśmy właśnie, bo też pamiętam, że do szkoły… Bo jeszcze chodziłam – jeszcze to była podstawowa – tylko do prywatnej szkoły. A brat… To była szkoła [handlowa] – odpowiednik SGH. Już po maturze [był], bo maturę zdał na początku wojny. Zdążył skończyć [tak zwaną szkołę handlową profesora Lipińskiego], to trzy lata trwało. I później już niestety wziął udział [w Powstaniu]. Cały czas brał udział w konspiracji, wracał późno. Nieraz się denerwowaliśmy, bo już była godzina policyjna, a jego jeszcze nie było. Ale nieraz się przeciągały te sprawy. Nie było to bezpieczne, ale jednak był cały czas zaangażowany w konspiracji. Później, w tym pierwszym dniu Powstania, pożegnał się z nami. Ojciec był jeszcze w pracy, a mama była i ja [w domu]. Wtedy pożegnał się, poszedł i to było nasze ostatnie spotkanie.

  • A jeszcze wracając do czasu okupacji – pani przez całą okupację chodziła do prywatnej szkoły powszechnej?

Tak. Później to już był wyższa – u pani [Tymińskiej], w Warszawie przy ulicy Królewskiej. To była prywatna szkoła. Więc skończyłam chyba trzy klasy gimnazjum do wybuchu Powstania. A później [w czasie Powstania wypędzili] nas do kościoła Świętego Wojciecha. Stamtąd wszystkich po kilku dniach – dwóch czy trzech dniach – to było 5 sierpnia bodajże, wszystkich mężczyzn wyprowadzili z kościoła. Wszystkich rozstrzelali. Między innymi naszego ojca, bo brat był w Powstaniu. A kobiety i dzieci 5 sierpnia bodajże… Wyprowadzili nas z kościoła, szliśmy…

  • W stronę Pruszkowa, tak?

Poza Warszawę. To były kobiety i dzieci, bo mężczyzn wcześniej rozstrzelali. Tam Niemcy z psami nas odprowadzali. Ten [pies] koło nas był okropny, tamten [Niemiec] ledwo go mógł utrzymać, [pies] rzucał się. To było dosyć niebezpieczne. W pewnym momencie, jak wyszliśmy już poza Warszawę spory kawałek drogi – nie pamiętam ile, może ze dwie godziny czy coś takiego – kazali nam się zatrzymać, a z przeciwnej strony, w stronę Warszawy [szło] wojsko niemieckie. Oni stanęli naprzeciw nas. Nam kazali twarzą do środka, tak żeby naprzeciw nich stanąć. Ten [pies], który koło nas był, okropny miał naprawdę wygląd, aż człowieka dreszcz przebiegał. Ci Niemcy zdjęli karabiny, odbezpieczyli broń, stali i czekali. To dosyć długo się przeciągało, bo czekali na decyzję – czy rozstrzelać, czy dalej pójdziemy. Później przyjechał konno jakiś młody [żołnierz] do dowodzącego tym wojskiem, przy nim stanął i dał mu jakiś papier do przeczytania.

  • [Wróćmy] do samego początku Powstania. Gdzie panią zastał wybuch Powstania?

Sam wybuch Powstania – przyszliśmy do kościoła Świętego Wojciecha. Bo mieszkaliśmy na Wolskiej 49, to był nasz parafialny kościół, bardzo bliski. To było drugiego czy trzeciego dnia, bo na początku jeszcze byliśmy w domu. Chyba drugiego dnia albo trzeciego znaleźliśmy się w kościele Świętego Wojciecha. Byli jeszcze rodzice, obydwoje i ja, bo brat był w Powstaniu [na Starym Mieście]. Wtedy właśnie, bodaj był to 5 sierpnia, wszystkich mężczyzn wyprowadzili na rozstrzelanie, a kobiety i dzieci zostały jeszcze.

  • A to wypędzenie z domu, to był właśnie 2 albo 3 sierpnia, tak?

Drugi chyba.

  • Jak to wyglądało?

Wyglądało to tak, że weszli żołnierze niemieccy i powiedzieli, że jest godzina, żeby spakować to, co jest najważniejsze, bo musimy opuścić dom i dom zostanie podpalony. I tak był rzeczywiście. Po tej godzinie jak żeśmy wyszli, od razu podpalili, tak że dom został spalony. Żeby najważniejsze rzeczy spakować – i [iść] do tego kościoła.

  • Tam, w rejonie pani zamieszkania, nie toczyły się żadne walki?

Bezpośrednio tutaj nie. To znaczy wiem, że… Ale to nie była chyba walka. Tam koło nas były zakłady Franaszka, takie dosyć ważne. Wiem, że tam właśnie rozstrzeliwali ludzi. Ale jak nam dali tę godzinę na spakowanie, myśmy się [później] znaleźli w kościele. W tym kościele [byliśmy] chyba dwa dni, bo do piątego, zdaje mi się. Do 5 sierpnia byliśmy, to były chyba ze dwa dni… Tam było bardzo dużo osób. Pamiętam, że ksiądz udzielił wszystkim ogólnego rozgrzeszenia, bo liczył się z tym, że być może wszystkich rozstrzelają. Później – to było właśnie chyba 5 albo 4 sierpnia, bo dzień wcześniej to było – wszystkim mężczyznom kazali wyjść, a wszystkie kobiety i dzieci zostały. Z początku nie wiedzieliśmy, [co będzie z nami], ale spodziewaliśmy się najgorszego. Wszystkich [mężczyzn] rozstrzelali. […] Ojciec z tymi wszystkimi… Powiedzieli, że dają pół godziny czy godzinę, żeby się pożegnać – tacy byli „dobrzy” nadzwyczajnie – i później wszystkich oczywiście tam rozstrzelali. A kobiety i dzieci – dzień czy dwa, już nie pamiętam, chyba 5 sierpnia – wtedy wszystkim nam kazali wyjść z kościoła, jeszcze wcześniej ksiądz wszystkim udzielił ogólnego rozgrzeszenia. Wtedy szliśmy. To była ta droga.

  • Tego samego dnia, w którym rozstrzelali mężczyzn, zostali wysłani państwo w dalszą drogę?

Nie, nie tego samego dnia. Chyba dzień czy dwa później. 5 czy 6 sierpnia. Później była ta droga. Jak szliśmy, też sami Niemcy nie wiedzieli za bardzo, jak postępować. Tak jak już mówiłam, jak myśmy ileś tam kilometrów przeszli poza Warszawę, to wtedy nam się kazali zatrzymać, po przeciwnej stronie wojsko stanęło. Jednak był ten rozkaz. Oni wrócili do Warszawy, a my [poszliśmy] dalej. Później zatrzymaliśmy się gdzieś dalej i tam – nie można tego było nazwać obozem – była bardzo duża sala, olbrzymia. Tam dużo osób, Polaków, zgromadzili. A to było tak – jakaś rzeka płynęła z jednej strony, tak że to było [odgrodzone] całkowicie, wyjścia żadnego nie było. Zresztą oni pilnowali.

  • Czy to był Pruszków?

Nie, to było dużo dalej, ale nie bardzo pamiętam, jaka to była miejscowość. Tam byliśmy parę tygodni. Później stamtąd dalej przeszliśmy. Wtedy w różnych miejscach [nas] rozlokowali i skierowali do pracy.

  • Gdzie pani z mamą zostałyście ulokowane?

[Mąż: poprzez Wrocław, Brzeg, do Świdnicy obecnej – i tam w jakiejś wsi, w barakach było siedlisko kobiet i dzieci. Stamtąd chodziły do pracy w warsztatach mechanicznych, które były w pobliżu.] Do tej Świdnicy to trochę później. To już w tej drodze, jak Niemcy skapitulowali… Koło Freiburga. Zirlau bei Freiburg – wiem, że w adresie było, jak ktoś chciał napisać.
  • Tam zostały panie wywiezione?

Tak, tam właśnie byłam z mamą. Stamtąd właśnie chodziłyśmy… To było około trzech kilometrów. Tam była fabryka, gdzie produkowali dla wojska te „historie”. Mama pracowała przy maszynie – jakieś takie nieduże elementy. A ja miałam wtedy niewiele lat… Wtedy nie miałam chyba całych piętnastu lat, więc miałam lżejszą pracę. Po prostu po wykonaniu elementów trzeba to było wypłukać w czymś i wytrzeć wszystko, więc to była stosunkowo lekka praca. Przy tym byłam zatrudniona.
Dawali nam śniadanie, coś do picia, herbata, nie herbata, kawa była chyba, nawet z mlekiem, chleb z masłem – po kawałku. Później na obiad zupa była [przywożona]. Przywozili skądś, więc był talerz zupy. A wieczorem, po dwunastu godzinach wracaliśmy do domu. Do tego dawnego domu, tam gdzie mieszkaliśmy. Tam był zatrudniony kucharz, bo tam było sporo osób. On przyrządzał kolację, to właściwie była obiadokolacja, bo to było coś ciepłego. To był nawet bardzo przyzwoity człowiek. Jemu było żal nas trochę. No i tak było.

  • Do kiedy to trwało?

Wtedy kiedy Niemcy już widzieli, że sprawa jest bardzo kiepska – do maja. Bo w maju już była kapitulacja, zdaje się? Już wtedy nie szliśmy do pracy, tylko tam zostaliśmy. Jakoś trzeba było myśleć o powrocie, a to też było dosyć trudne.

  • A jak państwo zostali wyzwoleni? Jak to w państwa przypadku wyglądało?

To wyglądało tak, że do fabryki już się nie szło i każdy na własną rękę musiał się starać.

  • Czy ktoś tam państwa pilnował w obozie?

Wtedy jak był już koniec, to nie. I wtedy trzeba było sobie radzić. Wtedy trzeba było o jakieś jedzenie się postarać. Wtedy nic nie było, bo już oni zrezygnowali. Pamiętam, że gdzieś się zjawiliśmy i było tam sporo osób?

  • Jak rozumiem, w pewnym momencie straże, jeżeli jakieś były, po prostu zniknęły?

Zniknęły, tak. I trzeba było na własną rękę czegoś poszukać. Właśnie myśmy tam z mamą poszły i było sporo… Takie ławki tam były… Ławy i ławki. Tam się zatrzymałyśmy. Pamiętam, że tam Niemcy także siedzieli. Nawet jeden z tych Niemców przed nami siedział i pamiętam, że w pewnym momencie zjawił się [Rosjanin], wyciągnął z jednej kieszeni rewolwer – tak to sobie upamiętniłam – „Radziecki oficer ma tu rewolwer!” – bo to już Rosjanie byli. I przed nosem mi pomachał. Ja wtedy miałam piętnaście lat. Piętnaście z kawałkiem – i ileś tam miesięcy. Z drugiej kieszeni wyciągnął drugi rewolwer, znowu pomachał: „Radziecki oficer ma tu rewolwer!”. I jeszcze skądś trzeci wyciągnął i też to samo powiedział, po czym zdjął mi zegarek z ręki. I jeszcze coś – bransoletkę miałam złotą. Radziecki oficer tak się zachował pięknie. To zapamiętałam z tego wszystkiego. Tak się chwalił radziecki oficer.

  • I jak ta sytuacja się zakończyła? Jak panie wróciły do Warszawy?

Później była dosyć trudna historia, bo komunikacji nie było wtedy, rzeczywiście… Trochę się pieszo szło, żeby dojść do jakiegoś miejsca, skąd kolej wtedy chodziła. To było dosyć daleko, więc pieszo się szło. Trudna była dosyć ta sytuacja, ale trochę dni się spędziło… Jeszcze mieliśmy trochę lepszą sytuację, bo poznałyśmy takich państwa. Oni mieli córkę w moim wieku, troszeczkę młodsza była ode mnie. Też byli na tych robotach i razem się trzymaliśmy. Pamiętam, że była taka sytuacja, że taki lokal tam znaleźliśmy w budynku, gdzie Niemcy też urzędowali. Tam można było [zatrzymać się] gdzieś na parterze… Ale to były niemiłe sytuacje i niebezpieczne dosyć.
Miałam taką historię wtedy. Trochę żeśmy się zaprzyjaźnili – to było małżeństwo, mieli córkę. Troszeczkę młodsza była ode mnie, ale taka bardzo energiczna dziewczynka, więc razem chodziłyśmy, razem się trzymałyśmy. Była taka sytuacja, że w pewnym momencie któryś z Niemców – bo oni zajmowali to – wyszedł stamtąd. Ale myśmy tu siedziały. Wcześniej jeszcze taki chłopiec młody, dorosły, który był na robotach w Niemczech, wracał, zobaczył, że my siedzimy – to była taka malutka ławeczka, że tylko my dwie się zmieściłyśmy – powiedział, że chętnie postoi. Ponieważ usłyszał polską mowę, chce z nami troszkę porozmawiać. Był na robotach i tam tylko mógł po niemiecku mówić, więc jak usłyszał polską mowę, to poczuł się taki szczęśliwy, że chciał z nami porozmawiać. Powiedziałyśmy, że bardzo chętnie z nim porozmawiamy. W pewnym momencie była taka sytuacja, że ktoś – a tam Niemcy zajmowali budynek, w którym żeśmy mieszkały, bo tam były też wolne pokoje, które się złapało. Któryś z Niemców wyszedł na balkon, zaczął się śmiać – no dobrze, wesoło mu… Po pewnym czasie wyszedł. Ten Niemiec – taki wysoki, szczupły – zszedł, a ta moja znajoma, ta dziewuszka, mówi: „To uciekamy stąd!”. Ja mówię: „No gdzie możemy? Przecież może on na spacer wyszedł? A zresztą jak wyszedł, to gdzie możemy uciec?”. Zatrzymałam ją, a on podszedł do młodego człowieka, który z nami rozmawiał, wziął go pod rękę. Ja wtedy ją za rękę wzięłam i mówię: „Teraz to uciekajmy do domu!” – bo nie wiadomo, jakie on będzie miał myśli. Biegłyśmy jak na skrzydłach do domu, tym niemniej on jak tego chłopca odprowadził – wysoki, szczupły – to jeden jego krok… Miałam taką sytuację, że ona pierwsza była – ten metr wcześniej – i zdążyła wbiec do domu, a mnie chwycił… W sumie była sytuacja niezbyt miła. Ona dobiegła do rodziców swoich. Rodzice powiedzieli, [jaka] jest sytuacja i jakoś udało mi się. Ale była sytuacja fatalna. No i później łaskawie przysłał – on musiał być wyższy rangą – później, wieczorem, swojego podopiecznego, może jednego z oficerów niższej rangi [wysłał], żeby mnie przeprosił. Żebym z mamą wyszła i on chce mnie przeprosić. Ja w ogóle nie miałam chęci na żadne przeprosiny, bo przecież nic mi się nie stało, a poza tym byłam zmęczona tym wszystkim. Ale ten, który przyszedł przeprosić, to był taki naprawdę bardzo przyzwoity, młody człowiek, który powiedział, że niestety, jest wprawdzie Niemcem, nawet wstydzi się nieraz tego, że jest nim, bo wie, że dużo niesprawiedliwości się dzieje. Bardzo porządny człowiek. Taka była sytuacja. Tak że różne przeżycia były.

  • A w jaki sposób w końcu paniom udało się wrócić do Warszawy?

Wtedy jak Rosjanie weszli, Niemcy ręce już umywali. Tak że każdy na swoją rękę musiał [wracać] i trzeba było na swój sposób się starać. Mama miała trochę takich – wzięliśmy z domu, bo mieliśmy zawsze jakieś – złotych monet. Miała ich trochę. I w jakiś sposób się udało, bo można było sprzedać komuś, żeby jakoś dojechać.

  • Udało się przechować je przez cały okres pobytu w obozie?

Udało się. Nie robili osobistej rewizji. Wcześniej to jeszcze tak, ale jakoś się udało. Dzięki temu później można było w jakiś sposób dostać się tutaj. Bo przecież i kolej, i to wszystko… Coś kupić do jedzenia, bo to też nie było bardzo łatwe. Stosunkowo nieduże było to miasto. Trzeba było coś w końcu do jedzenia kupić, w ogóle, kompletnie nic nie było, więc chociaż po kawałku chleba zjeść. Była taka kobieta, która sprzedawała chleb. Tych pieniędzy, które tam szły, trochę było. Ona powiedziała, że za bochenek chleba chciałaby coś ze złota. Nieźle, prawda? Ze złota, no ale za bochenek chleba? Też nie była Niemką, tylko była Polką. To już było naprawdę oburzające. Wprawdzie akurat mieliśmy trochę tych pieniędzy złotych, ale to już było naprawdę oburzające. W końcu mama jakoś tak załatwiła, że dała im sporo pieniędzy, ale tych, które tam szły. Różne było podejście. Niektórzy byli ludźmi przyzwoitymi, a niektórzy chcieli wykorzystać sytuację. I to Polka.

  • Udało się paniom wrócić pociągiem? Czy w jaki sposób przebiegała pani podróż powrotna?

Powrotna podróż… Udało się. Udało się pociągiem.

  • Jak wyglądało pani życie po powrocie?

Siostry mojej mamy. Jakoś udało się im [powrócić do Warszawy, a] i to ich mieszkanie nie było zniszczone, więc było to pierwsze… Tam właśnie się zatrzymałyśmy. Później moja mama znalazła – to była też rodzina, ale bardzo daleka – i nawet tam znalazła pracę, nawet załatwili mamie. Przedtem nigdy nie pracowała. Ale ci państwo byli zamożni, mieli bardzo duży sklep i wytwórnię. Powiedzieli, że jeżeli mama chce – to znaczy mama poprosiła, żeby jakąś pracę jej znaleźli. Ponieważ prócz wytwórni mieli jeszcze sklep, więc w tym sklepie sprzedawała to, co oni produkowali. W ten sposób na początek, a później inne sprawy się załatwiło. Tak było. Ja się uczyłam.

  • Państwa dom już został zburzony czy tylko spalony był?

Tak, tak. Nie było tego domu, więc tam się mieszkało, u rodziny.

  • Pani kontynuowała naukę?

Tak. Miałam do Powstania [zrobione] trzy lata gimnazjum, tak że później czwartą [klasę] gimnazjum, liceum, a później wyższe studia. Mama trochę, resztę – rodzina pomagała, więc jakoś udało się skończyć farmację, wydział farmacji.

  • Chciałbym zapytać o najgorsze wspomnienie z całego okresu Powstania.

Jedno czy więcej? Jedno z najgorszych – jak nas wyrzucili z Warszawy. Szliśmy, to wojsko stanęło naprzeciw nas. Wtedy człowiek liczył, że na pewno już zginie. To było bardzo przykre. Później też – z pracą było niezbyt miło. Właściciel zakładów, gdzie pracowałyśmy, z początku się bardzo do mnie uśmiechał, bo nikt nie znał niemieckiego zupełnie, a ja trochę znałam, ponieważ skończyłam trzy klasy [gimnazjum]. Wprawdzie tylko tyle, bo miałam czternaście lat, jak było Powstanie. Ale trzy klasy gimnazjum – bo ja wcześniej poszłam troszeczkę do szkoły, w ogóle w pierwszej klasie nie byłam, tylko od razu do drugiej, bo byłam w domu przygotowana. Więc ja po prostu znałam trochę niemiecki i z początku rozmawiałam, bo nikt nie znał. Tam było jeszcze kilka osób, ale nikt kompletnie nic nie znał. Ja znałam trochę niemiecki, więc z właścicielem trochę porozmawiałam. Ale to był pierwszy dzień, więc on się trochę uśmiechał do mnie. Ja byłam jeszcze bardzo młoda, miałam czternaście lat z kawałkiem. A później sobie pomyślałam, że właściwie z jakiej racji ja mam z nim mówić po niemiecku. Jak chce ze mną rozmawiać, niech on się po polsku nauczy. Tak sobie pomyślałam. I dlatego – bo on stał zawsze i czekał, jak się tam rano wchodziło – i wtedy: Guten Morgen, a później mówiłam: „Dzień dobry”. Wtedy on odpowiadał, bardzo ładnie. Jak mówiłam po niemiecku, to odpowiadał. A później mówiłam: „Dzień dobry”, to on nie odpowiadał. Później jego stosunek do mnie bardzo chłodny już był, ale na szczęście ten majster, u którego ja pracowałam, […] był bardzo przyzwoitym człowiekiem. Bardzo dobrze się do mnie odnosił. […] Różnie to było. To było dla mnie ważne, że ten majster był takim przyzwoitym człowiekiem. Wprawdzie swoją dumę to trochę miałam też. On widział, że tych ciepłych [ubrań] nie ma, że tak się chodziło marnie ubranym. Tylko to, co się miało na sobie, bo resztę, wszystko… Mama miała nawet walizkę, ale było za ciężko. To było wszystko zostawione. Więc on z domu przyniósł dla mnie różne ciepłe rzeczy. Może powinnam była przyjąć, ale podziękowałam mu, bo nie chciałam [brać]. Miałam swoją dumę i powiedziałam, że dziękuję bardzo. Ale on, mimo wszystko, w dalszym ciągu był przyzwoity dla mnie bardzo. Tak różnie się układało.

  • A jakie jest pani najlepsze wspomnienie – jeżeli o takim w ogóle można mówić.

Z tamtych czasów niemieckich?

  • Z czasów Powstania, potem…

Te pierwsze dni jeszcze stosunkowo, bo byliśmy… Kolega z pracy mojego ojca – oni w sąsiednim domu mieszkali – weszliśmy do nich i nas przyjęli bardzo dobrze, bo mieli to mieszkanie bardzo dobrze zaopatrzone. Obiad i tak dalej… Więc tam było dosyć miło i z nimi się spotkaliśmy. A później – tam raczej były smutne, tragiczne, można powiedzieć, [wspomnienia]. Po tych kilku dniach wszystkich mężczyzna zabrali, między innymi mojego ojca, i wszystkich rozstrzelali. To była tragedia, bo myśmy tam [same] zostały. Miłych [wspomnień] naprawdę nie było.

  • A co się pani najbardziej utrwaliło w pamięci? Z czasów Powstania i pobytu tam, [w Niemczech].

Z czasów Powstania najbardziej to, o czym mówiłam – jak nam się kazali zatrzymać i byliśmy wszyscy pewni, [że zginiemy]. Bo ci, co naprzeciw nas stali, zdjęli, odbezpieczyli broń i czekali, a tu z tym psami… To było straszne, więc to było [jedno]z takich najgorszych [wspomnień]. Najbardziej tragicznych. Przyjemnych specjalnie nie było. Po prostu ci miejscowi ludzie starali się [nam pomóc]; widzieli, więc wcześniej nieraz stoliki powystawiali, więc coś było do picia albo jakieś kanapki nawet do zjedzenia. A tak – specjalnie miłych nie było.
Później tam, gdzie się zatrzymaliśmy… Tam, gdzie byliśmy kilka dni, była taka olbrzymia… Jakiś budynek z olbrzymią salą i tam nam właśnie wszyscy nocowali. Tam było trochę słomy. Jakieś nędzne jedzenie nam dawali, szczególnie obiady były fatalne, ale wszystko jedno. Jakoś się żyło. Wieczorem można było [śpiewać], bo nie mieli nic przeciwko temu. Śpiewali: „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i rano też. Wtedy można było trochę porozmawiać. To były takie troszkę lepsze [wspomnienia]. A wyjść to też nie… To był taki teren – barak to zajmował, obok płynęła woda, jakaś rzeczka, to wszystko było zagrodzone. Po prostu jak z kimś się trochę porozmawiało, to wszystko było. […] Tak jakoś się przeżyło. A o przyjemnych to specjalnie nie można było mówić. Jeszcze w dodatku nie było wiadomo, jak tu się wszystko ułożyło. Później była wiadomość bardzo tragiczna, że zginął brat i jego koledzy w Powstaniu. Niestety.

  • Skąd się panie o tym dowiedziały?

Kto nas wtedy poinformował? Chyba – już w tej chwili dobrze nie pamiętam – siostry mamy, które [wróciły do Warszawy]. Właśnie stamtąd chyba miały tę wiadomość, że niestety… Niestety nie żyją. To było bardzo tragiczne. Mój brat i dwaj jego koledzy, z którymi był bardzo zaprzyjaźniony, których ja także dobrze znałam, bo razem robili maturę. U nas były komplety jeszcze wcześniej, więc tych wszystkich chłopców znałam. Później, na studiach, to już oddzielnie – oni inne [kierunki] studiowali, brat inne, więc już były rzadsze te spotkania. Ale przedtem, na kompletach widziałam zawsze tych chłopców, tak że ich wszystkich znałam. Tragiczne były te czasy, niestety…



Warszawa, 17 września 2010 roku
Rozmowę przeprowadził Michał Studniarek
Jadwiga Świderska Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter